Julka - mała weterynarka. Tom 11. Wielka powódź - Rebecca Johnson

Kup ebooka

34.90 zł
27.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Weterynarze muszę być gotowi na nagłe przypadki

- Czy ten deszcz się kiedyś skończy? - mój ośmioletni brat Maks ustawia swoje dinozaury rzędem na parapecie w salonie i przygląda się wilgotnej brei, która kiedyś była naszym podwórkiem.

Za oknem cały czas pada. Martwię się o te wszystkie zwierzęta, które są tam, w deszczu. Mam nadzieję, że są bezpieczne i jest im ciepło.

Pada od trzech dni i wszyscy mamy już dosyć siedzenia w domu. Razem z Chelsea - moją sąsiadką i najlepszą przyjaciółką - od rana bawimy się w naszą ulubioną zabawę: "ratowanie zwierząt", ale nawet to robi się już nieco nudne.

Pokój jest pełen pudełek i koszy z pluszowymi zabawkami i napisami: "Oddam w dobre ręce". Loki, mój cocker spaniel, leży grzecznie na posłaniu w rogu pokoju. Jest wyceniony na dziesięć tysięcy dolarów, bo nigdy bym go nie sprzedała!

- Ile za te cudowne maleństwa? - pyta Chelsea dystyngowanym tonem, wskazując na Pysię i Lulu, moje świnki morskie. Musiałyśmy przynieść je do domu, bo zalewało im klatki.

- W tym momencie jest na nie promocja - mówię. - Dwie za pięćdziesiąt dolarów.

Sięgam do klatki i wyciągam pyzatą Lulu. Próbuje zjeść długi kawałek trawy, który sterczy jej z pyszczka.

W tym momencie do domu wchodzi mama. Była w swoim gabinecie, który jest na naszym podwórku. Mimo że ma płaszcz przeciwdeszczowy i parasol, wygląda na całkowicie przemoczoną.

- Cześć, muszę na chwilę wyskoczyć. Pani Saunders ma problem z alpakami i potrzebuje mojej pomocy. Możecie pójść do domu Chelsea.

- Jaki problem? - pytam.

- Zalewa jej pastwiska i trzeba przewieźć alpaki wyżej, bo źle znoszą przemoczenie i zimno.

- Możemy jechać z tobą? - pytam. - Proszę!

- Nie będziemy przeszkadzać, pani Fletcher - dodaje z uśmiechem Chelsea.

Mama wzdycha i rozgląda się po salonie całkowicie pokrytym dinozaurami i pluszakami.

- Dobrze wam zrobi, jak na chwilę wyjdziecie z domu. Ale musicie się pospieszyć. Wychodzę za dwie minuty.

- Chelsea, zaniesiesz świnki do pralni? - mówię. - A ja wezmę nasze zestawy.

Chelsea od razu rusza do roboty, a ja biegnę do mojego pokoju, by znaleźć mój zestaw weterynarki i przybornik fryzjerski Chelsea. Biorę też dodatkową torbę i wpycham tam ręczniki z bieliźniarki. Nigdy nie wiadomo, co będzie potrzebne, kiedy tam dotrzemy.

Kiedy wracam, Maks właśnie upycha w torbie dinozaury.

- Maks, nie będziesz ich potrzebował - rzucam. Serio, on myśli tylko o dinozaurach!

- One też mają dosyć siedzenia w domu - jęczy mój brat.

- No, jedziemy! - woła mama z garażu.

Słyszę, że uruchomiła już silnik.

- A to co takiego? - pyta mama, kiedy wszyscy troje stajemy przed nią obładowani torbami.

- Wzięliśmy trochę rzeczy, żeby mieć czym się zająć podczas oczekiwania - mówię ugodowo.

Mama przewraca oczami i podaje nam kalosze.

- Weźcie też płaszcze przeciwdeszczowe i wsiadajcie - wzdycha.

Jedziemy drogą, która wcale nie przypomina znanej mi drogi. Woda jest wszędzie, spływa do studzienek kanalizacyjnych i otacza wszystkie domy.

Pastwisko na końcu naszej ulicy wygląda teraz jak wielkie jezioro. Na jego środku jest mały pagórek, który przypomina wysepkę.

Jedziemy dalej na farmę z alpakami. Na szczęście droga nie jest zalana i dostajemy się tam w miarę szybko.

Kiedy podjeżdżamy, widzimy grupkę ludzi z parasolami, którzy patrzą na wybieg i pokazują coś palcami. Szybko przekonujemy się, o co chodzi. Biedna pani Saunders rzeczywiście ma problem.

Cała dolna część farmy jest zalana, w tym stajnie, a na środku pastwiska stoi pięć przemoczonych i bardzo przestraszonych alpak, które tłoczą się na ostatnim widocznym skrawku ziemi.

Pani Saunders dostrzega samochód i biegnie w naszym kierunku. Wygląda na bardzo zdenerwowaną. Kocha swoje alpaki - ko by nie kochał?

- Bardzo ci dziękuję, że przyjechałaś, Rachel - mówi do mamy. - Pomyślałam, że powinnaś tu być, gdyby któraś z nich się zraniła. Moja siostra też może pomóc. Mój mąż, Ted, przygotował już łódkę. Nie widzę innej możliwości jak przewieźć je łódką przez wodę po jednej, albo najwyżej po dwie naraz.

Mama wydaje się przejęta.

- Chyba nie mamy innego wyboru - mówi. - Może trzeba będzie podać im coś na uspokojenie, ale lepiej nie. Dzieci, wy czekajcie w zagrodzie.

Mama od razu rusza do dzieła, bierze swój zestaw weterynarza z samochodu i nakłada kombinezon oraz kalosze. Przynajmniej przestało padać.

Już po chwili cała czwórka zbliża się łódką do małej wysepki, by zabrać pierwszą alpakę.

- Chodźcie, przygotujmy zagrody na ich przyjazd - mówię.

Weterynarze wiedzą, że wszystko trzeba planować z wyprzedzeniem.

Zagroda jest spora, stoi w niej wiele sprzętów i wielkie stoły do sortowania wełny z alpak. W środku leżą też kostki słomy.

- Musimy wydzielić miejsce dla alpak - mówię. - Maks, pomożesz nam przesunąć tę słomę do dużej zagrody?

- Jasne - odpowiada Maks i w trójkę zaczynamy ustawiać kostki.

- Patrzcie, już wsadzają pierwszą alpakę do łódki! - mówi podekscytowana Chelsea.

Patrzymy przez drzwi zagrody i widzimy malutką alpakę, wielkości dużego psa, niesioną do łódki. Jest owinięta w kocyk, z którego wystaje tylko jej zabawna główka. Nie możemy powstrzymać śmiechu.

Mama zostaje na wyspie z siostrą pani Saunders, Judy, a państwo Saundersowie powoli płyną łódką ze swoim niecodziennym pasażerem. Całe szczęście, że alpaki są raczej spokojne. Maluch wygląda, jakby sytuacja nie robiła na nim najmniejszego wrażenia.

Jego matka, która została na wyspie, nie jest już taka spokojna. Woła za nim wysokim tonem.

Wyjmuję mój "Dziennik weterynarki" i szybko wyznaczam miejsce na notatki o alpakach. Chcę wiedzieć, jakie wydają dźwięki i dlaczego, zapisuję więc to, co usłyszałam.

Kiedy łódka przybija do brzegu i Saundersowie zaczynają wypakowywać maleństwo, mamy już przygotowaną zagrodę wśród kostek słomy. Chelsea przyszykowała już zestaw fryzjerski. Ja też w razie czego mam swoje przyrządy w gotowości.

Pani Saundersowie przynosi bardzo mokrego i trzęsącego się zwierzaka do zagrody. Mam przygotowane ręczniki, by go osuszyć.

Widzę, że państwo Saundersowie są pod wrażeniem.

- O rany - mówią. - Ale wy jesteście świetnie zorganizowani.

- Julka jest prawie weterynarką - oznajmia Maks.

- A Chelsea prawie znaną na cały świat treserką i fryzjerką zwierząt - dodaję.

Wyglądają na nieco zdumionych, ale często się z tym spotykamy.