Jutro, jutro i znów jutro - Thomas Sweterlitsch

Reflow text when sidebars are open.
Ludzie często pytają nas, jak umarli ich najbliżsi, oczekują jakichś nadzwyczajnych okoliczności, zastanawiają się, czy bardzo cierpieli. Przypomina mi się wtedy wiersz Audena Musée des Beaux Arts, ponieważ z rzadkimi wyjątkami śmierć, którą badamy, była banalna - ktoś jadł, otwierał okno albo włóczył się bez celu. Nic nadzwyczajnego, chociaż ci, którzy ocaleli, zwykle przypominają sobie, że był piękny dzień, prawdziwa złota jesień, niemal jeszcze lato. Koniec przyszedł szybko, to jedno można stwierdzić z całą pewnością. Nikt nie cierpiał, prócz tych, którzy przeżyli. Pięćset tysięcy ludzi zakończyło swój żywot w chwili oślepiającego rozbłysku. Cienie wydłużyły się, przybrały kształt czarnych jak węgiel plam, miasto zmieniło się w śnieżnobiały popiół i w jednej chwili wszystko znikło. Nie wdajemy się w szczegóły; jedyne, co mówimy, to że ich bliscy nie cierpieli, a śmierć zastała ich przy codziennych czynnościach. Tak właśnie było.
Siódmy października...
Dziesięć lat po końcu.
Ostatni raz brałem browna we wtorek. Z grzeczności zadzwoniłem nawet do Kucenica, żeby powiedzieć, że złapałem jakiegoś wirusa i nie przyjdę, ale on poinformował mnie, że skończył mi się już limit chorobowego i urlopu, a kilku pozostałych archiwistów jest zmęczonych zastępowaniem mnie w pracy. Że obetną mi pensję i mogę mieć kłopoty. Były skargi, powiedział. Oddzwonił kilka minut później. Na wyświetlaczu pojawiło się jego zdjęcie profilowe ze śnieżnobiałą brodą i łagodnym spojrzeniem niebieskich oczu, wyraźnie widoczną pod rozwichrzonymi włosami siatką oplatających czaszkę srebrnych drucików Adware'a. Siedziałem już wtedy w kafejce Tryst, podłączony do ich wi-fi. Mój Adware jest tandetny i odświeża obraz z mikrosekundowym opóźnieniem. Wizerunek Kucenica zawisł przed moimi oczami jak przezrocze na tle menu kawiarni, zdjęć latte, Red Eye, mokki, wszystkich innych rodzajów kawy o delikatnym smaku, na tle paczek z kawą "Uczciwa konkurencja" i "Produkt organiczny", stawał mi przed oczami, gdziekolwiek bym spojrzał.
- Wszystko w porządku - zapewniłem go. - To zatoki, jak sądzę. Złapałem jakąś infekcję.
- Badasz sprawę zabójstwa - zauważył.
- Jutro będzie już dobrze.
- Powierzyłem ci sprawę możliwego oszustwa i zabójstwa - przypomniał mi. - Musimy przestrzegać procedur, trzeba napisać raport...
- Ktoś majstrował przy jej zwłokach.
Czuję się zakłopotany, rozmawiając o zwłokach w zatłoczonej kawiarni, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Siedzący przy sąsiednich stolikach ludzie zajęci są strumieniem generowanym przez ich własne Adware'y, rozmową z niewidzialnymi znajomymi albo pochylają nad kawą, pogrążeni w swoich fantazjach.
- Sprawa numer 14502, Hannah Massey - odezwał się Kucenic. - Napisałeś, że jej obraz w Archiwum jest zmanipulowany.
- Ten, kto próbował zatuszować morderstwo, zrobił to nieudolnie - odparłem. - Każda próba manipulacji w Archiwum jest jak odcisk palca, ale trzeba go porównać z milionami innych odcisków, wyjaśnienie całej sprawy zajmie trochę czasu.
- Pracujesz ponad siły - stwierdził Kucenic. - Wiem, że jest ci teraz ciężko, i współczuję ci, naprawdę, ale muszę wiedzieć, czy jesteś w stanie przygotować już raport. Minęło kilka miesięcy, odkąd ją znalazłeś. Pora zamknąć sprawę. Potrzebujesz pomocy? Może przydałaby ci się dłuższa przerwa w pracy? Przydzielimy twoje zadania komuś innemu...
- Nie potrzebuję urlopu - odpowiedziałem. - Nie wysiedziałbym na urlopie.
- A co mówi twój lekarz?
- Daruj sobie osobiste wycieczki.
- Masz ciężką pracę - ustąpił nieco. - Zawsze jesteś bardzo skrupulatny, ale tym razem w twojej relacji są luki. Istotne luki. Co z rodzicami ofiary? Z jej przyjaciółmi? Nie ustaliłeś nawet, co robiła w ostatnich godzinach życia.
- Nie ma na razie ostatnich godzin - odpowiedziałem. - Dotarłem do momentu jej zniknięcia, ale to nie wtedy zginęła. Była na uczelni, na wykładzie z psychologii o interakcji człowiek-komputer. Po zajęciach przeszła przez miasteczko uniwersyteckie i zeszła na dolny poziom parkingu przy Piątej Alei, na skrzyżowaniu z Moorewood Avenue. Tam nie było monitoringu. Wtedy ją porwano.
Zmniejszyłem obraz Kucenica i zerknąłem na swoją kawę. Na powierzchni wyświetliła się informacja o jej wartości odżywczej. W Archiwum jest luka od chwili wejścia na parking do odnalezienia jej ciała nad rzeką. Kamery zostały zainstalowane na parkingu kilka tygodni po jej zniknięciu. Jest mnóstwo zapisów z dolnego poziomu, widać na nich ochroniarzy robiących obchód na wózkach golfowych, ale wszystkie są późniejsze.
- Musimy zawęzić zakres twojej pracy. Firma ubezpieczeniowa chce wiedzieć, jak umarła - powiedział Kucenic. - Potrzebny im dokument z przyczyną śmierci, to wszystko. Jednostronicowy raport. A kiedy uzyskamy pewność, że mamy do czynienia z zabójstwem, będę musiał zgłosić to FBI. Jeśli nie postąpimy w odpowiedni sposób, mogą z tego wyniknąć konsekwencje prawne. Musimy się trzymać ich zasad. Nie może być tak, że całymi tygodniami nie mam od ciebie wiadomości...
- To ja znalazłem jej ciało - odezwałem się, myśląc o wiosennych deszczach, które wypłukały jej płytki grób. - Nikt inny nie będzie...
- Posłuchaj, Dominic - przerwał mi. - Jeśli chcesz się tym dalej zajmować, to musisz spojrzeć na sprawę w szerszym kontekście. Nie możesz ograniczyć się do tego jednego dochodzenia i przestać myśleć o czymkolwiek innym. Musisz zrozumieć, że kiedy spotkam się z firmą ubezpieczeniową, jej przedstawiciele będą zachwyceni twoim odkryciem, pracą, którą wykonałeś, ale ich pierwsze pytanie będzie brzmiało: "Dlaczego nie powiecie, jak zginęła?". Taka informacja ma dla nich wymierną wartość, a ich interesują pieniądze, a nie jakaś dziewczyna. Musisz myśleć tak jak oni, jeśli chcesz być skuteczny.
- Ich nie obchodzi, kto ją zabił, tylko to, że została zamordowana, zgadza się? - odezwałem się. - Mam ją tak zostawić? Nie mogę tego zrobić, Kucenic. Od kilku tygodni, kiedy zamykam oczy, widzę ją...
- Te wszystkie obrazy nie są realne. Jeśli nie będziesz ostrożny, możesz łatwo zapomnieć, że to wszystko nie jest realne. Wciąż patrzysz na umierających ludzi, a to może mieć na ciebie zły wpływ. Nie będę miał pretensji, jeśli masz dość, jeśli nie możesz dłużej tego robić.
- Co to znaczy "zapomnieć, że to nie jest realne"? To było realne!
- Posiedź nad tym kilka godzin - poprosił Kucenic. - Po południu muszę mieć jakieś informacje.
- Dobrze, dobrze - odpowiedziałem, ale tego popołudnia i tak dałem sobie spokój. Zaszyłem się w bibliotece Mt. Pleasant, w wygodnym fotelu niewidocznym dla bibliotekarzy w dziale dokumentów rządowych, i podłączyłem się do sieci. Nareszcie byłem sam, nikt mi nie przeszkadzał. Brown sugar pomaga w badaniach. Jest pakowany w listki, jak lekarstwa, ma kształt szarobrązowego siedmiokąta. Połknąłem jedną tabletkę bez popijania. Zamknąłem oczy. Poczułem słodycz, oddech stał się głębszy. Załadowałem Miasto. I byłem z żoną. Całe dziesięć godzin, jeśli nie więcej, byłem z nią. Bibliotekarze wyrzucili mnie, kiedy nadeszła pora zamknięcia. Noc przespałem na parkingu, na wpół skryty za żywopłotem. Kiedy się obudziłem, wciąż byłem połączony z siecią, ale wylogowany z Miasta - rano króluje tam hałaśliwy program Amatorki za kasę i puszczany w kółko czwarty sezon serialu Szansa w piekle, a także płatna Kamera podglądaczy i Prawdziwi swingersi z Waszyngtonu oraz konkursy z nagrodami, jeśli podzielę się swoją opinią, która z zamordowanych w ostatnim Trupie tygodnia była gorętsza, blondynka czy ruda. Pokazują martwe ciała nastolatek. Oglądaj i głosuj, oglądaj...
Doktor Simka zdiagnozował u mnie silną depresję, uzależnienie od środków odurzających i wtórny zespół stresu pourazowego. Przepisał mi zoloft i zasugerował, żebym więcej ćwiczył. Uważa, że bieganie po parku Rock Creek, kiedy jest ładna pogoda, albo udział w półmaratonie narodowym oczyści moją krew z toksyn. Martwi go, że przybieram na wadze.
- Może powinniśmy spróbować razem zrzucić kilka kilogramów - powiedziałem mu, ale on tylko się śmieje i poklepuje po brzuchu.
Gabinet Simki znajduje się w dzielnicy Kalorama, niedaleko Dwudziestej Pierwszej i Florida Avenue, w budynku z jasnoczerwonymi drzwiami. W poczekalni stoją własnoręcznie przez niego wykonane meble - ciemnowiśniowe krzesła w stylu misyjnym, stolik na gazety, regał pełen pierwszych wydań prac Lacana. Po godzinnej wizycie czuję się, jakbym oddawał w zastaw uszkodzone przedmioty, a mój przypadek z pewnością popsuje doktorowi statystyki wyleczeń. Wspominam mu o tym, kiedy wypełnia papiery dla ubezpieczyciela, ale on się tylko uśmiecha, kiwa głową, gładzi sumiaste wąsy i mówi:
- Liczy się wygrana, a nie jej styl.
Nauczyłem się ufać doktorowi Simce. Rozmawiałem z nim o Theresie, o swoich wspomnieniach. Dyskutujemy o czasie, który spędzam z nią w Archiwum. Próbujemy ustalić jakieś limity, granice, próbujemy określić cele. Simka nie wierzy w terapię wirtualną rzeczywistością, woli bezpośredni kontakt z pacjentem, kładę się więc na skórzanej kozetce i rozmawiam z nim - o wszystkim, absolutnie o wszystkim, co przyjdzie mi do głowy, dzielę się każdą myślą, od której pragnę się uwolnić. Rozmawiamy o mojej pracy u Kucenica, o przeszukiwaniu archiwów. Te informacje są poufne, a mimo to zwierzam się Simce. Opowiedziałem mu o sprawie numer 14502, o kobiecie, której zwłoki znalazłem.
- Powstał spór prawny - powiedziałem mu. - Jej siostra z Akron wystąpiła z roszczeniem o odszkodowanie za śmierć kobiety i trojga dzieci, ale ubezpieczyciel, firma State Farm, zakwestionowała roszczenie, utrzymując, że tylko dwoje dzieci tej kobiety zginęło w wyniku wybuchu bomby.
- I skontaktowano się z waszą firmą, żeby potwierdzić ich śmierć - dopowiedział Simka.
- Kucenic dostał tę sprawę w wyniku przetargu i zlecił ją mnie. Mieliśmy znaleźć dowody na podtrzymanie stanowiska State Farm, a gdyby się okazało, że cała trójka dzieci zginęła podczas wybuchu, zaproponować ugodę.
- Tak czy owak, szukacie martwego dziecka..
- Pierwsze martwe dziecko znalazłem bez trudu - ciągnąłem. - Chłopak zginął w szkole Harrison Middle School. Było tam mnóstwo kamer, mnóstwo materiału, z którego udało się zrekonstruować jego życie. Byłem z nim w klasie, kiedy umierał, zaznaczyłem chwilę, w której pojawił się błysk, chwilę, w której spłonął. Drugi dzieciak miał tylko kilka miesięcy. Też chłopiec. Spędziłem wiele godzin w domu z jego matką. Niemal każdego popołudnia oglądała teleturniej Dobra cena, a dziecko płakało w kojcu. Czasem brałem go na ręce, żeby się uspokoił. Sam nie wiem dlaczego, wiedziałem przecież, że to nie ma żadnego znaczenia, że chłopiec już od dawna nie żyje, a jego płacz to tylko odtworzone nagranie z kamery internetowej. Mimo to trzymałem go na rękach i śpiewałem, póki się nie uspokoił, ale gdy tylko go kładłem, następował reset i znów płakał. Umarł, płacząc w kojcu. Każde dziecko wymagało oddzielnego raportu.
- A trzecie? - zapytał Simka.
- Hannah. Miała dziewiętnaście lat. Ktoś majstrował w Archiwum, spore kawałki jej życia zostały usunięte. State Farm zauważyło braki, kiedy ich specjaliści rozpatrywali roszczenie, ale nie potrafili jej odnaleźć.
- A wam się udało?
- Ja szukam do skutku, to wszystko. State Farm nie ma dość ludzi. Kiedy coś zostanie usunięte z Archiwum, generuje się raport błędu, ponieważ nie zgadzają się kody. Jeśli zakreśli się ramy czasowe, można wydrukować tysiące stron takich raportów, a potem ślęczeć nad nimi, próbując naprawić błędy. Sprytny haker zamienia to, co usunął, czymś innym, podobnym. Jeśli jest się ostrożnym, można usunąć jakąś rzecz i zastąpić ją falsyfikatem, nie generując raportu o błędzie. Ale ten, kto usunął Hannah, był albo niedouczony, albo nieostrożny. Udało mi się zrekonstruować jej życie, choć zajęło to sporo czasu. To przypomina tropienie rannego dzika, kiedy padnie gdzieś w zaroślach.
- Gdzie ją znalazłeś? - zapytał Simka.
- W rzece, na wpół zagrzebaną w mule niedaleko tych zrekultywowanych hałd żużlu, Nine Mile Run. Na nagraniu zrobionym przez naukowców z Wydziału Ochrony Środowiska uniwersytetu Carnegie Mellon. Deszcz wypłukał muł, którym przykryto zwłoki. Ten, kto usunął ją z Archiwum, nie pomyślał o usunięciu nagrań z repotytorium akademickiego JSTOR albo nie wiedział, że te nagrania stanowią teraz część Archiwum. Niestety, kiedy ją znalazłem, była już bardzo spuchnięta. Trudno nawet rozpoznać...
- Wygląda na to, że bardzo przejąłeś się jej śmiercią. A przecież to dla ciebie chleb powszedni.
- Spodobałaby ci się - wyjaśniłem. - Była na ostatnim roku psychologii. Grała też w trupie teatralnej Scotch'n'Soda. Faceci się za nią oglądali, tryskała energią. A kiedy znalazłem ciało, trudno było ją rozpoznać. Kilka minut nagrania czegoś białego wystającego z mułu, kawałek pleców i stopa. Musiałem to sprawdzić w raportach błędów.
Niemal każdy zgon jest kwestionowany, niemal każda utrata mienia kończy się roszczeniem. Toczą się procesy sądowe o miliardy dolarów odszkodowań. Moje poszukiwania to przeważnie buchalteria, ale powiedziałem Simce, że ta trójka dzieciaków nie daje mi spać spokojnie. Simka słuchał uważnie - zawsze słucha tego, co mam mu do powiedzenia, jakby to były najważniejsze wiadomości. Powiedziałem mu, że odtwarzam śmierć tych dzieci tak często, że sam już nie wiem, czy oglądam to w Archiwum, czy może po prostu dobrze zapamiętałem to, co widziałem. Proszę go, żeby pomógł mi przestać pamiętać. Simka robi notatki. Nie przerywa zbyt wieloma pytaniami. Pozwala mówić. A kiedy to on mówi, wciąż pyta o Beatlesów, o to, co znaczy określona piosenka.
- Beatlesi brali LSD i łykali psychotropy w czasie pisania swoich utworów - mówię mu - więc ty, jako specjalista chorób psychicznych, potrafisz lepiej zinterpretować ich teksty niż ja.
- To prawda, ale mogę pominąć pewne dosłowności, które ty potrafisz znajdować. Wiesz, że lepiej zrozumiałem Baudelaire'a dzięki rozmowie z tobą niż dzięki komputerowym aplikacjom? Więc może spróbujemy razem dojść, o co chodzi w Abbey Road?
Simka uważa, że powinienem prowadzić dziennik. Po prostu zapisać datę u góry strony i stamtąd zacząć. Pisać, co mi przyjdzie do głowy, to powinno pomóc. Postawił mi ultimatum - muszę przynajmniej spróbować prowadzić dziennik, bo w przeciwnym razie on nie podpisze moich dokumentów dla kasy chorych. Nie wierzę w te groźby, ale i tak kupił notatnik - to chyba prawdziwy papier - i dał mi go w prezencie wraz z instrukcją Intensywna metoda terapii Progoffa. Mówi, że powinienem pisać odręcznie, że to pomoże mi się skoncentrować, a wszelkie dyktafony nie działają tak kojąco jak pismo. Simka ma holistyczne podejście - uważa, że klocki do budowy zdrowego, produktywnego stylu życia są już we mnie, muszę się tylko nauczyć na nowo je poukładać. Proponuje, żebym słuchał muzyki klasycznej, która poprawi moją zdolność koncentracji. Strumieniowa komunikacja rozbija naszą świadomość, mówi. Spróbuj posłuchać uważnie Johna Adamsa. Przynajmniej przez dwadzieścia minut, bez przerwy. Nuci melodie, którą Adware rozpoznaje w końcu jako Grand Pianola Music - kliknij, żeby dodać do biblioteki iTunes.
Co wieczór łykam zoloft, ale i tak budzi mnie myśl o żonie. O czwartej, o szóstej. Z radiobudzika płynie Hot 99,5, gówniany pop, a ja leżę ogłuszony i słucham, marząc, żeby moje łóżko było lejem krasowym i żebym w końcu umarł. Radiobudzik gra aż do wieczora, kiedy wreszcie przełamuję się, żeby go wyłączyć, zanim zdobędę się na położenie do łóżka. Dogadzam sobie ciasteczkami Pop Tarts, Mrs. Fields i innymi. W piątek późnym popołudniem wpadła Danika, żeby sprawdzić, jak się czuję, i przekonała się, że moje śniadanie składa się z pudełka ho-hos i kawy. Nic dziwnego, że cały czas chorujesz, powiedziała, a jej oddech był mieszaniną espresso, papierosów i żutych przez nią namiętnie jagodowych cukierków Coolsa.
Kilka lat wcześniej Simka zakończył sesję słowami: "Dominic, ryba psuje się od głowy" .
Zalecił, żebym na nowo odkrył zalety higieny osobistej. Że nieważne, jak źle się czuję; będę czuł się gorzej, jeśli nie wezmę prysznica. Więc biorę prysznic - i to pomaga. Golę się każdego ranka. Długimi pociągnięciami brzytwy po szyi, brodzie i czaszce. Są tam siniaki - czarne i fioletowe plamy. Zdobią moją głowę, przypominają labirynt, a właściwie mapę drogową jakiegoś obcego miasta, fałdy Adware'a. Patrzę w lustro i podążam wzrokiem za liniami drutów, jakby mogły mnie dokądś zaprowadzić - do innego miejsca niż to, w którym się naprawdę znajduję.
Simka mówi, żebym znalazł sobie jakieś wygodne miejsce do pisania. Opowiedział mi o gabinecie w swoim domu, w Maryland, z dębowym biurkiem i panoramicznym oknem wychodzącym na las z tyłu domu. Ja mieszkam w kamienicy, ale jest tu balkon ze schodami pożarowymi, z widokiem na okoliczne dachy i znajdujące się na nich agregaty klimatyzatorów. Jest chłodno. Rośliny doniczkowe wystawione na sąsiednich balkonach zwiędły już kilka tygodni temu, kiedy przyszły pierwsze przymrozki, ale wciąż tam stoją, kruche i zbrązowiałe. Sączę kawę opatulony w szlafrok, w spodniach od dresu i bluzie z kapturem oraz grubych skarpetach. Wschodzące słońce różowi niebo - jest pięknie. I cicho. Wi-fi jest w cenie czynszu, a właściwie powinno być, bo router jest od trzech lat uszkodzony. Słyszę kliknięcie za każdym razem, kiedy mój Adware próbuje się połączyć - towarzyszy temu lekki ucisk za prawym uchem - i muszę lekceważyć powtarzane ciągle ostrzeżenia o słabym sygnale, mimo że nigdy nie prosiłem o dawanie takich ostrzeżeń. Co pięć minut słyszę klik i widzę obracającą się ikonę sygnalizującą poszukiwanie sieci, a dodatkowo ostrzeżenie o słabym sygnale. Zlekceważ, mówię. Pięć minut później kolejne kliknięcie. I tak w kółko.
Oto jest: Jeden dzień z życia. Dziennik dla doktora Simki.
Theresa. Theresa Marie.
Samo napisanie jej imienia jest jak drapanie się po amputowanej kończynie.
Jeżdżę autobusem, ponieważ swojego volkswagena sprzedałem kilka lat temu. Miejsca siedzące z tyłu są zajęte, więc siadam za kierowcą obok podrapanej szklanej gabloty z naprzemiennie pojawiającymi się reklamami tabletek aborcyjnych, programu pomocy rodzinom z uzależnionymi dziećmi i witryny YouPorn. Bliżej Dupont Circle mój Adware łączy się samoczynnie z wifi.dc.gov i strumień informacji wywołuje mrowienie czaszki. Kilka sekund później przekaz zanika, za to pojawiają się gówniane reklamy jakichś przeważnie darmowych aplikacji. Kiedy zwracam uwagę na jedną z nich, reklama zapętla się, pozostałe znikają, a mój profil zapełnia się taką liczbą wyskakujących okienek, że po chwili przestaję odróżniać jedne od drugich. Pośrodku autobusu wirują informacje GPS, plany tras komunikacji miejskiej i metra. Wszystko to pewnie w czasie rzeczywistym, ale rozkład mojego autobusu rozsynchronizował się już jakieś pół godziny temu i informuje o nieistniejącym kursie do Silver Spring. Pasażer w drugim końcu pojazdu siedzi wpatrzony w sufit i chichocze - zaabsorbowany strumieniem nie zauważył, że oślinił sobie cały przód płaszcza. Rozsyła masowo propozycje nawiązania przyjaźni, ale mój profil społecznościowy jest zablokowany i nikt mnie nie niepokoi. Siedzę zwrócony do okna i skupiam uwagę na nagłówku informacji Kanału 4:
KUP AMERYKĘ!!! PIEPRZ AMERYKĘ!!! SPRZEDAJ AMERYKĘ!!!
News o ujawnionej właśnie sekstaśmie pani prezydent Meecham przyćmiewa wspomnienie o dziesiątej rocznicy tragedii w Pittsburghu. PREZYDENT MEECHAM PUSZCZAŁA SIĘ W AKADEMIKU! MEECH POKAZUJE SWOJĄ BRZOSKWINKĘ! OGLĄDAJ, JAK CIĄGNIE DRUTA NA IMPREZIE! OGLĄDAJ, JAK ZASPOKAJA ORALNIE SWOJĄ BLOND PRZYJACIÓŁKĘ!
Zaczyna boleć mnie głowa od nadmiaru newsów i reklam dobijających się do mojego zdezelowanego Adware'a, gówna kupionego kilka lat temu na aukcji internetowej od jakiegoś smarkacza z University of Maryland, który zdążył już wcześniej spalić w nim kilka obwodów i nie był łaskaw mnie o tym uprzedzić. Hilfiger, Sergio Tacchini, Nokia, Puma. Pośrodku autobusu klęczy prezydent Meecham z czasów, kiedy była miss nastolatek Pensylwanii. "Autentyczne nagranie", podkreśla Kanał 4, "żaden fotomontaż". Prezydent pieści swoje ciało, a gadające głowy komentują: "Amerykanie mieli wybór pomiędzy miłością a zepsuciem i jednomyślnie wybrali zepsucie". I tylko w Al-Jazeera America Pittsburgh pozostaje tematem dnia. Stacja pokazuje obraz satelitarny z pierwszego słonecznego dnia po tragedii, obraz spalonej ziemi niczym czarna zajęcza warga na ustach Appalachów.
Gavril mieszka w Ivy City, w odnowionym lofcie na rogu Fenwick i Okie. W najbliższej okolicy pełno jest magazynów i opuszczonych czynszówek, na rogu jest Starbucks, niedaleko restauracja Cosi. Budynek, w którym mieszka Gavril, jest pomazany graffiti i oblepiony plakatami informującymi o dawno nieaktualnych koncertach Qafqi, fotokopiami zdjęć atomowego grzyba nad Pittsburghiem, ofertami seksu z męskimi modelami, tanimi sekswycieczkami i hotelami na godziny sieci Love Hotels. Ktoś napisał sprayem: "Kto ginie w imię Allaha, jest męczennikiem". BBC America puszcza w kółko pieśń My Country 'Tis of Thee i zdjęcia lotnicze Pittsburgha kiedyś i dzisiaj: radioaktywne chaszcze i czarne zgliszcza, ale zdezelowany, nielicencjonowany system zabezpieczeń w moim Adwarze co chwila zrywa strumień i ładuje go od nowa. Czy dziś jesteśmy bezpieczniejsi niż dziesięć lat temu? Dzwonię do drzwi.
- Kto je to?
- Dominic.
- Chwileczkę.
Zawsze kiedy tu przychodzę, w mieszkaniu pełno jest dziewczyn i jakichś obiboków, poetów, których już wcześniej widywałem, polityków szukających kokainy, leżących na kanapach, spitych do nieprzytomności modeli, czekających nie wiadomo na co wydawców i biznesmenów, robiących sobie w kuchni kanapki aktorów. Cholera wie, kim są ci wszyscy ludzie, a ten dom to rodzaj salonu towarzyskiego i nigdy nie ma tam gdzie usiąść. Kuzyn Gav jest wnukiem siostry mojej babki. Dorastał w Pradze i w siedemnastym roku życia został sławnym artystą. Kiedy jego prace pojawiły się na targach sztuki Art Basel, porzucił college, ale po wydarzeniach w Pittsburghu stracił impet i przyjechał do mnie do Stanów. Kochałem go za to, kochałem go za wszystko. Po przyjeździe tutaj porzucił sztukę i zaczął zarabiać jako wolny strzelec - został fotografem i zajmował się pornomodą. Dobrze sobie radził.
Drzwi otwiera jedna z kobiet Gavrila - tym razem smukła blondynka niemal mojego wzrostu, o skórze bladej, prawie przezroczystej. Ile ma lat? Dwadzieścia? Dwadzieścia jeden? Ma na sobie przewiązany w pasie jak sukienka przepastny sweter z napisem "Manchester United" i nic poza tym. Przez cienki materiał wyraźnie prześwitują ciemne spodki brodawek sutkowych.
- Co jest, kurwa? - odzywa się na powitanie.
- Jesteś Angielką - zauważam, a ona przewraca oczami.
Jej profil jest ewidentnie fałszywy - Twiggy, głosi, urodzona 19 września 1949 roku. Zawód: informatyk. Ale informacja o tym, że sponsoruje ją American Apparel, jest prawdziwa, wyświetla się na jej profilu zastrzeżoną prawami autorskimi czcionką.
- Zadałam ci pytanie - mówi. - Co jest, kurwa, z tym Frostem?
- Ty musisz być tą poetką. Gav wspominał, że będziesz u niego.
- On twierdzi, że czyta Frosta w poszukiwaniu inspiracji do katalogu dla Anthropologie. Ja mu tłumaczyłam, że jeśli szuka sielskich obrazków, to Wordsworth jest lepszy od Frosta, a ty kazałeś mu czytać nie to co trzeba.
- Wordsworth? Chryste, nie deprecjonuj go tak. Jesteś studentką?
- W Georgetown - wyjaśnia. - Kobieca poezja połowy dwudziestego wieku. Jestem fanką Sylvii Plath.
- Zamykam oczy i cały świat umiera - recytuję - gdy podnoszę powieki, rodzi się ponownie.
- Gavril czuł, że mnie polubisz.
Niekończąca się impreza tego ranka jest raczej skromna, tylko jakaś czwórka gra w karty przy kuchennym stole, paląc papierosy i jedząc jajka. Twiggy wraca do drugiej młodej kobiety, brunetki, odtwarzającej w trójwymiarze grę z Mikiem Tysonem. Meble są dosunięte do ścian, na środku pokoju radośnie podskakuje Tyson. Brunetka jest ubrana w obcisłe legginsy i grube skarpety do ud. Śmiesznie wymachuje nogami i rękami. Ma szczupłą, tyczkowatą figurę modelki i przypomina kobiecy szkielet niezdarnie atakujący boksera wśród napadów śmiechu.
- Jesteś do niczego - odzywa się Twiggy, szykując się do starcia z Tysonem. - Musisz uchylić się przed hakiem.
W moim polu widzenia unoszą się gadające głowy z BBC America: "Egzekucje po procesach o terroryzm, w wyniku podpisu złożonego przez Meecham, spadają głowy tysięcy, tysięcy dżihadystów...".
Gavril jest w sypialni z tyłu domu, w pokoju, który nazywa swoją ciemnią, chociaż niczego w nim nie wywołuje, ponieważ woli cyfrowe zdjęcia z iMaca od odbitek i hologramów. Ściany udekorowane są wielkimi odbitkami jego statycznych fotografii przedstawiającymi napotkane na ulicy młode kobiety, nieprawdopodobnie piękne w jego ujęciach, jak z okładki. Gavril jest w dresie i uśmiecha się na mój widok. Dowcipniś, ściska mnie, a potem wystawia pięść do żółwika. Ja nie trafiam, a on się śmieje. Pokój pachnie tak jak on - jabłkowym head&shoulders i old spice'em. W opróżnionym kubku po kawie tlą się papierosy. Kiedy przyjechał do Stanów, był żylasty, ale teraz przytył na dobrym jedzeniu i zmężniał dzięki grze w piłkę nożną i seksowi. Chodzi tylko w piżamie albo dresie - nigdy nie widziałem go w innym stroju.
- John Dominic - wita mnie.
- Gav.
- Co jest? Włączyłeś tłumacza? Rozumiesz, co mówię?
- Włączyłem. - Aplikacja dobrze sobie radzi, kiedy Gavril mówi po czesku, ale wszystko to przypomina dubbingowany film.
- Chcę się nauczyć angielskiego, żeby szukać inspiracji, żeby czytać Roberta Frosta w oryginale.
- Przecież uczę cię Frosta...
- Ja oczekuję drzew i ośnieżonych lasów, takich różnych bzdur, a co słyszę? Jakiś dzieciak obcina sobie piłą pieprzoną rękę i nikogo to nie obchodzi...
- Zabierają go do lekarza - wyjaśniam.
- Na litość boską - przerywa mi Gavril. - Ja chcę koni i drzew, ośnieżonych pól i stodół, całego tego gówna...
- Przystawać pod lasem w śnieżny wieczór?
- Właśnie, na drodze niewybranej - podchwytuje, a w polu mojego widzenia migocze spam poets.org: "Darmowa ocena zdolności kredytowej! ZA DARMO! ZA DARMO! ZA DARMO!".
- Dojdziemy do tego. Jak tam sprawy?
- Sprawy - mówi - mają się dobrze. Słuchaj, jeśli potrzebujesz pracy, mogę ci dać jakiś tekst do adiustacji.
- Świetnie - odpowiadam. - Prześlij mailem.
- Wyślę ci też namiary na Twiggy - dodaje. - Co o niej myślisz? Powiesz mi później, co o niej myślisz.
- O Twiggy? Chryste, Gav...
- Słuchaj - ciągnie mój kuzyn. - Przygotowywałem w Nowej Anglii zimowy katalog dla Anthropologie, kiedy ni stąd, ni zowąd zgłasza się do mnie American Apparel. Mówią, że mają pilną robotę, jakąś tworzoną w ostatniej chwili interaktywną kampanię, a ich fotograf, facet, o którym w życiu nie słyszałem, wycofał się i oni chcą wiedzieć, czy podjąłbym się tej pracy. Zaproponowali mi dwa razy więcej, niż zwykle biorę, więc odpowiedziałem, że jasne, podejmę się. Jedynym warunkiem było to, że muszę wykorzystać dziewczyny, które oni podeślą. Chcieli mieć amatorki, a Twiggy wygrała internetowy konkurs "Prawdziwa dziewczyna z sąsiedztwa". Powiesz mi, co o niej sądzisz, dobrze? Figurę ma jak ta lala - dwadzieścia jeden lat, sterczące cycki. Naprawdę ma na imię Vivian i pochodzi z Anglii. Tak, mój kuzynie, to jest robota dla ciebie. Zostaniesz łowcą talentów.
- Nie, nie. To nie dla mnie.
- Załatwię ci tę robotę, Dominic. To wyleczy cię z depresji lepiej niż ta twoja pieprzona terapia. Skontaktuję cię z agencją. Wyślą cię do Islandii czy Brazylii i jedyne, co będziesz musiał robić, to... Potrafisz się przecież posługiwać aparatem, prawda?
W Adwarze pojawia się portal Anthropologie i American Apparel. Młode kobiety wśród kwiatów w podparyskich wioskach, w opuszczonych stodołach - letni katalog Anthropologie jest tak rajski, że prawie zapominam, gdzie jestem i kim jestem. Odliczam dziesięć banknotów i kładę je na biurku. Gavril liczy, chowa pieniądze do kieszeni i wręcza mi listek brown sugar. Robimy to jakby mimochodem, bez słów.
- I co myślisz? - powtarza. - Powiedz mi coś na temat Twiggy. Mówiła mi, że chce poznać jakichś poetów, a ja wspomniałem, że ty jesteś najlepszym, jakiego znam. Jest zainteresowana...
- Obawiam się, że ja nie jestem.
- Tamto w Pittsburghu zdarzyło się dziesięć lat temu - tłumaczy mi Gavril. - To cała wieczność, kuzynie. Wciąż wspominasz Pittsburgh, a powinieneś zapomnieć. Potrzebujesz odmiany. Jeśli chcesz, możesz mnie zastępować, kiedy będę robił zdjęcia tym dwóm dziewczynom. Sfilmuję cię z nimi w trójkącie.
- Jak się czuje ciotka? - pytam go.
- Mówię poważnie, Dominic. Musisz oczyścić swój umysł. Nauczyć się czerpać radość z życia. Jeszcze nie jest za późno.
- Nie potrafię - odpowiadam. - Nie potrafię...
A ciotka miewa się dobrze. Martwi się o ciebie. Pokazałem jej twoje zdjęcie i powiedziała, że wyglądasz jakby pożarł cię niedźwiedź. Niedźwiedź, Dominic. Chciałaby, żebyś zrobił sobie wolne, spędził trochę czasu u niej, w Domažlicach. Odpoczął. Tęskni za swoim siostrzeńcem.
- Odwiedzę ją - obiecuję. - Może wyjazd na jakiś czas na wieś to dobry pomysł. Oderwać się od wszystkiego...
- Ucina sobie rękę i nikogo to nie obchodzi. Stodoły i konie, człowieku. Następnym razem chcę stodół i koni. W Anthropologie zamierzam zawrzeć Roberta Frosta. Stodoły, konie...
- Kiedy znajdziesz czas, żeby zjeść ze mną kolację? - pytam go.
- Odezwę się - odpowiada po angielsku. - W tym tygodniu mam dość napięty grafik. Znalazłem taką tajską restaurację, musisz tam pójść.
- Massaman.
- Nie odłączaj się od sieci.
- Wychodzę - mówię mu, opuszczając pokój.
W salonie Twiggy radzi sobie lepiej z Tysonem, wymachuje mu przed oczami pięściami, okłada seriami ciosów. Na mój widok przerywa grę.
- Mogę z tobą porozmawiać? - zwraca się do mnie.
Odciąga mnie na bok i pyta, czy biorę.
- Nic takiego - odpowiadam. - Tylko brown sugar, żadnych twardych.
- Widzę, że lubisz te pobudzające.
- Czasem potrzebuję czegoś, co pomoże mi się skoncentrować - wyjaśniam.
- Dam ci coś - mówi. Otwiera torebkę, złotą i wąską, ledwie mieszczącą szminkę i kluczyki do auta, i wyjmuje z niej pigułkę w kształcie serca w plastikowym woreczku.
- Co to jest?
- Walentynka - odpowiada, wkładając mi ją do ust - jak zacznie działać, weź browna.
Rozgryzam, tabletka smakuje jak wiśnia.
- Jak ci się spodoba, to jest tego więcej - mówi. - A gdybyś chciał kiedyś porozmawiać o Plath albo Anne Sexton...
Przypatruję się jej chwilę za długo, kiedy wraca do gry, kiedy przy każdym wyprowadzonym ciosie unosi się jej sweter, a mój Adware już się wypełnia okienkami i przekierowuje mnie do agencji towarzyskich, na strony dziewczyn rozbierających się przed kamerami internetowymi i szczebioczących, że chcą mnie poznać. Pigułka, którą mi dała, sprawia, że powoli ogarnie mnie ciepło. Wybiegam z mieszkania, nielegalne seksreklamy przesłaniają mi widok i o mało nie spadam ze schodów. Dziewczyny w reklamach wyglądają tak realistycznie, że muszę się zatrzymać na półpiętrze i poczekać, aż znikną, ale przecież one są tylko wyobrażeniami, mirażami, tylko światłem. Nie chcę żadnej, nie potrzebuję ich, mówię do siebie, ale reklamy wiedzą lepiej, czego pragnę, i przemaszerowuje przede mną cała defilada dziewczyn do wyboru, setki blondynek mniej lub bardziej podobnych do Twiggy. Kiedy wreszcie jestem na ulicy, dziewczyny wypełniają chodnik przed domem, idą krok w krok, jak lustrzane odbicie, tysiące mijających mnie Twiggy. Kątem oka dostrzegam wiadomości CNN. Kieruję na nie wzrok, a litery powiększają się i stają wyraźniejsze: "Prezydent Meecham złożyła wieniec w Mauzoleum Appalachów dla uczczenia ofiar sprzed dziesięciu lat...".
Przy Dupont Circle znajduje się dwupoziomowa restauracja KFC. W środku jest pełno ludzi, wije się kolejka. W wirtualnym menu moją uwagę przykuwają ekstrachrupiące piersi i udka. Po kalejdoskopowej walentynce od Twiggy wszystko jest rozedrgane. "Oryginalne, Cajun, Buffalo!" Spokojnie, spokojnie - ostatnią rzeczą, jakiej mi potrzeba, jest jakiś gliniarz po cywilnemu, który zauważy, że jestem zbyt nerwowy, i wezwie ludzi z wydziału narkotykowego. Zabieram z lady pudełko z dwoma kawałkami ekstrachrupiących i dostaję od kasjera żeton do toalety. Na piętrze są małe boksy ze stolikami - zostawiam kurczaka i wpadam do łazienki. Ktoś myje ręce. Kilka kabin jest zajętych. Zamykam się w najdalszej, rozrywam opakowanie brown sugar i połykam tabletkę. Na języku czuję kredowy, gorzki posmak. Na drzwiach ktoś wyskrobał nożem: "JEZUS CHRYSTUS OCALIŁ MOJĄ DUSZĘ". Ktoś narysował pułkownika Sandersa z logo KFC strzelającego tęczą ze swojego wielkiego członka. Czuję ucisk w oczach. Brown sugar w połączeniu z walentynką przeszywa moje nerwy jak prądem - jakby wszystko, co widzę, było wytrawione światłem. Kabina i toaleta pulsują. Pułkownik Sanders sprawia wrażenie prawdziwego, absurdalnie prawdziwego - nabiera kształtów, ma włosy jak motek bawełny, a tryskająca z niego tęcza najpiękniejsze kolory, jakie kiedykolwiek widziałem. Widzę niekończący się strumień spłukiwanych toalet i mytych rąk. Wychodzę z kabiny, wychodzę z KFC. Jestem na Dupont Circle, na ulicy - zbieram kamyki z przejścia dla pieszych. Koncentruję się na Mieście.
Pittsburgh.
Koncentruję się na Three Rivers Net i pojawia się aplikacja Archiwum, ikona przedstawiająca złoty trójkąt w widłach rzek. Ładuję Archiwum Miejskie i wcześniejszy obraz zastępuje złoto-czarny herb z tarczą zdobioną orłem, a zwieńczoną murami zamku.
Logowanie.
- John Dominic Blaxton - staram się mówić wyraźnie. Zezwalaj na automatyczne uzupełnianie - tak. Zapamiętaj hasło - tak. Wydaje mi się, że pamiętam ruch na Dupont Circle, dźwięk klaksonów i krzyki. Ktoś pyta, czy nic mi nie jest. Oczywiście, że nie, a kiedy próbują mnie ściągnąć z jezdni na bezpieczny chodnik, lekceważę ich i wpadam w panikę. Mogę upaść. Słyszę teraz inne dźwięki, inne głosy, hałas na Dupont Circle. Herb Archiwum Miejskiego znika, znika Waszyngton, zaczyna otaczać mnie Miasto, Zachodnia Pensylwania latem o zmierzchu jest tak rzeczywista jak każdy z moich snów.
Autostrada międzystanowa 376, Parkway Avenue z lotniska, szary pył księżycowy, okoliczne wzgórza pełne drzew ginących w zapadającym zmroku. Parkway była do końca taka sama - zbyt wąska i wiecznie zakorkowana. Blask reflektorów potoku samochodów, czerwone, rubinowe linie tylnych świateł. Jestem tu. Przypominam sobie. Sklepy, stacje benzynowe i restauracje rozświetlają szczyty pogrążonych w cieniu wzgórz. Robiłem w tych sklepach zakupy. Jadałem w tych restauracjach. Po przejściu pod zardzewiałymi estakadami Norfolk i Western droga najpierw się wznosi, a następnie opada, wnika pomiędzy wzgórza i w końcu ginie w tunelu - kwadracie połyskującego światła wydrążonego w zboczu. Sam tunel - zlewające się ze sobą plamy światła fluorescencyjnych lamp i ceramicznych płytek, hałas mknących samochodów, świst powietrza. A kiedy tunel się kończy, przede mną wyrasta miasto ze szkła i stali. Zanurzam się w linii horyzontu. Światła drapaczy chmur płyną po nitce autostrady, widmowy wizerunek Miasta odbija się w czarnym zwierciadle rzek. Boże, mój Boże, przypominam sobie, to wszystko, czego mi trzeba, to wszystko, czego mi zawsze było trzeba, to wszystko, co chcę pamiętać.
Jestem tu.
Jestem tu:
Po opuszczeniu archiwum zapłać.
Kierowca autobusu, starszy czarnoskóry mężczyzna popijający coś z termosu. Kamizelka z napisem "Zarząd Transportu" i spodnie. Mam ochotę go dotknąć, dotknąć jego ramienia i poczuć go, przekonać się, jak realne będzie to odczucie, ale siadam z tyłu, gdzie mogę poczuć nakładające się na siebie zapachy ludzkich ciał i stęchłego powietrza, winylowych siedzeń. Nie musiałem wsiadać do tego autobusu, ale chciałem przypomnieć sobie, jak żyłem. To była linia 54 C - z South Side do Oakland. W autobusie są też inni, inni ocaleni - różnimy się od iluzji, jesteśmy jakby jaśniejsi. Spoglądamy na siebie, ciekawi, co kto stracił.
Kierowca wiezie nas Carson Street i kilkoro z nas wysiada, żeby przejść się wśród świateł i ludzi, przypomnieć sobie, jakie to było uczucie znaleźć się na South Side w sobotni wieczór. Dzisiaj, z powodu dziesiątej rocznicy, w Archiwum Miejskim jest więcej ludzi niż zwykle - ocalali otulają się wspomnieniami. W barach roi się od twarzy pławiących się w niebieskawym blasku płaskich ekranów, na których oglądają mecz Steelersów. Powtórkę, ale kibicują, jakby oglądali mecz po raz pierwszy, jakby nie wiedzieli, kto przegrał. Na Carson Street jest tłoczno, tak jak było niegdyś, ale ja zostaję w autobusie. Chcę oglądać mijane ulice, patrzeć na znajome miejsca, po których wciąż mogę chodzić i widzieć wszystkich, których znałem, jakby nic się nie stało, jakby oni wszyscy wciąż tu byli, żywi. Nakama, Piper's Pub, Fat Head's. Niedaleko Siedemnastej Ulicy autobus zatrzymuje się i wsiada do niego trochę ludzi. Prawdziwych, kolejnych ocalałych. Zerkamy na siebie z zaciekawieniem.
Jadę krętą trasą linii 54 C dalej na wschód, pomiędzy jedną rzeką a drugą, aż do granic dzielnicy Shadyside. Dalej piechotą w kierunku Ellsworth Avenue, uliczkami z eleganckimi domkami i zadbanymi trawnikami. Domkami zmarłych; wszyscy, którzy tu mieszkali, zginęli. Cień drzewa, rząd samochodów stojących na światłach przy Negley Street. Zaraz za skrzyżowaniem tablica sklepu UniMart. Tam zawsze kupowałem mleko. Na półkach drogie płatki śniadaniowe, kawa rozpuszczalna, ciasteczka Twinkies i Slim Jims. Za ladą leki na zgagę i aspiryna. Mieli tu "Playboya" i "Penthouse'a", kiedy już nigdzie indziej nie można było zdobyć nowego numeru, a wystawiali je zafoliowane na drucianych stojakach razem z magazynami o modzie, "US Weekly" i czasopismami dla panów. Chętnie bym na nie zerknął. Chętnie przeszedłbym się między regałami, wciągnął nosem zapach wyszorowanej amoniakiem toalety i ociekających tłuszczem hot dogów, popatrzył, jak wiśniowoczerwony mrożony napój z automatu spływa do kartonowych kubków. Ale nie teraz, nie teraz.
Georgiańska kamienica z bramą z czarnego żelaza. Tu mieszkaliśmy. Nałożone warstwy: zapach skoszonych trawników, samochodowych spalin, potraw smażonych w pobliskich restauracjach przy Walnut Street. Jestem na miejscu. Nałożone warstwy: każde drzewo oznaczone etykietą - "wiąz amerykański, topola biała", specjalnie podkreślona "brzoza brodawkowata zwisła", a bliżej gruntu "lilia, tulipan". Przy każdym kwiatku link do Wikipedii, bazy JSTOR, botanicznej bazy danych Phippsa. Ruchome etykiety na owadach, pięć metrów dalej opatrzone przypisami mrowisko. Zaparkowane samochody. "2038 toyota tacoma (więcej informacji); 2052 chrysler PT cruiser reissie (więcej informacji); 1997 toyota prius (więcej informacji, specjalny odsyłacz: Historia amerykańskich samochodów hybrydowych, tom I)".
Jestem na miejscu.
Miłorzęby na Ellsworth Street zrzuciły już liście, pokrywając chodnik przypominającym wymiociny szlamem z rozgniecionych owoców. Przechodzę przez podwórko. Wzdłuż alejki stoją kamienne ławki, po obu stronach podwójnych drzwi - kolumny. Nałożona warstwa: zapach peonii rosnących w greckich wazach. Hol kamienicy wyłożony czarnymi i białymi płytkami, mosiężne skrzynki na listy i ornamentalny gzyms kominka. Wszystko jest takie rzeczywiste. Nawet moje odbicie w lustrze nad kominkiem, na które nie mam ochoty spojrzeć. Wykładzina w orientalne wzory na schodach jest wytarta i cuchnie papierosowym dymem. Schody i deski podłogowe skrzypią. Wyjście ewakuacyjne i marnie oświetlone korytarze. Na końcu korytarza jarzy się napis "WYJŚCIE". Okno z firanką. Jestem na miejscu. Numer 208.
Jestem na miejscu.
Ściana na korytarzu przed drzwiami została przemalowana, umieszczono na niej etykietę z rozwijaną listą poprzednich lokatorów mieszkania 208 wraz z fotografiami, przeważnie młodych kobiet. Zdjęcia wzięto z praw jazdy, legitymacji studenckich albo profili na Facebooku.
Blaxton, John Dominic i Theresa Marie.
Etykieta znika, ładuje się mój profil. Wchodzę do przedpokoju mojego dawnego mieszkania. Ściany mają kolor kremowy, a podłoga jest z jasnego połyskującego drewna. Kuchnia jest niewielka, łazienka jeszcze mniejsza. Popękane płytki i zlewozmywak z oddzielnymi kurkami do ciepłej i zimnej wody. Kaloryfery pobrzękują i pokasłują. Zdejmuję płaszcz i buty. Nie mieliśmy zbyt dużo mebli - kanapa z pianki morskiej, półki z książkami, komplet drewnianych krzeseł z Ikei, które pomalowaliśmy na czerwono. Półki ugięły się pod stosami tomików poezji i rękopisów przysłanych mi do recenzji, książek i rękopisów, których nigdy już nie przeczytam. Jakieś pięćdziesiąt metrów od domu biegnie linia kolejowa. W powietrzu zawisa etykieta: "Kompania Norfolk Southern (więcej informacji); lokomotywa EMD SD40-2 podwójna (więcej informacji); lokomotywa SD40E (więcej informacji)". Kiedy się wprowadziliśmy, nienawidziliśmy pociągów, ale stopniowo przyzwyczailiśmy się do tej żelaznej kołysanki. Brakuje mi ich, Boże, jak mi ich brakuje. Nasza sypialnia jest w prostym stylu - materac z poduszkami i kołdrami, splątane prześcieradła, tak jak je zostawiliśmy. Dwie szafy na ubrania kupione tanio w dziale mebli dziecięcych domu towarowego Target. Telewizor z odtwarzaczem DVD. Rozbieram się. Kładę się z nią do łóżka, obejmuję ją, czekamy, aż uśpi nas odgłos pociągu. Wdycham zapach jej włosów. Zapada noc.