Rozdział 1
"Liczyłem na ciebie, Said..."
Góra nie schodzi się z górą,Lecz życie zatacza krąg -I stary wróg jest dla nas czasemMilszy niż nowy przyjaciel.
- Wadim Szefner
Początkowo ten rozdział był zaplanowany jako część książki Pan Propan, ale ponieważ o biznesie nie ma tutaj nawet słowa, lecz dotyczy on relacji międzyludzkich, to opowiadanie o przygodzie związanej z nabyciem samochodu marki BMW zostało przeniesione do niniejszej książki.
W 1994 roku Andriej zarejestrował pierwszą polską firmę, a do kapitału założycielskiego postanowił wnieść aportem samochód osobowy. Już od dawna dojrzewała w nim potrzeba nabycia auta, ponieważ szef firmy, w której wciąż pracował Rosjanin, nie zapewnił obiecanego pojazdu służbowego.
Andriej znalazł niezłe oferty używanych beemek za pośrednictwem moskiewskich znajomych, którzy na samym początku pieriestrojkowej puszczonej na żywioł działalności kooperatywów szybko wykonali stosowne ruchy i założyli do spółki z Niemcami jakieś przedsiębiorstwo zajmujące się sprzętem turystycznym. Ustalono, że niemiecki partner biznesowy pomoże przeprowadzić całą transakcję, ponieważ Rosjanin nie miał niemieckiej wizy, w dodatku nie bardzo miał ochotę jechać do obcego kraju i osobiście zajmować się formalnościami. Dlatego za niewielką dopłatą samochód zobowiązano się dostarczyć bezpośrednio do Warszawy, pod dom Andrieja - full serwis! I tak oto pewnego, długo wyczekiwanego dnia na podwórzu obok swojego mrówkowca z wielkiej płyty Rosjanin odebrał od niemieckiego partnera biznesowego moskwian czarną beemkę "trójkę". Niemiec (miał na imię Georg) zupełnie nie pasował do określenia "partner biznesowy".
Ku wesołemu zdziwieniu Rosjanina był to młody, długowłosy chudzielec wciśnięty w strój motocyklowy - czarne skórzane spodnie i skórzaną ramoneskę. Rzucił Andriejowi na przywitanie jakieś pełne optymizmu powiedzonko, wręczył dokumenty oraz kluczyki, a następnie wskoczył do czekającego obok samochodu z niemiecką rejestracją i jego koleżanką za kierownicą i... ulotnił się.
Świeżo upieczony właściciel samochodu nie miał praktycznie żadnego doświadczenia w nabywaniu aut z importu, dlatego, rzecz jasna, nie sprawdził również dokumentów. Trzeba było zdać się na doświadczenie i uczciwość sprzedawców. A poza tym moskwianie też przecież kupowali samochody dla siebie przez tego samego Georga, dlatego nie było żadnego powodu do niepokoju.
Jednak gdy po kilku dniach Andriej udał się do wydziału celnego, gdzie zajmowano się formalnościami związanymi z importem samochodów, okazało się, że w dokumencie SAD brakuje pieczątki pogranicznika, która potwierdzałaby fakt przekroczenia niemiecko-polskiej granicy tym samochodem. Zakłopotany Rosjanin zapytał celnika, co należy zrobić w takim przypadku. Padła odpowiedź: "Trzeba wrócić tym samochodem na granicę i poprosić o przybicie pieczątki".
Poirytowany Andriej wsiadł do samochodu i udał się w kierunku domu, żeby stamtąd zadzwonić do moskwian i ustalić, jak dalej postępować. Myśli o problemie, który pojawił się znienacka, całkowicie zawładnęły umysłem Rosjanina i nawet nie zauważył, kiedy za jego samochodem pojawił się policyjny volkswagen, po pewnym czasie włączył koguta, a potem wyminął go i zmusił do zatrzymania się.
Niemiecka tablica rejestracyjna z numerami tranzytowymi zrobiła swoje - w połowie lat 90. czujni przedstawiciele organów ścigania przejawiali szczególne zainteresowanie samochodami sprowadzanymi z Niemiec. Zresztą było to w pełni uzasadnione. Rosjanin podał policjantowi, który podszedł do samochodu, swoje rosyjskie prawo jazdy i wszystkie dokumenty od bmw, które posiadał.
Pan "władza" sprawnie przejrzał papiery, zwrócił Andriejowi prawo jazdy i nagle zapytał: "A gdzie ubezpieczenie?". Nieszczęsny właściciel sprowadzonego kilka dni wcześniej zza granicy BMW nie pomyślał o takiej formalności. Dały o sobie znać brak doświadczenia i fakt, że nie miał pod ręką żadnego Polaka, który mógłby mu służyć radą. Andriej tylko bezradnie rozłożył ręce: niestety nie mam...
I wtedy zaczęło się sprytne "naprowadzanie" (Rosjanin zrozumiał to dopiero później, z chłodną głową). Najpierw policjant i jego partner - który też wyszedł z volkswagena i podszedł do nich widząc, że coś się szykuje - pełni natchnienia i w pięknych słowach opowiedzieli pechowemu właścicielowi nieubezpieczonego środka transportu, do czego w takiej sytuacji są zobowiązani zgodnie z obowiązującymi przepisami. A konkretnie: powinni odholować bmw na parking strzeżony i zatrzymać go do... Opowiadanie było krótkie, ale tak bardzo nafaszerowane kwotami kar, dni potrzebnych na wyjaśnienia i załatwienie jakichś dokumentów, wysokością opłat za każdy dzień postoju na parkingu strzeżonym, że Rosjanin z przerażeniem zrozumiał tylko jedno: do jeszcze nierozwiązanego problemu z uzyskaniem (nie wiadomo w jaki sposób) pieczątki na dokumencie potwierdzającym import doszedł również problem, który nawet nie pozwoli mu ruszyć tym samochodem w kierunku granicy. Powstał zaklęty krąg.
W panice Andriej zaproponował policjantom, by rozwiązać problem "w miejscu zatrzymania" w formie gotówkowej. "Pan policjant rozumie, trzeba jechać załatwiać na granicę, nie mogu ja, panie policjancie..." Łamanym polskim, podając swoje argumenty, Rosjanin gorączkowo szukał po kieszeniach pieniędzy przygotowanych na procedurę związaną z ocleniem. W końcu wyciągnął z koperty na chybił trafił pewną sumę i powiedział: "To dziesięć milionów, proszę mnie puścić, obiecuję, że opłacę ubezpieczenie...". Później z chłodną głową Andriej uzmysłowił sobie, że suma "kary" wielokrotnie przekraczała oczekiwania policjantów, którzy po prostu nie mogli uwierzyć w taki szczęśliwy traf! Możliwe, że uznali (tak później pomyślał Andriej), że z samochodem coś jest nie tak, skoro ten Rosjanin daje im taką zawrotną kwotę jako łapówkę. Gdy Rosjanin odliczał sumę "kary", miał na względzie kwoty, które wymienił przedstawiciel organów ścigania, a co najważniejsze - zadziałało tu rozpaczliwe położenie, które wymagało rozwiązania problemu z dokumentami potwierdzającymi przekroczenie granicy, a tu jeszcze taka historia...
Po tym jak strony doszły do "porozumienia - produktu będącego skutkiem całkowitego braku sprzeciwu stron" (jak wypowiedział się jeden z bohaterów nieśmiertelnej powieści Dwanaście krzeseł Ilji Ilfa i Jewgienija Pietrowa), patrol stał się bardzo uprzejmy i zapałał pragnieniem niesienia pomocy. Widocznie policjanci obawiali się, że po wypuszczeniu Rosjanina bez ważnego ubezpieczenia poważnie ryzykują, jeśli kolejna kontrola drogowa konkurencyjnego patrolu doprowadzi do ustalenia faktu, że "kara" już została opłacona, dlatego jeden z policjantów zaproponował właścicielowi bmw, aby pojechał razem z nimi do najbliższego oddziału pocztowego, gdzie można opłacić obowiązkowe ubezpieczenie pojazdu. Oczywiście, Andriej się zgodził. Z eskortą radiowozu, jak prawdziwy VIP (tylko bez włączonego koguta) podjechał pod pocztę. Jeden z policjantów wszedł razem z nim. Gdy dowiedział się, że Rosjanin nie ma doświadczenia w załatwianiu takiego ubezpieczenia, uprzejmie wziął blankiet, sam go wypełnił, wręczył Andriejowi do podpisu i wskazał okienko, w którym można opłacić polisę. Pełen serwis. Później Rosjanin zorientował się, że za dziesięć milionów (tysiąc złotych w przeliczeniu na pieniądze po denominacji) nie było nic dziwnego w tym, że stało się to, o czym śpiewał Wysocki: "nagle wszyscy byli dla mnie bardzo mili...".
Andriej pożegnał się z policjantami i pojechał do domu, myśląc po drodze, jak załatwić tę nieszczęsną pieczątkę z granicy. Gdy dotarł do mieszkania, zadzwonił do Moskwy. Na szczęście znajomi zapewnili go, że problem da się rozwiązać. Ponieważ "nabroił" Georg, który nie dopilnował przy przekroczeniu granicy, żeby celnik przystawił wszystkie wymagane pieczątki, dlatego to on weźmie ten problem na siebie. Trzeba było tylko ponownie przyjechać bmw na to samo przejście graniczne.
Te wydarzenia miały miejsce wiosną 1994 roku - Rosjanin jeszcze ani razu nie podróżował samochodem sam po Polsce. Dotychczas przemieszczał się tylko po Warszawie. Dlatego, żeby poczuć się bardziej bezpiecznie i pewnie w takiej długiej podróży (w jedną stronę prawie pięćset kilometrów), Andriej zwrócił się do Pawła - dobrego znajomego z firmy, w której pracował w tym momencie. Ich biurka znajdowały się w jednym pokoju, kolega był starszy od niego o jakieś dwadzieścia lat, ale to im nie przeszkodziło by się zaprzyjaźnić - Paweł nieraz zapraszał Andrieja do swojego domu, poznał go z żoną i córką. Dlatego pierwsze i najbardziej naturalne, co przyszło do głowy pechowemu właścicielowi bmw, to poprosić o pomoc bardziej doświadczonego kolegę, który mieszkał w Polsce wystarczająco długo i znał język. Oprócz tego Andriej bał się nie tyle długiego siedzenia za kierownicą (ostatecznie, uwzględniając rosyjskie przestrzenie, to nie był aż tak długi dystans), ile ryzyka natrafienia na drodze na kolejny patrol drogowy. I mimo że miał już ubezpieczenie, to nie było pewności, czy tym razem nie przyczepią się do dokumentów celnych... I znów trzeba będzie płacić "karę"...
Niespodziewana odmowa Pawła zasmuciła Andrieja - nie przewidział, że przyjaciel nie znajdzie możliwości, by mu pomóc. Tym bardziej że tak naprawdę datę spotkania z Georgiem można było przełożyć również na inny, bardziej dogodny dzień. Ale... sądząc po pokrętnych tłumaczeniach Pawła, gdyby Andriej zaproponował datę podróży, która by odpowiadała przyjacielowi, tylko postawiłby go w niezręcznej sytuacji. Andriej wyczuł to już podczas rozmowy telefonicznej. Zasmucony - nie tyle samym faktem odmowy, ile tym, że Paweł okazał się nie takim znowu przyjacielem, jak się wydawało Rosjaninowi - postanowił zwrócić się do dwóch innych znajomych. Pracowali w BRH - Biurze Radcy Handlowego. Obaj byli starsi od Andrieja, obaj znali się z jego ojcem, obaj służyli pomocą i wykazywali się najlepszymi chęciami. Mieli nawet w trzech zarejestrowaną firmę - spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością - z myślą o przyszłych wspólnych projektach. Ta firma w przyszłości nie podjęła żadnej działalności; widocznie została zaproponowana przez jednego z pracowników BRH w nadziei, że Andriej wykaże się żywą inicjatywą i zorganizuje jakiś biznes, ale... Sprawa nie ruszyła dalej niż notarialne potwierdzenie Statutu. Jeden ze wspomnianych znajomych (Wiaczesław) zeswatał również Andrieja z firmą "NIEFTIECHIMGAZ", gdzie pracował też Paweł. Krótko mówiąc, sami znajomi, sami przyjaciele. Jakież było zdziwienie Andrieja, gdy i jeden, i drugi, pod różnymi pretekstami, odmówili mu wspólnego wyjazdu na granicę.
Później przyszła mu do głowy myśl, że bali się, że zostaną wplątani w jakąś historię z dokumentami samochodu, być może mieli obawy, że w przypadku nieprzewidzianych wydarzeń mogą mieć jakieś kłopoty w związku z ich pracą w BRH. Trudno powiedzieć co było prawdziwą przyczyną odmowy. W tamtym czasie Rosjanin nie wpadł na to, że przyjaciele z BRH liczą się z tym, że z samochodem sprowadzonym z Niemiec coś może być nie w porządku. Dopiero później takie przypuszczenie przyszło mu do głowy. Mimo to Andriej nie chciał uwierzyć, że jego znajomi mogli pomyśleć, że kupił "lewy" samochód.
Tak czy inaczej, trzech najbliższych znajomych, na których mógł liczyć Rosjanin w obcym kraju, pod różnymi pretekstami odmówiło mu pomocy. Było to niespodziewane i bardzo nieprzyjemne doświadczenie. W zasadzie Andriejowi byłoby nawet lżej, gdyby każdy (lub którykolwiek) z nich po prostu powiedział: "Słuchaj, jest tak i tak, boję się jechać, ponieważ...". Byłoby to szczere i zrozumiałe. Ale każdy z nich wolał wymyślić jakiś powód, w który Andriej intuicyjnie nie uwierzył.
W tamtych latach Rosjanin miał pewną wadę, która mogła być też traktowana jak zaleta - takiego rodzaju problemy lub trudności tylko pobudzały go do działania. "Tacy jesteście, to pal was licho, pojadę sam i sam wszystko załatwię. Obejdę się bez waszej łaski" - takie myśli krążyły mu wtedy po głowie. Nawiasem mówiąc, po drodze tam i z powrotem, dostrzegając stojący na poboczu radiowóz, Andriej starał się schować na równoległym pasie za jakąś ciężarówką, jeśli sytuacja na trasie na to pozwalała. Wszystko skończyło się pomyślnie, ani razu nie został zatrzymany do kontroli, co po prostu graniczyło z cudem, jeśli wziąć pod uwagę jego niemiecką tablicę rejestracyjną z numerami tranzytowymi.
Na granicy już czekał na niego Georg, który był ubrany w ten sam strój motocyklowy. Po krótkim przywitaniu wziął dokumenty, podszedł do budki pograniczników i po dziesięciu minutach wrócił z upragnioną pieczątką. Nikt nawet nie podszedł do bmw. "Europa pełną gębą!" - pomyślał Rosjanin. Pożegnał się z Georgiem, wsiadł do auta i uspokojony ruszył w kierunku Warszawy. Lecz w drodze do domu, jak natarczywa mucha, cały czas nie dawała mu spokoju jedna myśl. Z jakiegoś powodu znalazła ona swój wyraz w postaci cytatu z filmu Białe słońce pustyni. Wspominając swoich warszawskich przyjaciół, wszystkich razem i każdego z osobna, Andriej powtarzał tę samą frazę: "Liczyłem na ciebie, Said...".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki