Julka - Elżbieta Jodko-Kula

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział I
- Ostrożnie, ostrożnie! To bardzo cenna serwantka. Niech pan uważa na tę palmę, hodowałam ją dziewięć lat! Jula! Jula! Zabierz stąd chomika, postaw klatkę na regale, to nie będzie przeszkadzać.
Kobieta pokrzykująca na ekipę tragarzy przenoszących meble z samochodu ciężarowego do trzeciej klatki schodowej była bez wątpienia zdenerwowana całą sytuacją.
Jej zaaferowanie najwidoczniej denerwowało mężczyzn, którzy nic nie mówiąc, co chwila przygryzali wargi albo, znalazłszy się poza zasięgiem wzroku kobiety, robili do siebie porozumiewawcze miny. Nie uszło to uwagi niewysokiej, może dwunastoletniej dziewczynki, która, widząc reakcję tragarzy na przesadnie egzaltowane zachowanie matki, otworzyła drzwi osobowego samochodu i usiadła na miejscu obok kierowcy.
- Można te worki rzucić na łóżko? - zapytał jeden z mężczyzn, wyciągając z ciężarówki dwa duże, plastikowe worki z jakimiś ubraniami.
- Co pan robi, człowieku?! Przecież tu leżą skrzypce! - wrzasnęła histerycznie kobieta, rzucając się biegiem w kierunku wersalki. - Julka, weź instrument do samochodu, bo ci ludzie gotowi go zniszczyć.
- To wszystko przekracza moje możliwości - powiedziała, podając skrzypce córce. - Gdzie jest pani Bronia?
- Na górze, w mieszkaniu, przecież kazałaś jej pilnować rozładunku - odpowiedziała Julka, nie patrząc na matkę.
Kobieta pokiwała głową i oznajmiła takim tonem, jakby zaraz miała się rozpłakać:
- No tak, prawda, tam też ktoś musi stać, bo inaczej wszystkie nasze rzeczy połamią, zniszczą, zdemolują! Co za kompletny brak delikatności. Ci ludzie powinni rozładowywać wagony z węglem, a nie zajmować się przeprowadzkami!
To mówiąc, usiadła na stojącej na chodniku wersalce i gestem pokazała córce, żeby siadła obok niej.
- Dziecko! - zwróciła się do córki, poprawiając grzywkę nad jej czołem. - Ty też mogłabyś bardziej przyłożyć się do pracy. Widzisz, że sama nie daję sobie z tym rady. Przecież w tych pudłach są cenne rzeczy! Cały nasz dobytek i pamiątki rodzinne. Jestem kompletnie wykończona, oni zrujnują mi nerwy.
Julka nie miała ochoty na matczyne czułości, więc odsunęła się odrobinę i powiedziała, nie kryjąc zniecierpliwienia:
- Przecież tato chciał nam pomóc w przeprowadzce. Byłoby łatwiej.
Matka oparła dłonie na kolanach, po czym splotła palce, zginając je i rozprostowując na przemian.
- Dziękuję, nie potrzebuję jego łaski - powiedziała ostrym tonem. - Niech się zajmie swoją przeprowadzką.
- Nie miał zbyt dużo do przewożenia - odpowiedziała dziewczyna najwyraźniej niezrażona niechęcią matki do kontynuowania tematu.
- To nie moja wina, większość rzeczy z naszego domu odziedziczyłam po rodzicach, a resztę kupowałam podczas tournée.
- Ale biała komoda i krzesła z sypialni należały do babci Pacyńskiej - nie ustępowała Julka, a ton jej głosu stał się wyraźnie zaczepny.
Matka starała się zapanować nad nerwami, ale bezskutecznie, przez co jej głos stał się dziwnie napięty i piskliwy.
- Owszem, ale świetnie pasują do łóżka i toaletki, więc ojciec mi je podarował. Zresztą i tak nie miałby gdzie ich zabrać.
- Przecież kupił mieszkanie - złość, jaką Julka czuła do matki za tę przeprowadzkę, nie pozwalała jej zakończyć tematu. Chociaż doskonale znała wszelkie okoliczności rozstania rodziców, nie mogła w tej chwili powstrzymać się od złośliwych uwag.
- Tak, czterdziestometrowe, to tyle co połowa naszego.
- Czy naprawdę musieliście sprzedać dom? Tak lubiłam nasz ogród. Nie podoba mi się w tym bloku.
Matka spojrzała smutno na Julkę. Miała ochotę pogłaskać i przytulić córkę, ale wyraz jej twarzy powstrzymał ją.
- Nie wracajmy już do tego tematu - powiedziała, usiłując zachować spokój. - Wiem, że go lubiłaś, ale ja nie mogłabym już tam żyć, a poza tym potrzebowaliśmy pieniędzy, żeby ojcu kupić mieszkanie.
- Mogliśmy przecież dalej tam mieszkać. Dom był wystarczająco duży.
Julka, patrząc na porozstawiane na chodniku meble, czuła napływające do oczu łzy.
Matka jeszcze raz popatrzyła na nią smutno i powiedziała, spuszczając głowę:
- Nie chcę o tym już więcej mówić! Tłumaczyłam ci, dlaczego rozstałam się z tatą. Jesteś wystarczająco duża, żeby to zrozumieć. Twój ojciec mnie zdradził, miał romans z asystentką - powiedziała cicho, po czym dodała pewnym siebie tonem. - Kobieta z moją pozycją nie może dać się poniżać.
Julka przez chwilę milczała, po czym zapytała cicho:
- A ja?
Matka nie bardzo pojmując, o co jej chodzi, przyjrzała się znowu córce.
- Co ty? - zapytała, nie rozumiejąc, co Julka ma na myśli.
Dziewczyna gwałtownie wstała z wersalki i stanęła naprzeciw matki, opierając dłonie na biodrach.
- Mnie nikt nie zapytał o zdanie - powiedziała trochę zbyt głośno, nie zważając na siedzącą na ławce przed domem grupkę starszych kobiet. - Postanowiliście odebrać mi mój ukochany dom, dlatego że przestaliście się lubić?
Matka gestem dłoni uciszyła Julkę. Ściszając głos i cedząc przez zęby każde słowo, starała się zapanować nad dalszym wybuchem córki:
- Nie zaczynaj wszystkiego od nowa. Ojciec zdradził mnie, ale pośrednio też i ciebie. My, kobiety, musimy być solidarne. Stało się tak, że zostałyśmy same, trudno! Teraz ja będę czuwać nad twoją karierą. Masz talent i musisz mieć warunki do ćwiczeń, dlatego mamy większe mieszkanie niż ojciec.
- Skrzypce nie są dużym instrumentem - Julka opanowała się nieco, ale nie chciała jeszcze kończyć rozmowy. Nie potrafiłaby pewnie w tej chwili określić, o co jej tak naprawdę chodziło, czuła jednak tak wielki żal do rodziców, że nie mogła go w sobie zmieścić.
- Nie rozumiem cię. Czy chcesz przez to powiedzieć, że wolałabyś zostać z tatą?
- Niekoniecznie, ale chciałabym zostać w domu, który sprzedaliście. Uważam, że mimo wszystko moglibyśmy tam mieszkać - powiedziała spokojnie, choć sama czuła, że jej propozycja nie ma większego sensu.
Matka podniosła się z wersalki, widząc wychodzących z klatki schodowej tragarzy.
- No więc przyjmij do wiadomości, że nie - odparła stanowczo - i wiedz, moja droga, że nie zamierzam więcej z tobą o tym rozmawiać. Za pół roku masz najbardziej prestiżowy konkurs, w jakim może startować skrzypaczka w twoim wieku, i zamierzam dopilnować, żeby nic ci w tym nie przeszkodziło. Muszę czuwać nad twoim rozwojem!
Julka nie zamierzała pozostawiać matce ostatniego słowa w tej dyskusji, więc zapytała zaczepnie:
- A w przyszłym miesiącu?
Matka spojrzała na nią, nie rozumiejąc, o co chodzi.
- Co w przyszłym miesiącu?
- Przecież wyjeżdżasz na tournée do Anglii.
Matka odsunęła się od wersalki, robiąc miejsce tragarzowi.
- Tak, jadę - powiedziała, nie patrząc na córkę - ale zostanie pani Bronia. Wiesz, że ma z nami zamieszkać. Będzie prowadzić nam dom.
- I czuwać nad moim rozwojem - ton głosu Julki nie był złośliwy, tylko smutny.
Matka najwyraźniej straciła cierpliwość i czując, że rozmowa z córką nie może zakończyć się porozumieniem, zapytała ze złością:
- Julka, co ciebie znowu ugryzło? Nie lubisz pani Broni?
- Lubię, bardzo ją lubię, ale chcę, żebyś zaczęła wreszcie się ze mną liczyć.
- O, moja panno, wypraszam sobie ten ton. Całe życie ciężko dla ciebie pracuję, poświęcam się... - głos matki stał się znów zbyt wysoki i piskliwy.
Julka podświadomie poczuła ulgę, słysząc jej zdenerwowanie. Wcale nie czuła żalu z powodu kłótni, jedynie małą satysfakcję, że udało jej się rozładować własną złość.
- To poświęć się jeszcze raz i nie jedź do Anglii - wypaliła.
- Nie mogę, mam podpisany kontrakt, potrzebujemy pieniędzy, a poza tym liczy się też moja kariera! - kobieta spojrzała na córkę z nieukrywaną złością, po czym, chcąc jak najszybciej zakończyć trudną rozmowę, krzyknęła w stronę niewysokiego tragarza: - Matko święta, co wy robicie?! Barbarzyńcy, ten fotel ma ponad sto lat!
Rozdział II
Julka siedziała na swoim obrotowym stołku, który służył jej od kilku lat. Lubiła ten mebel, chociaż spędzała na nim wiele godzin żmudnych ćwiczeń, na które nie zawsze miała ochotę. Prawdę mówiąc, teraz też nie chciało jej się ćwiczyć, więc kręciła się na stołku, bezmyślnie szarpiąc jedną strunę.
W przeciwieństwie do reszty mieszkania polubiła swój nowy pokój i chętnie w nim siedziała, patrząc w okno. Pomimo że za szybą nie miała już pięknego widoku małego sadu, jaki rósł przed ich domem, to jednak niewielki skwerek z placem zabaw i dom stojący naprzeciw z pięknymi, ukwieconymi balkonami dostarczały też sporo ciekawych elementów do obserwacji.
Może nawet zbyt dużo, gdyż Julka coraz częściej zamiast grać na skrzypcach, przyglądała się ludziom zza kremowej firanki.
- Dlaczego nie grasz? - pani Bronia już trzeci raz zaglądała do pokoju dziewczynki, a widząc, że i tym razem trzyma skrzypce na kolanach, nie mogła się powstrzymać od zwrócenia jej uwagi. - Przecież masz ćwiczyć trzy godziny dziennie.
Julka spojrzała na nią bez entuzjazmu i, wzruszywszy ramionami, odpowiedziała szczerze:
- Nie chce mi się.
Bronia, nieprzyzwyczajona do takich reakcji, ze zdumienia wybałuszyła oczy.
- Dobre sobie, nieźle się zaczyna! - prychnęła, tłumiąc śmiech, ale po chwili dodała stanowczo: - Mama kazała mi pilnować, żebyś ćwiczyła, więc bardzo proszę, weź się do roboty.
Dziewczyna wstała i odłożyła skrzypce na biurko.
- Nie mogę, nie mogę się zmusić.
Bronia popatrzyła na nią chwilę i z zakłopotaniem pokręciła głową.
- Pewnie jesteś przemęczona... Ale musisz ćwiczyć. Mama mówiła, że to bardzo ważny konkurs.
Julka dotknęła skrzypiec i znów szarpnęła jedną ze strun.
- Ważny - powiedziała krótko.
- To postaraj się go wygrać - pani Bronia czuła, że nie jest teraz w stanie zmusić Julki do ćwiczeń, więc postanowiła z nią chwilę porozmawiać.
Julka położyła się na łóżku i, nie patrząc na Bronię, oświadczyła krótko:
- Nie mam szans.
- E, co ty mówisz. Twój profesor podobno twierdzi, że możesz zająć wysokie miejsce i dostać nagrodę.
- Wcale mi na tym nie zależy.
Bronia przyjrzała się Julce uważnie i zapytała:
- To komu właściwie ma na tym zależeć?
- Profesorowi i mamie - odpowiedziała dziewczyna.
- Oj, niedobrze z tobą, głupstwa opowiadasz. Nie wierzę, że nie zależy ci na zdobyciu nagrody. To przecież duże pieniądze, a poza tym sława. Międzynarodowa sława.
- Nie zależy mi na tym.
- Jeszcze pół roku temu mówiłaś inaczej - pani Bronia zaczęła powątpiewać w słuszność sądów, które dotychczas wygłaszała wobec dziewczynki. Kariera, jaką rodzice Julki wybrali dla niej, coraz częściej wydawała się Broni zbyt trudna jak dla tak młodej osoby i w głębi serca doskonale rozumiała jej bunt.
Julka usiadła na łóżku i, dokładnie przyjrzawszy się pani Broni, powiedziała, nie spuszczając z niej wzroku:
- Pół roku temu cieszyłam się, że profesor wytypował mnie na ten konkurs.
- A teraz już się nie cieszysz?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo wtedy miałam dom, ojca, a teraz nie mam.
Bronia, starając się ukryć zmieszanie, zdjęła z nosa okulary i zaczęła nerwowo przecierać szkła rogiem fartucha.
- Masz ojca, przecież nie umarł! - powiedziała, nie patrząc na Julkę. - A dom? Dom jest tam, gdzie są ludzie, a ty mieszkasz teraz tutaj i tu jest twój dom.
Julka podniosła się z łóżka i stanęła dokładnie naprzeciw Broni, opierając się plecami o biblioteczkę.
- Tato odszedł, mama wyjechała i to ma być dom? - odparła, czując narastającą złość.
Bronia też wyczuła jej zdenerwowanie, a nieprzyzwyczajona do takich rozmów zapragnęła jak najszybciej rozładować trudną sytuację.
- Coś mi się wydaje, moja droga, że chcesz się nad sobą poużalać - powiedziała tonem, który, jak jej się wydawało, miał zapobiec dalszemu drążeniu tematu rozpadu małżeństwa rodziców Julki. - Masz pretensje do rodziców, że się rozeszli i sprzedali dom, ale tak w życiu bywa i niestety przytrafiło się to również waszej rodzinie. Musisz się z tym pogodzić. Widocznie nie można mieć w życiu wszystkiego.
Julka spojrzała na panią Bronię z nieskrywaną niechęcią. Poczuła nagle, że jej żal do rodziców może znaleźć ujście w awanturze z tą kobietą.
- Wszystkiego? A co ja takiego mam?
Teraz Bronia poczuła narastające zniecierpliwienie zachowaniem tej małej, więc powiedziała, nieco podnosząc głos:
- No wiesz! Ty mnie o to pytasz? Masz młodość, zdrowie, dostatek, talent, szczęśliwe dzieciństwo!
- Co pani mówi, ja mam szczęśliwe dzieciństwo? Dobre sobie! Już nie pamiętam, kiedy czułam się szczęśliwa. Czasami myślę, że nigdy! - wybuchła Julka i Bronia na chwilę zamilkła, nie chcąc jej drażnić. Zrozumiała, że nie może dalej prowadzić rozmowy w tym kierunku, gdyż skończy się to niechybną kłótnią. Czuła też, że Julka ma trochę racji, chociaż na życie rodziny - u której była od kilku lat - patrzyła nieco inaczej niż ona.
Bronia przysiadła na brzegu krzesła stojącego przy biurku i powiedziała łagodnie:
- Bo ty, dziecko, rzeczywiście za dużo pracujesz! Talent talentem, ale powinnaś mieć więcej rozrywek. Wiesz co, niech się dzieje, co chce, daj już spokój tym skrzypcom i idź pobawić się z koleżankami.
Julka spojrzała na panią Bronię z ogromnym zdumieniem.
- Przecież mama nie pozwoliła mi wychodzić na podwórko.
- Hmmm, to prawda, nie pozwoliła... No, ale przecież ty potrzebujesz ruchu, świeżego powietrza, to niezdrowo tak ciągle siedzieć w domu. Powinnaś poznać jakichś rówieśników.
Pani Bronia czuła, że mówi teraz coś, czego z punktu widzenia matki Julii nigdy nie powinna była powiedzieć, nie mogła się jednak powstrzymać przed daniem temu dziecku szansy na odrobinę normalnego życia.
- A jak mam to zrobić? - zapytała Julka.
- Normalnie, tak jak się ludzie poznają. Wyjdź na podwórko, podejdź do jakiejś dziewczynki w twoim wieku i przedstaw się.
Julka przyjrzała się uważnie Broni i cała złość, jaką do niej żywiła jeszcze przed chwilą, gdzieś się ulotniła.
- I co dalej? - zapytała spokojnie.
- No jak to co? Porozmawiaj! - Bronia ze zdumieniem stwierdziła, że ona naprawdę nie umie zachować się w takiej sytuacji.
- O czym?
- No, nie wiem... To się jakoś samo ułoży.
Julka spuściła głowę i machnęła ręką z rezygnacją.
- Nic z tego, nie ułoży się. Próbowałam w szkole.
- I co?
- Nic - Julka wzruszyła ramionami. - Starałam się, ale widocznie nie potrafię. Mówię dwa zdania, a potem mnie zatyka i koniec.
- Jesteś bardzo nieśmiała. Jak w takim razie grasz na koncertach, przy sali pełnej ludzi? - Bronia przyglądała się Julce, z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Na koncertach nie muszę nic mówić, po prostu gram i już... - powiedziała Julka smutno, po czym podeszła do okna i odwróciła się plecami do pani Broni.
- Nie będę wychodziła, popatrzę przez okno - dodała po chwili, a potem zapytała cicho: - Czy nadal pani uważa, że powinnam być szczęśliwa?
Bronia nie była pewna, co powinna odpowiedzieć na to pytanie, jednak wiedziała, że od jej odpowiedzi może bardzo wiele zależeć.
- Tak. Są dzieci, które naprawdę mają stokroć smutniejsze życie - powiedziała z przekonaniem.
- Smutniejsze?
- Nie dziw się tak, naprawdę. Widzisz ten blok naprzeciw naszego? O tam, na czwartym piętrze na balkonie siedzi mężczyzna na wózku inwalidzkim.
Julka otworzyła trochę szerzej okno i wysunęła głowę, patrząc w kierunku wskazanym przez panią Bronię.
- No tak, ale on jest chory - westchnęła. - Ja nie miałam zamiaru porównywać się z ludźmi cierpiącymi z powodu choroby.
Bronia uśmiechnęła się lekko, podeszła do Julki, stanęła za jej plecami i delikatnie położyła dłoń na ramieniu dziewczynki.
- Nie miałam na myśli tego pana, chciałam ci opowiedzieć o jego synu - powiedziała. - Chłopiec jest mniej więcej w twoim wieku, może trochę młodszy. On też nie ma przyjaciół, cały dzień siedzi w domu z ojcem, wychodzi tylko po zakupy i na pocztę. Często go widzę, jak obładowany siatkami wraca do domu.
Julka patrzyła w stronę balkonu, na którym siedział mężczyzna, i zapytała zdumiona:
- Dlaczego on robi zakupy?
- Bo tylko on może to robić.
- Nie rozumiem, a jego mama? - Julka odwróciła głowę i przyjrzała się pani Broni, która odpowiedziała, wzruszając ramionami, jakby to była naturalna rzecz:
- Nie żyje. Dwa lata temu rodzice mieli wypadek samochodowy. Mama zginęła w tym wypadku, a ojciec został kaleką. Teraz chłopiec opiekuje się nim. Czasem tylko pomaga im jakaś kobieta, chyba siostra tego pana.
Julka skrzywiła się z niesmakiem i jeszcze raz spojrzała na siedzącego na wózku mężczyznę.
- To nie w porządku! - odparła. - Czy ten pan nie mógłby zatrudnić jakiejś kobiety do pomocy?
- Nie ma za co, to biedni ludzie, nie stać ich nawet na kolonie dla chłopca - pani Bronia odeszła od okna i znów przysiadła na krześle.
Julka oburzona odwróciła się placami do okna i gniewnie spojrzała na Bronię.
- Co to za życie? - krzyknęła. - Ten chłopak powinien gdzieś uciec. Nawet lepiej by mu było w domu dziecka!
Bronia westchnęła głęboko i uważnie przyjrzała się dziewczynce.
- Nie byłabym tego taka pewna - stwierdziła po chwili - a poza tym sądzę, że on po prostu chce zajmować się swoim ojcem. Myślę, że bardzo go kocha.
Atmosfera, jaka panowała w pokoju Julki po tym stwierdzeniu, była aż gęsta od napięcia, które jednak stopniowo opadało. Już po chwili dziewczyna wyznała cicho:
- Chyba już wiem, co pani chciała mi powiedzieć, i sądzę, że rozumiem tego chłopca.
Uśmiech, który zagościł na lekko pomarszczonej twarzy pani Broni, ostatecznie rozładował atmosferę w pokoju.
- To całe szczęście, Julciu, bo już myślałam, że się zmieniasz - odparła kobieta i, podniósłszy się z krzesła, ruszyła w kierunku drzwi.
- Ja? - zapytała dziewczyna, udając zdziwienie.
- Tak, tak. Czasem ludzie się zmieniają, niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie.
- Jak tata? - zapytała.
- Nie chcę o tym rozmawiać, to nie są moje sprawy - Bronia odpowiedziała stanowczo, bo wyczuła w jej głosie nutę zaczepki.
Reakcja dziewczynki była jednak gwałtowna. Julka stanęła w małym rozkroku i, podparłszy biodra rękami, wypaliła jednym tchem:
- Ale moje, i z nikim nie mogę o nich pomówić. Mama nie chce, bo cierpi, taty nigdy tu nie ma. Kiedy zadzwoniłam do babci, powiedziała, że się źle czuje, a pani mi mówi, że to nie pani sprawa. Z kim mam rozmawiać? Ze skrzypcami?
Bronia zatrzymała się w progu pokoju. Odwróciła się twarzą do Julki i powiedziała spokojnie, patrząc jej prosto w oczy:
- No dobrze, już się tak nie wściekaj. Powiem ci coś, chociaż to naprawdę nie jest moja sprawa. Sądzę, że twój tata wcale się nie zmienił i kocha cię tak samo jak wtedy, gdy mieszkaliście razem.
Julka opuściła głowę i odparła cicho:
- Nie jestem tego taka pewna.
- A ja jestem. No, a teraz przestań się na wszystkich dąsać i zabierz się do ćwiczeń. Jak dobrze przygotujesz się do konkursu, to sprawisz rodzicom dużą radość.
- Całe życie staram się sprawiać im radość. Od czwartego roku życia gram, ćwiczę i wygrywam konkursy, i wie pani co? Teraz czasem tak sobie myślę, że oni na to chyba nie zasłużyli.
Bronia przez chwilę patrzyła na dziewczynkę, a przez jej twarz przebiegały różne grymasy świadczące o jakiejś głębokiej walce wewnętrznej. Wreszcie podniesionym głosem oznajmiła:
- Julka! To bardzo brzydko tak myśleć. Jak będziesz tak mówić, to... to zbrzydniesz i nikt cię nie będzie lubił - mówiąc to, pani Bronia starała się nadać swojemu głosowi wesołe brzmienie, ale niestety nie bardzo jej się to udało.
- Mnie i tak nikt nie lubi, ale teraz chciałabym już zostać sama... - powiedziała dziewczyna i rzuciła się na łóżko.
Bronia uśmiechnęła się bardzo smutno i zatrzymała na chwilę, mówiąc:
- Dobrze, ale zanim zaczniesz płakać, popatrz przez okno na ten balkon na czwartym piętrze.
Julka podniosła się wolno z łóżka i podeszła do okna.
- Po co? - zapytała, kryjąc zaciekawienie.
- Tylko dyskretnie, nie odsłaniaj firanki!
- To ten chłopak, o którym pani mówiła?
- Wyszedł na balkon, pewnie będzie wciągał wózek do pokoju.
Julka przyglądała się chwilę chłopcu, po czym stwierdziła sucho:
- Jest bardzo blady.
- Nic dziwnego, przecież cały czas siedzi w domu. Niewiele widzi z tego swojego okna.
- Tak jak ja... - odparła głucho dziewczyna i podeszła do biurka, na którym leżały skrzypce.