Podziękowania
Pracę nad Jutro będziesz mój zaczęłam kilka lat temu. Rodzeństwo
Adairów wymyśliłam wkrótce po skończeniu serii On Dublin Street, ale
uznałam, że jeszcze nie czas na powołanie ich do życia. Adairowie nie
dawali mi jednak spokoju, domagali się, bym przedstawiła ich
czytelnikom. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że kiedy wreszcie nadeszła
odpowiednia pora, Lachlan Adair i Robyn Penhaligon wciągnęli mnie w swoje fikcyjne życie i nie puścili, póki nie napisałam ostatniego słowa
tej powieści. Mieszkanie z nimi w Ardnoch było cudownym wytchnieniem po
trudnym roku i mam nadzieję, że takim samym wytchnieniem okaże się
również dla moich czytelników.
Pisanie to w głównej mierze samotnicze zajęcie, ale już proces
wydawniczy wymaga pomocy innych osób. Gorąco dziękuję mojej wspaniałej
redaktorce, Jennifer Sommersby Young, za to, że zawsze, ale to zawsze
była przy mnie i pomagała mi się stać lepszą pisarką i gawędziarką.
Podziękowania składam również mojej przyjaciółce i osobistej asystentce,
Ashleen Walker, za to, że załatwiała dla mnie różne sprawy i zawsze mnie
wspierała. Jestem Ci bardzo wdzięczna i bardzo Cię kocham!
Praca pisarza nie ogranicza się do napisania książki. Dotyczy nie tylko
słowa pisanego, lecz także marketingu, reklamy, opracowania graficznego,
prowadzenia kont na platformach społecznościowych itd. Otrzymałam
ogromną pomoc od osób, które się tym zajmują. Z całego serca dziękuję
cudownej Ninie Grinstead z firmy Valentine zajmującej się public
relations - za wspólne burze mózgów, słowa zachęty i za to, że robiła
dla mnie o wiele więcej, niż było to określone w jej obowiązkach. Jestem
Ci za to wszystko niezmiernie wdzięczna.
Dziękuję także wszystkim blogerom, użytkownikom Instagrama i miłośnikom
literatury, którzy wspominali w internecie o moich książkach. Niezwykle
to doceniam! Gorące podziękowania składam również wszystkim
fantastycznym czytelnikom z mojej prywatnej grupy na Facebooku - Sam's
Clan McBookish. Jesteście niezwykli, nie wyobrażam sobie lepszych
odbiorców!
Z całego serca dziękuję Hangowi Lee za projekt przepięknej okładki,
która idealnie oddaje atmosferę tej książki.
Jak zawsze dziękuję mojej agentce, Lauren Abramo, za to, że dzięki niej
ta książka dotarła do czytelników na całym świecie. Jesteś rewelacyjna.
Przyjmij, proszę, moje wyrazy wdzięczności za wszystko, co dla mnie
robisz.
Jestem niezmiernie wdzięczna mojej rodzinie i przyjaciołom za wsparcie i słowa zachęty. Szczególne podziękowania należą się mojemu tacie.
Opisując trudną relację Robyn z jej ojcem, po raz kolejny uświadomiłam
sobie, jakie to szczęście, że mój tata zawsze stawia mnie na pierwszym
miejscu, zawsze jest przy mnie i należy do najbardziej prawych i godnych
zaufania ludzi, jakich znam. Jestem niezwykle wdzięczna za to, że jesteś
moim tatą.
I wreszcie dziękuję Tobie, mój czytelniku. Jesteś nieoceniony.
Prolog
Robyn
Rok wcześniej
Boston, Massachusetts
Deszcz bębnił w dach naszego wozu patrolowego. Piliśmy kawę, czekając na
sygnał z radia.
Odgłos kropli deszczu uderzających o metal wprawiał mnie w przyjemne
odrętwienie. Nagle moją uwagę przyciągnął jakiś kolorowy kształt za
oknem, który wyłonił się z wszechogarniającej szarości.
Chodnikiem szła kobieta w granatowym płaszczu. W jednej ręce trzymała
czarny parasol, a w drugiej - smycz. Pies, który stąd wyglądał na
labradora, miał na sobie jaskrawoczerwony kubraczek. Zatrzymał się
gwałtownie i usiadł na chodniku, jakby chciał powiedzieć: "Mam już tego
dosyć. Powiedz deszczowi, żeby przestał padać".
Zaśmiałam się cicho, kiedy kobieta w niemej odpowiedzi z desperacją
uniosła ręce: "Do jasnej cholery, niby jak mam to zrobić?!".
Ten widok - kobieta z rozłożonymi rękoma pochylona nad patrzącym na nią
psem - aż prosił się o to, żeby go sfotografować. Żałowałam, że nie mam
przy sobie aparatu. Użyłabym szerokiej przesłony i obiektywu o ogniskowej sto pięćdziesiąt milimetrów, żeby rozmyć ruch na szarym tle,
i nastawiłabym ostrość na kobietę i jej upartego psa.
- Jaz uważa, że powinnaś zerwać z Markiem. - Ze świata fotografii wyrwał
mnie głos Autry'ego Davisa, mojego partnera.
Uśmiechnęłam się z ironią, próbując zignorować lekki niepokój, który
wywołała we mnie ta uwaga.
- Co ty powiesz? Jaz tak uważa?
Jasmine "Jaz" Davis zawsze była szczera, ale to Autry już na samym
początku jasno dał mi do zrozumienia, że nie lubi mojego chłopaka Marka.
- Tak jest. - Autry spojrzał przez okno na mijające nas samochody.
Zatrzymaliśmy się we wschodnim Bostonie, na Maverick Square, nieopodal
naszej ulubionej piekarni. Mieli tam dobrą kawę. I pączki z kremem.
Staraliśmy się nie potwierdzać stereotypów dotyczących policjantów, więc
na pączki pozwalaliśmy sobie tylko raz w tygodniu. To była nasza uczta.
- Jaz uważa, że dla Marka jego praca jest ważniejsza od twojej i że on
nigdy nie stawia cię na pierwszym miejscu.
Jaz rzeczywiście mogła się tak wyrazić.
Mark był wziętym prokuratorem. Jego sukcesy mnie podniecały, bo zawsze
kręcili mnie pracowici mężczyźni. Ostatnio zaczął mnie namawiać, żebym
coś zmieniła w swoim życiu. Uważał, że powinnam piąć się w górę,
postarać się o awans na sierżanta, a potem na porucznika.
Nie rozumiał, że mnie na tym nie zależy. Był najambitniejszym
człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znałam. Tak jak powiedziałam, wydawało
mi się to seksowne, dopóki nie spróbował zmieniać mnie w kogoś, kim nie
byłam.
- No to przekaż Jaz, że z nim zrywam.
Autry nieudolnie próbował ukryć zadowolenie.
- Tak?
- Tak. Przy nim za bardzo muszę się starać.
- Nie próbuję wybić ci tego z głowy, ale chyba wiesz, że każdy związek
wymaga pracy?
- Łatwo ci powiedzieć. Uwielbiasz swoją żonę i dzieci.
- Ale to nie znaczy, że nie włożyłem w nasz związek żadnego wysiłku.
- Wiem. Ale tego trzeba chcieć, a mnie się nie chce pracować nad
związkiem z Markiem. W zeszły weekend zrobił mi awanturę, bo kupiłam
obiektyw krótkoogniskowy. Powiedział, że z moimi marnymi dochodami nie
stać mnie na tak drogie "hobby" i że zamierza mnie rozpieszczać. - Na
samą myśl o tamtej rozmowie aż zrobiło mi się gorąco ze złości.
Od tamtej pory przestałam się do niego odzywać i odcięłam się od niego
emocjonalnie.
- Poważnie? - Autry zmarszczył brwi. - Powinnaś kopnąć go w dupę, i to
szybko. Cholera, wyobrażasz sobie, co by Jaz zrobiła, gdybym potraktował
ją tak protekcjonalnie? Facet ma szczęście, że to nie ona jest jego
dziewczyną. Nie uszedłby z życiem. I dlatego nie powtórzę jej tego, co
mi teraz powiedziałaś. Penhaligon, do jasnej cholery! Życie jest za
krótkie na takie idiotyczne związki.
- Ale za to Mark jest dobry w łóżku - powiedziałam, głównie dla żartu.
Nawet dla najwspanialszego seksu nie warto tkwić przy facecie, przez
którego czujesz się tak, jakbyś nic nie znaczyła.
Autry rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.
- Ani słowa więcej.
Zaśmiałam się cicho i upiłam łyk kawy.
Kiedy jako dwudziestojednolatka skończyłam szkołę policyjną, poznałam
Autry'ego Davisa, który został moim partnerem. Był wysoki, przystojny,
dowcipny, siedem lat starszy ode mnie i miał w sobie ciepło, które
potrafiło ogrzać nawet najzimniejsze serce. Szybko się w nim zadurzyłam,
co jednak wkrótce przemieniło się w przyjaźń i zaufanie. Tym bardziej że
poznałam jego żonę, Jaz, i ich dwie córki, Asię i Jadę. Od sześciu lat
właściwie należałam do ich rodziny. Teraz Autry był dla mnie jak starszy
brat. I, jak na brata przystało, nie chciał słuchać o życiu seksualnym
siostry.
A ja, jak każda młodsza siostra, ignorowałam błagania, żebym przestała
go torturować tymi szczegółami.
- Na pewno mógłby się postarać jeszcze bardziej, ale jest zdecydowanie
lepszy od Axela. - Axel, mój poprzedni chłopak, był narcystycznym
muzykiem, egoistą i w łóżku, i poza nim.
Kiedyś, gdy byłam mocno przeziębiona, nie zaproponował, że do mnie
zajrzy albo zrobi mi zakupy, żebym mogła zostać w łóżku. Nie.
Powiedział, że odezwie się, kiedy już wyzdrowieję, i po prostu się
ulotnił. Wtedy zajęli się mną Jaz i Autry. Kiedy wyzdrowiałam, Axel już
nie wrócił, bo tego nie chciałam. Szczerze mówiąc, Mark w łóżku też nie
dbał zbytnio o moje potrzeby, ale potrafił chociaż doprowadzić mnie do
orgazmu.
- Nie słyszę cię. - Autry ze zmarszczonymi brwiami wyglądał przez okno.
- Nie ma mnie tu. Jestem w jakimś innym miejscu, w którym panują dobro i sprawiedliwość, a Celtics zdobywają puchar.
- Czyli w bajce?
- Proszę mi tu nie obrażać Celtics.
Zachichotałam i już otwierałam usta, żeby znowu zażartować, kiedy nasze
radio zatrzeszczało.
- Awantura domowa. Lexington Street, mieszkanie 302B. Zadzwoniła
sąsiadka.
Axel wyciągnął rękę do radia.
- Gold 1-67. Będziemy za trzy minuty.
- Przyjąłem.
Uruchomiłam silnik i włączyłam się do ruchu drogowego.
- Jak myślisz, co będzie tym razem?
- Zdrada.
- Zawsze mówisz to samo.
- I prawie zawsze mam rację.
- Ostatnio się myliłeś.
- A co było ostatnio?
- Oj, Davis, starzejesz się - zażartowałam. - Dziewczyna odkryła, że
chłopak przegrał wszystkie jej oszczędności. Spuściła mu niezły łomot.
- A rzeczywiście. Paskudna sprawa. Po tym, co mu zrobiła, ten gość już
nigdy nie będzie mógł mieć dzieci.
Niestety była to prawda. Skrzywiłam się na myśl o tamtym wezwaniu.
Kilka minut później zaparkowaliśmy pod domem na rogu Lexington. Wyglądał
tak samo jak wszystkie budynki w tej części Bostonu - wąski i pokryty
sidingiem z drewnianych gontów. Dawno temu pomalowano go na biało i teraz potrzebował pilnego remontu. Miał dwa wejścia: jedno prowadziło do
mieszkania na dole, a drugie - na piętro. Przed wejściem do lokalu na
piętrze stała kobieta w jaskrawożółtej piżamie i dopasowanej
kolorystycznie bandanie na włosach. Podeszła do nas, kiedy wysiedliśmy z wozu.
- Od pół godziny tamci na górze się wydzierają. Był też taki huk, jakby
ktoś przewracał meble, a wtedy ta kobieta zaczęła krzyczeć i płakać. -
Sąsiadka wyglądała na poruszoną. - Ten gość jest nieźle porąbany. Chyba
bierze prochy. Pomyślałam, że lepiej wezwać policję.
Uśmiechnęłam się do niej uspokajająco i już miałam się odezwać, kiedy z góry dobiegł nas pełen strachu krzyk. Autry pobiegł do drzwi. Odwróciłam
się do sąsiadki i powiedziałam:
- Proszę wrócić do swojego mieszkania.
Zrobiła, co kazałam. Autry zaczął walić w drzwi.
- Policja, proszę otworzyć!
Mężczyzna zaczął głośno przeklinać. Ryknął: "Pieprzona suka!", po czym
rozległ się głośny płacz zagłuszany niezrozumiałymi wrzaskami.
Autry spojrzał na mnie z poważną miną. Położyłam dłoń na kaburze
pistoletu.
Kiwnęłam głową.
Nacisnął klamkę i otworzył drzwi.
Poszliśmy ciasnym korytarzem do stromych schodów prowadzących na górę.
Trzymałam się z tyłu. Wyjęłam broń. Przez te krzyki lokatorzy na pewno
nas nie słyszeli. Po chwili zorientowałam się, że w tej awanturze chodzi
o narkotyki. Wyglądało na to, że mężczyzna podejrzewał, że kobieta
oddaje mu za mało pieniędzy za sprzedawane działki. Jednak nie była to
zwykła awantura domowa.
Przygotowałam się na ostrą akcję.
Schody prowadziły do przedpokoju z dwojgiem drzwi naprzeciwko siebie.
Ostrożnie zajrzeliśmy do jednego pokoju. Była to sypialnia, pusta.
Przeszliśmy do drugiego pomieszczenia, w którym znajdował się salon
połączony z małą kuchnią. To było istne pobojowisko. Stół leżał na boku,
telewizor był roztrzaskany, zdjęcia powypadały z połamanych ramek, a podłogę zapełniało szkło. Stołek przy barku śniadaniowym był
przewrócony.
Na podłodze siedziała skulona młoda kobieta z twarzą umazaną tuszem do
rzęs. Ze strachem w zapłakanych oczach patrzyła na wysokiego, chudego
mężczyznę, który mierzył z pistoletu w jej głowę.
Unieśliśmy broń.
- Policja. Proszę to odłożyć - powiedział Autry.
Mężczyzna spojrzał na nas, ale nie wykonał żadnego ruchu, tylko warknął:
- Kurwa, co wy tu robicie? To nie wasza sprawa. Wezwała was ta wścibska
suka z dołu?
Miał rozszerzone źrenice, mówił bełkotliwie.
Był naćpany.
Robiło się coraz ciekawiej.
Powtórzyłam:
- Proszę to odłożyć.
- Bo co?
- Jeżeli nie odłoży pan broni, uznam to za groźbę i strzelę do pana -
ostrzegł go Autry.
- Co ty pieprzysz? - Pistolet niebezpiecznie zakołysał się w dłoni
mężczyzny.
- Davis - mruknęłam i lekko odwróciłam głowę, żeby spojrzeć na partnera.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch. Poczułam przypływ adrenaliny, kiedy do
pokoju wpadł drugi mężczyzna, wycelował pistolet w plecy Autry'ego i położył palec na spuście.
Nie miałam ani chwili do stracenia. Musiałam stanąć przed partnerem.
Osłonić go.
Obaj mężczyźni grozili nam bronią. Nie miałam wyboru. Strzeliłam do tego
drugiego. Rozległy się dwa wystrzały, głośniejsze od uderzenia pioruna.
Huk odbił się echem w mojej głowie i niemal w tej samej chwili poczułam
ostry, palący ból w klatce piersiowej.
Kolejny wystrzał. I znowu ból. I jeszcze raz.
Przewróciłam się do tyłu, prosto na Autry'ego. Nad moją głową rozległy
się kolejne wystrzały.
Słyszałam hałas. Jęki. Krzyki.
Spokojny głos Autry'ego, który mówił, że wszystko będzie dobrze.
- Trzy osoby z ranami postrzałowymi, w tym jedna policjantka,
wielokrotnie postrzelona. Przyślijcie ambulans na 302B Lexington Street.
Miałam wrażenie, że ból promieniuje z ran na całe moje ciało.
- O cholera, Robyn, o cholera - szeptał mi do ucha Autry. - Dlaczego?
Dlaczego?
Wiedziałam, o co pytał.
Chciałam odpowiedzieć, ale nie mogłam poruszać ustami. Coś złego działo
się też z moim wzrokiem. Jakieś czarne cienie zmniejszały pole widzenia,
coraz szybsze i coraz bardziej gęste.
- Robbie, zostań ze mną. Zostań.
Chciałam.
Bardzo.
Chciałam wyciągnąć rękę, mocno go złapać i nie puścić.
Ale mój umysł odłączył się od ciała i odpływał coraz dalej i dalej.
1
Robyn
Teraz
Ardnoch, Sutherland
Szkocja
Jak nigdy nawet nie pomyślałam o swoim aparacie fotograficznym, scenerii
czy idealnym ujęciu. To naprawdę zdumiewające, bo znajdowałam się w jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałam.
Trudno mi było jednak skupić się na podziwianiu krajobrazu, kiedy
dosłownie minuty dzieliły mnie od spotkania z ojcem.
Którego nie widziałam od czternastego roku życia.
Niektórzy, kiedy są czymś podekscytowani, mówią, że mają motylki w brzuchu. W tej chwili na pewno się tak nie czułam. Motylki w brzuchu to
podenerwowanie połączone z przyjemnym oczekiwaniem, natomiast ja czułam
się wręcz chora. Kolana dosłownie uginały się pode mną.
I wkurzało mnie, że mój ojciec, Mac Galbraith, ma nade mną taką władzę.
Wysiadłam z wypożyczonego samochodu, wyprostowałam się, głęboko
zaczerpnęłam powietrza i ruszyłam przez wysypany żwirem podjazd ku
ogromnej bramie między dwiema ceglanymi kolumnami, które płynnie
przechodziły w wysoki mur. Po drugiej stronie bramy podjazd ciągnął się
dalej i znikał w mroku lasu na obrzeżach posiadłości.
Stanęłam pod bramą i zaczęłam szukać dzwonka albo kamery. Bez skutku.
Próbowałam potrząsnąć bramą, ale była z kutego żelaza i ani drgnęła.
Zmrużyłam oczy, usiłując sięgnąć wzrokiem poza drzewa. Nasłuchiwałam
ćwierkania ptaków i wiatru szeleszczącego w liściach.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch po lewej stronie i dostrzegłam światło
odbijające się od przesuwającego się obiektywu kamery. Wyciągnęłam
głowę, żeby lepiej mu się przyjrzeć, i zobaczyłam kamerę ukrytą na
drzewie.
Zasalutowałam, przykładając dwa palce do głowy, żeby dać znać
obserwującej mnie osobie, że widzę kamerę.
Teraz pozostawało mi tylko czekać.
Jakbym nie była wystarczająco zdenerwowana.
Odwróciłam się, oparłam o bramę, skrzyżowałam ręce na piersi i nogi w kostkach, przyjmując pozę, która mówiła: "Nie ruszę się stąd, dopóki
ktoś nie przyjdzie".
Nie minęło nawet parę minut, kiedy usłyszałam dźwięk silnika i chrzęst
kół na żwirze. Odwróciłam się i zobaczyłam, że z drugiej strony pod
bramę podjeżdża czarny Range Rover z przyciemnionymi szybami.
Nerwy miałam napięte jak postronki.
Dlaczego akurat mój ojciec musiał być szefem ochrony w jednym z najbardziej prestiżowych zamkniętych klubów na świecie?
Aha, no tak.
Z powodu Lachlana Adaira.
Poczułam zazdrość i urazę, za które wstydziłam się przed samą sobą.
Próbując je zignorować, znowu splotłam ręce na piersi, aby wyglądać
nonszalancko. Samochód stanął, drzwi od strony kierowcy się otworzyły i do bramy podszedł mężczyzna w czarnych spodniach, czarnej koszuli i skórzanej kurtce.
Zauważyłam maleńką słuchawkę w jego uchu.
Pracował w ochronie.
Ale to nie był mój ojciec.
- To teren prywatny - powiedział ze szkockim akcentem, takim samym, z jakim mówił mój ojciec.
- Wiem. - Popatrzyłam ponad jego ramieniem. - Przyjechałam, żeby
spotkać się z ojcem.
- Niestety, na teren posiadłości mają wstęp tylko członkowie i pracownicy klubu. Muszę panią poprosić o odjechanie.
Miałam gdzieś to, że zamek Ardnoch gościł aktorów oraz potentatów
telewizyjnych i kinowych, którzy co rok płacili fortunę tylko po to, by
móc się pochwalić, że należą do klubu.
- Nazywam się Robyn Penhaligon. Moim ojcem jest Mac Galbraith. Może mu
pan przekazać, że przyjechałam?
Ochroniarz był bardzo profesjonalny - na jego twarzy nie pojawił się
nawet cień zaskoczenia.
- Czy ma pani jakiś dowód tożsamości?
Wiedząc, że tego zażądają, wcześniej włożyłam prawo jazdy do tylnej
kieszeni dżinsów. Wyjęłam je i podałam ochroniarzowi.
- Proszę chwilę poczekać. - Wrócił do samochodu i otworzył drzwi od
strony kierowcy.
Wsiadł, ale ich nie zamknął, więc słyszałam jego głos.
Podczas tej rozmowy poszłam do swojego auta po sweter, który zostawiłam
na tylnym siedzeniu. Kiedy wychodziłam z hotelu, ze zdenerwowania było
mi gorąco, ale teraz zaczęłam marznąć na chłodnym wiosennym powietrzu.
Parę minut później ochroniarz wrócił pod bramę.
- Poproszę o przekazanie mi wszelkich urządzeń do nagrywania, w tym
smartfonów.
- Słucham?
- Osobom, które nie są członkami klubu, nie wolno wchodzić na teren
posiadłości z jakimkolwiek sprzętem do nagrywania. Chronimy prywatność
naszych gości.
- Jasne. - Oznaczało to, że mój kochany tatuś nie zamierza odprawić mnie
z kwitkiem.
Cholera.
W głębi serca tego żałowałam.
Wyjęłam telefon z samochodu. Dobrze, że aparat fotograficzny zostawiłam
w hotelu. Nikomu bym nie powierzyła swojego skarbu.
- To wszystko?
- Tak.
- Proszę wrócić do samochodu. Brama za chwilę się otworzy. Proszę jechać
za mną.
Kiwnęłam głową i wsiadłam do wypożyczonego SUV-a. Ten wóz z napędem na
cztery koła wydawał mi się najbardziej odpowiednim środkiem transportu
po Pogórzu Szkockim, a do tego cena nie była zbyt wysoka. Decyzja o tym,
żeby przylecieć do Szkocji bez rezerwowania biletu powrotnego, narażała
moje konto na spore ryzyko. Tutaj koniecznie powinnam ograniczać
wydatki.
Ochroniarz już mnie nie widział, więc odetchnęłam głęboko w oczekiwaniu,
aż zostanę wpuszczona. On w tym czasie zawrócił swojego Range Rovera i odjechał kawałek od bramy, która otworzyła się parę chwil później.
Wjechałam na teren posiadłości.
Podjazd prowadził przez zalesiony obszar, który zdawał się nie mieć
końca, ale nareszcie ustąpił miejsca rozległym trawnikom, za którymi
widniało ogromne zamczysko. Na wielkim terenie widziałam porozstawiane
chorągiewki - było to pole golfowe. W oddali majaczyły malutkie figurki
graczy.
Przeniosłam wzrok z powrotem na zamek Ardnoch i znowu głęboko
odetchnęłam.
Jeszcze nigdy nie czułam się aż tak bardzo nie na miejscu.
Podobne wrażenie miałam w obecności Maca.
Nigdy nie należałam do jego świata.
Bo nigdy mnie do niego nie wpuścił.
Przed sobą miałam dwustuletni, sześciopiętrowy, rozległy dwór w stylu
zamkowym. Z mojego researchu wynikało, że mieści się w nim główna
siedziba klubu, ale na terenie tej pięciohektarowej posiadłości
znajdowały się także inne budynki, w tym stałe rezydencje, które
członkowie klubu kupili za bajońskie sumy. W internecie wyczytałam, że
posiadłość leży na wybrzeżu i należą do niej lasy sosnowe (co teraz już
mogłam potwierdzić), rozległe równiny (je też już widziałam),
wrzosowiska (bardzo chciałam je zobaczyć) i złote plaże (bardzo, ale to
bardzo chciałam się po nich przejść). Nie byłam pewna, czy ta wizyta się
uda, ale miałam nadzieję, że pójdzie na tyle dobrze, żebym mogła
przynajmniej zwiedzić ten teren.
Chociaż czułam się tu jak ryba wyrzucona na brzeg.
Jadąc za Range Roverem, rozmyślałam o tutejszej ochronie. Co prawda
posiadłość była otoczona wysokim murem, w którym znajdowała się solidna
brama, ale jak na pięciu hektarach udawało się zapewnić członkom klubu
prywatność?
Muszę o to spytać tatę, jeżeli w ogóle będzie chciał ze mną rozmawiać po
tym, jak zadam mu pytanie: "Dlaczego nie kochałeś mnie na tyle, żeby
pozostać w moim życiu? Dlaczego mnie zostawiłeś? Przez ciebie mam
potężny lęk przed odrzuceniem, który w dramatyczny sposób wpłynął na
moje życie".
Mój żołądek znowu się odezwał, poczułam mdłości jak na statku podczas
sztormu.
- Jezus Maria... - szepnęłam, otwierając drzwi samochodu.
Zamek wyglądał jak Downton Abbey na sterydach. Nad nim górowały
wieżyczki, a na jednym z gzymsów wisiała flaga Szkocji z krzyżem
Świętego Andrzeja. Na kolumnach wspierał się dach zwieńczony małymi
blankami, a w kunsztownie skonstruowanym portyku znajdowały się
dwuskrzydłowe żelazne drzwi.
Kiedy wysiadłam, wiatr smagnął mnie w twarz włosami, które spięłam w kucyk, i przeniknął przez sweter. Tutaj, bez osłony drzew, było o wiele
zimniej. Jak na końcówkę marca powietrze okazało się zaskakująco ostre.
Unosił się w nim zapach słonej wody, chociaż zamek dzieliły od morza
prawie cztery kilometry.
Uwielbiałam tutejsze powietrze. Takie rześkie i świeże. Dodawało mi
energii.
Kiedy zadarłam głowę, żeby przyjrzeć się fladze, usłyszałam szczęk
otwieranych drzwi. Wyłonił się zza nich mężczyzna w tradycyjnym stroju
kamerdynera, włącznie z białymi rękawiczkami.
Zamierzał podejść, żeby mnie przywitać, ale znieruchomiał, kiedy pojawił
się inny mężczyzna.
Głęboko zaczerpnęłam powietrza, wyszłam zza drzwi auta i je zamknęłam.
Zmusiłam się do tego, żeby podnieść wzrok i spojrzeć na bardzo
wysokiego, barczystego mężczyznę, który szedł w moją stronę.
Kiedy go rozpoznałam, zalała mnie fala mieszanych emocji. Miał na sobie
uszyty na miarę szary garnitur, w którym jednak nie wyglądał jak
elegancik. Gęste, szpakowate włosy wywijały mu się na karku i wymagały
przystrzyżenia. Był nieogolony.
Wyglądał na trzydzieści parę lat, ale ja wiedziałam, że ma czterdzieści
cztery.
Z neutralnym wyrazem twarzy szedł do mnie zdecydowanym krokiem. Kiedy
się zbliżył, przekonałam się, jak bardzo jestem podobna do ojca. Jego
włosy były ciemniejsze, ale odziedziczyłam po nim oczy i kształt twarzy.
Tak, oczy mieliśmy identyczne. Taka sama jasnobrązowa obwódka wokół
źrenicy i takie same szaro-zielone promyczki, które odchodziły od
brzegów tęczówki i wtapiały się w jej brąz.
Mama często powtarzała, że chociaż tyle dobrego od niego dostałam.
Mac Galbraith patrzył na mnie kamiennym wzrokiem, ale po chwili jego
obojętność zniknęła. Z trudem przełknął ślinę.
- Robyn?
- Mac. - Podałam mu rękę.
Patrzył na nią przez chwilę, jakby nie do końca wiedział, co powinien
zrobić.
W końcu dobre wychowanie wzięło górę i uścisnął mi dłoń. A kiedy już to
zrobił, puścił ją niechętnie. To powitanie wywołało we mnie złożoną
reakcję, której się nie spodziewałam. Łzy stanęły mi w oczach, więc
odwróciłam wzrok, niby od niechcenia. Popatrzyłam na zamek i powiedziałam z udawaną obojętnością:
- Fajny masz domek.
- Nie mój - odparł. - Należy do Lachlana. Do rodziny Adairów.
Jakbym nie wiedziała. Wrócił palący żal. Zmusiłam się, żeby znowu
spojrzeć na ojca.
- Pewnie się zastanawiasz, dlaczego przyjechałam.
- Zgadza się. Chociaż oczywiście to miła niespodzianka.
Czyżby?
Popatrzyłam na niego zmrużonymi oczami, próbując oszacować, ile prawdy
było w tych słowach.
- Przyjechałam w sprawie, o której wolałabym nie rozmawiać na
podjeździe, z obcym facetem za plecami. - Miałam na myśli ochroniarza,
który nadal stał za mną.
- Przykro mi. Takie mamy procedury.
Pokiwałam głową. Dobrze to znałam.
- Na pewno dobrze to znasz - powiedział, jakby czytał mi w myślach. -
Słyszałem, że pracujesz w policji.
Wyglądał na zadowolonego. Jakby to tworzyło między nami pewną więź.
Wcale mi się to nie podobało. Mac kiedyś był policjantem, zresztą tak
samo jak mój ojczym, Seth Penhaligon.
- Rodzinna tradycja - powiedziałam. - Zawsze chciałam być taka jak mój
ojciec, Seth.
Kiedy miałam szesnaście lat, postanowiłam oficjalnie zmienić nazwisko z Galbraith na Penhaligon. Biologiczny ojciec wtedy od dwóch lat się ze
mną nie kontaktował, więc zamierzałam na dobre zerwać z nim wszelkie
więzi i zacząć nosić nazwisko rodziców.
Mac doskonale potrafił ukrywać emocje, jednak zauważyłam w jego oczach
mignięcie czegoś, co kazało mi się domyślać, że trafiłam w czuły punkt.
Hmm.
- Już nie pracuję w policji.
- Nie?
- Tak jak mówiłam, wolałabym nie ucinać sobie pogawędki tutaj. Wiem, że
do tego zamku nie wpuszcza się byle kogo, więc może się przejdziemy?
Mac zmarszczył brwi.
- Moja córka nie jest byle kim. Chodź do środka. Porozmawiamy, a potem
cię oprowadzę.
Wskazałam kciukiem przez ramię.
- A ten gość będzie nas cały czas niańczył?
Mac zerknął na współpracownika.
- Jock, odstaw samochód do garażu i wróć do swoich obowiązków, okej?
- Tak jest.
- Zapraszam. - Mac zwrócił się do mnie, wskazując na wejście do zamku.
- Może dla mnie bardziej stosowne byłoby wejście dla służby?
- Jest osobne wejście dla dostawców, ale oni zawsze zapowiadają swój
przyjazd. - Rzucił mi ironiczne spojrzenie i ruszył do drzwi.
- A co z moim samochodem?
- Niech tu zostanie. W razie potrzeby możemy go potem przestawić.
Idąc za biologicznym ojcem, wpatrywałam się w tył jego głowy. Musiał
mieć nieco ponad metr dziewięćdziesiąt i był w świetnej kondycji
fizycznej. Wyglądał wręcz onieśmielająco. Miał czterdzieści cztery lata
i formę mężczyzny młodszego o połowę. Świetnie się trzymał. Był
przystojny, ale nie wymuskany. Dobrze mu się powodziło. Nie wyglądał na
tyle staro, żeby być moim ojcem. Kiedy miał zaledwie szesnaście lat,
zrobił dziecko swojej starszej dziewczynie, ale potem udało mu się
ułożyć sobie życie.
No, ale tak to pewnie bywa, kiedy ktoś dla sukcesu jest gotów poświęcić
związek i dziecko.
Tak się pogrążyłam w rozmyślaniach, że dopiero po dłuższej chwili
zwróciłam uwagę na wnętrze.
O rany.
Kiedy stanęłam za progiem i zaczęłam się rozglądać, szczęka mi opadła.
Tak, zdecydowanie czułam się tutaj nie na miejscu.
- Wakefield, to moja córka Robyn. - Mac podszedł do faceta w uniformie.
- Robyn, to jest Wakefield, kamerdyner.
Kamerdyner. Ależ oczywiście.
- Bardzo mi miło. - Mężczyzna ukłonił mi się ze stoickim wyrazem twarzy.
- Witam na zamku Ardnoch.
Z roztargnieniem skinęłam głową i znowu zaczęłam się rozglądać.
- Robi wrażenie, co? - Na widok mojej miny Mac szeroko się uśmiechnął.
Hol był przeogromny.
Lakierowany drewniany parkiet jeszcze bardziej potęgował to wrażenie.
Wystrój wnętrza utrzymano w szkockim stylu, bogactwo aż z niego biło.
Przede mną znajdowały się najwspanialsze schody, jakie kiedykolwiek
widziałam. Były wyłożone wełnianym chodnikiem w czerwono-szarą kratkę i prowadziły na półpiętro zalane światłem wpadającym przez trzy witrażowe
okna od podłogi do sufitu. Tam rozchodziły się na obie strony na
pierwsze piętro, częściowo widoczne z krużganków po obu stronach holu.
Na ogromnym kominku pod ścianą przy wejściu, naprzeciwko schodów, palił
się ogień. Zapach drewna jeszcze bardziej podkreślał wrażenie
przytulności, jakie udało się stworzyć projektantowi pomimo ciemnej
boazerii na ścianach i suficie. Lampy od Tiffany'ego na niskich
stolikach zalewały wnętrze ciepłym światłem.
Przed kominkiem stały dwie identyczne kanapy z zamszu i materiału,
ozdobione guzikami i rozdzielone niską ławą. Więcej światła wlewało się
do holu przez ogromne przejścia wiodące do innych pomieszczeń na
parterze. Słyszałam dobiegające z oddali odgłosy rozmów.
W jednym z przejść stanął mężczyzna tak samo wysoki jak mój ojciec.
Zatrzymał się na nasz widok, po czym ruszył przez olbrzymi hol w naszą
stronę.
Kiedy się zbliżył, rozpoznałam go.
Jego twarz znały miliony ludzi na całym świecie.
Miał na sobie dopasowany, czarny, kaszmirowy sweter, który podkreślał
jego muskulaturę, i czarne spodnie od garnituru. Jego styl był
elegancki, ale jednocześnie nonszalancki. Miał dokładnie takie ciało i taki sposób chodzenia, jakie magazyny modowe uwielbiały w hollywoodzkich
aktorach.
Kiedyś był jednym z nich.
Należał do ścisłej czołówki.
Lachlan Adair.
Każda inna kobieta oniemiałaby z zachwytu na widok jego włosów o odcieniu ciemnego blondu, pięknych niebieskich oczu, seksownych ust i krótkiej ciemnobrązowej brody. Ewidentnie był przystojny, ale jego uroda
nie była nieskazitelna, przez co stawał się jeszcze bardziej
pociągający. W oczach miał charakterystyczny dla siebie złośliwy błysk.
Z tego, co wiedziałam, był też całkiem niezłym aktorem, chociaż
obsadzano go głównie w filmach akcji.
W każdym razie ja nie oniemiałam.
Byłam zestresowana, ale nie z powodu jego charyzmy czy sławy.
Pod pozorami obojętności kryły się we mnie duże pokłady urazy. Nie była
to jego wina. Absolutnie. Ale był to mężczyzna, dla którego porzucił
mnie ojciec.
Kiedy dwudziestojednoletni Lachlan Adair został gwiazdą Hollywood po
tym, jak wystąpił w filmie akcji, który stał się wielkim hitem,
zatrudnił mojego ojca do ochrony. Wybrał go może dlatego, że obaj byli
Szkotami, nie wiem. Wiem tylko, że stali się sobie bliscy. Tak bliscy,
że Mac wszędzie towarzyszył Lachlanowi, przez co zniknął na cały ten
okres, kiedy byłam nastolatką. Nie przyjeżdżał na moje urodziny. Nie
pojawił się na uroczystości ukończenia liceum. A potem, gdy Lachlan
zrezygnował z kariery, obaj pojechali do Szkocji, gdzie były aktor
stworzył w swojej rodzinnej posiadłości ten ekskluzywny zamknięty klub.
Mac był szefem ochrony i mieszkał poza terenem posiadłości.
- Słyszałem, że masz gościa - powiedział Lachlan. Spojrzał ponad moją
głową i zwrócił się do kamerdynera: - Wakefield, w Apartamencie Księżnej
jest problem z jednym z gości. Mógłbyś się tym zająć?
Kamerdyner nas wyminął.
- Oczywiście, proszę pana. - Ruszył po ogromnych schodach.
Szedł szybko, ale jednocześnie nie wyglądał tak, jakby się spieszył.
Adair spojrzał na mnie kamiennym wzrokiem, ale powiedział do mojego
ojca:
- Mac, chyba powinieneś nas sobie przedstawić.
- Lachlan, to moja córka Robyn. Robyn, to Lachlan Adair.
Żadne z nas nie wyciągnęło ręki na powitanie. Między nami pojawiło się
niezręczne napięcie.
Nie wiedziałam, o co mogło mu chodzić.
Przecież to nie ja ukradłam mu ojca.
- Wiem, kto to jest - powiedziałam obojętnym tonem.
Lachlan lekko zmrużył oczy.
- Dużo o tobie słyszałem. To dziwne, że przez prawie dwadzieścia lat
istniałaś w życiu Maca, a poznaję cię dopiero teraz.
- Tak to bywa, kiedy ojciec porzuca dziecko, żeby włóczyć się po świecie
z aktorem. - Nie odważyłam się spojrzeć na Maca.
Pomimo naszej trudnej relacji nie przyjechałam tu po to, żeby go
atakować. W głębi serca rozumiałam, dlaczego ojciec zniknął z mojego
życia.
- Słucham? - W cichym głosie Adaira zabrzmiała niebezpieczna nuta.
Zignorowałam go i zwróciłam się do ojca:
- Możemy porozmawiać na osobności?
- Oczywiście - odparł Adair. - Przepraszam, że przeszkodziłem. - Rzucił
Macowi zaniepokojone spojrzenie. - Chciałem tylko sprawdzić, czy
wszystko w porządku.
Mac kiwnął głową. Na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień.
- Jeśli wolisz, możemy porozmawiać poza posiadłością.
- Nie wygłupiaj się. - Adair zrobił krok do tyłu. - Oprowadź pannę
Penhaligon.
Czy mi się wydawało, czy rzeczywiście wypowiedział moje nazwisko z naciskiem?
Mac mocno zacisnął wargi i rzucił Adairowi ostrzegawcze spojrzenie.
Właściciel zamku podniósł ręce w geście kapitulacji, po czym, już nawet
na mnie nie spoglądając, odwrócił się i odszedł.
Ogólnie rzecz biorąc, zachował się wobec mnie równie arogancko jak ja
wobec niego.
Moja arogancja miała podstawy, chociaż nie powinnam go winić za
postępowanie ojca.
Ale czym ja się naraziłam Lachlanowi Adairowi?
2
Robyn
Kilka minut później znalazłam się w pokoju w głębi korytarza na
pierwszym piętrze - w gabinecie Maca, urządzonym o wiele prościej niż ta
część zamku, którą do tej pory zobaczyłam.
Przez płytko osadzone okno za biurkiem było widać zaledwie niewielki
fragment posiadłości. Pokój okazał się ciemny i szary, a przed wrażeniem
posępności chroniły go liczne lampy, wygodne zabytkowe meble i zaskakująco duży księgozbiór.
Przed biurkiem stały dwa fotele. Mac poprosił, żebym usiadła.
- Napijesz się kawy albo herbaty?
Nagle poczułam o wiele większe zdenerwowanie niż wtedy, gdy podszedł do
mnie na samym początku. Kiwnęłam głową i wymamrotałam:
- Tak, dziękuję, poproszę kawę.
Usiadłam w nadziei, że nie widać, jak lekko trzęsą mi się kolana.
Mac podniósł słuchawkę telefonu i wcisnął guzik. Po paru chwilach
powiedział:
- Stephen, czy mógłbyś przysłać do mojego gabinetu kawę i jakieś
przekąski? Dla dwóch osób.
Ze słuchawki popłynął cichy głos.
- Dziękuję. - Mac rozłączył się i usiadł na brzegu biurka.
W końcu zostałam z nim sama, ale kiedy spojrzeliśmy sobie prosto w oczy,
poczułam obezwładniający ból w piersi. Zapadło milczenie. Każda sekunda
ciągnęła się w nieskończoność.
Przynajmniej ja miałam takie wrażenie.
- Czyli... - Mac w końcu przerwał tę męczącą ciszę. - Rozumiem, że
przyjechałaś do mnie z jakiegoś konkretnego powodu?
Wszystko, co chodziło mi po głowie od paru miesięcy, czyli odkąd moja
psychoterapeutka zasugerowała, że powinnam spotkać się z Makiem, teraz
zupełnie mnie przytłoczyło. Gdybym powiedziała temu mężczyźnie, temu
prawie obcemu człowiekowi, o wszystkim, co czułam, otworzyłabym się
przed kimś, kto już wcześniej wyrządził mi niewypowiedzianie wielką
krzywdę. Uświadomiłam to sobie dopiero, kiedy spojrzałam mu prosto w oczy i poczułam bolesną tęsknotę za ojcem, którego ledwie znałam.
Mac czekał cierpliwie, aż się odezwę, mnie jednak słowa uwięzły w gardle.
Z niepokojem zmarszczył brwi.
- Robyn, czy coś się stało?
- Ja... yyy... odeszłam z pracy.
- Już o tym mówiłaś. Miałaś jakiś konkretny powód?
Z trudem odwróciłam głowę i niewidzącym wzrokiem zaczęłam wpatrywać się
w regał z książkami.
- Po prostu stwierdziłam, że to nie dla mnie. - Zacisnęłam zęby,
wkurzona na siebie za to, że nie zdobyłam się na szczerość.
- To jedyny powód? - spytał.
- Tak - skłamałam i przeniosłam wzrok z powrotem na niego. - Założyłam
firmę fotograficzną. Przeważnie pracuję w atelier, ale zaczęłam też
sprzedawać przez internet zdjęcia Bostonu i nieźle mi to idzie. Zawsze
chciałam odwiedzić Szkocję, w końcu w połowie jestem Szkotką. Zdjęcia
stąd mogłyby zrobić furorę... No i pomyślałam, że przy okazji powinnam się
z tobą spotkać, skoro to z twojego powodu płynie we mnie szkocka krew.
Kąciki jego ust lekko drgnęły.
- Cieszę się, że przyjechałaś. I gratuluję firmy. - Jego oczy
pojaśniały. - Pierwszy aparat fotograficzny dostałaś ode mnie.
Pamiętasz?
Oczy zapiekły mnie od głupich łez. Gwałtownie podniosłam się z fotela.
- Wiesz, chyba jednak nie jestem na to gotowa...
- Robyn... - Mac też wstał.
- Pójdę już.
Mina mu zrzedła.
- Proszę, zostań. Chociaż wypij ze mną kawę.
Nie mogłam. Czułam, że lada chwila wybuchnę płaczem. Było to
zatrważające i pojawiło się zupełnie nieoczekiwanie.
- Później. Teraz muszę już iść.
Szybko podeszłam do drzwi, otworzyłam je szarpnięciem i wymaszerowałam
na korytarz. Mało brakowało, a zderzyłabym się z młodym mężczyzną w stroju podobnym do tego, który nosił Wakefield. Niósł tacę z naszą kawą.
- Przepraszam. - Wyminęłam go.
Chciałam czym prędzej uciec od Maca.
- Chryste! - Mac wyrzucił z siebie. - Stephen, przepraszam. Postaw,
proszę, tacę na biurku. - Wyszedł za mną na wąski korytarz prowadzący do
holu.
- Proszę, zostań. Porozmawiajmy.
- Nie teraz, okej?
- Ale zostaniesz? Zobaczymy się jeszcze, tak?
Kiwnęłam głową. Nie byłam gotowa rzucić tego wszystkiego. Musiałam tylko
się pozbierać. Najwyraźniej nasze spotkanie po tak długiej przerwie
wstrząsnęło mną bardziej, niż się tego spodziewałam.
- Zostanę w Ardnoch. Wynajęłam pokój w pensjonacie Gloaming.
- To dobrze.
Znowu zapadło między nami milczenie.
- Wiesz, co to znaczy "gloaming"? - spytał w końcu.
- Tak, Gordon, właściciel, wyjaśnił mi, że to "zmierzch".
- No oczywiście. - Mac uśmiechnął się szeroko. - Gordon pewnie wszystkim
to mówi.
- Znasz go?
- To mała miejscowość. Wszyscy się tu znają.
- Jasne. - Zastanawiałam się nad tym przez chwilę, kiedy otworzył i przytrzymał mi drzwi wyjściowe. - Czy z tego powodu łatwiej czy trudniej
zapewnić prywatność członkom klubu?
- Wyobraź sobie, że tutaj nikogo nie obchodzi, co robią bogate gwiazdy.
Członkowie klubu mogą poruszać się po okolicy i nie martwić, czy później
znajdą swoje zdjęcia w internecie. No, chyba że latem zjadą się
paparazzi. Tutejsi ludzie rozumieją, że nasi goście chętnie wracają do
miejsca, w którym mają zapewnione prywatność i normalne życie.
Mieszkańcy miasteczka o wiele chętniej plotkują o sąsiadach niż o członkach klubu.
- Całkiem logiczne. - Mój wypożyczony samochód stał na podjeździe w miejscu, w którym go zostawiłam. Było mi okropnie wstyd z powodu tej
nagłej ucieczki, nie miałam śmiałości spojrzeć Macowi prosto w oczy. -
Przepraszam za tę scenę. Po prostu... - Wzruszyłam ramionami.
Nie dałam rady dokończyć zdania.
- Proszę pana!
Mac odwrócił się, a ja spojrzałam ponad jego ramieniem i zobaczyłam, że
w naszą stronę spiesznym krokiem idzie jakiś mężczyzna ubrany mniej
więcej tak samo jak Jock.
- O co chodzi?
- Jest pan pilnie potrzebny przy wejściu dla dostawców. - Mężczyzna
patrzył na Maca lekko rozszerzonymi oczami, jakby próbował mu coś w ten
sposób przekazać.
Ojciec najwyraźniej to zrozumiał. Zaklął pod nosem i zwrócił się do
mnie:
- Muszę iść. Ale może spotkamy się dziś na kolacji w Gloaming?
Tak szybko?
- Może lepiej jutro wieczorem?
Kiwnął głową i podniósł rękę, jakby chciał mnie dotknąć, ale szybko ją
opuścił.
- Przyjdę około siódmej.
Kiedy tylko się umówiliśmy, szybkim krokiem podszedł przez żwirowany
pojazd do swojego pracownika.
Gdy zniknął w zamku, spojrzałam na dach z blankami i westchnęłam.
Przepełniało mnie rozczarowanie. Czego właściwie się spodziewałam, gdy
tu przyjechałam? Że w jakiś cudowny sposób znowu powstanie więź między
nami? Że będę umiała wylać z siebie wszystkie żale - w nadziei na co? Na
to, że uda mi się wypełnić pustkę w moim wnętrzu?
Prychając z niezadowoleniem, zaczęłam otwierać drzwi samochodu.
- Zaczekaj!
Znieruchomiałam. Znałam ten głos.
Słysząc chrzęst żwiru za sobą, wzięłam głęboki wdech. Odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z Lachlanem Adairem.
W jasnym, naturalnym świetle wydał mi się większy, bardziej
onieśmielający. Jego nieprawdopodobnie lazurowe oczy wpatrywały się we
mnie nieruchomo. Nie znalazłam w nich ani śladu tych słynnych złośliwych
iskierek.
- W czym mogę pomóc? - spytałam chłodno.
- Właściwie co ty tu robisz?
Zapalił się we mnie gniew niby płomień na zapałce.
- Chyba jeszcze do ciebie nie dotarło, że jestem córką Maca - odparłam
ze złością.
Wpatrywał się we mnie nieruchomym wzrokiem.
- Jeżeli przyjechałaś po to, żeby narobić mu kłopotów, to zdecydowanie
odradzam. I tak ma wystarczająco dużo spraw na głowie. Nie potrzebuje,
żebyś mu próbowała spieprzyć życie.
Co za dupek! Miał nieprawdopodobny tupet.
- Ja mu próbuję spieprzyć życie? To on porzucił mnie, a nie na odwrót.
- O tak, wiem, że twoja matka lubi powtarzać tę historyjkę.
Wściekła, trzasnęłam drzwiami auta i stanęłam twarzą do niego. Poczułam
nietypową chęć, żeby na niego nawrzeszczeć, ale jakoś udało mi się
odzyskać samokontrolę i odpowiedzieć w miarę spokojnie:
- Jak śmiesz? Nie waż się w ten sposób mówić o mojej matce. Gówno wiesz.
Adair popatrzył na mnie z takim politowaniem, że aż prosił się o to,
żeby go walnąć.
- Śmiem twierdzić, że wiem na ten temat więcej niż ty. - Zrobił krok w moją stronę, przypierając mnie do samochodu. W jego oczach pojawił się
chłód. - Mac jest dla mnie jak brat. Jak rodzina. Nie pozwolę, żeby
ktokolwiek, nawet ty, próbował zawracać mu głowę, więc grzecznie
proponuję, żebyś wzięła dupę w troki, wsiadła do samolotu i stąd
spadała.
- Myślisz, że się ciebie przestraszę? - Odsunęłam się od samochodu i teraz to ja zbliżyłam się do Adaira, zmuszając go do zrobienia kroku w tył. - Dawałam sobie radę z większymi i gorszymi problemami niż były
aktor, więc niezbyt grzecznie proponuję, żebyś się nie wtrącał do spraw
moich i mojego ojca. Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że nie
byłby zachwycony, gdyby się dowiedział, że próbujesz stawać między nami.
Mięsień w jego szczęce drgnął. Adair cofnął się jeszcze o krok. Chyba
się spodziewał, że dam się zastraszyć.
- Mam nadzieję, że się rozumiemy. - Uśmiechnęłam się z ironią i gwałtownym ruchem otworzyłam drzwi samochodu.
Kiedy jednak wsiadałam do auta, Adair powiedział cichym, złowieszczym
głosem:
- Panno Penhaligon, skrzywdziła pani moją rodzinę, a ja dopilnuję, żeby
pani za to zapłaciła.
Wciąż słysząc jego poważny głos, przez chwilę patrzyłam za tym draniem,
który wielkimi krokami wracał do zamku. Zaklęłam pod nosem, wściekła, że
miał w tej rozmowie ostatnie słowo.
3
Lachlan
Wciąż jeszcze gotując się z wściekłości po rozmowie z tak zwaną córką
Maca, doszedłem do wniosku, że nie będę tego dnia najlepszym
towarzystwem dla członków klubu. Uznałem, że lepiej będzie, jeśli się
zaszyję w swoim prawdziwym, nieoficjalnym gabinecie i poczekam, aż się
uspokoję. Słysząc śmiech gości dobiegający z jednego z salonów nieopodal
wejścia, szybko minąłem to miejsce i skierowałem się w stronę drzwi
prowadzących do pomieszczeń tylko dla pracowników.
Wciąż miałem przed oczami Robyn Penhaligon, pewną siebie, przebiegłą
jędzę, która groziła, że naskarży na mnie Macowi. Jakbyśmy mieli po pięć
lat i bawili się w piaskownicy.
Mimo wszystko czułem lekki niepokój.
Może jednak przekroczyłem granicę?
Co prawda chciałem chronić Maca przed tą kobietą, która mogła się okazać
tak samo mściwa jak jej matka, niemniej to jej ojciec powinien móc
zdecydować o tym, czy Robyn ma zostać w Ardnoch.
Z drugiej jednak strony Mac miał tyle problemów. Jak zresztą cała
reszta. Tego tylko brakowało, żeby im głowę zawracała urażona córka,
której Mac nie widział od lat.
Prawdę mówiąc, miałem paskudny nastrój od samego rana, jeszcze zanim
Robyn zrobiła ojcu niespodziankę. Telefonowała do mnie Gwen, rzeczniczka
prasowa, która reprezentowała również mojego starszego brata. Wysłała mi
link do amerykańskiego portalu plotkarskiego, na którym poprzedniej nocy
pojawiły się zdjęcia Brodana, który po pijanemu szarpał się z bramkarzami przed nocnym klubem w Los Angeles.
Sam już nie wiedziałem, co mam z nim zrobić. Jakiś czas temu zagroziłem,
że przyjadę do niego do Hollywood, ale zrezygnowałem, gdy Brodan
obiecał, że sam sobie poradzi z presją i złą sławą.
Niestety, jego ostatnie wybryki świadczyły o tym, że sobie jednak nie
poradził.
Miałem wrażenie, że nie stanął na wysokości zadania. Najprawdopodobniej
to właśnie uczucie bezsilności wpłynęło na moje zachowanie wobec Robyn
Penhaligon. To i arogancja, z jaką unosiła brodę, wystarczyły, żebym
wybuchł.
Zadzwonił telefon, który trzymałem w tylnej kieszeni spodni. Kiedy go
wyjąłem, zobaczyłem na ekranie nazwisko Maca. Chryste, czyżby Robyn już
spełniła swą pogróżkę?
- Tak? - Odebrałem, przystając w wąskim korytarzu prowadzącym do biur.
- Przyjdź do wejścia dla dostawców. Natychmiast.
Ogarnęło mnie przerażenie.
- Jeszcze jeden?
- Po prostu przyjdź - odparł Mac i się rozłączył.
"Dobry przykład - pomyślałem - właśnie tak powinienem postępować ze
swoim bratem".
Mocno zacisnąłem zęby, po czym szybko poszedłem korytarzem prowadzącym
przez kuchnię, za którą znajdowało się wejście dla dostawców. Pracownicy
stali w drzwiach i coś między sobą szeptali. Panowała atmosfera napięcia
i niepokoju.
- Nie macie nic do roboty? - rzuciłem w ich stronę. Popatrzyli na mnie
ze zmieszaniem. - No?
- Słyszeliście, co powiedział pan Adair! - odezwała się Raffaela,
zastępczyni szefa kuchni, mówiąca z silnym włoskim akcentem. Wszyscy
natychmiast odeszli od drzwi. - Wracajcie do pracy!
Wyszedłem z kuchni do holu, w którym owionął mnie chłodny podmuch
powietrza z otwartych na oścież drzwi.
Na zewnątrz stał Mac z ochroniarzami: Pete'em i Jockiem. Kiedy ruszyłem
do nich wolnym krokiem, mój szef ochrony podniósł wzrok i spojrzał na
mnie.
- Przygotuj się. Nie będzie to przyjemny widok.
Najpierw poczułem smród. Z trudem przełknąłem ślinę, próbując
powstrzymać mdłości.
- O kurwa... - mruknąłem, spojrzawszy na ziemię.
Przy wejściu zobaczyłem piękną niegdyś małą sarenkę. Była zarżnięta. Jej
wnętrzności wylewały się na żwir. Obok leżał pęk czerwonych róż.
Podniosłem wzrok na Maca, który trzymał w wyciągniętej dłoni jakąś białą
karteczkę. Zauważyłem, że włożył rękawiczki, żeby nie dotknąć liściku
gołą ręką, więc i ja jej nie wziąłem.
Przeczytałem jednak, a wtedy mój niepokój wzrósł jeszcze bardziej.
Niegdyś wielki skarb. Teraz zimny trup XOXO
- Tak samo jak poprzednie nie jest zaadresowany.
Mac westchnął.
- Wychodzimy z założenia, że jest przeznaczony dla ciebie.
- O siebie się nie boję. - Wściekłym wzrokiem patrzyłem na liścik. - Ale
zależy mi na bezpieczeństwie pracowników i członków klubu. Już ostatni
incydent pokazał, że zaczyna się robić groźnie, ale teraz... Myślę, że
powinniśmy zadzwonić na policję.
Mac rzucił szybkie spojrzenie swoim ludziom, po czym zwrócił się do
mnie:
- Daj nam jeszcze trochę czasu. Pójdziemy na policję, kiedy znajdziemy
winnego. Dzięki temu, kiedy ta wiadomość trafi do mediów, członkowie
klubu będą się czuli bezpiecznie.
- Nie powinniśmy tego przed nimi ukrywać. Już zaczynają się domyślać, że
coś się dzieje. A Lucy wie na sto procent. - "Ale obiecała, że nikomu
nie powie", dodałem w duchu. - Poza tym nie mamy gwarancji, że któryś z pracowników się nie wygada.
- Pracownik, który rozmawia z członkiem klubu albo osobą z zewnątrz o czymkolwiek, co dzieje się na terenie posiadłości, łamie warunki umowy.
- Mac wspomniał o tym, z czego i tak doskonale zdawałem sobie sprawę. -
Nikt nie piśnie słowem, jeśli nie chce, żeby go ciągać po sądach.
Skrzywiłem się z niezadowoleniem. Te umowy zostały sporządzone z myślą o ewentualnych plotkach i skandalach obyczajowych. Nikt nie przewidział,
że ktoś zacznie zostawiać takie chore wiadomości.
- Daj mi jeszcze trochę czasu - poprosił Mac. - Nie chcę z tego powodu
stracić wszystkiego. Ja i moi ludzie poradzimy z tym sobie.
- Oczywiście - odezwali się jednocześnie Jock i Pete.
Nie byłem przekonany.
- Jak mogło do tego dojść? - Wskazałem na sarnę, a potem podniosłem
głowę i spojrzałem na kamerę nad drzwiami. Monitoring był zainstalowany
przy każdym wejściu. - Widać sprawcę na nagraniu?
Zdenerwowanie Maca było wręcz namacalne, więc jeszcze zanim się odezwał,
domyśliłem się odpowiedzi.
Mój szef ochrony rzucił okiem na Jocka i Pete'a i spytał:
- Panowie, możecie zostawić nas samych?
Skinęli głowami, odwrócili się i odeszli.
- Wróćcie za parę minut i zanieście tę uroczą sarenkę McCullochowi. Może
zrobi z niej jakiś użytek, żeby jej śmierć nie poszła na marne.
- McCullochowi? - Uniosłem brew.
Rodzina Colluma McCullocha od pokoleń uprawiała ziemię na północ od
Ardnoch. Collum miał jakiś zatarg z moim ojcem i przeniósł swą urazę
również na mnie i ogólnie młodsze pokolenie Adairów.
- Najwyżej będę mu winny jakąś przysługę. - Mac popatrzył ze smutkiem na
sarnę, po czym dał mi znać ruchem ręki, żebyśmy weszli z powrotem do
zamku.
- Nic się nie nagrało? - spytałem, kiedy znaleźliśmy się na osobności.
- Nie. To musi być ktoś stąd. Dowody są niepodważalne.
- A więc to nie stalker?
- To ewidentnie sposób działania stalkera.
- Który tu mieszka?
- Nie ma innej możliwości.
Nieraz już zdarzało mi się dostawać listy od stalkerów, ale nigdy w takim stylu. Poza tym nigdy wcześniej sprawca nigdy nie pochodził z kręgu moich znajomych.
- Mac, daję wam dwa tygodnie na rozwiązanie tej sprawy. Potem będę
musiał pójść na policję. - Dosłownie zagotowałem się ze złości. Już
wcześniej dostawaliśmy listy z pogróżkami, ale pierwszy raz ucierpiało
żywe stworzenie. - Sprawca posuwa się coraz dalej. Teraz naprawdę
zaczynam się martwić.
Mac się ze mną zrównał.
- Wiem, ja też. Ale spróbujmy skupić się na rozwiązaniu problemu.
Poproszę Tracey, żeby zdjęła odciski palców z tej kartki.
Mój szef ochrony miał kontakty z technikami kryminalistycznymi, którzy
zdejmowali odciski palców z każdego śladu, jaki do tej pory zostawiał
stalker z Ardnoch. Na razie nie przyniosło to większych rezultatów, ale
warto było próbować dalej.
- Na domiar złego akurat dzisiaj musiała przyjechać twoja córka.
- Nie ująłbym tego w ten sposób - obruszył się Mac. - Oczywiście
zupełnie mnie zaskoczyła, ale nie mogę powiedzieć, żebym się nie
ucieszył.
Prychnąłem.
- To moja córka. - W głosie Maca zabrzmiała ostrzegawcza nuta. - Którą
skrzywdziłem.
- Ale chciałeś to naprawić. Tak naprawdę zawiniła jej matka.
- Powinienem był bardziej się postarać. - Mac zmarszczył brwi. -
Podejrzewam, że mogło jej się stać coś złego.
- Na przykład co?
- Nie jestem pewien. Jest taka... - Wzruszył ramionami.
Znowu ogarnął mnie niepokój, który czułem wcześniej.
- Powiedziałem jej coś, czego chyba nie powinienem był mówić.
- Kiedy? Co?
- Zanim odjechała, powiedziałem, żeby wracała do domu. Do Stanów.
Mac zatrzymał się gwałtownie. Widząc gniew na jego twarzy, ciężko
westchnąłem w myślach.
- Co takiego!?
Przepraszająco podniosłem ręce.
- Źle zrobiłem. Przepraszam. Po prostu się o ciebie martwię. Ale nie
powinienem był się tak zachować. Chociaż nie wyglądało na to, żeby się
przestraszyła.
Pomimo irytacji Mac poczuł dumę.
- Nie dziwię się. Ta dziewczyna jest do mnie podobna bardziej, niż jej
się wydaje.
- Kobieta - skorygowałem go natychmiast. - Kobieta, Mac. To już nie jest
dziewczyna. Ma dwadzieścia osiem lat. I nie zapominaj, że przyjechała tu
w celu, który może ci się nie spodobać.
- To moja sprawa. Doceniam twoją lojalność, ale... - Mac zrobił krok w moją stronę. - My dwaj jesteśmy jak rodzina, ale ona też należy do
rodziny i jeżeli wygonisz ją stąd, nim zdążymy porozmawiać, tak szybko
ci tego nie wybaczę.
Skinąłem głową.
- Zrozumiałem.
- A teraz... - Mac odsunął się i spojrzał na mnie poważnie, bez cienia
uśmiechu. - Przepraszam, ale muszę zająć się tym stalkerem.
Mocno zacisnąłem szczęki.
- Muszę jeszcze raz się zastanowić, czy w ciągu ostatnich lat nie
naraziłem się któremuś z pracowników albo członków klubu.
- Trochę ci na tym zejdzie.
Zanim zdążyłem zareagować, Mac, ten bezczelny skurczybyk, już sobie
poszedł.
4
Robyn
Ardnoch, podobnie jak Boston, szczyciło się swoją historią, ale w wypadku tego szkockiego miasteczka była ona o wiele dłuższa.
Poza tym nie znałam drugiego takiego miejsca.
Przede wszystkim Ardnoch było malutkie.
Dziewiętnastowieczny hotel z restauracją, w którym się zatrzymałam,
znajdował się na placu, nieopodal ogromnego parkingu dla turystów.
Poprzedniego dnia spacerowałam po uroczych uliczkach, przy których stały
sklepy, restauracje i pensjonaty.
Tutejsza zabytkowa architektura i plan miasta były przepiękne. Wszystkie
budynki pochodziły z pierwszej połowy dziewiętnastego wieku, a nad nimi
górowała położona niedaleko od mojego pensjonatu średniowieczna katedra.
Zrobiłam z milion zdjęć i przez cały wieczór przenosiłam je na dysk
laptopa, żeby lekko obrobić przed wrzuceniem na Instagram. Po powrocie
do Bostonu zamierzałam je wydrukować i spróbować sprzedać.
Był to kolejny powód, dla którego nie mogłam zbyt długo zostać w Ardnoch. Ku mojej radości w ciągu dziewięciu miesięcy, czyli odkąd moje
prace zaczęły pojawiać się w mediach społecznościowych, zdobyłam ponad
pięćdziesiąt tysięcy subskrypcji. Była to świetna reklama dla mojego
sklepu internetowego, ale wiedziałam, że kiedy opublikuję zdjęcia z Ardnoch, moi klienci będą niezadowoleni, jeżeli wkrótce nie pojawią się
w sprzedaży.
Zamierzając spędzić parę godzin z aparatem na plaży, skorzystałam z rady
Gordona i poszłam na zachód Castle Street, główną ulicą prowadzącą od
placu w prawo ku zamkowi i posiadłości Ardnoch. Stały przy niej niemal
identyczne dziewiętnastowieczne domy szeregowe z oknami mansardowymi.
Większość z tych budynków została przerobiona na butiki, kafejki i gospody. Wśród nich znajdował się sklepik spożywczy Morag's. Gordon
mówił, że Morag, jego właścicielka, prowadzi tam barek, w którym
sprzedaje pyszne, świeże kanapki domowej roboty.
Zawsze byłam rannym ptaszkiem, więc weszłam do sklepu tuż po otwarciu.
Na wystawie znajdowały się produkty na plażę, wiaderka i łopatki dla
dzieci. Z przodu na regałach stały równiutko ułożone produkty spożywcze,
a w głębi znajdowały się lada chłodnicza z nabiałem i zamrażarka z różnymi rodzajami mrożonek.
Za ladą w głębi sklepu stała kobieta w średnim wieku, o promiennej
twarzy i z włosami ufarbowanymi różową płukanką. W ladzie chłodniczej
znajdowały się gotowe kanapki i składniki, z których można było
skomponować sobie własne.
- Dzień dobry! - zawołała do mnie.
- Dzień dobry - odpowiedziałam z uśmiechem, idąc do lodówki po butelkę
wody. Potem podeszłam do lady i westchnęłam: - O rany, jak apetycznie
wyglądają!
- Dziękuję. Mamy... - Zaczęła wymieniać rozmaite składniki.
Mogłabym jej słuchać cały dzień. Zauważyłam, że mieszkańcy Ardnoch mówią
z nieco bardziej angielskim akcentem niż Mac, który urodził się w Glasgow. Ich akcent był bardziej śpiewny, jak u Adaira.
Kiedy skończyła, powiedziałam:
- Poproszę jedną. Tylko z tuńczykiem, majonezem i czerwoną cebulą.
- Proszę bardzo. - Zabrała się do robienia kanapki. - Ma pani na dziś
jakieś plany? Mogłabym doradzić, co warto tu obejrzeć.
- Właśnie idę na plażę.
- Och, na plażową pogodę trzeba poczekać jeszcze z miesiąc albo i dwa -
ostrzegła mnie. - A woda jest tu zimna nawet latem.
Uśmiechnęłam się szeroko i pokiwałam głową.
- Gordon już mnie uprzedził.
- Zatrzymała się pani w Gloaming? Jak miło. Na długo?
- Raczej nie.
Spojrzała na mnie, nieco speszona moją zwięzłą odpowiedzią.
- W każdym razie witamy w Ardnoch. Jestem Morag Sutherland.
- Tak jak to hrabstwo? - Ardnoch znajdowało się w hrabstwie Sutherland.
- Tak. Moja rodzina mieszka tu od bardzo dawna. Jej korzenie sięgają aż
dwunastego wieku. Jestem daleką krewną obecnego hrabiego Sutherlanda.
Daleką, ale jednak... - Uśmiechnęła się z dumą.
- Ale fajnie! - Naprawdę zrobiło to na mnie wrażenie. - To niesamowite:
znać pochodzenie swojej rodziny od dwunastego wieku. Ja znam historię
swojej tylko w dwudziestym wieku.
- Powinnaś się tym zainteresować. To fascynujące: dowiedzieć się, skąd
człowiek pochodzi i z kim jest spokrewniony.
Drzwi sklepu się otworzyły i Morag spojrzała ponad moim ramieniem.
Zmarszczyła nos, jakby nie ucieszył jej widok osoby, która właśnie
weszła. Kiedy usłyszałam odgłos ciężkich kroków, obejrzałam się przez
ramię. Obok mnie stanął mężczyzna niemal tak samo potężnie zbudowany jak
Mac, w znoszonym swetrze zrobionym na drutach, równie podniszczonych
dżinsach i ubłoconych butach. Wokół niego unosiła się woń... hmm...
zwierząt. Również ich odchodów.
Miał zmierzwioną siwą brodę i głębokie zmarszczki wokół oczu. Włosów nie
widziałam, bo były schowane pod wełnianą czapką, ale oceniłam, że jest
dużo starszy od Maca.
Po zapachu domyśliłam się, że jest rolnikiem.
- To co zwykle, Morag - rzucił szorstko ochrypłym głosem.
Kobieta z trudem się uśmiechnęła.
- Collum, wołowina w puszce nie przyszła. Chcesz coś innego? - Wskazała
na ladę z kanapkami.
Przybysz spojrzał na nią z wyraźnym niezadowoleniem, a potem przeniósł
wzrok na ladę.
- To daj z szynką.
- Dodatki te co zawsze?
W odpowiedzi tylko mruknął.
Morag potraktowała to jako potwierdzenie i popatrzyła na mnie
przepraszająco.
- Spieszysz się? Pan McCulloch jest naszym stałym klientem. Zazwyczaj
mam dla niego już gotową kanapkę, więc tylko ją odbiera.
- Mogę poczekać.
Odstawiła tuńczyka i majonez i zabrała się do robienia kanapki dla
rolnika.
Oboje patrzyliśmy na nią w krępującej ciszy.
Dopóki coś nie kazało mi odwrócić głowy w lewo.
Rolnik bez żenady gapił się na mnie.
Uniosłam brew.
Jeszcze przez chwilę wpatrywał się we mnie obojętnie, po czym przeniósł
wzrok na Morag.
- Jeszcze jedna?
Kobieta zmarszczyła brwi, ale kiedy zerknęła na mnie, jej twarz
pojaśniała.
- Raczej nie. To tylko turystka.
- Robyn. - Przedstawiłam się. - Mam na imię Robyn. - Podniosłam głowę i spytałam wprost: - Co miało oznaczać to "jeszcze jedna"?
Nasze spojrzenia się skrzyżowały.
- Tak zwana aktorka z tego przeklętego klubu.
Zrozumiawszy, że mówi o członkach klubu Ardnoch, pokręciłam głową.
- Nie, nie należę do klubu. Jestem policjantką. A raczej byłam
policjantką. - Powinnam już przestać przedstawiać się jako policjantka.
Weszło mi to w nawyk.
Rolnik przyjrzał mi się uważnie.
- Rzeczywiście. Nie wyglądasz tak, jakbyś wpuszczała sobie truciznę w twarz.
- Słucham!? - Parsknęłam, zaskoczona.
Westchnął ciężko, jakby się denerwował, że nasza rozmowa trwa już tak
długo.
- Moja wnuczka Sarah mówi, że oni wszyscy wpuszczają sobie truciznę w twarz, żeby usunąć zmarszczki. I w usta, żeby je powiększyć. - Znowu
łypnął na mnie okiem. - Ale tobie to niepotrzebne.
- Nie, ja nie wstrzykuję sobie botoksu.
Ściągnął brwi.
- Tak się nazywa ta trucizna. Botoks - wyjaśniłam.
- Fascynujące.
Nie mogłam się powstrzymać i znowu parsknęłam śmiechem, rozbawiona jego
sarkazmem.
- Collum, jak słowo daję. - Morag zacmokała z niezadowoleniem. - Mógłbyś
zachowywać się nieco uprzejmiej wobec naszych turystów.
- Dlaczego?
Zarumieniła się.
- No bo... tak nakazuje zwykła przyzwoitość. Trzeba być przyjaznym wobec
innych.
- Bzdura - mruknął pod nosem. - Wszyscy tak robią tylko dla pieniędzy.
Ale nie... - rzucił mi ironiczne spojrzenie - ...nie nasza Morag. Ona
naprawdę lubi ludzi.
Niedowierzanie w jego głosie sprawiło, że zaśmiałam się jeszcze
głośniej, a w jego oczach pojawiły się wesołe iskierki.
- Ech, ty. - Ekspedientka znowu zacmokała, ale z uśmiechem na ustach.
Zawinęła jego kanapkę w papier, Collum zapłacił i wziął od niej
paczuszkę. - Powiedz Sarze, że o nią pytałam.
Znowu chrząknął i odwrócił się do wyjścia.
- Miło mi było pana poznać.
Popatrzył na mnie z niedowierzaniem, po czym przeniósł wzrok na Morag.
Lekko pokręcił głową, ale w odpowiedzi machnął do mnie ręką, w której
trzymał kanapkę, i wyszedł.
Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, Morag powiedziała z zaskoczeniem:
- Chyba cię polubił.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Raczej nie jest duszą towarzystwa, co?
- Nie. Wyciągnęłaś z niego więcej niż ja przez dziesięć lat. -
Zacmokała.
- Polubiłam go.
- Lubisz starych zrzędów?
- Lubię szczerych ludzi.
Morag uśmiechnęła się i wróciła do robienia mojej kanapki. Kiedy
skończyła, podała mi ją, przyjęła pieniądze i powiedziała:
- Życzę miłego dnia na plaży.
Ze sklepu poszłam w stronę parkingu na placu naprzeciw Gloaming, gdzie
zostawiłam samochód. Planowałam pojechać parę minut na wschód, gdzie
znajdowały się piękne, złociste plaże Ardnoch. Dzień nie był szczególnie
słoneczny. Powietrze wydawało się dość rześkie, ale chmury nie wisiały
ciężko na niebie, więc nic nie zapowiadało deszczu.
Idąc cichą uliczką w stronę placu, zauważyłam mijającego mnie Range
Rovera, który wjechał na parking i zatrzymał się blisko mojego
wypożyczonego auta. Kiedy podeszłam do samochodu, drzwi Rovera otworzyły
się i wysiadło z niego dwoje ludzi. Podeszli do siebie i wzięli się za
ręce. Zaskoczyli mnie tym i - muszę przyznać - lekko zaciekawili.
Byli to Gabriella Ruiz i Sebastian Stone. Stone był aktorem, który
trzykrotnie został nagrodzony Oscarem, a Gabriella robiła karierę jako
piosenkarka muzyki pop i była jego narzeczoną. Różnica wieku między nimi
wynosiła dziesięć lat - on miał trzydzieści pięć, ona czterdzieści pięć
- ale Gabriella wyglądała na jego rówieśniczkę, a może nawet młodziej.
Tak samo jak ja, nie dzięki botoksowi. Zawdzięczała to dobrym genom i zdrowemu stylowi życia. Ona we wszystkich budziła zachwyt, on miał
ogromny talent. Jako para byli wiecznie oblegani przez paparazzich.
Po raz kolejny zdumiałam się, jak Adairowi udaje się trzymać media z dala od Ardnoch.
Gabriella posłała mi olśniewający uśmiech. Mój był przyjazny, ale nie
pełen zachwytu. Nie byłam typem zagorzałej fanki, a poza tym doskonale
zdawałam sobie sprawę, że członkowie klubu uwielbiają Ardnoch, bo mogą
się tu czuć w miarę normalnie.
Gdy otwierałam drzwi auta, obejrzałam się przez ramię. Para szła Castle
Street, trzymając się za rękę. Uśmiechając się do siebie, z niedowierzaniem pokręciłam głową. Zawsze wolałam muzykę rockową od popu,
więc Gabriella nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia, jakie pewnie
zrobiłaby na swoich wielbicielach, musiałam jednak przyznać, że
podziwiam jej etykę pracy. I zawsze doceniałam aktorstwo Sebastiana
Stone'a.
A teraz tak po prostu natknęłam się na nich na ulicy.
Jakie to surrealistyczne.
Kiedy już jechałam na plażę, przyszło mi do głowy, że nie poczułam się
surrealistycznie, kiedy poznałam Lachlana Adaira, chociaż kiedyś był tak
samo znany jak Stone, a i teraz cieszył się pewną sławą.
Nie, tamto spotkanie nie miało w sobie nic z surrealizmu.
Było po prostu przykre.
A teraz przypomniało mi o kolacji, na którą na dzisiaj umówiłam się z ojcem.
Ja i Mac. Sami w Gloaming.
Miałam nadzieję, że po mojej wczorajszej żenującej reakcji, której
blisko było do załamania nerwowego, dzisiaj zdołam wziąć się w garść.
Cieszyłam się, że droga na plażę jest prosta, bo ruch lewostronny wciąż
wprawiał mnie w dezorientację. Tutaj wszędzie znajdowały się okrągłe
skrzyżowania, które Szkoci nazywali rondami. Same w sobie nie stanowiły
problemu. Problemem było to, że znajdowały się po lewej stronie!
Kiedy tylko zobaczyłam przed sobą plażę, mój niepokój się rozwiał.
Zaparkowałam, złapałam z tylnego siedzenia aparat fotograficzny i poszłam wydeptaną ścieżką na plażę. Zalała mnie fala spokoju. Zapach
morskiego powietrza działał na mnie kojąco, co jeszcze bardziej
potęgowały krzyk przelatujących mew i szum fal łagodnie pluskających o brzeg. Nigdy bym nie pomyślała, że w Szkocji są plaże z tak gładkim,
złotym piaskiem.
W wodzie odbijał się kolor nieba, przyćmiony ciemny błękit. Byłam
ciekawa, jak to morze wygląda latem, czy pod czystym niebem woda w nim
jest tak niebieska jak w Morzu Śródziemnym. Przechadzałam się po plaży i robiłam zdjęcia trawiastym pagórkom, które wcinały się w morze albo
schodziły ku plaży. W pięknie tutejszego krajobrazu istniał pewien
pierwotny porządek.
Mój niepokój związany z dzisiejszym wieczorem, te irytujące motylki w brzuchu - to wszystko tak po prostu zniknęło, kiedy ukryłam się za
aparatem i szłam brzegiem morza, starając się uchwycić istotę tego
niespotykanego spokoju, choć wiedziałam, że tak do końca nigdy mi się to
nie uda.
Trzeba znaleźć się w tym miejscu, żeby zrozumieć jego magię.
* * *
Wielki stojący zegar w kącie restauracji w pensjonacie Gloaming
wskazywał dwadzieścia po siódmej.
Mac się spóźniał.
A ja byłam wściekła.
Gorzej. Czułam się zraniona i upokorzona.
Parę godzin poświęciłam na przygotowania do tej kolacji. Przymierzyłam
każdą sztukę garderoby, jaką ze sobą wzięłam, bo nic nie wydawało mi się
odpowiednie na pierwszą dorosłą rozmowę z ojcem.
Nawet zignorowałam telefon od mamy, bo wiedziałam, że ponownie
oświadczy, że to spotkanie jest fatalnym pomysłem.
Najwyraźniej miała rację.
Z policzkami piekącymi od gorącego rumieńca wpatrywałam się w puste
nakrycia na naszym stole w głębi restauracji. Poprosiłam Gordona o stolik, który zapewni nam nieco prywatności.
Zapiekły mnie w oczach łzy wściekłości. Uciekałam wzrokiem przed innymi
gośćmi.
Przeklinałam siebie za cały ten wysiłek, jaki włożyłam w spotkanie z mężczyzną, który najwyraźniej zupełnie o nim zapomniał.
Tym razem rozpuściłam gęste włosy, zamiast ściągać je w zwykły kucyk.
Włożyłam szpilki, spodnie cygaretki i zieloną jedwabną koszulę, którą
kupiłam specjalnie na ten wyjazd. Powtarzam: włożyłam szpilki.
Ale drań z tego Maca.
Odczekałam, aż wskazówki zegara wskażą wpół do ósmej, po czym odsunęłam
się od stołu i już zamierzałam wstać, kiedy do restauracji wpadła jakaś
zaaferowana blondynka o jasnej cerze. Coś w ledwo powstrzymywanej
panice, od której aż się trzęsła, sprawiło, że zostałam na miejscu.
Blondynka przez chwilę rozglądała się po sali i w końcu nasze spojrzenia
się skrzyżowały.
Zobaczyłam, że mnie rozpoznała, i zdziwiłam się, gdy ruszyła w moją
stronę.
Kiedy się do mnie zbliżyła, skojarzyłam ją z researchu w internecie.
Arrochar Adair. Jedyna siostra i najmłodsza z rodzeństwa Adairów.
Co u licha?
- Robyn? - spytała zdyszanym głosem, stając przy moim stole.
Zwróciła na nas uwagę pozostałych gości.
Pomimo rozwalającego się kucyka, za dużego swetra, znoszonych, obcisłych
dżinsów i traperów Arrochar była eteryczną pięknością. Jej oczy wydawały
się o ton jaśniejsze niż u Lachlana, niebieskie prawie jak lód, a teraz
pełne niepokoju i strachu, które mi się udzieliły.
- Tak?
Z drżeniem wypuściła powietrze z płuc. W jej oczach zabłysły łzy.
- Jestem Arrochar Adair. - Nie wymówiła swojego imienia tak, jak się
tego spodziewałam, lecz bardziej jak Arro-kar. - Coś się stało Macowi.
Zawieziono go do szpitala. Wszystko wytłumaczę po drodze.
Ogarnęło mnie przerażenie, ale natura policjantki kazała mi natychmiast
zabrać się do działania. Złapałam ze stołu torebkę i szybko poszłam za
Arrochar.
- Panno Penhaligon?! - zawołał Gordon, kiedy go minęłam.
- Wytłumaczę później. Muszę wyjść.
Na żółtych liniach przed Gloaming stał zaparkowany zielony Land Rover
Defender. Arrochar wskoczyła za kierownicę, a ja obeszłam samochód
dookoła i zajęłam miejsce obok niej.
- Mów - zażądałam, kiedy popędziła przez Castle Street.
Mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy. Jej strach był tak namacalny, że
odczuwałam go jak ciężar na własnej klatce piersiowej.
- Ktoś napadł na Maca. Jeden z sąsiadów widział to i spłoszył
napastnika. Doszło do tego przed głównym wejściem. Mac został ugodzony
nożem. Prawdopodobnie wielokrotnie. - Głos jej się załamał.
Zakręciło mi się w głowie.
- Co takiego?
- Robyn, tu się dzieją rzeczy, o których nie masz pojęcia. - Na sekundę
spojrzała na mnie oczami pełnymi strachu, po czym znowu przeniosła wzrok
na drogę. - Ktoś chce zrobić krzywdę Lachlanowi i wygląda na to, że
postanowił zwiększyć stawkę, likwidując najpierw jego byłego
ochroniarza. - Po jej policzkach cicho popłynęły łzy. - O Boże, Mac... -
szepnęła. - Nie wiem, co... nie... musi być dobrze. Na pewno z tego wyjdzie.
Dopiero wtedy to do mnie dotarło.
Mój ojciec został brutalnie zaatakowany.
Mogę go stracić, zanim zdążę go poznać.
- Jak daleko stąd do szpitala?
Arrochar szybko otarła łzy.
- Przetransportowali go helikopterem do Inverness.
- Inverness? To chyba daleko?
- Mniej więcej godzina jazdy samochodem.
Cholera.
- Jaką prędkość rozwija twój samochód?
W odpowiedzi Arrochar tylko wcisnęła pedał gazu.
5
Lachlan
Wbijało mi się w plecy oparcie krzesła w poczekalni.
Nie pierwszy raz siedziałem w tym miejscu i nie pierwszy raz
zastanawiałem się, dlaczego te krzesła są tak niewygodne. Może po to, by
człowiek cały czas był czujny i gotowy, gdy przyjdzie lekarz z doskonałą
albo straszną wiadomością?
Nerwy miałem w strzępach. W końcu zerwałem się z krzesła, nie mogąc już
dłużej usiedzieć w bezruchu. Zignorowałem zaniepokojone spojrzenie
mojego brata Thane'a.
- Lachlan, on z tego wyjdzie - powiedział Thane. - Przecież to Mac. Poza
tym nie pierwszy raz dostał nożem.
- Wtedy to była zwykła bójka w barze. A teraz... zaplanowany atak. -
Chryste, jak długo tu już siedzą?
Miałem wrażenie, że całą wieczność. To nie wróżyło nic dobrego.
- Lachlan!
Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem Arrochar, która biegła do mnie przez
poczekalnię. Strach na jej twarzy jeszcze bardziej mnie zaniepokoił.
Ukryłem to jednak i wziąłem się w garść, kiedy rzuciła mi się na szyję.
Mocno przytuliłem młodszą siostrę i szepnąłem, że jeszcze nie mają
żadnych wiadomości, ale na pewno wszystko będzie dobrze.
Pocieszając ją, nie odrywałem wzroku od kobiety, z którą przyjechała.
Córka Maca.
Tym razem Robyn wyglądała inaczej. Nie wiedziałem, co mnie zaskoczyło
bardziej: napięcie i niepokój na jej twarzy czy coś tak zwykłego jak
rozpuszczone włosy.
Pewnie i to, i to.
Robyn zatrzymała się przede mną.
Dopiero teraz zauważyłem, jakie ma duże oczy. Nie okrągłe. Duże, ale
owalne. Niezwykłe. Rzęsy jak firanki. Nie potrafiłem określić koloru jej
oczu, widziałem tylko, że zniknął z nich wczorajszy lodowaty chłód.
Robyn Penhaligon martwiła się o Maca.
- Jeszcze nic nie wiadomo - powiedziałem, kiedy Arrochar oderwała głowę
od mojej piersi.
Nie puściłem jej, bo nadal cała się trzęsła.
Wszyscy kochali Maca.
Nie mogłem sobie wyobrazić siebie jako ojca Robyn, która wyglądała na
swoje dwadzieścia osiem lat, ale teraz wydawała się starsza. Kiedy Mac
został ojcem, sam był jeszcze dzieciakiem.
- Jak myślicie, może udzielą więcej informacji osobie spokrewnionej? -
spytała Robyn.
- Może - odparł Thane, stając obok mnie.
Uspokajającym gestem pogładził Arrochar po ręce. Ujęła jego dłoń i mocno
ścisnęła, drugą ręką nadal obejmując moją.
Robyn popatrzyła na Thane'a, a potem na Arrochar, która trzymała go za
rękę i opierała głowę na mojej piersi. Pewnie coś w tej chwili
zrozumiała, bo zacisnęła szczęki i odwróciła wzrok.
- Jestem Thane Adair - przedstawił się brat. - Ty pewnie jesteś Robyn?
Kiwnęła głową.
- Tak, cześć.
- Mac powiedział nam, że przyjechałaś. Przykro mi, że poznajemy się w tak strasznych okolicznościach.
- Mnie też - wymamrotała z roztargnieniem. - Ja tylko... - Wskazała na
dyżurkę pielęgniarek i poszła w tamtą stronę, stukając obcasami.
- Nie do wiary, że Mac ma córkę w wieku Arrochar.
- Robyn nie jest w moim wieku - szepnęła Arrochar. - Jest ode mnie parę
lat młodsza.
- Mimo wszystko. Ile wobec tego ma lat... dwadzieścia dziewięć?
- Dwadzieścia osiem - uściśliłem, patrząc, jak Robyn rozmawia z pielęgniarką stojącą za kontuarem.
- Do tego jest policjantką - mruknął Thane. - Niedaleko pada jabłko od
jabłoni.
- O ile nam wiadomo, w niczym nie jest podobna do Maca.
Arrochar stężała w objęciach Thane'a i zwróciła się do mnie, choć nie
było to potrzebne:
- Lachlan, to jego córka.
- Pomyślcie tylko: mieć dziecko w wieku szesnastu lat - ciągnął Thane
głosem pełnym niedowierzania. - Ja ledwo daję sobie radę ze swoją
dwójką. Nie wyobrażam sobie, jak szesnastolatek może być ojcem.
- Po pierwsze, jesteś świetnym ojcem - powiedziałem. - A po drugie,
właśnie o to mi chodzi. Kiedy Robyn się urodziła, Mac miał szesnaście
lat. Był jeszcze małolatem. A jej matka - wskazałem na Robyn - zrobiła z niego bezwzględnego drania. Był złym człowiekiem, bo wyjechał, żeby
zarobić na utrzymanie rodziny? Do tej pory jest "tym złym", chociaż to
ona nie pozwalała mu się widywać z córką. A teraz leży w szpitalnym
łóżku i jeżeli Robyn chciałaby...
- Ejże, spokojnie. - Arrochar się wyprostowała. - Lachlan, jesteś
wściekły na człowieka, który zaatakował Maca. Przez którego teraz
cierpisz. Nie na Robyn. Nie wyładowuj się więc na niej, kiedy Mac walczy
o życie.
Jej słowa zgasiły gniew, który we mnie buzował.
Miała rację. To nie wina Robyn. Tak samo jak pewnie nie jej winą było
to, że nosiła nazwisko Penhaligon, choć powinno brzmieć Galbraith.
Pamiętałem jednak, jak się czuł Mac, kiedy odkrył, że Robyn oficjalnie
zmieniła nazwisko. Jak bardzo go to zraniło.
Ale teraz tylko pokiwałem głową i Arrochar nieco się uspokoiła. W tej
chwili znowu rozległ się stukot szpilek Robyn.
Przyglądałem się jej, kiedy szła w naszą stronę, a gdy zauważyłem strach
w jej oczach, mój gniew rozwiał się bez śladu.
- Nadal nic nie wiadomo - oznajmiła. Bezbronność, jaką dostrzegłem
ledwie parę sekund wcześniej, zniknęła pod twardym pancerzem. - Gdzie
jest policja? Nie powinna się tym zająć?
- Byli wcześniej - poinformowałem ją. - Przesłuchali Jima, sąsiada Maca,
i odjechali.
- Gdzie jest ten sąsiad? - Robyn z determinacją rozejrzała się po
poczekalni.
- Odesłałem go do domu. Był w szoku.
Zmrużyła oczy.
- Co powiedział?
Starałem się ignorować jej apodyktyczny ton.
- Że wracał z pubu do domu, kiedy zobaczył Maca... - Wziąłem głęboki
wdech. - Mac klęczał, a ktoś, jakiś mężczyzna, stał nad nim. Jimowi
wydawało się, że ten gość kopnął Maca w brzuch. Kiedy krzyknął,
napastnik uciekł. Wtedy Jim podbiegł i zobaczył, że Mac dostał nożem.
Robyn ani drgnęła.
- Widział twarz napastnika? Jakieś charakterystyczne szczegóły?
Ze zdenerwowaniem pokręciłem głową.
- Ten facet miał na twarzy kominiarkę narciarską. Był ubrany na czarno.
Jim potrafił określić tylko jego wzrost. Jakieś metr siedemdziesiąt
osiem, metr osiemdziesiąt. Mocno zbudowany.
- Jak to możliwe, że Mac dał się zaskoczyć? - spytała Robyn z niedowierzaniem.
- To się stało tuż pod drzwiami. Mac miał na sobie garnitur i właśnie
wychodził na kolację z tobą. Policja uważa, że został zaatakowany zaraz
po tym, jak otworzył drzwi. Wyraźnie nie miał czasu na reakcję.
Robyn pokiwała głową, przyswajając te informacje. Przeniosła wzrok na
podłogę. Przyglądałem się jej twarzy, próbując odnaleźć podobieństwo do
Maca. Bez skutku. Mac miał ciemne włosy, a długie, bujne włosy Robyn,
które opadały jej na plecy, chyba same nie mogły się zdecydować co do
koloru. Były brązowe, blond czy rude? Ich barwa stanowiła raczej
mieszankę tych trzech odcieni.
Ale jej zachowanie... Była tak samo prostolinijna jak Mac. Ledwo ta myśl
uformowała się w mojej głowie, kiedy Robyn nagle podniosła wzrok i spojrzała z gniewem na Arrochar.
- Co miałaś na myśli, kiedy powiedziałaś, że ktoś chciał skrzywdzić
Lachlana, ale postanowił zrobić to poprzez zaatakowanie jego byłego
ochroniarza?
Cały zesztywniałem.
Arrochar spojrzała na mnie przepraszającym wzrokiem.
No nieźle.
* * *
Robyn
Adair ujął mnie pod łokieć i wyprowadził z poczekalni. Musiałam bardzo
się hamować, żeby nie strząsnąć z siebie jego ręki. Nie mógł wyraźniej
dać mi do zrozumienia, jak bardzo mną gardzi.
Stanęliśmy w jakimś pustym kącie na korytarzu.
- O co chodzi? - spytałam.
W końcu mnie puścił. Cofnął rękę tak gwałtownie, jakbym go oparzyła.
Patrzył na mnie kamiennym wzrokiem, a ja poczułam się tak, jakby
przygwoździł mnie do ściany. Dzięki swojemu wzrostowi i sylwetce oraz
tym oczom i wyjątkowo męskim rysom twarzy był idealnym aktorem do
hollywoodzkich filmów akcji.
W rzeczywistości jego powierzchowność na pewno onieśmielała większość
ludzi.
Ja nie należałam do większości.
Odsunęłam się od ściany i stanęłam tyłem do korytarza. Adair odwrócił
się razem ze mną. Miałam problemy ze stawaniem plecami do wejścia albo
otwartej przestrzeni, ale pracowałam nad tym z psychoterapeutką i byłam
zdeterminowana przełamywać ten lęk. Nie poddawać się mu, nie musieć
zawsze mieć za sobą ściany. A zwłaszcza w jego obecności.
Adair uniósł brew, nieco zaskoczony tą nagłą zamianą miejscami, ale tego
nie skomentował. Powiedział tylko:
- Na terenie posiadłości doszło do paru incydentów.
- Jakich incydentów?
- Takich, o których nie chciałbym rozmawiać z osobą z zewnątrz.
Zakipiał we mnie gniew, ale udało mi się nad nim zapanować.
- Mam prawo wiedzieć, jeżeli coś łączy je z tym, co się stało mojemu
ojcu.
- Mac sam ci o nich opowie. Jeżeli zechce. Na razie musi ci wystarczyć
tyle, najprawdopodobniej mają jakiś związek z tą napaścią.
Te niedopowiedzenia były wkurzające. Zamiast jednak rozpocząć dziecinną
sprzeczkę, otworzyłam torebkę i wyjęłam telefon.
- Co robisz? Do kogo chcesz zadzwonić?
- Do mamy. Muszę jej powiedzieć, że Mac jest w szpitalu.
- Nie, nie musisz. - Ku mojemu zdumieniu wyrwał mi telefon z ręki.
Aż zatrzęsłam się z wściekłości.
- Co ty wyprawiasz?!
Adair pochylił się nade mną, rezygnując ze wszystkich pozorów
grzeczności. Na jego twarzy malowała się ledwo powstrzymywana furia.
- Policja zgodziła się nie nagłaśniać tej sprawy. To chore, ale nikt by
się nie przejął, gdyby nożem dostał jakiś zwykły człowiek. Ale każdy by
się przejął, gdyby wyszło na jaw, że ktoś został dźgnięty nożem w jednej
z najbezpieczniejszych miejscowości w Szkocji. Ktoś, kto jest szefem
ochrony na zamku w Ardnoch. Jeżeli powiesz o tym matce, ta wiadomość
natychmiast trafi do mediów.
- Martwisz się o swój klub? - spytałam z ironią. - Mój ojciec jest w tej
chwili operowany z powodu licznych ran, a ty się przejmujesz tym swoim
cholernym klubem?
- Przestań. - Adair patrzył na mnie z kamienną twarzą. - Nie tym tonem.
Mac i ja przyjaźnimy się od siedemnastu lat. W przeciwieństwie do mnie
nic o nim nie wiesz. To on nalegał, żeby nie mówić o tym wszystkim
policji ani nikomu innemu. Ja tylko staram się spełniać jego życzenia.
Nie mówić o czym wszystkim?
- To ciekawe, że jego życzenia pokrywają się z tym, co leży w twoim
interesie.
- Myśl, co chcesz, ale nie pozwolę, żebyś zadzwoniła do matki. -
Podniósł telefon, który trzymał w swojej silnej dłoni. - Hipokryzją
byłoby stwierdzić, że ją to obchodzi.
Zaczerwieniłam się. Miał rację.
- Oddaj mi telefon.
- Zadzwonisz do niej?
- Nie.
Ku mojemu zaskoczeniu zwrócił mi komórkę.
- Przyszłaś tu z poczucia obowiązku czy rzeczywiście zależy ci na Macu?
Prychnęłam, starając się zignorować przykrość, jaką sprawiło mi to
pytanie.
- Nie muszę na to odpowiadać. - Odwróciłam się i ruszyłam przez
korytarz, przeklinając w duchu szpilki za to, że nie pozwalają mi iść
szybciej.
Kiedy tylko skręciłam za róg, za którym znajdowała się poczekalnia, z drugiej strony nadszedł lekarz, który zawołał:
- Czy jest ktoś z rodziny MacKennona Galbraitha?
- Ja! - Podeszłam do niego, jak mogłam najszybciej, czując na plecach
wzrok Adaira. - Jestem jego córką.
Lekarz, z neutralnym, a więc nieczytelnym wyrazem twarzy, powiedział
zniżonym głosem:
- Jestem doktor Chiu, operowałem pani ojca. Miał trzy rany kłute w brzuchu.
Starałam się odpędzić od siebie obrazy, jakie w mojej wyobraźni wywołały
te słowa.
- Jakimś cudem nie ucierpiał żaden z ważnych narządów wewnętrznych, ale
tętnica została przecięta. Musiałem przeprowadzić operację, żeby
zatrzymać krwotok. Na szczęście operacja się udała. Pani ojciec został
teraz przeniesiony do prywatnej sali.
Zalała mnie fala ulgi.
- Wyjdzie z tego?
- Tak. - Doktor Chiu uśmiechnął się uprzejmie. - Pani ojciec jest młody,
zdrowy i silny, więc spodziewam się, że szybko wróci do zdrowia. Może
pani do niego pójść, ale teraz jeszcze śpi, a kiedy się obudzi, będzie
oszołomiony.
- Dziękuję, panie doktorze.
- Bardzo proszę. Pani Bukhari - wskazał na stojącą parę kroków dalej
kobietę w stroju pielęgniarki - wskaże pani drogę.
Kiedy lekarz odszedł, podeszłam do pielęgniarki, a cała trójka
rodzeństwa ruszyła za mną. Kobieta podniosła dłoń.
- Proszę po dwie osoby naraz.
Usłyszałam, że Arrochar jęknęła z niezadowoleniem, ale teraz nie miałam
głowy do Adairów. Chciałam zobaczyć Maca i przekonać się na własne oczy,
czy wszystko z nim w porządku.
Niestety najstarszy z Adairów postanowił wejść razem ze mną.
Do tej pory przez cały czas byłam skupiona na przyczynie tej napaści.
Dlaczego Mac został zaatakowany? Przez kogo? Co takiego działo się na
posiadłości Ardnoch, co do tego doprowadziło?
Kiedy weszłam do szpitalnej sali, zalały mnie wspomnienia. Przypomniało
mi się, jak się obudziłam opleciona rurkami. Po raz pierwszy w życiu
czułam prawdziwy strach. Potem pojawiły się koszmarne sny i wrażenie, że
cały czas grozi mi niebezpieczeństwo. Potrzebowałam wielu miesięcy
psychoterapii, żeby się ich pozbyć.
Spojrzałam na Maca i z drżeniem wciągnęłam powietrze.
Tym razem nie chodziło o mnie.
Chodziło o niego.
Parzyłam na wenflon w żyle na jego dłoni, kable, którymi był podłączony
do maszyn, wsłuchiwałam się w miarowe pikanie świadczące o tym, że jego
serce bije, i próbowałam się uspokoić, ale nie mogłam.
Mac był potężnie zbudowany. Mówi się, że w szpitalnym łóżku każdy
wygląda na mniejszego niż w rzeczywistości, to jednak nie dotyczyło
mojego ojca.
Jedyną zmianą w jego wyglądzie była bladość zazwyczaj oliwkowej twarzy.
Mimo że spał, widać było na niej napięcie.
Ujęłam jego dłoń, tę, w której nie miał żadnej rurki.
W porównaniu z nią moja wyglądała na malutką.
Łzy zapiekły mnie w oczach, kiedy pomyślałam o wszystkich tych latach,
podczas których tęskniłam za dotykiem dłoni ojca. To wspomnienie
przyszło nie wiadomo skąd. Miałam kilka lat. Spacerowaliśmy po Boston
Public Gardens. Niósł mnie na barana, a potem szłam obok, trzymając go
za rękę. Kiedy przechodziliśmy przez most, Mac - nie przejmując się, że
ludzie patrzą - zaczął głośno śpiewać piosenkę Billy'ego Connolly'ego,
szkockiego komika, za którym przepadał.
Było to coś o Glasgow, rodzinnym mieście Maca.
- Robyn?
Z zamyślenia wyrwał mnie głos Adaira. Spojrzałam na niego z niechęcią.
Byłam zła z powodu jego obecności i dlatego, że widział moją słabość.
Jego spojrzenie złagodniało.
- Zostawię cię na chwilę samą.
Ku mojemu zdumieniu wyszedł z pokoju razem z pielęgniarką.
Położyłam rękę na dłoni Maca i przycupnęłam na krześle przy łóżku.
- Dokąd wyjechałeś? - spytałam szeptem. Łzy dławiły mnie w gardle. -
Dlaczego mnie porzuciłeś?
* * *
Kilka godzin później znowu siedziałam przy łóżku ojca. Nie odrywałam
wzroku od jego przystojnej twarzy.
Zostałam z Adairem na korytarzu, kiedy Arrochar i Thane weszli do pokoju
Maca. Wrócili po paru chwilach. Thane obejmował Arrochar, która miała
oczy zaczerwienione od płaczu.
- Odwiozę Arro do domu - zwrócił się Thane do brata. - Potem wracam do
dzieci. Zostajesz?
- Tak. Będziemy w kontakcie. - Lachlan przytulił siostrę, a potem
uściskał brata.
Ja skinęłam obojgu głową i podziękowałam Arrochar za przywiezienie mnie
do szpitala, po czym ponownie weszłam do prywatnego pokoju Maca.
Jego szef i przyjaciel wślizgnął się tuż za mną i usiadł na krześle w nogach łóżka.
Bardzo długo siedzieliśmy w całkowitej ciszy.
Gwałtownie przerwała ją młoda pielęgniarka, która weszła do pokoju z podkładką w ręce. Na nasz widok stanęła jak wryta, oszołomiona widokiem
Lachlana. Kiedy spojrzał prosto na nią, jej policzki się zaróżowiły.
- Pan Adair... - Przeniosła wzrok na mnie, a potem znowu na niego, teraz
już czerwona jak burak. - Bardzo mi przykro, ale poza godzinami
odwiedzin pacjentów może tu być tylko rodzina.
W napięciu czekałam na jego reakcję. Zanim zdążył się opanować, na jego
twarzy pojawił się gniew. Kiedy wstał powoli, pielęgniarka zrobiła krok
do tyłu.
- Bardzo mi przykro...
Ogarnęło mnie poczucie winy.
- Powinien zostać - wypaliłam. - Mac tylko mnie spłodził, ale on -
wskazałam na Adaira - jest dla niego jak brat.
Pod wpływem mojej obcesowości pielęgniarka znowu się zaczerwieniła, a po
chwili kiwnęła głową.
- No dobrze. Tylko sprawdzę stan pana Galbraitha.
Kiedy zaczęła wykonywać swoje obowiązki, w pokoju znowu zapadła
krępująca cisza. Lachlan z powrotem usiadł na krześle.
Czułam, że się na mnie gapi, ale nie odrywałam oczu od twarzy Maca.
W końcu pielęgniarka wyszła.
- Powiedziałaś to szczerze? - spytał Adair, kiedy drzwi się za nią
zamknęły.
Wiedziałam, że ma na myśli moją ostatnią wypowiedź. Odwróciłam się do
niego. Mimo że napaść na Maca przywołała w moim umyśle najgorsze
wspomnienia, teraz już wiedziałam, że stąd nie ucieknę. To nie leżało w mojej naturze. Zrezygnowałam z pracy w policji nie z powodu tego, co mi
się przydarzyło, ale dlatego, że nie dawała mi radości. Strach nigdy
mnie nie paraliżował. Wręcz przeciwnie: dodawał energii. Mobilizowałam
się, żeby go pokonać. A ten konkretny strach mogłam pokonać, tylko
zostając na miejscu.
- Już sama nie wiem. Potrzebuję czasu, żeby się przekonać. - Poczułam
gniew i niezłomną determinację. Musiałam się dowiedzieć, kto to zrobił
mojemu ojcu. - Zamierzam tu zostać na jakiś czas.
Moje oświadczenie zawisło między nami jak groźba.
6
Robyn
Mężczyzna pojawił się znikąd. Celował pistoletem w Autry'ego. Moje
serce zaczęło bić jak szalone, kiedy zobaczyłam jego palec na spuście.
Eddie. To był Eddie Johnstone, znany we wschodnim Bostonie diler
narkotyków.
Wiedziałam o tym, chociaż nie miałam pojęcia skąd.
- Eddie, nie! - krzyknęłam i z bronią w podniesionej ręce wyskoczyłam
przed Autry'ego. - Bo będę strzelać!
Jego twarz pociemniała.
- Wyceluj dobrze, suko.
Pociągnęłam za spust.
Szeroko otwarł oczy. W jego czole pojawiła się dziura. Na ścianę za nim
bryzgnęły krew i tkanka mózgowa.
Potem zwalił się na podłogę z głośnym hukiem.
Zaszokowana, z ulgą odwróciłam się do Autry'ego, żeby sprawdzić, czy
nic mu się nie stało.
- Robbie... - szepnął z rozpaczą.
- O co chodzi? Wszystko w porządku.
- Nie, Robbie. - Przesunął wzrok na moją klatkę piersiową.
Ze zmarszczonymi brwiami podążyłam za jego wzrokiem i ogarnęło mnie
paraliżujące przerażenie. W tym miejscu, w którym miałam serce, widniała
wielka dziura. Można było spojrzeć przez nią na drugą stronę.
- Robbie, on cię zastrzelił. Nie żyjesz.
"To niemożliwe", szepnął jakiś głos w moich myślach.
Podłoga się do mnie zbliżała.
Robyn, to tylko sen. To się nie dzieje naprawdę. To się nie dzieje
naprawdę. To się nie dzieje naprawdę...
Gwałtownie otworzyłam oczy i zaczęłam spazmatycznie łapać powietrze.
Widok popękanej farby na suficie w moim pokoju hotelowym przywrócił mnie
do rzeczywistości i jednocześnie zalała mnie fala ulgi.
To był tylko zły sen.
- Ja pierdolę - wymamrotałam.
Moje serce powoli się uspokajało. Zrzuciłam z siebie ciężką kołdrę, żeby
się trochę schłodzić. Skórę pokrywała cieniutka warstwa potu. Wkurzał
mnie brak klimatyzacji w Gloaming. Wiosenne noce w Szkocji były chłodne,
więc Gordon włączał ogrzewanie, ale temperatura jak dla mnie była zbyt
wysoka. Zwłaszcza po koszmarnym śnie.
Spuściłam nogi z łóżka, oparłam łokcie na kolanach i schowałam twarz w dłoniach. Od miesięcy nie miałam koszmarnego snu o strzelaninie.
Odgarnęłam włosy z wilgotnego czoła i niewidzącym wzrokiem zapatrzyłam
się w drzwi łazienki. Nie musiałam być psychiatrą, żeby się domyślić, że
ten sen był wywołany napaścią na Maca.
Nie chodziło tylko o to, że mało brakowało, a zginęłabym w pracy, której
nie lubiłam. W grę wchodziło coś więcej. Obiecałam sobie jednak, że
przestanę żyć dla innych ludzi i w końcu zacznę robić to, co sama chcę.
Założę firmę fotograficzną. Zacznę jeździć po świecie i robić zdjęcia,
które potem wystawię na sprzedaż w sklepie internetowym. Wiedziałam, że
nie będzie to łatwe, ale o wiele gorzej bym zrobiła, gdybym nawet nie
spróbowała.
A jednak jakimś cudem znów wcieliłam się w rolę policjantki.
Kiedy wczoraj wczesnym rankiem Mac się obudził, byłam zaskoczona potężną
falą emocji, jaka mnie zalała. Nie chciałam płakać przy Lachlanie
Adairze, ale gdy Mac otworzył oczy i spojrzał w lewo - jakby wyczuł, że
tam jestem - słowa uwięzły mi w gardle, które zacisnęło się pod wpływem
ulgi, strachu, zakłopotania i zdenerwowania.
- Mój wróbelek - szepnął ochrypłym głosem.
I wtedy, tak po prostu, łzy popłynęły mi po policzkach. Nie mogłam ich
powstrzymać.
Ostatnio tak mnie nazwał, kiedy miałam czternaście lat.
- Cześć, tato. - Uśmiechnęłam się przez łzy.
Ostatnio tak go nazwałam, również kiedy miałam czternaście lat.
Na myśl o poprzednim dniu natychmiast otarłam łzy. Nie zamierzałam
wybaczać Macowi tylko dlatego, że został napadnięty. Ale nie mogłam też
zaprzeczyć, że choć mnie zranił, nadal łączyła nas niezaprzeczalna więź.
Nadal go kochałam.
Na szczęście Adair nie skomentował mojej chwili słabości. Powiedzieliśmy
Macowi kilka słów otuchy, a kiedy zamknął oczy, pielęgniarka
zasugerowała, że powinniśmy pójść do domu i odpocząć. Przyjechałam do
szpitala następnego dnia rano, ale Mac drzemał z krótkimi przerwami,
więc kiedy przyszli Lachlan i Arrochar, wróciłam do Ardnoch.
Do hotelu dojechałam wyczerpana emocjonalnie i fizycznie. Zasnęłam
wcześnie i szybko, z jeszcze bardziej umocnionym postanowieniem, że w najbliższym czasie się stąd nie ruszę.
Tak, chciałam poznać ojca... ale chciałam się też dowiedzieć, dlaczego
ktoś próbował odebrać nam szansę na odnowienie więzi. Jeżeli przy okazji
będę musiała zaliczyć parę koszmarnych snów, to trudno. Nie zamierzałam
wyjechać z Ardnoch, dopóki sprawca nie stanie przed sądem - dopóki nie
upewnię się, że Mac jest bezpieczny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki