Jutra Nienazwane - Filip Wójcik

Kup ebooka

23.99 zł
19.91 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1: W deszczu

- Człowiek nigdy dotąd nie miał okazji żyć w tak spokojnych, dostatnich czasach. Dochód podstawowy, dostępność syntezatorów żywności i drukarek trójwymiarowych oraz wszechobecna opieka doradczych SI - wszystko to znaki złotej ery, nowego renesansu, który obecnie przeżywamy.

- Niektórzy sceptycy twierdzą, że jako gatunek wyzbyliśmy się wszelkich ambicji i nastała era błogiego nieróbstwa. Nie niepokoi to pana?

- Skądże. Przypominam też, że Asgard potrzebuje promila najzdolniejszych, najbardziej kreatywnych, by wspierał jego działania. Jako ludzie wciąż mamy coś do powiedzenia - geniusz sztucznych inteligencji nie jest kompletny bez wkładu kreatywności człowieka.

- Ale to tylko jeden promil, profesorze. Jeden promil z ponad jedenastu miliardów zamieszkujących planetę. Co z całą resztą? Mają prowadzić spokojne, beztroskie życie i tyle? Nie są do niczego potrzebni?

- Ludzkość zasłużyła na spokojną emeryturę. Ci nieliczni, którzy mają wartościowe umiejętności, mogą się nimi podzielić w ramach wielkiego projektu realizowanego przez Asgard. Poza tym, pani redaktor, tak szczerze: czy kiedykolwiek szerokie masy miały na cokolwiek realny wpływ?

Fragment programu Rozmowy wieczorne, EuroNews

Miasto tonęło w deszczu. Strugi wody lały się nieprzerwanie z nieba, z łoskotem rozbijając się na bryłach wieżowców i powietrznych estakad. Widoczność ograniczała się do kilkuset metrów - wszystkie położone dalej obiekty rozmywały się w szarudze. A jednak coś prześwitywało w mroku, tu i ówdzie rozjaśniając go krwawą poświatą, ostro kontrastującą ze stalowo-czarnymi barwami świata. Wkrótce do czerwieni dołączyły pomarańczowe i żółte pióropusze, gwałtownie wykwitające przy ziemi.

Dla autonomicznych dronów unoszących się nad dystryktem sto czternastym te nagłe świetlne rozbryzgi były jak drogowskazy, gigantyczne strzałki wskazujące miejsce docelowe. Czarne, milczące pojazdy wykonały serię szybkich zwrotów, kierując się ku nowym punktom zainteresowania. Setki metrów poniżej, na poziomie ulic, ich śladem podążyły niebiesko-białe stroboskopy policyjnych konwojów i furgonetek. Z każdą chwilą ponura dotąd noc stawała się bardziej kolorowa.

Furgonetką rzucało na boki tak mocno, że komisarz Ward czuł siniaki, formujące się pod grubą warstwą pancerza i sprzętu. Nieliczni, którzy wypięli głowy z systemu stabilizującego, wyglądali jak te małe figurki stawiane na desce rozdzielczej bolidów, kiwające się w rytm każdej napotkanej nierówności. Wszystko to przy akompaniamencie rozlegającego się wprost w czaszce głosu dowódcy SZPON, starszego aspiranta Coopera, sprawiało iście surrealistyczne wrażenie.

- Wysiadamy dwie ulice dalej. Oddziały prewencji odciągną demonstrantów, będziemy mieć czyste podejście. Drony obstawiają perymetr. Przemieszczamy się do klatki A megabloku sto jeden. Najpierw wchodzą pająki, potem my, agencja na końcu. Czy mnie zrozumiano?

- Tak jest! - Chóralny okrzyk z dziesięciu gardeł zadzwonił w ciasnej przestrzeni transportera.

- Będzie wesoło, nie ma co - nadała na prywatnym kanale komimplantu Kawahara, posyłając wyszczerzoną emotkę.

- Jak jasna cholera - mruknął Ward pod nosem, walcząc z mdłościami.

Na ulicach rozlewał się chaos w czystej postaci. Kilkaset metrów od miejsca przeznaczenia pokaźne grupy demonstrantów uzbrojonych w improwizowaną broń ścierały się z oddziałami prewencji i policyjnymi mechami. Koktajle Mołotowa oraz odłamki eksplodujących bolidów przecinały powietrze, przesycone zapachem topionych tworzyw sztucznych i benzyny. Chwilę wcześniej stróże prawa przeszli od miękkiej gry do pełnej pacyfikacji, przełączając broń i armatki wodne na amunicję gładkolufową lub ostrą. Przypominające płaszczki drony turbinowe unosiły się nad chodnikami, wyławiając szperaczami najbardziej agresywnych uczestników zajścia i posyłając w ich stronę ładunki taserów.

Ward i Kawahara zgodnie z rozkazem trzymali się kilka kroków za drużyną antyterrorystów, pędzącą na złamanie karku w stronę górującego nad ulicą megabloku. Budynek sprawiał wrażenie opuszczonego i zdewastowanego - wygaszono w nim wszystkie światła, a okna niższych kondygnacji straszyły pustymi oczodołami ram okiennych. Ale protokoły to protokoły, a Samodzielne Scyborgizowane Pododdziały Neutralizacyjne SZPON miały zbyt duże doświadczenie w tej robocie, by dać się zwieść pozornemu bezruchowi. Kilka metrów przed schodami prowadzącymi do wnętrza struktury technicy uwolnili pająkowate roboty. Z upiornym klikaniem odnóży pomknęły w głąb hallu, podczas gdy ludzki personel obstawiał perymetr, oczekując na wyniki skanu.

NESTAR Warda zaczął po chwili wyświetlać budowaną na bieżąco mapkę wnętrza z wyraźnie zaznaczonymi drzwiami, pomieszczeniami i ciągami komunikacyjnymi. Cooper i jego ludzie, bez słów i bez choćby chwili wahania, nanieśli na plan kolorowe znaczniki wskazujące najważniejsze punkty oraz trasę przemarszu. Zaraz potem jak jeden organizm (którym de facto byli w tej chwili) ruszyli do środka. Wizjer maski kombinezonu przełączył się na podczerwień i spektrum elektromagnetyczne, gdy tylko zanurzyli się w trzewiach zaciemnionej konstrukcji. Kolejne chwile zlały się w jedną, niemożliwie długą. Ściana, drzwi, pierwszy sprawdza: "czysto", drugi ubezpiecza: "czysto", przejście. Ściana, drzwi, pierwszy sprawdza: "czysto", drugi ubezpiecza: "czysto", przejście. Stopnie, zakręt, półpiętro, "czysto", "ubezpieczaj", stopnie, zakręt, półpiętro... Mapa zapełniała się coraz większą liczbą szczegółów, w miarę jak pająki posuwały się w górę klatki schodowej.

Ward nie był komandosem, ale detektywem. Bezpośrednie ekstrakcje podejrzanych z bronią w ręku i w towarzystwie naszpikowanych bioniką karków nie były jego codziennością. Implanty dokrewne musiały się sporo napracować, by utrzymać szalejące tętno w ryzach. NESTAR, jego najlepszy w tej chwili przyjaciel, niczym władca marionetek popychał ciało z miejsca na miejsce, pomagając mu przyjmować odpowiednie pozycje i nie wypadać z szyku.

Cele znajdowały się na piątym piętrze. Usłużne roboty opełzły framugę wzmacnianych drzwi, nasłuchując najcichszych odgłosów lub drgań dochodzących z wnętrza. Było coś obrzydliwego w tym widoku - stado mechanicznych arachnidów splątanych wyciągniętymi odnóżami...

- Skan elektromagnetyczny ujawnił sieć czujników i wykrywaczy ruchu przed wejściem. Pająki go wyłączyły, ale sygnał mógł pójść do wnętrza. - Ward i Kawahara jednocześnie odebrali komunikat od Coopera. - Wchodzimy, jak tylko będziecie gotowi.

- Rozumiem, sprawdzam skany. - Detektyw przełączył się na trójwymiarową rekonstrukcję pomieszczenia zajmowanego przez cele.

Drony w czasie rzeczywistym nanosiły na plan przypuszczalne położenie ludzi i geometrię wnętrza, opierając się na rezonansie rozmów i mikrodrganiach wywoływanych przy każdym kroku. Cienkie, przerywane linie pochodziły z dokumentów architektonicznych przygotowanych jeszcze przed akcją. Solidne ściany i uszczelnione drzwi uniemożliwiały dokładniejsze wykonanie pomiaru. Pięciu facetów: trzech przy stole, jeden oparty o szafki, ostatni gdzieś z boku. Zdawali się kompletnie nieświadomi tego, co ich czeka.

- Rai? - spytał na kanale agencji Ward.

- Dla mnie okej, zgodnie z przewidywaniami. Jedziemy.

- Działajcie - odpowiedział detektyw.

Kilka sekund później rozpętało się piekło.

Arachnidy nie miały na tyle mocnych narzędzi, żeby poruszyć wzmocnione drzwi. Niezbędne było zamontowanie zapalnika. Gdy tylko dłoń komandosa weszła w obręb framugi, ogień z wnętrza rozerwał ją na strzępy. Oderwane kawały tynku latały wszędzie wkoło. Klatka schodowa, pozornie wysoka i przestronna, błyskawicznie wypełniła się pyłem i dymem. Ogłuszający ryk broni maszynowej odbijał się echem po wielokroć, powtarzany w pustej przestrzeni. Ward i Kawahara przypadli płasko do ściany, pozwalając SZPON-om przyjąć na siebie cały ciężar starcia. Posłuszny skryptom sytuacyjnym GLADIUS, będący na wyposażeniu każdego agenta drugiej generacji, jeszcze pogorszył sytuację, odpalając wzmocnione gruczoły adrenaliny. Podkręcenie percepcji poza fizjologiczne granice było natychmiastowe. Świat wokół Warda momentalnie wyhamował tak, że możliwe stało się podziwianie łusek wędrujących ku ziemi po krzywych balistycznych. Przynajmniej miał teraz cień szansy, by uchylić się przed zagubionym rykoszetem. Zawsze to jakiś plus.

Nie wiedział, jak długo to trwało, ale w pewnym momencie terkot automatów się urwał, zastąpiony piskiem w uszach i powtarzanymi wielokrotnie komunikatami "czysto". GLADIUS odpuścił: okruchy wiszące w powietrzu opadły na podłogę, a tętno podskoczyło do stu dziewięćdziesięciu uderzeń na minutę. Pot i zmęczenie opadły na detektywa tak, że musiał łapać oddech otwartymi ustami. Para agentów wymieniła porozumiewawcze spojrzenia i powoli ruszyła w stronę feralnego mieszkania. Światła latarek boleśnie kłuły w nienaturalnie rozszerzone źrenice, mroczki przepływały z lewa na prawo.

Pomieszczenie wyglądało jak po wybuchu bomby, co nie było dalekie od prawdy. Fragmenty mebli, boazerii i kabli walały się wszędzie naokoło, w ścianach ziały kilkunastocentymetrowe kratery. Czuć było mieszankę palonego prochu strzelniczego, gipsu i spalenizny. Pomimo galopującego serca i stresu instynkt śledczego odpalił się momentalnie, wspomagany przez usłużny NESTAR. Ward potrzebował kilku milisekund, by kolorowe ramki podświetliły i obrysowały ciała, plamy błękitnej krwi i inne interesujące elementy. Kolejne pięć milisekund na analizę sytuacyjną.

- To prowokacja - rzucił komisarz przez zaciśnięte gardło. - Daliśmy się nabrać jak dzieci. Poinformujcie agencję i odłączcie te cholerne kamery.

- Jakie kame...

Ward nie dał policjantowi dokończyć, ciskając w róg sufitu najbliższy kawałek tynku. W obłoku iskier niewielka kamera poleciała ku ziemi.

- Poinformować agencję. Najprawdopodobniej dojdzie do eskalacji...

- Chyba już wiedzą. - Tym razem wcięła się Kawahara, wyciągając ku niemu ekran podręcznego komputera PDA. - Ciężko, żeby to przegapili.

Wspólnie wpatrywali się z niepokojem i narastającą rezygnacją w odtwarzaną w sieci transmisję. Licznik wyświetleń na dole kręcił się jak szalony.

Rozdział 8: Sprytny lis tańczy

Wspominamy dziś naszych dzielnych żołnierzy poległych podczas Pierwszej Wojny Technologicznej w działaniach prowadzonych na Bliskim Wschodzie i w innych miejscach na świecie. Siły pokojowe ówczesnego ONZ i NATO przez ponad dekadę brały czynny udział w walkach z wykorzystaniem najnowszych technologii, w tym niestety broni masowego rażenia - od głowic termojądrowych po nanopleśń, która pod postacią szarej mazi spustoszyła rozległe tereny. Z powodu dzielących nas wówczas różnic światopoglądowych w ostatnim dramatycznym konflikcie idei życie straciło ponad pięć milionów zmobilizowanych obywateli Federacji oraz drugie tyle po każdej ze stron konfliktu. Każdy wierzył, że ma rację i chce tego, co najlepsze: zarówno konserwatyści, chcący zachować status quo naszego gatunku, jak i dążący do postępu transhumaniści. Łącznie z cywilami całkowita liczba ofiar PWT wynosi około stu milionów. Konflikt ten był najkrwawszym w dziejach. A wszystko to w imię idei, które zamiast łączyć, podzieliły nas po raz kolejny. Dziś wspominamy tych dzielnych mężczyzn i kobiety, nierzadko wyrwanych ze swojej zwyczajnej codzienności, rzuconych w wir bezwzględnych zbrojnych zmagań, na które ostatni wiek ich nie przygotował. Nie przygotował nikogo z nas. Nic dziwnego, że jako gatunek potrzebowaliśmy głębokich przemian po takiej tragedii. Jest to lekcja, którą powinniśmy zapamiętać i przekazać kolejnym pokoleniom. Pod czujnym okiem ODYN-a oraz Organizacji Współpracy dla Pokoju dołożymy wszelkich starań, by tym razem nigdy już nie powtórzyć tak strasznej historii.

Fragment rocznicowego przemówienia wysokiego komisarza Matthiasa Shulkego podczas obchodów zakończenia PWT, EuroNews. Przerwa na reklamy

Mało kto znał oficjalną nazwę okolicy i jej używał: dystrykt 102 Odra-Południe-Zachód... coś tam. Niemal wszyscy świetnie znali za to jego potoczne miano, doskonale oddające miejscowy klimat: "Strych". Nadgorliwi konserwatorzy zabytków przez całe stulecia nie pozwalali na wprowadzanie większych modyfikacji w zabudowie wzniesionej jeszcze w dziewiętnastym wieku. Kolejne przeróbki, usprawnienia, remonty i inwestycje zamieniły rejon w dziwaczną hybrydę: szklane wieżowce, biurowe molochy oraz socjalne megabloki sąsiadowały z mozaiką poniemieckich kamienic z brudnoczerwonej cegły. Jeśli dodać do tego dym, niosący pół tablicy Mendelejewa, a unoszący się z rozpalanych na dziko ognisk i drobnych pożarów - otrzymamy dość depresyjną mieszankę, stanowiącą codzienność prawie miliona mieszkańców sto dwójki.

Korektor Jonasz Michalak

Korektor Małgorzata Broszko (Zespół Korekto.pl)

Projektant okładki Marcin Faber

? Filip Wójcik, 2025

? Marcin Faber, projekt okładki, 2025

W świecie zdominowanym przez ODYNA - opiekuńczą SI, granice między człowiekiem a maszyną zaczynają się zacierać. Trzy powiązane historie odsłaniają mroczną prawdę o tej postludzkiej epoce.

Scyborgizowany komisarz prowadzi śledztwo, zmuszające go do zakwestionowania wszystkiego, co wiedział o sobie i systemie.

Kognitywista zagłębia się w cyfrowy świat, by ocalić uwięzioną świadomość dziecka.

Samotna wojownicza przemierza pustkowia, pragnąc ocalić swój dom.

W tekście występują wulgaryzmy (18+).

ISBN 978-83-8431-870-6

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero