Jutro już nigdzie nie pojadę - Agnieszka Lis

Kup ebooka

37.90 zł
31.72 zł (31,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

"To jest nie do znie­sie­nia" - pomy­ślała Irena, ze stęk­nię­ciem odsta­wia­jąc siatki. Zbli­żała się Wiel­ka­noc, a to, jak każde święta, ozna­czało koniecz­ność goto­wa­nia. A wcze­śniej zaku­pów. Wiel­kie siaty swoje ważyły, lecz ona wcale nie chciała pomocy.

Oddy­chała ciężko, wykrzy­wia­jąc twarz.

- Śmier­dzi tu coraz bar­dziej - stwier­dziła pół­gło­sem i naci­snęła dzwo­nek.

Ode­zwał się dokład­nie tak samo jak wczo­raj i dnia poprzed­niego. I trzy dni wcze­śniej. I zawsze. Dźwię­kiem wpraw­dzie przy­tłu­mio­nym, ale iry­tu­ją­cym. Uwa­żała go za żenu­jący, taki z tan­detną melo­dyjką, i nawet wspo­mniała o tym sąsia­dowi, jed­nak z nim trudno było roz­ma­wiać. Po pierw­sze rzadko się poka­zy­wał. Zaszy­wał się we wła­snym miesz­ka­niu niczym jakiś dzi­kus, nie roz­ma­wiał na klatce scho­do­wej. Suche "dzień dobry" i tyle. Samot­nik po pro­stu. A po dru­gie był mru­kiem. Nawet kiedy cho­dziło o ważną sprawę, sąsiedzką, na przy­kład o posta­wie­nie cho­inki na podwórku, to poga­dać się z nim nie dało. "Tak", "nie", naj­czę­ściej "nie wiem".

Irena cały czas się krzy­wiła.

- Co to się tutaj dzieje? - powie­działa cicho. - Żeby takie śmier­dzące? W naszym bloku?

Już nawet roz­ma­wiała o tym z sąsiadką z pię­tra wyżej. Do niej też ten smród docho­dził. A ni­gdy tu nie było bała­ganu! Zawsze wszystko wysprzą­tane, jak na porządną klatkę scho­dową przy­stało. Z zapa­chów to ewen­tu­al­nie cza­sem lizol, jeśli dozor­czyni chciała porząd­niej wysprzą­tać. Przed świę­tami na przy­kład. A tak? Zawsze czy­sto­ścią pach­niało.

Irena z iry­ta­cją naci­snęła klamkę. Ku jej zdzi­wie­niu drzwi uchy­liły się z cichym skrzyp­nię­ciem.

"Zawiasy też sąsiad powi­nien nasma­ro­wać" - pomy­ślała. Zmarsz­czyła nos jesz­cze bar­dziej. "Cze­goś takiego to ja jesz­cze nie spo­tka­łam. Mięso się zepsuło?"

Postą­piła kilka kro­ków w głąb miesz­ka­nia i dostrze­gła wła­ści­ciela. Leżał na kana­pie przed włą­czo­nym, szu­mią­cym jed­no­staj­nie tele­wi­zo­rem.

- Upił się? - zaskrze­czała. - Taki niby porządny pan pro­fe­sor, dok­tor z poli­tech­niki, a pijany jak jaki robol?

Pode­szła do niego i dotknęła ręki zwi­sa­ją­cej aż do pod­łogi.

I zaczęła krzy­czeć, bo ręka była lodo­wata, z ciała docho­dził odór, a do tego na pod­ło­dze, pod wysta­ją­cym niczym u Michała Anioła w Stwo­rze­niu świata pal­cem wska­zu­ją­cym, zebrała się strużka bru­nat­nej, zasty­głej już cie­czy.

Irena wybie­gła z miesz­ka­nia i dopa­dła drzwi naprze­ciwko, swo­ich wła­snych. Szarp­nęła klamkę, po czym w panice zła­pała się za głowę. Chwy­ciła torebkę, ner­wowo szu­ka­jąc klu­cza. Trzę­są­cymi rękami kil­ka­krot­nie pró­bo­wała tra­fić w dziurkę, w końcu wpa­dła do przed­po­koju, po czym ponow­nie wybie­gła, by wnieść cięż­kie siaty. Gdzieś na obrze­żach świa­do­mo­ści koła­tało jej bowiem, że za dużo dobra przy­tar­gała do domu i nie może pozwo­lić, by się zmar­no­wało. Kawa­łek pysz­nej cie­lę­ciny, deli­kat­nej, mię­ciut­kiej. Duszona będzie roz­pły­wać się w ustach. Za droga, by zosta­wić ją ot tak, na klatce scho­do­wej. Sery, egzo­tyczne owoce - wszystko na święta. Wykwintne i dro­gie! Tak przyj­mie rodzinę! Nale­żało wpierw zabez­pie­czyć te luk­susy. Posta­wiła zakupy tuż przy szafce z lustrem, po czym odwró­ciła się i wycią­gnęła rękę.

Zatrzy­mała się na chwilę w tej dziw­nej pozie i wpa­try­wała w ścianę przed sobą. Przez lata wisiał tam tele­fon. Dokład­nie od sie­dem­dzie­sią­tego czwar­tego. Czer­wony, z pięk­nymi, zdob­nymi cyframi pod obro­tową tar­czą. Nie dzia­łał od dwa tysiące ósmego, choć wisiał tam jesz­cze rok temu, dopóki syn nie prze­pro­wa­dził w miesz­ka­niu remontu. Lubiła na niego patrzeć, był takim wyra­zi­stym punk­tem, na który natra­fiał jej wzrok zaraz po wej­ściu do miesz­ka­nia.

Potrzą­snęła głową.

- Prze­cież mam komórkę! - powie­działa do sie­bie.

- A co pani tak drzwi na oścież zosta­wia? - usły­szała. Sąsiadka z gór­nego pię­tra z zacie­ka­wie­niem zaglą­dała do przed­po­koju Ireny. - No i nie żebym obma­wiała, ale chyba lodówka się pani zepsuła czy co? Bo ten smród to aż tutaj czuć...

Irena zama­chała rękami.

- Muszę zadzwo­nić - rzu­ciła. - Na poli­cję!

- Pani kochana, na poli­cję?

Sąsiadka w kory­ta­rzu wciąż coś mówiła, ale Irena nie słu­chała, gorącz­kowo szu­ka­jąc tele­fonu. Gdy go w końcu zna­la­zła i wybrała numer, sąsiadka zamil­kła. Posłu­chała, co Irena rela­cjo­nuje dyżur­nemu, spoj­rzała bojaź­li­wie w stronę drzwi sąsiada, pode­szła do nich i lekko je pchnęła. Fak­tycz­nie, jak twier­dziła Irena, były nie­do­mknięte. I to zza nich wydo­by­wał się ten smród!

Posta­no­wiła zatem zacho­wać się tak, jak zacho­wałby się każdy prze­ra­żony oby­wa­tel. Zaczęła krzy­czeć.

Poli­cja przy­je­chała po dwu­dzie­stu minu­tach. Słowo "mor­der­stwo" miało wielką moc.

Irena z sąsiadką sie­działy w kuchni i popi­jały wodę. Zakupy jed­nej i dru­giej wciąż walały się po pod­ło­dze w przed­po­koju.

- Mnó­stwo krwi. - Sąsiadka zaczęła opo­wia­dać. - Pano­wie, to jakiś krwawy mor­derca jest! On tera wszyst­kich nas wymor­duje, panie! I gwał­cić będzie, i wszystko!

- Pani widziała denata? Gdzie się znaj­duje?

- To ja widzia­łam - wtrą­ciła w końcu Irena. - Ty tam led­wie wla­złaś, na próg tylko, więc nie gadaj, pana poli­cjanta w błąd nie wpro­wa­dzaj. Zresztą, to mój sąsiad. Leży na kana­pie. I chyba nie żyje.

- Chyba? - Poli­cjant zmarsz­czył brwi.

- Zimną rękę ma.

- Czyli nie widziała pani krwi?

Irena pokrę­ciła głową.

- A pani? - ofi­cer zwró­cił się do sąsiadki.

- Ja? Że ja niby? Mia­łam tam wcho­dzić? Do tru­po­sza? Zer­k­nę­łam tylko, tak ode drzwi.

- Czyli nie wcho­dziła pani do miesz­ka­nia? - Kobieta pokrę­ciła głową. - To popro­simy panią, by udała się do swo­jego miesz­ka­nia. W razie pytań...

- To ja będę u sie­bie - prze­rwała mu. - Okropne popo­łu­dnie, okropne. Tak żeby trupy we wła­snym bloku znaj­do­wać? Co to się poro­biło z tym świa­tem, co się poro­biło!

Poli­cjanci w mil­cze­niu pocze­kali, aż zabie­rze zakupy i pój­dzie do sie­bie, pię­tro wyżej. Potem oby­dwaj weszli do miesz­ka­nia naprze­ciwko, choć jeden pozo­stał w przed­sionku.

Irena w tym cza­sie posta­no­wiła, że musi jed­nak zażyć jakieś lekar­stwo. Sil­niej­sze. Pode­szła do barku w meblo­ściance, w któ­rym regu­lar­nie czy­ściła lustro, dzięki czemu wnę­trze pre­zen­to­wało się nad wyraz świa­towo. Odro­bina koniaczku zawsze miała kojące dzia­ła­nie. Była kon­tenta, że poprzed­niego dnia dokład­nie wysprzą­tała całe miesz­ka­nie. Na pewno przyj­dzie tu do niej poli­cja, wię­cej poli­cji, i będzie musiała dużo opo­wia­dać o sąsie­dzie.

"Muszę sobie wszystko przy­po­mnieć. Jaki on był? No dzi­wak, oczy­wi­ście. Pew­nie. Pro­fe­so­rek z bożej łaski. Książki nosił czę­sto, cza­sem w ręce, a cza­sem chyba w znisz­czo­nej, powy­cie­ra­nej teczce, bo wyglą­dała na ciężką. Ta jego żona faj­niej­sza..."

W tym cza­sie w sąsied­nim miesz­ka­niu roz­glą­dali się poli­cjanci z patrolu.

- Samo­bój? - zapy­tał jeden z poli­cjan­tów.

- Tak by wyglą­dało - odpo­wie­dział drugi. - Na pierw­szy rzut oka nie widać śla­dów inter­wen­cji osób trze­cich. Żad­nej prze­mocy chyba.

- A mamy gdzieś bli­ster? Czym popił? Jest list?

- No wła­śnie nic. Nie ma zupeł­nie nic.

Roz­glą­dali się uważ­nie.

- Dla mnie tro­chę dziw­nie. Nic tu nie ma...

- No wła­śnie. Jest cał­kiem nor­mal­nie.

- Gość, który wła­śnie zamie­rza zażyć garść table­tek, nie szy­kuje sobie sto­siku lek­tur do prze­stu­dio­wa­nia. - Jeden z poli­cjan­tów wska­zał ruchem brody na sto­lik przy kana­pie.

- Swoją drogą, musiał być tra­dy­cjo­na­li­stą.

Oby­dwaj poli­cjanci roz­glą­dali się uważ­nie po wnę­trzu.

- Kim był?

- Pra­cow­nik naukowy. Z poli­budy. Sąsiadka tak twier­dzi.

- To wiele wyja­śnia. Kto inny używa zwy­kłego notesu? Układa go na biurku ide­al­nie na środku, po pra­wej umiesz­cza cztery ostro zatem­pe­ro­wane ołówki, wszyst­kie jed­nej dłu­go­ści i skie­ro­wane w tę samą stronę, a do tego pióro? Praw­dziwe, tra­dy­cyjne pióro. Takie na atra­ment.

- Nie wiem, kiedy ostat­nio takie widzia­łem.

- Ja chyba u dziadka.

- To wygląda jak insce­ni­za­cja. Poza tym... Tu panuje ide­alny porzą­dek. Ktoś, kto chce popeł­nić samo­bój­stwo, nie sprząta wokół.

- Fakt, to miesz­ka­nie wygląda jak sce­no­gra­fia. Nawet ta plama krwi, tutaj... - Funk­cjo­na­riusz wska­zał na nie­wielki bru­natny ślad na pod­ło­dze. - Jak nama­lo­wana.

- A może jed­nak gość był po pro­stu takim... No wiesz, fre­akiem, dzi­wa­kiem?

- W sen­sie, że obse­syj­nie lubił porzą­dek? To się aku­rat da łatwo stwier­dzić.

Jeden z poli­cjan­tów wyszedł do sąsied­niego miesz­ka­nia. Wró­cił po kilku minu­tach.

- Ratunku! - rzekł, prze­wra­ca­jąc oczami.

- Męcząca opo­wieść?

- Star­sze panie lubią poga­dać. Nie zazdrosz­czę temu, kto będzie ją prze­słu­chi­wał. Nie­mniej, denat, nie­jaki Piotr Dut­kie­wicz, nie nale­żał do porząd­nic­kich. Sąsiadka twier­dziła, że w ostat­nich śmie­ciach, pięć dni temu, wyrzu­cił książkę. Nawet chciała mi ją poka­zać. Wycią­gnęła ją ze śmieci, rozu­miesz? I się tym szczyci. Że grze­bie w śmie­ciach! Ludzie są nie­by­wali. - Symul­ta­nicz­nie pokrę­cili gło­wami. - Powie­działa jed­nak coś cie­ka­wego. Otóż ten tutaj, Dut­kie­wicz, nie nale­żał do czy­ścio­chów i od kiedy wypro­wa­dziła się od niego żona, jego miesz­ka­nie zara­stało. To zna­czy, żona do niego przy­jeż­dżała, bo gość cho­ro­wał, ale nie dbała o miesz­ka­nie jak wcze­śniej. Zale­d­wie z grub­sza ogar­niała.

- Tak mówisz?

Rozej­rzeli się po wnę­trzu.

- Tu jest ste­ryl­nie.

- No wła­śnie. Ponoć wcze­śniej jego żona zawsze dbała o porzą­dek. Regu­larne, rze­komo codzienne sprzą­ta­nie.

- To zupeł­nie jak moja stara - mruk­nął jeden z poli­cjan­tów.

Drugi wzru­szył ramio­nami.

- Ale żona podobno się wypro­wa­dziła kilka mie­sięcy temu i od tego czasu gość miał zapusz­czać lokal. "Meto­dycz­nie". - Poli­cjant wyko­nał w powie­trzu znak cudzy­słowu. - Tak przy­naj­mniej twier­dzi sąsiadka. A to tutaj nie wygląda na zapusz­czoną norę porzu­co­nego gościa.

- Może żonka wpa­dła i posprzą­tała?

Mil­czeli przez chwilę. Jeden przy­gry­zał wargę, drugi mru­żył oczy.

- Nie da się tak posprzą­tać w jedno popo­łu­dnie, jeśli wcze­śniej kwa­drat był zapusz­czony. Myślisz to, co ja?

Drugi kiw­nął głową.

- To nie samo­bój.

- Wła­śnie.

- Gdyby życie zawsze było takie pro­ste...

- Dzwo­nię do szefa. Ty wzy­waj grupę i tych od ostat­niego kon­taktu.

- Swoją drogą, tro­chę nie­fart. Zgni­łek w takim pięk­nym oto­cze­niu.

- Nie pierw­szy raz mamy takiego cuch­ną­cego.

- Ale zwy­kle w mniej este­tycz­nych oko­licz­no­ściach.

- I jak, panie poli­cjan­cie, i jak? - Irena w końcu się znu­dziła sie­dze­niem w miesz­ka­niu i zaj­rzała przez drzwi. Przy ustach i nosie trzy­mała białą, hafto­waną chu­s­teczkę.

- Pro­szę opu­ścić lokal - upo­mniał ją jeden z poli­cjan­tów.

- To ja zapra­szam panów do sie­bie. - Uśmiech­nęła się sze­roko. Odro­bina koniaku zna­ko­mi­cie wpły­nęła na jej samo­po­czu­cie. - Wszystko opo­wiem.

Poli­cjanci spoj­rzeli po sobie.

- Ale zosta­wimy drzwi uchy­lone - rze­kli poli­cjanci. - Musimy pil­no­wać, żeby nikt cza­sem nie wszedł na... do tam­tego miesz­ka­nia.

- Panie, tu wszystko sły­chać! - obu­rzyła się. - Każdy krok i każde wszystko. Jak kto będzie łaził, a będą się szwen­dać po klatce scho­do­wej, oj, będą!, to od razu...

- Wolimy jed­nak mieć bacze­nie na wej­ście do miesz­ka­nia sąsia­dów.

- Oczy­wi­ście, pano­wie poli­cjanci, oczy­wi­ście. To ja tutaj już przy­go­to­wa­łam... - Irena ruszyła do kuchni, z któ­rej zaraz wyło­niła się z dwoma pół­mi­skami. - Nie to, żebym nie pro­po­no­wała, ale pano­wie na służ­bie, więc pro­centy to pew­nie nie bar­dzo, ale posi­lić to się prze­cież należy.

- Dzię­ku­jemy. Nie będziemy...

- Niech pano­wie sia­dają - weszła mu w słowo Irena. - Prze­cież to nic zdroż­nego. Jajeczko tylko, takie pro­sto od kurki mam, szczę­śli­wej, ja tam byle czego nie kupuję. A przed świę­tami to już w ogóle. Nawet, a co mi tam, ana­nasa kupi­łam, mło­dzi to dzi­siaj lubią takie wygi­basy. Kur­czaka takiego zro­bię, dla wnuka, z owo­cami! Na święta cała rodzina się do mnie zje­dzie, no ale to tak nor­mal­nie prze­cież. Syn to nawet chciał pomóc w zaku­pach, ale co on tam. Zajęty jest, sama pora­dzę. Tylko kilka razy muszę cho­dzić. No na raz to za dużo dla mnie jest. A ostat­nio, pano­wie, jak śmieci wyrzu­ca­łam, bo wie­cie, pano­wie, teraz to z tymi śmie­ciami sam kło­pot, sam kło­pot! Nie tam, żebym ja uwa­żała, że do lasu wywo­zić, co to, to nie! A już na pewno nie gdzieś tak na obrze­żach, to już w ogóle. Potem czło­wiek idzie na spa­cer i co? I sterta wor­ków. Żeby to jesz­cze wor­ków! Walają się śmieci, ohyda po pro­stu, no strasz­nie! Ale jak tam kto gdzieś w głębi lasu ski­tra, toż prze­cie nikomu nie szko­dzi. No ale, ale, teraz to z tymi śmie­ciami. Że segre­go­wać. Że worki kolo­rowe. Że do pojem­ni­ków. Jakby to się komu chciało. Czy żółte, czy nie­bie­skie, wszystko prze­cie śmieci. Ale o czym to ja? Niech pano­wie jedzą, posi­lić się trzeba, bo służba ciężka.

Poli­cjanci słu­chali w mil­cze­niu.

- Zatem... - Zawie­siła się na chwilę. - A! Śmieci wyno­si­łam! Pano­wie wie­dzą, tak cał­kiem nor­mal­nie. Worek mia­łam czarny, bo ja tam tych innych to nie uży­wam. Po co to. I widzia­łam, jak mój sąsiad, taki pochy­lony, bo on to się bar­dzo posu­nął ostat­nio, ale to bar­dzo! Odkąd ta żona go zosta­wiła, to on po pro­stu w oczach mar­niał. Chudł, posi­wiał, jakby włosy stra­cił... No okrop­nie. I pił chyba. - Kobieta ści­szyła głos na te słowa. - A miesz­ka­nie zapusz­czone! Jak ni­gdy. Dopóki ta żona tu miesz­kała, to nie powiem, nawet porzą­dek był. Ale jak ona się wypro­wa­dziła, a teraz wpada tylko co jakiś czas, to z czy­sto­ścią jest na bakier. A w ogóle to ja jej tu nie widzia­łam od kilku dni. Od pię­ciu chyba? Bo ona to by chyba zauwa­żyła, że ten mąż... ten mąż... no wie­dzą pano­wie. I powiem jesz­cze, że choć on uczony, co to na uni­wer­sy­te­cie pra­co­wał, to jemu chyba się w tej gło­wie tro­chę pomie­szało. Niech pano­wie miar­kują: książkę wyrzu­cił! Książkę! Kto to widział? Książki są dzi­siaj bar­dzo dro­gie. Wiem, bo mam, pano­wie popa­trzą.

Rozej­rzeli się po wnę­trzu. Dopiero po chwili dostrze­gli za drzwiami wąską szafkę. Na jed­nej z pó­łek stała cała kolek­cja nie­wiel­kich ksią­żek z różo­wymi grzbie­tami.

- Nie to, żebym ja jakaś nie­czy­tata była! Mam, pano­wie widzą, całą półkę ksią­żek mam! Nawet dwie. To i tamtą wzię­łam. Mogę panom poka­zać...

Pode­szła do regału i się­gnęła po tom w kolo­ro­wej opra­wie.

- Nie trzeba, dzię­ku­jemy bar­dzo - zapro­te­sto­wał jeden z poli­cjan­tów.

- Pan Piotr to mi nawet książki cza­sem poży­czał. A ja bra­łam, bo co, jak dają? Ja to...

- Kole­dzy już przy­je­chali, musimy udać się na czyn­no­ści - prze­rwał jej drugi.

- Ale wie­cie, pano­wie, jakby coś, to ja tu jestem i wszystko chęt­nie opo­wiem. Wszystko opo­wiem, nie to, co tamta z góry, bo ona, pano­wie, to nic nie wie. To ja miesz­kam tu naprze­ciwko pro­fe­sora, ja! Wszystko wiem, bo wszystko widzę. Prze­cież wizjer w drzwiach to nie bez powodu zamon­to­wali? Więc pano­wie, gdyby coś, to ja...

- Będziemy pamię­tać - prze­rwał jej wywód poli­cjant.

Męż­czyźni wyszli z miesz­ka­nia.

- To było zbie­ra­nie infor­ma­cji? - zapy­tał jeden.

Drugi tylko par­sk­nął nie­za­do­wo­lony.

- Swoją drogą, te jajka wyglą­dały zna­ko­mi­cie. I do cho­lery, jak pach­niały. A po tym smro­dzie umar­laka to aż się chciało powdy­chać cze­goś innego.

- Per­fumy se roz­pyl następ­nym razem.

- Nie to! - żach­nął się pierw­szy. - Po pro­stu głodny jestem. Stara wyje­chała do rodzi­ców i bez śnia­da­nia wysze­dłem.

- Wyje­chała? Przed świę­tami?

- Razem z matką świę­conkę szy­kują. Ja tylko dojadę. Na gotowe.

- Szczę­ściarz. Ale fakt, ja też głodny jestem. A te jajka zaje­bi­ście pach­niały.

Rozdział 1

Kilka mie­sięcy wcze­śniej

Na każ­dym przy­ję­ciu nad­cho­dzi godzina, o któ­rej to ele­ganc­kie suk­nie prze­stają kon­we­nio­wać z zacho­wa­niem, kiedy na par­kiet wcho­dzi pro­stac­two, choć goście się prze­cież nie wymie­nili. Jeśli pod­chmie­leni są wszy­scy - obni­żony stan­dard nie prze­szka­dza nikomu. Zsu­nięty zbyt nisko dekolt bro­ka­to­wej sukni na cien­kich ramiącz­kach, który odsła­nia zbyt dużo piersi. Prze­krzy­wiony kra­wat. Atła­sowa suk­nia, po kilku godzi­nach zabawy wyglą­da­jąca jak wymięta polie­strowa pod­szewka. Roz­pięty koł­nie­rzyk, pod któ­rym jesz­cze kilka godzin wcze­śniej wid­niała jedwabna mucha. Nade­rwany nie­ostrożną stopą brzeg sukni, która przez to kom­plet­nie stra­ciła fason. Popla­mione poły mary­narki. Gdzieś smo­king, gdzieś sztruk­sowe spodnie. Wie­czo­rowa suk­nia z dopa­so­wa­nym gor­se­tem i bluzka wyło­żona na dżinsy. Wszystko wymie­szane, wygnie­cione, nie­efek­towne, zmę­czone jak i goście przy­ję­cia.

Na uro­dzi­no­wym przy­ję­ciu Bar­bary w mod­nym kosza­liń­skim klu­bie można było spo­tkać naj­wy­kwint­niej­szą kosza­liń­ską śmie­tankę. Przede wszyst­kim, oczy­wi­ście, praw­ni­ków, jako że mąż Bar­bary, Mie­czy­sław, był zna­nym na Pomo­rzu nota­riu­szem. Zatem adwo­kaci i pro­ku­ra­to­rzy, kar­ni­ści i cywi­li­ści bawili się w jed­nej sali, razem tań­czyli i wspól­nie opróż­niali kolejne butelki. Łączył je fakt, że zawie­rały same zacne trunki.

Obecni byli także przed­sta­wi­ciele władz samo­rzą­do­wych. Pani pre­zy­dent, dwóch jej zastęp­ców i sekre­tarz. Komen­dant poli­cji, oczy­wi­ście w cywilu, i jego żona, wła­ści­cielka popu­lar­nego butiku. Dyrek­torka woje­wódz­kiej biblio­teki i kie­row­niczki trzech filii. Kie­row­nik zna­nego mie­leń­skiego ośrodka wypo­czyn­ko­wego, dyrek­torka kosza­liń­skiego muzeum, dyrek­tor archi­wum pań­stwo­wego i jakiś ważny stop­niem urzęd­nik kolei. Przed­sta­wi­ciele lokal­nego biz­nesu i, oczy­wi­ście, mediów. Więk­szość z mał­żon­kami lub part­ne­rami. W sumie około sześć­dzie­się­ciu osób.

Przy czym łatwo było roz­po­znać rangę gościa. Im niż­sza, tym bar­dziej bro­ka­towy strój.

Przy­ję­cie roz­po­częło się o osiem­na­stej i pozo­sta­wało bar­dzo ele­ganc­kie mniej wię­cej do dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści. Wtedy to minęła jak sen złoty pierw­sza skrzynka luk­su­so­wej wódki. Bute­lek whi­skey i wina nie spo­sób poli­czyć. Towa­rzy­stwo bawiło się wyśmie­ni­cie, tym lepiej, im wię­cej wypili.

Bożena, znana dzien­ni­karka Radia Kosza­lin, nie piła, ale także czuła się zna­ko­mi­cie. Obser­wo­wa­nie gości dawało jej mnó­stwo rado­ści. I wiele przy­dat­nych w jej pracy infor­ma­cji.

- Jak się bawisz?

Stała oparta o barierkę i popi­jała bez­al­ko­ho­lowy gin z sokiem ana­na­so­wym. A pyta­nie zadała jej Bar­bara Borow­ska, dzi­siej­sza jubi­latka. Znały się od pod­sta­wówki, ba! wtedy były przy­ja­ciół­kami i potra­fiły godzi­nami komen­to­wać przez tele­fon rze­czy­wi­stość, choć prze­cież widziały się w szkole. Rodzice obu dziew­czyn narze­kali na rachunki tele­foniczne, mło­dych to jed­nak nie obcho­dziło. Cała trójka, Bożena, Bar­bara i jej mąż Mie­czy­sław, cho­dzili do jed­nej klasy. Przez lata budo­wa­nia kariery kro­czyli dość odle­głymi ścież­kami i prak­tycz­nie się nie spo­ty­kali. Dwa lata temu Bożena przy­pad­kowo natknęła się na Mie­czy­sława w aptece. Ponarze­kali, pośmiali się i od nie­chce­nia umó­wili na spo­tka­nie. Takie kur­tu­azyjne, zupeł­nie jakby rzu­cili zdaw­kowe "zdzwo­nimy się" albo "umó­wimy się kie­dyś na kawę". Ale na tym się nie skoń­czyło. Być może dla­tego, że wła­śnie wtedy wkro­czyła Bar­bara. Zapro­siła Bożenę do ich miesz­ka­nia, przy­go­to­wała wykwintną kola­cję i jakoś tak się to poto­czyło, że od tego czasu spo­ty­kali się może nie­zbyt czę­sto, za to regu­lar­nie. I zawsze mieli o czym roz­ma­wiać.

- Bawię się wyśmie­ni­cie - odpo­wie­działa Bożena. - Im dalej, tym lepiej.

- Lubisz patrzeć na ludzi, któ­rzy nad­uży­wają?

- Cza­sem mówią cie­kawe rze­czy. - Dzien­ni­karka wzru­szyła ramio­nami.

- I dla­tego nie pijesz? - zapy­tała jubi­latka. - Żeby zacho­wać kon­trolę? Niczego nie chlap­nąć? Zbie­rać kom­pro­mi­tu­jące infor­ma­cje?

- Nie czyń ze mnie Mefi­sto­fe­lesa w spód­nicy. - Bożena się zaśmiała. - Ale jestem pod wra­że­niem, twemu uważ­nemu oku nic nie umknie. Piję bez­pro­cen­towo, bo jutro o ósmej trzy­dzie­ści mam wej­ście na żywo, a praca na kacu nie należy do moich ulu­bio­nych. Napiję się kie­dyś u was albo kiedy mnie odwie­dzi­cie, cho­ciaż ja nie potra­fię goto­wać tak jak ty. Nie­mniej, do swo­bod­nego picia jakoś wolę bar­dziej kame­ralne towa­rzy­stwo.

Bar­bara wes­tchnęła i uśmiech­nęła się deli­kat­nie.

- Zasta­na­wia­łam się dość długo, czy ta impreza to dobry pomysł. Osta­tecz­nie uzna­łam, że tylko raz w życiu mam czter­dziestkę.

- Wła­ści­wie to każdy dzień obcho­dzimy tylko raz w życiu - rze­kła filo­zo­ficz­nie Bożena.

- Toś mi teraz doło­żyła. - Bar­bara się zaśmiała. - Może cho­ciaż jed­nego drinka, co? Bo na trzeźwo jesteś tro­chę nie do znie­sie­nia.

Bożena unio­sła brwi, roz­ba­wiona.

- W przy­szłym tygo­dniu. U was. A co do dobrej zabawy... Cały czas myślę o tym, że kiedy sto­imy takie oparte o barierkę, lekko pochy­lone, to nasze tyłki muszą się pre­zen­to­wać cał­kiem sek­sow­nie.

- No wiesz? - prych­nęła Bar­bara.

- I wyobraź sobie teraz, na przy­kład, takiego pana wice­pre­zy­denta, który pod­cho­dzi i syn­chro­nicz­nie nas kle­pie. Ot tak, po pro­stu, wiesz. Roz­ło­żona sze­roko dłoń i rów­no­cze­sne, dźwięczne "klap". - Bożena roz­ło­żyła sze­roko palce pra­wej ręki i wyko­nała jed­no­znaczny gest.

- Może fak­tycz­nie nie pij w towa­rzy­stwie. - Bar­bara się zaśmiała.

- A tak poważ­nie - dodała Bożena, pro­stu­jąc się - twoje uro­dziny przejdą do legendy. To nie impreza. To istny melanż. Fascy­nu­jący festi­wal oso­bo­wo­ści. Pełen nie­by­wa­łych sma­ków, kolo­rów, fak­tur i czego jesz­cze chcesz. Wszystko na maksa. Jakby kot chę­do­żył mysz. Długo jesz­cze będzie się opo­wia­dało o tym, co się tutaj wyda­rzyło. I powstaną lokalne poda­nia, klechdy i legendy. Pomyśl, sta­niesz się mityczną posta­cią Kosza­lina.

- Jakby co? - Bar­bara nie kryła zdu­mie­nia.

- No wiesz. Kot, mysz. Duże, małe. Coś prze­kra­cza­ją­cego gra­nice.

- Jestem chyba znie­sma­czona. Cho­ciaż - zasta­no­wiła się chwilę - jestem także zachwy­cona. Ja, Bar­bara, ta od imprezy w noc­nym klu­bie, na któ­rym... wyja­śnisz mi, co wła­ści­wie się wyda­rzyło?

- Tego w szcze­gó­łach jesz­cze nie wiem. Dopiero to wymy­ślę - odparła z powagą Bożena.

Jubi­latka prych­nęła i z uśmie­chem pokrę­ciła głową, po czym klep­nęła Bożenę w ramię i skie­ro­wała się do innych gości.

Dzien­ni­karka znów sku­piła się na obser­wa­cji. Mach­nęła lekko dło­nią, gdy zna­jomy bar­man spoj­rzał w jej stronę. Podo­bał się jej, choć był zde­cy­do­wa­nie za młody. A może wcale nie? Może tylko włosy zwią­zane w kitkę i lekko szy­der­czy uśmie­szek odej­mo­wały mu lat.

Kie­dyś przy­szła tutaj w nor­mal­nym dla niego dniu pracy. Dzi­siaj klub był zamknięty dla gości z zewnątrz, wtedy kró­lo­wały tu mało­laty. Tro­chę pijane, bar­dziej naćpane, rzy­ga­jące po kątach i pozba­wione jakich­kol­wiek hamul­ców. Na ich tle Bożena się wyróż­niała, choć nie­ko­niecz­nie pozy­tyw­nie. "Jak Matu­za­lem" - pomy­ślała teraz, uśmie­cha­jąc się do sie­bie.

Roz­glą­dała się dalej. Dużo się działo. Jej uwagę zwró­ciła Karo­lina, kie­row­niczka jed­nej z biblio­tecz­nych filii. Znana dzia­łaczka kul­tu­ralna. Zresztą, w Kosza­li­nie wystar­czyło robić cokol­wiek, by być zna­nym.

Bożena przy­glą­dała się rudo­wło­sej kobie­cie z burzą efek­tow­nych loków obcię­tych pro­sto na wyso­ko­ści brody. Cudow­nie oka­lały jej jasną twarz, poskrę­cane kosmyki co chwilę zasła­niały ją filu­ter­nie, jakby żyły wła­snym życiem. Szczu­pła, zgrabna, nie­wy­soka, a jed­nak z daleka widoczna. A gdy patrzyła komuś w oczy, nie spo­sób było ode­rwać wzroku od tej twa­rzy, niczym u rene­san­so­wej Madonny - szczu­płej, pocią­głej, z wiel­kimi zie­lo­nymi oczami. Oczy­wi­ście, z daleka Bożena nie była w sta­nie tego dostrzec. Wie­działa to, bo kil­ka­krot­nie spo­ty­kała Karo­linę Dut­kie­wicz na służ­bo­wych spo­tka­niach. Zdaw­kowe wymiany pozdro­wień nie pozwo­liły jej poznać Karo­liny, nie spo­sób było jej jed­nak nie zauwa­żyć. Umiała tak poru­szyć głową, że świat wokół zatrzy­my­wał się na uła­mek sekundy. Umiała tak się ubrać, że męż­czy­znom zapie­rało dech w pier­siach. Umiała tak poru­szyć bio­drami, że nawet Bożena czuła ciarki. Bar­dziej zazdro­ści niż pod­nie­ce­nia, łatwo jed­nak było wyobra­zić sobie, że pano­wie odbie­rają to zgoła ina­czej.

Karo­lina Dut­kie­wicz, w prze­ci­wień­stwie do Bożeny, nie piła zero­pro­cen­to­wych drin­ków. Z daleka było widać, jak poka­zy­wała bar­ma­nowi, że wódki ma być wię­cej. I cho­ciaż cate­ring przy­go­to­wany na imprezę był cał­kiem efek­towny, Karo­lina wyraź­nie z niego nie korzy­stała. Piła na pusty żołą­dek, jakby chciała o czymś zapo­mnieć. "Każdy z nas ma swoje demony" - pomy­ślała Bożena.

Roz­my­śla­nia prze­rwało Boże­nie dotknię­cie w tyłek. W pierw­szym odru­chu chciała się odwi­nąć, naj­le­piej spo­licz­ko­wać tego kogoś, ale nie­mal natych­miast roz­po­znała tę osobę, więc odwra­ca­jąc się, uśmiech­nęła się sze­roko.

- Myśla­łam już, że się nie docze­kam - powie­działa roz­ba­wiona.

- Jestem w pracy - odparł bar­man.

- A nie mówi­łeś, że jesteś złym chłop­cem i lepiej, bym cię uni­kała?

- Mówi­łem i mia­łem rację, ale nie posłu­cha­łaś.

- Może jestem mądrzej­sza od cie­bie?

- Nie jestem pewien, czy to mądrość - odparł miękko. - Naprawdę na mnie cze­ka­łaś?

Pokrę­ciła prze­cząco głową.

- Wręcz wola­ła­bym, żebyś nie przy­cho­dził. Roz­glą­dam się wśród gości, a cie­bie nie wypa­truję.

Prze­su­nął wska­zu­ją­cym pal­cem po jej ramie­niu. Poczuła mro­wie­nie. Spoj­rzała mu w oczy i roz­chy­liła usta. Zro­biła to cał­kiem świa­do­mie. A on cał­kiem świa­do­mie uniósł rękę i prze­su­nął pal­cem po jej war­gach.

- Bar­dzo deli­katne - powie­dział.

Kiw­nęła głową, patrząc mu w oczy.

Kuba pod­niósł drugą rękę i obiema dłońmi objął jej twarz. Patrzyła na niego, czu­jąc, jak po krę­go­słu­pie prze­biega jej dreszcz. Taki nasto­letni, pełen ocze­ki­wa­nia, eks­cy­ta­cji, jakby męż­czy­zna przed nią ozna­czał nie­wia­domą. Bez­wied­nie roz­chy­liła wargi, a on po pro­stu patrzył. Trwali tak sekundę, dwie, Boże­nie zda­wało się, że godzinę. Świa­tła pul­so­wały gdzieś daleko, muzyka grzmiała, a wokół nich zapa­dła cisza.

Wtem Kuba prze­rwał hip­no­ty­zu­jącą chwilę i po pro­stu poca­ło­wał Bożenę. Namięt­nie, do utraty tchu, a jed­nak... magia nagle pry­sła. Trwała na moment "przed", a potem, gdy speł­niło się ocze­ki­wa­nie, napię­cie roz­myło się niczym sta­tek w gęstej nad­mor­skiej mgle.

Bożena przez chwilę patrzyła na niego sze­roko otwar­tymi oczami.

- Poczu­łam się jak dziew­czynka - wymam­ro­tała.

Uśmiech­nął się lekko.

- Nie­let­nich nie tykam - rzekł cicho, ale tak, że Bożena gwał­tow­nie drgnęła.

Prze­cież wie­działa, że Kuba to uwo­dzi­ciel, błę­kitny ptak, nie­prze­wi­dy­walny facet, który od życia brał, co chciał - i zni­kał. Nie wąt­piła, że brak dowodu oso­bi­stego chęt­nej pan­nicy nie byłby dla niego prze­szkodą. Nie ucie­kał od niczego, z czym chwi­lowo było mu po dro­dze, nie­ważne, czy miało pro­centy, czy przy­bie­rało postać bia­łego proszku. Pra­co­wał w noc­nym klu­bie i takież pro­wa­dził życie; nocne, tajem­ni­cze, pełne dys­kre­cji i nie­speł­nio­nych obiet­nic. A jed­nak, wbrew roz­sąd­kowi, opi­sała gło­śno to, czego wła­śnie doświad­czyła.

- Takie napię­cie czu­łam ostat­nio, kiedy mia­łam pięt­na­ście lat. Wtedy nie wie­dzia­łam, co z nim zro­bić.

- A dzi­siaj oboje wiemy...

- Ale tego nie zro­bimy. - Potrzą­snęła głową. Jej roz­są­dek wra­cał na swoje miej­sce. Opusz­czał pod­brzu­sze i znów sado­wił się w oko­li­cach głowy. - Cału­jesz fan­ta­stycz­nie. W dodatku sma­ku­jesz gumą balo­nową. No i fan­ta­stycz­nie obej­mu­jesz w pasie. Ale nie.

- Pew­nie, że nie - odpo­wie­dział z uśmie­chem. - Przy­sze­dłem tylko, by wyko­rzy­stać, że jesteś lekko wsta­wiona. Nie za mocno, aku­rat w sam raz...

- Pudło, w ogóle nie jestem wsta­wiona. Pro­wa­dzę auto.

- Nie pijesz na impre­zie? Zaszy­łaś się czy jak?

- Jesteś bar­ma­nem, nie zauwa­ży­łeś, co piję? Same super­trendy moc­ta­ile. Zero pro­cent. Ani alko­holu, ani smaku, ani aro­matu. Zwy­kle zawie­rają tylko kolor, ale czego się nie robi dla mody?

Prze­wró­cił oczami.

- Nie tylko ja obsłu­guję bar... Zało­ży­łem, że któ­ryś z kole­gów pro­cen­towo cię obsłu­żył. Swoją drogą, jak oni o cie­bie dbają? Drinki bez smaku? Na mojej zmia­nie nie do pomy­śle­nia.

Roze­śmiała się.

- Nie­długo przyjdę napić się u cie­bie. Ale nie dziś.

- Niech będzie. Nie dziś. Będę cze­kał.

- Podobno nie­grzeczni chłopcy ni­gdy nie cze­kają.

- Chyba, że na nie­po­prawne dziew­czynki. - Zaśmiał się i ruszył w stronę scho­dów.

Roz­ba­wiona pokrę­ciła głową. A potem poczuła, że lodo­wa­cieje.

- Prze­cież nie piłam - wyszep­tała do sie­bie.

Roz­ma­so­wała sobie przed­ra­miona, bo nagle zakwi­tła tam gęsia skórka, choć w tem­pe­ra­tu­rze oto­cze­nia nic się nie zmie­niło.

Kuba Fijał­kow­ski, przy­stojny bar­man z noc­nego klubu, podo­bał jej się od dawna, ale nie aż tak, by poświę­cać mu wię­cej niż jedną myśl na kwar­tał. No dobra, jedną na mie­siąc. Może cza­sem na tydzień. Nie­gdyś myślała o nim w kate­go­riach: do podo­ba­nia, nie do zali­cze­nia. Nie zamie­rzała wda­wać się w żaden romans. Miała dość kom­pli­ka­cji w życiu oso­bi­stym.

Teraz te kom­pli­ka­cje bły­ska­wicz­nie prze­nio­sła na grunt roz­wa­żań meta­fi­zycz­nych. Bo od roku o Kubie mogła myśleć wyłącz­nie z nostal­gią. Wła­śnie wtedy zgi­nął z rąk kochanki, któ­rej obie­cał za wiele.

"Dla­czego tak mocno odczu­łam jego obec­ność?" - zasta­na­wiała się. "Czu­łam jego dotyk, zapach. Czy ja tracę zmy­sły? Nie dość mi życio­wych kło­po­tów?"

Spoj­rzała w dół. Wła­śnie jeden z jej kło­po­tów, były mąż o imie­niu Gerard, obtań­co­wy­wał Bar­barę. Z przy­jem­no­ścią na nich patrzyła, ład­nie się pre­zen­to­wali na par­kie­cie. I nawet nie pomy­ślała, że powinna być na miej­scu Baśki, wcale nie. Może tylko coś tam lekko zakłuło. Bo Gerard, choć był cał­kiem byłym mężem, to był także dobrym ojcem dla ich pięt­na­sto­let­niej córki Mal­winy, no i aktu­al­nym part­ne­rem w jej życiu. To zna­czy, wła­ści­wie nie­zu­peł­nie. Cho­ciaż tro­chę tak. Ale jed­nak...

Bożena pokrę­ciła głową. Sama gubiła się w ich rela­cjach. Powie­dzieć "to skom­pli­ko­wane" to nic nie powie­dzieć.

Sku­piła się znów na obser­wo­wa­niu gości imprezy. Karo­lina Dut­kie­wicz zde­cy­do­wa­nie przy­cią­gała uwagę. Bawiła się gło­śno. Śmiała per­li­ście. Rude loki odbi­jały świa­tło, uno­sząc się wokół wła­ści­cielki, wabiąc i przy­cią­ga­jąc męż­czyzn, a ona tań­czyła z nimi, obści­sku­jąc ich odro­binę zbyt odważ­nie. Karo­lina sta­no­wiła atrak­cję tam, gdzie się aku­rat znaj­do­wała. Jak kró­lowa psz­czół - cią­gnęła za sobą rój zain­te­re­so­wa­nych. Ota­czali ją sami napa­leni faceci. Z każ­dym kolej­nym drin­kiem oni sta­wali się coraz bar­dziej natar­czywi, ona coraz bar­dziej chętna.

Bożena przy­glą­dała się temu z pobłaż­li­wym uśmie­chem. W końcu zmarsz­czyła czoło. Karo­lina bawiła się świet­nie. A jed­nak, gdy nikt nie patrzył, trzy­mała pion, jakby nic nie piła. Boże­nie zda­wało się także, że jej tańce i par­kie­towe swa­wole miały pewien wzór. Prze­wi­jał się jak kratka na kil­cie Szkota.

Jeden męż­czy­zna powra­cał. Cią­gle. Przy tym jed­nym Karo­lina była praw­dzi­wie namiętna. Z innymi tylko flir­to­wała. Przy­cią­gała ich i odpy­chała. Śmiała im się w nos, wyko­nu­jąc kilka przy­zy­wa­ją­cych gestów, potem odpy­cha­jąc. Odcho­dzili jak nie­pyszni tylko po to, by wypić drinka i znów do niej wró­cić. Wabiła jak rosiczka. Kusiła, ale chyba jed­nak nie poże­rała. Może oprócz tego jed­nego...

Wła­ści­wie dwóch. Krata miała dwa kolory. Mąż Karo­liny, Piotr Dut­kie­wicz, pil­no­wał żony. A Karo­lina to tole­ro­wała. Ona jed­nak pil­no­wała kogoś innego.

"Dziwny układ" - pomy­ślała Bożena. Wzru­szyła jed­nak ramio­nami. "Ale nie mój. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Nie moja sprawa. Mam swoje kło­poty".

Rozdział 2

Teraz

- To nie­moż­liwe - powie­działa Bożena po otwar­ciu maila.

Patrzyła w ekran kom­pu­tera i mełła prze­kleń­stwa.

Wstała i prze­szła trzy kroki do okna. Spoj­rzała na para­pet, na któ­rym nagle, wła­ści­wie nie wia­domo kiedy, zaro­iło się od pude­łek, a myślami odpły­nęła do chwili, która prze­śla­do­wała ją od czasu pamięt­nej czter­dziestki Bar­bary Borow­skiej. Jej mózg funk­cjo­no­wał wła­ści­wie rów­no­le­gle. "Miały tu stać dwie paprotki, difen­ba­chia, dwie jukki, skrzy­dło­kwiat i trzy kak­tusy z bar­dzo ostrymi kol­cami" - myślała. "Czy ja kom­plet­nie tracę zmy­sły? Udało mi się zamę­czyć nawet te ostat­nie. Nie zmy­sły, kak­tusy. Pamię­tam je takie pomarsz­czone, wysu­szone na wiór, jak prze­ter­mi­no­wane kaba­nosy. Może powin­nam bar­dziej się przy tej roślin­nej oazie upie­rać? Albo się zasta­no­wić, o co mi w życiu cho­dzi. Dla­czego na impre­zie Baśki cało­wa­łam się z tru­pem? To zna­czy, w wyobraźni się cało­wa­łam. Według jakichś badań zie­lone ma dobro­czynny wpływ na czło­wieka. Uspo­kaja i dobrze wpływa na kon­cen­tra­cję. Powin­nam mieć wokół sie­bie dużo zie­lonego, żeby ukoić mózg i wię­cej się nie cało­wać z face­tem, któ­rego nie ma. Co tutaj, do cho­lery, robią te pudełka?" W myślach prze­ska­ki­wała z tematu na temat. Wła­ści­wie pró­bo­wała się sku­pić na teraź­niej­szo­ści, myśl o wyima­gi­no­wa­nym poca­łunku nie dawała jej jed­nak spo­koju. Wku­rzało ją wszystko, w tym rze­czy wala­jące się na para­pe­cie: gra­na­towy kar­ton po wafel­kach cze­ko­la­do­wych, zie­lony po chu­s­tecz­kach higie­nicz­nych, opa­ko­wa­nie po tam­po­nach i puszka po mię­to­wych cukier­kach. Wrzu­ciła wszystko do kosza. Coś tam musiało zostać w meta­lo­wej puszce, bo lan­drynki zagrze­cho­tały w pro­te­ście. Pusty para­pet przy­cią­gał teraz wzrok.

Na koń­cówkę rady­kal­nych porząd­ków weszła Dorota, wie­lo­let­nia przy­ja­ciółka Bożeny.

- Gwał­towna potrzeba ładu i składu? - Unio­sła brwi, patrząc na para­pet.

- Kto to zro­bił? - wark­nęła Bożena.

- Myśla­łam, że ty? Sądząc po koszu na śmieci, który wciąż trzy­masz w ręku, ta deduk­cja wydała mi się wła­ściwa...

Bożena wypu­ściła kosz z ręki. Upadł na pod­łogę z głu­chym stu­kiem.

- Całe szczę­ście, że z nie­wy­soka. Dzięki temu nie wypa­dły z niego śmieci i... pudełko z moimi tam­po­nami? Dla­czego je wyrzu­casz? Dopiero co je tam posta­wi­łam - jęk­nęła ze zdu­mie­niem Dorota.

- Dopiero co, czyli trzy mie­siące temu - odszczek­nęła Bożena. - Poza tym nie roz­ma­wiamy o porząd­kach. Inte­re­suje mnie, kto mnie zgło­sił do - zer­k­nęła do maila - wewnątrz­ra­dio­wego ple­bi­scytu na naj­po­pu­lar­niej­szego dzien­ni­ka­rza Pol­skiego Radia Kosza­lin.

Dorota wzru­szyła ramio­nami i prze­szła do swo­jego biurka.

- Może i racja - zgo­dziła się. - Porzą­dek zawsze wygląda lepiej niż bała­gan. Cho­ciaż tam­pony wycią­gnę, potrze­buję ich od czasu do czasu. Śred­nio raz w mie­siącu.

Pode­szła do kosza. Bożena w tym cza­sie klap­nęła na krze­sło przed swoim biur­kiem.

- Nie mam ochoty na żadne ple­bi­scyty. Kto to w ogóle widział? Ja? Popu­larna? No chyba że mówi­li­by­śmy o ple­bi­scy­cie na naj­wred­niej­szą sukę Pomo­rza Zachod­niego.

- Bożenko - słodko zaświer­go­tała Dorota. - Ty, na swo­ich wyso­kich szpil­kach w eks­tra­wa­ganc­kich kolo­rach, z inte­li­gen­cją niczym brzy­twa prze­ci­na­jącą gar­dła wro­gom i prze­ni­kli­wo­ścią godną niedź­wie­dzicy polu­ją­cej na poży­wie­nie dla mło­dych, jesteś abso­lut­nie naj­lep­szą kan­dy­datką do...

- Ty? - wark­nęła Bożena.

- Oczy­wi­ście. Któż by inny. - Dorota wzru­szyła ramio­nami i powtó­rzyła: - Jesteś naj­lep­szą kan­dy­datką.

- Chyba cię coś zra­niło w mózg - oznaj­miła chłodno Bożena.

Dorota nie raczyła odpo­wie­dzieć. Bożena przy­mknęła oczy.

- Jesteś naj­wred­niej­szą, naj­okrop­niej­szą suką uda­jącą przy­ja­ciółkę. A to powinny być moje przy­mioty. Nikt ni­gdy...

- Oj, prze­stań - ucięła Dorota. - Naj­lep­sza dzien­ni­karka na Pomo­rzu, pogrom­czyni męskich serc i strasz­liwa Ery­nia wszyst­kich nie­uczci­wych urzęd­ni­ków miej­skich. Nawet tych, któ­rzy led­wie zaha­czają inten­cją o jakąś nie­uczci­wość. Oni na samą myśl o tobie nawet nie śmią pomy­śleć o jakiej­kol­wiek defrau­da­cji. Czym­kol­wiek nie­le­gal­nym! Bo jesteś po pro­stu...

- Oazą, kurwa, spo­koju - prze­rwała jej Bożena ze słod­kim uśmie­chem. - Zaje­bi­ście wyci­szo­nym pier­do­lo­nym kwia­tem lotosu na rów­nie zaje­bi­stej tafli jeba­nego jeziora. Jestem jak cały wagon pełen pier­do­lo­nych, medy­tu­ją­cych tybe­tań­skich mni­chów. Jak...

- Żebyś ty jesz­cze ory­gi­nalna była - rzu­ciła Dorota z teatral­nym wes­tchnie­niem. - Nie wiem, kto jest auto­rem tej traf­nej man­try, ale tobie fak­tycz­nie przy­daje się nad­zwy­czaj czę­sto.

- Co ci odbiło? - zapy­tała Bożena zre­zy­gno­wana.

Dorota wzru­szyła ramio­nami.

- Tak po pro­stu. Zawsze to jakaś roz­rywka.

- Serio? Za mało mam?

- Do pozo­sta­łych tema­tów już przy­wy­kłam. Że Mal­wina, Gerard? Nic mnie nie zasko­czy. Trzeba sobie życie jakoś uroz­ma­icać.

Bożena zgrzyt­nęła zębami.

- No dobra, coś się stało? - zapy­tała Dorota, prze­wra­ca­jąc oczami.

- Mal­wina na razie jest ide­alną uczen­nicą pierw­szej klasy liceum. Uczy się, na dwó­jach i tró­jach, ale prze do przodu.

- Zatem?

- Gerard - rze­kła krótko Bożena. - No i...

Dorota unio­sła pyta­jąco brwi.

- Twój ulu­biony były mąż to oczy­wi­stość. Ale "no i" mnie zafra­po­wało.

- Mój jedyny były mąż. A poza tym cało­wa­łam się z face­tem... - Bożena się zawie­siła.

Dorota nie mogła się docze­kać ciągu dal­szego, więc pona­gliła przy­ja­ciółkę, macha­jąc ręką.

- To nic dziw­nego. Cało­wa­nie się z face­tem to zupeł­nie nor­malna czyn­ność, nawet kiedy ma się męża, szcze­gól­nie byłego. Zresztą, z kobietą też by mnie nie zdzi­wiło, byle nie ze mną - zastrze­gła od razu.

Bożena popa­trzyła przed sie­bie, przy­gry­za­jąc wargę.

- A chcia­ła­byś się cało­wać z face­tem, który nie żyje? - Dorota nie powstrzy­mała wzdry­gnię­cia. - No wła­śnie - skwi­to­wała z wes­tchnie­niem Bożena. I opo­wie­działa całe zda­rze­nie. - I od tego czasu nie mogę się pozbyć wra­że­nia, że coś ze mną jest nie tak.

- To aku­rat wiem od dawna.

- Jesteś bez­duszna.

- Muszę się w spo­koju zasta­no­wić nad tym, co wła­śnie mi powie­dzia­łaś - odrze­kła z powagą. - Zde­cy­do­wa­nie wolę, żebyś opo­wie­działa coś o swoim mężu.

- Byłym mężu - wark­nęła Bożena.

- Do tego jedy­nym - dodała wdzięcz­nie Dorota. - I obyś ich wię­cej nie miała. Bio­rąc pod uwagę fakt, jak się z nim bok­su­jesz, nie chcę pro­ro­ko­wać, co mogłoby się dziać z następ­nym.

- W życiu już żad­nego kolej­nego męża - zarze­kła się Bożena.

- Całe szczę­ście. Nie każdy facet jest tak dobry jak mój Darek.

- Twój Dorian?

Dorota spoj­rzała na przy­ja­ciółkę, zaci­ska­jąc szczęki.

- Nie dener­wuj się, nie oprę się pew­nie już ni­gdy. Dorian to jest imię tak wdzięczne, że nic go nie pobije.

- Darek. Zapa­mię­taj to. Darek. Dariusz. Dla mnie cza­sami Dare­czek. Tylko cza­sami, jeśli zasłużę. Zapo­mnij o Doria­nie.

- Sta­ram się - odparła z powagą Bożena. - Ale mi kom­plet­nie nie wycho­dzi. Nie­mniej. Żad­nego nowego męża. Gerard jest moim byłym mężem i tak pozo­sta­nie.

- Chyba że ponow­nie wyj­dziesz za niego za mąż.

- Nie prze­kli­naj.

- Co wywi­nął? Przy­znaj się.

- Gerard chciałby się do mnie znów wpro­wa­dzić.

- Brawo! - Dorota aż kla­snęła.

- No cie­bie chyba pogięło. - Bożena się skrzy­wiła. - To jest abso­lut­nie wyklu­czone.

- Gerard jest ojcem Mal­winy i twoim... - zaczęła Dorota.

- I na tym poprze­stańmy - prze­rwała jej dzien­ni­karka. - Nie zamie­rzam się z nim wię­cej wią­zać.

- A on...?

- On chce. Wydaje mu się, że skoro się z nim prze­spa­łam, to wszystko mu wolno.

- Raz?

- Co raz?

- Raz się z nim prze­spa­łaś? Macie pięt­na­sto­let­nią córkę i byli­ście mał­żeń­stwem przez...

- No wła­śnie. Jak słusz­nie zauwa­ży­łaś, byli­śmy. Teraz jestem roz­wie­dzioną dzien­ni­karką, która nie szuka sta­łego part­nera.

Bożena poczuła w tym momen­cie nie­po­ko­jące mro­wie­nie. Czy aby na pewno mówiła prawdę? Sta­nął jej przed oczami Kuba. Nie­po­ko­jąco przy­stojny bar­man, który swoim poca­łun­kiem zruj­no­wał jej dzień, noc i jesz­cze wiele wię­cej. Wła­ści­wie cały czas czuła się nie­swojo na myśl, że cało­wała się z wła­snym wyobra­że­niem faceta, który od roku spo­czy­wał na kosza­liń­skim cmen­ta­rzu.

- Oj tam, prze­sa­dzasz. Gerard jest tak samo przy­stojny jak nie­gdyś. A Mal­wina potrze­buje ojca.

- Toż ma tatu­sia! Nic się nie zmie­niło. My nie musimy razem miesz­kać, żeby Gerard mógł wypeł­niać swoje ojcow­skie obo­wiązki.

- Bla, bla, bla.

- I to ma być praw­dziwa przy­ja­ciółka - mruk­nęła Bożena.

- Nie sku­piaj się na spra­wach, które tego nie wyma­gają. Pomyśl raczej o tym, że wewnątrz­ra­diowy ple­bi­scyt na naj­po­pu­lar­niej­szego dzien­ni­ka­rza Pol­skiego Radia Kosza­lin wymaga pre­zen­ta­cji. O ile dobrze pamię­tam, poju­trze. Spo­ty­kamy się w sali kon­fe­ren­cyj­nej o pięt­na­stej. Nie masz spe­cjal­nej kon­ku­ren­cji, bo prze­cież trudno za taką uznać Michała z redak­cji spor­to­wej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki