Rozdział 1
Weterynarz zawsze jest weterynarzem
- Pospiesz się, Julka, bo będziemy rozbijać namiot po ciemku!
Poznaję po głosie, że tata zaczyna się denerwować.
- Już idę! - wołam, upychając kilka dodatkowych rzeczy do mojego Zestawu weterynarki, który trzymam w starej skrzynce wędkarskiej taty. Udaje mi się domknąć jeden zacisk, ale drugi aż trzeszczy.
Wytaczam się z domu z moim bagażem, a przerażenie na twarzy taty wyraża więcej niż jakiekolwiek słowa. Samochód jest wypakowany po dach i nie ma w nim już miejsca.
- Nie ma mowy! Nie weźmiesz tego wszystkiego ze sobą. - Tata kręci głową.
Tymczasem pojawia się moja przyjaciółka Chelsea. Jedzie z nami na kemping i okropnie się na to cieszymy! Chelsea niesie schludny mały plecaczek, jakieś cztery razy mniejszy od mojego - ale większość moich rzeczy stanowi sprzęt weterynaryjny. Nigdy nie wiadomo, jakie nagłe wypadki przydarzą się po drodze, więc muszę być przygotowana na wszystko.
- Nie martw się, tato - mówię łagodnie. - To się zmieści pod naszymi nogami. Lubię podczas jazdy trzymać nogi na siedzeniu.
- A gdzie usiądzie pies?
- No przecież na moich kolanach!
- Julka, podróż trwa cztery godziny. Pies nie będzie tak po prostu spokojnie leżał sobie u ciebie na kolanach przez całą drogę.
- Na moich też może usiąść. - Chelsea przychodzi z odsieczą.
- I u mnie - dodaje Maks, próbując odwinąć lizaka z folii i jednocześnie nie upuścić żadnego z trzech dinozaurów, które ściska w rękach.
- Dobrze, to rozłóżcie się tam, ale nie chcę potem słyszeć żadnych narzekań.
- Kto narzeka? - pyta mama, zamykając frontowe drzwi.
- Jeszcze nikt - mówi tata pod nosem.
Nawet nie wyjechaliśmy z naszej uliczki, kiedy biedny Loki puszcza bąka. Chyba jest podekscytowany, że jedzie z nami na wakacje. Oczy Chelsea zachodzą łzami, kiedy desperacko stara się oddychać przez koszulkę.
Maks zanosi się śmiechem. Nigdy nie zrozumiem chłopców.
Zaczynamy grać w słówka i zgadywanki, ale nudzi się nam po dwudziestu minutach.
- Wzięłaś ze sobą sprzęt do pielęgnacji, Chelsea?
- Oczywiście. - Chelsea poklepuje plecak leżący w jej nogach. - Choć nie mam pojęcia, czy na plaży będą jakieś zwierzęta do pielęgnowania.
- Zawsze możemy ćwiczyć na Lokim.
Maks zasnął z lizakiem w buzi. Ma otwarte usta i lizak niemal z nich wypada, więc podpieram go jednym z dinozaurów. Loki chucha mi w twarz i macha ogonem po twarzy Chelsea. Nie jest nam zbyt wygodnie. Tata co chwilę na nas zerka, więc staramy się wyglądać tak, jakby nigdy w życiu nie było nam bardziej komfortowo. Wiem, że tylko czeka, aż zaczniemy narzekać, ale postanowiłam, że się nie doczeka!
- Mamo, wzięłaś swój sprzęt weterynaryjny?
- Nie, kochanie. Jestem na wakacjach, a w razie potrzeby w okolicy na pewno jest jakiś gabinet.
Zerkam na Chelsea. Obie kręcimy głowami i przewracamy oczami. Mama powinna być bardziej czujna. Weterynarz nigdy nie wie, jaka sytuacja awaryjna może go spotkać.
Loki w końcu się kładzie i zasypia, a ja mogę wyjąć z torby mój "Dziennik weterynarki". Razem z Chelsea zaczynamy robić listę zwierząt, które możemy spotkać na kempingu.
Kiedy w końcu docieramy na kemping, jest już po obiedzie. Jechaliśmy dłużej, niż mieliśmy to w planie, ponieważ Maks wymiotował (mama twierdzi, że przesadził z lizakiem), a tata zatrzymywał się, żeby wypuścić Lokiego. Wolał dać mu okazję, by się załatwił, bo puszczał naprawdę śmierdzące bąki.
Widzę, że Chelsea niemal płacze z radości, kiedy mama oznajmia, że jesteśmy na miejscu.
- Nie odchodźcie za daleko i nie idźcie sami nad wodę - prosi mama. - Musicie nam pomóc zanieść cały sprzęt do namiotu, kiedy go rozstawimy.
Najbardziej się cieszę, że Loki będzie spał z nami w namiocie. Nasz namiot jest naprawdę duży i ma dwa oddzielne pomieszczenia. Chelsea, Maks, Loki i ja śpimy w jednym, a mama i tata w drugim "pokoju".
Biegniemy zbadać okolicę. Teren kempingu jest bardzo ciekawy. Ledwie przyjechaliśmy, a już mogę zapisać na przygotowanej karcie w "Dzienniku" nazwy zwierząt, które zauważyłam. Nie mogę się doczekać, żeby jeszcze dziś po południu obejrzeć kamienistą plażę. Weterynarze muszą wiedzieć jak najwięcej o wszystkich gatunkach zwierząt, bo są weterynarzami cały czas - nawet na wakacjach.