Rozdział 2
Justyna
Nie wiem, jakim cudem znalazłam się w tym liceum, ale zamierzam wytrzymać maksymalnie rok i przenieść się do jakiegoś mniej wymagającego. Nie jest tak, że nie daję rady, po prostu nigdy nie uważałam, że nauka rzeczywiście jest tak ważna w życiu. Lubię książki, choć nie ukrywam, że od lektur szkolnych bardziej podobają mi się te dla dorosłych. Matka nakryła mnie kiedyś na czytaniu Greya, ale nie zrobiła mi z tego powodu jakiejś dzikiej awantury. Generalnie dobrze się dogadujemy. Moja mama pracuje w sklepie monopolowym, gdzie poznaje tych wszystkich swoich amantów. Kiedyś była bardzo atrakcyjną babką i czerpała z życia pełnymi garściami. Teraz nieco przywiędła, zaniedbała się, ale nadal ma w sobie to coś, co przyciąga facetów. Odziedziczyłam po niej urodę: jestem ładna, zgrabna, szczupła, a jednocześnie zaokrąglona tam, gdzie faceci lubią najbardziej. Dbam o moje długie ciemne włosy, a większość osób daje mi co najmniej osiemnaście lat. Nie wiem, co przejęłam po tatusiu, bo nigdy go nie poznałam, podobnie jak mój młodszy brat swojego. Ja i Mateusz jesteśmy przyrodnim rodzeństwem, ale nigdy nie traktowałam go z tego powodu gorzej. Mati ma dopiero osiem lat i jest fajnym dzieciakiem. Podejrzewam, że mama wie, kim są nasi ojcowie, ale duma nie pozwala jej wyciągnąć do nich ręki po pieniądze na nasze utrzymanie. Żyjemy raczej skromnie, z pensji mamy i świadczeń socjalnych. Nie wiem, dlaczego matka ujęła się honorem i nie wydębiła od swoich eksów alimentów na mnie i na Mateusza. Kiedyś próbowałam z nią o tym porozmawiać, ale strasznie się zdenerwowała, więc porzuciłam ten niewygodny dla niej temat. Mama jest fajną kobietą, ale kiedy się wkurza, lepiej zejść jej z drogi. Liczni absztyfikanci również nie radzą sobie z jej ognistym temperamentem. Często się zmieniają, dlatego ani ja, ani Mati nie przywiązujemy się do nich jakoś szczególnie. Dziś jest Czarek, za kilka dni poznajemy Adriana, a po nim Leszka. Muszę przyznać, że mama ma dobry gust, ale chyba nie jest jej pisana rola typowej kury domowej. Śmieje się, że nie nadaje się na żonę, a i jako matka ma sobie wiele do zarzucenia. Nie wiem, dlaczego tak uważa. Ani ja, ani mój brat nie chodzimy głodni czy zaniedbani. Owszem, nie mamy wypasionych telefonów jak nasi rówieśnicy, a ubrania często kupujemy w second handach albo na portalach internetowych z używaną odzieżą. Przyznaję, że czasem zdarza mi się ukraść coś w sklepie, ale staram się nie przesadzać. Gdyby mnie zatrzymali, mama zlałaby mnie na kwaśne jabłko. Drobne kradzieże traktuję jako trening, sprawdzam tym samym swoją zręczność. Muszę być sprytna i obeznana w wielu tematach, bo pomaga mi to ukrywać braki, jakie niesie ze sobą życie w biedzie. Moje koleżanki z podstawówki jeździły z rodzicami na zagraniczne wycieczki, a potem wstawiały stamtąd setki fotek i relacji, od których robiło mi się niedobrze. My ostatni raz byliśmy na wczasach jakieś cztery lata temu. Nad morze zabrał nas ówczesny facet mamy, Marek. Miałam jedenaście lat i musiałam zajmować się czteroletnim Mateuszkiem, bo mama i jej partner stale gdzieś znikali. Zostawiali nas w pokoju albo na plaży, otoczonych parawanem, i śmiejąc się, szli w tylko sobie znanym kierunku. Mama wiedziała, że jestem mądrą i odpowiedzialną dziewczynką i nie przyjdą mi do głowy żadne głupoty. Opiekowałam się Matim jak rodzona matka i rzeczywiście nie doprowadziłam nigdy do żadnego nieszczęścia. Jestem dobrą córką, mimo że nie mam lekko. Życie moich rówieśniczek jest beztroskie, ale one same są infantylne i nieporadne. Nie potrafią nawet ugotować parówek. Rodzice rozpieszczają je do granic możliwości, a te ameby tylko narzekają, że wyskoczył im pryszcz albo przytyły kilogram. Dostają kieszonkowe, za które ja potrafiłabym gospodarzyć przez miesiąc, tymczasem one przepuszczają tę forsę w tydzień. Kupują masę ubrań i kosmetyków, którymi szpanują potem w szkole. Ja, żeby nie wyglądać gorzej od nich, muszę codziennie nieźle się nakombinować.
W nowej szkole poznałam Klaudię. Siedzimy razem w jednej ławce. Też ma dzianych starych, ale muszę przyznać, że kasa nie uderzyła jej aż tak bardzo do głowy. Jest małomówna, wręcz nieśmiała. Typ kujonki, do tego całkiem ładnej. To ja pierwsza do niej podeszłam i zagadałam, inaczej stałaby pod klasą jak ostatnia sierota. Szybko nawiązałyśmy nić porozumienia, a Klaudia zaczęła się stopniowo przede mną otwierać. To niegłupia dziewczyna, która czuje się bardzo samotna, bo jej matka i ojciec stale siedzą w pracy. Niby dzieciaki zawsze biegały z kluczem na szyi, ale z jakiegoś powodu nasze pokolenie znosi to gorzej niż generacja naszych rodziców.
- Niezły ten sor od fizy, co nie? - pytam Klaudię, odprowadzając wzrokiem profesora Staniszewskiego, który właśnie przeszedł obok nas.
Klaudia patrzy za nim chwilę, po czym przenosi wzrok na mnie.
- Weź, mógłby być twoim ojcem - mówi, po czym robi wielkie oczy i zasłania dłonią usta.
No tak, wspominałam jej, że nie mam taty, ale nie powiedziałam dlaczego. Pewnie myśli, że zmarł, kiedy byłam mała.
- Nie bój się, to że nie mam ojca, nie oznacza, że nie wolno przy mnie wymawiać tego słowa - parskam śmiechem. Klaudia wygląda na zawstydzoną i wyraźnie ucieka wzrokiem.
- Przepraszam, to było niegrzeczne - stwierdza, a ja śmieję się jeszcze głośniej.
Czasami się zastanawiam, z jakiej epoki pochodzi ta dziewczyna. Wypowiada się jak absolwentka szkoły dla grzecznych panien, do tego ubiera się skromnie, unikając krzykliwych kolorów. Nasza szkoła nie ma jakichś specjalnych wytycznych co do stroju czy makijażu, ale zdarza się, że pedagog albo wychowawczyni zwracają mi uwagę, że mam zbyt mocny make up albo za krótką spódnicę. Nie przejmuję się zbytnio ich marudzeniem, bo wiem, że zwyczajnie mi zazdroszczą. Same są już podstarzałe, więc boli je widok młodej atrakcyjnej dziewczyny.
- Daj spokój, Klaudia. - Wzruszam ramionami.
Naprawdę dawno już pogodziłam się z faktem, że nie mam ojca. Może i został mi jakiś syndrom, bo podobają mi się dużo starsi faceci, ale pewnie wynika to z tego, że dość szybko musiałam dorosnąć. Owszem, czasem robi mi się przykro na myśl, że moje koleżanki mają tatusiów, którzy o nie dbają, podwożą do szkoły i się zamartwiają, kiedy ich córeczki późno wracają do domu. Ja nie doświadczyłam nigdy takiej troski, nawet od mamy.
- Dasz mi odpisać biologię? - pytam, chociaż z góry znam odpowiedź.
Klaudia zawsze jest perfekcyjnie przygotowana do lekcji, w dodatku ma bardzo ładny charakter pisma. Jej zeszyty są prowadzone schludnie, wyglądają prawie jak laurki. Ja nie przywiązuję aż takiej wagi do swoich notatek. Bazgrzę byle jakim długopisem, potem wkuwam to, co podyktowali nauczyciele, zgłaszam się do odpowiedzi, kiedy jest w miarę łatwy materiał, i przez jakiś czas mam trochę luzu. Nie znoszę odrabiać prac domowych, dlatego często spisuję je od Klaudii. Wiem, że nie do końca jej to odpowiada, widzę to zawsze po jej minie, ale jak dotąd nie zwróciła mi uwagi. Dopóki nie ma pretensji, korzystam z jej uprzejmości. Żyję już wystarczająco długo, by wiedzieć, że bez sprytu i pewnej dozy bezczelności nie zajdzie się daleko. Klaudia nie musi się specjalnie starać, bo jak nawet powinie jej się noga, starzy z pewnością jej pomogą. Ja nie mam, niestety, takiej gwarancji, w dodatku zawsze muszę myśleć o Matim. Zdarza się, że mama wpada w miłosny amok i trochę o nas zapomina. Wiadomo, że ja z łatwością przygotuję sobie obiad, ale Mateusz to jeszcze małolat, który potrzebuje opieki.
Klaudia kiwa głową i robi tę swoją charakterystyczną minę, która zawsze mnie bawi. Zaciska usta jak obrażona dziewczynka i staje się mrukliwa. Nie zwracam na to uwagi, tylko szybko spisuję zadanie domowe.
- Dzięki. - Oddaję jej zeszyt i uśmiecham się promiennie. - Dobra z ciebie kumpela, wiesz? - chwalę ją, a ona również mimowolnie rozciąga usta w uśmiechu. Mam wrażenie, że jej rodzice za mało ją doceniają.
- Po lekcjach muszę iść do marketu po zakupy. Pójdziesz ze mną czy się gdzieś spieszysz? - pyta, już prawie całkowicie udobruchana.
Już dawno zauważyłam, że wystarczy ją pochwalić, a szybko mięknie. Znamy się od kilku tygodni, a ja mam wrażenie, że rozpracowałam tę dziewczynę jak saper bombę. Kolejna ważna zasada: żeby przetrwać, trzeba poznać wszystkie słabe strony innych osób, w dodatku bacznie obserwować oraz badać ich reakcje na różne zdarzenia. Dzięki temu wiem, co powiedzieć w danej sytuacji, a tym samym zyskać w oczach tych, na których zdaniu mi zależy. Lubię Klaudię, ale jej naiwność czasem doprowadza mnie do szału. Tylko grzeczne dziewczynki z dobrego domu mogą mieć takie infantylne przekonanie o świecie. Ja już dawno poznałam jego ciemne strony i wcale nie wydaje mi się taki przyjazny.
- Jasne, że z tobą pójdę - mówię, w myślach ciesząc się na myśl, że może znowu uda mi się coś zwinąć ze sklepowej półki. Do głowy przychodzi mi jeszcze jedna szalona myśl. To będzie prawdziwy test dla Klaudii.
Kiedy kończy się ostatnia lekcja, przebieramy się i ruszamy wolnym krokiem w stronę przystanku. Najbliższy supermarket znajduje się kilka kilometrów od naszego liceum, a nam szkoda czasu na spacery z ciężkimi plecakami. Kiedy wsiadamy do autobusu, od razu zajmuję miejsce przy oknie. Dzięki temu mogę sobie popatrzeć na miasto, a dodatkowo nie muszę ustępować fotela jakiejś starej babie.
- Nie kasujesz biletu? - pyta zdziwiona Klaudia. Wie, że nie mam miesięcznego jak ona, bo mieszkam niedaleko szkoły i rzadko korzystam z komunikacji miejskiej.
Zerkam na nią, z trudem kryjąc irytację. Gdyby nagle się okazało, że w autobusie jadą kontrolerzy, właśnie mieliby mnie podaną na tacy.
- Mama dała mi rano bilet całodniowy - kłamię szybko, uśmiechając się przy tym niewinnie. W rzeczywistości został mi jeden bilet jednorazowy i nie zamierzam tracić go na przejechanie trzech przystanków.
Klaudia kiwa głową i zajmuje miejsce obok mnie. Na kolejnym przystanku ustępuje miejsca jakiejś staruszce, a ja wzdycham bezgłośnie. Oszaleć idzie z tą dziewczyną. Serio, nie ma w niej żadnego buntu, chęci, by zerwać te kajdany grzeczności i uległości? Odpowiada jej rola nudnej prymuski, podczas gdy mogłaby spróbować tylu ciekawych rzeczy? Zawsze już będzie taka życzliwa i opiekuńcza?
Kiedy wreszcie wysiadamy z autobusu, oddycham z ulgą. Gdybym trafiła na kontrolę i wlepiliby mi mandat, nie tylko dostałabym ochrzan od mamy, ale wyszłoby również, że oszukałam Klaudię. Zapewne szybko by mi wybaczyła, ale po co prowokować niepotrzebne, konfliktowe sytuacje? Lubię tę dziewczynę, potrzeba tylko, żeby trochę się... popsuła, dla własnego dobra. Zamierzam jej nawet w tym pomóc, i to za chwilę.
Łazimy między sklepowymi półkami, szukając produktów z listy Klaudii. Muszę przyznać, że jak na współczesną nastolatkę jest świetnie zorientowana i w cenach, i w asortymencie. Większość naszych koleżanek nie potrafiłaby nawet odróżnić ogórka od cukinii, tymczasem moja przyjaciółka wyraźnie ma zadatki na zawodową kucharkę.
- Ej, rzucam ci wyzwanie - odzywam się niespodziewanie, gdy koszyk na kółkach jest już w połowie zapełniony.
Klaudia odrywa na chwilę wzrok od półek i patrzy na mnie z zaciekawieniem.
- Wyzwanie? Sorry, challenge były modne kilka lat temu...
Ponownie wzdycham i z trudem silę się na cierpliwość.
- Nie o taki zakład mi chodzi. - Robię chytrą minę i przybliżam się do Bielskiej. - Ukradniesz coś ze sklepu? Masz na tyle odwagi?
Dziewczyna zatrzymuje się gwałtownie, omal nie wywracając koszyka. Patrzy na mnie z zaskoczeniem.
- Żartujesz, prawda? - pyta, wpatrując się we mnie uważnie.
Kręcę głową i uśmiecham się podstępnie.
- Jeśli uda ci się buchnąć cukierka, dla mnie to będzie znak, że mogę na ciebie liczyć w każdej sytuacji i że... - robię stosowną pauzę - naprawdę jesteś moją przyjaciółką. Na dobre i na złe.
Klaudia odsuwa się ode mnie, jakbym nagle wydała jej się obrzydliwym robalem.
- Nie muszę robić takich rzeczy, by potwierdzić naszą przyjaźń. Sorry, Justyna, ale to jest zwyczajnie kretyński pomysł. Nie kręci mnie kleptomania.
Dziewczyna jest wyraźnie urażona. Łapie za rączkę od koszyka i rusza przed siebie, nawet się na mnie nie oglądając. Uśmiecham się pod nosem i idę za nią.
- Dobra, żartowałam - próbuję ją udobruchać. Jak mogłam sądzić, że ta ułożona damulka zdobędzie się na tak szalony czyn?
Klaudia zatrzymuje się i łypie na mnie podejrzliwie.
- A ty? Lubisz czasem coś ukraść ze sklepu? - pyta szeptem.
Mam ochotę parsknąć śmiechem, jednak zamiast tego robię poważną minę i kręcę głową.
- Ja? A wyglądam na taką? - Spoglądam na nią zaczepnie.
Klaudia od razu się wycofuje. Widać, że nie radzi sobie zbyt dobrze w konfliktowych sytuacjach. Aż dziw, że jej rodzice, zajmując tak wysokie stanowiska, nie zadbali o to, by ich latorośl potrafiła walczyć o swoje.
- Nie - odpowiada szybko i zerka nerwowo na telefon. - Dobra, chodźmy już do kasy. Muszę wracać do domu - dodaje, nie patrząc na mnie.
- Idź, zaraz cię dogonię. Zobaczę tylko jedną rzecz - mówię i znikam między półkami.
Klaudia wzrusza ramionami i idzie wzdłuż alejki ze słodyczami. Po chwili znikamy sobie z oczu. Spotykamy się ponownie przy kasach samoobsługowych.
- I co, znalazłaś to, czego szukałaś? - pyta, skanując kolejne produkty. Zauważam, że nieco trzęsą jej się ręce.
- Tak, ale było za drogie - odpowiadam, mając przed oczami szminkę, którą chwilę wcześniej niepostrzeżenie ukradłam ze sklepowej półki i włożyłam sobie do skarpetki.
Klaudia skanuje ostatnie produkty, po czym płaci za wszystko kartą płatniczą.
- Masz już swoją kartę? Kurde, na bogato - stwierdzam, gwiżdżąc cicho z podziwem.
Bielska rzuca mi spłoszone spojrzenie i pospiesznie pakuje produkty do ekologicznej torby, którą wyjęła z plecaka.
- Tak, tata przelewa mi na nią kieszonkowe i większe sumy, właśnie na zakupy - tłumaczy, po czym sięga po paragon i kieruje się do bramki.
Nie wiem dlaczego, ale wydaje się bardzo wystraszona. Idę za nią, zapominając zupełnie o tym, że w mojej skarpetce znajduje się szminka Rimmela. Wychodzimy na zewnątrz i dopiero wtedy dostrzegam, że Klaudia cała drży.
- Co ty, chora jesteś? - Patrzę na nią niepewnie.
Dziewczyna w milczeniu kieruje się w stronę przystanku. Podążam za nią, nie bardzo rozumiejąc, co dzieje się z Bielską.
- Klaudia, stój! - Nie wytrzymuję i łapię ją za łokieć.
Przyjaciółka zatrzymuje się gwałtownie i patrzy na mnie ze strachem, ale i... ekscytacją.
Muszę mieć głupią minę, bo Klaudia uśmiecha się nagle, po czym wyciąga z kieszeni... cukierka.
- Udało mi się - szepcze podekscytowana i na znak tego, że nie kłamie, pokazuje mi paragon. Rzeczywiście nie ma na nim żadnych słodyczy.
Spoglądam na nią z autentycznym podziwem.
- No, laska, zaimponowałaś mi teraz. Szacun, serio - mówię szczerze. Proszę, proszę, moja przyjaciółka naprawdę mnie zaskoczyła. Może jednak źle ją oceniłam? Czyżby pod tym pozornie niewinnym uśmiechem, którym codziennie wita mnie w szkole, kryła się zręczna manipulatorka? Postanawiam, że od tej pory będę wnikliwiej przyglądać się Klaudii.
O swojej ukradzionej szmince wolę jej na razie nie mówić. Niech myśli, że tylko ona jest taka sprytna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki