Biliśmy wszystkich
Polscy pięściarze lali Amerykanów, Rosjan, Anglików, Kubańczyków...
Dawno, dawno temu Polska była światową potęgą w boksie.
Brzmi jak początek cudownej bajki, ale to była rzeczywistość. Byliśmy
światową potęgą. Kto to dzisiaj pamięta? Żeby zrozumieć fenomen
zainteresowania, jakie wzbudza teraz największa gwiazda polskiego boksu,
srebrna medalistka olimpijska z Paryża Julia Szeremeta, warto sobie
przypomnieć historię naszych wybitnych pięściarzy oraz genialnego
trenera, przez wielu uważanego za największego w historii polskiego
sportu, Feliksa Stamma. Julia ożywiła uśpione sentymenty i wspomnienia o tamtych pięknych czasach.
Wszystko zaczęło się bardzo skromnie, zaraz po odzyskaniu przez Polskę
niepodległości, od startu na igrzyskach olimpijskich w... Paryżu w 1924
roku. Wystąpiła tam pięcioosobowa reprezentacja bokserska, ale nie
odniosła żadnego zwycięstwa. Bieda w kraju była wtedy tak wielka, że nie
pojechał z pięściarzami żaden trener i bokserom sekundował w narożniku
srebrny medalista olimpijski w... kolarstwie torowym, Franciszek Szymczyk.
Na igrzyskach olimpijskich w Amsterdamie w 1928 roku boksowało czterech
Polaków i wygraliśmy dwie walki (Jan Górny i Witold Majchrzycki).
Kompromitacji nie było, ale trudno mówić o sukcesie.
Na kolejny start polscy bokserzy musieli czekać aż osiem lat, bo na
igrzyska olimpijskie w Los Angeles w 1932 roku nie pojechał nikt - ze
względu na wysokie koszty wyprawy. Polska kadra bokserów pojawiła się
dopiero na igrzyskach w Berlinie w 1936 roku i było już dużo lepiej.
Bardzo blisko medalu był Henryk Chmielewski, który zakwalifikował się do
półfinału, eliminując po drodze między innymi Amerykanina Jimmy'ego
Clarka. W półfinale przegrał. Dzisiaj za awans do półfinału dostałby
brązowy medal olimpijski, lecz wtedy nie przyznawano dwóch brązowych
medali w wadze. O brąz trzeba było toczyć dodatkowy pojedynek. Niestety
Chmielewski nie mógł do niego stanąć ze względu na uraz dłoni.
Na tamtych berlińskich igrzyskach zadebiutował w roli trenera polskiej
kadry młody, trzydziestopięcioletni szkoleniowiec Feliks Stamm. Nie był
wybitnym bokserem, stoczył zaledwie trzynaście oficjalnych walk, z których jedenaście wygrał. Nie był też wykształconym człowiekiem, ale
umiał rozmawiać o wszystkim, znał się na wielu sprawach, biegle władał
niemieckim i angielskim, porozumiewał się po rosyjsku. Był genialnym
samoukiem, podpatrywał innych, poszerzał swą wiedzę, zdobył wielki
autorytet u zawodników. Był kimś, z jego zdaniem liczono się i w kraju,
i za granicą. Rzadko chwalił, nie szafował nagrodami. Ale gdy już
któremuś z zawodników powiedział "nieźle było", to to "nieźle" znaczyło,
że bokser jest gotowy do walk o wielkie sukcesy, medale. I te wielkie
sukcesy, złota era polskiego boksu, zaczęły się od niego, od Papy Stamma
- jak go nazywali podopieczni.
Na kolejne, drugie po wojnie igrzyska, które odbyły się w Helsinkach
(1952), pojechała już pełna, dziesięcioosobowa reprezentacja polskich
bokserów kierowana przez Stamma. I przywiozła od razu do kraju dwa
medale - złoty Zygmunta Chychły i srebrny Aleksego Antkiewicza.
To pierwsze olimpijskie złoto dla polskiego boksu wywalczył Chychła,
wygrywając w finale ze znakomitym Rosjaninem Siergiejem Szczerbakowem.
Był Chychła supermistrzem: świetny technik i taktyk, obdarzony silnym
ciosem z obu rąk, wspaniale też się bronił, przechodził do kontrataku,
bardzo opanowany w ringu.
Jego życiowe losy były wyjątkowo pogmatwane. Urodził się w Gdańsku w 1926 roku, ojciec był woźnym w polskiej szkole. Zygmunt jako
siedmioletni chłopiec był na wakacjach u rodziny w Tucholi i wtedy
stracił w sieczkarni palec wskazujący u lewej dłoni. Ten dramatyczny
wypadek na szczęście nie przeszkodził mu w odnoszeniu potem wielkich
sukcesów w boksie.
Pierwszy złoty medal olimpijski w historii polskiego boksu zdobył w 1952
roku w Helsinkach Zygmunt "Twardy Kaszuba" Chychła
Już jako dwunastoletni junior zachwycał widzów. Ale wojna przerwała jego
karierę. Jako obywatel Wolnego Miasta Gdańsk został wcielony do
Wehrmachtu i wysłany na front zachodni. Zdezerterował, po wyzwoleniu
Francji przeniósł się do Włoch i wstąpił do 2 Korpusu generała Andersa,
w którym służył do 1946 roku. Po powrocie do kraju wznowił karierę
bokserską.
Właśnie od Chychły zaczęły się olbrzymie sukcesy polskiego boksu. Zdobył
jeszcze dwa złote medale w mistrzostwach Europy (oba w wadze
półśredniej): pierwszy w Mediolanie (1951), drugi w pamiętnych dla
Polski mistrzostwach w Warszawie w 1953 roku. W warszawskim finale znów
pokonał groźnego Szczerbakowa, wprawiając w euforię miliony Polaków.
Niestety, to był ostatni występ Twardego Kaszuba, bowiem zachorował na
gruźlicę i na ring już nie wrócił.
Z następnych igrzysk olimpijskich, w Melbourne (1956), reprezentacja
Polski wróciła z dwoma brązowymi medalami: Henryka Niedźwiedzkiego i Zbigniewa Pietrzykowskiego. Przed olimpiadą oczekiwania były już
olbrzymie, więc ten wynik przyjęty został w kraju jako rozczarowanie.
Sam Feliks Stamm był załamany: "Te nasze występy w Melbourne były dla
mnie jak nokaut. Czas się wycofać z sali treningowej i narożnika" -
stwierdził. Nie zrobił jednak tego. I całe szczęście, bo złote lata
polskiego boksu dopiero się zaczynały.
Na igrzyskach olimpijskich w Rzymie w 1960 roku reprezentacja polskich
bokserów zdobyła aż siedem medali: Kazimierz Paździor - złoty, Jerzy
Adamski, Tadeusz Walasek i Zbigniew Pietrzykowski - srebrne, oraz Brunon
Bendig, Marian Kasprzyk i Leszek Drogosz - brązowe.
Podium medalistów igrzysk olimpijskich w Rzymie w 1960 roku. Na
najwyższym stopniu Cassius Clay z USA, znany potem jako Muhammad Ali i uznawany za najwybitniejszego boksera w dziejach. W finale pokonał
Zbigniewa Pietrzykowskiego (pierwszy z prawej). Brązowi medaliści to
Włoch Giulio Saraudi i Australijczyk Antony Madigan
I pomyśleć, że w Polsce niektórzy byli rozczarowani tym łupem...
Szczególnie brakiem złotego medalu Pietrzykowskiego. Był faworytem
finałowego pojedynku z osiemnastoletnim Amerykaninem Cassiusem Clayem.
Ale nie dał rady. Amerykanin "fruwał jak motyl, kłuł jak osa" i wygrał z Polakiem. Kto to mógł wtedy przewidzieć, że ten Cassius Clay potem
zmieni nazwisko na Muhammad Ali i zostanie najwybitniejszym bokserem w dziejach tego sportu?!
Tamta walka Pietrzykowskiego z Alim miała po latach swój epilog. Na
początku lat dwutysięcznych legendarny Amerykanin zaprosił bowiem
Pietrzykowskiego i jego żonę na premierę filmu Ali. W hotelu - przez
tłumacza - zapewniał Pietrzykowskiego, że Polak był jego najtrudniejszym
przeciwnikiem z amatorskich czasów, i w dowód szacunku podarował mu
złoty medal, z którego wartości nasz as początkowo nie zdawał sobie
sprawy. Zakładał nawet, że może to być tylko pozłacany podarek. Jakiś
czas później Pietrzykowscy zaczęli budowę domu w Bielsku-Białej i zabrakło im pieniędzy. Zbyszek postanowił się przekonać, jaka jest
wartość klejnotu od legendy boksu.
"U jubilera okazało się, że jest to czyste złoto. Następnie rodzice
komuś ten medal odsprzedali, ale miało być tak, że jak kiedyś staną
finansowo na nogach i będą mieli pieniądze, to go odkupią. Niestety
później ten złoty medal już nigdy nie wrócił, nawet nie pamiętam, jak on
wyglądał. Rodzice się nie upominali, aż ta osoba zmarła i temat
przepadł" - opowiadała niedawno dziennikarzowi Interii Arturowi Gacowi
Dorota Pietrzykowska, córka naszego czempiona.
Starsi kibice boksu pamiętają, że powinno być w Rzymie więcej medali, bo
Walasek został ohydnie "przekręcony" przez sędziów, którzy niezasłużenie
dali wygraną w finale 3-2 Amerykaninowi Edwardowi Crookowi, co było
takim skandalem, że włoska publiczność omal nie zlinczowała arbitrów i przez piętnaście minut były w hali takie gwizdy, buczenie i zamieszanie,
że nie można było rozegrać następnych walk. Kasprzyk miał z kolei pecha,
bo w zwycięskiej walce z wielkim faworytem Władimirem Jengibarianem ze
Związku Radzieckiego doznał rozcięcia łuku brwiowego i nie został
dopuszczony do półfinałowego pojedynku z Clementem Quarteyem z Ghany.
Zdrowy na pewno pokonałby i Quarteya, i w finale Czecha Bohumila
Nemecka.
To były piękne czasy polskiego boksu. Złoci medaliści olimpijscy z Tokio
(1964): Józef Grudzień z uśmiechem patrzy, jak Jerzy Kulej i Marian
Kasprzyk całują Feliksa "Papę" Stamma, największego trenera w historii
polskiego pięściarstwa
Cztery lata później na igrzyskach olimpijskich w Tokio było jeszcze
lepiej. Trzy razy z rzędu Polacy stawali na najwyższym podium i grano
Mazurka Dąbrowskiego po finałowych wygranych Józefa Grudnia, Jerzego
Kuleja i Mariana Kasprzyka. A to nie było wszystko. Artur Olech zdobył
srebro, a Józef Grzesiak, Tadeusz Walasek i Zbigniew Pietrzykowski -
medale brązowe. Tylko Brunon Bendig, Piotr Gutman i Władysław
Jędrzejewski wrócili do kraju bez medali.
Bohaterem tamtych finałów był Marian Kasprzyk, który już w pierwszej
rundzie finałowego pojedynku w wadze półśredniej z Litwinem Ričardasem
Tamulisem doznał złamania kciuka. Walczył jednak dalej jedną ręką, nic
nie mówił Feliksowi Stammowi, zdrową lewą ręką rzucił nawet rywala na
deski. Nie wykończył go jednak prawą. Stamm natychmiast zorientował się,
że coś jest nie tak. Nie było sensu dalej ukrywać kontuzji. "Chyba coś
mi pękło w prawej dłoni" - przyznał Kasprzyk.
Na pytanie Stamma, czy ma go poddać, Kasprzyk odpowiedział krótko: "Nie,
wytrzymam jeszcze te trzy minuty". I wytrzymał, chociaż ból był piekący,
ręka spuchła jak bania i - jak wspominał masażysta reprezentacji
Stanisław Zalewski - trudno było ściągnąć z dłoni rękawicę.
W nagrodę za to męstwo Kasprzyk dostał wspaniały złoty medal, który po
latach przekazał jako dar do skarbca na Jasnej Górze w Częstochowie.
"Oddałem ten medal Matce Bożej, bo zawsze się mną opiekowała" - mówił
mi, gdy odwiedziłem go w Bielsku-Białej niedługo przed jego śmiercią
drugiego lutego 2026 roku. Był człowiekiem wielkiej wiary. Po wywiadzie,
który z nim przeprowadzałem, podarował mnie i operatorowi telewizji
Polsat Sport Zbyszkowi Kołtoniowi różańce, które sam zrobił.
W Meksyku w 1968 roku polska ekipa zdobyła "tylko" pięć olimpijskich
medali: złoty Jerzego Kuleja, srebrne Artura Olecha i Józefa Grudnia
oraz brązowe Huberta Skrzypczaka i Stanisława Dragana. Pecha miał Lucjan
Trela, który już w pierwszej walce trafił na legendarnego George'a Foremana i przegrał niejednogłośnie, kontrowersyjnie na punkty.
Wszystkich pozostałych rywali Amerykanin po drodze do złota znokautował.
Mógł być jeszcze jeden złoty medal olimpijski, ale przeszkodziły
pęknięte spodenki Mariana Kasprzyka, mistrza olimpijskiego z Tokio.
Marian, znajdujący się w życiowej formie, był naszym największym
faworytem do kolejnego złota. Na początek zmierzył się z Amerykaninem
Armando Mu?ízem. Zabrzmiał pierwszy gong. Kasprzyk zrobił tradycyjny
przysiad w narożniku i w tym momencie na całej długości pękły mu
spodenki!
Sędzia ringowy zgodnie z regulaminem dał mu minutę na zmianę stroju. A tu, jak na złość, w narożniku nie mieli zapasowych spodenek. Kto bowiem
mógł przewidzieć, że zdarzy się coś takiego? Publiczność miała ubaw,
wyła ze śmiechu, Feliks Stamm oniemiał, Kasprzyk, zdenerwowany,
przestępował z nogi na nogę, zakrywając nagość rękami. Jedyny, który
zachował spokój w tej tragikomicznej sytuacji, był masażysta
reprezentacji Stanisław Zalewski.
"Błyskawicznie zrzuciłem spodnie od dresu, zdjąłem reprezentacyjne
majtki, rzuciłem je panu Feliksowi i wspólnie ubraliśmy Mariana.
Skończyliśmy tę operację na sekundę przed mijającą minutą" - wspominał
popularny pan Stasio.
Kasprzyk bardzo się tym wszystkim zdenerwował.
"On normalnie zawsze był opanowany. Tym jednak razem widać było, że jest
skonsternowany. Poruszał się po ringu niezbyt żwawo, podwójne spodenki
paraliżowały jego ruchy i przegrał z Amerykaninem niejednogłośnie na
punkty. Jestem absolutnie przekonany, że gdyby nie te perypetie,
pokonałby Amerykanina i zdobył złoty medal" - zapewniał Zalewski.
Na kolejnych igrzyskach olimpijskich, w Monachium (1972), było już
trochę gorzej. "Tylko" jeden złoty medal Jana Szczepańskiego, srebrny
Wiesława Rudkowskiego i brązowe Leszka Błażyńskiego oraz Janusza
Gortata.
Zdobycie tego olimpijskiego złota przez Szczepańskiego graniczyło z cudem. Gdy miał dwadzieścia cztery lata i na koncie już wiele sukcesów,
lekarze zabronili mu boksować. W 1964 roku po jednym z badań stwierdzili
bowiem arytmię serca. Janek załamał się psychicznie, zaczął ostro pić.
Próbował się leczyć, także znachorskimi metodami, ale bez skutku.
Lekarze wciąż nie potrafili wyjaśnić, dlaczego arytmia nie występuje u niego podczas wysiłku, w czasie walki w ringu, tylko w różnych innych
okolicznościach.
Nie boksował ponad cztery lata, dopiero we wrześniu 1968 roku poradnia
sportowo-lekarska przystawiła pieczątkę w jego książeczce zawodniczej i wrócił na ring. To była pieczątka na wagę złotego olimpijskiego medalu
(który, podobnie jak Marian Kasprzyk, przekazał potem Matce Bożej na
Jasną Górę).
W Montrealu (1976) znów pięć olimpijskich medali: złoty Jerzego
Rybickiego i cztery brązowe: Leszka Błażyńskiego, Leszka Kosedowskiego,
Kazimierza Szczerby i Janusza Gortata. Wynik nadal znakomity, lecz widać
było już pierwsze objawy kryzysu.
Na dwudziestych drugich igrzyskach olimpijskich w Moskwie w 1980 roku
kolejnych pięć medali, ale - po raz pierwszy od dawna - nie było złota.
Tylko srebro Pawła Skrzecza oraz brązowe krążki Krzysztofa
Kosedowskiego, Kazimierza Adacha, Kazimierza Szczerby i Jerzego
Rybickiego.
Najbliżej złota był wtedy Paweł Skrzecz. W finałowej walce wagi
półciężkiej prowadził wyraźnie ze Slobodanem Kačarem z Jugosławii; w trzeciej rundzie trafił Kačara lewym sierpowym i rywal chwiał się po tym
ciosie. Ale doszedł do siebie i odpowiedział kontratakiem. Trzydzieści
siedem sekund przed końcem Skrzecz się zagapił, był liczony i przegrał
niejednogłośnie, stosunkiem głosów 1-4.
W Seulu (1988) były same brązowe medale: Jana Dydaka, Henryka Petricha,
Andrzeja Gołoty oraz Janusza Zarenkiewicza.
No i przyszły igrzyska olimpijskie w Barcelonie (1992). Tylko jeden,
jedyny medal, i to zaledwie brązowy, Wojciecha Bartnika, który był
rezerwowym i w ostatniej chwili został powołany do olimpijskiej
reprezentacji. Spisał się znakomicie, niespodziewanie pokonał Kubańczyka
Ángela Espinosę i awansował do półfinału, w którym przegrał dyskusyjnie
6-8 z Niemcem Torstenem Mayem.
Chyba nikt wtedy nie przewidywał, że po tym brązie Wojciecha Bartnika
zaczną się trzydzieści dwa lata wielkiej smuty polskiego boksu, bez
medali na igrzyskach olimpijskich w Atlancie, Sydney, Atenach, Pekinie,
Londynie, Rio de Janeiro i Tokio. Przyznam się, że i ja komentując i opisując boks przez pół wieku, już zwątpiłem. Jak mnie pytali kibice,
kiedy w końcu zdobędziemy kolejny medal olimpijski, żartowałem przez
łzy, że wtedy, gdy nad Polską pojawi się znów Kometa Halleya (a ma się
pojawić w 2061 roku).
Na szczęście nie musieliśmy czekać tak długo, bo nadszedł rok 2024, a wraz z nim igrzyska olimpijskie w Paryżu. W polskiej kadrze pojawili się
na nich młodziutka, dwudziestoletnia Julia Szeremeta i starszy od niej o siedemnaście lat, mało znany, ale niewiarygodnie ambitny trener Tomasz
Dylak. Dopiero oni zdjęli z polskiego boksu "klątwę Bartnika".
Klątwa zdjęta
Zdolna, ale leniwa. Z takim diabełkiem nic nie wiadomo.
Dostała ultimatum.
Dżulia z Polski pięknie tańczy. Ogień w ringu, trener się rozkleił.
Kobieca reprezentacja Polski w boksie na igrzyska olimpijskie w Paryżu
składała się z trzech zawodniczek, które przeszły olimpijskie
kwalifikacje i zapewniły sobie olimpijskie paszporty. Były to: Aneta
Rygielska, Elżbieta Wójcik i najmłodsza w tym gronie Julia Szeremeta.
Pierwszym trenerem kadry był Tomasz Dylak, drugim - Kamil Goiński.
Rygielska i Wójcik to doświadczone zawodniczki. Rygielska osiem razy
zdobywała mistrzostwo Polski, dwa razy była wicemistrzynią Europy.
Wójcik pięciokrotnie była mistrzynią Polski, dwukrotnie wicemistrzynią
Europy, dwa razy zdobywała medale na igrzyskach europejskich. W środowisku panowało dość powszechne przekonanie, że obie jadą do Paryża
z szansami na medal.
Wielką niewiadomą była natomiast zaledwie dwudziestoletnia Julia
Szeremeta. Niewątpliwy talent, ale zdarzały się z nią kłopoty. Bardzo
długo traktowała boks jak zabawę, nie przykładała się do treningów. Szła
za nią fama, że "zdolna, ale leniwa". Nie dawali sobie z nią rady
trenerzy. Wchodziła im na głowę, kłóciła się z nimi, nie słuchała,
jednego z nich (trenera z Ukrainy) próbowała nawet znokautować ciosem
sierpowym. Trener kadry Tomasz Dylak początkowo też miał z nią problemy.
W pewnym momencie postawił jej ultimatum. Albo bierzesz się solidnie do
roboty, albo wylatujesz z kadry.
Groźba podziałała. Na młodzieżowych mistrzostwach Europy w Czarnogórze,
w Budvie, Szeremeta zdobyła złoty medal, i to był sygnał, że chyba coś
kliknęło w boksie tej niesfornej dziewczyny. Zwykle krytyczny Dylak
mówił dziennikarzom, że Julka rozwija się z walki na walkę, ze sparingu
na sparing, i staje się kandydatką do rzeczy wielkich - nie wiadomo,
gdzie jest jej sufit możliwości.
Ale to były tylko młodzieżowe zawody. Nikt nie stawiał wielkich
pieniędzy, że w którymś momencie ten zadziorny diabełek znów nie
wyskoczy z Julii. Nie sposób było przewidzieć, jak tak młoda zawodniczka
obdarzona takim charakterkiem zareaguje na start na igrzyskach
olimpijskich w wielkim mieście, w samym Paryżu, gdzie będzie miała do
czynienia z najlepszymi na świecie. Czy się nie spali psychicznie, czy
pokaże wszystko, co umie, czy tylko jakąś mizerną część swojego talentu?
Kiedyś była szarą myszką, teraz zmieniała się, nabierała pewności siebie
i umiejętności. Ale czy na tyle, żeby zdobyć medal olimpijski, na który
polski boks czeka od trzydziestu dwóch lat?
W pierwszej rundzie turnieju olimpijskiego w wadze piórkowej (do 57
kilogramów) Szeremeta trafiła na Omailyn Carolinę Alcalę Cegovię z Wenezueli, zawodniczkę doświadczoną, ćwierćfinalistkę mistrzostw świata.
Teoretycznie Alcala była faworytką. Na dodatek to zawodniczka walcząca z odwrotnej pozycji (czyli prawa noga i prawa ręka z przodu, lewa,
silniejsza, z tyłu), co zawsze sprawia problem przeciwnikom przyjmującym
pozycję klasyczną, tak jak Julia (lewa noga i lewa ręka z przodu).
Na samym początku walki starsza od Polki o pięć lat Wenezuelka zadała
mocny cios, Szeremeta odpowiedziała dwoma sierpowymi. Polka świetnie
poruszała się w ringu, była szybsza, punktowała i wygrała tę rundę 5-0.
Niewtajemniczonym wytłumaczmy przy okazji, co oznacza ten wynik: pięciu
na pięciu sędziów orzekło wygraną Julii.
Wydawało się, że po tak dobrym początku dalej pójdzie z górki, ale gdzie
tam! W ringu było dużo chaosu, Polka robiła większy show, ale Alcala
lepiej się w tym chaosie odnajdywała, trafiała częściej, i drugą rundę
wygrała zdaniem aż czterech sędziów.
O wszystkim miała zadecydować runda trzecia. Nadal walka była zacięta, a wynik niepewny. Gdy zabrzmiał ostatni gong, obie wyrzuciły do góry ręce
na znak zwycięstwa. Na szczęście spiker oznajmił, że niejednogłośnie
wygrała "Dżulia Szeremeta", i Julia skoczyła do góry z radości.
W drugiej turze na "Dżulię z Polski" czekała Tina Rahimi. Australijka,
która przystąpiła do walki w hidżabie, była rozstawiona w olimpijskim
turnieju z numerem drugim. Ale nierozstawiona młodziutka Polka
zdeklasowała ją w ringu. Boksowała z uśmiechem na ustach, spokojniej niż
w pierwszej walce z Alcalą, czekała na ataki Australijki i kontrowała.
Momentami Rahimi wyglądała na skonsternowaną. Polka dodatkowo ją
deprymowała, boksując z opuszczonymi rękoma i - dzięki świetnej pracy
nóg, zwodom, balansowi tułowia - unikała ciosów rywalki.
W drugim starciu Polka kontynuowała koncert, obijała przeciwniczkę. W trzeciej rundzie trochę zwolniła. W pewnym momencie sędzia ringowy
musiał nawet zachęcać zawodniczki do żywszej wymiany ciosów.
Gdy zabrzmiał ostatni gong, nie było żadnych wątpliwości. Wszyscy
sędziowie byli zadziwiająco jednomyślni, zgodnie punktowali 30-27, czyli
widzieli wyższość Polki w każdej rundzie. Fani boksu doskonale wiedzą, o co chodzi, ale mam nadzieję, że po tę książkę sięgną też osoby, które do
tej pory mniej interesowały się tym sportem, ponieważ Julia stała się
dla nich inspiracją. Dlatego wyjaśnijmy: w boksie olimpijskim - jako się
rzekło - sędziuje pięciu sędziów, z których każdy ogłasza swój werdykt
po każdej z trzech rund pojedynku. Wydają go na podstawie liczenia
czystych technicznych ciosów, czyli zadanych przednią lub tylną częścią
rękawicy w głowę lub korpus powyżej pasa. Werdykt jest wyrażany w systemie dziesięciopunktowym. Jeśli orzekają, że w danej rundzie
zawodniczka A zadała więcej czystych ciosów niż zawodniczka B, to
werdykt brzmi 10 do 9 dla A. I taki wynik jest w boksie olimpijskim
najczęstszy. Wynik 10-8 oznacza, że słabsza zawodniczka przegrywała
bardzo wyraźnie albo była liczona, czyli nastąpił nokdaun (padła, ale
wstała). Wynik 30-27 oznacza więc, że Julia wszystkie trzy rundy wygrała
10-9.
Pojedynek z Rahimi był po prostu koncertowym występem Polki. "Julia
pokazała trochę kwiatków, udziwnień" - komentował popularny dziennikarz
Edward Durda. Zdaniem innego z ekspertów, Piotra Jagiełły z TVP Sport,
była to chyba najlepsza walka polskiej pięściarki w historii występów
biało-czerwonych zawodniczek na igrzyskach olimpijskich.
W ćwierćfinale Szeremeta zmierzyła się z Ashleyann Lozadą Mottą z Portoryko. Widzowie zobaczyli kolejny popis bokserski w wykonaniu Julii.
Od samego początku Szeremeta miała inicjatywę, uderzała, odskakiwała,
była nieuchwytna, opuszczała ręce, bawiła się, podskakiwała, robiła
show. Lozada była skonfundowana, raz po raz nadziewała się na ciosy i przegrała starcie w oczach wszystkich sędziów.
W drugiej odsłonie walka się wyrównała, lecz Szeremeta nadal miała
inicjatywę i sędziowie ponownie byli jednomyślni. Szeremeta doskonale
się bawiła, a wszyscy arbitrzy wskazali na Polkę. Stało się jasne, że
tylko jakaś katastrofa w trzecim starciu może odebrać Polce wygraną i awans do medalowej strefy. Ale do takiej katastrofy na szczęście nie
doszło. Julia była opanowana, a na dodatek tańczyła, podrygiwała, robiła
show i przede wszystkim prowadziła. Nawet jak Lozada uderzała, to
Julia odchylała się i niewiele ciosów dochodziło do celu.
Uwielbiamy sportowców, którzy się wyróżniają - charyzmą, kunsztem w swojej dyscyplinie, nietuzinkowymi decyzjami, a czasem nawet
pajacowaniem. W końcu sport to również widowisko, show, rozrywka, a nie tylko suche liczby w werdyktach. I Szeremeta - świadomie bądź
nieświadomie - znakomicie spełnia wymagania, które stawiamy sportowcom
wzbudzającym największe emocje.
Wygrana Julii Szeremety nie podlegała dyskusji i zanim została
ogłoszona, Julia rzuciła się z radością w ramiona trenera Dylaka.
Werdykt: 30-27, 30-27, 30-27, 30-27, 29-28, to potwierdził. Bezpośrednio
po pojedynku z Lozadą wywiad z Julią przeprowadził dziennikarz
Eurosportu Sebastian Szczęsny.
Julka, wiesz, co zrobiłaś?
- Wiem i jeszcze się nie zatrzymuję.
Taki luz, taka cudowna nonszalancja w ringu, pewność siebie. A masz
dopiero dwadzieścia lat, dziewczyno.
- Bez stresu podchodzę do tego, co robię. A robię to, co lubię. Dlaczego
więc mam się stresować? Czy to gdy wchodzę do mistrzyni, czy do kogoś
trochę słabszego, jestem taka sama.
Czy masz świadomość, że masz już medal?
- Tak, jestem świadoma. Powiedziałam, że przywiozę medal, i to zrobiłam.
Teraz powalczę o złoty krążek. Na pewno nie zatrzymam się na tym
brązowym.
Gdy patrzę na to, jak boksujesz, wydaje mi się, że dla ciebie nie ma
znaczenia rywalka. Wchodzisz w swój świat, swój plan, który ma być
realizowany.
- Tak, wchodzę pomiędzy liny, to jest mój świat. Mój styl jest dla
rywalek bardzo niewygodny. Mam charyzmę, przeciwniczki nie wiedzą, skąd
idzie cios. Nikt nie znalazł na mnie sposobu i na razie nie znajdzie.
Po wygranej Szeremety jej trener Tomasz Dylak popłakał się. Facet
twardy, ale i uczuciowy, mówił przez łzy: "Dla mnie sukces Julki jest
spełnieniem marzeń. Śniłem o tym od momentu przejęcia kadry
olimpijskiej. Już wtedy mówiłem o medalu olimpijskim, wierzyłem w to,
podobnie jak cały sztab oraz dziewczyny i kibice. Im było jednak bliżej
igrzysk, tym bardziej czułem ogromną presję i miałem obawy, czy to na
pewno się uda. Dlatego jak Julka wygrała walkę, co było moim wielkim
marzeniem, puściły emocje. Płakałem jak dziecko. Marzyłem o tej chwili,
wyobrażałem sobie ją, wizualizowałem. Jeszcze będąc w Polsce, wiele razy
płakałem, czując te emocje. Teraz one są już prawdziwe. Nawet nie
potrafię opisać słowami, jak tego pragnąłem".
Łzy leciały, trener sięgnął po telefon i pokazał polskim dziennikarzom:
"To moje dzieci. Mój syn, którego kocham najbardziej, a przez dwieście
sześćdziesiąt dni w roku nie mogę z nim być. Moja córeczka, która
urodziła się trzy miesiące temu, a widziałem ją tylko siedem dni. To mój
tata, który zmarł na raka w lutym i nie doczekał się tego spełnienia
marzeń. Był wielkim fanem boksu, i to dzięki niemu poszedłem w pięściarstwo. Moja babcia, Papa Stamm, trener Andrzej Gmitruk i cała
moja rodzina. Zawsze to sobie oglądam, żeby mieć ten ogień w ringu i wierzyć przed samą walką. Jakby ktoś powiedział mi trzynaście lat temu,
że będę trenerem kadry olimpijskiej... To jak bajka i dlatego chciałem
udowodnić, że można robić rzeczy, które są niemożliwe".
Trener bokserskiej kadry Polski kobiet Tomasz Dylak nie wstydził się
łez. Spełniło się jego wielkie marzenie - Julia Szeremeta zdobyła
srebrny medal olimpijski
Dziękuję Ci, trenerze. Bez Ciebie nie byłoby tego medalu w Paryżu
Po wygranej z Lozadą medal dla Julii Szeremety był już pewny. "Julia
zdjęła z moich barków ciężar" - cieszył się ostatni polski medalista
olimpijski w boksie Wojciech Bartnik. Nadal nie było jednak wiadomo, czy
ten wymarzony medal będzie brązowy (jak Bartnika w Barcelonie w 1992
roku) czy też srebrny, a może i złoty. Rozstrzygnąć miał półfinał,
ewentualnie finał.
W półfinale oponentką Szeremety była Nesthy Petecio z Filipin,
wicemistrzyni olimpijska z Tokio. Rutynowana, starsza o jedenaście lat
Filipinka była faworytką, miała olbrzymie doświadczenie, a naprzeciwko
niej stała nieopierzona dwudziestolatka z Polski. Ale Lozada też była
faworytką, a przegrała z Szeremetą. Pozostawało żywić nadzieję, że i w półfinale Polka wygra z faworyzowaną rywalką.
Trener Dylak wierzył w Julię, ale przyznawał, że nie był pewien, jak
jego podopieczna zareaguje na walkę na korcie centralnym Rolanda
Garrosa, gdzie co roku rozgrywany jest wielkoszlemowy turniej tenisowy.
To był przecież największy sprawdzian w jej życiu.
"Mówiłem nawet w sztabie: zobaczymy, czy Julka jest naprawdę taka
wielka, czy pod naporem Filipinki pęknie" - wspominał.
Nie pękła. Po raz kolejny pokazała niezwykle efektowny styl walki, nie
bała się wchodzić w wymiany czy też w zwarcia z silną rywalką.
Julia Szeremeta aż podskoczyła z radości po wygranej w ćwierćfinale z Ashleyann Lozadą Mottą z Portoryko. To było wyjątkowo cenne zwycięstwo,
bo gwarantowało awans do strefy medalowej
W boju o finał olimpijski w Paryżu Julia pokonała wicemistrzynię
olimpijską z Tokio - Nesthy Petecio
Jest, jest, jest! Kolejne zwycięstwo w Paryżu. Julia szła po medal jak
burza
Szał radości kadry trenerskiej reprezentacji Polski po wielkim sukcesie
Julii Szeremety. "Klątwa Bartnika" zdjęta i w końcu mamy medal
olimpijski w boksie!
"Wiedzieliśmy dokładnie, jak będzie wyglądać walka, że trzeba będzie
ryzykować, że zanim Julka złapie swój rytm, to nadzieje się na kilka
mocnych ciosów. I tak było, przegraliśmy pierwsze dwie minuty, ale w ostatniej minucie widziałem, że zaczęła czytać rywalkę, łapać rytm" -
tłumaczył polskim dziennikarzom Tomasz Dylak.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki