25 sierpnia 2017
Warszawa-Bielany, ulica Barcicka
Dawno temu, za głębokim morzem i wysoką
górą, w zielonej krainie Agulo żyła sobie księżniczka Wody o imieniu
Gara. Była młoda i piękna, jej czarne włosy lśniły niczym skrzydła
kruka. W końcu przyszedł czas, gdy Gara zapragnęła wyjść za mąż. Jej
mężem nie mógł zostać byle kto, lecz jedynie ten, którego szczerze
pokocha. O tym, czy znajdzie się ktoś taki, mogła dowiedzieć się tylko w jeden sposób. Wiesz, kochanie, w jaki? Nie wiesz, maleńka, skąd mogłabyś
to wiedzieć... W takim razie słuchaj uważnie dalej.
Dolores Riva Ortega położyła swoją ciepłą dłoń na czole dziewczynki i pogładziła delikatną skórę, zahaczając o miękką linię jej włosów.
Zrobiła to odruchowo. Karinka lubiła jej pieszczoty, zwłaszcza przed
snem. Wystarczyło, by mała przytuliła policzek do poduszki, a Dolores
zaraz przygaszała światło i siadała na brzegu łóżka. Otulała drobne
ramiona kołdrą, by dziewczynka nie czuła wieczornego chłodu, po czym
powtarzała ten sam rytuał: muskała opuszkami palców jej czoło, rysując
na nim mniejsze i większe kółka. Ten monotonny ruch sprawiał, że oczy
Karinki zamykały się i pod powieki przychodził dobry sen.
Tak działo się przez pięć lat, więc i tym razem Dolores nie wyobrażała
sobie, by mogło być inaczej. To, że zamiast nocy był teraz środek dnia,
a chłód zastąpiło letnie słońce wdzierające się przez nagrzane okna, nie
robiło różnicy. Znaczenia nie miało też to, że nie były same - poza
nianią i dziewczynką niewielki pokój wypełniało siedem osób.
- Otóż wraz z nadejściem nowego roku miał odbyć się w wiosce festyn -
mówiła dalej Dolores, nie odrywając dłoni od czoła Karinki. - A zwyczaj
nakazywał, by wszystkie panny, które chcą poznać swoją przyszłość,
zebrały się przy zaczarowanej fontannie, do której wpadała woda z siedmiu strumieni płynących z gór. Wystarczyło nachylić się nad jej
taflą i przejrzeć w lustrze wody. Jeśli pozostawała krystalicznie
czysta, dziewczynie wróżono szczęście. Bywało jednak, że woda mętniała i burzyła się, wieszcząc tym samym pannie zgubę i los naznaczony hańbą.
Żadna z dziewcząt nie chciała mieć złamanego serca ani okryć się złą
sławą. Pochylały się więc nad fontanną z obawą, ale i nadzieją, że w jej
toni zobaczą niezmącone odbicia swoich twarzy. Kiedy przyszła kolej na
Garę, księżniczka nachyliła się nad brzegiem i odetchnęła z ulgą,
widząc, że woda jest czysta i spokojna. Nim jednak podniosła głowę, woda
nagle pociemniała, zmętniała i spiętrzyła się, jakby zadął w nią ostry
wiatr. Po chwili pokryła się czerwienią, zupełnie jak gdyby do fontanny
wpadło rozżarzone słońce. Przerażona Gara nie rozumiała, co się stało
ani dlaczego. Wtem poczuła na swym ramieniu czyjąś dłoń. Gdy się
obróciła, zobaczyła starego mędrca, który powiedział do niej: "To, co
musi się wydarzyć, wydarzy się. Uciekaj od Ognia, Garo, albo on cię
pochłonie!".
Dolores przerwała opowiadanie. Zza rękawa swojej czarnej sukni wyjęła
chustkę, po czym dyskretnie wytarła nią skrzydełka nosa i wilgotny kącik
oka. Kiedy chustka wróciła na swoje miejsce, kobieta uśmiechnęła się do
dziecka przepraszająco.
- Wybacz mi, skarbie, na czym to skończyłam? Ach, na starym mędrcu i klątwie. Słuchaj więc dalej. Jeszcze tego samego dnia z sąsiedniej wyspy
Ognia, nad którą wznosił się groźny wulkan, przypłynęły łodzie, a na
jednej z nich król tej wyspy wraz ze swoim synem, księciem o imieniu
Jonay. Oni także chcieli powitać nowy rok i przyłączyć się do zabawy
trwającej w krainie Agulo. Gdy tylko łodzie dobiły do brzegu, przybysze
wyszli na piasek, a mieszkańcy wioski powitali ich radośnie. Los chciał,
że pierwszą kobietą, jaką ujrzał Jonay, była piękna Gara. Młodzi
natychmiast zakochali się w sobie. Kilka dni później ogłoszono ich
zaręczyny. Gara i Jonay nie posiadali się ze szczęścia. Jednak gdy
informacja o zrękowinach rozeszła się po okolicy, na wyspie Wody
zatrzęsła się ziemia, a wulkan na wyspie Ognia zaczął wyrzucać w niebo
płomienie i piekący pył. Wtedy przypomniano sobie o przepowiedni starego
mędrca. Związek Wody i Ognia zwiastował nieszczęście dla obu królestw.
Strach padł na mieszkańców wysp, a wraz z nim pojawiła się złość na Garę
i Jonaya. Rodzice Gary natychmiast odwołali ślub, a Jonay, przepędzony z krainy Agulo, wrócił na wyspę Ognia i miał nigdy więcej nie pokazywać
się na wyspie Wody. Garze również nakazano zapomnieć o ukochanym. Jednak
miłość młodych trwała nadal. Żadne z nich nie potrafiło pogrzebać
łączącego ich uczucia.
- Już wystarczy - odezwał się kobiecy głos spod ściany. - Odejdź od
niej, Dolores. Moja córka tego nie potrzebuje.
Beata Morawska zbliżyła się do pochylonej nad dziewczynką
sześćdziesięcioletniej niani. Wykonała przy tym ruch, jakby chciała
chwycić ją za łokieć i odciągnąć od Karinki, jednak kobieta zwinnie
uchyliła się od jej dotyku.
- Przecież nie możesz siedzieć przy niej cały czas. - Morawska nie
zamierzała ustępować. - To już twoja czwarta godzina. Czas odpocząć.
Potrzebujesz chwili oddechu, jak my wszyscy zresztą - dodała.
Dolores wyprostowała plecy, ale wciąż nie ruszała się z miejsca.
- Chcę dokończyć. Nie przerywa się opowiadania w połowie.
Obróciła się przez ramię w nadziei, że któraś z osób siedzących pod
ścianą ją poprze. Na reakcję swojej matki nie mogła liczyć. Josefa miała
zamknięte oczy i była odcięta od tego, co działo się tuż obok.
Wyglądała, jakby spała, i tylko co jakiś czas z jej ust wydobywało się
ciche: mi corazon... mi corazon...1 Córka Dolores,
dwudziestosześcioletnia Pilar, błądziła gdzieś myślami. Gdyby mogła,
wsunęłaby do uszu słuchawki z jakąś operową arią i przeniosła się z tego
niewielkiego pokoju w zupełnie inne miejsce. Najlepiej na swoją ukochaną
scenę w teatrze, byle dalej stąd. Dwie starsze panie, które Dolores
poznała lata temu w kościelnym kółku modlitewnym, również zdawały się
nie zauważać jej proszącego wzroku. Siedziały z pochylonymi głowami i przesuwały w palcach koraliki różańców. Przyjaźń z rodziną Rivów
Ortegów, choćby nie wiadomo jak zażyła, nie dawała im prawa do wtrącania
się w sprawy chlebodawców Dolores, czyli państwa Morawskich.
Niania przesunęła więc spojrzenie na ostatnie krzesło. Siedział na nim
trzydziestodwuletni mężczyzna, ubrany w czarne spodnie i białą koszulę,
której rękawy opinały się na umięśnionych ramionach.
Rafał Morawski zaszurał nogami, a następnie dźwignął się z krzesła.
- Pozwól jej - powiedział krótko do żony.
Stanął w żołnierskim rozkroku tuż za plecami Dolores i skrzyżował ręce
na piersiach. Nie patrzył ani na Beatę, ani na nianię. Był skupiony
tylko na twarzy leżącej dziewczynki.
- Nic złego się przecież nie dzieje - dodał, nie odrywając spojrzenia od
dziecka. - Poza tym sama wiesz, jak nasza córka kocha bajki.
- Zwariowałeś... - parsknęła Beata. - Jak Boga kocham, wszyscy
powariowaliście.
Odeszła na kilka kroków i zatrzymała się pod oknem. Nerwowo poprawiła
koronkowy kołnierzyk swojej ciemnoszarej sukienki. Szykowała się, by
dorzucić jeszcze kilka gorzkich słów, ale Rafał ją uprzedził.
- Dolores chce tylko pomóc. Powinniśmy być jej wdzięczni.
Musiał zauważyć, jak zadrżały jej usta. Wyminął siedzącą na stołku
nianię i podszedł do żony.
- Chodź do mnie. - Przyciągnął ją i przytulił do odprasowanej koszuli. -
To nie jest pora na udowadnianie sobie czegokolwiek - powiedział,
gładząc Beatę po głowie. - Przez to wszystko ledwie się trzymasz. Jesteś
blada jak papier.
Przylgnęła do jego tułowia. Rzeczywiście, od rana czuła się fatalnie.
Mdliło ją. Do tego ten niewielki pokój, w którym stłoczyli się w kilka
osób, stał się tak duszny, jak gdyby wypompowano z niego cały tlen.
- Otworzę okno. - Pilar ochoczo się poderwała. - Josefa też zaraz
zemdleje, cały czas łapie się za serce.
- Żadnego hałasu! - Beata zatrzymała ją, zanim zdążyła chwycić za
klamkę. To, że wszyscy dusili się w ciężkim powietrzu, niczego nie
zmieniało. Okno musiało pozostać zamknięte, by ani jeden dźwięk z ulicy
nie dostał się do wnętrza. - W domu ma być cisza. Rozumiesz, Pilar?
Cisza.
Odczekała, aż Pilar z Rafałem wrócą na swoje miejsca pod ścianą. Znów
zrobiło się spokojnie, tak jak tego chciała. Obróciła się plecami do
pokoju i spojrzała przez szybę na ogród. Na rozłożysty klon stojący tuż
przy ogrodzeniu i na drewniany domek zawieszony przy jego pniu. Dopiero
co go zainstalowali, nie zdążyli nawet polakierować desek, by
zabezpieczyć je przed wilgocią. Może jeszcze uda im się to zrobić przed
jesienią, może to wszystko jakoś się potoczy...
- Mów, Dolores. Opowiadaj dalej - dobiegł ją głos męża.
Postanowiła nie reagować. Zacisnęła tylko zęby, po czym oparła czoło o rozgrzaną słońcem szybę.
Nogi stołka, na którym siedziała Dolores, zaszurały cicho po posadzce.
- W dzisiejszych czasach nikt nie chce słuchać starych legend - odparła
ciężkim głosem niania. - Dorosłych nic nie obchodzą, a dzieci są takie
niecierpliwe. Nie potrafią usiedzieć w jednym miejscu. Ale ona jest
inna. Lubi, jak jej opowiadam.
- Wszyscy posłuchamy. Mów - ponaglił ją Rafał.
Beata drgnęła. Kątem oka widziała, jak dłoń niani ponownie dotyka czoła
jej córki.
- Skończyłam na tym, że młodych rozdzielono. Jonay o niczym tak nie
marzył jak o tym, by znów znaleźć się przy ukochanej. Pewnej nocy
obwiązał się w pasie baranimi pęcherzami wypełnionymi powietrzem i rzucił się w morze. Kiedy dotarł na ląd, już świtało. Gara, która wciąż
go wypatrywała, natychmiast padła mu w ramiona. Nie było siły, która
mogłaby ich rozdzielić. Chwycili się za ręce i zaczęli uciekać przed
siebie, w głąb wyspy. Pod ich stopami trzeszczały zgniatane w pędzie
gałęzie, we włosy wplątywały się zwisające z drzew pajęczyny. Biegli tak
długo, aż znaleźli się pośrodku laurowego lasu. W końcu przystanęli, by
odpocząć. Oparli plecy o omszałe pnie drzew i nasłuchiwali. Zamiast
śpiewu ptaków słyszeli odgłosy pogoni, którą król krainy Agulo wysłał,
by schwytać zbuntowaną córkę i jej ukochanego. Kiedy straże były już
blisko, Gara i Jonay musieli zadecydować: mogli dać się schwytać, by
rozdzielono ich na zawsze, lub razem zginąć. Nie wyobrażali sobie życia
bez siebie. Wdrapali się więc na najwyższy szczyt wyspy, zwany El Cedro,
i ociosali dwie gałęzie, tak by ich końce utworzyły ostre szpikulce.
Patrząc sobie w oczy, oparli ostrza o swoje serca i przytulili się do
siebie bardzo, bardzo mocno. Cedrowe gałęzie przebiły ich na
wylot2.
- Dosyć! - Krzyk Beaty odbił się od ścian. - Ani słowa więcej, Dolores.
Popatrz na moją córkę. Myślisz, że to, co robisz, sprawia jej radość?
Ona cię nie słyszy. Martwe dzieci nie słuchają bajek.
Niania zakołysała się na stołku. Rozumiała ból, jaki przeszywał
Morawską. W bólu wykrzykuje się różne słowa. Miała do niego prawo. Gdyby
tylko wiedziała, że to, co mówi, nie jest do końca prawdą.
- Nie ma pani racji - odpowiedziała, starając się mówić ze spokojem. -
One tak szybko nie odchodzą. Mała dziewczynka wciąż jest tu z nami i na
nas patrzy. I słyszy lepiej, niż się pani wydaje.
Beata zwęziła oczy.
- Naprawdę chcesz wiedzieć, co mi się wydaje? Że zmarłym należy się
spokój. W głowę zachodzę, jak mogłam dać się wam tak otumanić! Musiało
mi odjąć rozum, że zgodziłam się przywieźć tu ciało i pozwolić na ten
cały cyrk. Gdybym tylko wiedziała, że będziecie dręczyć ją po śmierci... -
Wzrok Morawskiej zawirował wokół postawionej na stołkach trumny. - Moja
biedna maleńka...
To było nierozsądne, że nie wzięła leków uspokajających. Akurat dzisiaj,
w najtrudniejszym dniu swojego życia. Na trzeźwo widok martwego dziecka
jest nie do zniesienia. Mąci zmysły i łamie człowieka. Powinna się
znieczulić choć trochę, ale przez to, co stało się nad ranem, zapomniała
o pigułkach.
O tym, że przed pogrzebem ciało zostanie przywiezione na kilka godzin do
ich domu, dowiedziała się niespodziewanie. Było przed siódmą, leżała w łóżku wycieńczona po kolejnej nieprzespanej nocy. Usłyszała od Rafała,
że przywiozą ją tuż po dziewiątej, więc niech lepiej doprowadzi się do
jako takiego porządku. Nie rozumiała, co strzeliło mu do głowy.
Zasłaniał się jakimiś bzdurnymi argumentami, ale jak się później
okazało, kazał sprowadzić ich córkę na wyraźną sugestię Dolores, z czego
również nie zamierzał się tłumaczyć. Powiedział tylko, że tak trzeba.
Jeżeli liczył na to, że dla świętego spokoju Beata zgodzi się na
wszystko, miał rację. Poddała się po krótkiej wymianie zdań. Nie miała
sił na walkę.
Nie widziała jej cztery dni, z których każdy był gorszy od poprzedniego.
Trzęsła się, kiedy otwierano trumnę. Na prośbę Rafała zakład pogrzebowy
zadbał, by odkryte części ciała ich córki nie były sine. Pociągnęli jej
dłonie i policzki lekkim różem, by sprawiała wrażenie jedynie śpiącej.
Jej mąż wykupił tę usługę głównie ze względu na Piotrusia. Nie wyobrażał
sobie, by ich synek nie mógł pożegnać się z siostrą, a przecież ostatnie
wspólne chwile nie powinny być dla niego koszmarem. Miałby zapamiętać ją
taką bladą, niemal przezroczystą? Stąd ten makijaż i udawany sen.
- Zupełnie nie rozumiem, o co tyle hałasu. Przecież moja matka chce
dobrze, więc co za problem? - odezwała się Pilar, wyrywając Beatę z zadumy.
Morawska poczuła, jak jej gardło zamienia się w wąską szczelinę.
- Ty nigdy w niczym nie widzisz problemu.
Odpowiedziało jej wzruszenie ramion. Drgnęły pod obcisłym czarnym
golfem, podrzucając jednocześnie rozrzucone na nich pukle w kolorze
dojrzałej marchwi. Pod względem urody Pilar wymykała się schematowi
kobiety o południowych korzeniach. Jej jasna, niemal biała cera
kontrastowała z jaskrawą barwą włosów, nadając ich właścicielce raczej
irlandzki wygląd. Kiedy Beata zobaczyła ją po raz pierwszy, przyszedł
jej na myśl słynny portret Lukrecji Borgii. Pilar była dla niej właśnie
niczym Lukrecja: zabójczo piękną kobietą o stu twarzach.
- Rafał uznał, że to nawet dobrze, by uroczystości pożegnalne odbyły się
według starej tradycji. Było tak? - Pilar zwróciła się w stronę
Morawskiego.
Nie musiała długo czekać, aż jej przytaknie. Znów się postarał. Nie
zawiódł wcześniej Dolores i nie zamierzał teraz zawieść jej córki.
- Ustaliliśmy to przecież - odparł bez mrugnięcia okiem.
Beata podeszła do białej trumny i poprawiła wystający za jej brzeg rąbek
koronki, który wywinął się podczas układania ciała.
- Ja nic takiego nie ustalałam - rzuciła z wyrzutem w stronę męża. - I nie dam się wciągnąć w odprawianie waszej diabelskiej magii nad moim
dzieckiem.
Dusiło ją w piersiach coraz bardziej. Od wycelowanych w nią spojrzeń i widoku martwej Karinki. Gdyby tylko mogła, rozgoniłaby to całe
towarzystwo na cztery wiatry. Zostałyby w saloniku tylko we dwie, matka
i córka. Tyle rzeczy chciała jej powiedzieć. Kiedy wyrzuciłaby już z siebie wszystko, dołączyliby do nich Rafał i Piotruś. Jej mały
chłopczyk, który w całym tym zamieszaniu zszedł na dalszy plan.
Urodzili się jedno po drugim, w odstępie zaledwie kwadransa. Różowe
wrzeszczące bąble, podobne do siebie jak dwie krople wody. Mijały lata,
a ich buzie wciąż wyglądały jak lustrzane odbicia. Różnili się od siebie
jedynie długością włosów i ubrankami. Gdyby nie to, nikt poza rodzicami
nie wiedziałby, czy ma do czynienia z dziewczynką, czy z chłopcem.
Teraz jedno z bliźniąt leżało w trumnie, a drugie patrzyło niewiele
rozumiejącym wzrokiem po twarzach zebranych. Malec starał się być
niezauważalny, a już na pewno nie zamierzał przeszkadzać w rozmowie
starszych. Odczekał, aż zapadnie cisza, po czym zachęcony przez jedną z przyjaciółek Dolores podszedł do niej i zajrzał do jej torebki. Miła
pani o łagodnym spojrzeniu dobrze wiedziała, że nie przychodzi się do
domu, w którym są dzieci, bez czegoś słodkiego. Paczka z mlecznymi
krówkami zaszeleściła, a na twarzy chłopca po raz pierwszy tego dnia
pojawił się uśmiech.
- Lubię - powiedział szeptem Piotruś. - Mogę dwie?
Oczy mu się świeciły, gdy odchodził z cukierkami w garści. Podszedł do
trumny i położył jeden na poduszce, tuż obok głowy Karinki. Z drugim,
przeznaczonym dla siebie, usiadł na podłodze, przy nogach jednego ze
stołków podtrzymujących drewnianą skrzynię. Nikt nie odważył się zwrócić
mu uwagi, że jego ciemnogranatowy garniturek pobrudzi się od kurzu, ani
tym bardziej, że martwe dzieci nie jedzą słodyczy.
Beata odczekała, aż Piotruś przełknie krówkę, po czym wyciągnęła ręce,
by zabrać go z podłogi. Jej też nie obchodził kurz na garniturku syna, a jedynie jego wierzgające nogi. Wystarczyłoby jedno nierozważne
kopnięcie, by trumna osunęła się ze stołka i gruchnęła o podłogę.
Piotruś na widok gestu matki pokręcił przecząco głową. Nie zamierzał
opuścić siostry. Byli nierozłączni, dlaczego więc akurat teraz miałby
zostawić ją samą? Obiecał, że będzie grzeczny, podwinął nogi pod
pośladki i znieruchomiał, jak od niego oczekiwano.
- Powinniśmy zaczynać. - Pilar spojrzała na zegarek, a potem na Beatę. -
Możemy? Bo czas leci...
Morawska wzruszyła z rezygnacją ramionami.
- Moje zdanie przestało się liczyć dawno temu.
- Obiecuję, że nie zrobimy jej krzywdy. - Głos Pilar zabarwił się
współczuciem. - Po prostu nam zaufaj.
- Macie godzinę. Za równe sześćdziesiąt minut trumna wyjedzie z domu do
kaplicy.
- Zdążymy - zapewniła Dolores, po czym obróciła się w stronę Josefy. -
Mamá? Estamos empezando, es hora3.
Josefa podniosła pooraną zmarszczkami twarz, ledwie widoczną spod
żałobnej mantyli. Czarna, gęsta koronka zakrywała jej oczy i policzki.
Dostrzec można było jedynie wąskie usta, które poruszały się wraz z wymawianymi słowami modlitwy.
- Es hora, mamá4 - powtórzyła głośniej Dolores.
Podtrzymywana przez Pilar staruszka dźwignęła się z krzesła.
Zaszeleściła swą gęstą, sięgającą podłogi spódnicą, po czym wyjęła z jej
płytkiej kieszeni chácaras5. Przypominały duże, wypukłe
kastaniety. Pilar sięgnęła do swojej torebki i zrobiła to samo. Choć
dwie pary kastanietów były w rodzinie Ortegów od pokoleń, miała blade
pojęcie o tym, jak ich używać. Postanowiła improwizować; w końcu
wybijanie rytmu kołatkami nie może być aż tak trudne. Spojrzała na matkę
w oczekiwaniu na sygnał.
Dolores kiwnęła głową, po czym nachyliła się nad trumną. Powiedziała coś
szeptem wprost do ucha martwej dziewczynki. Następnie wsunęła dłonie pod
jej łopatki i chwyciła mocno, by unoszony tułów dziecka nie wyślizgnął
się jej z rąk. Miała w tym wprawę; nie pierwszy raz brała w ramiona
któreś z dzieci Beaty i Rafała. Nosiła je od dnia, w którym przyszły na
świat. Kiedy podrosły i uznały, że bieganie na własnych nogach podoba im
się o wiele bardziej niż noszenie przez nianię, robiła to już znacznie
rzadziej. Bywały jednak dni, gdy zmęczone całodzienną zabawą maluchy
zarzucały jej na szyję swoje łapki i prosiły, by odniosła je do łóżek.
Teraz przyszło jej unieść Karinkę po raz ostatni. Nie poczuła już na
swym policzku jej ciepłego oddechu ani tego, jak dziewczynka zawija na
swoim małym palcu lok z jej włosów, układając go nad czołem w siwy,
haczykowaty zadziorek. Ciało Karinki było zesztywniałe i nieruchome. I dużo zimniejsze niż jeszcze kilka dni temu.
Kobieta podtrzymała opadającą główkę dziewczynki, jak robią to matki
swoim nowo narodzonym dzieciom w obawie, że oderwie się ona od reszty
ciała.
- Zaczniemy od pani. - Wycelowała spojrzeniem w przerażoną Beatę, a potem zwróciła się do Rafała: - Na pana też przyjdzie kolej, ale
najpierw matka. Proszę ją wziąć.
Nie mogła odmówić. Miałaby odepchnąć od siebie martwe dziecko?
Zamanifestować, że to, co każą jej robić, jest obrzydliwe? Uznaliby, że
już jej nie kocha, że jej nie zależy. Wyciągnęła więc ręce. Wytrzymaj,
powtarzała w myślach, gdy stopy córki uderzyły ją po udach. To wszystko
zaraz się skończy. Musisz dać radę, twój synek na ciebie patrzy.
- Niech pani przytuli ją tak jak zwykle - nakazała Dolores. - Powinna
leżeć na pani sercu i czuć, jak bije. Tylko ostrożnie, żeby się nie
chybotnęła. Nie bać się. Niech się pani nie boi, przecież to pani córka!
Ona czuje, że pani drży. Nie trzeba drżeć. Trzeba z nią zatańczyć.
Kiedy niania upewniła się, że ciało Karinki przywarło bezpiecznie do
tułowia Beaty, odebrała od Pilar wysłużone chácaras.
- Zajmij się lepiej wstążkami - poleciła Pilar, wskazując na stojący pod
krzesłem wiklinowy koszyk. Na jego dnie leżało kilka kolorowych tasiemek
z materiału, popisanych ciemnym flamastrem. Pilar chwyciła koszyk i wyjęła pierwszą z nich, po czym podeszła do podtrzymywanego przez Beatę
martwego dziecka.
- Na co czekasz? - Dolores oderwała wzrok od sznurków, którymi mocowała
chácaras do przegubów swoich rąk. - Zaczynaj. My będziemy grać.
Uderzenie w chácaras nastąpiło, zanim Pilar zdążyła zawiązać wokół
stopy Karinki pierwszą wstążkę. Była biała jak bose nóżki dziecka, z których Dolores uprzednio nakazała zdjąć buty i skarpetki. Owinęła
tasiemkę wokół kostki i ułożyła ją tak, by ciemny napis był niewidoczny
dla żałobników. Jego treść mogła znać tylko zmarła. W końcu to ona miała
zanieść prośby żegnających ją osób prosto do nieba.
- Wiąż tak, żeby nie poodpadały - nakazała Dolores, nie przerywając gry
na kastanietach. - Mają się mocno trzymać.
Kiedy do pojedynczych stukotów instrumentu dołączyły kolejne dźwięki,
wybijane przez Josefę, Pilar wiązała już na stopie dziewczynki kolejną,
tym razem czerwoną tasiemkę. Po chwili z nóg Karinki zwisała już barwna
tęcza wstążek.
- Dlaczego pani nie tańczy? - Dolores przerwała nagle wystukiwanie
melodii i spojrzała z wyrzutem na Beatę. - Trzeba tańczyć wokół trumny.
Nie wolno tak stać, taniec matki jest najważniejszy!
Powstrzymując napierający w gardle krzyk, Beata zmusiła się do zrobienia
kilku kroków. Nie miała jednak zamiaru podrygiwać do dźwięków muzyki.
Czuła, że słabnie, pod jej powieki podeszły ciemne plamy. Zachwiała się
na tyle niebezpiecznie, że gdyby nie Rafał, który w ostatniej chwili
podbiegł i podtrzymał ją w pasie, runęłaby z martwym dzieckiem na
podłogę.
- Oddaj mi ją - usłyszała. - Teraz moja kolej.
Był znacznie silniejszy. Pochwycenie Karinki pod ramiona było dla niego
niczym podrzucenie większej lalki.
- Do serca przytul. - Dolores znalazła się w mgnieniu oka przy
Morawskim. - Niech pan pamięta, co mówiłam: musi poczuć bicie serca.
Kastaniety znów zadźwięczały, ich głuche postukiwanie wypełniało pokój.
Rafał wciąż huśtał w ramionach zmarłą córkę. Dwukrotnie obszedł
tanecznym krokiem trumnę, po czym na dany przez Dolores sygnał ułożył
dziewczynkę z powrotem na miękkiej poduszce. Dopiero teraz Beata
naciągnęła na jej stopy podkolanówki, upychając w nie kolorowe wstążki,
i włożyła jej białe pantofelki. Zesztywniałe w stawach ręce dziecka
ułożyła tak, by dłonie złączyły się jak do modlitwy, a między palce
wsunęła różaniec i obrazek z Matką Boską.
Josefa powoli przestawała uderzać w chácaras. Jej modlitwy
przypominające trans cichły. Dolores również odłożyła swój instrument i przyklękła pod trumną. Oparła dłoń o jej brzeg i pochyliła w bólu głowę.
Potem do dziecka zbliżyli się wszyscy: Piotruś, dwie przyjaciółki z kółka modlitewnego, Josefa, Beata i Rafał. Jako ostatnia podeszła Pilar.
Choć zrobiła to całkiem bezgłośnie, Morawski nie musiał odwracać się
przez ramię, by wiedzieć, że stanęła tuż za nim. Zapach jej ciężkich
perfum z dodatkiem olejku z drzewa sandałowego rozpoznałby wszędzie. Nie
zmieniała go, od kiedy podarował jej pierwszy flakonik półtora roku
temu. Powiedziała, że odtąd pozostanie mu wierna. Nie musiał pytać, czy
chodzi jej wyłącznie o zapach. To, co było niedopowiedziane, miała
wypisane na twarzy.
ROZDZIAŁ I
Sobota, 17 marca 2018
Wyświetlacz na łazienkowej wadze pokazał
czterdzieści siedem kilogramów. Jeszcze miesiąc temu było o trzy więcej.
Jakkolwiek by liczyć, to już w sumie jedenaście, odkąd to wszystko się
zaczęło. Choć po samych ubraniach widać było, że jest jej mniej, nie
sądziła, że sytuacja aż tak bardzo wymknęła się spod kontroli.
Zeszła z wagi i pchnęła ją stopą pod ścianę z umywalką. Naciągnęła na
ramię opadające ramiączko bluzki, by schować przed swoim odbiciem w lustrze wystające kości obojczyka. Na niewiele się to zdało. O ile można
zasłonić ciało, o tyle wyczerpania, jakie maluje się na twarzy, nie
sposób ukryć.
- Co za koszmar. - Lidia rozciągnęła palcem skórę pod okiem. - To jest
obrzydliwe. Ja jestem obrzydliwa.
Od pół roku jadła coraz mniej. Otwierała usta, by coś przełknąć,
bardziej z rozsądku niż głodu, bo wciąż chciała żyć. Najlepiej gdzieś
daleko stąd, tam, gdzie wreszcie byłaby bezpieczna. Gdyby tylko miała
wystarczająco dużo odwagi, by spakować walizkę i zniknąć. Walizka leżała
jednak na szafie, a myśl o ucieczce stawała się coraz bardziej odległa.
Miałaby zrobić to ojcu i matce, rozpłynąć się w powietrzu, ot tak?
Zgasiła światło w łazience i poszła do kuchni. Musi coś zjeść, żeby nie
paść z wycieńczenia. W lodówce znalazła zawinięty w folię chleb i jedno
jajko. Całkiem sporo, na śniadanie wystarczy. Dzisiejsza dostawa z FreshMarketu zaplanowana jest na dwunastą. Jedzenie przywiozą, zgodnie z zamówieniem, do sąsiadki z górnego piętra. Ona w tym czasie będzie gdzie
indziej. W końcu obiecała. Nie może jej zabraknąć, gdy ojciec będzie
wsuwał na palec obrączkę swojej nowej żonie.
Ale zanim to się stanie, musi tam jeszcze dotrzeć. Do urzędu stanu
cywilnego pojedzie taksówką, bo bezpieczniej. Założy ciemne okulary i ukryje twarz pod kapturem płaszcza. Jakoś przemknie na miejsce. Kiedy
już będzie po wszystkim, wróci w ten sam sposób. Potem odbierze od
sąsiadki swoje zakupy i zarygluje zamki. Sprawdzi, czy nikt nie wpatruje
się z ulicy w jej okna. Posłucha pod drzwiami, czy aby z klatki
schodowej nie dochodzi jakiś podejrzany szmer. Może ten, kto ciągle do
niej wydzwania, zrobi sobie tym razem wolne od nękania jej i doprowadzania na skraj wytrzymałości.
Nie będzie teraz o tym myśleć. Musi skupić się na wyborze sukienki.
Wystarczy otworzyć szafę i wyciągnąć coś ładnego z wieszaka. Niebieską,
a może burgundową?
Stanęła przed lustrem w przedpokoju i przyłożyła do ciała burgundową, z cienkiego aksamitu. Nie najgorzej. Trochę luźna, ale wystarczy
przewiązać ją paskiem, by była w sam raz. Beżowe buty na grubym słupku
będą do niej pasowały idealnie. Wyjęła je z pudełka ukrytego na dnie
szafy i przetarła dłonią skórzane noski.
Już miała sięgnąć do szuflady po świeżą bieliznę, gdy odezwał się
stacjonarny telefon, który ojciec pozostawił w mieszkaniu po swojej
wyprowadzce. Odczekała kilka sekund, modląc się, żeby znów zrobiło się
cicho, ale dzwonienie nie ustawało. Czuła, jak serce zaczyna jej walić
jak oszalałe.
- Strach zastąp bólem - wymamrotała. - Niech ciało zajmie się tym, że
boli.
Zacisnęła pięści tak, by ostre krawędzie paznokci wbiły się w skórę. To
nic, że pomalowała je ledwie pół godziny temu, a teraz lakier pomarszczy
się i uszkodzi. Jest jasny, bladobeżowy, więc aż tak nie będzie tego
widać. Ważne, żeby nie myśleć. I żeby bolało.
Telefon wciąż dzwonił. Podeszła do stolika i złapała za słuchawkę.
- Wszystko w porządku, Lidio? - Chyba nigdy dotąd nie ucieszyła się tak
na głos ojca. - Bądź w urzędzie wcześniej, najlepiej pół godziny przed
rozpoczęciem. Dasz radę?
Przytaknęła bez wahania. Oczywiście, że przyjdzie wcześniej.
- No, a ty jak? Nie wywiniesz jakiegoś numeru i nie uciekniesz w ostatniej chwili? - Spróbowała się zaśmiać. Bardziej dla siebie niż dla
niego.
- Marne szanse. - Ojciec też się roześmiał. - Emilia od rana trzyma mnie
pod kluczem w swoim mieszkaniu.
- Takiego przystojniaka to i ja trzymałabym pod kluczem - powiedziała
już całkiem swobodnie. - To będzie piękny ślub. Widzimy się na miejscu.
Do widzenia, tato.
Rozłączyła się. Nie zdążyła odejść, kiedy telefon zadźwięczał ponownie.
Kochany ojciec pewnie sobie przypomniał, że powinna zabrać ze sobą
chusteczkę do ocierania łez. Zna ją przecież i wie, jaka z niej płaczka.
Potrafi się wzruszyć nawet przy oglądaniu reklamy płatków śniadaniowych.
- Zapomniałeś o czymś? - spytała, zanim usłyszała cokolwiek w słuchawce.
- Halo, staruszku, to ty?
- To ja - odpowiedział głos. Nie należał jednak do Edmunda.
Ręka Lidii zacisnęła się na słuchawce.
- Czego chcesz? - zapytała, ledwie poruszając ustami.
Głos westchnął przeciągle.
- Nie udawaj głupiej. Przecież głupia nie jesteś. Niczego od ciebie nie
chcę. Dzwonię, żeby się z tobą pożegnać.
- Porozmawiajmy na spokojnie - wybełkotała Lidia. - Na pewno znajdziemy
jakieś wyjście.
- Wyjście, mówisz... - Głos płynący z głośnika słuchawki wydawał się
rozbawiony. - Tak, jest jedno. Ja je znam i ty też.
- Zrobię wszystko...
- Brawo! Mądra z ciebie dziewczynka. Wreszcie do ciebie dotarło, że
inaczej się nie da. Możesz to zrobić sama albo zostaw to mnie.
- Sama? Nie... nie dam rady.
- Zatem nie pozostawiasz mi wyboru.
- Poczekaj, nie rozłączaj się. Przecież nikt nie musi zginąć!
Głos był zniecierpliwiony.
- Chyba jednak się nie rozumiemy.
- Proszę...
- To ładne słowo, ale brzmi tak denerwująco. Wszyscy ciągle o coś
proszą. Warto się tak poniżać? Podpowiem ci, że nie warto. Ludzie mają w dupie czyjeś prośby. Przestań więc skomleć, to nic nie da. Lepiej policz
razem ze mną. Na to nasze pożegnanie. Trzy... dwa... jeden. Już czas, Lidio.
Pora pozamykać nasze sprawy.
* * *
Kolejka do myjni ciągnęła się na sześć aut. Julia stanęła na końcu
ogonka i spojrzała na zegarek. Miała trzy godziny na umycie skody,
powrót do mieszkania, ułożenie włosów i wyjazd do urzędu. Po drodze
będzie musiała wstąpić jeszcze do kwiaciarni po bukiet z wczesnych
tulipanów. Bladoróżowych, jak zaznaczyła Emilia. Życzyła sobie, by jej
ślubna wiązanka była jak najbardziej "niewinna".
Zapakowanie prezentu dla nowożeńców pozostawiła Sylwii. Był mały i mieścił się w niewielkim podłużnym pudełku, do tego nie istniało ryzyko,
że go stłucze czy ukruszy. Matka co prawda od zawsze narzekała, że
brakuje jej w domu miksera, ale zamiast tego Julia postanowiła
sprezentować rodzicom coś całkiem innego, i na pewno nie tak
praktycznego. Tygodniowy rejs wycieczkowcem po Wyspach Kanaryjskich miał
sprawić, by poczuli się z ojcem jak w starym amerykańskim serialu
Statek miłości. Powitalny drink z kapitanem, wieczorne animacje i kolacje przy akompaniamencie pianina. Muzyka na żywo zawsze działa
pobudzająco, jeśli chodzi o miłosne wyznania i zaklęcia. Tego Emilii
brakowało, więc dlaczego miałaby raz w życiu tego nie doświadczyć?
Każdego dnia mieli kotwiczyć w innym porcie, a na pokład wracać dopiero
na noc, by wypłynąć dalej w morze, do kolejnej wyspy. Pełen relaks i do
tego opieka polskiego rezydenta, żeby nie musieli porozumiewać się na
migi. Rejs wykupiła po okazyjnej cenie. Pilnowała, aż oferty last
minute spadną na tyle, by ślubny prezent nie wypłukał do cna jej
portfela. Biuro podróży dołożyło jeszcze kilkuprocentową zniżkę dla
pary młodej. O wiek Emilii i Edmunda szczęśliwie nie pytali,
interesowało ich za to, czy łóżka mają być pojedyncze, czy jedno
podwójne. Po chwili wahania Julia wybrała dwa pojedyncze. Trudno jej
było wyobrazić sobie matkę z ojcem pod wspólną kołdrą.
Auta przesuwały się powoli. Wjechała wreszcie pod strumień wody z pianą.
Kolorowe obrotowe szczotki zaczęły uderzać po masce i szybach skody,
jakby biły ją za karę. Odczekała, aż maszyna skończy mydlenie i suszenie, po czym wcisnęła pedał gazu i pognała na Czerniaków po
tulipany.
Kiedy zamknęła za sobą drzwi wejściowe do mieszkania, zza drzwi
zielonego pokoju córki dobiegł ją szmer.
- Masz kwiaty? - spytała Sylwia, nie wychylając głowy ze swojej
pieczary.
- Zapakowałaś prezent? - odpowiedziała Julia, odwieszając płaszcz na
haczyk. - Mam nadzieję, że nie zapomniałaś.
Ręka córki z kciukiem skierowanym w górę wysunęła się zza drzwi.
- Na stole w kuchni - poinformowała krótko.
W prześwicie drzwi pojawiła się noga Sylwii w spodniach od piżamy w różowe pudelki. Po chwili pchnęła je, przymykając przed zaciekawionym
wzrokiem matki.
- Nie wchodź. - Stopa dziewczynki schowała się w głębi pokoju. - Szykuję
fitout.
- Chyba outfit.
Zostawiła małą w spokoju i zerknęła na kartonik leżący na kuchennym
blacie. Sylwia się postarała. Zapakowała wycieczkę niespodziankę w złoty
papier i przewiązała pudełko czerwoną wstążką.
Julia mogła teraz zająć się sobą. Wyciągnęła z kartonu pudło z termolokami, które kupiła kiedyś w nadziei, że raz na jakiś czas będzie
przemieniać się w boginię o miękkich falach na głowie, i włączyła
wtyczkę do gniazdka. Sukienka koktajlowa w kolorze butelkowej zieleni, z koronką na dekolcie i rękawami trzy czwarte wisiała na drzwiach pokoju,
czekając na swoje premierowe wyjście. Wystarczyło tylko zrobić makijaż.
Odczekała, aż wałki nagrzeją się na tyle, by mogła nawinąć na nie włosy,
i stanęła przed lustrem w łazience.
Kończyła tuszować rzęsy, kiedy za jej plecami pojawiła się Sylwia.
- Co ty masz na twarzy? - Ręka Julii trzymająca nasiąkniętą tuszem
szczoteczkę zawisła w powietrzu.
Czarny cień roztarty na powiekach i ustach Sylwii wyglądał i śmiesznie,
i strasznie zarazem.
- Przyzwyczaj się do mojego nowego wizerunku, mamo. Mówiłam ci, że teraz
jestem emo.
- Raczej upiorem, który dostał po twarzy kijem bejsbolowym. Zmyj to.
Sylwia zatrzepotała czarnymi powiekami.
- Mhm, upiorem, na pewno. Idę albo tak, albo wcale. Właśnie zaczęłam
wyrażać siebie, więc mnie nie blokuj. To może źle wpłynąć na mój rozwój
emocjonalny.
Zniknęła w swoim pokoju. Po chwili dało się słyszeć szczękanie wieszaków
przesuwanych po drążku w szafie.
- Nie mam się w co ubrać! - krzyknęła zza ściany.
Julia odłożyła tusz i wróciła do salonu. Kreacja dla Sylwii odebrana dwa
dni temu ze sklepu leżała do tej pory w bagażniku skody, a teraz - na
bujanym fotelu. Jednym ruchem ściągnęła z niej zabezpieczający papier i stanęła na progu ich wspólnej sypialni. Trzymała przed sobą błękitną
sukienkę bombkę przepasaną w talii białą, połyskującą taśmą.
- Chyba żart... - Sylwia uderzyła się dłonią w czoło przykryte krzywo
wystrzyżoną grzywką, będącą fryzjerskim dziełem jej przyjaciółki Jagody.
Między pasmami błysnął doczepiony kosmyk we wściekle fioletowym kolorze.
- Nawet z tym do mnie nie podchodź. Może mam jeszcze włożyć pantofelki z klamerką? Nie słyszałaś, kim teraz jestem? Trzy litery, mamo: EMO!
Emo wywróciło oczami, po czym wyciągnęło z szafy czarną tunikę sięgającą
kolan, rajstopy w biało-czarne poprzeczne paski oraz czarne trampki za
kostkę.
* * *
Była za kwadrans dwunasta, kiedy podjechała pod parking przy sali ślubów
na Pradze-Północ. Sylwia, ściskając w jednej ręce bukiet tulipanów, a w drugiej torebkę z zapakowanym prezentem wycieczką, wyskoczyła ze skody i nie oglądając się za siebie, ruszyła prosto w stronę głównego wejścia.
- To na pewno tu? - spytała, zadzierając głowę. Patrzyła na biały
budynek w starorzymskim stylu, podparty kolumnami i zwieńczony
płaskorzeźbą rydwanu ciągniętego przez konie o rybich ogonach. - Co to
za dziwny facet? - Wyciągnęła palec w stronę rzeźby.
- Bóg Neptun. - Julia popchnęła córkę do wejścia.
- Niezły, ale na Pałacu Ślubów powinien być polski Bóg. Na krzyżu -
dodała z powagą.
Wbiegły po schodach prowadzących na piętro. Julia rozejrzała się po auli
w nadziei, że zdąży uściskać Emilię i Edmunda, zanim wraz z gośćmi wejdą
do głównej sali, jednak korytarz był pusty. Dopiero po chwili zobaczyła
znajomą sylwetkę. Adam Górny siedział na wąskim parapecie ze słuchawkami
w uszach. Na widok Julii zsunął pośladki z parapetu i wyłączył muzykę.
- Już myślałem, że pomyliłem urzędy. Albo uroczystości - dodał,
przyglądając się Sylwii. - Na pewno chodzi o ślub, a nie o czarną mszę?
On sam wystroił się perfekcyjnie. Biała koszula, ciemnogranatowy
garnitur z żółtą poszetką i idealnie wypastowane buty.
Uściskał Julię i wyciągnął do Sylwii rękę, przybijając z nią żółwika.
Poznała ich ze sobą tydzień temu. Na spotkanie wybrała neutralny grunt,
czyli pizzerię, i udając, że nie widzi tajemniczych uśmieszków córki,
brnęła jakoś przez rozmowę. Sylwia bez ogródek przepytała Górnego z najważniejszych dla niej kwestii: czy nosi broń i czy kogoś zastrzelił.
Podwójne "tak" wystarczyło, by uznała go za "spoko gościa". Górny
zapunktował czymś jeszcze. Dwa dni później zabrał ją do schroniska Na
Paluchu. Z klatek wybrali trzy spokojne psy i wraz z opiekunką
zwierzaków wyprowadzili je na spacer. Umówili się z Sylwią, że jeśli
tylko będzie chciała występować w roli psiej wolontariuszki, Górny
zawsze gwarantuje jej swoje towarzystwo. Do domu wróciła w spazmach
radości.
Julia pchnęła drzwi prowadzące do sali ślubów, po czym wszyscy wśliznęli
się bezszelestnie do środka. Pomieszczenie tonęło w bieli. Ściany,
dywan, nawet krzesła i drapowane zasłony w oknach przywoływały na myśl
lodowe igloo.
Znalezienie wolnego miejsca nie stanowiło problemu - ponad połowa
krzeseł stała pusta. Przód sali okupowały starsze kobiety.
Najprawdopodobniej sąsiadki i daleka rodzina matki rozproszona po
Polsce. Julia nie rozpoznawała ich twarzy. Goście ze strony ojca również
byli zagadką. Emilia przechowywała co prawda stare zdjęcia jego
kuzynostwa, jednak czas zrobił z twarzami swoje i to, co zapamiętała z dawnych fotografii, niewiele miało wspólnego z teraźniejszością.
Państwo młodzi siedzieli już na swoich miejscach, tuż przed urzędowym
stołem. Emilia co rusz obracała się z niepokojem, wypatrując córki. Gdy
spotkały się wzrokiem, odetchnęła z ulgą. Od rana chodziła w nerwach, że
coś pójdzie nie tak. Nie dopiszą goście, ktoś się rozchoruje lub po
prostu zrezygnuje ze wspólnego świętowania. Kiedy na krótko przed
rozpoczęciem uroczystości Julia wciąż się nie pojawiała, przez myśl
przeszło jej, że powinni przełożyć ślub, że to zły omen. Julia jednak
przyszła. Do tego z przystojnym mężczyzną. I oczywiście z Sylwią, która
nie wiedzieć czemu schowała się nagle przed wzrokiem babci za jego
plecami i tylko pomachała jej chudą ręką.
Ważne, że mogli zaczynać.
Ceremonia, choć nie kościelna, była wzruszająca. Formułkę: "uczynię
wszystko, by nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe" państwo
młodzi wypowiedzieli z zaciśniętymi gardłami. Kiedy złożyli podpisy na
dokumentach i unieśli ręce w geście triumfu, rozległy się oklaski.
Sylwia biła brawo najmocniej i jako pierwsza wyrwała się z gratulacjami.
Objęła Emilię w pasie, tuląc buzię do beżowej sukni.
- Żyj sto lat, babciu. Razem z dziadkiem.
Ustawiła nowożeńców na tle kwiatów, po czym pstryknęła kilka zdjęć, by
Emilia mogła je umieścić na swoim koncie na Facebooku.
- Dobrze wyszło? Pokaż. - Emilia zerknęła na ekran telefonu. - No, niech
będzie. Matka nie miała cię już w co ubrać? O twoich oczach nie wspomnę
- dodała z niesmakiem.
Wyszli z sali do holu. Na wysokich okrągłych stołach stały już tace z kieliszkami wypełnionymi szampanem. Odśpiewano Sto lat i krzyknięto
"gorzko". Kolejka do składania życzeń ustawiła się zaraz po tym, jak
Emilia z Edmundem wymienili wymuszony nawoływaniem pocałunek.
Julia i Górny poczekali, aż fala gości odpłynie od nowożeńców, i dopiero
wtedy podeszli z kwiatami.
- Obyście tym razem tego nie popsuli. - Nachyliła się do matki. -
Najwyższy czas wypłynąć na spokojne wody.
Mrugnęła porozumiewawczo do Sylwii, która wyjęła zza pleców torebkę ze
ślubnym prezentem.
- Otwórz, dziadku! - pisnęła. - Padniesz, jak zobaczysz.
- Teraz?
- Koniecznie!
Edmund wyjął pudełko i znajdującą się w nim kopertę.
- Rejs? - Oczy pana młodego zaszkliły się po raz kolejny tego dnia. - Co
też ty, dziecko...
Tego się spodziewała - zakłopotania, z którym nie będzie sobie umiał
poradzić. Matka też nie wyglądała na zachwyconą, ale z zupełnie innego
powodu.
- Babcia wszystkiego się boi - odgadła natychmiast Sylwia. - Pewnie
myśli, że statek zatonie.
- Co komu pisane. - Emilia pokiwała głową. - Pomyślimy. A ten pan to
kto? - Wskazała brodą na Górnego.
Adam przedstawił się, schylając nisko czoło.
- Nowy kolega? - spytała matka. "Kolega" zabrzmiało tak, jakby Julia z Górnym wyskoczyli właśnie z piaskownicy. - Mam nadzieję, że nie z policji.
- Oczywiście, że z policji - wyjaśniła z dumą Sylwia.
Emilia zaczęła kręcić na palcu swoją nową obrączką.
- No cóż... Nieważne, wracajmy do gości.
Julia zauważyła, że ojciec od dłuższego czasu spogląda na młodą kobietę
stojącą pod ścianą. Wyczekiwała. To musiała być Lidia, jedyna osoba,
która dopóty nie odważyła się podejść, dopóki Edmund nie wykonał w jej
stronę zapraszającego gestu. Zbliżyła się do nich z uśmiechem. Nie był
to jednak rodzaj radości, z jakim przychodzi się na ślubną uroczystość.
Oczy miała aż nadto poważne. Rozglądała się przy tym na boki, jakby
kogoś wypatrywała.
- Julio, poznaj swoją siostrę. - Edmund objął kobietę ramieniem.
Złożyła nowożeńcom życzenia, po czym potrząsnęła wyciągniętą ręką. Na
jej nadgarstku zabrzęczała bransoletka ze złotymi zawieszkami.
- Wreszcie mamy okazję się spotkać - powiedziała Lidia, koncentrując w końcu wzrok. - Ojciec wiele mi o pani mówił.
"Wiele mówił" mogło oznaczać wszystko. Użyła enigmatycznego zwrotu, żeby
nie powiedzieć wprost, że w ciągu ostatnich lat Julia zgotowała ich ojcu
emocjonalne piekło?
- Jakby nie było lepszych tematów do rozmów - zaśmiała się w odpowiedzi.
- Poza tym darujmy sobie oficjalne zwroty. Cokolwiek by mówić, płynie w nas ta sama krew. Zatem... po prostu: Julia.
Ledwie uniosła kąciki ust.
Emilia odpłynęła w stronę gości, pociągając za sobą męża i wnuczkę.
Sylwia wyrwała się po zaledwie minucie. Nie przywykła do podszczypywania
w policzki i słodkiego gdakania starszych pań. Wolała zająć się tym, co
lubiła najbardziej: robieniem zdjęć. Gdy uznała, że każdy z gości został
wystarczająco obfotografowany, włączyła nagrywanie.
- Powiedz coś do kamery, mamo. - Stanęła na wprost Julii. - Żeby babcia
i dziadek mieli pamiątkę.
Julia już otwierała usta, by wyklepać formułkę o szczęściu na nowej
drodze życia, kiedy poczuła, jak Lidia kładzie jej rękę na ramieniu.
- Możemy porozmawiać? - Jej oczy prosiły. - To ważne.
Górny zakołysał w palcach pustym kieliszkiem. Ulotnił się pod pretekstem
dolewki szampana, odciągając przy okazji Sylwię. Uznał, że pierwsza
rozmowa sióstr powinna odbyć się w cztery oczy.
- Nie wiem, od czego mam zacząć - powiedziała Lidia, gdy zostały same.
- Jeśli chodzi ci o ojca...
- Nie, zupełnie nie. - Pokręciła głową.
- Mów wprost, nie lubię owijania w bawełnę - zachęciła ją Julia.
Zachęta musiała wypaść blado, bo kobieta przez dłuższą chwilę milczała.
- Tak naprawdę chodzi o mnie - zaczęła wreszcie. - Stało się coś bardzo
złego. Jeśli nic nie zrobię, wkrótce dojdzie do kolejnej tragedii.
Potrzebuję pomocy, Julia. Tak naprawdę przyszłam na ten ślub tylko po
to, żeby się z tobą spotkać.
Jak na ukochaną córkę Edmunda wypadło to dość okrutnie.
- Wiem, jak to brzmi. Zwykle nie bywam taka podła.
- Każdy czasem bywa.
Uśmiechnęła się blado.
- Gdyby nie to, że mam nóż na gardle...
- Sama go sobie przyłożyłaś czy ktoś ci w tym pomógł? Mów, co to za
sprawa. Potem będzie trudno znaleźć moment między wesołym pociągiem a piciem wódki z pantofelka panny młodej.
Julia nie mogła pozbyć się wrażenia, że Lidia nieustannie spogląda przez
ramię. I na pewno nie chodziło jej o szukanie bardziej zacisznego kąta
do rozmowy ani o pozowanie do aparatu wciąż kręcącej się w pobliżu
Sylwii.
- Przepraszam. - Lidia po raz setny skontrolowała wzrokiem hol. -
Zachowuję się jak wariatka.
- Do tego mocno wystraszona.
- Aż tak widać?
Julia uniosła znacząco brwi.
- Boję się, że dłużej tego nie wytrzymam - przyznała Lidia. - To
wszystko trwa już zbyt długo. W końcu pęknę.
- Mówisz, jakbyś miała zamiar kogoś zabić.
Lidia przygryzła wargi.
- Obiecaj, że wysłuchasz mnie do samego końca. Trudno będzie ci uwierzyć
w to, co powiem, ale zapewniam, że każde moje słowo jest prawdą. I najważniejsze: nikt nie może wiedzieć o tej rozmowie, rozumiesz?
- Wciąż niewiele, ale staram się.
Kobieta otwierała ponownie usta, kiedy w jej torebce zadzwoniła komórka.
Przyjrzała się dokładnie numerowi na ekranie.
- Muszę odebrać.
Odeszła na kilka kroków. Przez harmider wywołany wybuchami śmiechu gości
Julii trudno było wychwycić cokolwiek z tego, co mówiła.
Kiedy zakończyła rozmowę, długo jeszcze wpatrywała się w zgaszony ekran.
Trzęsła się przy tym, jakby ktoś wylał jej za sukienkę wiadro lodowatej
wody.
- Stało się coś? - spytała Julia, widząc, jak Lidia obraca telefon w dłoniach.
W końcu złapała oddech. Podniosła na nią szklące się z przerażenia oczy.
- Muszę się z kimś spotkać. To na pewno tylko drobne nieporozumienie.
Pojadę na Wilanowską i załatwię sprawę. Będę najpóźniej za godzinę,
spotkamy się na weselu. Nikt się nawet nie zorientuje, że wychodziłam.
- Państwo młodzi świata poza sobą nie widzą, więc pewnie masz rację.
Lidia powędrowała wzrokiem ku rozgadanym Emilii i Edmundowi.
- Wyglądają na naprawdę szczęśliwych - przyznała, po czym spojrzała na
zegarek. - Jak powiedziałam, za godzinę. Wtedy wszystko ci opowiem.
- Zajmę ci miejsce przy stole.
Julia patrzyła, jak drobna sylwetka Lidii oddala się i znika na schodach
prowadzących do wyjścia z budynku. W tym samym czasie ojciec zajęty był
tuleniem się do Emilii i zaśmiewaniem z jakiegoś jej żartu. Tak jak
przypuszczała nowo poznana siostra, nie zauważył, że gromadka gości
pomniejszyła się o jedną z najważniejszych dla niego osób.
* * *
Restauracja Staropolanka tonęła w złamanej bieli obrusów i w słodkim
zapachu lilii. Kiedy Emilia z Edmundem zajrzeli tu w lutym, by
zarezerwować salę, wydawała im się zatęchła i do tego ciemna. Przesadna
ilość brązowych mebli i poszarzałych dekoracji miała nadać pomieszczeniu
ciepły klimat, jednak zamiast tego zamieniła je w ponurą pieczarę.
Skwaszona mina ukochanej dała Edmundowi do myślenia. W tajemnicy zamówił
jasne pokrowce na weselne krzesła i zlecił firmie od dekoracji okien
uszycie białych powłóczystych firan. Z wypożyczalni przywiózł srebrne
świeczniki, w których miały stanąć białe świece. Zadbał nawet o to, by
za krzesłami pary młodej umieszczono wielką tablicę z inicjałami E &
E ułożonymi z główek białych goździków. Nie na darmo oglądał po nocach
powtórki programów telewizyjnych, w których ślubne ekipy doradzały, jak
powinna wyglądać idealna sala bankietowa. Efekt przeszedł jego
oczekiwania, a zachwyt w oczach ukochanej, gdy ponownie przekroczyła
próg Staropolanki, wynagrodził mu nieprzespane godziny i wydatki na
oprawę uroczystości. Miał dla niej w zanadrzu jeszcze jeden prezent.
Zaraz po tym, jak wszyscy goście weszli do restauracji, ustawił ich na
parkiecie w kręgu, po czym skinął w stronę dwuosobowego zespołu młodych
didżejów. Siedzący za konsolą chłopak wcisnął guzik w maszynie
generującej ciężki dym. Gdy pierwsze buchnięcie białej mgły rozeszło się
po podłodze, z głośników popłynęło Unforgettable Nata Kinga Cole'a.
Edmund wyciągnął rękę do swojej świeżo poślubionej żony.
- Pierwszy taniec? - Emilia spuściła z zawstydzeniem wzrok. - No nie
wiem... Myślisz?
- Tańcz, babciu! - krzyknęła Sylwia, ustawiając się do nagrywania
kolejnej serii filmików.
Zachęcona kilkoma dodatkowymi okrzykami Emilia wygładziła opiętą na
brzuchu sukienkę i wpłynęła na parkiet. Walc angielsko-wiedeński wypadł
obojgu na tyle dobrze, że kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki muzyki,
rozległy się brawa.
Dym opadł i goście mogli wreszcie zasiąść za stołami. Kelnerzy zapalili
świece i sala rozbłysła ciepłym światłem. Na stołach pojawiły się
pierwsze przystawki.
Edmund z coraz większym niepokojem spoglądał na puste krzesło
zarezerwowane dla Lidii. Odkąd wybiegła z urzędu stanu cywilnego, minęły
dwie godziny.
Zerknął po raz setny na zegarek, po czym wstał od stołu. Przecisnął się
za plecami Emilii, nie zważając na to, że goździkowe litery E & E
przekręciły się niebezpiecznie na dekoracyjnym panelu, i ruszył w kierunku szatni. W zakątku z wieszakami było o wiele spokojniej aniżeli
w głównej sali. Wyjął z kieszeni marynarki telefon i wybrał numer. Nie
zauważył, jak Julia staje kilka kroków dalej.
- Wciąż cisza? - spytała, podchodząc pod stojaki z płaszczami.
Skinął głową.
- Podobno wyszła tylko na chwilę.
- Tak mówiła. Za nic nie opuściłaby waszego wesela. Próbuj dalej.
Edmund ponownie wybrał numer.
- To do niej niepodobne, żeby nie odbierać.
Ślubny entuzjazm znikał z jego twarzy niczym sztuczny dym z tanecznego
parkietu.
- Poczekajmy jeszcze pół godziny. Ani się obejrzysz, jak stanie w drzwiach. - Julia strząsnęła z klapy jego marynarki nieistniejący pyłek.
- Masz rację - odparł, chowając telefon. - Nie ma co panikować. W końcu
przecież przyjdzie.
Lidia nie przyszła. Minęła trzecia godzina przyjęcia, a jej miejsce za
weselnym stołem wciąż pozostawało puste. Kiedy Edmund po raz kolejny
spojrzał na drzwi restauracji otwierane przez któregoś z gości, Julia
wyjęła z torby długopis i położyła go przed ojcem razem z papierową
serwetką.
- Zapisz mi jej numer telefonu i adres.
Pierwszy raz widziała, żeby tak trzęsły mu się ręce. Zwinęła zapisaną
serwetkę i wrzuciła ją do swojej torby.
- Na pewno nic jej nie jest - powiedziała uspokajająco. - Telefony się
rozładowują, klucze do mieszkania gubią, a taksówki spóźniają. Za pół
godziny wszystko będzie jasne. Zajmijcie się przez ten czas Sylwią.
Odebrała z szatni płaszcze swój i Górnego. Mimo że Adam był już po
czterech kieliszkach weselnej wódki, trzymał się na nogach. Jedynie
wzrok miał lekko mętny, więc na odchodne złapał z tacy kelnera szklankę
wody gazowanej i wypił ją duszkiem dla rozrzedzenia alkoholu we krwi.
- Jesteś pewna, że miała wrócić? - spytał, gdy ruszyli w stronę
zaparkowanej pod restauracją skody. - Może uznała, że to impreza nie dla
niej, i po prostu zmyła się po cichu. Nie każdy kocha patrzeć, jak jego
ojciec ściąga zębami podwiązkę z uda świeżo upieczonej żony. Ile waży
twoja matka?
Ścięła go spojrzeniem.
- Spasuj, możesz? Czy według ciebie mój ojciec wygląda na kogoś, kto
myśli teraz o podwiązkach? Nie zauważyłby nawet, gdyby mu podmienili
matkę na młodą Sofię Loren. Męczy się na własnym weselu.
- A ciebie wzięło na litość.
- Nazywaj to, jak chcesz. W dniu jego ślubu chcę być po prostu fair.
Pojadę do Lidii i upewnię się, że siedzi w dresie, oglądając jakiś
mdławy melodramat na Netfliksie. Tylko tyle. Na pewno nie zamierzam jej
wyciągać nigdzie na siłę.
Górny zasłonił usta przed odbiciem powietrza podchodzącego z żołądka.
- Twojej matce też na tym najwyraźniej nie zależy. Ani razu o nią nie
zapytała. Dziwne.
- Dziwne by było, gdyby to zrobiła. Nie znasz jeszcze mojej rodziny,
Górny.
Tak jak przypuszczała, ulice wcale nie były zatłoczone. Taksówka wioząca
Lidię przemknęłaby z lewobrzeżnej Warszawy przez most Świętokrzyski w ciągu zaledwie kilku minut.
Wjechała w Zajęczą, a potem skręciła w Kruczkowskiego. Minęła park,
przepuszczając przez jezdnię peleton rozpędzonych młodych rowerzystów,
po czym wymanewrowała w kierunku Solca.
- To gdzieś tutaj. - Rozejrzała się po długiej osiedlowej ulicy.
Wzdłuż chodnika ciągnęła się niska zabudowa bloków. W głębi wystawały
wyższe punktowce. Po przeciwnej stronie jezdni szeroki trawnik
przechodził w gęsto tkany drzewami park, kolejny w tej okolicy.
- Wilanowska. Moje dawne rewiry. - Górny wyciągnął szyję, starając się
rozpoznać okolicę. - Ostatni raz byłem tu w liceum.
Julia zapatrzyła się na park budzący się po zimie.
- Gigant z kumplami?
- Nie. - Górny pokręcił głową. - Chodziło o dziewczynę. Byliśmy parą,
ale dość krótko.
- Nastoletnia miłość? Jak słodko.
Nie była pewna, czy jego zamulony wzrok, którym doszukiwał się czegoś
między blokami, spowodowany był tęsknotą za dawną sympatią czy weselną
wódką.
- Mieszkała zaraz za tym pagórkiem. Miała na imię Natalia.
- Może nadal tam na ciebie czeka - rzekła z nutą drwiny w głosie. - Stoi
w oknie i wypłakuje oczy.
Zahamowała, ale on wciąż nie odpinał pasa bezpieczeństwa.
- Natalii już nie ma. Przeze mnie.
W pierwszej chwili uznała, że żartuje. Górny nie wyglądał jednak na
rozbawionego.
- Po naszym rozstaniu połknęła garść proszków - wyjaśnił. - Zrobiła to
już wcześniej. Za pierwszym razem starzy zdążyli ją uratować. Za drugim
już nie.
- O cholera... Fatalna sprawa. Współczuję. Po takich sytuacjach trauma
pozostaje na całe życie.
Roześmiał się. Najpierw parsknął dyskretnie, potem zawył błazeńsko do
podsufitki.
- Idiota! - warknęła Julia. - Jak Boga kocham, idiota! Nie było żadnej
Natalii?
- Ależ była. Wciąż jest. Mieszka z mężem w Toronto i prowadzi zakład
kosmetyczny. Robi bogatym paniusiom rzęsy.
Wyskoczyła ze skody i trzasnęła drzwiami. Górny wytoczył się za nią.
- No już... Daj mi chwilę, zaraz oprzytomnieję. Dziesięć minut i będę
trzeźwy jak dziecko. - Wystawił twarz do wiatru i zaczął robić głębokie
wdechy.
Julia nie miała zamiaru uczestniczyć dłużej w tej błazenadzie. Nie
powinna go wyciągać z restauracji. Odszukała w telefonie aplikację
Ubera.
- Co robisz? - Zerknął jej przez ramię.
- Odsyłam cię do domu.
Odebrał jej komórkę.
- Samej cię na górę nie puszczę. Wciskaj domofon.
Stanęli pod czteropiętrowym beżowym budynkiem. Spokojny kolor elewacji
rozbijały przytwierdzone do poręczy balkonów różnobarwne skrzynki na
kwiaty, puste o tej porze roku. Na kilku z nich zieleniły się tuje.
Julia wycelowała palcem w guzik z numerem osiem. Po sześciu sygnałach
domofon się rozłączył. Szarpnęła drzwiami, jednak ani drgnęły. Górny
oparł się ramieniem o mur.
- Wygląda na to, że musisz użyć swoich czarodziejskich nożyków.
- Nie mam. Nie planowałam włamywać się do restauracji.
Położyła palec na innym przycisku i przytrzymała kilka sekund. Po chwili
w głośniku odezwał się młody i mocno rozbawiony głos spod czwórki.
- Kto? - spytał konkretnie.
- Policja - odpowiedziała równie konkretnie Julia. - Proszę otworzyć.
- Policja? Może FBI? - Głos nagle się rozochocił. - Ty, Rusek, FBI do
ciebie.
Z głębi mieszkania doszedł śmiech wymieszany z niespokojnymi pomrukami.
- Khto tam? - W kratce domofonu odezwał się równie młody, lecz dużo
poważniejszy głos. - Czomu milicija? Ja zamowił pitsu, nie militsiyu.
Adam błysnął zębami.
- Ukrainiec. Na dodatek dowcipny.
- Daleko mu do ciebie. Otkrywaj! - krzyknęła do domofonu Julia.
Usłyszeli odgłos otwieranych drzwi balkonowych na pierwszym piętrze.
Najpierw zza barierki wychyliła się łysa głowa, a zaraz za nią tułów w szarej bluzie Adidasa.
- Ty, Rusek, kurwa... Jacyś przebierańcy urwali się z wiejskiego dancingu.
Pod krawatem i w lakierkach! Patszaj!
Do tułowia w szarej bluzie dołączył drugi, w białym podkoszulku. Rusek,
właściciel lub najemca mieszkania, przyjrzał się dwójce stojącej na
dole. Musiał mieć krótki wzrok, bo mrużył oczy i wyciągał szyję ponad
normę.
- Khto wy? - krzyknął, widząc, że na pewno nie są od pizzy.
Adam musiał sięgnąć do wewnętrznej kieszeni marynarki. Z policyjną
legitymacją nie rozstawał się nigdy. Była ważniejsza od karty kredytowej
i portfela. Wyciągnął rękę z dokumentem w stronę balkonu.
- Jebut twoja mać! Tse spravdi milicija - zaszemrał do kumpla Rusek. -
Ty idiot!
Nie tylko otworzył im drzwi, ale wręcz zbiegł na dół i wpuścił ich
osobiście na klatkę schodową.
- Ja niczewo... u mienia je druh, my kruti... my knigi czytajem...
Górny poklepał go po ramieniu.
- Się uspokój, kolego. My nie po ciebie.
- Po druha? - Oczy chłopaka się rozszerzyły. - Po Robala?
- Po Robala też nie. Wracaj do siebie.
O nic więcej nie pytał. Wbiegł po schodach i zaszył się w mieszkaniu.
Zza drzwi doszedł ich po chwili ryczący śmiech łysego przyjaciela
uciszany przez spłoszonego Ruska.
- To co, fruniemy na trzecie piętro. - Górny potarł o siebie dłonie. -
Załatwmy, co trzeba, i wracajmy na emeryten party.
Wcisnął guzik windy. Ktoś musiał nie domknąć na górze drzwi dźwigu, bo
nie zjeżdżał na parter. Poszli schodami. Byli na półpiętrze, kiedy z górnej kondygnacji dobiegł ich krzyk. Należał do kobiety. Był
makabryczny, przechodził w płaczliwy skowyt. Spojrzeli po sobie, a następnie w prześwit między schodami.
- Lidia! - wrzasnęła Julia.
Na górze działo się coś złego. Biegli po kilka stopni naraz, ale gdy
dotarli pod mieszkanie Lidii, nie zastali tam nikogo. Po chwili płacz
się powtórzył. Dochodził z piętra wyżej.
W uchylonych drzwiach jednego z mieszkań Julia zobaczyła starszą
kobietę. Siedziała na posadzce, skulona i wystraszona. Drobna, o gołębich włosach, w podomce i wsuwanych kapciach.
- Jezuuu... - zawyła na widok dwójki zdyszanych ludzi w eleganckich
strojach. - Ratujcie ją...
Wyciągnęła rękę, jakby chciała złapać Julię za brzeg jej sukienki. Palce
jednak tylko omsknęły się po zielonym płaszczu.
- Zajmij się nią. - Julia wyminęła starszą panią i pchnęła drzwi
mieszkania.
Górny podszedł do kobiety i ukucnął obok.
- Proszę się uspokoić. To pani mieszkanie?
Kobieta pokręciła głową, po czym wskazała drzwi naprzeciwko.
- Zaprowadzę panią. - Pociągnął ją delikatnie, łapiąc pod łokieć, byle
tylko ruszyła się z miejsca.
Wstawała z trudem, niemal nie odrywała wzroku od uchylonych drzwi.
- Co oni jej zrobili...
Górnemu wciąż szumiało w głowie po weselnej wódce, ale chcąc nie chcąc
musiał wziąć kobietę na ręce. Wydawała się zbyt słaba, by iść o własnych
siłach. Nie zdążył nacisnąć klamki mieszkania z tabliczką "D.A. Rylscy",
kiedy usłyszał za sobą głos Julii:
- Dzwoń po pogotowie - powiedziała, patrząc na bladą twarz starszej
pani. - I po kryminalnych.
Karetka przyjechała pierwsza. Zastrzyk z hydroksyzyny zadziałał
natychmiastowo. Górny odczekał jeszcze chwilę, aż kobieta pozwoli
położyć się na wersalce i przykryć kocem, po czym wymknął się z małego
saloniku. W przedpokoju natknął się na mężczyznę o posiwiałych
skroniach. W rękach trzymał zdjęty z głowy, staromodny kapelusz.
- Pan Rylski? - spytał dla pewności.
Mężczyzna nerwowo spojrzał w prześwit salonu, gdzie widać było
pomarańczowe kombinezony ratowników.
- Coś się stało mojej żonie?
- Atak paniki, ale najgorsze już minęło. Może pan wejść.
Górny przepuścił Rylskiego i zamknął za nim drzwi. Teraz najważniejsze
było to, co działo się w mieszkaniu naprzeciwko.
Pchnął łokciem drzwi z numerem dziesięć. Przedpokój w kształcie litery L
był klasyczny: szafka na buty, podłużny wieszak z płaszczami, lustro i mała komoda na drobiazgi. Urządzony skromnie, ale z gustem. Przez całą
jego długość ciągnął się przekrzywiony chodnik w kwiatowy wzór.
- Julia? - zawołał Górny.
Wychyliła się zza drzwi na końcu mieszkania.
- Gdzie ciało?
- Nie ma - odpowiedziała krótko.
- Żarty sobie robisz? Kazałaś zawołać ekipę.
Otworzyła na oścież kuchnię.
- Chodź, zobacz. - Wskazała głową wnętrze.
Kuchnia urządzona była na biało, nie licząc drewnianego blatu roboczego
i dwóch tapicerowanych na niebiesko taboretów. Na pierwszy rzut oka
panował w niej porządek. Na suszarce stały talerze i kubki, pod
kaloryferem w wielkiej bańce dochodziło wino własnej roboty. Obok niego
stał zaklejony karton. Wszystko wyglądało niemal sterylnie, gdyby nie
czerwień, którą zbryzgane były podłogowe płytki. Ta sama czerwień
pokrywała brzeg zlewu i znajdującą się pod nim szafkę.
Górny oparł ręce na biodrach.
- Jeśli miałbym obstawiać...
- To nie jest rozlane wino, jeśli masz co do tego wątpliwości.
- Widzę przecież. Ktoś tu nieźle oberwał. Nawet szyba jest we krwi -
powiedział Górny, odsuwając firankę.
Julia ukucnęła, podwijając poły płaszcza pod pośladki.
- Przyjrzyj się plamom na podłodze. Nawet gdyby to był nieszczęśliwy
wypadek, kształt spadających kropel byłby zupełnie inny. Nie podłużny, a okrągły. Widzisz? Ta krew spadała pod kątem. Jest jeszcze coś. -
Wskazała palcem na miejsce pod stołem, tuż obok niebieskiego taboretu.
- Włosy? - Górny zmrużył oczy.
- Ciemny blond. Są wszędzie.
- Jak na podłodze u fryzjera. - Rozejrzał się po płytkach.
- Fryzjerzy nie wyrywają ludziom włosów. Ktoś złapał ją za tył głowy i szarpnął z wielką siłą.
- Niezła jatka.
- Jatka w kuchni była tylko początkiem. Widziałeś poskręcany chodnik w przedpokoju? Wygląda, jakby kogoś po nim wleczono.
- Sugerujesz porwanie? Ktoś miałby uprowadzić dorosłą kobietę z jej
własnego mieszkania?
- Na pewno nie wyszła stąd dobrowolnie. Gołym okiem widać, że to miejsce
było polem bitwy.
- Zostawmy to technikom - zadecydował Górny. - Przyjrzą się śladom. Ty
natomiast uspokój się, bo widzę, że zaczynasz panikować. Nie jesteśmy u twojej siostry, to nie jest jej mieszkanie, nie jej włosy ani krew,
okej?
- Będzie okej, jeśli na własne oczy zobaczę, że Lidia jest cała i zdrowa. Na razie widzę rozbryzgi krwi w mieszkaniu, które od mieszkania
mojej siostry dzieli zaledwie podłoga.
- Mam iść z tobą? - spytał, gdy Julia wyminęła go i stanęła przed
drzwiami wejściowymi.
Pokręciła głową.
- Nie trzeba. Zostań tu i czekaj na chłopaków.
Zbiegła na trzecią kondygnację i stanęła przed mieszkaniem numer osiem.
Energicznie wcisnęła przycisk dzwonka. Elektryczny świergot ptaka
wypełnił wnętrze mieszkania, jednak nikt nie wszedł do przedpokoju.
Julia podniosła głowę. Nad wejściem w lewym rogu zobaczyła miniaturowe
oko kamery. Zwisało smętnie na metalowym zawiasie, ewidentnie oderwane
od zasilającego ją kabla.
- Lidia?! - Załomotała pięścią tuż pod wizjerem.
Za drzwiami wciąż nic się nie działo. Odruchowo złapała za klamkę. Nie
musiała nią szarpać, mieszkanie było otwarte.
Powitała ją cisza. Znikąd nie dochodził ani odgłos włączonego
telewizora, ani żaden inny dźwięk, który mógłby zdradzić, że poza nią
jest tu ktoś jeszcze.
Zamknęła za sobą drzwi. Dopiero teraz zwróciła uwagę na liczbę zamków.
Dwa nad klamką i dwa pod nią. Do tego łańcuszek i zaklejony wizjer. Jego
funkcję pełnił przytwierdzony do ściany elektroniczny monitor od
uszkodzonej kamery.
Weszła głębiej. Mieszkanie miało identyczny rozkład jak to piętro wyżej.
Było za to lepiej umeblowane. Nie sposób było znaleźć tu wyposażenia z popularnych sieciówek ani masowo produkowanych grafik do wieszania na
ścianach. Stylowe fotele i kanapa oraz szlachetne oleje tworzyły klimat
dostatku. Było tak, jak mówiła Emilia. Lidia z racji bliskich relacji z ojcem nie martwiła się tym, by przeżyć od pierwszego do pierwszego.
Zajrzała do sypialni. W pokoju panował nieład, jaki zdarza się kobietom
będącym w pośpiechu. Lidia, szykując się na ślub ojca, nie zdążyła
zamknąć szafy ani pochować na miejsce porozrzucanej bielizny, która
wystawała z rozbebeszonej szuflady w komodzie. Tuż obok niej leżały
buty.
Julia nie mogła oprzeć się wrażeniu, że właśnie to obuwie widziała na
nogach siostry w Pałacu Ślubów jeszcze kilka godzin temu. Beżowe
skórzane czółenka na klockowatych obcasach, ostatnio bardzo modnych. Na
takie buty zwraca się uwagę.
A więc była tu. Wróciła po tym, jak zaraz po uroczystości zadzwonił jej
telefon. Przyszła załatwić jakąś ważną sprawę, a przy okazji zmienić
pantofle na wygodniejsze. Po co męczyć się na obcasach cały wieczór?
Chyba że Górny miał rację i wcale nie miała zamiaru wracać na wesele.
Jeśli rzeczywiście tak było, jej burgundowa sukienka także powinna
gdzieś tu być.
Julia zaczęła przesuwać wieszaki w szafie. Czarne, zielone i niebieskie
sukienki oraz tuniki jeździły po drążku, jednak aksamitnej sukni nie
było. Nie znalazła jej też na stercie ubrań przygotowanej do prasowania
ani w sąsiednim salonie. Zajrzała do kuchni i łazienki, ale na darmo.
Burgundowa sukienka zniknęła, podobnie jak jej właścicielka.
Wyjęła telefon i po raz kolejny tego dnia wywołała numer Lidii. Nadzieja
na to, że kobieta w końcu odbierze, topniała. Mimo to nacisnęła zielony
przycisk.
Stłumiony dźwięk dzwonka usłyszała od razu. Dochodził z któregoś z pomieszczeń. Nadstawiła uszu. Sygnał poprowadził ją na powrót do
sypialni. Dobywał się z ciemnoniebieskiej torebki kopertówki wciśniętej
pod fotel. Julia otworzyła ją i wyjęła smartfon. Na zablokowanym
wyświetlaczu pulsował numer jej telefonu, a w górnym prawym rogu widać
było liczbę nieodebranych połączeń.
Schowała komórkę Lidii do kieszeni swojego płaszcza i wyszła z mieszkania.
Na pytający wzrok Adama odpowiedziała kręceniem głowy.
- Wiem tylko, że wróciła do siebie i że jej mieszkanie przypomina
twierdzę. A poza tym... - Julia rozłożyła bezradnie ręce. - Mam złe
przeczucia, Górny. Coś się tu ewidentnie wydarzyło i polała się krew.
Pytanie: czyja. Gdzie, do diabła, są technicy? Ile można jechać z Nowolipek?!
Odsunęła firankę i wyjrzała przez kuchenne okno umazane krwią.
- Musiałem sprostować zgłoszenie, że na miejscu są tylko ślady walki -
wyjaśnił Górny. - Nie mamy ofiary z przestrzelonym czołem.
- I dlatego idą tu na piechotę?
- Uspokój się. - Górny położył dłonie na jej ramionach i zaczął
rozmasowywać napięcie. - Lepiej?
- Ani trochę, płaszcz jest zbyt gruby. Co to jest? - spytała, widząc
rozrzucone po stole koperty.
- Rachunki. Leżały na lodówce, wszystkie wystawione na nazwisko
Aleksandry Majewskiej. Myślisz, że była singielką?
Julia przebiegła wzrokiem po zeszłorocznym rozliczeniu za prąd.
- Brak zaległości. Opłacała wszystko w terminie - stwierdziła,
przyglądając się liczbom. - Czy była singielką? Na pewno nie mieszkała z żadnym mężczyzną.
- Mogła mieć kogoś na dochodne.
- W łazience brak drugiej szczoteczki do zębów. Gdyby miała kogoś na
dochodne, ten ktoś chciałby sobie rano umyć zęby. Łazienka mówi o człowieku wszystko.
- O ile pamiętam, w twojej łazience moja szczoteczka nie stoi.
Julia odłożyła kopertę na jej pierwotne miejsce na lodówce.
- Bo mam dziecko, Górny. A przy dzieciach każdą dodatkową szczoteczkę
czy golarkę trzeba dokładnie przemyśleć. Majewska, mówisz? Przydałby się
jakiś dokument ze zdjęciem.
Wyszła z kuchni i zniknęła za drzwiami łazienki. Wróciła po chwili,
naciągając na dłonie jednorazowe rękawiczki.
- Są od farby do włosów, ale tylko takie znalazłam. Pogrzebię trochę w jej rzeczach.
- Ja zajrzę naprzeciwko. Pani Rylska powinna już dojść do siebie. Może
widziała, co tu się stało. W tej chwili to nasz jedyny świadek.
Górny zrobił krok w kierunku drzwi, ale ręka w lateksowej rękawiczce go
zatrzymała.
- Nie dziś. Najwcześniej jutro.
- Nie jestem na bani, jeśli o to ci chodzi.
- Po pierwsze: jesteś, więc nie możesz nikogo przesłuchiwać. Po drugie:
cokolwiek powie dziś Rylska, nie będzie to miało wiele wspólnego z prawdą. Jej mózg przechodzi teraz etap szoku. Jeśli zapytasz ją, co
widziała, zacznie koloryzować i wyolbrzymiać. Nie potrzebujemy takich
zeznań. Damy jej czas, by ochłonęła i zaczęła myśleć racjonalnie. Jest
jeszcze jeden szkopuł. - Julia założyła ręce na piersiach. - Może się
okazać, że góra wcale nie przydzieli ci tej sprawy do poprowadzenia.
- Fakt. Do zbrodni nie doszło.
- Zbrodnią śmierdzi tu akurat na kilometr. Ten, kto tak pięknie
pomalował tę kuchnię na czerwono, nie wywlókł Majewskiej z mieszkania,
żeby bawić się z nią w konwenanse przy kawie. Jest bezwzględny i tak też
ją na sam koniec potraktuje. Pytanie tylko, kiedy i gdzie porzuci ciało.
Ale, jak sam przytomnie zauważyłeś, na razie mamy tylko ślady pobicia.
Dlatego wlepią tę sprawę byle komu. Już po tym, jak się tu śpieszą,
widać, jak bardzo się nią przejęli.
Zza drzwi prowadzących do małej sypialni dobiegł cichy szmer podobny do
stukania. Julia obróciła się w stronę dźwięku.
- Słyszałeś?
Górny kopnął lekko drzwi. W blaszanej klatce stojącej na parapecie za
grubą zasłoną kręcił się rudy chomik. Kołowrotek wirował pod jego
łapkami w takim tempie, jakby był podłączony do prądu. Na widok Julii i Adama zwierzę zatrzymało się w miejscu i spojrzało na nich koralikowymi
oczami.
Górny podszedł do klatki i pstryknął paznokciami w pręty.
- Siema, tłuściochu. Wygląda na to, że ktoś załatwił twoją panią. Gdybyś
umiał gadać, powiedziałbyś nam, kto był taki niedobry. Co, przyjacielu?
- Nie strasz zwierzaka, niech się bawi.
Jakby na potwierdzenie tych słów, chomik znów zakręcił swoim
kołowrotkiem z szybkością światła.
Julia podeszła do niewysokiego regału przeciętego podłużnym lustrem i zaczęła otwierać dolne szuflady. Ułożona równo pościel i bielizna nie
nosiły śladu, by ktoś w nich szperał. Na dnie znalazła kopertę z pieniędzmi. Przeliczyła banknoty. Tysiąc trzysta złotych nie było może
szokującą kwotą, ale gdyby chodziło o włamanie z zamiarem kradzieży,
pieniądze na pewno by stąd zniknęły.
Kolejna szuflada przeznaczona była na sportowe akcesoria. Obok kilku
sportowych staników i wygodnych legginsów znalazła zwiniętą w rulon matę
i drewniany klocek do jogi.
Otwierała następną szufladę, kiedy zadzwonił jej telefon. Spojrzała na
wyświetlacz.
- Ojciec - mruknęła. - Przyszedł czas na wymyślenie zgrabnej historyjki.
Nie musi wiedzieć wszystkiego. Przynajmniej na razie.
Gładko przeszło jej przez gardło, że sytuacja jest pod kontrolą i Edmund
może wrócić do weselnej sielanki.
- Uwierzył? - spytał Górny, gdy się rozłączyła.
- Powiedzmy, że do końca dnia będzie miał spokój. Prawdę usłyszy dopiero
po tym, jak pożegna swoich gości.
Wysypała na dywan zawartość kolejnej szuflady. Pod stertą nazbieranych
broszur i ulotek, jakie wrzucają listonosze do skrzynek pocztowych,
znalazła kilka zdjęć. Były to grupowe fotografie, z dziećmi siedzącymi
na krzesłach lub stojącymi wokół niewysokiej dwudziestokilkulatki o uśmiechniętej twarzy. Na dole każdej fotografii widniała data wskazująca
na rok, w którym je zrobiono.
- To ona, Aleksandra Majewska - powiedziała Julia, gdy Górny stanął jej
za plecami. - Wygląda na to, że pracuje w jakimś przedszkolu.
Wziął jedno ze zdjęć do ręki i przyjrzał się kobiecie.
- Ładna babka. Wiemy już przynajmniej, jak wygląda i kim jest.
Poza zdjęciami znaleźli coś jeszcze. W małej szkatułce schowanej na dnie
szuflady poza kilkoma parami drogich kolczyków połyskiwała złota
obrączka. Nie wyglądała na rodzinną pamiątkę po babci. Nie sposób było
doszukać się na niej zarysowań, jakie pojawiają się przy wieloletnim
noszeniu. Od wewnątrz miała wygrawerowaną datę: 20.06.2015.
- Myliłam się - przyznała Julia. - Pan Majewski jednak istnieje. Albo
istniał - poprawiła się.
Oderwali się od szkatułki i zdjęć, słysząc dobiegające z klatki
schodowej dudnienie ciężkich butów. Po chwili do tego hałasu dołączyły
dwa męskie głosy. Kiedy do mieszkania weszli technicy, Julia spojrzała
na zegarek.
- Godzina dwadzieścia - parsknęła. - Jak Boga kocham...