Rozwinięcie skrótów
(w porządku alfabetycznym)
BND - Bundesnachrichtendienst, wywiad niemiecki
BPM - błyskawiczne przekazanie materiałów w trakcie operacji
wywiadowczych
CIA - Central Intelligence Agency, wywiad USA
DEFCON - Defence Condition, poziom zagrożenia USA, (DEFCON5
najwyższa gotowość bojowa czasu pokoju w pięciostopniowej skali)
FBI - Federal Bureau of Investigation - główny organ
kontrwywiadowczy USA
FSB - Fiedieralnaja Służba Biezopasnosti, kontrwywiad rosyjski
FSO - Fiedieralnaja Służba Ochrany - jednostka zapewniająca
bezpieczeństwo prezydenta Rosji, najwyższego kierownictwa rządu,
parlamentu oraz ich rodzin
GRU - Gławnoje Razwiedywatielnoje Uprawlienije - wywiad wojskowy
Rosji
MAD - Nuclear Mutual Assured Destruction - zasada wzajemnego
gwarantowanego unicestwienia nuklearnego (doktryna Johna von Neymana)
MI6 - Secret Intelligence Service - brytyjski wywiad wojskowy
MWD - Ministerstwo Wnutriennich Dieł - Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych Rosji
NORAD - Dowództwo Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni
Powietrznej i Kosmicznej (CMAS, Cheyenne Mountain Air Station - Centrum
Dowodzenia Amerykańskiego Globalnego Systemu Obrony Antyrakietowej,
Masyw Cheyenne)
SI - Secretaria de Inteligencia - wywiad argentyński
SWR - Służba Wnieszniej Razwiedki - wywiad cywilny Rosji
Rozdział I
I
Był majowy poranek, gdzieś wpół do dziewiątej. Niebo, kwitnące błękitem,
zwracało ludzkie myśli ku sprawom optymistycznym. W ogóle pogoda była
przyjazna wszystkiemu, co żyje, tak jak to często się zdarza w Kalifornii, gdy maj zbliża się już ku czerwcowi.
Z bramy za biurem przepustek, która zatrzasnęła się z głuchym,
metalicznym szczękiem, wyszedł lekko zgarbiony, wiekowy już mężczyzna.
Nie wyglądał na szczęśliwego. Brama zamknęła się za kolejnym rozdziałem
jego życia i należała do Corcoran State Prison - więzienia, w którym
spędził ostatnie trzy lata. Nie było tam tak źle - został
"pensjonariuszem" bloku znajdującego się na prawo od głównego wejścia.
Poziom bezpieczeństwa drugiego stopnia pozwalał na sen w otwartych
sypialniach i na swobodne, choć kontrolowane kontakty ze współwięźniami
oraz monitorowane przemieszczanie się po terenie zakładu karnego.
Całe piętnaście wcześniejszych lat, które mężczyzna "odsiedział" w ADX
Florence, więzieniu o nieporównywalnym z żadnym innym w USA poziomie
zabezpieczeń, było jeśli nie piekłem, to przynajmniej czyśćcem.
Zajmowało obszar dwudziestu hektarów w hrabstwie Fremont w Kolorado. Ten
federalny obiekt był nazywany potocznie Alcatraz Gór Skalistych.
Posiadał czterysta dziewięćdziesiąt cel pojedynczych o wymiarach 2,1 na
3,6 metra, zapewniających totalną izolację. Nawet na spacery wychodziło
się pojedynczo, w kajdanach, na trzydzieści dwa kroki w stalowej klatce
znajdującej się w głębokiej betonowej studni bloku "H" - budynku
najwyższego bezpieczeństwa, tak aby skazaniec nie był w stanie zobaczyć
rozmieszczenia poszczególnych zabudowań, co teoretycznie mogło pomóc w planowaniu ucieczki.
Zresztą od 1994 roku, gdy inaugurowano tę placówkę będącą w bezpośredniej gestii Departamentu Sprawiedliwości USA, nikt z niej nie
uciekł. Natomiast samobójstw nie brakowało. Byli funkcjonariusze służby
więziennej określali ADX Florence jako "przestrzeń nieprzystosowaną do
egzystencji człowieka", a przebywanie w niej jako "gorsze niż kara
śmierci".
Siwowłosy mężczyzna miał na sumieniu krew setek, jeśli nie tysięcy
ludzi. Tak, na sumieniu, bo na rękach mieli ją jego podwładni. Jako
wybitny finansista, zresztą miliarder, próbował przejąć ster globalnych
rządów, uruchamiając spisek ponadnarodowych korporacji.
Gdy to się nie udało, sięgnął po ostatnie zdobycze technik
informatycznych, aby za pomocą odpowiednio obsługiwanych i zaprogramowanych komputerów kwantowych osiągnąć to, czego nie dało się
uzyskać w pierwszej odsłonie działań na rzecz przejęcia światowej
władzy.
W końcu pojmany i uwięziony uniknął najwyższej kary, bowiem był sądzony
w stanie USA, w którym zawieszono wyroki kary śmierci. Później przyszło
Florence, gdzie miał spędzić resztę swych dni. W trakcie kontroli
medycznej wykryto tam u niego raka prostaty w zaawansowanej już postaci.
Decyzją sądu federalnego został przemieszczony do Corcoran, skąd właśnie
wypuszczono go na wolność.
Nie liczył na taki obrót spraw, ale znowu rak paradoksalnie mu pomógł -
ostatnia diagnoza wskazywała na przerzuty w kościach i stawach miednicy.
Nie wróżyło to dobiegającemu siedemdziesiątki mężczyźnie długiego życia.
Wówczas, ze względów humanitarnych, nieoczekiwanie nadszedł akt łaski
prezydenta, w czym niewątpliwie pomogli świetni adwokaci ułaskawionego.
Ten gest głowy państwa zachowano w dyskrecji przed opinią publiczną.
Ów człowiek o wielu twarzach i wcieleniach - moderatora światowego
biznesu i Midasa w przedsięwzięciach przestępczych lub szanowanego
przykładu sukcesu - był teraz zgorzkniałym, pełnym nienawiści do
otoczenia cynikiem.
Jego myśli sprowadzały się do jednego motywu przewodniego - skoro ja nie
będę żył i to już niedługo, to dlaczego ma istnieć świat poza mną? Tylko
jak wymierzyć ten ostateczny cios? Czego użyć? Wprawdzie sekwestrowano
wszelkie jego majątki, zajmowano konta bankowe, ale w niedużej placówce
bankowej na wyspie Man miał jeszcze zdeponowane pięć milionów dolarów i liczne precjoza, dostępne na okaziciela hasła cyfrowego. Ale była to
marna pociecha - trzeba jeszcze znaleźć metodę i wykonawcę.
Tymczasem zmierzał wąską alejką do parkingu znajdującego się naprzeciwko
bramy, która oddzielała go przez lata od wolności. Miał zamiar wezwać
tam taksówkę. Przecież nikt na niego nie czekał.
Jakież było jego zdziwienie, gdy wśród ludzi kręcących się wokół
zaparkowanych maszyn ujrzał znajomą twarz. Tak, nie ma wątpliwości, to
Jimmy. I co więcej, nie wydawał się on zaskoczony jego widokiem. Były
osadzony szybko do niego podszedł.
- Cześć, Anthony - powiedział do niego oczekujący.
- Witaj. Przepraszam, ale będę cię nazywał Jimmy, tak jak w czasach,
gdyśmy próbowali przejąć totalną władzę, między innymi dzięki
konsolidacji międzynarodowych konsorcjów. Jakim cudem znalazłeś się
tutaj? Przecież nikt nie powinien wiedzieć, że wychodzę, a ci, którzy
wiedzą, są związani tajemnicą.
- Mam swoje dojścia i nigdy o tobie nie zapomniałem.
- To ci się chwali. W dodatku też to, że wpakowałem cię w niezłą kabałę,
i to dwukrotnie.
- Wpakowałem się sam. A jeśli mam do kogoś żal, to do tych, którzy
uniemożliwili wprowadzenie naszych planów w życie.
- Jesteś naprawdę oddanym, lojalnym przyjacielem. Tam, skąd przychodzę,
zapomniałem sensu tych słów.
- Nie przesadzajmy. Zawsze cię podziwiałem i myślę, że jeszcze wiele
wspólnej drogi przed nami.
- Teraz ty nie bądź ogrodnikiem. Nie przesadzaj z tym "wiele". Moje dni
są policzone.
- Dopóki życie trwa, to nie ma nic przesądzonego.
- Może i masz rację. Co teraz zrobimy?
- Nic. Po prostu zawiozę cię do apartamentu, który dla ciebie kupiłem w San Francisco. Zresztą i ja w tym mieście mieszkam.
- A jak udało ci się wyjść na wolność?
- To zupełnie inna historia. Przy okazji pogadamy, a tymczasem
kontynuujmy twoją.
Podeszli do samochodu. Midas odnotował, że to Mercedes klasy S, z górnej
półki. Usiadł obok kierowcy. Wjechali na I5N, kontynuując przez I-580W
omijającą Fresno i San Jose. Czekała ich prawie czterogodzinna podróż.
Gdy ledwie ruszyli na trasę, Midas skonstatował:
- Patrząc na wóz, to musi ci się nieźle powodzić.
- Nie przeczę. Zapomniałeś chyba, że znam się trochę na IT. A to w połączeniu z AI, w której też nieźle się poruszam, stwarza szerokie
perspektywy zatrudnienia.
- Mimo przeszłości, czyli przestępczych zaszłości?
- Tak. Mimo to. Współpracowałem intensywnie ze śledczymi, próbując cię
nie obciążać, choć pozostali to czynili. Dostałem dzięki temu pięć lat w Corcoran, tam, gdzie byliśmy, ale od początku w bloku o najniższym
stopniu kontroli. Po pięciu kolejnych latach, gdy byłeś w ADX Florence,
nastąpiło zatarcie kary w dokumentacji, i mogłem zacząć rozglądać się za
pracą.
- Ach tak. Wybacz, że teraz się nieco zdrzemnę. Ten dzień był dla mnie
zbyt obfity w przeżycia.
- Nie będę cię więc niepokoił.
Midas przymknął oczy. Bardziej udawał, że śpi, niż spał rzeczywiście. W głowie kiełkowała mu natarczywa myśl, której nie miał zamiaru odrzucać.
W końcu jednak sen go zmorzył i obudził się dopiero wtedy, gdy samochód
zahamował gwałtownie już w San Francisco. Przetarł oczy i zobaczył
napis: Corcoran Icon Properties, 2523 San Francisco. Jimmy patrzył na
niego pytająco, z lekkim uśmiechem.
- No, masz trochę wisielcze poczucie humoru - powiedział Midas.
- Tak. Ale dzięki temu jadąc przez Franklin Street i Pine Street w ciągu
ośmiu minut jesteś w samym centrum miasta i nikniesz w tłumie. A apartamenty są godne ciebie, naprawdę luksusowe. Teraz spod agencji
nieruchomości, noszącej nazwę twojego miejsca odosobnienia, pojedziemy
do twojego apartamentu, blisko rogu Divisadero i California Street, a dokładnie 2038 Divisadero Apartaments na pierwszym piętrze. Lokal nie
jest wielki, umeblowany, ma dwie sypialnie, salon, kuchnię, łazienkę i hall. Zapłaciłem za niego ponad milion dolarów. Lodówkę masz
zaopatrzoną. Zresztą zaraz na rogu jest piekarnia oraz cukiernia, a i pomoc medyczna w Kaiser Medical Center przy Geary Boulevard na
wyciągnięcie ręki.
- Dzięki serdeczne. Wyrównam rachunek, nie obawiaj się.
- Nie boję się. Nie darmo nosisz to baśniowe przezwisko. Oto klucze. Jak
już wejdziesz do domu, to wiedz, że szafy z ubraniami i obuwiem
znajdziesz pełne.
- Jestem ci niezmiernie wdzięczny. Rozumiem, że masz dużo pracy, więc
nie będę cię zatrzymywał. Pamiętaj, że jesteś mile u mnie widziany i wpadaj.
- Nie omieszkam. Tymczasem!
- Do zobaczenia.
* * *
Generał Malcew pochylił się z uwagą nad papierami, które sekretarz
położył mu na biurku. Były w zaplombowanym lakową pieczęcią
segregatorze. Trochę to z innej epoki - pomyślał. Ale zaraz dodał: w czasie szalejących komputerów kwantowych i sztucznej inteligencji to
jednak chyba najbezpieczniejsza forma przekazywania informacji.
Człowiek prowadzący ten wewnętrzny monolog był wysokim, chudym mężczyzną
po czterdziestce. Generalski mundur opinał precyzyjnie jego ciało. Widać
było rękę dobrego krawca.
Twarz Malcewa wyrażała maksymalne skupienie, gdy wertując szyfrogramy
"ściśle tajne", "tajne specjalnego znaczenia", dotarł do raportu swojego
człowieka w USA. Wydatny podbródek, wąskie wargi, stalowoszare oczy
rozdzielone garbatym, nieco papuzim, spiczastym dość nosem, średniej
wysokości czoło zwieńczone kruczoczarnymi włosami fryzury "na jeża"
skierowanymi ku przodowi - wszystko to sprawiało wrażenie, że za chwilę
posiadacz tej twarzy, wiedziony wybiegającymi ku przodowi jej rysami,
zerwie się z fotela i gnany jakąś niejasną wewnętrzną siłą skieruje się
przed siebie, miażdżąc wszystko na swojej drodze. Trzeba przyznać, że
obszerny gabinet pozwalałby się rozpędzić i że ambicje Malcewa sięgały
daleko ponad stanowisko, i tak już bardzo ważkie, które piastował w Rosji.
Może i był to człowiek na czasy, które nadchodziły. Światowy ład
trzeszczał w szwach. Z systemu "Wielkiej trójki" - Chin, USA i Rosji,
wypracowanego na sławnej konferencji w Helsinkach i gwarantującego
proporcjonalny udział w decyzjach co do zapewnienia bezpieczeństwa
pozostałym podmiotom relacji międzynarodowych, po prawie ćwierćwieczu
funkcjonowania zostały tylko strzępy, zwiększające stan globalnej
destabilizacji. Kipiały ambicje i emocje przywódców państw dążących do
poszerzenia swych stref wpływów. Ludzkość niepostrzeżenie zbliżała się
do punktu krytycznego swej historii, balansując na granicy pułapki
Tukidydesa. Krótko mówiąc, poprzedni ład światowy, który na wzór
kongresu wiedeńskiego miał zapewnić pokój przynajmniej na cały wiek,
legł w gruzach lub ujmując rzecz bardziej delikatnie - wyczerpał swoje
możliwości już po ćwierćwieczu.
Dlatego właśnie generał Wasilij Malcew tak intensywnie wpatrywał się w raport swego człowieka w USA, mimo (a może właśnie dlatego) iż trzej
główni sygnatariusze przechodzących do lamusa historii aktów końcowych
Kongresu Helsińskiego zawarło w tychże dokumentach porozumienie o wzajemnym zaprzestaniu działalności wywiadowczej. Pan na olbrzymim
gmachu GRU (Gławnowo Razwiedywatiel'nowo Uprawlienija Gienieral'nowo
Sztaba Woorużonnych Sił Rossijskoj Fiedieracji), wywiadu wojskowego
Rosji przy ulicy Grizodubowej 3 w Moskwie, ale też włościach
rozrzuconych po całym świecie, czuł szóstym wywiadowczym zmysłem, gdzie
może zostać wykrzesana iskra, która zrodzi płomień pożaru.
Rozdział II
II
John Rosenzweig obudził się nareszcie koło południa. Teoretycznie wziął
trzydniowe zwolnienie z pracy w swojej firmie IT, gdzie pracował jako
programista, realnie jednak spędzał cały ten czas, z krótkimi przerwami
na sen i posiłki, wykonując rozkazy swojego szefa. Mieszkał w USA od
dziesięciu lat, dokąd dotarł z Meksyku w poszukiwaniu pracy. Osiedlił
się w San Francisco, w dzielnicy, gdzie mieszkało wielu potomków
niemieckich emigrantów, bo pasowało to do jego nazwiska, a poza tym były
stąd dwa kroki do Silicon Valley. Miał świetnie przygotowaną legendę
wywiadowczą - według niej pochodził z rodziny niemieckich emigrantów
przybyłych do Argentyny po drugiej wojnie światowej, dziadków Johna.
Teraz jednak rodzice Johna (Johanna) Rosenzweiga odeszli do wieczności w wyniku wypadku samochodowego, a on zginął podobnie, tyle iż przed nimi.
Za odpowiednie kwoty "kopertówek", poparte szantażem, dane o jego
śmierci zniknęły z akt urzędu stanu cywilnego w Kordobie, a informacje o pogrzebie z dokumentów parafialnych. I tu zaczyna się "życie po życiu"
Johna Rosenzweiga. Wyjeżdża do Meksyku, gdzie pomieszkuje w Cancun przez
dwa lata, pracując w firmie obsługującej sprzęt elektroniczny (notebooki
i smartfony turystów), posiada, a jakże, dokumenty wskazujące na
przejście przeszkolenia w dziedzinie programowania IT tudzież obsługi
sprzętu elektronicznego, wydane przez studium podyplomowe uczelni w Buenos Aires (można tam znaleźć dyplom w dokumentacji, którą
zaaranżowała, wraz z danymi o dokumentacji w archiwum, odpowiednio
zachęcona finansowo pracownica uczelni), a dyplom dostarczyli świetni
specjaliści w podrabianiu dokumentów. Po dwóch latach, z dobrymi
referencjami z firmy meksykańskiej, gdzie zdobył uznanie jako świetny
fachowiec, w ambasadzie USA New Mexico ubiega się o prawo wjazdu i pracy
w Stanach Zjednoczonych. Jego starania są uwieńczone sukcesem. Podejmuje
obowiązki programisty w jednej z firm informatycznych w San Francisco,
"córki" znanego producenta z Silicon Valley, gdzie po pięciu latach
awansuje na stanowisko szefa działu programowania z opinią "samorodnego
geniusza IT" i człowieka lojalnego wobec nowego kraju. Dlatego nie
dziwi, że po tym okresie jego podanie o obywatelstwo, jak i konieczne
sprawdziany zostały pozytywnie sfinalizowane. I oto mamy Johna
Rosenzweiga, obywatela USA, człowieka sukcesu, o którego zatrudnienie,
zachęcone jego famą w środowisku zawodowym, zabiegają elektroniczne
kolosy z Silicon Valley.
Ktokolwiek zabrałby się do studiowania, a nawet kontrolowania biogramu
Johna, nie znalazłby w nim najmniejszego uchybienia. No, może to, że
wśród cech charakteru opisanych w materiałach pozostałych po
formalnościach nadania obywatelstwa podkreślono jego "chorobliwą
rusofobię" i "neoficką miłość" do nowej ojczyzny.
A jednak zmęczony wykonywaniem przychodzących z daleka rozkazów John -
Johann żadnym Rosenzweigiem nie był. Był natomiast doskonale
wykształconym informatykiem, a równocześnie funkcjonariuszem pionu "N",
oficerem nielegałem wywiadu wojskowego Federacji Rosyjskiej - GRU.
Nazywał się po prostu Boris Bieriegowoj, kryptonim - B1B.
* * *
Życie w San Francisco toczyło się swoim nurtem, jak przystało na tak
fascynujące miejsce, czyli najbardziej nonkonformistyczną metropolię
USA. Równolegle w ów nurt wpisywały się egzystencje Anthony'ego Midasa i jego akolity, opatrznościowego opiekuna i wielokrotnie sprawdzonego
towarzysza - Jimmy'ego. Odwiedzał on często swego byłego szefa, świadom,
że jego istnienie może być liczone w latach, ale może w miesiącach.
Midas jednak, jak na tak poważną chorobę, jaka go trapiła - rak prostaty
z przerzutami do kości miednicy, co utrudniało mu poruszanie się, czuł
się zaskakująco dobrze.
Tego dnia miał go zamiar odwiedzić zaraz po wyjściu z pracy (pracował
często na odległość, ale wypadało czasami pojawić się w biurze). Wizyty
te przychodziły mu tym łatwiej, że Midas był świetnym gawędziarzem, a poza tym - człowiekiem umiejącym wciąż roztaczać porywające wizje
różnorakich działań. Ułatwiał je również fakt, że z jego apartamentu
przy Linden Street 615 do mieszkania Midasa było blisko - oba znajdowały
się w dzielnicy Hayes Valley, nieopodal śródmieścia.
Tego dnia po południu, gdy wystukał kod drzwi wejściowych do
apartamentowca Divisadero Apartaments 2038, po czym po pokonaniu śluzy
przy drugich drzwiach i wjechaniu windą na pierwsze piętro, wyraźnie
ucieszony Midas szeroko otworzył mu podwoje swego mieszkania.
- Witaj, Jimmy, cieszę się, że cię widzę.
- Ja też, ja też, szefie.
- Przestań już mnie szefować. To może zwrócić uwagę czyjegoś ucha, a poza tym jesteśmy przecież przyjaciółmi.
- Dobrze, Anthony.
- Wchodź, mam tu dla ciebie buteleczkę Courvoisier, zaraz ją otworzę i napełnię kieliszki. Zanim bukiet koniaku nabierze mocy, przygotuję kawę,
espresso doppio, jak zwykle.
- Dzięki. Po co tyle zachodu?
- Żadna to fatyga. To raczej ty będziesz wystawiony na próbę, bowiem mam
zamiar podzielić się z tobą moimi przemyśleniami, a to może trochę
potrwać.
- No to już siadam i zamieniam się w słuch.
Koniak w pękatych lampkach pachniał odurzająco, po chwili dołączyły do
niego kawa i talerzyk z orzeszkami pokrytymi pikantną polewą z wasabi,
taki starter, zwany przez Francuzów amuse-gueule (radujący
podniebienie). Jimmy rozsiadł się w fotelu przy niskim szklano-stalowym
stoliku - jamniku.
Po zaserwowaniu orzeszków również gospodarz przysiadł się do niego,
wypełniając nieco pustkę obszernego i skąpo umeblowanego salonu.
- No i ? - zapytał Jimmy, spoglądając na Midasa.
- Widzę, że ci spieszno do początku mojego monologu. Potem sam będziesz
miał nadzieję, że niebawem go skończę.
- No, nie przesadzaj, nie wymuszaj komplementów.
- Dobrze, skoro tak, to sam chciałeś. Od pewnego czasu zastanawiam się...
- Oby tylko nie nad przejęciem władzy globalnej...
- Oczywiście, że nie. Ale nie przerywaj. Teraz moje cele są o wiele
bardziej przyziemne i ewentualne ich osiągnięcie da również tobie okazję
do "odkucia się" finansowego, i to na znaczną skalę. Sam widzisz, że
stary porządek sypie się w gruzy. To czas niebezpieczny, ale
równocześnie tworzący świetne okazje do przeprowadzania operacji,
wcześniej wręcz niemożliwych. Pomyślałem sobie, że można by zastanowić
się nad wyciśnięciem z aktualnych wciąż jeszcze mocarstw wielkich
pieniędzy. Gdyby znaleźć okazję do sprowokowania zagrożenia, im bardziej
fikcyjnego, tym bardziej prawdopodobnego, jednego z głównych aktorów
tego niesławnego Kongresu Helsińskiego...
- I co by to dało? - wtrącił Jimmy.
- Nietrudno się domyślić. Najpierw grożąc, a później gwarantując
usunięcie stanu zagrożenia, drogą szantażu można by było "zbić kasę", i to olbrzymią. Gros zarobku poszłoby do ciebie, a dla mnie mogłoby być
mniej. I tak długo nie pożyję.
- Tak, ale jak znaleźć okazję i sposób na wywołanie u szantażowanego
paniki w sposób, który byłby wiarygodny?
- W tym cały szkopuł. Trzeba szukać takich możliwości. Chociaż, mówię ci
to na podstawie mojego życiowego doświadczenia, czasami, gdy
podporządkowujesz swoje działania określonej koncepcji, określonej idei,
to rozwiązanie pojawia się samo, wręcz przypadkowo dopasowując się do
potrzeb. Takie samospełniające się życzenie.
- Oby tak było i w tym przypadku.
- Wierzę, że będzie. Rozglądaj się uważnie, może coś dostrzeżesz. W tym
wypadku musisz liczyć na siebie. Ja ci nie pomogę w działaniu, moja
mobilność jest ograniczona. Jeśli natomiast zajdzie potrzeba wsparcia w myśleniu, to jestem do dyspozycji. I jak ci się to podoba?
- Pomysł świetny, ale realizacja bez ludzi posiadających odpowiednie
dojścia i wpływy jest niemożliwa.
- O tym właśnie mówię: rozglądaj się uważnie, może coś samo podstawi ci
się na muszkę...
- Nie mam zbyt wielkich iluzji.
- To źle, trzeba wierzyć w szczęście, w szczęśliwe zbiegi okoliczności.
Jak mawiają doświadczeni ludzie wywiadu "w tej pracy pięćdziesiąt
procent to dobre wyszkolenie, ale druga połowa to szczęście, które się
ma lub nie ma". I tylko wtedy sukces jest możliwy.
Rozdział III
III
Generał Wasilij Malcew zajmował olbrzymi gabinet w gmachu Centrali GRU w Moskwie przy ulicy Grizodubowej 3. Gabinet znajdował się na pierwszym
piętrze, ale nie od strony głównego wejścia i półkolistej sali
konferencyjnej, lecz dokładnie po przeciwnej stronie budynku, tak aby
nie eksponować miejsca pracy szefa na penetracje optyczne, elektroniczne
i akustyczne.
Gabinet był na tyle duży, żeby, jak dyskretnie podśmiewali się
podwładni, każdy tam wezwany, nim dotrze do biurka, mógł wyobrazić sobie
warianty tego, co go czeka.
Teraz lokator pomieszczenia pochylał się nad raportem - szyfrogramem
sygnowanym B1B - tajnym, specznaczenia, egzemplarz pojedynczy. I bynajmniej nie chodziło o Brigitte Bardot. Informacja dotarła z USA i zawierała coś, o czym Malcew dawno myślał. Dumał zresztą także o tym, że
z chęcią zamieniłby swoje wpływowe miejsce pracy z luksusowym gabinetem
na to, które teraz zajmował, jego zdaniem nieporadny, Grigorij Iwanienko
- prezydent Federacji Rosyjskiej - na Kremlu. Gdyby jeszcze udało się
osiągnąć ten cel bez zbytnich wstrząsów dla kraju - ot, taki gabinetowy
właśnie zamach stanu. Ale jak to zrobić?
Wydało mu się, że raport B1B jest właśnie światełkiem w tym tunelu lub
przynajmniej jego zapowiedzią. Mówiąc w skrócie - pozyskał on tajną
informację, że Anthony Midas opuszcza miejsce odosobnienia w Corcoran,
więc udał się tam na wszelki wypadek. Informował, że niejaki Anthony
Midas, który już nie raz próbował wywrócić globalną szachownicę, wyszedł
właśnie na wolność z więzienia Corcoran i że oczekiwał go ktoś na
parkingu przed główną bramą. Ktoś, kogo B1B nie był w stanie
zidentyfikować, ale niewątpliwie był to dobry znajomy Midasa. B1B
próbował ich śledzić, ale na tak długiej trasie - jechali z Corcoran do
San Francisco - wykrycie przez nich inwigilacji w kontakcie wzrokowym
było prawie nieuniknione. Starał się wprawdzie nie rzucać się im w oczy,
stracił trop, ale zapamiętał rejestrację samochodu.
Uwzględniając czarną legendę Midasa i jego ludzi, pomyślał, że a nuż się
to do czegoś szefostwu przyda. Pytał Malcewa, co z tym fantem zrobić.
Neurony w mózgu Malcewa zaczęły się przegrzewać od nadmiaru impulsów.
Tak, to może być początek drogi na Kreml. Nie musi, ale może. Przy
odpowiedniej inspiracji ta koszmarna dwójka może wyświadczyć mu wielką
przysługę. Wezwał szyfranta do izolowanego pomieszczenia ciszy na
drugiej kondygnacji podziemnej budynku, w pełni elektronicznie i akustycznie zabezpieczonej, i podyktował mu pilną odpowiedź do B1B:
"Ustalić tożsamość mężczyzny, który odbierał M. Dotrzeć do jego
personaliów. Zlokalizować miejsce zamieszkania obu. Czekać na dalsze
rozkazy".
Po powrocie do gabinetu generał się zamyślił. Może to pozornie mało
istotne odkrycie B1B pozwoli otworzyć szersze perspektywy. Pożiwiom -
uwidim (Pożyjemy - zobaczymy) - skonstatował w myśli.
* * *
Po spotkaniu z Jimmym Anthony pogrążył się w rozmyślaniach. A raczej w depresyjnej ciemności, pełnej nienawiści do wszystkiego, co żyje.
Dojrzewał w jego chorym, ale zdolnym do przejawów błyskotliwej
inteligencji umyśle plan, którego szczegółów nie miał zamiaru zdradzać
nikomu, a już najmniej Jimmy'emu. Powinien on być w jego ręku demonem
zniszczenia i śmierci, ale nie takiej jednostkowej, lecz
wszechobejmującej. I ten projekt, w odróżnieniu od dwóch poprzednich,
których realizacja zakończyła się jego osobistą katastrofą, bo o tysiącach zabitych nie warto wspominać, musi się udać. Byle tylko
nadarzyła się jakaś okazja. Jaka? Nie miał pojęcia. Ale głęboko wierzył
w to swą zbrodniczą wiarą (a wiara ponoć góry przenosi), że się pojawi i że nie jest tak daleko. Znowu obsesyjnie zabrzmiały mu w wewnętrznej
przestrzeni świadomości złowróżbne słowa: "skoro ja nie będę żył i niebawem skonam, to dlaczego ma istnieć świat poza mną". Ponoć każdy
człowiek jest światem samym w sobie. Skoro nastąpi koniec mojego
indywidualnego świata, to z chęcią zabrałbym ten zewnętrzny ze sobą w podróż bez powrotu.
* * *
W centrali CIA, w Langley, też nie zasypiali gruszek w popiele. Śledzili
poczynania Midasa, zaskoczeni nieco faktem, że odnalazł go jeden z dawnych wspólników - Jimmy. Inwigilację prowadzili trochę "po
partyzancku", co rusz potykając się o agentów FBI robiących to samo.
Z tą różnicą, że FBI robiło to zgodnie ze swymi kompetencjami
kontrwywiadowczymi, natomiast oni przekraczali zakres swoich uprawnień,
bo według kompetencji mogli prowadzić akcje wyłącznie poza obszarem USA.
Od biedy mogli uzasadniać to faktem, że wszelkie dotychczasowe działania
Midasa, a i Jimmy'ego także, miały liczne powiązania, liczne afiliacje
międzynarodowe. Po kilku miesiącach dali sobie spokój - panowała w sprawie pełna stagnacja, praktycznie sprawy nie było. Owszem,
schorowanego, na progu śmierci starca odwiedzał często jego były
pomagier, teraz ceniony informatyk i przyzwoity przedstawiciel wyższej
klasy średniej, ale nic podejrzanego się nie działo. Można było jedynie
dojść do wniosku, że chodzi tu o humanitarne podejście byłego
podwładnego do swego zbrodniczego w działaniu, ale jednak szefa, do
którego żywił przywiązanie i, chociaż trudno to zrozumieć, szacunek.
* * *
Te dwie agencje bezpieczeństwa USA nie były jednak odosobnione w swym
trudzie.
Gdy jedna z nich wypadła z gry, jej miejsce zajął przyzwoity Amerykanin
- John (Johann) Rosenzweig. Działał jednak w sposób przemyślany i bardzo
ostrożnie. (Ta ostrożność zawodowa kazała mu swego czasu wybrać sobie
rezydencję nieprzypadkowo. Linden "brzmiała" jak Unter den Linden w Berlinie, a w tej części Hayes Valley osiedlali się swego czasu
wychodźcy z Niemiec, stąd na przykład wzięły się pobliskie restauracje
jak Suppenküche czy piekarnia German Bakery. Tak że osiedlenie się Johna
Rosenzweiga tam właśnie było w pełni logiczne i dopełniało niejako
rzetelny wydźwięk jego biografii).
Bez większego trudu, powołując się na (fikcyjny) wypadek - kolizję z samochodem, który łamiąc przepisy ruchu drogowego w San Francisco,
uszkodził prawy błotnik jego limuzyny (który sam pokiereszował), i podając rejestrację wozu widzianego pod więzieniem w Corcoran agencji
ubezpieczeniowej, uzyskał potrzebną informację. Podawała ona dane
personalne, włącznie z adresem właściciela samochodu, domniemanego
sprawcy wypadku, i kończyła się konkluzją, że właściciel wozu w terminie
wskazanym przez Johna przebywał poza miastem, na co ma wiarygodnych
świadków. John przeprosił agencję, zrzucając nieścisłości na karb
przekłamania numeracji tablicy rejestracyjnej, podziękował i na tym
zamknął się akt pierwszy tego rozwojowego spektaklu.
Akt drugi polegał na żmudnym obserwowaniu miejsca zamieszkania i pracy
Jimmy'ego Redforda oraz jego kontaktów. W finale, a zabrało to ponad
miesiąc, Rosenzweig zdołał wyodrębnić powtarzalną trasę, niedaleko od
miejsca zamieszkania Jimmy'ego, i co jeszcze ciekawsze, jego samego.
Kończyła się ona przy Divisadero Apartaments, blisko skrzyżowania
Divisadero z California Street.
Jeśli uwzględnić to, że John mieszkał przy 615 Linden Street, nieopodal
Hayes Valley Basketball Court, to wszyscy trzej byli mieszkańcami
dzielnicy Hayes Valley i mieszkali stosunkowo blisko siebie.
To ułatwiło kolejne kroki. Zanim jednak Rosenzweig je poczynił, B1B
zawiadomił Centralę GRU o postępach w sprawie, co zaowocowało i pochwałą, i odpowiedzią samego szefa, zawierającą nie tyle rozkaz, ile
polecenie próby nawiązania kontaktu z Redfordem, oczywiście z zachowaniem daleko idących środków ostrożności, bowiem Jimmy
prawdopodobnie jest, a przynajmniej powinien być inwigilowany
prewencyjnie przez służby amerykańskie.
John rozpracował już rutynowe trasy, codziennie przez Jimmy'ego
pokonywane. Do pracy, z pracy, drobne zakupy w supermarkecie, obiad -
najczęściej we włoskiej knajpie Il Borgo przy Laguna Street 504, znanej
zresztą z dobrej kuchni, prowadzonej przez mediolańczyka, rzadziej - w Domo Sushi na rogu Linden i Laguna Street. Dlatego sprowokowanie
"przypadkowego" spotkania nie nastręczyło mu większych trudności. Parę
dni jeszcze obserwował Jimmy'ego, posługując się dyskretnie lornetką,
maskowaną smartfonem przystawionym do ucha, od strony chodnika i wejścia
do Il Borgo. I używając raz swojej limuzyny, a kiedy indziej wynajętego
samochodu.
Pewnego popołudnia, gdy w okularze lornetki zobaczył twarz Jimmy'ego,
zrelaksowaną i pogodną, zdecydował się na obiad u Włocha. Było po 16:00.
Wszedł przez obszerne narożne drzwi, nad którymi metalowa kolumienka
podtrzymywała niewielki daszek. Wyżej widniał duży napis: "Il Borgo,
ristorante italiano". Sala była obszerna, z przyciemnionym oświetleniem.
Po prawej stronie, przy ślepej ścianie ozdobionej malowidłami uliczek
włoskiego miasteczka, widniała kolumna wyrastająca z kontuaru baru.
Tam właśnie John ujrzał Jimmy'ego, który, jak widać, złożył już
zamówienie, bo zaczynał posiłek przy dwuosobowym stoliku, przykrytym
kraciastą czerwono-białą ceratą (w stylu rzymskich kantyn). Obok, na
szczęście, był drugi wolny taki sam stolik, a pozostałe, po przeciwnej
stronie lokalu, czteroosobowe, były w większości zajęte. Tam oba
trójkątnie rozchodzące się mury miały przeszklenia.
John podszedł do dwuosobowego stolika, zajął miejsce. Był rad z usytuowania - ślepa ściana w głębi restauracji, półmrok, a więc
okoliczności zapewniające dyskrecję i intymność. Kelner zjawił się
błyskawicznie. Zamówił caprese, lasagnę (z których lokal słynął) i na
deser tiramisu oraz cappuccino. Jedząc główne danie, rzeczywiście
świetną lasagnę, zwrócił się do sąsiada ze stwierdzeniem:
- To prawdziwe niebo w gębie!
Z radością usłyszał odpowiedź:
- Zgadzam się. Zamówiłem to samo.
- Ale to niebo jest dość ciężką potrawą. Czy pozwoli pan, że ofiaruję mu
lampkę Brunello di Montalcino?
- Widzę, że jest pan znawcą. Takiego daru się nie odmawia.
- Przepraszam, że się narzucam, ale od niedawna mieszkam w tej okolicy i nie znam dobrze tej dzielnicy ani nie mam w niej znajomych.
- Ależ nie ma za co. Mnie też jest miło zamienić parę słów z kimś przy
obiedzie. Nie ma smutniejszej rzeczy niż samotne jedzenie, które
przecież powinno być czynnością socjalną, formą public relations.
- W takim razie zamiast lampki zamawiam butelkę i zapraszam, jeśli
łaska, do mojego stolika. Po co mamy się przekrzykiwać, jeśli możemy po
prostu rozmawiać.
- Nie odmówię.
I tak zaczęła się znajomość. Kultywowana przez kilka kolejnych miesięcy
zmieniła się w coś w rodzaju przyjaźni, suto podlewanej przednimi
winami. Dodatkowo wspólna profesja i swobodne poruszanie się w obszarze
IT i AI wzmocniły tworzącą się więź obu mężczyzn. Jimmy poinformował o niej Midasa, który zastanawiał się nad dość ryzykowną propozycją, której
wysunięcie wobec Johna chciał zasugerować Jimmy'emu. Doszedł jednak do
wniosku, że jest zbyt wcześnie.
Podobnie postąpił John, przesyłając pilny, sygnowany gryfem tajności
najwyższego stopnia szyfrogram do rąk własnych generała Malcewa.
Wszystko to działo się pod okiem raczej przymkniętym FBI, bowiem
inwigilujący byli zmęczeni i zniechęceni - wielomiesięczna obserwacja
nie doprowadziła do niczego spektakularnego, poza stwierdzeniem, że
obiekt zainteresowania nawiązuje normalne relacje towarzyskie w okolicy,
którą zamieszkuje.
Rozdział IV
IV
Generał Malcew obserwował, w miarę nadchodzenia raportów B1B,
umacniające się związki jego podwładnego z Jimmym. Studiując zaś
dokumentację współpracy tego ostatniego z Midasem, żywił nadzieję, że
może pojawić się na horyzoncie plan jakiegoś nowego przedsięwzięcia tego
przestępczego duetu, które mógłby ewentualnie wykorzystać do realizacji
swych projektów wysadzenia z fotela prezydenckiego Grigorija Iwanienki
po to, by zająć jego miejsce w sytuacji "wyższej konieczności", w której
może znaleźć się Rosja. Trzeba tylko tym procesem "przyjaźni" dobrze się
zaopiekować, pogłębić go, a gdy zajdzie taka konieczność zagrać va
banque.
* * *
Jimmy i John stanowili już nierozłączną parę do tego stopnia, że gdy
przychodzili do Il Borgo, kelner pytał po prostu - to, co zawsze? - i nie tracił czasu na zachęcanie gości do poszczególnych gatunków wina.
Czas mijał Rosenzweigowi i Redfordowi na rozmowach dotyczących głównie
kwestii profesjonalnych - technik informatycznych i sztucznej
inteligencji, czasami dotykali tematów politycznych. Gdy rzecz szła o Rosji i jej pozycji w świecie, Jimmy był wręcz zaskoczony
bezkompromisową, fundamentalistyczną rusofobią Johna.
Ten ostatni nie omieszkał zawiadomić o tym Malcewa, bo to on właśnie
zlecił mu odgrywanie owej roli, dodając, że wywołuje to zaskoczenie, ale
i milczącą aprobatę jego rozmówcy.
Informowany równolegle Midas sądził, że ta rusofobia może zaowocować
skutecznym szantażem na poziomie najwyższych władz Rosji i w efekcie,
przy użyciu odpowiednich środków, pomóc w realizacji jego planów, które
nazwał roboczo, na swój użytek, projektem "jutra nie będzie".
* * *
Długopis Malcewa zawisł nad czystym jeszcze formularzem szyfrogramu.
Doszedł do wniosku, że czas przejść od projektowania do działań, ale
wciąż się wahał. Był prawie pewien (jeśli w wywiadzie można być
czegokolwiek pewnym) lojalności Rosenzweiga i jego dyspozycyjności przy
wcielaniu w życie woli szefa. Ale jednak się wahał. Gdyby przypadkiem
nastąpił przeciek, a może, to jak by uzasadnił to polecenie swojemu
oficerowi "N" w terenie. Sprawa jest ściśle tajna, sam zaszyfruję treść,
tak że jedynymi jej dysponentami, depozytariuszami będą on i B1B. O jednego za dużo - pomyślał, używając starej wywiadowczej anegdoty.
Jeśliby jednak przyszło mu się bronić przed jakimś wyimaginowanym
trybunałem, to zawsze może powiedzieć, że to prowokacja USA, których
służby "odwróciły" jego agenta. W ten sposób Rosenzweig straciłby głowę,
lecz on uratowałby swoją. A pozycja Iwanienki i tak uległaby osłabieniu,
bo zbyt wolno reagował, zaprzeczając atakowi na USA i wskazując na jego
prowokacyjną fikcyjność.
Wreszcie zaczął pisać. Tekst powoli, z pomocą specjalnie zabezpieczonego
komputera bez emisji elektromagnetycznej, generującego zwielokrotniony
klucz losowy, zmieniał się w grupy cyfr. Po chwili pomknęły one impulsem
szybkiej telegrafii do znajdującego się akurat w zasięgu satelity
wojskowego Rosji, aby tam pozostać zdeponowane do chwili, gdy w promieniu działania przekaźnika znajdzie się San Francisco. Tekst był
krótki: "Przystąpić do realizacji operacji Nieobecna Litość".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki