Junona i awoś, czyli Rozwód trwający ćwierć wieku - Andrzej Pierowski

Kup ebooka

25.20 zł
20.16 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od au­tora

Pyta­nie "Dla kogo zo­stała na­pi­sana ta książka?" zda­niem au­tora po­winno po­zo­stać bez od­po­wie­dzi.

Le­piej i pro­ściej brzmi py­ta­nie: "Po co zo­stała na­pi­sana ta książka?".

Bar­dzo czę­sto czło­wiek "po pro­stu żyje", na­tra­fia­jąc na ta­kie lub inne oko­licz­no­ści zmie­nia­jące bieg jego eg­zy­sten­cji, nie­prze­rwa­nie wy­bie­ra­jąc z pa­lety wa­rian­tów tę je­dyną, nie­po­wta­rzalną wer­sję, a po­tem, na końcu drogi (co prawda nie każdy), pró­buje oce­nić, jaki osią­gnął re­zul­tat. Rzadko zda­rza się, aby ktoś pró­bo­wał prze­ana­li­zo­wać ogniwa łań­cu­chów przy­czy­nowo-skut­ko­wych, po­wią­zać grupy wy­da­rzeń, epi­zo­dów, zna­ków. I jesz­cze rzad­sze są próby wy­cią­gnię­cia wnio­sków ze wszyst­kiego, co się wy­da­rzyło.

Ta książka jest wła­śnie taką próbą, do­ko­naną na pod­sta­wie su­biek­tyw­nej oceny au­tora, w od­nie­sie­niu do wy­da­rzeń, które miały miej­sce w jego ży­ciu. Prawdą jest, że to utwór pe­łen mę­skiego szo­wi­ni­zmu, ob­na­żo­nych emo­cji i de­ka­denc­kich na­stro­jów. Nie na próżno taki wła­śnie cy­tat z Raya Brad­bury'ego zo­stał wy­brany jako motto ca­łej opo­wie­ści.

Struk­tura książki jest na­stę­pu­jąca: na ro­żen chro­no­lo­gii na­ni­zane zo­stały ka­wałki róż­nego ka­li­bru ana­li­tycz­nych uogól­nień i roz­my­ślań au­tora. Jed­nak bra­kuje w niej ści­słej ko­lej­no­ści - nie­które roz­działy są ze sobą lo­gicz­nie po­wią­zane, inne zaś po­zo­stają w pełni au­to­no­micz­nymi opo­wia­da­niami.

Ogól­nie rzecz uj­mu­jąc, ni­niej­sza opo­wieść to mo­zaika, która układa się w ob­raz, epic­kie płótno w stylu Ilji Gła­zu­nowa. Zna­la­zło to swoje po­twier­dze­nie w ty­tule - ćwierć wieku. Moż­liwe, że przy­miot­nik "epicki" wyda się dziwny w od­nie­sie­niu do hi­sto­rii po­je­dyn­czego czło­wieka, lecz je­śli weź­mie się pod uwagę inne zna­cze­nia tego słowa, ta­kie jak: "nar­ra­cyjny", "spo­kojny", "bez­na­miętny" (które pod­po­wiada nam Sow­rie­mien­nyj toł­ko­wyj sło­war' wy­daw­nic­twa Bol­szaja So­wiet­skaja En­cy­kło­pie­dija), to bez prze­szkód można użyć tego przy­miot­nika. Na­wia­sem mó­wiąc, słowo "roz­wód", użyte w ty­tule ni­niej­szej książki, na­leży trak­to­wać dwo­jako: rów­no­le­gle z tra­dy­cyj­nym ma­try­mo­nial­nym zna­cze­niem trzeba mieć na uwa­dze rów­nież zna­cze­nie nowe, które w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku zy­skało wy­jąt­kową po­pu­lar­ność w po­tęż­nym, mó­wio­nym ję­zyku ro­syj­skim i od­po­wiada pol­skiemu słowu "wy­ki­wa­nie" w po­tocz­nym uży­ciu, nie­zwią­za­nym z pił­kar­skimi umie­jęt­no­ściami pre­zen­to­wa­nymi na bo­isku.

Co ma tu do rze­czy "awoś"?

Ty­tuł nie ma nic wspól­nego z po­pu­larną operą roc­kową Alek­sieja Ryb­ni­kowa, a słowo "awoś"... Tak, słynne ro­syj­skie "awoś"... Spró­buj­cie wy­tłu­ma­czyć Eu­ro­pej­czy­kowi lub Ame­ry­ka­ni­nowi - czło­wie­kowi o in­nej men­tal­no­ści - co zna­czy awoś! Nie od razu wam się to uda. To pra­dawne ro­syj­skie słowo bar­dzo pre­cy­zyj­nie cha­rak­te­ry­zuje skłon­ność Ro­sja­nina, aby pu­ścić wszystko na ży­wioł w nie­prze­mi­ja­ją­cej na­dziei, że ży­cie ja­koś samo się ułoży, wy­kla­ruje, a nie­szczę­ście nas omi­nie. W da­nym przy­padku au­tor wy­ko­rzy­stał to słowo jako wskaź­nik wie­lo­krot­nie po­peł­nio­nych błę­dów i nie­wła­ści­wych de­cy­zji pod­ję­tych na roz­staju. Rów­nież jako wskaź­nik na­dziei, że pro­blemy z Ju­noną wcze­śniej czy póź­niej "ja­koś" się roz­wiążą. W ję­zyku ro­syj­skim ist­nieje wiele przy­słów i po­rze­ka­deł - za­równo po­zy­tyw­nych, jak i ne­ga­tyw­nych - od­wo­łu­ją­cych się do słowa "awoś". Opi­sana w książce, trwa­jąca ćwierć­wie­cze hi­sto­ria, nie­stety po­twier­dziła za­sad­ność przy­sło­wia "Awoś do ni­czego do­brego nie pro­wa­dzi".

Kilka słów do za­wo­do­wych kry­ty­ków,żeby oszczę­dzić ich siły, czas i ener­gię.

"Nie! Tak nie wolno! - za­woła obu­rzony kry­tyk, wy­bitny znawca li­te­ra­tury - co to za po­mie­sza­nie sty­lów! Czy go­dzi się w utwo­rze li­te­rac­kim sto­so­wać od­sy­ła­cze w ro­dzaju "Patrz roz­dział taki to, a taki!" Co to ma być - pod­ręcz­nik?".

"Po co au­tor na­wpy­chał tyle cy­ta­tów i od­no­śni­ków do tek­stów pio­se­nek, ksią­żek i fil­mów? - gder­li­wie doda inny kry­tyk. - Naj­wy­raź­niej chce w ten spo­sób pod­kre­ślić swoją eru­dy­cję".

"A frazy! Zo­bacz­cie, co au­tor wy­pra­wia przy bu­do­wa­niu fraz!" - za­wtó­ruje mu za­wo­dowy lin­gwi­sta. "Czyż go­dzi się wsta­wiać w jedno zda­nie po dwie uwagi w na­wia­sie!"

Tak, za­wo­dowi kry­tycy będą mieć ab­so­lutną ra­cję - au­tor świa­do­mie zre­zy­gno­wał z czy­sto­ści formy i stylu na rzecz nad­rzęd­nego celu - pre­cy­zji w prze­ka­zy­wa­niu my­śli, uczuć i in­for­ma­cji.

Kto nie po­wi­nien czy­tać tej książki.

Prze­czy­ta­nie tej książki bę­dzie stratą czasu dla wszel­kiej ma­ści za­wo­do­wych i do­mo­ro­słych psy­cho­lo­gów, któ­rzy lu­bią udzie­lać po­rad lu­dziom, jak żyć. Dla tych psy­cho­lo­gów, któ­rzy nie do­świad­czyli na­wet dzie­sią­tej czę­ści trud­no­ści, z któ­rymi mu­siał się zma­gać bo­ha­ter książki Pan Pro­pan.

Prze­czy­ta­nie tej książki bę­dzie stratą czasu dla dwu­dzie­sto-, trzy­dzie­sto­let­nich go­spo­dyń do­mo­wych, dla któ­rych naj­więk­szym stre­sem w ży­ciu jest długa ko­lejka w su­per­mar­ke­cie albo zła­many ob­cas.

Prze­czy­ta­nie tej książki bę­dzie stratą czasu dla ko­biet, które za­wzię­cie wal­czą o "rów­no­upraw­nie­nie" płci, opacz­nie je ro­zu­mie­jąc.

Za­równo za­wo­dowi psy­cho­lo­dzy, jak też ci do­mo­ro­śli, na­tchnieni lek­turą kilku mod­nych pu­bli­ka­cy­jek, nie­wąt­pli­wie uj­rzą w tej dziw­nej książce wy­ra­zi­sty ob­ra­zek fru­stra­cji au­tora, jego próbę "uwol­nie­nia się" od przy­tła­cza­ją­cych wspo­mnień i prze­żyć, po­le­ga­jącą na prze­la­niu wszyst­kich wy­da­rzeń na pa­pier. Z miej­sca mu­szę roz­cza­ro­wać kre­ato­rów po­dob­nych dy­wa­ga­cji i prze­ina­cza­jąc słowa Ostapa Ben­dera skie­ro­wane do Alek­san­dra Iwa­no­wi­cza Ko­rejki[1], spie­szę za­ko­mu­ni­ko­wać, że tam, we wnę­trzu au­tora, kryje się szla­chetne i cał­kiem zdrowe serce, nie­zmą­cona ni­czym zdol­ność my­śle­nia i mózg bez oznak ma­ra­zmu. Pro­szę uwzględ­nić ten fakt w pro­to­kole.

A więc po co?

W ni­niej­szej książce nie ma ani wnio­sków, ani pod­su­mo­wań - każdy może wy­cią­gnąć wnio­ski sam. Au­tor prze­ko­nał się na wła­snym do­świad­cze­niu, że je­śli od­bie­rasz in­nego czło­wieka, pod­świa­do­mie wy­po­sa­ża­jąc go we wła­sną men­tal­ność i po­ziom in­te­lek­tu­alny, to rów­nież jego czyny sta­rasz się zro­zu­mieć, przyj­mu­jąc kry­te­ria ra­cjo­nal­no­ści lub szko­dli­wo­ści. Stąd biorą się roz­draż­nie­nie i złość: "Jakże to tak - czło­wiek wy­daje się tak bli­ski, a za­cho­wuje się jak wróg?" Jed­nak je­śli po­sta­ramy się zro­zu­mieć i za­ak­cep­to­wać fakt, że ów "bli­ski" czło­wiek żyje w swoim wła­snym świe­cie, wi­dzi kon­kretne sy­tu­acje zu­peł­nie in­nymi oczyma, to próby przy­pi­sy­wa­nia jego dzia­ła­niom zna­mion ja­kie­goś prze­my­śla­nego planu stracą ra­cję bytu. A je­śli do­damy do tego szczyptę schi­zo­fre­nii albo cho­roby Al­zhe­imera, to ne­ga­tywne emo­cje w sto­sunku do ta­kiej osoby będą zu­peł­nie po­zba­wione sensu.

Po pro­stu au­tor uważa, że je­śli wśród trzy­stu osób, które prze­czy­tają (być może) ni­niej­sze dzieło, znaj­dzie się choć je­den czło­wiek skłonny przy­znać, że nie­które z opi­sa­nych wy­da­rzeń, prze­żyć i my­śli oka­zały się bli­skie jego sercu i zro­zu­miałe, to już wtedy bę­dzie można stwier­dzić, że wy­da­nie książki nie było próż­nym tru­dem.

War­szawa, 2022 r.

Roz­dział 1

"Li­czy­łem na cie­bie, Said..."

Góra nie scho­dzi się z górą,Lecz ży­cie za­ta­cza krąg -I stary wróg jest dla nas cza­semMil­szy niż nowy przy­ja­ciel.

- Wa­dim Szef­ner

Począt­kowo ten roz­dział był za­pla­no­wany jako część książki Pan Pro­pan, ale po­nie­waż o biz­ne­sie nie ma tu­taj na­wet słowa, lecz do­ty­czy on re­la­cji mię­dzy­ludz­kich, to opo­wia­da­nie o przy­go­dzie zwią­za­nej z na­by­ciem sa­mo­chodu marki BMW zo­stało prze­nie­sione do ni­niej­szej książki.

W 1994 roku An­driej za­re­je­stro­wał pierw­szą pol­ską firmę, a do ka­pi­tału za­ło­ży­ciel­skiego po­sta­no­wił wnieść apor­tem sa­mo­chód oso­bowy. Już od dawna doj­rze­wała w nim po­trzeba na­by­cia auta, po­nie­waż szef firmy, w któ­rej wciąż pra­co­wał Ro­sja­nin, nie za­pew­nił obie­ca­nego po­jazdu służ­bo­wego.

An­driej zna­lazł nie­złe oferty uży­wa­nych be­emek za po­śred­nic­twem mo­skiew­skich zna­jo­mych, któ­rzy na sa­mym po­czątku pie­rie­stroj­ko­wej pusz­czo­nej na ży­wioł dzia­łal­no­ści ko­ope­ra­ty­wów szybko wy­ko­nali sto­sowne ru­chy i za­ło­żyli do spółki z Niem­cami ja­kieś przed­się­bior­stwo zaj­mu­jące się sprzę­tem tu­ry­stycz­nym. Usta­lono, że nie­miecki part­ner biz­ne­sowy po­może prze­pro­wa­dzić całą trans­ak­cję, po­nie­waż Ro­sja­nin nie miał nie­miec­kiej wizy, w do­datku nie bar­dzo miał ochotę je­chać do ob­cego kraju i oso­bi­ście zaj­mo­wać się for­mal­no­ściami. Dla­tego za nie­wielką do­płatą sa­mo­chód zo­bo­wią­zano się do­star­czyć bez­po­śred­nio do War­szawy, pod dom An­drieja - full ser­wis! I tak oto pew­nego, długo wy­cze­ki­wa­nego dnia na po­dwó­rzu obok swo­jego mrów­kowca z wiel­kiej płyty Ro­sja­nin ode­brał od nie­miec­kiego part­nera biz­ne­so­wego mo­skwian czarną be­emkę "trójkę". Nie­miec (miał na imię Georg) zu­peł­nie nie pa­so­wał do okre­śle­nia "part­ner biz­ne­sowy".

Ku we­so­łemu zdzi­wie­niu Ro­sja­nina był to młody, dłu­go­włosy chu­dzie­lec wci­śnięty w strój mo­to­cy­klowy - czarne skó­rzane spodnie i skó­rzaną ra­mo­ne­skę. Rzu­cił An­drie­jowi na przy­wi­ta­nie ja­kieś pełne opty­mi­zmu po­wie­dzonko, wrę­czył do­ku­menty oraz klu­czyki, a na­stęp­nie wsko­czył do cze­ka­ją­cego obok sa­mo­chodu z nie­miecką re­je­stra­cją i jego ko­le­żanką za kie­row­nicą i... ulot­nił się.

Świeżo upie­czony wła­ści­ciel sa­mo­chodu nie miał prak­tycz­nie żad­nego do­świad­cze­nia w na­by­wa­niu aut z im­portu, dla­tego, rzecz ja­sna, nie spraw­dził rów­nież do­ku­men­tów. Trzeba było zdać się na do­świad­cze­nie i uczci­wość sprze­daw­ców. A poza tym mo­skwia­nie też prze­cież ku­po­wali sa­mo­chody dla sie­bie przez tego sa­mego Geo­rga, dla­tego nie było żad­nego po­wodu do nie­po­koju.

Jed­nak gdy po kilku dniach An­driej udał się do wy­działu cel­nego, gdzie zaj­mo­wano się for­mal­no­ściami zwią­za­nymi z im­por­tem sa­mo­cho­dów, oka­zało się, że w do­ku­men­cie SAD bra­kuje pie­czątki po­gra­nicz­nika, która po­twier­dza­łaby fakt prze­kro­cze­nia nie­miecko-pol­skiej gra­nicy tym sa­mo­cho­dem. Za­kło­po­tany Ro­sja­nin za­py­tał cel­nika, co na­leży zro­bić w ta­kim przy­padku. Pa­dła od­po­wiedź: "Trzeba wró­cić tym sa­mo­cho­dem na gra­nicę i po­pro­sić o przy­bi­cie pie­czątki".

Po­iry­to­wany An­driej wsiadł do sa­mo­chodu i udał się w kie­runku domu, żeby stam­tąd za­dzwo­nić do mo­skwian i usta­lić, jak da­lej po­stę­po­wać. My­śli o pro­ble­mie, który po­ja­wił się znie­nacka, cał­ko­wi­cie za­wład­nęły umy­słem Ro­sja­nina i na­wet nie za­uwa­żył, kiedy za jego sa­mo­cho­dem po­ja­wił się po­li­cyjny volks­wa­gen, po pew­nym cza­sie włą­czył ko­guta, a po­tem wy­mi­nął go i zmu­sił do za­trzy­ma­nia się.

Nie­miecka ta­blica re­je­stra­cyjna z nu­me­rami tran­zy­to­wymi zro­biła swoje - w po­ło­wie lat 90. czujni przed­sta­wi­ciele or­ga­nów ści­ga­nia prze­ja­wiali szcze­gólne za­in­te­re­so­wa­nie sa­mo­cho­dami spro­wa­dza­nymi z Nie­miec. Zresztą było to w pełni uza­sad­nione. Ro­sja­nin po­dał po­li­cjan­towi, który pod­szedł do sa­mo­chodu, swoje ro­syj­skie prawo jazdy i wszyst­kie do­ku­menty od bmw, które po­sia­dał.

Pan "wła­dza" spraw­nie przej­rzał pa­piery, zwró­cił An­drie­jowi prawo jazdy i na­gle za­py­tał: "A gdzie ubez­pie­cze­nie?". Nie­szczę­sny wła­ści­ciel spro­wa­dzo­nego kilka dni wcze­śniej zza gra­nicy BMW nie po­my­ślał o ta­kiej for­mal­no­ści. Dały o so­bie znać brak do­świad­cze­nia i fakt, że nie miał pod ręką żad­nego Po­laka, który mógłby mu słu­żyć radą. An­driej tylko bez­rad­nie roz­ło­żył ręce: nie­stety nie mam...

I wtedy za­częło się sprytne "na­pro­wa­dza­nie" (Ro­sja­nin zro­zu­miał to do­piero póź­niej, z chłodną głową). Naj­pierw po­li­cjant i jego part­ner - który też wy­szedł z volks­wa­gena i pod­szedł do nich wi­dząc, że coś się szy­kuje - pełni na­tchnie­nia i w pięk­nych sło­wach opo­wie­dzieli pe­cho­wemu wła­ści­cie­lowi nie­ubez­pie­czo­nego środka trans­portu, do czego w ta­kiej sy­tu­acji są zo­bo­wią­zani zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi prze­pi­sami. A kon­kret­nie: po­winni od­ho­lo­wać bmw na par­king strze­żony i za­trzy­mać go do... Opo­wia­da­nie było krót­kie, ale tak bar­dzo na­fa­sze­ro­wane kwo­tami kar, dni po­trzeb­nych na wy­ja­śnie­nia i za­ła­twie­nie ja­kichś do­ku­men­tów, wy­so­ko­ścią opłat za każdy dzień po­stoju na par­kingu strze­żo­nym, że Ro­sja­nin z prze­ra­że­niem zro­zu­miał tylko jedno: do jesz­cze nie­roz­wią­za­nego pro­blemu z uzy­ska­niem (nie wia­domo w jaki spo­sób) pie­czątki na do­ku­men­cie po­twier­dza­ją­cym im­port do­szedł rów­nież pro­blem, który na­wet nie po­zwoli mu ru­szyć tym sa­mo­cho­dem w kie­runku gra­nicy. Po­wstał za­klęty krąg.

W pa­nice An­driej za­pro­po­no­wał po­li­cjan­tom, by roz­wią­zać pro­blem "w miej­scu za­trzy­ma­nia" w for­mie go­tów­ko­wej. "Pan po­li­cjant ro­zu­mie, trzeba je­chać za­ła­twiać na gra­nicę, nie mogu ja, pa­nie po­li­cjan­cie..." Ła­ma­nym pol­skim, po­da­jąc swoje ar­gu­menty, Ro­sja­nin go­rącz­kowo szu­kał po kie­sze­niach pie­nię­dzy przy­go­to­wa­nych na pro­ce­durę zwią­zaną z ocle­niem. W końcu wy­cią­gnął z ko­perty na chy­bił tra­fił pewną sumę i po­wie­dział: "To dzie­sięć mi­lio­nów, pro­szę mnie pu­ścić, obie­cuję, że opłacę ubez­pie­cze­nie...". Póź­niej z chłodną głową An­driej uzmy­sło­wił so­bie, że suma "kary" wie­lo­krot­nie prze­kra­czała ocze­ki­wa­nia po­li­cjan­tów, któ­rzy po pro­stu nie mo­gli uwie­rzyć w taki szczę­śliwy traf! Moż­liwe, że uznali (tak póź­niej po­my­ślał An­driej), że z sa­mo­cho­dem coś jest nie tak, skoro ten Ro­sja­nin daje im taką za­wrotną kwotę jako ła­pówkę. Gdy Ro­sja­nin od­li­czał sumę "kary", miał na wzglę­dzie kwoty, które wy­mie­nił przed­sta­wi­ciel or­ga­nów ści­ga­nia, a co naj­waż­niej­sze - za­dzia­łało tu roz­pacz­liwe po­ło­że­nie, które wy­ma­gało roz­wią­za­nia pro­blemu z do­ku­men­tami po­twier­dza­ją­cymi prze­kro­cze­nie gra­nicy, a tu jesz­cze taka hi­sto­ria...

Po tym jak strony do­szły do "po­ro­zu­mie­nia - pro­duktu bę­dą­cego skut­kiem cał­ko­wi­tego braku sprze­ciwu stron" (jak wy­po­wie­dział się je­den z bo­ha­te­rów nie­śmier­tel­nej po­wie­ści Dwa­na­ście krze­seł Ilji Ilfa i Jew­gie­nija Pie­trowa), pa­trol stał się bar­dzo uprzejmy i za­pa­łał pra­gnie­niem nie­sie­nia po­mocy. Wi­docz­nie po­li­cjanci oba­wiali się, że po wy­pusz­cze­niu Ro­sja­nina bez waż­nego ubez­pie­cze­nia po­waż­nie ry­zy­kują, je­śli ko­lejna kon­trola dro­gowa kon­ku­ren­cyj­nego pa­trolu do­pro­wa­dzi do usta­le­nia faktu, że "kara" już zo­stała opła­cona, dla­tego je­den z po­li­cjan­tów za­pro­po­no­wał wła­ści­cie­lowi bmw, aby po­je­chał ra­zem z nimi do naj­bliż­szego od­działu pocz­to­wego, gdzie można opła­cić obo­wiąz­kowe ubez­pie­cze­nie po­jazdu. Oczy­wi­ście, An­driej się zgo­dził. Z eskortą ra­dio­wozu, jak praw­dziwy VIP (tylko bez włą­czo­nego ko­guta) pod­je­chał pod pocztę. Je­den z po­li­cjan­tów wszedł ra­zem z nim. Gdy do­wie­dział się, że Ro­sja­nin nie ma do­świad­cze­nia w za­ła­twia­niu ta­kiego ubez­pie­cze­nia, uprzej­mie wziął blan­kiet, sam go wy­peł­nił, wrę­czył An­drie­jowi do pod­pisu i wska­zał okienko, w któ­rym można opła­cić po­lisę. Pe­łen ser­wis. Póź­niej Ro­sja­nin zo­rien­to­wał się, że za dzie­sięć mi­lio­nów (ty­siąc zło­tych w prze­li­cze­niu na pie­nią­dze po de­no­mi­na­cji) nie było nic dziw­nego w tym, że stało się to, o czym śpie­wał Wy­socki: "na­gle wszy­scy byli dla mnie bar­dzo mili...".

An­driej po­że­gnał się z po­li­cjan­tami i po­je­chał do domu, my­śląc po dro­dze, jak za­ła­twić tę nie­szczę­sną pie­czątkę z gra­nicy. Gdy do­tarł do miesz­ka­nia, za­dzwo­nił do Mo­skwy. Na szczę­ście zna­jomi za­pew­nili go, że pro­blem da się roz­wią­zać. Po­nie­waż "na­broił" Georg, który nie do­pil­no­wał przy prze­kro­cze­niu gra­nicy, żeby cel­nik przy­sta­wił wszyst­kie wy­ma­gane pie­czątki, dla­tego to on weź­mie ten pro­blem na sie­bie. Trzeba było tylko po­now­nie przy­je­chać bmw na to samo przej­ście gra­niczne.

Te wy­da­rze­nia miały miej­sce wio­sną 1994 roku - Ro­sja­nin jesz­cze ani razu nie po­dró­żo­wał sa­mo­cho­dem sam po Pol­sce. Do­tych­czas prze­miesz­czał się tylko po War­sza­wie. Dla­tego, żeby po­czuć się bar­dziej bez­piecz­nie i pew­nie w ta­kiej dłu­giej po­dróży (w jedną stronę pra­wie pięć­set ki­lo­me­trów), An­driej zwró­cił się do Pawła - do­brego zna­jo­mego z firmy, w któ­rej pra­co­wał w tym mo­men­cie. Ich biurka znaj­do­wały się w jed­nym po­koju, ko­lega był star­szy od niego o ja­kieś dwa­dzie­ścia lat, ale to im nie prze­szko­dziło by się za­przy­jaź­nić - Pa­weł nie­raz za­pra­szał An­drieja do swo­jego domu, po­znał go z żoną i córką. Dla­tego pierw­sze i naj­bar­dziej na­tu­ralne, co przy­szło do głowy pe­cho­wemu wła­ści­cie­lowi bmw, to po­pro­sić o po­moc bar­dziej do­świad­czo­nego ko­legę, który miesz­kał w Pol­sce wy­star­cza­jąco długo i znał ję­zyk. Oprócz tego An­driej bał się nie tyle dłu­giego sie­dze­nia za kie­row­nicą (osta­tecz­nie, uwzględ­nia­jąc ro­syj­skie prze­strze­nie, to nie był aż tak długi dy­stans), ile ry­zyka na­tra­fie­nia na dro­dze na ko­lejny pa­trol dro­gowy. I mimo że miał już ubez­pie­cze­nie, to nie było pew­no­ści, czy tym ra­zem nie przy­cze­pią się do do­ku­men­tów cel­nych... I znów trzeba bę­dzie pła­cić "karę"...

Nie­spo­dzie­wana od­mowa Pawła za­smu­ciła An­drieja - nie prze­wi­dział, że przy­ja­ciel nie znaj­dzie moż­li­wo­ści, by mu po­móc. Tym bar­dziej że tak na­prawdę datę spo­tka­nia z Geo­r­giem można było prze­ło­żyć rów­nież na inny, bar­dziej do­godny dzień. Ale... są­dząc po po­kręt­nych tłu­ma­cze­niach Pawła, gdyby An­driej za­pro­po­no­wał datę po­dróży, która by od­po­wia­dała przy­ja­cie­lowi, tylko po­sta­wiłby go w nie­zręcz­nej sy­tu­acji. An­driej wy­czuł to już pod­czas roz­mowy te­le­fo­nicz­nej. Za­smu­cony - nie tyle sa­mym fak­tem od­mowy, ile tym, że Pa­weł oka­zał się nie ta­kim znowu przy­ja­cie­lem, jak się wy­da­wało Ro­sja­ni­nowi - po­sta­no­wił zwró­cić się do dwóch in­nych zna­jo­mych. Pra­co­wali w BRH - Biu­rze Radcy Han­dlo­wego. Obaj byli starsi od An­drieja, obaj znali się z jego oj­cem, obaj słu­żyli po­mocą i wy­ka­zy­wali się naj­lep­szymi chę­ciami. Mieli na­wet w trzech za­re­je­stro­waną firmę - spółkę z ogra­ni­czoną od­po­wie­dzial­no­ścią - z my­ślą o przy­szłych wspól­nych pro­jek­tach. Ta firma w przy­szło­ści nie pod­jęła żad­nej dzia­łal­no­ści; wi­docz­nie zo­stała za­pro­po­no­wana przez jed­nego z pra­cow­ni­ków BRH w na­dziei, że An­driej wy­każe się żywą ini­cja­tywą i zor­ga­ni­zuje ja­kiś biz­nes, ale... Sprawa nie ru­szyła da­lej niż no­ta­rialne po­twier­dze­nie Sta­tutu. Je­den ze wspo­mnia­nych zna­jo­mych (Wia­cze­sław) ze­swa­tał rów­nież An­drieja z firmą "NIE­FTIE­CHIM­GAZ", gdzie pra­co­wał też Pa­weł. Krótko mó­wiąc, sami zna­jomi, sami przy­ja­ciele. Ja­kież było zdzi­wie­nie An­drieja, gdy i je­den, i drugi, pod róż­nymi pre­tek­stami, od­mó­wili mu wspól­nego wy­jazdu na gra­nicę.

Póź­niej przy­szła mu do głowy myśl, że bali się, że zo­staną wplą­tani w ja­kąś hi­sto­rię z do­ku­men­tami sa­mo­chodu, być może mieli obawy, że w przy­padku nie­prze­wi­dzia­nych wy­da­rzeń mogą mieć ja­kieś kło­poty w związku z ich pracą w BRH. Trudno po­wie­dzieć co było praw­dziwą przy­czyną od­mowy. W tam­tym cza­sie Ro­sja­nin nie wpadł na to, że przy­ja­ciele z BRH li­czą się z tym, że z sa­mo­cho­dem spro­wa­dzo­nym z Nie­miec coś może być nie w po­rządku. Do­piero póź­niej ta­kie przy­pusz­cze­nie przy­szło mu do głowy. Mimo to An­driej nie chciał uwie­rzyć, że jego zna­jomi mo­gli po­my­śleć, że ku­pił "lewy" sa­mo­chód.

Tak czy ina­czej, trzech naj­bliż­szych zna­jo­mych, na któ­rych mógł li­czyć Ro­sja­nin w ob­cym kraju, pod róż­nymi pre­tek­stami od­mó­wiło mu po­mocy. Było to nie­spo­dzie­wane i bar­dzo nie­przy­jemne do­świad­cze­nie. W za­sa­dzie An­drie­jowi by­łoby na­wet lżej, gdyby każdy (lub któ­ry­kol­wiek) z nich po pro­stu po­wie­dział: "Słu­chaj, jest tak i tak, boję się je­chać, po­nie­waż...". By­łoby to szczere i zro­zu­miałe. Ale każdy z nich wo­lał wy­my­ślić ja­kiś po­wód, w który An­driej in­tu­icyj­nie nie uwie­rzył.

W tam­tych la­tach Ro­sja­nin miał pewną wadę, która mo­gła być też trak­to­wana jak za­leta - ta­kiego ro­dzaju pro­blemy lub trud­no­ści tylko po­bu­dzały go do dzia­ła­nia. "Tacy je­ste­ście, to pal was li­cho, po­jadę sam i sam wszystko za­ła­twię. Obejdę się bez wa­szej ła­ski" - ta­kie my­śli krą­żyły mu wtedy po gło­wie. Na­wia­sem mó­wiąc, po dro­dze tam i z po­wro­tem, do­strze­ga­jąc sto­jący na po­bo­czu ra­dio­wóz, An­driej sta­rał się scho­wać na rów­no­le­głym pa­sie za ja­kąś cię­ża­rówką, je­śli sy­tu­acja na tra­sie na to po­zwa­lała. Wszystko skoń­czyło się po­myśl­nie, ani razu nie zo­stał za­trzy­many do kon­troli, co po pro­stu gra­ni­czyło z cu­dem, je­śli wziąć pod uwagę jego nie­miecką ta­blicę re­je­stra­cyjną z nu­me­rami tran­zy­to­wymi.

Na gra­nicy już cze­kał na niego Georg, który był ubrany w ten sam strój mo­to­cy­klowy. Po krót­kim przy­wi­ta­niu wziął do­ku­menty, pod­szedł do budki po­gra­nicz­ni­ków i po dzie­się­ciu mi­nu­tach wró­cił z upra­gnioną pie­czątką. Nikt na­wet nie pod­szedł do bmw. "Eu­ropa pełną gębą!" - po­my­ślał Ro­sja­nin. Po­że­gnał się z Geo­r­giem, wsiadł do auta i uspo­ko­jony ru­szył w kie­runku War­szawy. Lecz w dro­dze do domu, jak na­tar­czywa mu­cha, cały czas nie da­wała mu spo­koju jedna myśl. Z ja­kie­goś po­wodu zna­la­zła ona swój wy­raz w po­staci cy­tatu z filmu Białe słońce pu­styni. Wspo­mi­na­jąc swo­ich war­szaw­skich przy­ja­ciół, wszyst­kich ra­zem i każ­dego z osobna, An­driej po­wta­rzał tę samą frazę: "Li­czy­łem na cie­bie, Said...".

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki