Julia Krawiec (tom 5). Bez powrotu - Marta Zaborowska

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

25 sierp­nia 2017 War­szawa-Bie­lany, ulica Bar­cicka

Dawno temu, za głę­bo­kim morzem i wysoką górą, w zie­lo­nej kra­inie Agulo żyła sobie księż­niczka Wody o imie­niu Gara. Była młoda i piękna, jej czarne włosy lśniły niczym skrzy­dła kruka. W końcu przy­szedł czas, gdy Gara zapra­gnęła wyjść za mąż. Jej mężem nie mógł zostać byle kto, lecz jedy­nie ten, któ­rego szcze­rze poko­cha. O tym, czy znaj­dzie się ktoś taki, mogła dowie­dzieć się tylko w jeden spo­sób. Wiesz, kocha­nie, w jaki? Nie wiesz, maleńka, skąd mogła­byś to wie­dzieć... W takim razie słu­chaj uważ­nie dalej.

Dolo­res Riva Ortega poło­żyła swoją cie­płą dłoń na czole dziew­czynki i pogła­dziła deli­katną skórę, zaha­cza­jąc o miękką linię jej wło­sów. Zro­biła to odru­chowo. Karinka lubiła jej piesz­czoty, zwłasz­cza przed snem. Wystar­czyło, by mała przy­tu­liła poli­czek do poduszki, a Dolo­res zaraz przy­ga­szała świa­tło i sia­dała na brzegu łóżka. Otu­lała drobne ramiona koł­drą, by dziew­czynka nie czuła wie­czor­nego chłodu, po czym powta­rzała ten sam rytuał: muskała opusz­kami pal­ców jej czoło, rysu­jąc na nim mniej­sze i więk­sze kółka. Ten mono­tonny ruch spra­wiał, że oczy Karinki zamy­kały się i pod powieki przy­cho­dził dobry sen.

Tak działo się przez pięć lat, więc i tym razem Dolo­res nie wyobra­żała sobie, by mogło być ina­czej. To, że zamiast nocy był teraz śro­dek dnia, a chłód zastą­piło let­nie słońce wdzie­ra­jące się przez nagrzane okna, nie robiło róż­nicy. Zna­cze­nia nie miało też to, że nie były same - poza nia­nią i dziew­czynką nie­wielki pokój wypeł­niało sie­dem osób.

- Otóż wraz z nadej­ściem nowego roku miał odbyć się w wio­sce festyn - mówiła dalej Dolo­res, nie odry­wa­jąc dłoni od czoła Karinki. - A zwy­czaj naka­zy­wał, by wszyst­kie panny, które chcą poznać swoją przy­szłość, zebrały się przy zacza­ro­wa­nej fon­tan­nie, do któ­rej wpa­dała woda z sied­miu stru­mieni pły­ną­cych z gór. Wystar­czyło nachy­lić się nad jej taflą i przej­rzeć w lustrze wody. Jeśli pozo­sta­wała kry­sta­licz­nie czy­sta, dziew­czy­nie wró­żono szczę­ście. Bywało jed­nak, że woda męt­niała i burzyła się, wiesz­cząc tym samym pan­nie zgubę i los nazna­czony hańbą. Żadna z dziew­cząt nie chciała mieć zła­ma­nego serca ani okryć się złą sławą. Pochy­lały się więc nad fon­tanną z obawą, ale i nadzieją, że w jej toni zoba­czą nie­zmą­cone odbi­cia swo­ich twa­rzy. Kiedy przy­szła kolej na Garę, księż­niczka nachy­liła się nad brze­giem i ode­tchnęła z ulgą, widząc, że woda jest czy­sta i spo­kojna. Nim jed­nak pod­nio­sła głowę, woda nagle pociem­niała, zmęt­niała i spię­trzyła się, jakby zadął w nią ostry wiatr. Po chwili pokryła się czer­wie­nią, zupeł­nie jak gdyby do fon­tanny wpa­dło roz­ża­rzone słońce. Prze­ra­żona Gara nie rozu­miała, co się stało ani dla­czego. Wtem poczuła na swym ramie­niu czy­jąś dłoń. Gdy się obró­ciła, zoba­czyła sta­rego mędrca, który powie­dział do niej: "To, co musi się wyda­rzyć, wyda­rzy się. Ucie­kaj od Ognia, Garo, albo on cię pochło­nie!".

Dolo­res prze­rwała opo­wia­da­nie. Zza rękawa swo­jej czar­nej sukni wyjęła chustkę, po czym dys­kret­nie wytarła nią skrzy­dełka nosa i wil­gotny kącik oka. Kiedy chustka wró­ciła na swoje miej­sce, kobieta uśmiech­nęła się do dziecka prze­pra­sza­jąco.

- Wybacz mi, skar­bie, na czym to skoń­czy­łam? Ach, na sta­rym mędrcu i klą­twie. Słu­chaj więc dalej. Jesz­cze tego samego dnia z sąsied­niej wyspy Ognia, nad którą wzno­sił się groźny wul­kan, przy­pły­nęły łodzie, a na jed­nej z nich król tej wyspy wraz ze swoim synem, księ­ciem o imie­niu Jonay. Oni także chcieli powi­tać nowy rok i przy­łą­czyć się do zabawy trwa­ją­cej w kra­inie Agulo. Gdy tylko łodzie dobiły do brzegu, przy­by­sze wyszli na pia­sek, a miesz­kańcy wio­ski powi­tali ich rado­śnie. Los chciał, że pierw­szą kobietą, jaką ujrzał Jonay, była piękna Gara. Mło­dzi natych­miast zako­chali się w sobie. Kilka dni póź­niej ogło­szono ich zarę­czyny. Gara i Jonay nie posia­dali się ze szczę­ścia. Jed­nak gdy infor­ma­cja o zrę­ko­wi­nach roze­szła się po oko­licy, na wyspie Wody zatrzę­sła się zie­mia, a wul­kan na wyspie Ognia zaczął wyrzu­cać w niebo pło­mie­nie i pie­kący pył. Wtedy przy­po­mniano sobie o prze­po­wiedni sta­rego mędrca. Zwią­zek Wody i Ognia zwia­sto­wał nie­szczę­ście dla obu kró­lestw. Strach padł na miesz­kań­ców wysp, a wraz z nim poja­wiła się złość na Garę i Jonaya. Rodzice Gary natych­miast odwo­łali ślub, a Jonay, prze­pę­dzony z kra­iny Agulo, wró­cił na wyspę Ognia i miał ni­gdy wię­cej nie poka­zy­wać się na wyspie Wody. Garze rów­nież naka­zano zapo­mnieć o uko­cha­nym. Jed­nak miłość mło­dych trwała na­dal. Żadne z nich nie potra­fiło pogrze­bać łączą­cego ich uczu­cia.

- Już wystar­czy - ode­zwał się kobiecy głos spod ściany. - Odejdź od niej, Dolo­res. Moja córka tego nie potrze­buje.

Beata Moraw­ska zbli­żyła się do pochy­lo­nej nad dziew­czynką sześć­dzie­się­cio­let­niej niani. Wyko­nała przy tym ruch, jakby chciała chwy­cić ją za łokieć i odcią­gnąć od Karinki, jed­nak kobieta zwin­nie uchy­liła się od jej dotyku.

- Prze­cież nie możesz sie­dzieć przy niej cały czas. - Moraw­ska nie zamie­rzała ustę­po­wać. - To już twoja czwarta godzina. Czas odpo­cząć. Potrze­bu­jesz chwili odde­chu, jak my wszy­scy zresztą - dodała.

Dolo­res wypro­sto­wała plecy, ale wciąż nie ruszała się z miej­sca.

- Chcę dokoń­czyć. Nie prze­rywa się opo­wia­da­nia w poło­wie.

Obró­ciła się przez ramię w nadziei, że któ­raś z osób sie­dzą­cych pod ścianą ją poprze. Na reak­cję swo­jej matki nie mogła liczyć. Josefa miała zamknięte oczy i była odcięta od tego, co działo się tuż obok. Wyglą­dała, jakby spała, i tylko co jakiś czas z jej ust wydo­by­wało się ciche: mi cora­zon... mi cora­zon...1 Córka Dolo­res, dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia Pilar, błą­dziła gdzieś myślami. Gdyby mogła, wsu­nę­łaby do uszu słu­chawki z jakąś ope­rową arią i prze­nio­sła się z tego nie­wiel­kiego pokoju w zupeł­nie inne miej­sce. Naj­le­piej na swoją uko­chaną scenę w teatrze, byle dalej stąd. Dwie star­sze panie, które Dolo­res poznała lata temu w kościel­nym kółku modli­tew­nym, rów­nież zda­wały się nie zauwa­żać jej pro­szą­cego wzroku. Sie­działy z pochy­lo­nymi gło­wami i prze­su­wały w pal­cach kora­liki różań­ców. Przy­jaźń z rodziną Rivów Orte­gów, choćby nie wia­domo jak zażyła, nie dawała im prawa do wtrą­ca­nia się w sprawy chle­bo­daw­ców Dolo­res, czyli pań­stwa Moraw­skich.

Nia­nia prze­su­nęła więc spoj­rze­nie na ostat­nie krze­sło. Sie­dział na nim trzy­dzie­sto­dwu­letni męż­czy­zna, ubrany w czarne spodnie i białą koszulę, któ­rej rękawy opi­nały się na umię­śnio­nych ramio­nach.

Rafał Moraw­ski zaszu­rał nogami, a następ­nie dźwi­gnął się z krze­sła.

- Pozwól jej - powie­dział krótko do żony.

Sta­nął w żoł­nier­skim roz­kroku tuż za ple­cami Dolo­res i skrzy­żo­wał ręce na pier­siach. Nie patrzył ani na Beatę, ani na nia­nię. Był sku­piony tylko na twa­rzy leżą­cej dziew­czynki.

- Nic złego się prze­cież nie dzieje - dodał, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od dziecka. - Poza tym sama wiesz, jak nasza córka kocha bajki.

- Zwa­rio­wa­łeś... - par­sk­nęła Beata. - Jak Boga kocham, wszy­scy powa­rio­wa­li­ście.

Ode­szła na kilka kro­ków i zatrzy­mała się pod oknem. Ner­wowo popra­wiła koron­kowy koł­nie­rzyk swo­jej ciem­no­sza­rej sukienki. Szy­ko­wała się, by dorzu­cić jesz­cze kilka gorz­kich słów, ale Rafał ją uprze­dził.

- Dolo­res chce tylko pomóc. Powin­ni­śmy być jej wdzięczni.

Musiał zauwa­żyć, jak zadrżały jej usta. Wymi­nął sie­dzącą na stołku nia­nię i pod­szedł do żony.

- Chodź do mnie. - Przy­cią­gnął ją i przy­tu­lił do odpra­so­wa­nej koszuli. - To nie jest pora na udo­wad­nia­nie sobie cze­go­kol­wiek - powie­dział, gła­dząc Beatę po gło­wie. - Przez to wszystko led­wie się trzy­masz. Jesteś blada jak papier.

Przy­lgnęła do jego tuło­wia. Rze­czy­wi­ście, od rana czuła się fatal­nie. Mdliło ją. Do tego ten nie­wielki pokój, w któ­rym stło­czyli się w kilka osób, stał się tak duszny, jak gdyby wypom­po­wano z niego cały tlen.

- Otwo­rzę okno. - Pilar ocho­czo się pode­rwała. - Josefa też zaraz zemdleje, cały czas łapie się za serce.

- Żad­nego hałasu! - Beata zatrzy­mała ją, zanim zdą­żyła chwy­cić za klamkę. To, że wszy­scy dusili się w cięż­kim powie­trzu, niczego nie zmie­niało. Okno musiało pozo­stać zamknięte, by ani jeden dźwięk z ulicy nie dostał się do wnę­trza. - W domu ma być cisza. Rozu­miesz, Pilar? Cisza.

Odcze­kała, aż Pilar z Rafa­łem wrócą na swoje miej­sca pod ścianą. Znów zro­biło się spo­koj­nie, tak jak tego chciała. Obró­ciła się ple­cami do pokoju i spoj­rzała przez szybę na ogród. Na roz­ło­ży­sty klon sto­jący tuż przy ogro­dze­niu i na drew­niany domek zawie­szony przy jego pniu. Dopiero co go zain­sta­lo­wali, nie zdą­żyli nawet pola­kie­ro­wać desek, by zabez­pie­czyć je przed wil­go­cią. Może jesz­cze uda im się to zro­bić przed jesie­nią, może to wszystko jakoś się poto­czy...

- Mów, Dolo­res. Opo­wia­daj dalej - dobiegł ją głos męża.

Posta­no­wiła nie reago­wać. Zaci­snęła tylko zęby, po czym oparła czoło o roz­grzaną słoń­cem szybę.

Nogi stołka, na któ­rym sie­działa Dolo­res, zaszu­rały cicho po posadzce.

- W dzi­siej­szych cza­sach nikt nie chce słu­chać sta­rych legend - odparła cięż­kim gło­sem nia­nia. - Doro­słych nic nie obcho­dzą, a dzieci są takie nie­cier­pliwe. Nie potra­fią usie­dzieć w jed­nym miej­scu. Ale ona jest inna. Lubi, jak jej opo­wia­dam.

- Wszy­scy posłu­chamy. Mów - pona­glił ją Rafał.

Beata drgnęła. Kątem oka widziała, jak dłoń niani ponow­nie dotyka czoła jej córki.

- Skoń­czy­łam na tym, że mło­dych roz­dzie­lono. Jonay o niczym tak nie marzył jak o tym, by znów zna­leźć się przy uko­cha­nej. Pew­nej nocy obwią­zał się w pasie bara­nimi pęche­rzami wypeł­nio­nymi powie­trzem i rzu­cił się w morze. Kiedy dotarł na ląd, już świ­tało. Gara, która wciąż go wypa­try­wała, natych­miast padła mu w ramiona. Nie było siły, która mogłaby ich roz­dzie­lić. Chwy­cili się za ręce i zaczęli ucie­kać przed sie­bie, w głąb wyspy. Pod ich sto­pami trzesz­czały zgnia­tane w pędzie gałę­zie, we włosy wplą­ty­wały się zwi­sa­jące z drzew paję­czyny. Bie­gli tak długo, aż zna­leźli się pośrodku lau­ro­wego lasu. W końcu przy­sta­nęli, by odpo­cząć. Oparli plecy o omszałe pnie drzew i nasłu­chi­wali. Zamiast śpiewu pta­ków sły­szeli odgłosy pogoni, którą król kra­iny Agulo wysłał, by schwy­tać zbun­to­waną córkę i jej uko­cha­nego. Kiedy straże były już bli­sko, Gara i Jonay musieli zade­cy­do­wać: mogli dać się schwy­tać, by roz­dzie­lono ich na zawsze, lub razem zgi­nąć. Nie wyobra­żali sobie życia bez sie­bie. Wdra­pali się więc na naj­wyż­szy szczyt wyspy, zwany El Cedro, i ocio­sali dwie gałę­zie, tak by ich końce utwo­rzyły ostre szpi­kulce. Patrząc sobie w oczy, oparli ostrza o swoje serca i przy­tu­lili się do sie­bie bar­dzo, bar­dzo mocno. Cedrowe gałę­zie prze­biły ich na wylot2.

- Dosyć! - Krzyk Beaty odbił się od ścian. - Ani słowa wię­cej, Dolo­res. Popatrz na moją córkę. Myślisz, że to, co robisz, spra­wia jej radość? Ona cię nie sły­szy. Mar­twe dzieci nie słu­chają bajek.

Nia­nia zako­ły­sała się na stołku. Rozu­miała ból, jaki prze­szy­wał Moraw­ską. W bólu wykrzy­kuje się różne słowa. Miała do niego prawo. Gdyby tylko wie­działa, że to, co mówi, nie jest do końca prawdą.

- Nie ma pani racji - odpo­wie­działa, sta­ra­jąc się mówić ze spo­ko­jem. - One tak szybko nie odcho­dzą. Mała dziew­czynka wciąż jest tu z nami i na nas patrzy. I sły­szy lepiej, niż się pani wydaje.

Beata zwę­ziła oczy.

- Naprawdę chcesz wie­dzieć, co mi się wydaje? Że zmar­łym należy się spo­kój. W głowę zacho­dzę, jak mogłam dać się wam tak otu­ma­nić! Musiało mi odjąć rozum, że zgo­dzi­łam się przy­wieźć tu ciało i pozwo­lić na ten cały cyrk. Gdy­bym tylko wie­działa, że będzie­cie drę­czyć ją po śmierci... - Wzrok Moraw­skiej zawi­ro­wał wokół posta­wio­nej na stoł­kach trumny. - Moja biedna maleńka...

To było nie­roz­sądne, że nie wzięła leków uspo­ka­ja­ją­cych. Aku­rat dzi­siaj, w naj­trud­niej­szym dniu swo­jego życia. Na trzeźwo widok mar­twego dziecka jest nie do znie­sie­nia. Mąci zmy­sły i łamie czło­wieka. Powinna się znie­czu­lić choć tro­chę, ale przez to, co stało się nad ranem, zapo­mniała o piguł­kach.

O tym, że przed pogrze­bem ciało zosta­nie przy­wie­zione na kilka godzin do ich domu, dowie­działa się nie­spo­dzie­wa­nie. Było przed siódmą, leżała w łóżku wycień­czona po kolej­nej nie­prze­spa­nej nocy. Usły­szała od Rafała, że przy­wiozą ją tuż po dzie­wią­tej, więc niech lepiej dopro­wa­dzi się do jako takiego porządku. Nie rozu­miała, co strze­liło mu do głowy. Zasła­niał się jaki­miś bzdur­nymi argu­men­tami, ale jak się póź­niej oka­zało, kazał spro­wa­dzić ich córkę na wyraźną suge­stię Dolo­res, z czego rów­nież nie zamie­rzał się tłu­ma­czyć. Powie­dział tylko, że tak trzeba. Jeżeli liczył na to, że dla świę­tego spo­koju Beata zgo­dzi się na wszystko, miał rację. Pod­dała się po krót­kiej wymia­nie zdań. Nie miała sił na walkę.

Nie widziała jej cztery dni, z któ­rych każdy był gor­szy od poprzed­niego. Trzę­sła się, kiedy otwie­rano trumnę. Na prośbę Rafała zakład pogrze­bowy zadbał, by odkryte czę­ści ciała ich córki nie były sine. Pocią­gnęli jej dło­nie i policzki lek­kim różem, by spra­wiała wra­że­nie jedy­nie śpią­cej. Jej mąż wyku­pił tę usługę głów­nie ze względu na Pio­tru­sia. Nie wyobra­żał sobie, by ich synek nie mógł poże­gnać się z sio­strą, a prze­cież ostat­nie wspólne chwile nie powinny być dla niego kosz­ma­rem. Miałby zapa­mię­tać ją taką bladą, nie­mal prze­zro­czy­stą? Stąd ten maki­jaż i uda­wany sen.

- Zupeł­nie nie rozu­miem, o co tyle hałasu. Prze­cież moja matka chce dobrze, więc co za pro­blem? - ode­zwała się Pilar, wyry­wa­jąc Beatę z zadumy.

Moraw­ska poczuła, jak jej gar­dło zamie­nia się w wąską szcze­linę.

- Ty ni­gdy w niczym nie widzisz pro­blemu.

Odpo­wie­działo jej wzru­sze­nie ramion. Drgnęły pod obci­słym czar­nym gol­fem, pod­rzu­ca­jąc jed­no­cze­śnie roz­rzu­cone na nich pukle w kolo­rze doj­rza­łej mar­chwi. Pod wzglę­dem urody Pilar wymy­kała się sche­ma­towi kobiety o połu­dnio­wych korze­niach. Jej jasna, nie­mal biała cera kon­tra­sto­wała z jaskrawą barwą wło­sów, nada­jąc ich wła­ści­cielce raczej irlandzki wygląd. Kiedy Beata zoba­czyła ją po raz pierw­szy, przy­szedł jej na myśl słynny por­tret Lukre­cji Bor­gii. Pilar była dla niej wła­śnie niczym Lukre­cja: zabój­czo piękną kobietą o stu twa­rzach.

- Rafał uznał, że to nawet dobrze, by uro­czy­sto­ści poże­gnalne odbyły się według sta­rej tra­dy­cji. Było tak? - Pilar zwró­ciła się w stronę Moraw­skiego.

Nie musiała długo cze­kać, aż jej przy­tak­nie. Znów się posta­rał. Nie zawiódł wcze­śniej Dolo­res i nie zamie­rzał teraz zawieść jej córki.

- Usta­li­li­śmy to prze­cież - odparł bez mru­gnię­cia okiem.

Beata pode­szła do bia­łej trumny i popra­wiła wysta­jący za jej brzeg rąbek koronki, który wywi­nął się pod­czas ukła­da­nia ciała.

- Ja nic takiego nie usta­la­łam - rzu­ciła z wyrzu­tem w stronę męża. - I nie dam się wcią­gnąć w odpra­wia­nie waszej dia­bel­skiej magii nad moim dziec­kiem.

Dusiło ją w pier­siach coraz bar­dziej. Od wyce­lo­wa­nych w nią spoj­rzeń i widoku mar­twej Karinki. Gdyby tylko mogła, roz­go­ni­łaby to całe towa­rzy­stwo na cztery wia­try. Zosta­łyby w salo­niku tylko we dwie, matka i córka. Tyle rze­czy chciała jej powie­dzieć. Kiedy wyrzu­ci­łaby już z sie­bie wszystko, dołą­czy­liby do nich Rafał i Pio­truś. Jej mały chłop­czyk, który w całym tym zamie­sza­niu zszedł na dal­szy plan.

Uro­dzili się jedno po dru­gim, w odstę­pie zale­d­wie kwa­dransa. Różowe wrzesz­czące bąble, podobne do sie­bie jak dwie kro­ple wody. Mijały lata, a ich buzie wciąż wyglą­dały jak lustrzane odbi­cia. Róż­nili się od sie­bie jedy­nie dłu­go­ścią wło­sów i ubran­kami. Gdyby nie to, nikt poza rodzi­cami nie wie­działby, czy ma do czy­nie­nia z dziew­czynką, czy z chłop­cem.

Teraz jedno z bliź­niąt leżało w trum­nie, a dru­gie patrzyło nie­wiele rozu­mie­ją­cym wzro­kiem po twa­rzach zebra­nych. Malec sta­rał się być nie­zau­wa­żalny, a już na pewno nie zamie­rzał prze­szka­dzać w roz­mo­wie star­szych. Odcze­kał, aż zapad­nie cisza, po czym zachę­cony przez jedną z przy­ja­ció­łek Dolo­res pod­szedł do niej i zaj­rzał do jej torebki. Miła pani o łagod­nym spoj­rze­niu dobrze wie­działa, że nie przy­cho­dzi się do domu, w któ­rym są dzieci, bez cze­goś słod­kiego. Paczka z mlecz­nymi krów­kami zasze­le­ściła, a na twa­rzy chłopca po raz pierw­szy tego dnia poja­wił się uśmiech.

- Lubię - powie­dział szep­tem Pio­truś. - Mogę dwie?

Oczy mu się świe­ciły, gdy odcho­dził z cukier­kami w gar­ści. Pod­szedł do trumny i poło­żył jeden na poduszce, tuż obok głowy Karinki. Z dru­gim, prze­zna­czo­nym dla sie­bie, usiadł na pod­ło­dze, przy nogach jed­nego ze stoł­ków pod­trzy­mu­ją­cych drew­nianą skrzy­nię. Nikt nie odwa­żył się zwró­cić mu uwagi, że jego ciem­no­gra­na­towy gar­ni­tu­rek pobru­dzi się od kurzu, ani tym bar­dziej, że mar­twe dzieci nie jedzą sło­dy­czy.

Beata odcze­kała, aż Pio­truś prze­łknie krówkę, po czym wycią­gnęła ręce, by zabrać go z pod­łogi. Jej też nie obcho­dził kurz na gar­ni­turku syna, a jedy­nie jego wierz­ga­jące nogi. Wystar­czy­łoby jedno nie­roz­ważne kop­nię­cie, by trumna osu­nęła się ze stołka i gruch­nęła o pod­łogę.

Pio­truś na widok gestu matki pokrę­cił prze­cząco głową. Nie zamie­rzał opu­ścić sio­stry. Byli nie­roz­łączni, dla­czego więc aku­rat teraz miałby zosta­wić ją samą? Obie­cał, że będzie grzeczny, pod­wi­nął nogi pod pośladki i znie­ru­cho­miał, jak od niego ocze­ki­wano.

- Powin­ni­śmy zaczy­nać. - Pilar spoj­rzała na zega­rek, a potem na Beatę. - Możemy? Bo czas leci...

Moraw­ska wzru­szyła z rezy­gna­cją ramio­nami.

- Moje zda­nie prze­stało się liczyć dawno temu.

- Obie­cuję, że nie zro­bimy jej krzywdy. - Głos Pilar zabar­wił się współ­czu­ciem. - Po pro­stu nam zaufaj.

- Macie godzinę. Za równe sześć­dzie­siąt minut trumna wyje­dzie z domu do kaplicy.

- Zdą­żymy - zapew­niła Dolo­res, po czym obró­ciła się w stronę Josefy. - Mamá? Esta­mos empe­zando, es hora3.

Josefa pod­nio­sła pooraną zmarszcz­kami twarz, led­wie widoczną spod żałob­nej man­tyli. Czarna, gęsta koronka zakry­wała jej oczy i policzki. Dostrzec można było jedy­nie wąskie usta, które poru­szały się wraz z wyma­wia­nymi sło­wami modli­twy.

- Es hora, mamá4 - powtó­rzyła gło­śniej Dolo­res.

Pod­trzy­my­wana przez Pilar sta­ruszka dźwi­gnęła się z krze­sła. Zasze­le­ściła swą gęstą, się­ga­jącą pod­łogi spód­nicą, po czym wyjęła z jej płyt­kiej kie­szeni chácaras5. Przy­po­mi­nały duże, wypu­kłe kasta­niety. Pilar się­gnęła do swo­jej torebki i zro­biła to samo. Choć dwie pary kasta­nie­tów były w rodzi­nie Orte­gów od poko­leń, miała blade poję­cie o tym, jak ich uży­wać. Posta­no­wiła impro­wi­zo­wać; w końcu wybi­ja­nie rytmu kołat­kami nie może być aż tak trudne. Spoj­rzała na matkę w ocze­ki­wa­niu na sygnał.

Dolo­res kiw­nęła głową, po czym nachy­liła się nad trumną. Powie­działa coś szep­tem wprost do ucha mar­twej dziew­czynki. Następ­nie wsu­nęła dło­nie pod jej łopatki i chwy­ciła mocno, by uno­szony tułów dziecka nie wyśli­zgnął się jej z rąk. Miała w tym wprawę; nie pierw­szy raz brała w ramiona któ­reś z dzieci Beaty i Rafała. Nosiła je od dnia, w któ­rym przy­szły na świat. Kiedy pod­ro­sły i uznały, że bie­ga­nie na wła­snych nogach podoba im się o wiele bar­dziej niż nosze­nie przez nia­nię, robiła to już znacz­nie rza­dziej. Bywały jed­nak dni, gdy zmę­czone cało­dzienną zabawą malu­chy zarzu­cały jej na szyję swoje łapki i pro­siły, by odnio­sła je do łóżek.

Teraz przy­szło jej unieść Karinkę po raz ostatni. Nie poczuła już na swym policzku jej cie­płego odde­chu ani tego, jak dziew­czynka zawija na swoim małym palcu lok z jej wło­sów, ukła­da­jąc go nad czo­łem w siwy, haczy­ko­waty zadzio­rek. Ciało Karinki było zesztyw­niałe i nie­ru­chome. I dużo zim­niej­sze niż jesz­cze kilka dni temu.

Kobieta pod­trzy­mała opa­da­jącą główkę dziew­czynki, jak robią to matki swoim nowo naro­dzo­nym dzie­ciom w oba­wie, że ode­rwie się ona od reszty ciała.

- Zaczniemy od pani. - Wyce­lo­wała spoj­rze­niem w prze­ra­żoną Beatę, a potem zwró­ciła się do Rafała: - Na pana też przyj­dzie kolej, ale naj­pierw matka. Pro­szę ją wziąć.

Nie mogła odmó­wić. Mia­łaby ode­pchnąć od sie­bie mar­twe dziecko? Zama­ni­fe­sto­wać, że to, co każą jej robić, jest obrzy­dliwe? Uzna­liby, że już jej nie kocha, że jej nie zależy. Wycią­gnęła więc ręce. Wytrzy­maj, powta­rzała w myślach, gdy stopy córki ude­rzyły ją po udach. To wszystko zaraz się skoń­czy. Musisz dać radę, twój synek na cie­bie patrzy.

- Niech pani przy­tuli ją tak jak zwy­kle - naka­zała Dolo­res. - Powinna leżeć na pani sercu i czuć, jak bije. Tylko ostroż­nie, żeby się nie chy­bot­nęła. Nie bać się. Niech się pani nie boi, prze­cież to pani córka! Ona czuje, że pani drży. Nie trzeba drżeć. Trzeba z nią zatań­czyć.

Kiedy nia­nia upew­niła się, że ciało Karinki przy­warło bez­piecz­nie do tuło­wia Beaty, ode­brała od Pilar wysłu­żone chácaras.

- Zaj­mij się lepiej wstąż­kami - pole­ciła Pilar, wska­zu­jąc na sto­jący pod krze­słem wikli­nowy koszyk. Na jego dnie leżało kilka kolo­ro­wych tasie­mek z mate­riału, popi­sa­nych ciem­nym fla­ma­strem. Pilar chwy­ciła koszyk i wyjęła pierw­szą z nich, po czym pode­szła do pod­trzy­my­wa­nego przez Beatę mar­twego dziecka.

- Na co cze­kasz? - Dolo­res ode­rwała wzrok od sznur­ków, któ­rymi moco­wała chácaras do prze­gu­bów swo­ich rąk. - Zaczy­naj. My będziemy grać.

Ude­rze­nie w chácaras nastą­piło, zanim Pilar zdą­żyła zawią­zać wokół stopy Karinki pierw­szą wstążkę. Była biała jak bose nóżki dziecka, z któ­rych Dolo­res uprzed­nio naka­zała zdjąć buty i skar­petki. Owi­nęła tasiemkę wokół kostki i uło­żyła ją tak, by ciemny napis był nie­wi­doczny dla żałob­ni­ków. Jego treść mogła znać tylko zmarła. W końcu to ona miała zanieść prośby żegna­ją­cych ją osób pro­sto do nieba.

- Wiąż tak, żeby nie pood­pa­dały - naka­zała Dolo­res, nie prze­ry­wa­jąc gry na kasta­nie­tach. - Mają się mocno trzy­mać.

Kiedy do poje­dyn­czych stu­ko­tów instru­mentu dołą­czyły kolejne dźwięki, wybi­jane przez Josefę, Pilar wią­zała już na sto­pie dziew­czynki kolejną, tym razem czer­woną tasiemkę. Po chwili z nóg Karinki zwi­sała już barwna tęcza wstą­żek.

- Dla­czego pani nie tań­czy? - Dolo­res prze­rwała nagle wystu­ki­wa­nie melo­dii i spoj­rzała z wyrzu­tem na Beatę. - Trzeba tań­czyć wokół trumny. Nie wolno tak stać, taniec matki jest naj­waż­niej­szy!

Powstrzy­mu­jąc napie­ra­jący w gar­dle krzyk, Beata zmu­siła się do zro­bie­nia kilku kro­ków. Nie miała jed­nak zamiaru podry­gi­wać do dźwię­ków muzyki. Czuła, że słab­nie, pod jej powieki pode­szły ciemne plamy. Zachwiała się na tyle nie­bez­piecz­nie, że gdyby nie Rafał, który w ostat­niej chwili pod­biegł i pod­trzy­mał ją w pasie, runę­łaby z mar­twym dziec­kiem na pod­łogę.

- Oddaj mi ją - usły­szała. - Teraz moja kolej.

Był znacz­nie sil­niej­szy. Pochwy­ce­nie Karinki pod ramiona było dla niego niczym pod­rzu­ce­nie więk­szej lalki.

- Do serca przy­tul. - Dolo­res zna­la­zła się w mgnie­niu oka przy Moraw­skim. - Niech pan pamięta, co mówi­łam: musi poczuć bicie serca.

Kasta­niety znów zadźwię­czały, ich głu­che postu­ki­wa­nie wypeł­niało pokój. Rafał wciąż huś­tał w ramio­nach zmarłą córkę. Dwu­krot­nie obszedł tanecz­nym kro­kiem trumnę, po czym na dany przez Dolo­res sygnał uło­żył dziew­czynkę z powro­tem na mięk­kiej poduszce. Dopiero teraz Beata nacią­gnęła na jej stopy pod­ko­la­nówki, upy­cha­jąc w nie kolo­rowe wstążki, i wło­żyła jej białe pan­to­felki. Zesztyw­niałe w sta­wach ręce dziecka uło­żyła tak, by dło­nie złą­czyły się jak do modli­twy, a mię­dzy palce wsu­nęła róża­niec i obra­zek z Matką Boską.

Josefa powoli prze­sta­wała ude­rzać w chácaras. Jej modli­twy przy­po­mi­na­jące trans cichły. Dolo­res rów­nież odło­żyła swój instru­ment i przy­klę­kła pod trumną. Oparła dłoń o jej brzeg i pochy­liła w bólu głowę. Potem do dziecka zbli­żyli się wszy­scy: Pio­truś, dwie przy­ja­ciółki z kółka modli­tew­nego, Josefa, Beata i Rafał. Jako ostat­nia pode­szła Pilar. Choć zro­biła to cał­kiem bez­gło­śnie, Moraw­ski nie musiał odwra­cać się przez ramię, by wie­dzieć, że sta­nęła tuż za nim. Zapach jej cięż­kich per­fum z dodat­kiem olejku z drzewa san­da­ło­wego roz­po­znałby wszę­dzie. Nie zmie­niała go, od kiedy poda­ro­wał jej pierw­szy fla­ko­nik pół­tora roku temu. Powie­działa, że odtąd pozo­sta­nie mu wierna. Nie musiał pytać, czy cho­dzi jej wyłącz­nie o zapach. To, co było nie­do­po­wie­dziane, miała wypi­sane na twa­rzy.

ROZ­DZIAŁ I

Sobota, 17 marca 2018

Wyświe­tlacz na łazien­ko­wej wadze poka­zał czter­dzie­ści sie­dem kilo­gra­mów. Jesz­cze mie­siąc temu było o trzy wię­cej. Jak­kol­wiek by liczyć, to już w sumie jede­na­ście, odkąd to wszystko się zaczęło. Choć po samych ubra­niach widać było, że jest jej mniej, nie sądziła, że sytu­acja aż tak bar­dzo wymknęła się spod kon­troli.

Zeszła z wagi i pchnęła ją stopą pod ścianę z umy­walką. Nacią­gnęła na ramię opa­da­jące ramiączko bluzki, by scho­wać przed swoim odbi­ciem w lustrze wysta­jące kości oboj­czyka. Na nie­wiele się to zdało. O ile można zasło­nić ciało, o tyle wyczer­pa­nia, jakie maluje się na twa­rzy, nie spo­sób ukryć.

- Co za kosz­mar. - Lidia roz­cią­gnęła pal­cem skórę pod okiem. - To jest obrzy­dliwe. Ja jestem obrzy­dliwa.

Od pół roku jadła coraz mniej. Otwie­rała usta, by coś prze­łknąć, bar­dziej z roz­sądku niż głodu, bo wciąż chciała żyć. Naj­le­piej gdzieś daleko stąd, tam, gdzie wresz­cie byłaby bez­pieczna. Gdyby tylko miała wystar­cza­jąco dużo odwagi, by spa­ko­wać walizkę i znik­nąć. Walizka leżała jed­nak na sza­fie, a myśl o ucieczce sta­wała się coraz bar­dziej odle­gła. Mia­łaby zro­bić to ojcu i matce, roz­pły­nąć się w powie­trzu, ot tak?

Zga­siła świa­tło w łazience i poszła do kuchni. Musi coś zjeść, żeby nie paść z wycień­cze­nia. W lodówce zna­la­zła zawi­nięty w folię chleb i jedno jajko. Cał­kiem sporo, na śnia­da­nie wystar­czy. Dzi­siej­sza dostawa z Fre­sh­Mar­ketu zapla­no­wana jest na dwu­na­stą. Jedze­nie przy­wiozą, zgod­nie z zamó­wie­niem, do sąsiadki z gór­nego pię­tra. Ona w tym cza­sie będzie gdzie indziej. W końcu obie­cała. Nie może jej zabrak­nąć, gdy ojciec będzie wsu­wał na palec obrączkę swo­jej nowej żonie.

Ale zanim to się sta­nie, musi tam jesz­cze dotrzeć. Do urzędu stanu cywil­nego poje­dzie tak­sówką, bo bez­piecz­niej. Założy ciemne oku­lary i ukryje twarz pod kap­tu­rem płasz­cza. Jakoś prze­mknie na miej­sce. Kiedy już będzie po wszyst­kim, wróci w ten sam spo­sób. Potem odbie­rze od sąsiadki swoje zakupy i zary­gluje zamki. Spraw­dzi, czy nikt nie wpa­truje się z ulicy w jej okna. Posłu­cha pod drzwiami, czy aby z klatki scho­do­wej nie docho­dzi jakiś podej­rzany szmer. Może ten, kto cią­gle do niej wydzwa­nia, zrobi sobie tym razem wolne od nęka­nia jej i dopro­wa­dza­nia na skraj wytrzy­ma­ło­ści.

Nie będzie teraz o tym myśleć. Musi sku­pić się na wybo­rze sukienki. Wystar­czy otwo­rzyć szafę i wycią­gnąć coś ład­nego z wie­szaka. Nie­bie­ską, a może bur­gun­dową?

Sta­nęła przed lustrem w przed­po­koju i przy­ło­żyła do ciała bur­gun­dową, z cien­kiego aksa­mitu. Nie naj­go­rzej. Tro­chę luźna, ale wystar­czy prze­wią­zać ją paskiem, by była w sam raz. Beżowe buty na gru­bym słupku będą do niej paso­wały ide­al­nie. Wyjęła je z pudełka ukry­tego na dnie szafy i prze­tarła dło­nią skó­rzane noski.

Już miała się­gnąć do szu­flady po świeżą bie­li­znę, gdy ode­zwał się sta­cjo­narny tele­fon, który ojciec pozo­sta­wił w miesz­ka­niu po swo­jej wypro­wadzce. Odcze­kała kilka sekund, modląc się, żeby znów zro­biło się cicho, ale dzwo­nie­nie nie usta­wało. Czuła, jak serce zaczyna jej walić jak osza­lałe.

- Strach zastąp bólem - wymam­ro­tała. - Niech ciało zaj­mie się tym, że boli.

Zaci­snęła pię­ści tak, by ostre kra­wę­dzie paznokci wbiły się w skórę. To nic, że poma­lo­wała je led­wie pół godziny temu, a teraz lakier pomarsz­czy się i uszko­dzi. Jest jasny, bla­do­be­żowy, więc aż tak nie będzie tego widać. Ważne, żeby nie myśleć. I żeby bolało.

Tele­fon wciąż dzwo­nił. Pode­szła do sto­lika i zła­pała za słu­chawkę.

- Wszystko w porządku, Lidio? - Chyba ni­gdy dotąd nie ucie­szyła się tak na głos ojca. - Bądź w urzę­dzie wcze­śniej, naj­le­piej pół godziny przed roz­po­czę­ciem. Dasz radę?

Przy­tak­nęła bez waha­nia. Oczy­wi­ście, że przyj­dzie wcze­śniej.

- No, a ty jak? Nie wywi­niesz jakie­goś numeru i nie uciek­niesz w ostat­niej chwili? - Spró­bo­wała się zaśmiać. Bar­dziej dla sie­bie niż dla niego.

- Marne szanse. - Ojciec też się roze­śmiał. - Emi­lia od rana trzyma mnie pod klu­czem w swoim miesz­ka­niu.

- Takiego przy­stoj­niaka to i ja trzy­ma­ła­bym pod klu­czem - powie­działa już cał­kiem swo­bod­nie. - To będzie piękny ślub. Widzimy się na miej­scu. Do widze­nia, tato.

Roz­łą­czyła się. Nie zdą­żyła odejść, kiedy tele­fon zadźwię­czał ponow­nie. Kochany ojciec pew­nie sobie przy­po­mniał, że powinna zabrać ze sobą chu­s­teczkę do ocie­ra­nia łez. Zna ją prze­cież i wie, jaka z niej płaczka. Potrafi się wzru­szyć nawet przy oglą­da­niu reklamy płat­ków śnia­da­nio­wych.

- Zapo­mnia­łeś o czymś? - spy­tała, zanim usły­szała cokol­wiek w słu­chawce. - Halo, sta­ruszku, to ty?

- To ja - odpo­wie­dział głos. Nie nale­żał jed­nak do Edmunda.

Ręka Lidii zaci­snęła się na słu­chawce.

- Czego chcesz? - zapy­tała, led­wie poru­sza­jąc ustami.

Głos wes­tchnął prze­cią­gle.

- Nie uda­waj głu­piej. Prze­cież głu­pia nie jesteś. Niczego od cie­bie nie chcę. Dzwo­nię, żeby się z tobą poże­gnać.

- Poroz­ma­wiajmy na spo­koj­nie - wybeł­ko­tała Lidia. - Na pewno znaj­dziemy jakieś wyj­ście.

- Wyj­ście, mówisz... - Głos pły­nący z gło­śnika słu­chawki wyda­wał się roz­ba­wiony. - Tak, jest jedno. Ja je znam i ty też.

- Zro­bię wszystko...

- Brawo! Mądra z cie­bie dziew­czynka. Wresz­cie do cie­bie dotarło, że ina­czej się nie da. Możesz to zro­bić sama albo zostaw to mnie.

- Sama? Nie... nie dam rady.

- Zatem nie pozo­sta­wiasz mi wyboru.

- Pocze­kaj, nie roz­łą­czaj się. Prze­cież nikt nie musi zgi­nąć!

Głos był znie­cier­pli­wiony.

- Chyba jed­nak się nie rozu­miemy.

- Pro­szę...

- To ładne słowo, ale brzmi tak dener­wu­jąco. Wszy­scy cią­gle o coś pro­szą. Warto się tak poni­żać? Pod­po­wiem ci, że nie warto. Ludzie mają w dupie czy­jeś prośby. Prze­stań więc skom­leć, to nic nie da. Lepiej policz razem ze mną. Na to nasze poże­gna­nie. Trzy... dwa... jeden. Już czas, Lidio. Pora poza­my­kać nasze sprawy.

* * *

Kolejka do myjni cią­gnęła się na sześć aut. Julia sta­nęła na końcu ogonka i spoj­rzała na zega­rek. Miała trzy godziny na umy­cie skody, powrót do miesz­ka­nia, uło­że­nie wło­sów i wyjazd do urzędu. Po dro­dze będzie musiała wstą­pić jesz­cze do kwia­ciarni po bukiet z wcze­snych tuli­pa­nów. Bla­do­ró­żo­wych, jak zazna­czyła Emi­lia. Życzyła sobie, by jej ślubna wią­zanka była jak naj­bar­dziej "nie­winna".

Zapa­ko­wa­nie pre­zentu dla nowo­żeń­ców pozo­sta­wiła Syl­wii. Był mały i mie­ścił się w nie­wiel­kim podłuż­nym pudełku, do tego nie ist­niało ryzyko, że go stłu­cze czy ukru­szy. Matka co prawda od zawsze narze­kała, że bra­kuje jej w domu mik­sera, ale zamiast tego Julia posta­no­wiła spre­zen­to­wać rodzi­com coś cał­kiem innego, i na pewno nie tak prak­tycz­nego. Tygo­dniowy rejs wyciecz­kow­cem po Wyspach Kana­ryj­skich miał spra­wić, by poczuli się z ojcem jak w sta­rym ame­ry­kań­skim serialu Sta­tek miło­ści. Powi­talny drink z kapi­ta­nem, wie­czorne ani­ma­cje i kola­cje przy akom­pa­nia­men­cie pia­nina. Muzyka na żywo zawsze działa pobu­dza­jąco, jeśli cho­dzi o miło­sne wyzna­nia i zaklę­cia. Tego Emi­lii bra­ko­wało, więc dla­czego mia­łaby raz w życiu tego nie doświad­czyć? Każ­dego dnia mieli kotwi­czyć w innym por­cie, a na pokład wra­cać dopiero na noc, by wypły­nąć dalej w morze, do kolej­nej wyspy. Pełen relaks i do tego opieka pol­skiego rezy­denta, żeby nie musieli poro­zu­mie­wać się na migi. Rejs wyku­piła po oka­zyj­nej cenie. Pil­no­wała, aż oferty last minute spadną na tyle, by ślubny pre­zent nie wypłu­kał do cna jej port­fela. Biuro podróży doło­żyło jesz­cze kil­ku­pro­cen­tową zniżkę dla pary mło­dej. O wiek Emi­lii i Edmunda szczę­śli­wie nie pytali, inte­re­so­wało ich za to, czy łóżka mają być poje­dyn­cze, czy jedno podwójne. Po chwili waha­nia Julia wybrała dwa poje­dyn­cze. Trudno jej było wyobra­zić sobie matkę z ojcem pod wspólną koł­drą.

Auta prze­su­wały się powoli. Wje­chała wresz­cie pod stru­mień wody z pianą. Kolo­rowe obro­towe szczotki zaczęły ude­rzać po masce i szy­bach skody, jakby biły ją za karę. Odcze­kała, aż maszyna skoń­czy mydle­nie i susze­nie, po czym wci­snęła pedał gazu i pognała na Czer­nia­ków po tuli­pany.

Kiedy zamknęła za sobą drzwi wej­ściowe do miesz­ka­nia, zza drzwi zie­lo­nego pokoju córki dobiegł ją szmer.

- Masz kwiaty? - spy­tała Syl­wia, nie wychy­la­jąc głowy ze swo­jej pie­czary.

- Zapa­ko­wa­łaś pre­zent? - odpo­wie­działa Julia, odwie­sza­jąc płaszcz na haczyk. - Mam nadzieję, że nie zapo­mnia­łaś.

Ręka córki z kciu­kiem skie­ro­wa­nym w górę wysu­nęła się zza drzwi.

- Na stole w kuchni - poin­for­mo­wała krótko.

W prze­świ­cie drzwi poja­wiła się noga Syl­wii w spodniach od piżamy w różowe pudelki. Po chwili pchnęła je, przy­my­ka­jąc przed zacie­ka­wio­nym wzro­kiem matki.

- Nie wchodź. - Stopa dziew­czynki scho­wała się w głębi pokoju. - Szy­kuję fitout.

- Chyba out­fit.

Zosta­wiła małą w spo­koju i zer­k­nęła na kar­to­nik leżący na kuchen­nym bla­cie. Syl­wia się posta­rała. Zapa­ko­wała wycieczkę nie­spo­dziankę w złoty papier i prze­wią­zała pudełko czer­woną wstążką.

Julia mogła teraz zająć się sobą. Wycią­gnęła z kar­tonu pudło z ter­mo­lo­kami, które kupiła kie­dyś w nadziei, że raz na jakiś czas będzie prze­mie­niać się w bogi­nię o mięk­kich falach na gło­wie, i włą­czyła wtyczkę do gniazdka. Sukienka kok­taj­lowa w kolo­rze butel­ko­wej zie­leni, z koronką na dekol­cie i ręka­wami trzy czwarte wisiała na drzwiach pokoju, cze­ka­jąc na swoje pre­mie­rowe wyj­ście. Wystar­czyło tylko zro­bić maki­jaż. Odcze­kała, aż wałki nagrzeją się na tyle, by mogła nawi­nąć na nie włosy, i sta­nęła przed lustrem w łazience.

Koń­czyła tuszo­wać rzęsy, kiedy za jej ple­cami poja­wiła się Syl­wia.

- Co ty masz na twa­rzy? - Ręka Julii trzy­ma­jąca nasiąk­niętą tuszem szczo­teczkę zawi­sła w powie­trzu.

Czarny cień roz­tarty na powie­kach i ustach Syl­wii wyglą­dał i śmiesz­nie, i strasz­nie zara­zem.

- Przy­zwy­czaj się do mojego nowego wize­runku, mamo. Mówi­łam ci, że teraz jestem emo.

- Raczej upio­rem, który dostał po twa­rzy kijem bejs­bo­lo­wym. Zmyj to.

Syl­wia zatrze­po­tała czar­nymi powie­kami.

- Mhm, upio­rem, na pewno. Idę albo tak, albo wcale. Wła­śnie zaczę­łam wyra­żać sie­bie, więc mnie nie blo­kuj. To może źle wpły­nąć na mój roz­wój emo­cjo­nalny.

Znik­nęła w swoim pokoju. Po chwili dało się sły­szeć szczę­ka­nie wie­sza­ków prze­su­wa­nych po drążku w sza­fie.

- Nie mam się w co ubrać! - krzyk­nęła zza ściany.

Julia odło­żyła tusz i wró­ciła do salonu. Kre­acja dla Syl­wii ode­brana dwa dni temu ze sklepu leżała do tej pory w bagaż­niku skody, a teraz - na buja­nym fotelu. Jed­nym ruchem ścią­gnęła z niej zabez­pie­cza­jący papier i sta­nęła na progu ich wspól­nej sypialni. Trzy­mała przed sobą błę­kitną sukienkę bombkę prze­pa­saną w talii białą, poły­sku­jącą taśmą.

- Chyba żart... - Syl­wia ude­rzyła się dło­nią w czoło przy­kryte krzywo wystrzy­żoną grzywką, będącą fry­zjer­skim dzie­łem jej przy­ja­ciółki Jagody. Mię­dzy pasmami bły­snął docze­piony kosmyk we wście­kle fio­le­to­wym kolo­rze. - Nawet z tym do mnie nie pod­chodź. Może mam jesz­cze wło­żyć pan­to­felki z kla­merką? Nie sły­sza­łaś, kim teraz jestem? Trzy litery, mamo: EMO!

Emo wywró­ciło oczami, po czym wycią­gnęło z szafy czarną tunikę się­ga­jącą kolan, raj­stopy w biało-czarne poprzeczne paski oraz czarne trampki za kostkę.

* * *

Była za kwa­drans dwu­na­sta, kiedy pod­je­chała pod par­king przy sali ślu­bów na Pra­dze-Pół­noc. Syl­wia, ści­ska­jąc w jed­nej ręce bukiet tuli­pa­nów, a w dru­giej torebkę z zapa­ko­wa­nym pre­zen­tem wycieczką, wysko­czyła ze skody i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, ruszyła pro­sto w stronę głów­nego wej­ścia.

- To na pewno tu? - spy­tała, zadzie­ra­jąc głowę. Patrzyła na biały budy­nek w sta­ro­rzym­skim stylu, pod­party kolum­nami i zwień­czony pła­sko­rzeźbą rydwanu cią­gnię­tego przez konie o rybich ogo­nach. - Co to za dziwny facet? - Wycią­gnęła palec w stronę rzeźby.

- Bóg Nep­tun. - Julia popchnęła córkę do wej­ścia.

- Nie­zły, ale na Pałacu Ślu­bów powi­nien być pol­ski Bóg. Na krzyżu - dodała z powagą.

Wbie­gły po scho­dach pro­wa­dzą­cych na pię­tro. Julia rozej­rzała się po auli w nadziei, że zdąży uści­skać Emi­lię i Edmunda, zanim wraz z gośćmi wejdą do głów­nej sali, jed­nak kory­tarz był pusty. Dopiero po chwili zoba­czyła zna­jomą syl­wetkę. Adam Górny sie­dział na wąskim para­pe­cie ze słu­chaw­kami w uszach. Na widok Julii zsu­nął pośladki z para­petu i wyłą­czył muzykę.

- Już myśla­łem, że pomy­li­łem urzędy. Albo uro­czy­sto­ści - dodał, przy­glą­da­jąc się Syl­wii. - Na pewno cho­dzi o ślub, a nie o czarną mszę?

On sam wystroił się per­fek­cyj­nie. Biała koszula, ciem­no­gra­na­towy gar­ni­tur z żółtą poszetką i ide­al­nie wypa­sto­wane buty.

Uści­skał Julię i wycią­gnął do Syl­wii rękę, przy­bi­ja­jąc z nią żół­wika. Poznała ich ze sobą tydzień temu. Na spo­tka­nie wybrała neu­tralny grunt, czyli piz­ze­rię, i uda­jąc, że nie widzi tajem­ni­czych uśmiesz­ków córki, brnęła jakoś przez roz­mowę. Syl­wia bez ogró­dek prze­py­tała Gór­nego z naj­waż­niej­szych dla niej kwe­stii: czy nosi broń i czy kogoś zastrze­lił. Podwójne "tak" wystar­czyło, by uznała go za "spoko gościa". Górny zapunk­to­wał czymś jesz­cze. Dwa dni póź­niej zabrał ją do schro­ni­ska Na Palu­chu. Z kla­tek wybrali trzy spo­kojne psy i wraz z opie­kunką zwie­rza­ków wypro­wa­dzili je na spa­cer. Umó­wili się z Syl­wią, że jeśli tylko będzie chciała wystę­po­wać w roli psiej wolon­ta­riuszki, Górny zawsze gwa­ran­tuje jej swoje towa­rzy­stwo. Do domu wró­ciła w spa­zmach rado­ści.

Julia pchnęła drzwi pro­wa­dzące do sali ślu­bów, po czym wszy­scy wśli­znęli się bez­sze­lest­nie do środka. Pomiesz­cze­nie tonęło w bieli. Ściany, dywan, nawet krze­sła i dra­po­wane zasłony w oknach przy­wo­ły­wały na myśl lodowe igloo.

Zna­le­zie­nie wol­nego miej­sca nie sta­no­wiło pro­blemu - ponad połowa krze­seł stała pusta. Przód sali oku­po­wały star­sze kobiety. Naj­praw­do­po­dob­niej sąsiadki i daleka rodzina matki roz­pro­szona po Pol­sce. Julia nie roz­po­zna­wała ich twa­rzy. Goście ze strony ojca rów­nież byli zagadką. Emi­lia prze­cho­wy­wała co prawda stare zdję­cia jego kuzy­no­stwa, jed­nak czas zro­bił z twa­rzami swoje i to, co zapa­mię­tała z daw­nych foto­gra­fii, nie­wiele miało wspól­nego z teraź­niej­szo­ścią.

Pań­stwo mło­dzi sie­dzieli już na swo­ich miej­scach, tuż przed urzę­do­wym sto­łem. Emi­lia co rusz obra­cała się z nie­po­ko­jem, wypa­tru­jąc córki. Gdy spo­tkały się wzro­kiem, ode­tchnęła z ulgą. Od rana cho­dziła w ner­wach, że coś pój­dzie nie tak. Nie dopi­szą goście, ktoś się roz­cho­ruje lub po pro­stu zre­zy­gnuje ze wspól­nego świę­to­wa­nia. Kiedy na krótko przed roz­po­czę­ciem uro­czy­sto­ści Julia wciąż się nie poja­wiała, przez myśl prze­szło jej, że powinni prze­ło­żyć ślub, że to zły omen. Julia jed­nak przy­szła. Do tego z przy­stoj­nym męż­czy­zną. I oczy­wi­ście z Syl­wią, która nie wie­dzieć czemu scho­wała się nagle przed wzro­kiem babci za jego ple­cami i tylko poma­chała jej chudą ręką.

Ważne, że mogli zaczy­nać.

Cere­mo­nia, choć nie kościelna, była wzru­sza­jąca. For­mułkę: "uczy­nię wszystko, by nasze mał­żeń­stwo było zgodne, szczę­śliwe i trwałe" pań­stwo mło­dzi wypo­wie­dzieli z zaci­śnię­tymi gar­dłami. Kiedy zło­żyli pod­pisy na doku­men­tach i unie­śli ręce w geście triumfu, roz­le­gły się okla­ski.

Syl­wia biła brawo naj­moc­niej i jako pierw­sza wyrwała się z gra­tu­la­cjami. Objęła Emi­lię w pasie, tuląc buzię do beżo­wej sukni.

- Żyj sto lat, bab­ciu. Razem z dziad­kiem.

Usta­wiła nowo­żeń­ców na tle kwia­tów, po czym pstryk­nęła kilka zdjęć, by Emi­lia mogła je umie­ścić na swoim kon­cie na Face­bo­oku.

- Dobrze wyszło? Pokaż. - Emi­lia zer­k­nęła na ekran tele­fonu. - No, niech będzie. Matka nie miała cię już w co ubrać? O two­ich oczach nie wspo­mnę - dodała z nie­sma­kiem.

Wyszli z sali do holu. Na wyso­kich okrą­głych sto­łach stały już tace z kie­lisz­kami wypeł­nio­nymi szam­pa­nem. Odśpie­wano Sto lat i krzyk­nięto "gorzko". Kolejka do skła­da­nia życzeń usta­wiła się zaraz po tym, jak Emi­lia z Edmun­dem wymie­nili wymu­szony nawo­ły­wa­niem poca­łu­nek.

Julia i Górny pocze­kali, aż fala gości odpły­nie od nowo­żeń­ców, i dopiero wtedy pode­szli z kwia­tami.

- Oby­ście tym razem tego nie popsuli. - Nachy­liła się do matki. - Naj­wyż­szy czas wypły­nąć na spo­kojne wody.

Mru­gnęła poro­zu­mie­waw­czo do Syl­wii, która wyjęła zza ple­ców torebkę ze ślub­nym pre­zen­tem.

- Otwórz, dziadku! - pisnęła. - Pad­niesz, jak zoba­czysz.

- Teraz?

- Koniecz­nie!

Edmund wyjął pudełko i znaj­du­jącą się w nim kopertę.

- Rejs? - Oczy pana mło­dego zaszkliły się po raz kolejny tego dnia. - Co też ty, dziecko...

Tego się spo­dzie­wała - zakło­po­ta­nia, z któ­rym nie będzie sobie umiał pora­dzić. Matka też nie wyglą­dała na zachwy­coną, ale z zupeł­nie innego powodu.

- Bab­cia wszyst­kiego się boi - odga­dła natych­miast Syl­wia. - Pew­nie myśli, że sta­tek zato­nie.

- Co komu pisane. - Emi­lia poki­wała głową. - Pomy­ślimy. A ten pan to kto? - Wska­zała brodą na Gór­nego.

Adam przed­sta­wił się, schy­la­jąc nisko czoło.

- Nowy kolega? - spy­tała matka. "Kolega" zabrzmiało tak, jakby Julia z Gór­nym wysko­czyli wła­śnie z pia­skow­nicy. - Mam nadzieję, że nie z poli­cji.

- Oczy­wi­ście, że z poli­cji - wyja­śniła z dumą Syl­wia.

Emi­lia zaczęła krę­cić na palcu swoją nową obrączką.

- No cóż... Nie­ważne, wra­cajmy do gości.

Julia zauwa­żyła, że ojciec od dłuż­szego czasu spo­gląda na młodą kobietę sto­jącą pod ścianą. Wycze­ki­wała. To musiała być Lidia, jedyna osoba, która dopóty nie odwa­żyła się podejść, dopóki Edmund nie wyko­nał w jej stronę zapra­sza­ją­cego gestu. Zbli­żyła się do nich z uśmie­chem. Nie był to jed­nak rodzaj rado­ści, z jakim przy­cho­dzi się na ślubną uro­czy­stość. Oczy miała aż nadto poważne. Roz­glą­dała się przy tym na boki, jakby kogoś wypa­try­wała.

- Julio, poznaj swoją sio­strę. - Edmund objął kobietę ramie­niem.

Zło­żyła nowo­żeń­com życze­nia, po czym potrzą­snęła wycią­gniętą ręką. Na jej nad­garstku zabrzę­czała bran­so­letka ze zło­tymi zawiesz­kami.

- Wresz­cie mamy oka­zję się spo­tkać - powie­działa Lidia, kon­cen­tru­jąc w końcu wzrok. - Ojciec wiele mi o pani mówił.

"Wiele mówił" mogło ozna­czać wszystko. Użyła enig­ma­tycz­nego zwrotu, żeby nie powie­dzieć wprost, że w ciągu ostat­nich lat Julia zgo­to­wała ich ojcu emo­cjo­nalne pie­kło?

- Jakby nie było lep­szych tema­tów do roz­mów - zaśmiała się w odpo­wie­dzi. - Poza tym darujmy sobie ofi­cjalne zwroty. Cokol­wiek by mówić, pły­nie w nas ta sama krew. Zatem... po pro­stu: Julia.

Led­wie unio­sła kąciki ust.

Emi­lia odpły­nęła w stronę gości, pocią­ga­jąc za sobą męża i wnuczkę. Syl­wia wyrwała się po zale­d­wie minu­cie. Nie przy­wy­kła do pod­szczy­py­wa­nia w policzki i słod­kiego gda­ka­nia star­szych pań. Wolała zająć się tym, co lubiła naj­bar­dziej: robie­niem zdjęć. Gdy uznała, że każdy z gości został wystar­cza­jąco obfo­to­gra­fo­wany, włą­czyła nagry­wa­nie.

- Powiedz coś do kamery, mamo. - Sta­nęła na wprost Julii. - Żeby bab­cia i dzia­dek mieli pamiątkę.

Julia już otwie­rała usta, by wykle­pać for­mułkę o szczę­ściu na nowej dro­dze życia, kiedy poczuła, jak Lidia kła­dzie jej rękę na ramie­niu.

- Możemy poroz­ma­wiać? - Jej oczy pro­siły. - To ważne.

Górny zako­ły­sał w pal­cach pustym kie­lisz­kiem. Ulot­nił się pod pre­tek­stem dolewki szam­pana, odcią­ga­jąc przy oka­zji Syl­wię. Uznał, że pierw­sza roz­mowa sióstr powinna odbyć się w cztery oczy.

- Nie wiem, od czego mam zacząć - powie­działa Lidia, gdy zostały same.

- Jeśli cho­dzi ci o ojca...

- Nie, zupeł­nie nie. - Pokrę­ciła głową.

- Mów wprost, nie lubię owi­ja­nia w bawełnę - zachę­ciła ją Julia.

Zachęta musiała wypaść blado, bo kobieta przez dłuż­szą chwilę mil­czała.

- Tak naprawdę cho­dzi o mnie - zaczęła wresz­cie. - Stało się coś bar­dzo złego. Jeśli nic nie zro­bię, wkrótce doj­dzie do kolej­nej tra­ge­dii. Potrze­buję pomocy, Julia. Tak naprawdę przy­szłam na ten ślub tylko po to, żeby się z tobą spo­tkać.

Jak na uko­chaną córkę Edmunda wypa­dło to dość okrut­nie.

- Wiem, jak to brzmi. Zwy­kle nie bywam taka podła.

- Każdy cza­sem bywa.

Uśmiech­nęła się blado.

- Gdyby nie to, że mam nóż na gar­dle...

- Sama go sobie przy­ło­ży­łaś czy ktoś ci w tym pomógł? Mów, co to za sprawa. Potem będzie trudno zna­leźć moment mię­dzy weso­łym pocią­giem a piciem wódki z pan­to­felka panny mło­dej.

Julia nie mogła pozbyć się wra­że­nia, że Lidia nie­ustan­nie spo­gląda przez ramię. I na pewno nie cho­dziło jej o szu­ka­nie bar­dziej zacisz­nego kąta do roz­mowy ani o pozo­wa­nie do apa­ratu wciąż krę­cą­cej się w pobliżu Syl­wii.

- Prze­pra­szam. - Lidia po raz setny skon­tro­lo­wała wzro­kiem hol. - Zacho­wuję się jak wariatka.

- Do tego mocno wystra­szona.

- Aż tak widać?

Julia unio­sła zna­cząco brwi.

- Boję się, że dłu­żej tego nie wytrzy­mam - przy­znała Lidia. - To wszystko trwa już zbyt długo. W końcu pęknę.

- Mówisz, jak­byś miała zamiar kogoś zabić.

Lidia przy­gry­zła wargi.

- Obie­caj, że wysłu­chasz mnie do samego końca. Trudno będzie ci uwie­rzyć w to, co powiem, ale zapew­niam, że każde moje słowo jest prawdą. I naj­waż­niej­sze: nikt nie może wie­dzieć o tej roz­mo­wie, rozu­miesz?

- Wciąż nie­wiele, ale sta­ram się.

Kobieta otwie­rała ponow­nie usta, kiedy w jej torebce zadzwo­niła komórka. Przyj­rzała się dokład­nie nume­rowi na ekra­nie.

- Muszę ode­brać.

Ode­szła na kilka kro­ków. Przez har­mi­der wywo­łany wybu­chami śmie­chu gości Julii trudno było wychwy­cić cokol­wiek z tego, co mówiła.

Kiedy zakoń­czyła roz­mowę, długo jesz­cze wpa­try­wała się w zga­szony ekran. Trzę­sła się przy tym, jakby ktoś wylał jej za sukienkę wia­dro lodo­wa­tej wody.

- Stało się coś? - spy­tała Julia, widząc, jak Lidia obraca tele­fon w dło­niach.

W końcu zła­pała oddech. Pod­nio­sła na nią szklące się z prze­ra­że­nia oczy.

- Muszę się z kimś spo­tkać. To na pewno tylko drobne nie­po­ro­zu­mie­nie. Pojadę na Wila­now­ską i zała­twię sprawę. Będę naj­póź­niej za godzinę, spo­tkamy się na weselu. Nikt się nawet nie zorien­tuje, że wycho­dzi­łam.

- Pań­stwo mło­dzi świata poza sobą nie widzą, więc pew­nie masz rację.

Lidia powę­dro­wała wzro­kiem ku roz­ga­da­nym Emi­lii i Edmun­dowi.

- Wyglą­dają na naprawdę szczę­śli­wych - przy­znała, po czym spoj­rzała na zega­rek. - Jak powie­dzia­łam, za godzinę. Wtedy wszystko ci opo­wiem.

- Zajmę ci miej­sce przy stole.

Julia patrzyła, jak drobna syl­wetka Lidii oddala się i znika na scho­dach pro­wa­dzą­cych do wyj­ścia z budynku. W tym samym cza­sie ojciec zajęty był tule­niem się do Emi­lii i zaśmie­wa­niem z jakie­goś jej żartu. Tak jak przy­pusz­czała nowo poznana sio­stra, nie zauwa­żył, że gro­madka gości pomniej­szyła się o jedną z naj­waż­niej­szych dla niego osób.

* * *

Restau­ra­cja Sta­ro­po­lanka tonęła w zła­ma­nej bieli obru­sów i w słod­kim zapa­chu lilii. Kiedy Emi­lia z Edmun­dem zaj­rzeli tu w lutym, by zare­zer­wo­wać salę, wyda­wała im się zatę­chła i do tego ciemna. Prze­sadna ilość brą­zo­wych mebli i posza­rza­łych deko­ra­cji miała nadać pomiesz­cze­niu cie­pły kli­mat, jed­nak zamiast tego zamie­niła je w ponurą pie­czarę. Skwa­szona mina uko­cha­nej dała Edmun­dowi do myśle­nia. W tajem­nicy zamó­wił jasne pokrowce na weselne krze­sła i zle­cił fir­mie od deko­ra­cji okien uszy­cie bia­łych powłó­czy­stych firan. Z wypo­ży­czalni przy­wiózł srebrne świecz­niki, w któ­rych miały sta­nąć białe świece. Zadbał nawet o to, by za krze­słami pary mło­dej umiesz­czono wielką tablicę z ini­cja­łami E & E uło­żo­nymi z głó­wek bia­łych goź­dzi­ków. Nie na darmo oglą­dał po nocach powtórki pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych, w któ­rych ślubne ekipy dora­dzały, jak powinna wyglą­dać ide­alna sala ban­kie­towa. Efekt prze­szedł jego ocze­ki­wa­nia, a zachwyt w oczach uko­cha­nej, gdy ponow­nie prze­kro­czyła próg Sta­ro­po­lanki, wyna­gro­dził mu nie­prze­spane godziny i wydatki na oprawę uro­czy­sto­ści. Miał dla niej w zana­drzu jesz­cze jeden pre­zent.

Zaraz po tym, jak wszy­scy goście weszli do restau­ra­cji, usta­wił ich na par­kie­cie w kręgu, po czym ski­nął w stronę dwu­oso­bo­wego zespołu mło­dych didże­jów. Sie­dzący za kon­solą chło­pak wci­snął guzik w maszy­nie gene­ru­ją­cej ciężki dym. Gdy pierw­sze buch­nię­cie bia­łej mgły roze­szło się po pod­ło­dze, z gło­śni­ków popły­nęło Unfor­get­ta­ble Nata Kinga Cole'a.

Edmund wycią­gnął rękę do swo­jej świeżo poślu­bio­nej żony.

- Pierw­szy taniec? - Emi­lia spu­ściła z zawsty­dze­niem wzrok. - No nie wiem... Myślisz?

- Tańcz, bab­ciu! - krzyk­nęła Syl­wia, usta­wia­jąc się do nagry­wa­nia kolej­nej serii fil­mi­ków.

Zachę­cona kil­koma dodat­ko­wymi okrzy­kami Emi­lia wygła­dziła opiętą na brzu­chu sukienkę i wpły­nęła na par­kiet. Walc angiel­sko-wie­deń­ski wypadł obojgu na tyle dobrze, że kiedy wybrzmiały ostat­nie dźwięki muzyki, roz­le­gły się brawa.

Dym opadł i goście mogli wresz­cie zasiąść za sto­łami. Kel­ne­rzy zapa­lili świece i sala roz­bły­sła cie­płym świa­tłem. Na sto­łach poja­wiły się pierw­sze przy­stawki.

Edmund z coraz więk­szym nie­po­ko­jem spo­glą­dał na puste krze­sło zare­zer­wo­wane dla Lidii. Odkąd wybie­gła z urzędu stanu cywil­nego, minęły dwie godziny.

Zer­k­nął po raz setny na zega­rek, po czym wstał od stołu. Prze­ci­snął się za ple­cami Emi­lii, nie zwa­ża­jąc na to, że goź­dzi­kowe litery E & E prze­krę­ciły się nie­bez­piecz­nie na deko­ra­cyj­nym panelu, i ruszył w kie­runku szatni. W zakątku z wie­sza­kami było o wiele spo­koj­niej ani­żeli w głów­nej sali. Wyjął z kie­szeni mary­narki tele­fon i wybrał numer. Nie zauwa­żył, jak Julia staje kilka kro­ków dalej.

- Wciąż cisza? - spy­tała, pod­cho­dząc pod sto­jaki z płasz­czami.

Ski­nął głową.

- Podobno wyszła tylko na chwilę.

- Tak mówiła. Za nic nie opu­ści­łaby waszego wesela. Pró­buj dalej.

Edmund ponow­nie wybrał numer.

- To do niej nie­po­dobne, żeby nie odbie­rać.

Ślubny entu­zjazm zni­kał z jego twa­rzy niczym sztuczny dym z tanecz­nego par­kietu.

- Pocze­kajmy jesz­cze pół godziny. Ani się obej­rzysz, jak sta­nie w drzwiach. - Julia strzą­snęła z klapy jego mary­narki nie­ist­nie­jący pyłek.

- Masz rację - odparł, cho­wa­jąc tele­fon. - Nie ma co pani­ko­wać. W końcu prze­cież przyj­dzie.

Lidia nie przy­szła. Minęła trze­cia godzina przy­ję­cia, a jej miej­sce za wesel­nym sto­łem wciąż pozo­sta­wało puste. Kiedy Edmund po raz kolejny spoj­rzał na drzwi restau­ra­cji otwie­rane przez któ­re­goś z gości, Julia wyjęła z torby dłu­go­pis i poło­żyła go przed ojcem razem z papie­rową ser­wetką.

- Zapisz mi jej numer tele­fonu i adres.

Pierw­szy raz widziała, żeby tak trzę­sły mu się ręce. Zwi­nęła zapi­saną ser­wetkę i wrzu­ciła ją do swo­jej torby.

- Na pewno nic jej nie jest - powie­działa uspo­ka­ja­jąco. - Tele­fony się roz­ła­do­wują, klu­cze do miesz­ka­nia gubią, a tak­sówki spóź­niają. Za pół godziny wszystko będzie jasne. Zaj­mij­cie się przez ten czas Syl­wią.

Ode­brała z szatni płasz­cze swój i Gór­nego. Mimo że Adam był już po czte­rech kie­lisz­kach wesel­nej wódki, trzy­mał się na nogach. Jedy­nie wzrok miał lekko mętny, więc na odchodne zła­pał z tacy kel­nera szklankę wody gazo­wa­nej i wypił ją dusz­kiem dla roz­rze­dze­nia alko­holu we krwi.

- Jesteś pewna, że miała wró­cić? - spy­tał, gdy ruszyli w stronę zapar­ko­wa­nej pod restau­ra­cją skody. - Może uznała, że to impreza nie dla niej, i po pro­stu zmyła się po cichu. Nie każdy kocha patrzeć, jak jego ojciec ściąga zębami pod­wiązkę z uda świeżo upie­czo­nej żony. Ile waży twoja matka?

Ścięła go spoj­rze­niem.

- Spa­suj, możesz? Czy według cie­bie mój ojciec wygląda na kogoś, kto myśli teraz o pod­wiąz­kach? Nie zauwa­żyłby nawet, gdyby mu pod­mie­nili matkę na młodą Sofię Loren. Męczy się na wła­snym weselu.

- A cie­bie wzięło na litość.

- Nazy­waj to, jak chcesz. W dniu jego ślubu chcę być po pro­stu fair. Pojadę do Lidii i upew­nię się, że sie­dzi w dre­sie, oglą­da­jąc jakiś mdławy melo­dra­mat na Net­flik­sie. Tylko tyle. Na pewno nie zamie­rzam jej wycią­gać ni­gdzie na siłę.

Górny zasło­nił usta przed odbi­ciem powie­trza pod­cho­dzą­cego z żołądka.

- Two­jej matce też na tym naj­wy­raź­niej nie zależy. Ani razu o nią nie zapy­tała. Dziwne.

- Dziwne by było, gdyby to zro­biła. Nie znasz jesz­cze mojej rodziny, Górny.

Tak jak przy­pusz­czała, ulice wcale nie były zatło­czone. Tak­sówka wio­ząca Lidię prze­mknę­łaby z lewo­brzeż­nej War­szawy przez most Świę­to­krzy­ski w ciągu zale­d­wie kilku minut.

Wje­chała w Zaję­czą, a potem skrę­ciła w Krucz­kow­skiego. Minęła park, prze­pusz­cza­jąc przez jezd­nię pele­ton roz­pę­dzo­nych mło­dych rowe­rzy­stów, po czym wyma­new­ro­wała w kie­runku Solca.

- To gdzieś tutaj. - Rozej­rzała się po dłu­giej osie­dlo­wej ulicy.

Wzdłuż chod­nika cią­gnęła się niska zabu­dowa blo­ków. W głębi wysta­wały wyż­sze punk­towce. Po prze­ciw­nej stro­nie jezdni sze­roki traw­nik prze­cho­dził w gęsto tkany drze­wami park, kolejny w tej oko­licy.

- Wila­now­ska. Moje dawne rewiry. - Górny wycią­gnął szyję, sta­ra­jąc się roz­po­znać oko­licę. - Ostatni raz byłem tu w liceum.

Julia zapa­trzyła się na park budzący się po zimie.

- Gigant z kum­plami?

- Nie. - Górny pokrę­cił głową. - Cho­dziło o dziew­czynę. Byli­śmy parą, ale dość krótko.

- Nasto­let­nia miłość? Jak słodko.

Nie była pewna, czy jego zamu­lony wzrok, któ­rym doszu­ki­wał się cze­goś mię­dzy blo­kami, spo­wo­do­wany był tęsk­notą za dawną sym­pa­tią czy weselną wódką.

- Miesz­kała zaraz za tym pagór­kiem. Miała na imię Nata­lia.

- Może na­dal tam na cie­bie czeka - rze­kła z nutą drwiny w gło­sie. - Stoi w oknie i wypła­kuje oczy.

Zaha­mo­wała, ale on wciąż nie odpi­nał pasa bez­pie­czeń­stwa.

- Nata­lii już nie ma. Przeze mnie.

W pierw­szej chwili uznała, że żar­tuje. Górny nie wyglą­dał jed­nak na roz­ba­wio­nego.

- Po naszym roz­sta­niu połknęła garść prosz­ków - wyja­śnił. - Zro­biła to już wcze­śniej. Za pierw­szym razem sta­rzy zdą­żyli ją ura­to­wać. Za dru­gim już nie.

- O cho­lera... Fatalna sprawa. Współ­czuję. Po takich sytu­acjach trauma pozo­staje na całe życie.

Roze­śmiał się. Naj­pierw par­sk­nął dys­kret­nie, potem zawył bła­zeń­sko do pod­su­fitki.

- Idiota! - wark­nęła Julia. - Jak Boga kocham, idiota! Nie było żad­nej Nata­lii?

- Ależ była. Wciąż jest. Mieszka z mężem w Toronto i pro­wa­dzi zakład kosme­tyczny. Robi boga­tym paniu­siom rzęsy.

Wysko­czyła ze skody i trza­snęła drzwiami. Górny wyto­czył się za nią.

- No już... Daj mi chwilę, zaraz oprzy­tom­nieję. Dzie­sięć minut i będę trzeźwy jak dziecko. - Wysta­wił twarz do wia­tru i zaczął robić głę­bo­kie wde­chy.

Julia nie miała zamiaru uczest­ni­czyć dłu­żej w tej bła­ze­na­dzie. Nie powinna go wycią­gać z restau­ra­cji. Odszu­kała w tele­fo­nie apli­ka­cję Ubera.

- Co robisz? - Zer­k­nął jej przez ramię.

- Odsy­łam cię do domu.

Ode­brał jej komórkę.

- Samej cię na górę nie pusz­czę. Wci­skaj domo­fon.

Sta­nęli pod czte­ro­pię­tro­wym beżo­wym budyn­kiem. Spo­kojny kolor ele­wa­cji roz­bi­jały przy­twier­dzone do porę­czy bal­ko­nów róż­no­barwne skrzynki na kwiaty, puste o tej porze roku. Na kilku z nich zie­le­niły się tuje.

Julia wyce­lo­wała pal­cem w guzik z nume­rem osiem. Po sze­ściu sygna­łach domo­fon się roz­łą­czył. Szarp­nęła drzwiami, jed­nak ani drgnęły. Górny oparł się ramie­niem o mur.

- Wygląda na to, że musisz użyć swo­ich cza­ro­dziej­skich noży­ków.

- Nie mam. Nie pla­no­wa­łam wła­my­wać się do restau­ra­cji.

Poło­żyła palec na innym przy­ci­sku i przy­trzy­mała kilka sekund. Po chwili w gło­śniku ode­zwał się młody i mocno roz­ba­wiony głos spod czwórki.

- Kto? - spy­tał kon­kret­nie.

- Poli­cja - odpo­wie­działa rów­nie kon­kret­nie Julia. - Pro­szę otwo­rzyć.

- Poli­cja? Może FBI? - Głos nagle się roz­ocho­cił. - Ty, Rusek, FBI do cie­bie.

Z głębi miesz­ka­nia doszedł śmiech wymie­szany z nie­spo­koj­nymi pomru­kami.

- Khto tam? - W kratce domo­fonu ode­zwał się rów­nie młody, lecz dużo poważ­niej­szy głos. - Czomu mili­cija? Ja zamo­wił pitsu, nie milit­siyu.

Adam bły­snął zębami.

- Ukra­iniec. Na doda­tek dow­cipny.

- Daleko mu do cie­bie. Otkry­waj! - krzyk­nęła do domo­fonu Julia.

Usły­szeli odgłos otwie­ra­nych drzwi bal­ko­no­wych na pierw­szym pię­trze. Naj­pierw zza barierki wychy­liła się łysa głowa, a zaraz za nią tułów w sza­rej blu­zie Adi­dasa.

- Ty, Rusek, kurwa... Jacyś prze­bie­rańcy urwali się z wiej­skiego dan­cingu. Pod kra­wa­tem i w lakier­kach! Pat­szaj!

Do tuło­wia w sza­rej blu­zie dołą­czył drugi, w bia­łym pod­ko­szulku. Rusek, wła­ści­ciel lub najemca miesz­ka­nia, przyj­rzał się dwójce sto­ją­cej na dole. Musiał mieć krótki wzrok, bo mru­żył oczy i wycią­gał szyję ponad normę.

- Khto wy? - krzyk­nął, widząc, że na pewno nie są od pizzy.

Adam musiał się­gnąć do wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki. Z poli­cyjną legi­ty­ma­cją nie roz­sta­wał się ni­gdy. Była waż­niej­sza od karty kre­dy­to­wej i port­fela. Wycią­gnął rękę z doku­men­tem w stronę bal­konu.

- Jebut twoja mać! Tse spra­vdi mili­cija - zaszem­rał do kum­pla Rusek. - Ty idiot!

Nie tylko otwo­rzył im drzwi, ale wręcz zbiegł na dół i wpu­ścił ich oso­bi­ście na klatkę scho­dową.

- Ja niczewo... u mie­nia je druh, my kruti... my knigi czy­ta­jem...

Górny pokle­pał go po ramie­niu.

- Się uspo­kój, kolego. My nie po cie­bie.

- Po druha? - Oczy chło­paka się roz­sze­rzyły. - Po Robala?

- Po Robala też nie. Wra­caj do sie­bie.

O nic wię­cej nie pytał. Wbiegł po scho­dach i zaszył się w miesz­ka­niu. Zza drzwi doszedł ich po chwili ryczący śmiech łysego przy­ja­ciela uci­szany przez spło­szo­nego Ruska.

- To co, fru­niemy na trze­cie pię­tro. - Górny potarł o sie­bie dło­nie. - Zała­twmy, co trzeba, i wra­cajmy na eme­ry­ten party.

Wci­snął guzik windy. Ktoś musiał nie domknąć na górze drzwi dźwigu, bo nie zjeż­dżał na par­ter. Poszli scho­dami. Byli na pół­pię­trze, kiedy z gór­nej kon­dy­gna­cji dobiegł ich krzyk. Nale­żał do kobiety. Był maka­bryczny, prze­cho­dził w płacz­liwy sko­wyt. Spoj­rzeli po sobie, a następ­nie w prze­świt mię­dzy scho­dami.

- Lidia! - wrza­snęła Julia.

Na górze działo się coś złego. Bie­gli po kilka stopni naraz, ale gdy dotarli pod miesz­ka­nie Lidii, nie zastali tam nikogo. Po chwili płacz się powtó­rzył. Docho­dził z pię­tra wyżej.

W uchy­lo­nych drzwiach jed­nego z miesz­kań Julia zoba­czyła star­szą kobietę. Sie­działa na posadzce, sku­lona i wystra­szona. Drobna, o gołę­bich wło­sach, w podomce i wsu­wa­nych kap­ciach.

- Jezuuu... - zawyła na widok dwójki zdy­sza­nych ludzi w ele­ganc­kich stro­jach. - Ratuj­cie ją...

Wycią­gnęła rękę, jakby chciała zła­pać Julię za brzeg jej sukienki. Palce jed­nak tylko omsknęły się po zie­lo­nym płasz­czu.

- Zaj­mij się nią. - Julia wymi­nęła star­szą panią i pchnęła drzwi miesz­ka­nia.

Górny pod­szedł do kobiety i ukuc­nął obok.

- Pro­szę się uspo­koić. To pani miesz­ka­nie?

Kobieta pokrę­ciła głową, po czym wska­zała drzwi naprze­ciwko.

- Zapro­wa­dzę panią. - Pocią­gnął ją deli­kat­nie, łapiąc pod łokieć, byle tylko ruszyła się z miej­sca.

Wsta­wała z tru­dem, nie­mal nie odry­wała wzroku od uchy­lo­nych drzwi.

- Co oni jej zro­bili...

Gór­nemu wciąż szu­miało w gło­wie po wesel­nej wódce, ale chcąc nie chcąc musiał wziąć kobietę na ręce. Wyda­wała się zbyt słaba, by iść o wła­snych siłach. Nie zdą­żył naci­snąć klamki miesz­ka­nia z tabliczką "D.A. Ryl­scy", kiedy usły­szał za sobą głos Julii:

- Dzwoń po pogo­to­wie - powie­działa, patrząc na bladą twarz star­szej pani. - I po kry­mi­nal­nych.

Karetka przy­je­chała pierw­sza. Zastrzyk z hydrok­sy­zyny zadzia­łał natych­mia­stowo. Górny odcze­kał jesz­cze chwilę, aż kobieta pozwoli poło­żyć się na wer­salce i przy­kryć kocem, po czym wymknął się z małego salo­niku. W przed­po­koju natknął się na męż­czy­znę o posi­wia­łych skro­niach. W rękach trzy­mał zdjęty z głowy, sta­ro­modny kape­lusz.

- Pan Ryl­ski? - spy­tał dla pew­no­ści.

Męż­czy­zna ner­wowo spoj­rzał w prze­świt salonu, gdzie widać było poma­rań­czowe kom­bi­ne­zony ratow­ni­ków.

- Coś się stało mojej żonie?

- Atak paniki, ale naj­gor­sze już minęło. Może pan wejść.

Górny prze­pu­ścił Ryl­skiego i zamknął za nim drzwi. Teraz naj­waż­niej­sze było to, co działo się w miesz­ka­niu naprze­ciwko.

Pchnął łok­ciem drzwi z nume­rem dzie­sięć. Przed­po­kój w kształ­cie litery L był kla­syczny: szafka na buty, podłużny wie­szak z płasz­czami, lustro i mała komoda na dro­bia­zgi. Urzą­dzony skrom­nie, ale z gustem. Przez całą jego dłu­gość cią­gnął się prze­krzy­wiony chod­nik w kwia­towy wzór.

- Julia? - zawo­łał Górny.

Wychy­liła się zza drzwi na końcu miesz­ka­nia.

- Gdzie ciało?

- Nie ma - odpo­wie­działa krótko.

- Żarty sobie robisz? Kaza­łaś zawo­łać ekipę.

Otwo­rzyła na oścież kuch­nię.

- Chodź, zobacz. - Wska­zała głową wnę­trze.

Kuch­nia urzą­dzona była na biało, nie licząc drew­nia­nego blatu robo­czego i dwóch tapi­ce­ro­wa­nych na nie­bie­sko tabo­re­tów. Na pierw­szy rzut oka pano­wał w niej porzą­dek. Na suszarce stały tale­rze i kubki, pod kalo­ry­fe­rem w wiel­kiej bańce docho­dziło wino wła­snej roboty. Obok niego stał zakle­jony kar­ton. Wszystko wyglą­dało nie­mal ste­ryl­nie, gdyby nie czer­wień, którą zbry­zgane były pod­ło­gowe płytki. Ta sama czer­wień pokry­wała brzeg zlewu i znaj­du­jącą się pod nim szafkę.

Górny oparł ręce na bio­drach.

- Jeśli miał­bym obsta­wiać...

- To nie jest roz­lane wino, jeśli masz co do tego wąt­pli­wo­ści.

- Widzę prze­cież. Ktoś tu nie­źle obe­rwał. Nawet szyba jest we krwi - powie­dział Górny, odsu­wa­jąc firankę.

Julia ukuc­nęła, pod­wi­ja­jąc poły płasz­cza pod pośladki.

- Przyj­rzyj się pla­mom na pod­ło­dze. Nawet gdyby to był nie­szczę­śliwy wypa­dek, kształt spa­da­ją­cych kro­pel byłby zupeł­nie inny. Nie podłużny, a okrą­gły. Widzisz? Ta krew spa­dała pod kątem. Jest jesz­cze coś. - Wska­zała pal­cem na miej­sce pod sto­łem, tuż obok nie­bie­skiego tabo­retu.

- Włosy? - Górny zmru­żył oczy.

- Ciemny blond. Są wszę­dzie.

- Jak na pod­ło­dze u fry­zjera. - Rozej­rzał się po płyt­kach.

- Fry­zje­rzy nie wyry­wają ludziom wło­sów. Ktoś zła­pał ją za tył głowy i szarp­nął z wielką siłą.

- Nie­zła jatka.

- Jatka w kuchni była tylko począt­kiem. Widzia­łeś poskrę­cany chod­nik w przed­po­koju? Wygląda, jakby kogoś po nim wle­czono.

- Suge­ru­jesz porwa­nie? Ktoś miałby upro­wa­dzić doro­słą kobietę z jej wła­snego miesz­ka­nia?

- Na pewno nie wyszła stąd dobro­wol­nie. Gołym okiem widać, że to miej­sce było polem bitwy.

- Zostawmy to tech­ni­kom - zade­cy­do­wał Górny. - Przyj­rzą się śla­dom. Ty nato­miast uspo­kój się, bo widzę, że zaczy­nasz pani­ko­wać. Nie jeste­śmy u two­jej sio­stry, to nie jest jej miesz­ka­nie, nie jej włosy ani krew, okej?

- Będzie okej, jeśli na wła­sne oczy zoba­czę, że Lidia jest cała i zdrowa. Na razie widzę roz­bry­zgi krwi w miesz­ka­niu, które od miesz­ka­nia mojej sio­stry dzieli zale­d­wie pod­łoga.

- Mam iść z tobą? - spy­tał, gdy Julia wymi­nęła go i sta­nęła przed drzwiami wej­ścio­wymi.

Pokrę­ciła głową.

- Nie trzeba. Zostań tu i cze­kaj na chło­pa­ków.

Zbie­gła na trze­cią kon­dy­gna­cję i sta­nęła przed miesz­ka­niem numer osiem. Ener­gicz­nie wci­snęła przy­cisk dzwonka. Elek­tryczny świer­got ptaka wypeł­nił wnę­trze miesz­ka­nia, jed­nak nikt nie wszedł do przed­po­koju.

Julia pod­nio­sła głowę. Nad wej­ściem w lewym rogu zoba­czyła minia­tu­rowe oko kamery. Zwi­sało smęt­nie na meta­lo­wym zawia­sie, ewi­dent­nie ode­rwane od zasi­la­ją­cego ją kabla.

- Lidia?! - Zało­mo­tała pię­ścią tuż pod wizje­rem.

Za drzwiami wciąż nic się nie działo. Odru­chowo zła­pała za klamkę. Nie musiała nią szar­pać, miesz­ka­nie było otwarte.

Powi­tała ją cisza. Zni­kąd nie docho­dził ani odgłos włą­czo­nego tele­wi­zora, ani żaden inny dźwięk, który mógłby zdra­dzić, że poza nią jest tu ktoś jesz­cze.

Zamknęła za sobą drzwi. Dopiero teraz zwró­ciła uwagę na liczbę zam­ków. Dwa nad klamką i dwa pod nią. Do tego łań­cu­szek i zakle­jony wizjer. Jego funk­cję peł­nił przy­twier­dzony do ściany elek­tro­niczny moni­tor od uszko­dzo­nej kamery.

Weszła głę­biej. Miesz­ka­nie miało iden­tyczny roz­kład jak to pię­tro wyżej. Było za to lepiej ume­blo­wane. Nie spo­sób było zna­leźć tu wypo­sa­że­nia z popu­lar­nych sie­ció­wek ani masowo pro­du­ko­wa­nych gra­fik do wie­sza­nia na ścia­nach. Sty­lowe fotele i kanapa oraz szla­chetne oleje two­rzyły kli­mat dostatku. Było tak, jak mówiła Emi­lia. Lidia z racji bli­skich rela­cji z ojcem nie mar­twiła się tym, by prze­żyć od pierw­szego do pierw­szego.

Zaj­rzała do sypialni. W pokoju pano­wał nie­ład, jaki zda­rza się kobie­tom będą­cym w pośpie­chu. Lidia, szy­ku­jąc się na ślub ojca, nie zdą­żyła zamknąć szafy ani pocho­wać na miej­sce poroz­rzu­ca­nej bie­li­zny, która wysta­wała z roz­be­be­szo­nej szu­flady w komo­dzie. Tuż obok niej leżały buty.

Julia nie mogła oprzeć się wra­że­niu, że wła­śnie to obu­wie widziała na nogach sio­stry w Pałacu Ślu­bów jesz­cze kilka godzin temu. Beżowe skó­rzane czó­łenka na kloc­ko­wa­tych obca­sach, ostat­nio bar­dzo mod­nych. Na takie buty zwraca się uwagę.

A więc była tu. Wró­ciła po tym, jak zaraz po uro­czy­sto­ści zadzwo­nił jej tele­fon. Przy­szła zała­twić jakąś ważną sprawę, a przy oka­zji zmie­nić pan­to­fle na wygod­niej­sze. Po co męczyć się na obca­sach cały wie­czór? Chyba że Górny miał rację i wcale nie miała zamiaru wra­cać na wesele. Jeśli rze­czy­wi­ście tak było, jej bur­gun­dowa sukienka także powinna gdzieś tu być.

Julia zaczęła prze­su­wać wie­szaki w sza­fie. Czarne, zie­lone i nie­bie­skie sukienki oraz tuniki jeź­dziły po drążku, jed­nak aksa­mit­nej sukni nie było. Nie zna­la­zła jej też na ster­cie ubrań przy­go­to­wa­nej do pra­so­wa­nia ani w sąsied­nim salo­nie. Zaj­rzała do kuchni i łazienki, ale na darmo. Bur­gun­dowa sukienka znik­nęła, podob­nie jak jej wła­ści­cielka.

Wyjęła tele­fon i po raz kolejny tego dnia wywo­łała numer Lidii. Nadzieja na to, że kobieta w końcu odbie­rze, top­niała. Mimo to naci­snęła zie­lony przy­cisk.

Stłu­miony dźwięk dzwonka usły­szała od razu. Docho­dził z któ­re­goś z pomiesz­czeń. Nad­sta­wiła uszu. Sygnał popro­wa­dził ją na powrót do sypialni. Doby­wał się z ciem­no­nie­bie­skiej torebki koper­tówki wci­śnię­tej pod fotel. Julia otwo­rzyła ją i wyjęła smart­fon. Na zablo­ko­wa­nym wyświe­tla­czu pul­so­wał numer jej tele­fonu, a w gór­nym pra­wym rogu widać było liczbę nie­ode­bra­nych połą­czeń.

Scho­wała komórkę Lidii do kie­szeni swo­jego płasz­cza i wyszła z miesz­ka­nia.

Na pyta­jący wzrok Adama odpo­wie­działa krę­ce­niem głowy.

- Wiem tylko, że wró­ciła do sie­bie i że jej miesz­ka­nie przy­po­mina twier­dzę. A poza tym... - Julia roz­ło­żyła bez­rad­nie ręce. - Mam złe prze­czu­cia, Górny. Coś się tu ewi­dent­nie wyda­rzyło i polała się krew. Pyta­nie: czyja. Gdzie, do dia­bła, są tech­nicy? Ile można jechać z Nowo­li­pek?!

Odsu­nęła firankę i wyj­rzała przez kuchenne okno uma­zane krwią.

- Musia­łem spro­sto­wać zgło­sze­nie, że na miej­scu są tylko ślady walki - wyja­śnił Górny. - Nie mamy ofiary z prze­strze­lo­nym czo­łem.

- I dla­tego idą tu na pie­chotę?

- Uspo­kój się. - Górny poło­żył dło­nie na jej ramio­nach i zaczął roz­ma­so­wy­wać napię­cie. - Lepiej?

- Ani tro­chę, płaszcz jest zbyt gruby. Co to jest? - spy­tała, widząc roz­rzu­cone po stole koperty.

- Rachunki. Leżały na lodówce, wszyst­kie wysta­wione na nazwi­sko Alek­san­dry Majew­skiej. Myślisz, że była sin­gielką?

Julia prze­bie­gła wzro­kiem po zeszło­rocz­nym roz­li­cze­niu za prąd.

- Brak zale­gło­ści. Opła­cała wszystko w ter­mi­nie - stwier­dziła, przy­glą­da­jąc się licz­bom. - Czy była sin­gielką? Na pewno nie miesz­kała z żad­nym męż­czy­zną.

- Mogła mieć kogoś na dochodne.

- W łazience brak dru­giej szczo­teczki do zębów. Gdyby miała kogoś na dochodne, ten ktoś chciałby sobie rano umyć zęby. Łazienka mówi o czło­wieku wszystko.

- O ile pamię­tam, w two­jej łazience moja szczo­teczka nie stoi.

Julia odło­żyła kopertę na jej pier­wotne miej­sce na lodówce.

- Bo mam dziecko, Górny. A przy dzie­ciach każdą dodat­kową szczo­teczkę czy golarkę trzeba dokład­nie prze­my­śleć. Majew­ska, mówisz? Przy­dałby się jakiś doku­ment ze zdję­ciem.

Wyszła z kuchni i znik­nęła za drzwiami łazienki. Wró­ciła po chwili, nacią­ga­jąc na dło­nie jed­no­ra­zowe ręka­wiczki.

- Są od farby do wło­sów, ale tylko takie zna­la­złam. Pogrze­bię tro­chę w jej rze­czach.

- Ja zaj­rzę naprze­ciwko. Pani Ryl­ska powinna już dojść do sie­bie. Może widziała, co tu się stało. W tej chwili to nasz jedyny świa­dek.

Górny zro­bił krok w kie­runku drzwi, ale ręka w latek­so­wej ręka­wiczce go zatrzy­mała.

- Nie dziś. Naj­wcze­śniej jutro.

- Nie jestem na bani, jeśli o to ci cho­dzi.

- Po pierw­sze: jesteś, więc nie możesz nikogo prze­słu­chi­wać. Po dru­gie: cokol­wiek powie dziś Ryl­ska, nie będzie to miało wiele wspól­nego z prawdą. Jej mózg prze­cho­dzi teraz etap szoku. Jeśli zapy­tasz ją, co widziała, zacznie kolo­ry­zo­wać i wyol­brzy­miać. Nie potrze­bu­jemy takich zeznań. Damy jej czas, by ochło­nęła i zaczęła myśleć racjo­nal­nie. Jest jesz­cze jeden szko­puł. - Julia zało­żyła ręce na pier­siach. - Może się oka­zać, że góra wcale nie przy­dzieli ci tej sprawy do popro­wa­dze­nia.

- Fakt. Do zbrodni nie doszło.

- Zbrod­nią śmier­dzi tu aku­rat na kilo­metr. Ten, kto tak pięk­nie poma­lo­wał tę kuch­nię na czer­wono, nie wywlókł Majew­skiej z miesz­ka­nia, żeby bawić się z nią w kon­we­nanse przy kawie. Jest bez­względny i tak też ją na sam koniec potrak­tuje. Pyta­nie tylko, kiedy i gdzie porzuci ciało. Ale, jak sam przy­tom­nie zauwa­ży­łeś, na razie mamy tylko ślady pobi­cia. Dla­tego wle­pią tę sprawę byle komu. Już po tym, jak się tu śpie­szą, widać, jak bar­dzo się nią prze­jęli.

Zza drzwi pro­wa­dzą­cych do małej sypialni dobiegł cichy szmer podobny do stu­ka­nia. Julia obró­ciła się w stronę dźwięku.

- Sły­sza­łeś?

Górny kop­nął lekko drzwi. W bla­sza­nej klatce sto­ją­cej na para­pe­cie za grubą zasłoną krę­cił się rudy cho­mik. Koło­wro­tek wiro­wał pod jego łap­kami w takim tem­pie, jakby był pod­łą­czony do prądu. Na widok Julii i Adama zwie­rzę zatrzy­mało się w miej­scu i spoj­rzało na nich kora­li­ko­wymi oczami.

Górny pod­szedł do klatki i pstryk­nął paznok­ciami w pręty.

- Siema, tłu­ścio­chu. Wygląda na to, że ktoś zała­twił twoją panią. Gdy­byś umiał gadać, powie­dział­byś nam, kto był taki nie­do­bry. Co, przy­ja­cielu?

- Nie strasz zwie­rzaka, niech się bawi.

Jakby na potwier­dze­nie tych słów, cho­mik znów zakrę­cił swoim koło­wrot­kiem z szyb­ko­ścią świa­tła.

Julia pode­szła do nie­wy­so­kiego regału prze­cię­tego podłuż­nym lustrem i zaczęła otwie­rać dolne szu­flady. Uło­żona równo pościel i bie­li­zna nie nosiły śladu, by ktoś w nich szpe­rał. Na dnie zna­la­zła kopertę z pie­niędzmi. Prze­li­czyła bank­noty. Tysiąc trzy­sta zło­tych nie było może szo­ku­jącą kwotą, ale gdyby cho­dziło o wła­ma­nie z zamia­rem kra­dzieży, pie­nią­dze na pewno by stąd znik­nęły.

Kolejna szu­flada prze­zna­czona była na spor­towe akce­so­ria. Obok kilku spor­to­wych sta­ni­ków i wygod­nych leg­gin­sów zna­la­zła zwi­niętą w rulon matę i drew­niany klo­cek do jogi.

Otwie­rała następną szu­fladę, kiedy zadzwo­nił jej tele­fon. Spoj­rzała na wyświe­tlacz.

- Ojciec - mruk­nęła. - Przy­szedł czas na wymy­śle­nie zgrab­nej histo­ryjki. Nie musi wie­dzieć wszyst­kiego. Przy­naj­mniej na razie.

Gładko prze­szło jej przez gar­dło, że sytu­acja jest pod kon­trolą i Edmund może wró­cić do wesel­nej sie­lanki.

- Uwie­rzył? - spy­tał Górny, gdy się roz­łą­czyła.

- Powiedzmy, że do końca dnia będzie miał spo­kój. Prawdę usły­szy dopiero po tym, jak poże­gna swo­ich gości.

Wysy­pała na dywan zawar­tość kolej­nej szu­flady. Pod stertą nazbie­ra­nych bro­szur i ulo­tek, jakie wrzu­cają listo­no­sze do skrzy­nek pocz­to­wych, zna­la­zła kilka zdjęć. Były to gru­powe foto­gra­fie, z dziećmi sie­dzą­cymi na krze­słach lub sto­ją­cymi wokół nie­wy­so­kiej dwu­dzie­sto­kil­ku­latki o uśmiech­nię­tej twa­rzy. Na dole każ­dej foto­gra­fii wid­niała data wska­zu­jąca na rok, w któ­rym je zro­biono.

- To ona, Alek­san­dra Majew­ska - powie­działa Julia, gdy Górny sta­nął jej za ple­cami. - Wygląda na to, że pra­cuje w jakimś przed­szkolu.

Wziął jedno ze zdjęć do ręki i przyj­rzał się kobie­cie.

- Ładna babka. Wiemy już przy­naj­mniej, jak wygląda i kim jest.

Poza zdję­ciami zna­leźli coś jesz­cze. W małej szka­tułce scho­wa­nej na dnie szu­flady poza kil­koma parami dro­gich kol­czy­ków poły­ski­wała złota obrączka. Nie wyglą­dała na rodzinną pamiątkę po babci. Nie spo­sób było doszu­kać się na niej zary­so­wań, jakie poja­wiają się przy wie­lo­let­nim nosze­niu. Od wewnątrz miała wygra­we­ro­waną datę: 20.06.2015.

- Myli­łam się - przy­znała Julia. - Pan Majew­ski jed­nak ist­nieje. Albo ist­niał - popra­wiła się.

Ode­rwali się od szka­tułki i zdjęć, sły­sząc dobie­ga­jące z klatki scho­do­wej dud­nie­nie cięż­kich butów. Po chwili do tego hałasu dołą­czyły dwa męskie głosy. Kiedy do miesz­ka­nia weszli tech­nicy, Julia spoj­rzała na zega­rek.

- Godzina dwa­dzie­ścia - par­sk­nęła. - Jak Boga kocham...

ROZ­DZIAŁ II

Julia zesko­czyła z dra­biny i zanu­rzyła wałek malar­ski w czar­nej tabli­co­wej far­bie.

- Czło­wiek to nie szpilka - powie­działa, popra­wia­jąc na gło­wie zro­bioną z gazety czapkę.

Oparła trzo­nek wałka o tackę i wlała do niej ostat­nią par­tię tabli­cówki. Gdyby wie­działa, że ściana będzie chło­nąć tyle farby, kupi­łaby przy­naj­mniej litr wię­cej.

Pomysł z malo­wa­niem zro­dził się w jej gło­wie, gdy zaczęła czy­ścić ścianę z zapi­sków na temat śmierci Leona Raw­skiego. Usu­nię­cie śla­dów po ciem­nym fla­ma­strze szybko oka­zało się nie­wy­ko­nalne. Mogła więc albo odma­lo­wać miesz­ka­nie i kupić prze­no­śny flip­chart, o który poty­ka­łaby się na każ­dym kroku, albo znów sko­rzy­stać ze ściany, z tym że w dużo bar­dziej prak­tyczny spo­sób. Wybrała czarną ście­ralną tabli­cówkę.

- To nie może być przy­pa­dek, że dwie osoby zni­kają w tym samym cza­sie - zamru­czała, wspi­na­jąc się ponow­nie po szcze­blach dra­biny.

- Niczego takiego nie powie­dzia­łem. - Adam Górny pod­szedł do okna i uchy­lił je, żeby wpu­ścić do pokoju podmuch świe­żego powie­trza.

- Mówię do sie­bie. Na głos lepiej mi się myśli.

- W opa­rach farby? Nie mia­łaś kiedy zabrać się do tej roboty, tylko aku­rat teraz, w środku nocy? Nor­malni ludzie śpią o tej porze.

Nasą­czony farbą wałek prze­su­nął się równo po ścia­nie, pozo­sta­wia­jąc po sobie kolejny czarny pasek.

- Nor­mal­nym ludziom nie zni­kają sio­stry pod­czas rodzin­nych uro­czy­sto­ści - zauwa­żyła. - Cały czas zasta­na­wiam się, co łączy Lidię z tą kobietą z czwar­tego pię­tra i kim ona jest, ta Majew­ska.

- Zro­bi­li­śmy z Szy­mań­skim wstępny reko­ne­sans. Bar­dzo wstępny, zazna­czam.

Julia mach­nęła ręką z wał­kiem.

- Mów.

- Majew­ska ma dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Pocho­dzi z Płocka. Jej rodzina na­dal tam mieszka.

- Ktoś już ich powia­do­mił o zagi­nię­ciu?

- Na razie Majew­ska nie zagi­nęła. Trzy­majmy się fak­tów. Mamy przy­pusz­czalne pobi­cie, i to wszystko. Nie widzę powodu, żeby sta­wiać na nogi jej bli­skich.

Julia obró­ciła się na dra­bi­nie.

- Przy­pusz­czalne pobi­cie? To jakiś żart?

- Ani tro­chę. Sprawa tak wła­śnie została zakla­sy­fi­ko­wana.

- Wie­dzia­łam... Pro­to­ko­lik, pie­czątka i do szu­flady!

- Od zaj­ścia minęło zale­d­wie kilka godzin.

- Wiesz, co można zro­bić z czło­wie­kiem przez kilka godzin? Z cia­łem kobiety?

Doci­snęła wałek do ściany, tak że nie­mal wygięła jego pla­sti­kowy uchwyt.

- Dowie­dzia­łeś się cze­goś o jej mężu?

- O byłym mężu - popra­wił ją Górny. - Jacek Majew­ski. Roze­szła się z nim rok po ślu­bie. To zaska­ku­jące, że taka młoda kobieta jest już po roz­wo­dzie.

- Zaska­ku­jące to było sto lat temu. Dawno minęły czasy, w któ­rych kobiety trzy­mały się byle kogo, aby tylko nosić obrączkę na palcu.

- Ode­zwała się femi­nistka. Może to mąż ją wysta­wił, tego nie wiesz.

- Wiem za to, co mówią poli­cyjne sta­ty­styki. Gdy nagle znika żona, to zwy­kle za tym znik­nię­ciem stoi jej mąż. Nie­ważne, czy były, czy obecny. Ale zawsze mocno skrzyw­dzony. Bie­da­czek - dodała Julia.

- Nie znasz gościa, a już wyda­łaś wyrok?

- Nie mówię kon­kret­nie o Majew­skim. Mówię gene­ral­nie, o męskiej psy­che. Trak­tu­je­cie nas jak inwen­tarz, który staje się waszą wła­sno­ścią, gdy pod­pi­su­jemy ślubny kwit. Kiedy inwen­tarz pró­buje się bun­to­wać i kła­dzie na stół pozew roz­wo­dowy, prze­staje być wesoło, a zaczyna być groź­nie. Dla­tego musimy się dowie­dzieć, kto wniósł sprawę o roz­wód. On czy ona. To wiele wyja­śni.

Julia, odwró­cona ple­cami do pokoju, nie widziała, jak Górny staje tuż pod dra­biną.

- Muszę cię o coś zapy­tać. - Jego głos spo­waż­niał. - Ile tak naprawdę wiesz o swo­jej sio­strze?

Ode­rwała wałek od ściany. Pośli­niła palec i nie­spiesz­nie zma­zała nim nie­wielką plamę, która chwilę temu odbiła się na sufi­cie od zbyt gwał­tow­nego ruchu ręki.

Wie­działa, że prę­dzej czy póź­niej to pyta­nie będzie musiało paść. Górny nie był prze­cież ani głupi, ani naiwny. Spo­śród wielu sce­na­riu­szy doty­czą­cych sprawy znik­nię­cia obu kobiet wybrał ten, któ­rego oba­wiała się naj­bar­dziej.

- Niczego nie można wyklu­czyć, Julia - powie­dział wprost. - Mamy dwa puste miesz­ka­nia, dwie zagi­nione kobiety, dziwne zacho­wa­nie Lidii i... dużo krwi. Podob­nie jak ty chciał­bym wie­rzyć, że twoja sio­stra nie miała nic wspól­nego z tym, co się stało z Majew­ską, ale chyba rozu­miesz...

Rozu­miała. Nie miała nic na jej obronę. Musia­łaby być pozba­wiona wyobraźni, sta­wia­jąc ją poza podej­rze­niami. Lęk, który widziała w jej oczach, mógł być zwy­kłą grą. Ojciec prze­cież nawet nie zająk­nął się o tym, że kobieta ma jakieś pro­blemy. Nie wie­dział o nich, cho­ciaż byli ze sobą tak bli­sko, czy może ni­gdy nie ist­niały? Jej nagłe znik­nię­cie mogło być świet­nie skro­joną tak­tyką. Sama przy­znała, że na ślub cze­kała tylko ze względu na spo­tka­nie z Julią. Czy to był jej kolejny chwyt, żeby zapew­nić sobie alibi? Potem ulot­niła się pod pre­tek­stem jakiejś podej­rza­nej sytu­acji. Rów­nie dobrze mogła być ofiarą, co przy­czyną wyda­rze­nia na Wila­now­skiej w miesz­ka­niu numer dzie­sięć.

- Możesz zejść z tej dra­biny? - Górny musnął nogawkę jej spodni od dresu.

Zeszła na sztyw­nych nogach. Ścią­gnęła z głowy papie­rowy kape­lusz i rzu­ciła go z rezy­gna­cją w kąt.

- Nic o niej nie wiem - odpo­wie­działa zgod­nie z prawdą. - Nie wiem, kim jest Lidia.

Górny objął ją ramie­niem i mocno przy­ci­snął do sie­bie.

- Znaj­dziemy je obie - zapew­nił, robiąc unik przed wał­kiem, który Julia wciąż trzy­mała w dłoni. - To wszystko na pewno da się jakoś logicz­nie wyja­śnić.

Zega­rek na jego ręce cichym pik­nię­ciem dał znać, że wybiła jede­na­sta.

- Zbie­ram się. Muszę jesz­cze zaj­rzeć na Nowo­lipki. Szy­mań­ski pew­nie klnie, że zosta­wi­łem go z robotą w sobotni wie­czór. Miał umó­wioną pannę, a sie­dzi i obdzwa­nia szpi­tale i schro­ni­ska dla bez­dom­nych.

- Mówi­łeś, że sprawa leży.

- Powiedzmy, że wyko­nu­jemy z Szy­mań­skim nie­ofi­cjalne czyn­no­ści śled­cze.

- Ty naprawdę wie­rzysz, że Majew­ska wciąż żyje.

- To, w co wie­rzę, nie ma żad­nego zna­cze­nia. Szansa na to, że ktoś ją zała­twił, jest taka sama jak to, że doszło do zwy­kłego wypadku i tra­fiła na oddział lub do jakie­goś przy­tułku. O ile nie błąka się gdzieś po uli­cach.

Szpi­tal? Przy­tu­łek? Miała na końcu języka, że Alek­san­dra nie wyszła prze­cież z miesz­ka­nia sama. Jak zatem mia­łaby błą­kać się po mie­ście? Na to, że odnaj­dzie się w schro­ni­sku, Julia tym bar­dziej nie liczyła.

Patrzyła jed­nak bez słowa, jak Górny sięga po płaszcz i narzuca go na swój odświętny gar­ni­tur. Wciąż miał go na sobie, odkąd wyszedł rano z domu na ślub Emi­lii i Edmunda. Nad­sta­wiła poli­czek do poże­gnal­nego poca­łunku, po czym zary­glo­wała za nim drzwi. Wró­ciła do pokoju i przyj­rzała się czar­nej ścia­nie. Mimo że pokryła ją już dwiema war­stwami farby, ponow­nie zła­pała za wałek. Dopiero po nało­że­niu trze­ciej uznała, że ściana jest gotowa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki