Już Ci nie uwierzę - Izabela M. Krasińska

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 2

Ju­styna

Nie wiem, ja­kim cu­dem zna­la­złam się w tym li­ceum, ale za­mie­rzam wy­trzy­mać mak­sy­mal­nie rok i prze­nieść się do ja­kie­goś mniej wy­ma­ga­ją­cego. Nie jest tak, że nie daję rady, po pro­stu ni­gdy nie uwa­ża­łam, że na­uka rze­czy­wi­ście jest tak ważna w ży­ciu. Lu­bię książki, choć nie ukry­wam, że od lek­tur szkol­nych bar­dziej po­do­bają mi się te dla do­ro­słych. Matka na­kryła mnie kie­dyś na czy­ta­niu Greya, ale nie zro­biła mi z tego po­wodu ja­kiejś dzi­kiej awan­tury. Ge­ne­ral­nie do­brze się do­ga­du­jemy. Moja mama pra­cuje w skle­pie mo­no­po­lo­wym, gdzie po­znaje tych wszyst­kich swo­ich aman­tów. Kie­dyś była bar­dzo atrak­cyjną babką i czer­pała z ży­cia peł­nymi gar­ściami. Te­raz nieco przy­wię­dła, za­nie­dbała się, ale na­dal ma w so­bie to coś, co przy­ciąga fa­ce­tów. Odzie­dzi­czy­łam po niej urodę: je­stem ładna, zgrabna, szczu­pła, a jed­no­cze­śnie za­okrą­glona tam, gdzie fa­ceci lu­bią naj­bar­dziej. Dbam o moje dłu­gie ciemne włosy, a więk­szość osób daje mi co naj­mniej osiem­na­ście lat. Nie wiem, co prze­ję­łam po ta­tu­siu, bo ni­gdy go nie po­zna­łam, po­dob­nie jak mój młod­szy brat swo­jego. Ja i Ma­te­usz je­ste­śmy przy­rod­nim ro­dzeń­stwem, ale ni­gdy nie trak­to­wa­łam go z tego po­wodu go­rzej. Mati ma do­piero osiem lat i jest faj­nym dzie­cia­kiem. Po­dej­rze­wam, że mama wie, kim są nasi oj­co­wie, ale duma nie po­zwala jej wy­cią­gnąć do nich ręki po pie­nią­dze na na­sze utrzy­ma­nie. Ży­jemy ra­czej skrom­nie, z pen­sji mamy i świad­czeń so­cjal­nych. Nie wiem, dla­czego matka ujęła się ho­no­rem i nie wy­dę­biła od swo­ich eksów ali­men­tów na mnie i na Ma­te­usza. Kie­dyś pró­bo­wa­łam z nią o tym po­roz­ma­wiać, ale strasz­nie się zde­ner­wo­wała, więc po­rzu­ci­łam ten nie­wy­godny dla niej te­mat. Mama jest fajną ko­bietą, ale kiedy się wku­rza, le­piej zejść jej z drogi. Liczni absz­ty­fi­kanci rów­nież nie ra­dzą so­bie z jej ogni­stym tem­pe­ra­men­tem. Czę­sto się zmie­niają, dla­tego ani ja, ani Mati nie przy­wią­zu­jemy się do nich ja­koś szcze­gól­nie. Dziś jest Cza­rek, za kilka dni po­zna­jemy Ad­riana, a po nim Leszka. Mu­szę przy­znać, że mama ma do­bry gust, ale chyba nie jest jej pi­sana rola ty­po­wej kury do­mo­wej. Śmieje się, że nie na­daje się na żonę, a i jako matka ma so­bie wiele do za­rzu­ce­nia. Nie wiem, dla­czego tak uważa. Ani ja, ani mój brat nie cho­dzimy głodni czy za­nie­dbani. Ow­szem, nie mamy wy­pa­sio­nych te­le­fo­nów jak nasi ró­wie­śnicy, a ubra­nia czę­sto ku­pu­jemy w se­cond han­dach albo na por­ta­lach in­ter­ne­to­wych z uży­waną odzieżą. Przy­znaję, że cza­sem zda­rza mi się ukraść coś w skle­pie, ale sta­ram się nie prze­sa­dzać. Gdyby mnie za­trzy­mali, mama zla­łaby mnie na kwa­śne jabłko. Drobne kra­dzieże trak­tuję jako tre­ning, spraw­dzam tym sa­mym swoją zręcz­ność. Mu­szę być sprytna i obe­znana w wielu te­ma­tach, bo po­maga mi to ukry­wać braki, ja­kie nie­sie ze sobą ży­cie w bie­dzie. Moje ko­le­żanki z pod­sta­wówki jeź­dziły z ro­dzi­cami na za­gra­niczne wy­cieczki, a po­tem wsta­wiały stam­tąd setki fo­tek i re­la­cji, od któ­rych ro­biło mi się nie­do­brze. My ostatni raz by­li­śmy na wcza­sach ja­kieś cztery lata temu. Nad mo­rze za­brał nas ów­cze­sny fa­cet mamy, Ma­rek. Mia­łam je­de­na­ście lat i mu­sia­łam zaj­mo­wać się czte­ro­let­nim Ma­te­usz­kiem, bo mama i jej part­ner stale gdzieś zni­kali. Zo­sta­wiali nas w po­koju albo na plaży, oto­czo­nych pa­ra­wa­nem, i śmie­jąc się, szli w tylko so­bie zna­nym kie­runku. Mama wie­działa, że je­stem mą­drą i od­po­wie­dzialną dziew­czynką i nie przyjdą mi do głowy żadne głu­poty. Opie­ko­wa­łam się Ma­tim jak ro­dzona matka i rze­czy­wi­ście nie do­pro­wa­dzi­łam ni­gdy do żad­nego nie­szczę­ścia. Je­stem do­brą córką, mimo że nie mam lekko. Ży­cie mo­ich ró­wie­śni­czek jest bez­tro­skie, ale one same są in­fan­tylne i nie­po­radne. Nie po­tra­fią na­wet ugo­to­wać pa­ró­wek. Ro­dzice roz­piesz­czają je do gra­nic moż­li­wo­ści, a te ameby tylko na­rze­kają, że wy­sko­czył im pryszcz albo przy­tyły ki­lo­gram. Do­stają kie­szon­kowe, za które ja po­tra­fi­ła­bym go­spo­da­rzyć przez mie­siąc, tym­cza­sem one prze­pusz­czają tę forsę w ty­dzień. Ku­pują masę ubrań i ko­sme­ty­ków, któ­rymi szpa­nują po­tem w szkole. Ja, żeby nie wy­glą­dać go­rzej od nich, mu­szę co­dzien­nie nie­źle się na­kom­bi­no­wać.

W no­wej szkole po­zna­łam Klau­dię. Sie­dzimy ra­zem w jed­nej ławce. Też ma dzia­nych sta­rych, ale mu­szę przy­znać, że kasa nie ude­rzyła jej aż tak bar­dzo do głowy. Jest ma­ło­mówna, wręcz nie­śmiała. Typ ku­jonki, do tego cał­kiem ład­nej. To ja pierw­sza do niej po­de­szłam i za­ga­da­łam, ina­czej sta­łaby pod klasą jak ostat­nia sie­rota. Szybko na­wią­za­ły­śmy nić po­ro­zu­mie­nia, a Klau­dia za­częła się stop­niowo przede mną otwie­rać. To nie­głu­pia dziew­czyna, która czuje się bar­dzo sa­motna, bo jej matka i oj­ciec stale sie­dzą w pracy. Niby dzie­ciaki za­wsze bie­gały z klu­czem na szyi, ale z ja­kie­goś po­wodu na­sze po­ko­le­nie znosi to go­rzej niż ge­ne­ra­cja na­szych ro­dzi­ców.

- Nie­zły ten sor od fizy, co nie? - py­tam Klau­dię, od­pro­wa­dza­jąc wzro­kiem pro­fe­sora Sta­ni­szew­skiego, który wła­śnie prze­szedł obok nas.

Klau­dia pa­trzy za nim chwilę, po czym prze­nosi wzrok na mnie.

- Weź, mógłby być twoim oj­cem - mówi, po czym robi wiel­kie oczy i za­sła­nia dło­nią usta.

No tak, wspo­mi­na­łam jej, że nie mam taty, ale nie po­wie­dzia­łam dla­czego. Pew­nie my­śli, że zmarł, kiedy by­łam mała.

- Nie bój się, to że nie mam ojca, nie ozna­cza, że nie wolno przy mnie wy­ma­wiać tego słowa - par­skam śmie­chem. Klau­dia wy­gląda na za­wsty­dzoną i wy­raź­nie ucieka wzro­kiem.

- Prze­pra­szam, to było nie­grzeczne - stwier­dza, a ja śmieję się jesz­cze gło­śniej.

Cza­sami się za­sta­na­wiam, z ja­kiej epoki po­cho­dzi ta dziew­czyna. Wy­po­wiada się jak ab­sol­wentka szkoły dla grzecz­nych pa­nien, do tego ubiera się skrom­nie, uni­ka­jąc krzy­kli­wych ko­lo­rów. Na­sza szkoła nie ma ja­kichś spe­cjal­nych wy­tycz­nych co do stroju czy ma­ki­jażu, ale zda­rza się, że pe­da­gog albo wy­cho­waw­czyni zwra­cają mi uwagę, że mam zbyt mocny make up albo za krótką spód­nicę. Nie przej­muję się zbyt­nio ich ma­ru­dze­niem, bo wiem, że zwy­czaj­nie mi za­zdrosz­czą. Same są już pod­sta­rzałe, więc boli je wi­dok mło­dej atrak­cyj­nej dziew­czyny.

- Daj spo­kój, Klau­dia. - Wzru­szam ra­mio­nami.

Na­prawdę dawno już po­go­dzi­łam się z fak­tem, że nie mam ojca. Może i zo­stał mi ja­kiś syn­drom, bo po­do­bają mi się dużo starsi fa­ceci, ale pew­nie wy­nika to z tego, że dość szybko mu­sia­łam do­ro­snąć. Ow­szem, cza­sem robi mi się przy­kro na myśl, że moje ko­le­żanki mają ta­tu­siów, któ­rzy o nie dbają, pod­wożą do szkoły i się za­mar­twiają, kiedy ich có­reczki późno wra­cają do domu. Ja nie do­świad­czy­łam ni­gdy ta­kiej tro­ski, na­wet od mamy.

- Dasz mi od­pi­sać bio­lo­gię? - py­tam, cho­ciaż z góry znam od­po­wiedź.

Klau­dia za­wsze jest per­fek­cyj­nie przy­go­to­wana do lek­cji, w do­datku ma bar­dzo ładny cha­rak­ter pi­sma. Jej ze­szyty są pro­wa­dzone schlud­nie, wy­glą­dają pra­wie jak laurki. Ja nie przy­wią­zuję aż ta­kiej wagi do swo­ich no­ta­tek. Ba­zgrzę byle ja­kim dłu­go­pi­sem, po­tem wku­wam to, co po­dyk­to­wali na­uczy­ciele, zgła­szam się do od­po­wie­dzi, kiedy jest w miarę ła­twy ma­te­riał, i przez ja­kiś czas mam tro­chę luzu. Nie zno­szę od­ra­biać prac do­mo­wych, dla­tego czę­sto spi­suję je od Klau­dii. Wiem, że nie do końca jej to od­po­wiada, wi­dzę to za­wsze po jej mi­nie, ale jak do­tąd nie zwró­ciła mi uwagi. Do­póki nie ma pre­ten­sji, ko­rzy­stam z jej uprzej­mo­ści. Żyję już wy­star­cza­jąco długo, by wie­dzieć, że bez sprytu i pew­nej dozy bez­czel­no­ści nie zaj­dzie się da­leko. Klau­dia nie musi się spe­cjal­nie sta­rać, bo jak na­wet po­wi­nie jej się noga, sta­rzy z pew­no­ścią jej po­mogą. Ja nie mam, nie­stety, ta­kiej gwa­ran­cji, w do­datku za­wsze mu­szę my­śleć o Ma­tim. Zda­rza się, że mama wpada w mi­ło­sny amok i tro­chę o nas za­po­mina. Wia­domo, że ja z ła­two­ścią przy­go­tuję so­bie obiad, ale Ma­te­usz to jesz­cze ma­ło­lat, który po­trze­buje opieki.

Klau­dia kiwa głową i robi tę swoją cha­rak­te­ry­styczną minę, która za­wsze mnie bawi. Za­ci­ska usta jak ob­ra­żona dziew­czynka i staje się mru­kliwa. Nie zwra­cam na to uwagi, tylko szybko spi­suję za­da­nie do­mowe.

- Dzięki. - Od­daję jej ze­szyt i uśmie­cham się pro­mien­nie. - Do­bra z cie­bie kum­pela, wiesz? - chwalę ją, a ona rów­nież mi­mo­wol­nie roz­ciąga usta w uśmie­chu. Mam wra­że­nie, że jej ro­dzice za mało ją do­ce­niają.

- Po lek­cjach mu­szę iść do mar­ketu po za­kupy. Pój­dziesz ze mną czy się gdzieś spie­szysz? - pyta, już pra­wie cał­ko­wi­cie udo­bru­chana.

Już dawno za­uwa­ży­łam, że wy­star­czy ją po­chwa­lić, a szybko mięk­nie. Znamy się od kilku ty­go­dni, a ja mam wra­że­nie, że roz­pra­co­wa­łam tę dziew­czynę jak sa­per bombę. Ko­lejna ważna za­sada: żeby prze­trwać, trzeba po­znać wszyst­kie słabe strony in­nych osób, w do­datku bacz­nie ob­ser­wo­wać oraz ba­dać ich re­ak­cje na różne zda­rze­nia. Dzięki temu wiem, co po­wie­dzieć w da­nej sy­tu­acji, a tym sa­mym zy­skać w oczach tych, na któ­rych zda­niu mi za­leży. Lu­bię Klau­dię, ale jej na­iw­ność cza­sem do­pro­wa­dza mnie do szału. Tylko grzeczne dziew­czynki z do­brego domu mogą mieć ta­kie in­fan­tylne prze­ko­na­nie o świe­cie. Ja już dawno po­zna­łam jego ciemne strony i wcale nie wy­daje mi się taki przy­ja­zny.

- Ja­sne, że z tobą pójdę - mó­wię, w my­ślach cie­sząc się na myśl, że może znowu uda mi się coś zwi­nąć ze skle­po­wej półki. Do głowy przy­cho­dzi mi jesz­cze jedna sza­lona myśl. To bę­dzie praw­dziwy test dla Klau­dii.

Kiedy koń­czy się ostat­nia lek­cja, prze­bie­ramy się i ru­szamy wol­nym kro­kiem w stronę przy­stanku. Naj­bliż­szy su­per­mar­ket znaj­duje się kilka ki­lo­me­trów od na­szego li­ceum, a nam szkoda czasu na spa­cery z cięż­kimi ple­ca­kami. Kiedy wsia­damy do au­to­busu, od razu zaj­muję miej­sce przy oknie. Dzięki temu mogę so­bie po­pa­trzeć na mia­sto, a do­dat­kowo nie mu­szę ustę­po­wać fo­tela ja­kiejś sta­rej ba­bie.

- Nie ka­su­jesz bi­letu? - pyta zdzi­wiona Klau­dia. Wie, że nie mam mie­sięcz­nego jak ona, bo miesz­kam nie­da­leko szkoły i rzadko ko­rzy­stam z ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej.

Zer­kam na nią, z tru­dem kry­jąc iry­ta­cję. Gdyby na­gle się oka­zało, że w au­to­bu­sie jadą kon­tro­le­rzy, wła­śnie mie­liby mnie po­daną na tacy.

- Mama dała mi rano bi­let ca­ło­dniowy - kła­mię szybko, uśmie­cha­jąc się przy tym nie­win­nie. W rze­czy­wi­sto­ści zo­stał mi je­den bi­let jed­no­ra­zowy i nie za­mie­rzam tra­cić go na prze­je­cha­nie trzech przy­stan­ków.

Klau­dia kiwa głową i zaj­muje miej­sce obok mnie. Na ko­lej­nym przy­stanku ustę­puje miej­sca ja­kiejś sta­ruszce, a ja wzdy­cham bez­gło­śnie. Osza­leć idzie z tą dziew­czyną. Se­rio, nie ma w niej żad­nego buntu, chęci, by ze­rwać te kaj­dany grzecz­no­ści i ule­gło­ści? Od­po­wiada jej rola nud­nej pry­mu­ski, pod­czas gdy mo­głaby spró­bo­wać tylu cie­ka­wych rze­czy? Za­wsze już bę­dzie taka życz­liwa i opie­kuń­cza?

Kiedy wresz­cie wy­sia­damy z au­to­busu, od­dy­cham z ulgą. Gdy­bym tra­fiła na kon­trolę i wle­pi­liby mi man­dat, nie tylko do­sta­ła­bym ochrzan od mamy, ale wy­szłoby rów­nież, że oszu­ka­łam Klau­dię. Za­pewne szybko by mi wy­ba­czyła, ale po co pro­wo­ko­wać nie­po­trzebne, kon­flik­towe sy­tu­acje? Lu­bię tę dziew­czynę, po­trzeba tylko, żeby tro­chę się... po­psuła, dla wła­snego do­bra. Za­mie­rzam jej na­wet w tym po­móc, i to za chwilę.

Ła­zimy mię­dzy skle­po­wymi pół­kami, szu­ka­jąc pro­duk­tów z li­sty Klau­dii. Mu­szę przy­znać, że jak na współ­cze­sną na­sto­latkę jest świet­nie zo­rien­to­wana i w ce­nach, i w asor­ty­men­cie. Więk­szość na­szych ko­le­ża­nek nie po­tra­fi­łaby na­wet od­róż­nić ogórka od cu­ki­nii, tym­cza­sem moja przy­ja­ciółka wy­raź­nie ma za­datki na za­wo­dową ku­charkę.

- Ej, rzu­cam ci wy­zwa­nie - od­zy­wam się nie­spo­dzie­wa­nie, gdy ko­szyk na kół­kach jest już w po­ło­wie za­peł­niony.

Klau­dia od­rywa na chwilę wzrok od pó­łek i pa­trzy na mnie z za­cie­ka­wie­niem.

- Wy­zwa­nie? Sorry, chal­lenge były modne kilka lat temu...

Po­now­nie wzdy­cham i z tru­dem silę się na cier­pli­wość.

- Nie o taki za­kład mi cho­dzi. - Ro­bię chy­trą minę i przy­bli­żam się do Biel­skiej. - Ukrad­niesz coś ze sklepu? Masz na tyle od­wagi?

Dziew­czyna za­trzy­muje się gwał­tow­nie, omal nie wy­wra­ca­jąc ko­szyka. Pa­trzy na mnie z za­sko­cze­niem.

- Żar­tu­jesz, prawda? - pyta, wpa­tru­jąc się we mnie uważ­nie.

Kręcę głową i uśmie­cham się pod­stęp­nie.

- Je­śli uda ci się buch­nąć cu­kierka, dla mnie to bę­dzie znak, że mogę na cie­bie li­czyć w każ­dej sy­tu­acji i że... - ro­bię sto­sowną pauzę - na­prawdę je­steś moją przy­ja­ciółką. Na do­bre i na złe.

Klau­dia od­suwa się ode mnie, jak­bym na­gle wy­dała jej się obrzy­dli­wym ro­ba­lem.

- Nie mu­szę ro­bić ta­kich rze­czy, by po­twier­dzić na­szą przy­jaźń. Sorry, Ju­styna, ale to jest zwy­czaj­nie kre­tyń­ski po­mysł. Nie kręci mnie klep­to­ma­nia.

Dziew­czyna jest wy­raź­nie ura­żona. Ła­pie za rączkę od ko­szyka i ru­sza przed sie­bie, na­wet się na mnie nie oglą­da­jąc. Uśmie­cham się pod no­sem i idę za nią.

- Do­bra, żar­to­wa­łam - pró­buję ją udo­bru­chać. Jak mo­głam są­dzić, że ta uło­żona da­mulka zdo­bę­dzie się na tak sza­lony czyn?

Klau­dia za­trzy­muje się i ły­pie na mnie po­dejrz­li­wie.

- A ty? Lu­bisz cza­sem coś ukraść ze sklepu? - pyta szep­tem.

Mam ochotę par­sk­nąć śmie­chem, jed­nak za­miast tego ro­bię po­ważną minę i kręcę głową.

- Ja? A wy­glą­dam na taką? - Spo­glą­dam na nią za­czep­nie.

Klau­dia od razu się wy­co­fuje. Wi­dać, że nie ra­dzi so­bie zbyt do­brze w kon­flik­to­wych sy­tu­acjach. Aż dziw, że jej ro­dzice, zaj­mu­jąc tak wy­so­kie sta­no­wi­ska, nie za­dbali o to, by ich la­to­rośl po­tra­fiła wal­czyć o swoje.

- Nie - od­po­wiada szybko i zerka ner­wowo na te­le­fon. - Do­bra, chodźmy już do kasy. Mu­szę wra­cać do domu - do­daje, nie pa­trząc na mnie.

- Idź, za­raz cię do­go­nię. Zo­ba­czę tylko jedną rzecz - mó­wię i zni­kam mię­dzy pół­kami.

Klau­dia wzru­sza ra­mio­nami i idzie wzdłuż alejki ze sło­dy­czami. Po chwili zni­kamy so­bie z oczu. Spo­ty­kamy się po­now­nie przy ka­sach sa­mo­ob­słu­go­wych.

- I co, zna­la­złaś to, czego szu­ka­łaś? - pyta, ska­nu­jąc ko­lejne pro­dukty. Za­uwa­żam, że nieco trzęsą jej się ręce.

- Tak, ale było za dro­gie - od­po­wia­dam, ma­jąc przed oczami szminkę, którą chwilę wcze­śniej nie­po­strze­że­nie ukra­dłam ze skle­po­wej półki i wło­ży­łam so­bie do skar­petki.

Klau­dia ska­nuje ostat­nie pro­dukty, po czym płaci za wszystko kartą płat­ni­czą.

- Masz już swoją kartę? Kurde, na bo­gato - stwier­dzam, gwiż­dżąc ci­cho z po­dzi­wem.

Biel­ska rzuca mi spło­szone spoj­rze­nie i po­spiesz­nie pa­kuje pro­dukty do eko­lo­gicz­nej torby, którą wy­jęła z ple­caka.

- Tak, tata prze­lewa mi na nią kie­szon­kowe i więk­sze sumy, wła­śnie na za­kupy - tłu­ma­czy, po czym sięga po pa­ra­gon i kie­ruje się do bramki.

Nie wiem dla­czego, ale wy­daje się bar­dzo wy­stra­szona. Idę za nią, za­po­mi­na­jąc zu­peł­nie o tym, że w mo­jej skar­petce znaj­duje się szminka Rim­mela. Wy­cho­dzimy na ze­wnątrz i do­piero wtedy do­strze­gam, że Klau­dia cała drży.

- Co ty, chora je­steś? - Pa­trzę na nią nie­pew­nie.

Dziew­czyna w mil­cze­niu kie­ruje się w stronę przy­stanku. Po­dą­żam za nią, nie bar­dzo ro­zu­mie­jąc, co dzieje się z Biel­ską.

- Klau­dia, stój! - Nie wy­trzy­muję i ła­pię ją za ło­kieć.

Przy­ja­ciółka za­trzy­muje się gwał­tow­nie i pa­trzy na mnie ze stra­chem, ale i... eks­cy­ta­cją.

Mu­szę mieć głu­pią minę, bo Klau­dia uśmie­cha się na­gle, po czym wy­ciąga z kie­szeni... cu­kierka.

- Udało mi się - szep­cze pod­eks­cy­to­wana i na znak tego, że nie kła­mie, po­ka­zuje mi pa­ra­gon. Rze­czy­wi­ście nie ma na nim żad­nych sło­dy­czy.

Spo­glą­dam na nią z au­ten­tycz­nym po­dzi­wem.

- No, la­ska, za­im­po­no­wa­łaś mi te­raz. Sza­cun, se­rio - mó­wię szcze­rze. Pro­szę, pro­szę, moja przy­ja­ciółka na­prawdę mnie za­sko­czyła. Może jed­nak źle ją oce­ni­łam? Czyżby pod tym po­zor­nie nie­win­nym uśmie­chem, któ­rym co­dzien­nie wita mnie w szkole, kryła się zręczna ma­ni­pu­la­torka? Po­sta­na­wiam, że od tej pory będę wni­kli­wiej przy­glą­dać się Klau­dii.

O swo­jej ukra­dzio­nej szmince wolę jej na ra­zie nie mó­wić. Niech my­śli, że tylko ona jest taka sprytna.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 1

Klau­dia

- Zjedz jesz­cze tro­chę. Wiem, że masz ści­śnięty żo­łą­dek, ale głód tylko zwięk­szy twój stres.

Tata pa­trzy na mnie z tro­ską. Sam trzyma w dłoni ka­napkę, którą pró­buje skoń­czyć od do­brego kwa­dransa. Co chwilę od­biera te­le­fon, spraw­dza skrzynkę ma­ilową albo od­pi­suje na ese­mesy. Bar­dzo dużo pra­cuje, ale na szczę­ście nie tak długo, jak mama... Jest mi tro­chę przy­kro, że na­wet nie za­py­tała, czy de­ner­wuję się przed pierw­szym dniem w no­wej szkole, tylko wy­szła bla­dym świ­tem, że­gna­jąc się z nami nie­dbale. Gdyby nie tata, by­ły­by­śmy z Do­mi­niką jak praw­dziwe sie­roty.

- Dziew­czyny, kończ­cie śnia­da­nie, to pod­rzucę was do szko... - Tata milk­nie gwał­tow­nie, uświa­da­mia­jąc so­bie, że prze­cież dziś za­czy­nam na­ukę w li­ceum. Do tej pory obie z Niką cho­dzi­ły­śmy do pod­sta­wówki, która mie­ści się nie­da­leko jego pracy, ale moja nowa szkoła znaj­duje się w zu­peł­nie in­nej czę­ści mia­sta. - O kur­czę, zu­peł­nie o tym za­po­mnia­łem. Cór­ciu, za­mó­wię ci bolta, okej?

Spo­glą­dam na niego po­błaż­li­wie i kręcę głową.

- Tato, daj spo­kój, po­jadę au­to­bu­sem. Sam czę­sto po­wta­rzasz, że mu­simy być z Do­mi­niką sa­mo­dzielne, bo wy z mamą dużo pra­cu­je­cie. Zresztą mam już pięt­na­ście lat, nie trzeba mnie niań­czyć. Wiem, co się mówi o na­szym po­ko­le­niu, ale to­bie aku­rat tra­fiły się dwie ogar­nięte córki. - Uśmie­cham się do niego, ką­ciki jego ust także się uno­szą.

- Moje dzielne dziew­czyny. - Przy­tula mocno naj­pierw mnie, a po­tem Nikę. - No bry­gado, zbie­ramy się.

Oboje dają mi kop­niaka na szczę­ście i nie­spełna dzie­sięć mi­nut póź­niej opusz­czamy dom. Tata z Do­mi­niką od­jeż­dżają jego wy­pa­sio­nym vo­lvo, a ja ru­szam w prze­ciw­nym kie­runku, na przy­sta­nek au­to­bu­sowy. Czuję, że stres nieco ze­lżał, ale zdaję so­bie sprawę, że po­wróci ze zdwo­joną siłą, gdy tylko zo­ba­czę bu­dy­nek szkoły.

Plan był taki, że idziemy do tej sa­mej pla­cówki i klasy z moją kum­pelą, a wła­ści­wie byłą kum­pelą, Magdą. Trzy­ma­ły­śmy się ra­zem od czwar­tej klasy. Wszy­scy na­zy­wali nas pa­puż­kami nie­roz­łącz­kami, co cza­sem nas de­ner­wo­wało. Przez te kilka lat Magda stała mi się bliż­sza niż ro­dzona sio­stra. Nie­stety na­sza przy­jaźń skoń­czyła się wraz z ósmą klasą. Moja naj­lep­sza ko­le­żanka za­ko­chała się i nie by­łoby w tym nic nad­zwy­czaj­nego, gdyby nie fakt, że... Da­mian naj­pierw spo­ty­kał się ze mną. Mó­wił, że ma dość tych krzy­kli­wych i wy­ma­lo­wa­nych pa­nien, które wy­glą­dają jak wła­sne matki. Po­dobno uję­łam go tym, że je­stem na­tu­ralna, mało się ma­luję i nie ubie­ram jak la­fi­rynda. Im­po­no­wała mu moja wie­dza, a także skrom­ność. Długo nie mo­głam uwie­rzyć, że taki fajny chło­pak na­prawdę zwró­cił na mnie uwagę. Go­dzi­nami opo­wia­da­łam o nim Mag­dzie, a ona słu­chała mo­jego pa­pla­nia, na­wet nie pró­bu­jąc ukryć znu­dze­nia. Kiedy wi­działa mnie z Da­mia­nem, uda­wała, że nas nie zna. Dziś wiem, że była zwy­czaj­nie za­zdro­sna, ale wtedy strasz­nie prze­ży­wa­łam, że jest wo­bec mnie taka obo­jętna i oschła, zu­peł­nie jak... moja mama.

Zwią­zek z Da­mia­nem za­czy­nał na­bie­rać roz­pędu. Mie­li­śmy za sobą pierw­sze po­ca­łunki, na­sze piesz­czoty także sta­wały się co­raz śmiel­sze. Mimo że bu­zo­wały w nas hor­mony, do­sko­nale zda­wa­łam so­bie sprawę, że nie je­stem jesz­cze go­towa, by pójść na ca­łość. Ile­kroć wy­da­wało mi się, że Da­mian prze­kra­cza do­zwo­lone gra­nice, szybko stu­dzi­łam jego za­pędy. Twier­dził, że mnie ro­zu­mie i jesz­cze bar­dziej sza­nuje za to, że umiem nad sobą za­pa­no­wać i nie za­cho­wuję tak jak inne dziew­czyny. Te słowa mnie za­bo­lały, bo zro­zu­mia­łam, że nie by­łam jego pierw­szą sym­pa­tią, a on sam już dawno miał za sobą ini­cja­cję sek­su­alną. Tro­chę mnie to za­sko­czyło, bo prze­cież mie­li­śmy do­piero pięt­na­ście lat. Te­raz, gdy emo­cje po roz­sta­niu nieco osła­bły, do­szłam do wnio­sku, że Da­mian zwy­czaj­nie zmy­ślał. Te wszyst­kie jego gadki, jaki to jest doj­rzały i do­świad­czony, oka­zały się jedną wielką ściemą.

Nie­spo­dzie­wa­nie wszystko się zmie­niło. Z dnia na dzień za­czął się dy­stan­so­wać, wręcz mnie uni­kał. Po­dob­nie za­cho­wy­wała się Magda. Na po­czątku nie ro­zu­mia­łam, co się dzieje, ale w końcu się zo­rien­to­wa­łam, że tych dwoje ma coś na su­mie­niu. Zmu­si­łam Da­miana do szcze­rej roz­mowy, pod­czas któ­rej wy­znał mi, że... spo­tyka się z moją przy­ja­ciółką. Do­tąd uwa­żał Magdę za wy­nio­słą da­mulkę, tym­cza­sem oka­zała się sym­pa­tyczną i mą­drą dziew­czyną. Im bar­dziej od­su­wał się ode mnie, tym bliż­szy sta­wał się jej. Oboje nie wie­dzieli, jak po­wie­dzieć mi o uczu­ciu, ja­kie się mię­dzy nimi roz­wi­nęło. Uni­kali mnie, bo nie chcieli kła­mać, ale zda­wali so­bie sprawę, że taka sy­tu­acja nie może trwać w nie­skoń­czo­ność.

Nie pa­mię­tam, jak udało mi się do­trzeć do domu po tam­tej roz­mo­wie. Wy­słu­cha­łam beł­kotu skru­szo­nego Da­miana, po czym po pro­stu wsta­łam i so­bie po­szłam. Nie by­łam już w sta­nie przy­jąć więk­szej ilo­ści in­for­ma­cji. Mój mózg i tak zdo­łał za­re­je­stro­wać tylko jedną: mój chło­pak spo­ty­kał się z moją przy­ja­ciółką. W jed­nym mo­men­cie za­wio­dłam się na dwóch bli­skich mi oso­bach. Gdy tylko zna­la­złam się w swoim po­koju, pa­dłam na łóżko i prze­ry­cza­łam w nim kilka go­dzin.

Nie po­wie­dzia­łam o ni­czym ro­dzi­com. Byli zresztą tak za­pra­co­wani, że nie je­stem pewna, czy w ogóle za­re­je­stro­wali fakt, że mia­łam chło­paka oraz jak na imię miała moja eks­ko­le­żanka. Zwie­rzy­łam się ze wszyst­kiego dwa lata młod­szej Do­mi­nice.

Do­tąd uwa­ża­łam ją za nie­po­ważną ma­ło­latę, ale oka­zało się, że jak na trzy­na­sto­latkę jest bar­dzo doj­rzała. Udało nam się tym sa­mym na­pra­wić sio­strzane re­la­cje, a mnie zro­biło się lżej na du­szy, gdy po­dzie­li­łam się swoim zmar­twie­niem z inną osobą. Nika obie­cała mi dys­kre­cję i słowa do­trzy­mała. Mama i tata na­dal nie wie­dzieli, że mam za sobą pierw­szy po­ważny za­wód mi­ło­sny. Było mi przy­kro z tego po­wodu, bo po­twier­dzali tym sa­mym moją tezę, że kom­plet­nie nie za­uwa­żają mnie i Do­mi­niki. Tata jesz­cze się sta­rał, a przy­naj­mniej stwa­rzał po­zory, że jest ro­dzi­cem, który wie co­kol­wiek o swo­ich dzie­ciach, za to mama... Cza­sem się za­sta­na­wiam, po co nas w ogóle uro­dziła. Jej ca­łym ży­ciem jest korpo i ka­riera, tylko one się dla niej li­czą.

Z Magdą roz­ma­wia­łam tylko raz. W kilku gorz­kich sło­wach po­wie­dzia­łam jej, co my­ślę o niej oraz o tym, co mi zro­biła, po czym nie od­zy­wa­łam się do niej do końca roku szkol­nego. Za­cze­piała mnie wie­lo­krot­nie, chciała po­ga­dać, ale dla mnie te­mat był już skoń­czony. Oboje z Da­mia­nem po­ka­zali, jacy są na­prawdę. O czym jesz­cze można tu dys­ku­to­wać?

Ro­dzice byli nieco za­sko­czeni, gdy oznaj­mi­łam im, że zmie­ni­łam plany co do szkoły śred­niej. Wy­bra­łam inne li­ceum, bo nie wy­obra­ża­łam so­bie, że mo­gła­bym cho­dzić z Magdą do tej sa­mej szkoły. Chcia­łam, by ona i Da­mian znik­nęli mi z oczu, naj­le­piej na za­wsze. Wy­da­wało mi się obrzy­dliwe, że ro­bią so­bie wspólne zdję­cia, które pu­bli­ko­wali po­tem w swo­ich me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, do­łą­cza­jąc do nich dzie­siątki ser­du­szek. Sama nie ob­ser­wo­wa­łam ich kont, ale cza­sem ktoś ze wspól­nych zna­jo­mych sko­men­to­wał ich fotki i tym sa­mym ja rów­nież je wi­dzia­łam.

W te wa­ka­cje pierw­szy raz by­łam wdzięczna lo­sowi za to, że mam za­moż­nych ro­dzi­ców. Oboje mieli nie­pi­saną za­sadę, że biorą urlop w tym sa­mym cza­sie i prze­zna­czają go na ro­dzinny wy­jazd. Na te dwa ty­go­dnie wszystko się zmie­niało, przy­naj­mniej po­zor­nie. Wy­bie­ra­ły­śmy z Niką do­wolne miej­sce na ziemi, a mama i tata or­ga­ni­zo­wali wy­jazd dla ca­łej ro­dziny wła­śnie tam. W tym roku zde­cy­do­wa­ły­śmy się na Ma­jorkę. Po­byt tam wspo­mi­nam jako czter­na­ście dni spę­dzo­nych w raju. Żadne zdję­cia czy fil­miki nie były w sta­nie od­dać piękna tej wy­spy, mimo to ro­bi­łam so­bie mnó­stwo fo­tek oraz re­la­cji, które w hur­to­wych ilo­ściach wsta­wia­łam na swoje konta spo­łecz­no­ściowe. W ten spo­sób chcia­łam po­ka­zać Mag­dzie i Da­mia­nowi, że ich podłe za­cho­wa­nie mnie nie zła­mało, że na­dal je­stem tą samą po­godną i sym­pa­tyczną dziew­czyną. Prawda była jed­nak taka, że gdy tylko o nich my­śla­łam, od razu mia­łam łzy w oczach. Zra­nili mnie, i to cho­ler­nie mocno. Na­wet piękno Ma­jorki nie było w sta­nie ukoić mo­jego bólu. Na szczę­ście ro­dzice ni­czego nie za­uwa­żyli. Tata spę­dzał z nami bar­dzo dużo czasu, ale sku­piał się głów­nie na po­ka­zy­wa­niu nam atrak­cji, na­to­miast mama... Nie­mal bez prze­rwy sie­działa z no­sem w ko­mórce. By­łam pewna, że od­pi­suje na kor­po­ra­cyjne ma­ile, jed­nak kie­dyś udało mi się po­dej­rzeć, że wy­mie­nia wia­do­mo­ści z ja­kąś Ka­ro­liną. Nie wiem, kim ta la­ska dla niej była, ale za­sko­czyło mnie to, że gdy mama z nią pi­sała, miała roz­ma­rzony wy­raz twa­rzy. Może udało jej się zna­leźć ja­kąś brat­nią du­szę w tym bez­li­to­snym kor­po­świe­cie? Je­śli tak, nie ozna­czało to, że miała prawo ole­wać nas na­wet pod­czas wa­ka­cji. Te prze­mi­nęły nie­spo­dzie­wa­nie szybko, a do mnie do­tarło, że za mo­ment za­czy­nam nową szkołę i tym sa­mym nowy roz­dział w ży­ciu.

Te­raz zmie­rzam nie­pew­nie w stronę bu­dynku, w któ­rym przyj­dzie mi spę­dzić kilka lat. Nie wiem jesz­cze, czy będą udane, czy też za rok będę po­szu­ki­wać no­wego li­ceum. Sta­ram się być do­brej my­śli, ale pa­ra­li­żuje mnie lęk przed nie­zna­nym, przed tym, że znowu będę mu­siała po­zna­wać nowe osoby i szu­kać tej jed­nej bli­skiej, która być może okaże się moją nową przy­ja­ciółką. Szcze­rze mó­wiąc, za­wio­dłam się na przy­jaźni i nie mam na­glą­cej po­trzeby, by otwie­rać się przed kim­kol­wiek. Po­sta­no­wi­łam, że nie­za­leż­nie od wszyst­kiego, dam so­bie czas na ob­ser­wa­cję no­wych ko­le­ża­nek i ko­le­gów z klasy. Już raz do­tkli­wie się spa­rzy­łam, a rana po tej zna­jo­mo­ści na­dal się nie za­go­iła. Nie po­trze­buję ko­lej­nych przy­krych do­świad­czeń...