Juno - Anna Dziewit-Meller

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W zoo tego dnia nie było ja­koś bar­dzo tłum­nie. Może to ta po­goda, może te ceny bi­le­tów. Lu­dzie snuli się w nie­wiel­kich grup­kach mię­dzy wy­bie­gami dla zwie­rząt, wcho­dząc do wnę­trza sło­niarni, strze­py­wali wodę z pa­ra­soli i kur­tek prze­ciw­desz­czo­wych. Bu­rze i wi­chury sza­lały nad Pol­ską i aku­rat w ten week­end lato nie roz­piesz­czało wcza­so­wi­czów ani nad mo­rzem, ani w gó­rach, ani w War­sza­wie.

Ma­rek Kraw­czyk, męż­czy­zna w śred­nim wieku, nie gruby, nie chudy, lecz w sam raz, może tro­chę wy­le­niały w new­ral­gicz­nych miej­scach typu czu­bek głowy, ale gdy pa­trzeć od dołu, nie rzu­cało się to w oczy, w krót­kich spodniach bo­jów­kach i nie­bie­skiej nieco zmię­tej ko­szulce z za­baw­nym w jego mnie­ma­niu na­pi­sem "My Body Is a Tem­ple of Dio­ny­zos", sie­dział na ła­weczce przy we­wnętrz­nym wy­biegu dla słoni z te­le­fo­nem w dłoni i scrol­lo­wał w po­szu­ki­wa­niu cze­go­kol­wiek. Ni­czego oczy­wi­ście nie znaj­do­wał, prze­śli­zgi­wał się je­dy­nie wzro­kiem po na­pły­wa­ją­cych mu pod palce krót­kich fil­mi­kach i frag­men­tach tek­stu i szedł da­lej, i da­lej, i da­lej, gło­śno co rusz zie­wa­jąc. Za­trzy­mał się na chwilę na in­for­ma­cjach o ży­ciu słoni, żeby mieć ja­kiś te­mat do roz­mów z dziećmi po wyj­ściu z tego przy­bytku, ale szybko się znu­dził i prze­łą­czył na wia­do­mo­ści ze świata po­li­tyki.

W miej­scach ta­kich jak zoo, fo­ka­ria, akwa­ria, oce­ana­ria, mu­zea czy - zwłasz­cza - ga­le­rie sztuki współ­cze­snej Ma­rek za­wsze mo­men­tal­nie ro­bił się senny. Od lat po­wta­rzał Alek­san­drze, która bez­li­to­śnie cią­gnęła ich tam wszyst­kich pod­czas wy­jaz­dów wa­ka­cyj­nych albo ro­dzin­nych week­en­dów, że to wina ma­łej ilo­ści tlenu, jakby dzieła sztuki oraz zwie­rzęta wy­sy­sały go z at­mos­fery. Można było po­my­śleć, że Ma­rek szuka pre­tek­stu, aby nie spę­dzać week­en­dów z ro­dziną. Ale fak­tycz­nie, gdy znaj­do­wał się w miej­scach, w któ­rych aspi­ru­jące ro­dziny week­endy spę­dzają, od razu krę­ciło mu się w gło­wie i za­czy­nał od­czu­wać coś na kształt gwał­tow­nego spadku cu­kru (który miał w ab­so­lut­nej nor­mie), więc szybko znaj­do­wał ja­kiś za­ciszny kąt, ławkę lub krze­sło i mó­wił żo­nie i dzie­ciom: - To wy idź­cie, a jak zo­ba­czy­cie wszystko, wróć­cie po mnie, będę tu na was cze­kał, to się znaj­dziemy. Po czym wy­cią­gał ko­mórkę i ćwi­czył swój kciuk. Alek­san­dra ma­chała na to ręką. No słabł, słabł i już, no. W cza­sach, gdy jesz­cze zmu­szała go do ak­tyw­no­ści, cho­dze­nia z nią i chłop­cami od sali do sali, by przy­glą­dać się eks­po­na­tom, ob­ra­zom albo róż­nym od­mia­nom węży w ter­ra­riach, wi­działa prze­cież, że za każ­dym ra­zem jego wzrok robi się ma­ślany, nie­wi­dzący, że mąż ziewa prze­po­tęż­nie, aż mu oczy łza­wią, snuje się bez­myśl­nie na ty­łach wy­cieczki, da­jąc chłop­com fa­talny przy­kład cał­ko­wi­tego braku za­an­ga­żo­wa­nia. To po pro­stu nie miało sensu i gdy przy­znała to sama przed sobą, wy­two­rzył się mię­dzy nimi nie­pi­sany układ: ona się nie przy­pier­dala, a on mimo wszystko uczest­ni­czy, ale na swo­ich za­sa­dach.

Sie­dział więc na ławce przy wy­biegu dla słoni, nie czu­jąc już smrodu, jaki wy­dzie­lały te zwie­rzęta. Sły­szał roz­sz­cze­bio­tane głosy star­szych sy­nów, któ­rzy - ni­czym an­ty­teza więd­ną­cego obec­nie na ła­weczce ojca - bie­gali po bu­dynku z iście ato­mową ener­gią, en­tu­zja­zmu­jąc się po­nad miarę. Po któ­rymś z do­no­śniej­szych krzy­ków do­cho­dzą­cych z ko­ry­ta­rza łą­czą­cego wy­biegi słoni i małp pod­niósł głowę znad ko­mórki z za­mia­rem wy­po­wie­dze­nia oj­cow­skiego po­ucze­nia w stronę osza­la­łych chłop­ców, ale nim zdą­żył krzyk­nąć, zo­ba­czył Alek­san­drę opartą brzu­chem o bok wózka ze śpią­cym naj­młod­szym sy­nem. Nie zwra­cała uwagi na wrzesz­czące dzieci, co - przy­znał w du­chu - było dziwne, bo darły się tak, że na­wet wy­glą­da­jące na od­porne na wszystko sło­nie mo­gły się po­czuć za­nie­po­ko­jone. W do­datku - zda­niem Marka - Alek­san­dra na­le­żała do tych ma­tek, które ogrom­nie się boją, że ktoś po­stronny oceni je źle jako matki, więc bę­dąc z chłop­cami, za­cho­wy­wała nie­by­wale wzmo­żoną czuj­ność, ni­czym sej­smo­graf wy­ła­pu­jąc z oto­cze­nia wzbu­dzane przez sy­nów emo­cje, by za­wczasu za­po­bie­gać afe­rom, krzy­wym spoj­rze­niom i ni­skiej oce­nie, jaką mo­gło jej - nie­ra­dzą­cej so­bie z dziećmi matce - to oto­cze­nie wy­sta­wić. Lu­dzie nie cier­pią ma­tek z dziećmi, to stara złota pol­ska za­sada, którą le­piej znać i na po­waż­nie brać so­bie do serca. Matki z dziećmi po­winny scho­dzić lu­dziom z drogi, lu­dzie są zmę­czeni, lu­dzie chcą mieć spo­kój, a nie pier­do­lone przed­szkole za pło­tem. Tym­cza­sem w chwili, którą wła­śnie ob­ser­wu­jemy, Alek­san­dra nie zwra­cała na swoje NIE­GRZECZNE dzieci naj­mniej­szej uwagi, choć - do­prawdy - obiek­tyw­nie był to już taki stan roz­prę­że­nia, że na­le­żało ją zwró­cić. Nie zwra­cała uwagi także na Marka, co może było mniej nie­ty­powe, bo od dawna nie zwra­cała na niego bacz­niej­szej uwagi, po po­nad de­ka­dzie ra­zem było to na­wet ja­koś zro­zu­miałe, sam cza­sem mi­jał ją, jak mi­jał w domu me­ble. Te­raz jed­nak czuł ja­kąś od­mianę. Alek­san­dra sta­nęła na wprost wy­biegu, w od­le­gło­ści trzech, może czte­rech me­trów od wiel­kiego sta­rego sło­nia. Ma­rek ziew­nął jesz­cze raz, to było sil­niej­sze od niego, ale jed­no­cze­śnie za­trzy­mał scrol­lo­wa­nie i zde­cy­do­wa­nym ru­chem scho­wał te­le­fon do kie­szeni. Coś się działo, czuł to. Za do­brze znał Alek­san­drę, żeby po la­tach wspól­nego za­miesz­ki­wa­nia jed­nego gniazda nie czuć tych mi­kro­zmian, tych sub­tel­nych sy­gna­łów, które wy­syła sa­miczka czło­wieka. Czuł to, choć był tylko męż­czy­zną, i to in­for­ma­ty­kiem.

Słoń afry­kań­ski - wielka szara po­marsz­czona bryła zło­żona ze zwa­łów wi­szą­cej skóry, mię­śni i tłusz­czu, po­kryta ster­czą­cymi śmiesz­nie wło­skami wy­glą­da­ją­cymi jak owło­sie­nie na klatce pier­sio­wej starca - po­wol­nym ru­chem prze­niósł cię­żar z jed­nej nogi na drugą i lekko ma­cha­jąc trąbą, przy­su­nął się w stronę ogro­dze­nia, przez co można było od­nieść wra­że­nie, że prze­kro­czy fosę wy­peł­nioną wodą i sta­ra­nuje płot od­dzie­la­jący lu­dzi od zwie­rząt. Alek­san­dra wy­pro­sto­wana jak struna, oparta o wó­zek, w po­ma­rań­czo­wej bluzce wy­glą­dała jak go­re­jący krzew na tle ciem­nej plamy zwie­rzę­cia. Mar­kowi wy­da­wało się, że drży, ale wi­dział ją bar­dziej z boku, może więc to było tylko złu­dze­nie. Ko­bieta i słoń stali na­prze­ciwko sie­bie, wpa­tru­jąc się jedno w dru­gie. Trwało to już sta­now­czo za długo i Ma­rek po­czuł się nie­swojo. Co ona robi? Dla­czego tak robi? Czy to jest nor­malne za­cho­wa­nie? Za­mru­gał oczami ze zde­ner­wo­wa­nia.

Po­my­ślał, że wy­kona kilka kro­ków w jej kie­runku, z jed­nej strony, żeby się jej le­piej przyj­rzeć i oce­nić sto­pień dziw­no­ści zda­rze­nia, z dru­giej, żeby jed­nak za­in­ter­we­nio­wać i to prze­rwać. Nie lu­bił nie­ja­sno­ści, czuł się nie­kom­for­towo, gdy nie wie­dział, jak się za­cho­wać. A te­raz wła­śnie nie wie­dział, bo oto jego żona, kom­plet­nie nie zwra­ca­jąc uwagi na niego, ale to już pal li­cho, nie ba­cząc na­wet na dzieci, w tym na to śpiące w wózku, bę­dą­cym - jak mu się zda­wało - nie­mal w za­sięgu trąby zwa­li­stego po­twora, stała ko­lejną mi­nutę za­sty­gła w słup soli jak żona Lota, a nie żona Kraw­czyka Marka, i hip­no­ty­zo­wała sło­nia spoj­rze­niem. Albo on ją. Co za głu­pota - iry­to­wał się Ma­rek, spraw­dza­jąc ner­wowo, czy na pewno wło­żył te­le­fon do kie­szeni bo­jó­wek. Po­pra­wił spodnie i ru­szył w stronę scenki ro­dza­jo­wej z za­mia­rem jej prze­rwa­nia. Dość tych głu­pot, daj­cie spo­kój, kto to wi­dział. O co ci cho­dzi, Ola, znowu, prze­stań już.

Gdy jed­nak pod­szedł na od­le­głość kilku me­trów, za­trzy­mał się zdu­miony i po­czuł, że nie może wy­ko­nać ko­lej­nego kroku. Nie lu­bił sy­tu­acji, w któ­rych ktoś nad­mier­nie ob­ja­wia emo­cje, a oto twarz jego żony, która uka­zała mu się z pro­filu, była cał­kiem mo­kra od łez, wiel­kie kro­ple to­czyły się po po­licz­kach, ska­py­wały, zni­ka­jąc za koł­nie­rzem po­ma­rań­czo­wej bluzki. Jezu - po­my­ślał na­prawdę zdez­o­rien­to­wany, a może już na­wet tro­chę prze­ra­żony - co się dzieje, nie ro­zu­miem!

Po chwili zro­biło się jesz­cze go­rzej, bo oto jego oczom uka­zała się scenka, która i czy­tel­nika po­winna od­strę­czyć, prze­cież każdy ma w so­bie głę­boko zin­ter­na­li­zo­waną po­trzebę sensu i po­szu­kuje lo­giki we wszyst­kim, co wi­dzi. Biedny Ma­rek, który ner­wowo wy­cie­rał spo­cone na­gle dło­nie w ko­szulkę gło­szącą, że odziane w nią ciało jest świą­ty­nią Dio­ni­zosa, zo­ba­czył bo­wiem, jak jego żona pod­nosi stopę w sza­rym adi­da­sie i tu­pie z ca­łej siły w pod­łoże. A po­tem drugą. Lewa, prawa, lewa, prawa - tu­pa­nie nio­sło się po wy­biegu. I wtedy wzrok Marka prze­niósł się z za­pła­ka­nej żony na sło­nia i Ma­rek w lot po­jął - po­łą­czyw­szy mi­giem in­for­ma­cje o ży­ciu słoni, które po­bież­nie przej­rzał przed pa­roma mi­nu­tami - że oto jego żona i słoń się po­ro­zu­mie­wają. Że tu się roz­grywa ja­kaś ir­ra­cjo­nalna scenka, któ­rej on, Ma­rek nie po­chwala, nie ro­zu­mie i nie chce, bo nie cierpi, gdy się mie­szają po­rządki, dla­tego nie czyta fan­ta­styki i ni­gdy nie ro­zu­miał fe­no­menu Wiedź­mina. Tym­cza­sem żona w hi­ste­rii tu­piąca za­szy­fro­wane wia­do­mo­ści do ja­kie­goś pier­do­lo­nego sta­rego sło­nia, no prze­pra­szam bar­dzo, ale to jest po­ważne za­bu­rze­nie po­rządku. Wła­śnie dla­tego tak go iry­to­wało to jej hobby, to jej pi­sar­stwo za­srane, ja­kieś ba­jeczki bzdurne, ani z tego pie­nię­dzy, ani chwały, głowa cały czas w chmu­rach, wy­my­śla­nie świa­tów w świe­cie, który i tak le­dwo da się po­jąć. Nie bro­nił, niech robi, jak musi, ale ni­gdy tego nie po­chwa­lał, może gdyby pi­sała cho­ciaż re­por­taże - nie wiem - o ar­chi­tek­tu­rze, o Chi­nach albo o Pu­ti­nie, to by miało wię­cej sensu. Kon­kret to jest kon­kret - gde­rał nie­raz po­iry­to­wany ko­lej­nym jej po­my­słem. Przy­po­mniało mu się w tej po­goni my­śli, że ostat­nio na­wet przed­sta­wiła ja­kiś kon­kretny te­mat, ale w sta­nie wzbu­rze­nia, w ja­kim wła­śnie się znaj­do­wał, nie mógł przy­wo­łać na­zwi­ska tej ba­beczki, co ją chciała opi­sać. Coś tam o ko­smo­sie, czy może o la­ta­niu, no ja­koś tak - to, że nie pa­mię­tał, ze­zło­ściło go jesz­cze bar­dziej. Od tej zło­ści za­częło mu się ro­bić go­rąco, po­czuł, że ma trud­no­ści z za­czerp­nię­ciem głęb­szego od­de­chu. Roz­glą­dał się przez chwilę spa­ni­ko­wany, uświa­da­mia­jąc so­bie, że zni­kąd po­mocy. I wła­śnie wtedy jed­nak w końcu ze­mdlał.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki