1 stycznia 2017 roku
Godzina 00:02
Nie zdążył odwrócić głowy, by sprawdzić,
kto zszedł z tarasu i zbliża się w jego kierunku. Zresztą, nie
interesowało go, co dzieje się za jego plecami. Trzymał w ręku ostatni
fajerwerk, jaki miał wystrzelić w niebo, by uczcić nadejście nowego
roku. Wcisnął petardę w szyjkę butelki i mocno osadził ją w wilgotnej
ziemi. Wystarczyło tylko podpalić lont zapalniczką.
Przykucnął i otwartą dłonią osłonił płomień. Ręce zaczynały mu powoli
marznąć, więc przez chwilę przytrzymał zapalniczkę bliżej skóry. Ogień
ogrzał go odrobinę, ale cienki języczek płomienia to przecież za mało,
żeby poczuć prawdziwe ciepło. Dlatego chciał wystrzelić petardę i wrócić
do domu, nim całkiem go przewieje. Mógł chociaż zabrać kurtkę lub
szalik, zanim wyszedł do ogrodu, ale północ przyszła dziwnie szybko i nie było czasu na ubieranie się. Wyskoczył więc tak, jak stał, w białej
świątecznej koszuli, z zapalniczką i trzema fajerwerkami.
Przysunął zapalniczkę do lontu. Musiał być zawilgocony, bo nie chciał
zająć się ogniem. Spróbował ponownie, ale z tym samym skutkiem.
Zaklął. Przeklinał wraz z każdą kolejną próbą podpalenia lontu, coraz
bardziej zawzięcie, jakby to miało zmusić płomień do pokonania opornego
sznurka. Skupiony na tym, co dzieje się w jego rękach, nie zwracał uwagi
na dźwięk otwierających się drzwi wychodzących na ogród ani na to, że
pod czyimiś butami zazgrzytały rozsypane na tarasie grudki piasku.
Potem poczuł ukłucie, coś ostrego przecięło skórę na jego szyi i wwierciło się głęboko, rozrywając tchawicę. Starał się złapać oddech,
ale powietrze tylko zaświszczało mu w gardle, nie docierając do płuc.
Ukłucie powtórzyło się. Ostrze trafiło kilka centymetrów obok pierwszego
dźgnięcia, trafiając tym razem w okolice czwartego kręgu. Nie czuł bólu,
mimo że metal wszedł w ciało i zatrzymał się na kości.
Upadł na kolana. Zapalniczka wysunęła mu się z dłoni i odbiła z cichym
brzękiem od wbitej w ziemię butelki. Wszystko wokół poczerwieniało. Krew
wypływała z szyi pulsacyjnie, tworząc wokół niego coraz to nowe wzory i rozbryzgi.
Teraz było mu dobrze, wręcz błogo. Powoli miękły mięśnie, nie czuł nic
poza ogarniającym go ciepłem.
Odpływał.
Zanim oczy całkiem zaszły mu mgłą, ostatkiem świadomości dostrzegł, jak
ktoś z domu obok wypuszcza w niebo swoją petardę. Powędrowała prosto w górę i rozbiła czerń nocnego sklepienia setką skrzących się barw. Były
piękne, złotoróżowe i niebieskie. I jasnoczerwone, zupełnie jak
spieniona krew cieknąca po jego szyi.
Znów wystrzał i zaraz potem szarpnięcie. Najpierw niezbyt silne, potem
mocniejsze. Nie był już w stanie zrozumieć, co się z nim dzieje. Czuł
tylko, że nagle znów robi mu się zimno i jeszcze bardziej miękko niż
chwilę temu. Ktoś ciągnął go po ziemi. Jego ciało kołysało się w takt
przesunięć, w lewo i w prawo. Chciał odepchnąć się nogami od podłoża i wstać, ale nie zdołał wykonać żadnego ruchu. Mógł tylko zamknąć oczy i zasnąć.
PROLOG
Rok później, 5 lutego 2018 roku
Gdy po raz pierwszy przestąpiła próg
mieszkania na dziewiątym piętrze wieżowca, wydało jej się mniej obskurne
niż teraz i, przede wszystkim, dużo większe. Meble poprzednich
właścicieli oszukały oczy i fałszywie pokazały, ile w takiej klitce może
się ich pomieścić. Cztery miesiące temu pokoje były zagracone po sufit.
Poprzedni lokatorzy nie zdążyli wynieść swojego dobytku przed
wstawieniem ogłoszenia do internetu, a może nie wierzyli, że ich M3 tak
szybko znajdzie nabywcę. Pod jedną ze ścian salonu, będącego
piętnastometrowym pokojem z niskim sufitem, stały wtedy dwa fotele z tanim obiciem, rozdzielone prostą ławą. Pod przeciwległą ścianą
błyszczał regał z centralnie umieszczonym telewizorem na plastikowej
nodze. O parapet opierały się nierozłożone jeszcze kartony, czekające na
ubrania i dziecięce zabawki. Wersalka pokryta była świeżo zdjętą ze
sznurka bielizną pościelową, co wyglądało, jakby opadł na nią spadochron
lądującego komandosa. Tuż przy wersalce stała rozstawiona i lekko
nadpalona deska do prasowania z odstawionym na bok żelazkiem, na
parapecie wiło się skręcone drzewko bonsai, które swoje ostatnie
tchnienie wydało ładnych kilka tygodni temu i teraz było już całkiem nie
do odratowania.
Za to w drugim pokoju było czysto. Dziecięce łóżko, plastikowy stolik z krzesłem jak dla krasnoludka oraz szafa oklejona naklejkami zmęczonymi
od dotyku małych lepkich palców. I to wszystko. Koszmarem były natomiast
ściany pomalowane na paskudny zielony kolor.
Agentka nieruchomości opisała Julii mieszkanie jako jasne, przestronne i z dobrym widokiem. Przesadziła, i to bardzo. Niewielkie okna obu pokoi
wychodziły na hałaśliwą ulicę, a niecałe czterdzieści metrów podzielone
ściankami mógł nazwać przestronnymi jedynie ktoś, kto spędził swoje
dotychczasowe życie w ciemnej komórce pod schodami. Mimo to Julia
uznała, że za cenę, jakiej żądała agentka, jest nawet w stanie udać, że
stoi pośrodku Wersalu z widokiem na ośmiusethektarowy ogród pałacowy.
Potrzebowała własnego dachu nad głową, nawet jeśli miałyby nim być dwie
klitki ze ślepym aneksem kuchennym. Wchodziło się do niego wąskim
przesmykiem prowadzącym z salonu, zahaczając biodrem o sięgający pasa
murek z nasadzonym blatem. Przy blacie stały dwa stołki barowe
pobazgrane mazakami. Był jeszcze balkon. Mały, mogący pomieścić naraz
dwie osoby. Ją i Sylwię.
Tak miał wyglądać ich nowy start. Dziewiąte piętro przy Czerniakowskiej
wiszące nad sześcioma pasami jezdni, z widokiem na przerzuconą przez
ulicę kładkę. Powiedziała agentce, że się zastanowi. Byle szybko,
zastrzegła kobieta i przypomniała, że za taką cenę każdy weźmie lokal z pocałowaniem ręki. Prawda była taka, że młodzi właściciele mieszkania
rozwodzili się i dzielili majątek. Czyli stare auto i to mieszkanie. Po
ich miłości zostały dwa pokoje z kuchnią, roczne dziecko i uschnięte
drzewko bonsai. Po wielkich sporach puścili w końcu mieszkanie z ceną
"do dużej negocjacji", żeby zamknąć wreszcie za sobą drzwi i pomachać na
pożegnanie ręką. Gdyby nie ich małżeńska plajta, Julii nie stać by było
nawet na tę ruderę.
Teraz mieszkanie było puste, wyniesiono kartony, meble i przypaloną
deskę do prasowania. Jedynie zeschnięte bonsai wciąż tkwiło na swoim
stałym miejscu na parapecie.
Podeszła do okna, od ścian odbił się stukot jej butów stawianych na
zdartym parkiecie. Przetarła ręką zakurzony parapet i położyła na nim
umowę kupna lokalu oraz dwa komplety kluczy. Przez niemyte od miesięcy
szyby widać było, jak na iglicy Pałacu Kultury miarowo pulsuje czerwone
światło.
Wyszła na balkon i oparła ręce o barierkę, wystawiając twarz do wiatru.
Nie pachniał jeszcze nadciągającą wiosną, wciąż czuć w nim było rześkość
zimy. Lekki podmuch rozwiał jej kasztanowe włosy, które zdążyły już
odrosnąć, po tym jak ścięła je na zapałkę trzy lata temu. Stanęła wtedy
przed lustrem i złapała za nożyczki, żegnając się z włosami i z życiem,
jakie zostawiła za sobą, podejmując decyzję o powrocie do Warszawy.
Teraz włosy znów sięgały ramion i opadały na rozpięty płaszcz z zielonej
wełny.
Nigdzie się już nie śpieszyła, patrzyła w dół na sunące ulicą auta. To,
co się wydarzyło, odeszło. Pozamykała rozdziały, które miały być jak
szczęśliwa bajka, a okazały się smętną farsą dla naiwnych idealistów.
Znów zaczynała wszystko od zera, po trzech latach mieszkania kątem u matki i zerwaniu z komisariatem na Nowolipkach. W mieszkaniu ze zrytym
parkietem i wiszącą pod sufitem na kablu gołą żarówką, z rozłożonym na
dwadzieścia lat kredytem, którego pierwszą ratę miała zapłacić za dwa
tygodnie. I z czystą kartą, którą będzie musiała zacząć zapisywać po raz
kolejny, od samego początku.
ROZDZIAŁ I
Telefon zadzwonił równo o ósmej
wieczorem. Julia odłożyła gazetę z artykułem o lawinie błotnej, która
zalała Kalifornię i pochłonęła trzynaście ofiar, po czym wyciągnęła
rękę, próbując odnaleźć leżącą gdzieś w okolicy bujanego fotela komórkę.
- Halo?
W słuchawce najpierw dało się słyszeć ciche westchnienie, delikatne i ledwie słyszalne, potem chrząknięcie, które miało rozpocząć rozmowę. Z tych kilku oddechów trudno było rozpoznać, w jakim wieku jest dzwoniący,
ale na pewno była to kobieta.
- Mam na imię Maria - odezwał się po chwili głos. Jego właścicielka
musiała być młoda, tembr głosu był łagodny i słychać w nim było
świeżość. - Znalazłam pani nazwisko w sieci. Szukam pomocy, chodzi o ważną sprawę... Właściwie bardzo ważną. Mam nadzieję, że dobrze się
dodzwoniłam? Mogłam źle wybrać numer, ręce mi się trzęsą... to wszystko z nerwów. Przepraszam, że mówię nieskładnie. Nawet nie powiedziałam dobry
wieczór. Ale to pani, prawda? - spytała i podała numer telefonu
wyszukany w internecie. - Niczego nie pomyliłam?
- Julia Krawiec. - Julia wykorzystała moment, w którym osoba po drugiej
stronie nabierała powietrza. - Jeśli chodzi pani o mnie, to owszem,
niczego pani nie pomyliła.
- Tak. - Znów westchnięcie, nieco lżejsze, ale z wciąż wyczuwalnym
niepokojem. Jednak była bardzo młoda. Do tego po sposobie, w jaki
składała porozrywane zdania, można było wywnioskować, że wykonanie tego
telefonu musiało być dla niej trudne.
- Potrzebuję pomocy - powtórzyła. - Dzwoniłam do innych detektywów, ale
nikt nie chciał... mówili, że nic nie da się zrobić.
- Najpierw proszę się uspokoić.
- Tak, już... już wszystko w porządku. Pani pracowała w policji, prawda?
Dziwne pytanie, ale Julia przywykła już do dziwnych pytań i dziwnych
ludzi.
- Tak. Odeszłam ze służby kilka miesięcy temu. - Jej wzrok padł na wciąż
nierozpakowany karton z drobiazgami pozbieranymi z biurka komisariatu.
Był wielkości kuwety dla kota i jego zawartość składała się głównie z powietrza, a poza nim z prywatnego notesu z nieprzydatnymi do niczego
danymi, zdjęcia Sylwii oprawionego w srebrną ramkę, skierowania na
badania okresowe, których nie miała kiedy wykonać, i miękkiej podkładki
pod siedzenie. Jej krzesło na komisariacie było niczym madejowe łoże,
bez poduszki dawało się na nim wysiedzieć ciurkiem nie dłużej niż
godzinę. Pudło stało w nienaruszonym stanie najpierw w mieszkaniu jej
matki na Saskiej Kępie, a od tygodnia wyglądało zza zasłony wciśnięte
pod parapet z zeschniętym bonsai. - Czy to ważne, że pracowałam w policji?
- Gdyby było inaczej, nie pytałabym. Po tym, co gliny zrobiły naszej
rodzinie, wolę omijać ich z daleka. Dlatego musiałam najpierw upewnić
się, że działa pani całkowicie na własną rękę.
- Brak zaufania do władzy?
- Niestety. Może gdybyśmy trafili na jakiegoś porządnego człowieka,
wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale poszło nie tak, jak powinno,
dlatego nie chcę mieć z nimi do czynienia.
Witaj w klubie, dopowiedziała w myślach Julia. Zbyt długo wahała się z oddaniem swojej odznaki po tym, jak zarzucono jej wzięcie wypchanej
koperty za zniszczenie dowodów przeciwko nożownikowi ze Śródmieścia. Z zamkniętymi oczami mogłaby wskazać typa, który narobił wokół niej smrodu
i rozniósł go po przełożonych. Poszło szybko, najpierw trzy miesiące w zawieszeniu obowiązków i automatyczne odsunięcie od wszystkich
prowadzonych spraw. I tej najważniejszej, niemal gotowej, by podać ją
sądowi na tacy. Sprawa trafiła prosto w ręce gościa siedzącego dwa
biurka dalej, i nigdy już do Julii nie wróciła, nawet gdy okazało się,
że jest czysta, a dowody przeciwko nożownikowi cudem odnalazły się w innej części policyjnego archiwum. Wtedy jeszcze wytrzymała, zacisnęła
zęby i udała, że to wszystko po niej spłynęło. Ostatecznie rzuciła
papierami, gdy w eter poszła plotka, że dostała stołek po znajomości, a nie za to, co potrafi. Dochodzenia, które przetarły jej szlak do
warszawskiej komendy, nagle przestały mieć znaczenie.
- Jest tam pani? Nie rozłączyło nas?
- Jestem. Mów, o co chodzi. Mogę ci mówić na ty? Wydajesz się bardzo
młoda.
- Mam osiemnaście lat, więc chyba tak. - Dziewczyna potwierdziła już
spokojniejszym głosem. - Właściwie to może nawet będzie lepiej, że po
imieniu.
- No więc, Mario?
- Zanim cokolwiek powiem, to chciałabym, żeby pani o czymś wiedziała. To
bardzo ważne, żeby pani w to uwierzyła. Chodzi o to, że... że ona jest
niewinna - wyrzuciła z siebie Maria. - Nikogo nie obchodzi prawda, a ona
z kolei nie chce z nikim rozmawiać.
- O kim mówisz?
- O mojej matce. Za trzy tygodnie rusza proces. Jeśli nic nie zrobię,
wsadzą ją. Prokurator myli się co do niej, i to cholernie. Ona naprawdę
niczego złego nie zrobiła.
- I chcesz, żebym w trzy tygodnie dokonała cudu? To miłe, ale, wybacz,
naiwne. Przez taki czas nie da się oczyścić człowieka, cokolwiek nad nim
wisi.
Zaniemówiła, ale tylko na chwilę.
- To jej jedyna szansa. Niech mnie pani chociaż wysłucha. Godzina
wystarczy. Zapłacę tyle, ile będzie trzeba. Bez targowania.
Nie miała zamiaru odpuścić. Od spłoszonej nastolatki, jaką była,
wybierając numer Julii, do zdecydowanej bizneswoman przeszła w zaledwie
kilka minut. Szybko się uczyła.
- To matka kazała ci do mnie zadzwonić?
- Matka nie ma pojęcia, że z panią rozmawiam. Ani siostra. Zresztą,
siostra jest za mała, żeby cokolwiek z tego wszystkiego rozumieć. To
jeszcze dzieciak, ma dopiero jedenaście lat.
Julia spojrzała odruchowo w stronę pokoju Sylwii. Jej też za kilka
miesięcy przyjdzie zdmuchnąć jedenaście świeczek na torcie. Weszła w etap, który Julia nazwała "prospołeczną izolacją". Była pół dzieckiem,
pół nastolatką nadwrażliwym okrutnikiem i alienującym się
ekstrawertykiem, dziwolągiem niewiedzącym jeszcze, kim jest i czego
chce. W przypływie czułości potrafiła nie schodzić matce z kolan, by
zaraz potem zniknąć na długie godziny w swojej pieczarze z jej telefonem
w ręku i wisieć na linii ze swoją przyjaciółką o słodkim imieniu Jagoda.
Teraz też siedziała za zamkniętymi drzwiami swojej sypialni, zajęta
opisywaniem zdjęć z polaroidu i wklejaniem ich do albumu. Dzięki temu
nie miała czasu na przyłożenie ucha do ściany ani na ostentacyjny
przemarsz do kuchni spowodowany głodem, który spadał na nią nagle jak
pikujący w dżunglę samolot akurat wtedy, gdy dzwonił telefon jej matki.
- Jest was dwie? Dwie siostry? - upewniła się Julia.
- Był jeszcze brat.
- Był?
- Nie żyje od roku.
- Przykro mi.
- Powinno być przykro temu, kto go zamordował. - Głos płynący ze
słuchawki sposępniał.
Julia chciała dopytać, ale Maria ją uprzedziła.
- Tak, mój brat został zabity. To jest właśnie sprawa, z którą do pani
dzwonię.
- Wspominałaś o matce. Jak się domyślam, jest oskarżona. W grę wchodzi
zabójstwo.
- Ciężko jest mi o tym mówić. To była głośna sprawa, rok temu pisały o niej wszystkie szmatławce, papierowe i internetowe. Te internetowe były
najgorsze, nawet pani nie wie, co ludzie potrafią wypisywać w komentarzach pod artykułami. Zrobili z naszej rodziny bandę Mansona. Na
idiotów nie mam wpływu, ale krwi napsuli nam wszystkim.
- Jak się nazywasz, Mario? - Julia nie przypominała sobie, by dziewczyna
podała jej swoje nazwisko. Jeśli to była głośna sprawa, na pewno o niej
słyszała. Potrzebowała jednak klarownego punktu zaczepienia, żeby
skojarzyć fakty.
- Tak naprawdę to od tego powinnam zacząć. Chociaż wtedy od razu by się
pani rozłączyła. Dlatego podałam tylko imię. Nazywam się Maria Rawska,
moja matka to Arleta Rawska. Pierwszego stycznia zeszłego roku została
zatrzymana i oskarżona o zamordowanie mojego brata Leona.
Na dźwięk nazwiska Marii Julia poruszyła się niespokojnie w fotelu. O sprawie Rawskich trąbił cały komisariat. Trafiła do nich, ale nie na jej
biurko. Na trzy dni przed jej powrotem z przymusowego urlopu przyznano
ją Jareckiemu, temu samemu, który podłożył jej świnię w sprawie
nożownika ze Śródmieścia. Próbowała się podłączyć, a przynajmniej
przyjrzeć się dowodom, jakie udało mu się zebrać. Jarecki poklepał ją
serdecznie po ramieniu i zasugerował, by przyglądała się losom Rawskiej
z daleka, a najlepiej z gazet, i nie wpieprzała tam, gdzie jej o to nie
proszą. Był na tyle miły, że pierwsze artykuły, jakie pojawiły się w prasie drugiego dnia po Nowym Roku, osobiście dostarczył na jej biurko
razem z wystudzoną kawą w tekturowym kubku. Kawę wylała przy najbliższej
okazji do jego kosza na śmieci, artykuł natomiast przeczytała od razu.
- Rozumiem. - Maria przerwała zbyt długą ciszę. - Jest tak, jak
przypuszczałam. Nasze nazwisko jest jak publiczny wychodek, śmierdzi na
kilometr.
- Nie dla mnie.
- Czyli chce pani spróbować? - W głosie dziewczyny pojawiła się
nadzieja.
- Jeszcze nie wiem. Niczego nie mogę obiecać. Z tego, co mi wiadomo,
dowody świadczące przeciw twojej matce były nie do podważenia.
- Niech mnie pani wysłucha, potem podejmie pani decyzję.
Julia podjęła decyzję, gdy tylko usłyszała nazwisko Arlety Rawskiej.
Wtedy ta sprawa ją ominęła, chociaż była na wyciągnięcie ręki. Teraz nie
mogła dopuścić, by znów przeszła jej koło nosa.
- Jutro w Prasowym na Marszałkowskiej o dziesiątej. Wiesz, gdzie to
jest?
- Wiem. Będę na pewno.
Wydawało jej się, że Maria się uśmiechnęła. Nie mogła tego zobaczyć, ale
dało się poznać po głosie, że napięcie w niej zelżało.
Rozłączyła rozmowę i podniosła się z bujanego fotela. Pled, którym
przykrywała nogi, spłynął na podłogę, tuż obok gazety z artykułem o lawinie w Kalifornii.
Przedłużająca się cisza w pokoju Sylwii wydawała się niepokojąca,
uchyliła więc drzwi do dziecięcego pokoju i zajrzała do środka. Mimo
panującej za oknem ciemnicy w pokoju nie paliła się żadna lampa. Sylwia
siedziała z łokciami opartymi o parapet na przysuniętym do okna krześle
i patrzyła na przykryte czernią miasto. Album ze zdjęciami leżał
zamknięty na biurku.
Podeszła do córki i stanęła za jej plecami. Po omacku odszukała
łańcuszek przy lampce, by zapalić światło, ale Sylwia wyciągnęła rękę i na powrót zgasiła żarówkę.
- Nie chcę, żeby było jasno. Dziwnie tu i brzydko - powiedziała
oskarżycielskim tonem. - Wolę siedzieć po ciemku.
Trudno było się nie zgodzić. Pomalowane na zielono ściany drażniły oczy
i zamiast wyglądać jak górska połonina, przypominały kolorem smółkę
wydalaną przez noworodka. Dochodziły do tego pojedyncze ślady po
powyciąganych gwoździach, o których Sylwia powiedziała już pierwszego
dnia, że wyglądają jak dziury po ospie. Remont pokoju musiał jednak
poczekać. Pieniędzy starczyło na wstawienie nowego sedesu do łazienki
oraz na zakup biurka i łóżka dla Sylwii. A właściwie dla nich obu, bo
wspólnego. Strefę spania podzieliły od razu, Sylwia zaklepała swoją
połowę od okna, z zastrzeżeniem, że jeszcze może jej się odmienić, jeśli
będzie zbyt wiało od framug. Nierozpakowane kartony z ubraniami, butami
i innymi szpargałami wciąż stały w kącie jedne na drugich. Na wszystko
przyjdzie czas, na nową szafę też. Jak dotąd obie miały wrażenie, że
życie zatoczyło koło i znalazły się znów w punkcie wyjścia.
- To mieszkanie jest ohydne - powtórzyła Sylwia.
- Nie jest tak źle. - Julia pocałowała córkę w czubek głowy. -
Przynajmniej jesteśmy u siebie. Nikt nas stąd nie wygoni.
- Nie było lepszego?
Julia poczuła, jak fala gorąca łapie ją za gardło i spływa do płuc.
Cyrograf na dwie dekady nierozerwalnego mariażu z bankiem, gdzie tylko
jedno z małżonków ma prawo pić słodkie wino ze wspólnej piwniczki, a drugie może co najwyżej polerować butelki z kurzu, dopiero co schowała
na dno szuflady w kuchni. Tylko w ten sposób nie kłuł w oczy i nie
przerywał spokojnego snu, jakiego próbowała teraz zaznać.
- To jest w sam raz - odpowiedziała bez przekonania. - Będzie nam tu
dobrze, zobaczysz.
Sylwia zgramoliła się z krzesła i stanęła boso na podłodze. Parkiet był
goły, z braku dywanu podsunęła sobie pod stopy swoje szkolne dżinsy.
Ubrana w za małą piżamę z motywem pingwina, zza którego wyrastała góra
lodowa, wyglądała zabawnie i smutno zarazem.
- Chcę mieć prawdziwy dom.
Nie odsunęła się od matki, kiedy ta objęła ją ramionami i przytuliła do
bluzki pachnącej porannym pryśnięciem perfum. Odgarnęła jedynie
kasztanowe włosy Julii, które załaskotały ją w policzek.
- Z czasem urządzimy ci pokój tak, jak sobie wymarzysz.
- Na czarno?
Julia skrzywiła się na myśl o wymalowaniu ścian smołą.
- Niedawno chciałaś na różowo.
- Nie jestem już dzieckiem. Mogę negocjować, ale na pewno nie będę
mieszkać w puszce zielonego groszku. - Sylwia zacisnęła usta. - Chcę na
ciemno albo wrócę do babci. Poza tym przypomnę ci, że masz tylko jedną
córkę, która niedługo się od ciebie wyprowadzi - dodała z przejęciem.
- Niedługo?
- Jak tylko dostanę dowód osobisty.
- No tak, to już za siedem lat.
- Do tego czasu powinnaś zadbać o moje szczęście. Jak dziecko
szczęśliwe, to matka też.
- Tak, coś o tym słyszałam. Tylko w oryginale było na odwrót.
- Czarny albo babcia, pamiętaj. Czuj się szantażowana - uściśliła
Sylwia, na wypadek gdyby matka nie zrozumiała do końca jej przesłania.
- Tak się właśnie czuję - potwierdziła Julia.
- Tak jest w świecie twardzieli, mamo. Słabe jednostki muszą ulec
silniejszym.
- Jasna sprawa. Wskakuj do łóżka, domowa terrorystko. Brałaś już leki?
Sylwia odsunęła szufladę biurka i wyjęła z niej inhalator. Potrząsnęła
nim od niechcenia, po czym przyłożyła plastikową końcówkę do ust i wcisnęła tłok, aplikując prosto do płuc mieszaninę leków na astmę.
Julia pomogła córce wejść pod kołdrę, po czym naciągnęła ją Sylwii pod
samą szyję.
- Dobranoc, mamo.
- Dobranoc, kochanie. Widzimy się jutro.
- Tak. Czuj się, że masz wolny wieczór.
Wychodząc z pokoju, Julia, poza darowaną wolnością, poczuła coś jeszcze.
To coś dolatywało z plecaka Sylwii. Sprawdziła po omacku, czy nie
zalegają tam niezjedzone kanapki sprzed miesiąca. Tym razem znalazła
tylko dwie. Obróciła się w stronę łóżka, jednak widok zaciśniętych
powiek Sylwii zasznurował jej usta. Bez słowa odłożyła plecak na jego
miejsce, tuż przy wieży z kartonowych pudeł.
Zamknęła drzwi do zielonej sypialni i nalała sobie w kuchni
bezalkoholowego piwa. Zrzuciła z karku bluzkę i ściągnęła dżinsy.
Napuściła do wanny wody z kilkoma kroplami waniliowo-bananowego olejku i zanurzyła się w cieple. Pociągnęła łyk słodkiego piwa, po czym odstawiła
szklankę na brzeg wanny.
Nazwisko Arlety Rawskiej wciąż brzmiało w jej uszach.
Rawscy. Samotna matka zabójczyni i jej dwie córki. Rodzinny dramat z martwym chłopakiem w tle. Zwłoki z dziurą w gardle znaleziono w schowku
na narzędzia stojącym w przydomowym ogrodzie. Zdjęcie aresztowanej
kobiety i ciała wynoszonego w worku kopiowane było na pierwszych
stronach kolorowych dzienników z częstotliwością fotek, jakie robi się
celebrytom na czerwonym dywanie. Z tym że zdjęcie Arlety Rawskiej zawsze
było niewyraźne, robione na szybko i byle jak przez chciwe aparaty
tabloidowych pismaków.
Z tego, co podawały gazety, Rawska w sylwestrową noc wyszła przed dom z nożem w ręku i dwukrotnie ugodziła nim syna. Leon odpalał wtedy
fajerwerki. Zanim podpalił lont ostatniego, ostrze noża przebiło mu
gardło. Potem matka zaciągnęła chłopaka do komórki i położyła na
ogrodowej ławce stojącej w środku. W momencie całego zajścia byli w ogrodzie tylko we dwoje, Leon i Rawska. Dzień później była już Arletą
R., trzydziestosześcioletnią dzieciobójczynią z Michałowic pod Warszawą,
kilerem w spódnicy, bestią bez serca. Miała zabić bez wyraźnego powodu,
zapewne od pomieszania zmysłów.
Spekulowano, że chciała pozbyć się całej trójki, bo bez dzieci żyje się
łatwiej. Zaczęła od najstarszego i najsilniejszego Leona, potem miało
pójść jej znacznie łatwiej z siedemnastoletnią wówczas Marią, a na końcu
z dziesięciolatką, Niną. Te rewelacje powtarzano za każdym razem. Córki
cudem uniknęły śmierci z ręki matki, wystraszył ją zaglądający przez
płot sąsiad z bliźniaka, chcący złożyć rodzinie życzenia z okazji Nowego
Roku. Miał zobaczyć krew na rękach Rawskiej i zawiadomić policję.
Wkrótce rzucona pośrodku pustkowia ulica rozświetliła się od policyjnych
kogutów.
Według zeznań starszej z córek, Marii, tamtej nocy byli w domu wszyscy,
cała rodzina łącznie z mieszkającą na co dzień pod Krakowem siostrą
matki, Judytą Rawską-Kawką. Każda z kobiet potwierdziła, że nikt, poza
Arletą i Leonem, nie opuszczał wtedy domu. Kiedy matka z synem długo nie
wracali, do ogrodu jako pierwsza zeszła Judyta. Zaniepokoił ją widok
porzuconej butelki z petardą, a potem ślady krwi prowadzące do
drewnianej przybudówki. Drzwi były otwarte na oścież. Był kwadrans po
północy, może trochę mniej. Widziała niewiele, mimo światła rzucanego z okien domu, przenikającego przez deski schowka. Jednak ciemna barwa krwi
odcinała się bardzo wyraźnie na białej koszuli chłopaka. Leżał na ławce.
Arleta siedziała obok niego, podtrzymując na swoich kolanach opadającą
głowę syna. Na widok oszołomionej siostry podniosła ręce. Nic nie
powiedziała, pokazała tylko dłonie ociekające krwią.
Przepytano wszystkich poza Niną, która nie była w stanie składać zeznań.
Jako jedyna mogła widzieć z okna swojego pokoju całe zajście, a jednak
milczała. Ze strachu lub wstrząsu, jaki wywołał w niej obraz
umierającego brata.
Julia nie mogła usnąć tej nocy. Leżała obok Sylwii we wspólnym
rozkładanym łóżku, z mokrymi włosami zawiniętymi w ręcznik i patrzyła na
podziurawioną od gwoździ zieloną ścianę. Podjęcie się rozpoznania sprawy
Rawskiej bez dowodów i zeznań świadków, do których nie miała dostępu,
było jak przejście z zawiązanymi oczami po linie rozpiętej między
skałami. Dotarcie do prawdy, która według Marii była zupełnie inna
aniżeli ta, jaką miał przedstawić prokurator w sądzie, graniczyło z cudem. Do tego w zaledwie trzy tygodnie, zanim za plecami Rawskiej
zatrzaśnie się na dobre więzienna brama. Policja i prokuratura zrobili
swoje. Postawiono Rawskiej zarzut zabójstwa z premedytacją. Wybrała
przełom roku. Wykorzystała huk strzelających fajerwerków, by zagłuszyły
odgłosy szarpaniny i krzyku Leona.
Koniec każdego roku to czas podsumowań. Rozliczenie tego, co minęło, i kalkulacja nowych możliwości. Jedni cmokają z zachwytu nad swoim życiem,
do drugich dociera świadomość, że wciąż tkwią po uszy w bagnie, z którego wygrzebanie się jest czystą utopią. Dla samotnej matki
spędzającej kolejnego sylwestra w kuchni, w znoszonej kiecce zamiast
sukni i naszyjnika z pereł, do tego z trójką nieślubnych dzieci, jest
jak siarczysty policzek od losu. Wystarczyło, że w złym momencie dobiegł
ją zza ściany zbyt głośny śmiech żony sąsiada i odgłos muzyki do tańca,
by uzmysłowiła sobie, że jej życie to drwina. Po prostu nie wytrzymała.
Ile mogła mieć lat, kiedy zaszła w pierwszą ciążę? Siedemnaście? To by
się nawet zgadzało, Leon w dniu śmierci miał dziewiętnaście. Potem były
kolejne dwie, również przeżywane w samotności. Z własnej głupoty lub
psiego przeznaczenia.
Julia przekręciła się na bok i poprawiła zsuwający się z włosów turban.
Sylwia spała odwrócona do niej plecami. Oddychała miarowo, ale co chwila
poruszała gwałtownie nogami, jakby uciekała przed sennym widziadłem.
Trzecia przeprowadzka w ciągu sześciu lat zrobiła z niej mentalną
cygankę, pakującą i rozpakowującą tobołki w coraz to nowych miejscach.
Dochodziło do tego rozczarowanie najnowszym postojem, klitką bez wygód,
własnego łóżka i telewizora. Blok z lat siedemdziesiątych z dziesięcioma
mieszkaniami na piętrze, zsypem i pęknięciami na suficie, był jak
betonowy mrówczy kopiec.
Wiedziała już, że za pierwsze zarobione pieniądze przemaluje pokój
Sylwii. Potem wycyklinuje parkiet i kupi sobie łóżko, żeby nie musiały
gnieść się na wąskim materacu w dziecięcym pokoju. Wyrzuci zasłony,
które matka wcisnęła jej na nową drogę życia. Na razie muszą wisieć i cieszyć oczy ukręconymi bladożółtymi główkami tulipanów, spomiędzy
których wyrastają liście w kształcie kurzych stopek. Emilia naciskała,
by dołożyć do nich podsufitową falbanę, która dopełniałaby szczęścia,
ale widząc poirytowane spojrzenie Julii, pozostała jedynie przy
zasłonach.
Kolejnym prezentem od matki był brązowy chodnik do przedpokoju, również
w kwiaty, ale tym razem w złote lilie, który zrolowała z własnego
mieszkania i dorzuciła Julii na odchodne, żeby "biedne dziecko nie
musiało biegać boso po gołej podłodze". Julia miała wrażenie, że matka
gotowa jest oddać jej znacznie więcej cudowności z własnego mieszkania,
byle tylko wyprowadzić ją i Sylwię z Saskiej Kępy. Powody były tak
naprawdę dwa. Pierwszy to ciasnota i bałaganiarstwo Sylwii. Mała
potrafiła w ciągu godziny zamienić nawet najbardziej sterylne mieszkanie
w stajnię Augiasza, co doprowadzało jej babcię do nowo odkrytej choroby,
zwanej kołowacizną. Drugim powodem były utrudnione relacje Emilii z Edmundem, ojcem Julii. Mając na głowie córkę i wnuczkę, odłożyła relację
z byłym mężem na półkę, jak odkłada się przeczytaną do połowy książkę,
do której nie wiadomo kiedy znów się zajrzy. Musiała wybrać i wybrała ją
i Sylwię. Wówczas wybór zdawał się jej oczywisty. Z czasem jednak Julia
zaczęła obserwować u matki postępującą melancholię. Tęsknota nachodziła
ją zwłaszcza wieczorami, Emilia zaszywała się wtedy w swoim pokoju i w ciszy robiła na drutach kamizelki z kieszeniami. Tęskniła za swoim
dawnym życiem, za schadzkami z Edmundem, które po przyjeździe Julii do
Warszawy stały się rzadkie i odbywały się w tajemnicy tak wielkiej,
jakby dotyczyła największych sekretów Watykanu. Męczyło ją ciągłe
udawanie, że wychodzi na samotny spacer, do kina czy do kawiarni.
Kłamała nieudolnie, po pewnym czasie przestała wymykać się z domu w ogóle. Odpuściła, uznając, że jest za stara na chowanie się z ukochanym
po parkach jak jakaś podfruwajka. Czasem tylko zabierała Sylwię na
ciastko czy lody, ale robiła to jedynie po to, by podtrzymać kontakt
wnuczki z dziadkiem. Do domu, odkąd wprowadziła się do niej Julia, nie
zaprosiła Edmunda nigdy. Spróbowała to zrobić raz, jednak wspólne
spotkanie zakończyło się wyrzutami i pretensjami. To, co dzieliło córkę
i ojca, nie zniknęło. Żal, że dwadzieścia dwa lata temu odszedł z ich
życia, nie wygasł.
- Mamo? - usłyszała, kiedy już jej się zdawało, że zapada w sen i pod
powiekami widzi piętrzące się na kolanach Emilii motki z włóczką i połyskujące w świetle lampki szalejące druty.
Sylwia pochylała się nad jej głową.
- Duszno mi.
- Znowu?
Przytrzymała ręką zsuwający się z włosów ręcznik i wygramoliła się z ciepłego łóżka. Podeszła do stojącego pod oknem biurka i sięgnęła do
szuflady. Namacała palcami inhalator.
- Czy to kiedyś minie? - spytała rozespanym głosem Sylwia.
- Marne szanse. Musisz pamiętać, żeby mieć go cały czas przy sobie. Nie
zdążę ci go dowieźć do szkoły, jeśli zapomnisz.
- Nie zapomnę. - Sylwia wzięła głęboki wdech z inhalatora.
Trzeba było przykręcić kaloryfer i uchylić na chwilę okno. Julia
otworzyła jedno skrzydło, wpuszczając do pokoju rześkie nocne powietrze.
Ulica była pusta, latarnie oświetlały asfalt i rozpuszczające się na
brzegach chodników zwały starego śniegu. W oknach domów było ciemno,
miasto spało, szykując się do kolejnego dnia.
Jeszcze trzy lata temu marzyła o tym, by znów tu być i ponownie włączyć
się w krwiobieg Warszawy, w jej szum i jazgot. Uciec z podmiejskiej
dziury, gdzie los rzucił ją na dłużej, niżby tego chciała. Próbowała
ułożyć sobie tam życie i przy okazji zostać gliną stulecia. Część planu
się powiodła. Podkomisarz Julia Krawiec błyszczała w małomiasteczkowym
komisariacie, a ręka niemal drętwiała jej od uścisków i gratulacji.
Matka Julia Krawiec robiła wszystko, by jej córka przywykła do nowego
miejsca i zapomniała o krzykach i awanturach, jakie robił jej ojciec,
kiedy jeszcze mieszkali razem. To też przyszło dość łatwo. Kobieta Julia
Krawiec nauczyła się natomiast kochać na nowo, ale ta historia nie
zakończyła się happy endem.
- Już. - Sylwia rzuciła w ręce matki inhalator i ponownie wsunęła się
pod kołdrę. - Zamknij okno, nie można stać na wietrze z mokrą głową.
Spać z mokrymi włosami też jest niezdrowo.
Julia przekręciła klamkę w oknie. Dopiero teraz poczuła chłód na
ramionach. Narzuciła na nie sweter i po cichu wymknęła się z pokoju. Sen
odpłynął.
Zamknęła za sobą drzwi do drugiego pokoju i z kartonu opisanego
"łazienka" wyjęła suszarkę. Przysunęła bujany fotel bliżej kontaktu i włożyła wtyczkę do gniazdka. Ciepłe powietrze owiało jej twarz.
Niewyciszony na noc sygnał w komórce dał znać, że przyszedł esemes.
Spojrzała na wyświetlacz telefonu. "Co u Ciebie? Kawa w piątek po
robocie? Adam". Uśmiechnęła się na myśl o człowieku, który chyba jako
jedyny na komisariacie miał o niej dobre zdanie, i to wcale nie dlatego,
że świeciły mu się oczy za każdym razem, gdy tylko znajdowała się w pobliżu. Lubili ze sobą rozmawiać, a tematów im nigdy nie brakowało.
Jeśli nawet nie byli z tej samej gliny, to z podobnej. Na tyle, że z czasem zaczęło się między nimi tlić coś, czego Julia wolała jeszcze nie
nazywać po imieniu. Psychiczna blokada przed kolejnym związkiem była jak
mury obronne średniowiecznego miasta. Tylko co pewien czas wysuwała zza
nich wąską kładkę, po której Adam mógł bezpiecznie przejść na drugą
stronę fosy i znaleźć się w jej świecie.
Kiedy po raz ostatni zamknęła za sobą drzwi komendy, była pewna, że tym
samym skończy się jej znajomość z Adamem Górnym. Wiedziała, że biurowe
romanse trwają tak długo, jak długo kochankowie spotykają się w windzie
czy na służbowym korytarzu. Ona o dalszy kontakt nie zabiegała i była
pewna, że Górny też sobie odpuści. A jednak odezwał się. Na razie
postanowiła nie odpisywać. Wysuszyła do końca włosy i wróciła do
wygrzanego przez Sylwię łóżka.
ROZDZIAŁ II
Bar Prasowy w godzinach porannych był
niemal pusty. Przy stolikach z widokiem na Marszałkowską siedziało
zaledwie kilka osób sączących wczesną kawę i wpatrujących się w sunące
po szynach tramwaje.
Julia domknęła drzwi baru i weszła do środka. Poluzowała kołnierz
zielonego płaszcza stylizowanego na wojskowy i rozejrzała się po
twarzach ludzi, szukając Marii. Od razu wyeliminowała parę spod okna -
sądząc po garniturze mężczyzny i skromnej garsonce kobiety, oboje
wyskoczyli na śniadanie z któregoś z okolicznych biurowców. Bliżej
ściany kiwał się nad zupą mleczną starszy człowiek z ogorzałą od wiatru
twarzą; stolik dalej usadowiły się dwie nastolatki zajęte przeglądaniem
zdjęć w komórce.
Rozpięła guziki płaszcza i jednym ruchem ściągnęła apaszkę z szyi, po
czym upchnęła ją w kieszeni.
Dziewczyny nie było. Spojrzała na zegarek. Do pełnej godziny brakowało
pięciu minut. Zapłaciła w kasie za kawę i z pełnym kubkiem usiadła pod
ścianą, dwa stoliki od ogorzałego mężczyzny z zupą. Z rogu sali widać
było cały lokal jak na dłoni, w tym drzwi, które co jakiś czas otwierały
się, by wpuścić do środka kolejnego gościa zacierającego z zimna ręce.
Trzy po dziesiątej drzwi znów skrzypnęły. Tym razem to musiała być ona.
Stanęła w progu i rozejrzała się niepewnie po ludziach siedzących przy
stolikach. Była ubrana w wiosenny beżowy trencz i czarne martensy
sznurowane do kolan. Włosy miała związane na czubku głowy w kucyk, z którego zwisały rozjaśnione na blond dredy, zabarwione zbyt mocno
fioletową płukanką mającą zniwelować nadmiar żółci. Szczupła, z dużymi
czarnymi oczami i prostymi brwiami bez klasycznego łukowatego załamania.
Julia przełknęła łyk kawy i podniosła się z krzesła. Dziewczyna
podchwyciła jej spojrzenie i ruszyła prosto pod ścianę.
- To pani? - spytała, gdy podeszła do stolika. - Inaczej sobie panią
wyobrażałam.
- Powinnam mieć przy sobie lupę, jak Sherlock Holmes, czy siwe włosy i zmarszczki, jak panna Marple?
Roześmiała się i przerzuciła przez poręcz krzesła zdjęty trencz.
- Ani jedno, ani drugie, ale jednak inaczej.
Zamówiła czarną herbatę i słodką bułkę, od której nie mogła oderwać się
dotąd, aż na talerzu pozostały same okruchy. Zasłoniła ręką usta,
powstrzymując odbicie, po czym otarła je wierzchem dłoni.
- Przepraszam, ale nie jadłam chyba dobę.
- Brak czasu czy pieniędzy?
Maria westchnęła ciężko.
- Różnie, ale ostatnio to bardziej z nerwów. Mówiłam pani o swojej
sytuacji.
Mieszała łyżeczką herbatę w lewo i w prawo, rozpuszczając w niej solidną
dawkę zalegającego na dnie cukru.
- Pewnie myśli pani, że zwariowałam - powiedziała wreszcie i odłożyła
łyżeczkę na spodek. - Że niepotrzebnie zawracam sobie i pani głowę
sprawą, która z góry jest przegrana.
Oparła obie ręce o blat stolika i naciągnęła na dłonie rękawy czarnego
swetra.
- Zbyt mało wiem, żeby cokolwiek sądzić o procesie twojej matki -
odparła Julia. - Jednak jeśli to, co podaje prasa, jest prawdą...
- Mówiłam już, prasa nie wie wszystkiego - przerwała jej Maria. -
Policja przekazała tylko te informacje, które chciała.
- Spodziewałaś się, że ujawnią więcej?
Dziewczyna pokręciła głową.
- Nie. Ale miałam nadzieję, że przynajmniej zamkną usta pismakom, którzy
wymyślili tę beznadziejnie głupią historię o potrójnym morderstwie. Że
niby nasza matka miała zabić nas wszystkich. Wystarczyłoby oficjalnie
temu zaprzeczyć, ale prawda przecież nikogo nie obchodzi.
- Kto miałby to zrobić?
- Zaprzeczyć? Chociażby ja.
- Nie masz pojęcia, co planowała wasza matka.
- Na pewno nie zamierzała poderżnąć nam gardeł.
Wyglądała jeszcze na dziecko. Wyrośnięte i wystylizowane na studentkę co
najmniej czwartego roku uniwersytetu, ale jednak dziecko. O swojej matce
mówiła jak o świętym mikołaju, który wpadając przez komin, niechcący
zbił akwarium i rozgniótł butem złote rybki.
- Prawda jest taka, że twoja matka została oskarżona o zabójstwo Leona -
powiedziała Julia, próbując ściągnąć Marię z planety naiwności na
ziemię. - To wystarczy, żeby ludzie zaczęli dorabiać jej gębę.
- Tylko dlatego, że komuś tak się spodobało? Nie było żadnych podstaw,
żeby nas linczować. Ten pomysł z wycięciem całej rodziny w pień... nic
głupszego nie mogli wymyślić.
- Wiesz przecież, jak działają media.
- Wiem. - Maria ponownie sięgnęła po łyżeczkę, którą dla odmiany zaczęła
stukać nerwowo o brzeg stołu. - Nie urodziłam się wczoraj. Mało w tym
wszystkim sprawiedliwości.
- Na pewno nie znajdziesz jej w gazetach.
- Sąd będzie niby lepszy? Przecież im zależy na tym, żeby kogoś wsadzić
za tę zbrodnię. Byle kogo, nieważne, czy jest winny, czy nie.
Dziewczyna wyprostowała się na krześle i odsunęła od policzka
opadającego na twarz dreda.
- Rozmawiałam z adwokatem matki. Jest pewien, że przegra proces -
rzuciła wprost.
- W takim razie nigdy nie powinien zostawać obrońcą. Co konkretnie
powiedział?
- To wszystko wygląda jak jakiś tani dramat... Nic mądrego nie wymyślił.
To znaczy owszem, mówił dużo i niekonkretnie. Jedyny konkret, jaki
usłyszałam, to to, że jest nie za wesoło. Rozumie pani? Nie za wesoło.
Prokurator ma go w garści, policja też nie musiała dostawać zadyszki,
żeby znaleźć dowody przeciwko matce. Pokręcili się po domu i ogrodzie,
popytali sąsiadów i poskładali klocki tak, jak im pasowało.
- Jeśli wiesz o czymś, co mogłoby pomóc w sprawie, musisz to powiedzieć.
- Powiedziałam im już wszystko i tłumaczyłam, żeby szukali dalej. Nikt z rodziny nie mógł tego zrobić.
- Nawet jeśli jest tak, jak mówisz, to samymi pobożnymi życzeniami nie
przekonasz sądu. O ile wiem, wszystkie dowody wskazują na nią.
- W takim razie pójdzie siedzieć za niewinność.
Próbowała sprawiać wrażenie spokojnej, ale w jej głosie znów było
słychać to samo napięcie, jakie dało się wyczuć podczas ich pierwszej
rozmowy. Trudno było rozpoznać, czy umiejętność żonglowania nastrojami
była w przypadku Marii darem od natury czy wyuczoną sztuczką.
- Proces będzie się opierał na oskarżeniu prokuratury - powiedziała
Julia. - A oskarżenie wskazuje tylko na jedną osobę. Jedyne, co można w tej sytuacji zrobić, to przedstawić okoliczności łagodzące. Adwokat
twojej matki naprawdę nie ma niczego na jej obronę? Podejrzenie o niepoczytalność, agresja wywołana nagłym wzburzeniem, może lęk? W takich
sytuacjach sięga się po każdą możliwość.
Maria pociągnęła łyk stygnącej herbaty.
- Myśli pani, że o tym nie wiem? Albo że adwokat matki zapomniał o czymś
takim jak domniemanie niewinności czy zbrodnia w afekcie? Robił, co
mógł, żeby wyciągnąć z niej choćby najmniejszą informację. Ale moja
matka, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, nie zamierza się bronić.
- Prasa pisała, że przyznała się do winy.
- Tak - przytaknęła Maria. - To akurat prawda. Powiedziała to zaraz po
tym, jak ją zabrali spod domu, ale wtedy była w szoku.
- Podpisała zeznania?
- Podpisała, to było tego samego dnia. Załatwili ją. Nie czekali, aż się
uspokoi, tylko od razu podsunęli jej papier. Pewnie nawet nie wiedziała,
co było na nim napisane. Od tamtej pory odmawia jakichkolwiek zeznań.
Jakby zupełnie nie zależało jej na tym, co się z nią stanie. Jej adwokat
wchodzi do aresztu i wychodzi z niczym. Z tego, co mi mówił, nie
powiedziała do niego nic, ani jednego słowa.
- Może nie ma nic na swoją obronę - stwierdziła Julia. - A jeśli tak,
najprawdopodobniej nie zaszła tu żadna pomyłka. Ludzie milczą i nie
bronią się, kiedy chcą odpokutować za to, czego się dopuścili. Bardziej
niż odbycie kary przeraża ich fakt, że nigdy jej nie poniosą i będą
musieli żyć ze swoim grzechem dalej. Rozumiesz, co mam na myśli?
- Że niby dobrowolnie chcą wejść pod pręgierz?
- Coś w tym rodzaju.
- Moja matka nigdy nie była cierpiętnicą - zapewniła Maria. -
Samobiczowanie nie jest w jej stylu.
- Musi jednak mieć powód, dla którego zdecydowała się milczeć. Nie
domyślasz się, co to może być?
Maria gwałtownie pokręciła głową.
- Dla mnie to też jest bardzo dziwne. Straciła jedno dziecko, ale
przecież zostałyśmy jeszcze my, ja i Ninka. Czy to zbyt mało, żeby
chcieć się bronić?
- Co się z nią teraz dzieje?
- Z Ninką? - Maria oderwała wzrok od pustej w połowie szklanki herbaty.
- Jest bezpieczna, odizolowana od tej całej chorej sytuacji. Po tym, co
przeszła, powoli dochodzi do siebie.
- Nie jest z tobą?
- Nie. Nasz dom stoi pusty. Wyprowadziłam się z niego do przyjaciółki
wkrótce po tym, co się stało. Poza tym kurator nie miał zamiaru
powierzyć mi opieki nad dzieckiem. Nina po tej całej sytuacji z Leonem
ma zamęt w głowie. Mogła się nią zająć opieka społeczna albo jakaś na
szybko złapana rodzina zastępcza. Na szczęście wyszło jeszcze inaczej.
Trafiła do dobrych ludzi, choć matki na pewno jej nie zastąpią.
- Wciąż liczy na to, że matka wróci i wszystko będzie jak dawniej?
- A jak pani myśli? Ninka potrzebuje matki. Przecież nie zostanie u obcych na zawsze, któregoś dnia będzie musiała ich opuścić. Ja tylko nie
chcę, żeby dorastała ze świadomością, że najważniejsza osoba w jej życiu
poderżnęła gardło jej bratu. Chcę wiedzieć, że zrobiłam wszystko, by
oczyścić matkę z zarzutów.
Julia uśmiechnęła się gorzko.
- Co zrobisz, jeśli nie znajdę niczego, co na to pozwoli?
Dziewczyna wypuściła z płuc powietrze i pokręciła głową.
- Nie wiem. Ale nigdy nie uwierzę, że nasza matka mogła zrobić komuś
krzywdę. A już na pewno nie zabiłaby własnego dziecka.
- Rodziny nigdy nie wierzą w winę swoich najbliższych.
- Mam powiedzieć Nince, że matka zgnije w więzieniu?
- Chcę tylko powiedzieć, że nadzieja w przypadkach beznadziejnych jest
czymś naiwnym.
Maria siedziała dłuższą chwilę w bezruchu, całkiem skamieniała. Julii
zdawało się, że na ułamek sekundy jej oczy zaszkliły się, jednak
dziewczyna szybko zamrugała powiekami i schyliła głowę. Sięgnęła do
przewieszonej przez oparcie krzesła torby i z kieszonki zasuwanej na
zamek wyjęła jakieś zdjęcie.
- To one, moja matka i Ninka. - Podsunęła fotografię pod nos Julii. - A właściwie my wszyscy, jeszcze zanim to się stało. Tak wyglądała nasza
szczęśliwa rodzina. Może pani zatrzymać zdjęcie.
Julia przeniosła wzrok z rozgoryczonej twarzy Marii na fotografię. Stali
w ogrodzie, w tle widniała brudna bryła ich domu, bliźniaka z wąskim
betonowym tarasem, częściowo przykrytym tanią zieloną wykładziną
imitującą trawę. Zza uchylonych drzwi prowadzących do domu wystawała
śnieżnobiała firanka, która ledwie kontrastowała z żółtą koszulową
bluzką kobiety. Arleta Rawska stała wyprostowana, jedną ręką obejmowała
ramię wyższego od niej o pół głowy Leona. Mimo lata chłopak ubrany był w skajową kurtkę z ćwiekami. Spod kurtki wystawał czerwony podkoszulek, na
nogach miał czarne dżinsy, których nogawki ginęły w skórzanych
martensach, podobnych do tych, które nosiła Maria, tylko krótszych, za
kostkę. Stał niedbale, ale na jego twarzy nie było widać zniechęcenia
wywołanego koniecznością pozowania wraz z matką i siostrami. Nawet się
uśmiechał, też niedbale, jednak uśmiech miał zdecydowanie piękny, jak u Gregory'ego Pecka. Wszystkie dzieci były ładne i podobne do siebie.
Miały jednakowy kształt i kolor oczu, według tego samego pierwowzoru,
jakim była Arleta Rawska. W przypadku Leona idealnie harmonizowały z jego jasnymi włosami, przystrzyżonymi po bokach głowy i nieco dłuższymi
nad czołem. Przez grzywkę chłopaka prześwitywały promienie letniego
słońca, co, gdyby nie ciężkie buty i ćwieki na kurtce, nadawałoby mu
anielski wygląd.
- Ktoś go zabił - odezwała się Maria, widząc, że wzrok Julii zatrzymał
się na dłużej na twarzy jej brata. - Do dziś nie mogę uwierzyć, że już
go nie ma.
Julia nie odrywała oczu od sielskiego obrazka. Z uśmiechniętej buzi
Leona przesunęła spojrzenie na twarz Arlety Rawskiej. Wiedziała o niej
niewiele. Właściwie tylko tyle, że miała trzydzieści sześć lat, kiedy
wydarzyła się tragedia, i że od dwóch dekad żyła głównie dzięki pomocy
opieki społecznej, bez której wylądowałaby w przytułku dla samotnych
matek. Państwo opłacało jej czynsz, a Caritas obdarowywał mąką i makaronem oraz używanymi ciuchami i butami, jakich pozbywali się ludzie
podczas wiosennego przeglądu szaf. Dorabiała na pilnowaniu dzieci obcych
ludzi i sprzątaniu. Edukację zakończyła na zawodówce, ale dla swoich
córek i syna na pewno chciała więcej. Dla siebie pewnie też, jednak
sprawy potoczyły się inaczej. Była młodą kobietą ze złamanym życiem i comiesięcznym zasiłkiem na przetrwanie.
- Dlaczego nic pani nie mówi? - spytała Maria, przerywając zbyt długą
ciszę.
Julia podniosła wzrok znad zdjęcia, ale tylko na chwilę. Twarz Arlety
Rawskiej frapowała ją. Próbowała odnaleźć w jej miękkich rysach choćby
cień zła lub szaleństwa, które doprowadziły ją do zatrzymania i oskarżenia o zbrodnię.
To prawda, że za sprawą zmęczonych oczu, krótkich i niedbale zaczesanych
włosów koloru szarego piasku, które podkreślały ziemistą barwę jej
skóry, wyglądała najzwyczajniej źle. Była do tego bardzo szczupła,
niemal wychudzona. Przedstawiała typowy obraz kobiety z nizin
społecznych, mówiąc wprost, z biedy. Myśląc o dzieciach, odpuściła sobie
fryzjera i wszelkie dobroci, o jakich nigdy nie zapominają paniusie z miasta. Mimo to uśmiechała się, stała z lekko przechyloną na bok głową,
obejmując z radością najstarsze ze swoich dzieci. Ten prawdziwie szczery
uśmiech i dłonie trzymane z tkliwością na kurtce Leona nie zdradzały
niczego, co mogłoby zwiastować nadciągającą tragedię.
Obok Leona, wysunięta o pół kroku, stała Ninka. Ubrana w dżinsowe
ogrodniczki sięgające kolan, z jedną ręką w kieszeni, drugą schowaną za
plecami, jakby szukała dotykiem dłoni matki. Włosy miała ciemniejsze,
skręcone w mocne loki, nad którymi musiała pracować, zawijając pasma na
wałki. W przeciwieństwie do matki, jej zależało na tym, by na rodzinnej
fotografii wypaść jak najlepiej w efektownej fryzurze. Twarz Niny nie
wyrażała niczego, była pozbawiona zarówno uśmiechu, jak i jakiegokolwiek
innego grymasu. Patrzyła w aparat śmiało i czujnie, jej oczy wpatrywały
się w migawkę ze swobodą dorosłego człowieka. Za Ninką stała Maria, już
wtedy nosiła dredy, z tym że dłuższe, niemal sięgające pasa. Trzymała
nad głowami obojga rodzeństwa palce ułożone w literę V i udające rogi.
Różnili się od siebie kształtem ust i kolorem włosów, jednak byli
podobni do matki w jednym szczególe. Ich oczy, niezależnie od tego, czy
spojrzenia były wesołe czy poważne, były jednakowo okrągłe i czarne,
ozdobione ciemną tasiemką prostych i gęstych brwi.
- Ile macie lat na tym zdjęciu? - Julia odłożyła wreszcie fotografię.
- Zrobiłam je latem, pół roku przed śmiercią Leona. Leon miał wtedy
dziewiętnaście, ja siedemnaście. Ninka dziesięć.
- Wygląda na więcej.
- Może dlatego, że taka poważna. Dzień wcześniej doszło między nią a Leonem do spięcia.
- O co?
- O jakąś głupotę. Nie wiem, nie pamiętam... Zaczęli ze sobą rozmawiać
dopiero po tygodniu, gdy już zapomnieli, o co im poszło - wyjaśniła
sytuację Maria. - Ninka lubi zamykać się w sobie, to u niej normalne.
Właśnie wtedy ma taki dziwny wyraz twarzy. Teraz nie uśmiecha się już
pewnie wcale.
Dziewczyna sięgnęła do torby. Wyjęła z niej kopertę i położyła na stole
tuż obok szklanki z niedopitą herbatą.
- Dwa trzysta - powiedziała, przesuwając kopertę w stronę Julii. -
Sprzedałam naszą pralkę i kilka innych gratów. Poszło też kilka starych
pierścionków matki. Szmelc, ale i tak ich nie nosiła. Wiem, że to mało,
ale na razie więcej nie mam.
- No a ojciec Ninki? - spytała Julia, podnosząc wzrok znad koperty.
- Nie wiem, kim jest, a nawet gdybym wiedziała, nie wzięłabym od niego
złamanego grosza.
- Nie o to mi chodzi. Dlaczego nie zabrał jej do siebie? Przecież na
pewno wie, co się stało.
Maria przeżuła w ustach coś, co nie istniało.
- Miałby się przejąć Niną akurat teraz, po tylu latach, i wziąć sobie
kłopot na głowę? Poza tym Nina go nie zna. Matka powiedziała, że zrzekł
się praw do dziecka praktycznie zaraz po jego narodzinach. Nie pokazał
się u nas ani razu. Co jakiś czas przysyłał pieniądze, ale tylko
dlatego, że musiał. Tego akurat zrzec się nie mógł. Starczało na szkolną
stołówkę i parafialny teatrzyk, w którym Ninka lubiła występować. Nawet
takie rzeczy nie są za darmo. I to właściwie wszystko. Tyle, co kot
napłakał...
- Kolej na ojca Leona. Co z nim?
Dziewczyna poruszyła łopatkami, jakby chciała je rozprostować.
- Kalka. To samo. Gnojek i tyle. Matka nie potrafiła dobrać nam ojców.
Odszedł od rodziny zaraz po tym, jak urodził się Leon.
- Nie utrzymywał kontaktów z synem?
- Owszem. Ale odezwał się dopiero po kilku latach. Nawet
wspaniałomyślnie zabrał go do siebie, żeby, jak to się ładnie mówi,
zacieśnić rodzinne więzy. Leon mieszkał u niego przez jakiś czas, ale i tak przyjeżdżał do nas, zwłaszcza latem. Dom stoi w ogrodzie, więc
miejsca jest dużo, a on lubił spać w letnie noce w tej drewnianej
komórce, w której potem, w której rok temu...
- W której go znaleziono?
Maria skinęła głową.
- Kiedy kończyło się lato, wracał na stałe do ojca, jego nowej żony i ich dziecka. Ta sytuacja trwała latami. Ale wiosną dwa tysiące
siedemnastego roku żona ojca znowu zaszła w ciążę. Kolejne dziecko w drodze, inna rzeczywistość. Trzeba było zrobić eksmisję i usunąć kogoś z mieszkania, żeby wstawić wózek z następnym bachorem. Wiadomo, na kogo
padło. Jak się o tym dowiedziałam, myślałam, że mi pęknie serce. Wie
pani, kiedy się go pozbył? Drugiego czerwca. Odczekał, żeby nie zrobić
Leonowi przykrości w Dzień Dziecka, ale zaraz potem wystawił go za
drzwi. Taki z niego słodki tatuś.
Jakby Julia słyszała samą siebie sprzed lat. Odejście ojca do kogoś, z kim miał tworzyć inną rodzinę, było jak uderzenie w twarz. Miała
dwanaście lat, kiedy rozegrała się scena pomiędzy matką a oddalającymi
się plecami mężczyzny, który miał być przy nich obu na zawsze. Nawet się
nie obejrzał. Więc owszem, rozumiała gorycz Marii. Nawet bardziej, niż
się jej wydawało.
- No właśnie. - Maria westchnęła głęboko na wspomnienie tamtych chwil. -
Leon spakował walizkę i sprowadził się ze wszystkim do nas. Matka oddała
mu swoją sypialnię, sama przeniosła się na dół, do salonu. Tak naprawdę
żaden to salon, tylko zwykły pokój z wersalką i telewizorem. Leon
powiedział, że nie będzie spał na parterze, że pokój jest przechodni, a on nie chce mieszkać jak na dworcu, więc tak to wyszło... U ojca nie miał
wygód, ale pokój bez zamykanych drzwi to już było dla niego zbyt wiele.
Następnego dnia zanieśliśmy resztę rzeczy matki na dół.
- Zrobiła to z chęcią czy pod przymusem?
- Nie rozumiem.
- Czy często mu ustępowała?
- Właściwie zawsze. Ale Leon dostał pracę i zaczął dokładać się matce do
życia, więc...
- Kupił jej uległość.
- Może to pani nazwać, jak chce. Matka nie narzekała.
- Mów dalej. - Julia kiwnęła głową, widząc, że postawione przez nią
pytanie nie spodobało się Marii.
- Zaraz... chyba nie sugeruje pani, że...
- Ja niczego nie sugeruję, po prostu pytam. Jeśli nie chcesz być ze mną
szczera, w każdej chwili możemy przerwać tę rozmowę. Przypominam, że to
ty do mnie zadzwoniłaś z prośbą o pomoc, Mario.
Widziała, że dziewczyna się waha. Musiała jednak zaryzykować, by
wyciągnąć z niej jak najwięcej informacji. Nie obchodziło jej, czy są
dla dziewczyny wygodne, czy nie.
- Wróćmy do relacji Leona z ojcem. - Julia kontynuowała wątek. - Czy po
tym, jak pozbył się syna z domu, utrzymywał z nim kontakt?
- Szumnie powiedziane - parsknęła Maria. - Ale tak, przychodził do nas
na Dereniową. Choć nie wiem właściwie po co, bo Leona najczęściej akurat
nie było wtedy w domu. Jego ojciec potrafił wpaść niezapowiedziany w środku dnia, kiedy wracałyśmy z Niną ze szkoły. Matka zwykle była o tej
porze u ludzi, przy pilnowaniu dzieci, a Leon w swojej pracy. Tankował
samochody i mył szyby kierowcom na stacji Orlenu. Tam zawsze jest praca,
więc załapał się bez większego problemu.
- Dlaczego ojciec nie odwiedzał syna na stacji, tylko u was?
- To dziwny człowiek, może lubił sobie popatrzeć, jak jemy suchą kaszę
na obiad.
- Powiedziałaś, że trafiał w domu na ciebie i Ninę.
- Tak, ale Ninka nie chciała z nim rozmawiać. Gdy tylko przychodził,
uciekała do siebie. Co jakiś czas wyglądała przez poręcz z górnego
piętra, ale nigdy nie schodziła na dół, nie wtedy, kiedy on tam był.
- Bała się go?
- Drażnił ją sposób, w jaki się nam przyglądał, a zwłaszcza mnie. I uśmiechał się też tak jakoś... Nie lubiła go, to wiem na pewno. Ale czy
się bała? Nigdy jej o to nie pytałam. Poza tym dzieci bywają dziwne i lubią wymyślać sobie niestworzone historie. Może ona też sobie coś
wymyśliła.
- Był na pogrzebie Leona?
Maria odwróciła głowę w stronę okna. Przez długą chwilę wpatrywała się w ludzi, którzy mijali w pośpiechu bar, biegnąc do biur. Jedni ukryci w kołnierzach swoich płaszczy, inni rozmawiając przez przyciśnięte do ucha
telefony komórkowe.
- Od samego początku stanowił dla niego problem - mruknęła. - Tak, był.
Pokazał się na cmentarzu.
- Co to za cmentarz? - spytała Julia. - Gdzie pochowaliście Leona?
- Przy alei Krakowskiej. Matka kupiła tam niedawno stary grób. Nikt
wtedy nie przypuszczał, że wkrótce się przyda.
- Dlaczego nie u siebie, w Michałowicach?
- To długa historia i zupełnie nieciekawa.
- Dobrze więc, wracając do pogrzebu...
- Ojciec Leona pojawił się na nim. Kupił nawet wiązankę ze wstążką
"Kochanemu synowi, ojciec". Gdyby to nie było takie tragiczne, byłoby
nawet śmieszne.
- Rozmawiałaś z nim?
- Nie, nie byłam w stanie. Co właściwie miałabym mu powiedzieć? Że gdyby
nie wystawił walizki Leona za drzwi, mój brat nadal by żył? Bo przecież
od tego wszystko się zaczęło, od chwili, kiedy Leon wprowadził się do
nas. Poza tym ojciec Leona szybko ulotnił się z cmentarza, nie poczekał
do końca pogrzebu. Oparł przyniesiony wieniec o sąsiedni pomnik i zwiał.
Więc chyba jasne, że nie chciał ze mną gadać.
Widząc, że Julia znów otwiera usta, Maria pochyliła się nad stołem i spojrzała chłodno w jej oczy.
- Jeśli kolejne pytanie ma dotyczyć mojego starego, niech je sobie pani
daruje. Nigdy go nie widziałam. To pan nikt, wielki nieobecny. - Maria
zaszurała po podłodze nogami w wysokich butach. - Pewnie teraz myśli
pani, że to, co pisały gazety, porównując nas do społecznej patologii,
to żadna przesada?
Julia sięgnęła po płaszcz i nie wstając z krzesła, zarzuciła go sobie na
ramiona.
- Myślę, że wasza matka narobiła sobie w życiu cholernie dużo problemów.
Koperta z plikiem banknotów wciąż leżała na stole.
- Mam do sprzedania jeszcze laptopa... - Na widok zbierającej się do
wyjścia Julii oczy dziewczyny powiększyły się. - Jest stary, ale jeszcze
na chodzie.
Julia podniosła się i wsunęła ręce w rękawy płaszcza.
- Nie trzeba.
- A więc nic pani nie zrobi?
Zacisnęła usta i wyćwiczonym ruchem ponownie naciągnęła na dłonie długie
rękawy swetra. Oparła łokcie o blat stołu i spuściła głowę. Nie zwracała
uwagi na otwierające się i trzaskające drzwi Prasowego ani na pojedyncze
pokrzykiwania ludzi ustawiających się do kasy po poranną kawę. Julii
wydało się, że ciało tej i tak drobnej dziewczyny skurczyło się i skarłowaciało.
- Studiujesz?
Ręce uwięzione w rękawach swetra powoli się wysunęły.
- Na SGGW. To dopiero pierwszy semestr.
- Nie wiem, jak ty, ale ja bez laptopa nie przeżyłabym na studiach
jednego dnia. Poza tym twoja matka musiała na niego oszczędzać pewnie z rok i nie chciałaby, żebyś się go pozbyła, płacąc komuś za trzy tygodnie
roboty.
Maria popatrzyła na stojącą przed nią kobietę osłupiałym wzrokiem.
- Czyli że co? - wykrztusiła, nieudolnie powstrzymując uśmiech, który
odruchowo cisnął się jej na usta. - Weźmie pani tę sprawę?
Julia włożyła zdjęcie rodziny Rawskich do kieszeni płaszcza.
- Pogrzebię, gdzie trzeba, ale jak już powiedziałam, nie mogę ci niczego
obiecać.
Maria poderwała się i stanęła wyprostowana jak struna naprzeciwko Julii.
Zgarnęła ze stołu szarą kopertę z pieniędzmi i wyciągnęła przed siebie
dłoń.
- Nie teraz. - Julia pokręciła głową. - Zapłacisz mi całość, jeśli się
uda. Jeżeli nie, wezmę połowę.
- Za stracony czas?
- Posłuchaj mnie, Mario. To, co dzieje się teraz z twoją matką, być może
nie jest dziełem żadnego przypadku ani błędu w śledztwie. Jeśli naprawdę
zabiła...
- Pójdzie siedzieć, a ja pogodzę się z prawdą - dokończyła Maria z kamienną twarzą.
- Musisz być na to przygotowana. To może boleć.
- Wiem, czym jest ból - odpowiedziała z goryczą w głosie. - Chcę
wiedzieć, kto i dlaczego zamordował mojego brata.
Chwyciła puste szklanki i talerzyk z okruchami słodkiej bułki i pobiegła
do stojaka na brudne naczynia. Julia patrzyła na jej plecy kołyszące się
w rytm stawianych kroków i na dziesiątki unoszących się w takt ruchów
dziewczyny dredów.
- To od czego zaczynamy? - Maria wróciła do stolika z błyszczącymi
oczami.
Ruszyły w kierunku drzwi, Julia postawiła kołnierz płaszcza i mocniej
zawiązała apaszkę pod szyją.
- Od umowy. Podeślę ci ją do podpisania, taka procedura. Potem zgłoszę
się do prokuratury z zawiadomieniem o wszczęciu prywatnego dochodzenia.
No a potem... potem będę chciała informacji. Podasz mi nazwiska, adresy i wszystkie kontakty, o które cię poproszę. Listę pytań dostaniesz ode
mnie mailem jeszcze dziś. Potem spotkamy się ponownie. Opowiesz mi ze
szczegółami, jak wyglądała noc, w której zginął Leon.
- Powiem wszystko, co wiem.
Kiedy ucichł ciężki odgłos kroków dziewczyny w martensach, Julia
rozpięła zamek torby i wyjęła komórkę. Odszukała nocnego esemesa od
Adama Górnego. Nie mogła czekać z ich spotkaniem do piątku, musiała
zobaczyć go jak najszybciej. Odpisała krótko: "Dziś w południe w Green
Caff? Nero przy Grzybowskiej".
ROZDZIAŁ III
Pociąg relacji Kraków-Warszawa zatrzymał
się na Dworcu Centralnym dwie po dziesiątej. Wysiadła z niego
trzydziestopięcioletnia kobieta ubrana w krzykliwie czerwony płaszcz
ściśnięty w talii paskiem i wykończony pod szyją farbowanym na bordowo
kołnierzem z lisa. Poprawiła zsuwający się na czoło kapelusz z małym
rondem, spod którego wypływały blond włosy sięgające ramion, i odgarnęła
je od twarzy ostrożnym ruchem. Lekkie fale co rusz wplątywały się w wiszące przy uszach diamentowe kolczyki z białego złota - pamiątkę
nabytą u Cartiera podczas jej ostatniej wizyty w Barcelonie. Gdy uznała,
że kwestię włosów ma załatwioną, pociągnęła za sobą małą weekendową
walizkę na kółkach z przyczepioną lotniczą etykietą i ruszyła w kierunku
ruchomych schodów prowadzących do wyjścia z peronu.
Zanim stanęła na pierwszym stopniu, zatrzymała się jeszcze na chwilę
przy betonowym koszu na śmieci. Wyjęła z kieszeni płaszcza chusteczkę z odciśniętym kilka minut temu śladem szminki i rzuciła ją na dno kubła. Z drugiej kieszeni wyjęła puderniczkę. Spojrzała dyskretnie w lusterko,
sprawdzając, czy usta pociągnięte pomadką nie rozmazały się. Nie
zmieniły kształtu, oblizała je więc tylko koniuszkiem języka, aby
nabrały lekkiej wilgoci.
Kobieta wjechała na górny poziom dworca i przystanęła przy kiosku z gazetami. Wysupłała z portfela monetę i położyła ją przed młodym
sprzedawcą w zamian za miętowe drażetki Orbit. Kiedy odświeżyła oddech,
spojrzała na zegarek. O tej godzinie wszystkie sklepy w sąsiadującym z dworcem centrum handlowym powinny być już otwarte. Upewniła się, które
przejście podziemne doprowadzi ją do Złotych Tarasów, po czym ruszyła
tunelem w ich kierunku. Lekka, niemal pusta walizka, załadowana jedynie
kilkoma kosmetykami i jedną zmianą bielizny, potoczyła się w ślad za
nią.
* * *
Adam Górny wstał od stolika i pomógł Julii zdjąć płaszcz, po czym
odsunął krzesło i eleganckim ruchem wskazał jej miejsce pod ścianą.
- Nie mogłaś wytrzymać do piątku?
- Cztery dni to wieczność. Stęskniłam się.
Wykonał zachęcający ruch ręką.
- Okej, mów dalej. Podoba mi się.
- Każdy dzień bez ciebie to męka - dopowiedziała bez zastanowienia. - I bezpowrotnie stracone chwile. Jeszcze?
- Wystarczy, ale lubię, jak kłamiesz w słusznej sprawie. - Górny
pojaśniał.
Lubiła na niego patrzeć. Dostał dobry zestaw genów, które czyniły go nie
tylko przystojniakiem, lecz także człowiekiem z natury szczęśliwym. W drobnych zmarszczkach, jakie malowały się przy jego oczach, widać było,
że są wynikiem, jak to nazywała Julia, wariackiego szczęścia. Zawsze
zastanawiało ją, skąd biorą się tacy ludzie. Kiedy się z nią witał, nie
sposób było nie zauważyć, że twarz mu pojaśniała, jakby właśnie
dowiedział się, że wygrał milion.
- Wciąż chodzisz w cywilkach? - Julia przytuliła się do jego miękkiej
bordowej bluzy z napisem "Abercrombie" i pociągnęła za zamek,
odsłaniając śnieżnobiały podkoszulek. Zawsze uważała, że wygląda lepiej,
kiedy ma pod szyją coś jasnego.
- Nie będę siedział za biurkiem w mundurze jak jakiś idiota. - Górny
okrasił twarz uśmiechem. - Poza tym, jak to mówią u nas w zakładzie, w bordo mi do twarzy. Szkoda psuć efekt uniformem.
Julia obrzuciła Górnego uważniejszym spojrzeniem i wykrzywiła usta w udawanym rozczarowaniu.
- Nie wierz ludziom bez gustu, zwłaszcza tym z zakładu. Bordo podbija
czerwień z popękanych naczynek przy twoim nosie.
- Jędza. - Górny odwzajemnił uścisk.
- Mężczyźni kochają jędze.
- No, ja na pewno - wyrwało mu się, co zaraz przykrył głośnym
chrząknięciem.
Poklepała go dobrotliwie po łopatkach i poluzowała uścisk.
Ich stolik znajdował się w rogu sali, z dala od okna wychodzącego na
ruchliwą ulicę ze szklanymi ścianami biurowców. Nie chciała kolejnej
kawy, wybrała wodę z cytryną. Ktoś kupował kanapki, ktoś inny dopiero co
dostarczone ciasto z karmelem. Ekspres do parzenia kawy wypuszczał co
chwila kolejne dawki aromatu kawy zmieszanego z zapachem spienionego
ciepłego mleka.
- Mów, o co chodzi, bo nie chce mi się zgadywać. - Adam przygładził
włosy pociągnięte grubą warstwą żelu. Nie wyglądało to pretensjonalnie,
chociaż Julia dopatrywała się w jego stylu trochę zapożyczonego
brytyjskiego looku. - Nie wyciągnęłaś mnie przecież zza biurka z tęsknoty. Byłoby miło, ale zbyt dobrze cię znam, żeby w to uwierzyć.
- Czyli że ściema nie zadziałała?
- Ani trochę. Jeśli chodzi o nasz związek, to uczucia działają tylko w jedną stronę - dodał z wyrzutem.
Nazwał to związkiem? Dwie wspólne noce, tyle mieli za sobą. Pierwsza
zdarzyła się przypadkiem i pod wpływem chwili. Było luźno i instynktownie. Najpierw dwa bilety na występ irlandzkiego zespołu
stepującego, a potem przypadkowe wejście do klubu z karaoke. Górny
próbował swoich sił z She's Like the Wind, znacząco i z przesłaniem.
Zrozumiała, ale nie skomentowała, kiedy wrócił do stolika z nadzieją w oczach. Wypił kilka shotów jeden po drugim, ona zadowoliła się
karmelowym carmi. Z klubu wyszli po drugiej w nocy. Suszyło ich, a do
mieszkania Adama przy Kredytowej było blisko. Miała być zwykła herbata w kuchni, koniec końców wylądowali w sypialni. Było gorąco i namiętnie. Po
tym jak zerwała z Maciejewskim, nastał okres posuchy w seksie, więc
postanowiła wreszcie zaszaleć. Zasnęła wyczerpana i bez poczucia winy.
Obudziła się otulona jego ramionami, a właściwie jednym ramieniem, z wytatuowaną różą wiatrów.
- Po co ci to? - spytała, kiedy otworzyła oczy.
- Żeby wiedzieć, dokąd iść - odparł i pocałował ją w zmierzwione na
czubku głowy włosy.
- Mało kto to wie - westchnęła i wyślizgnęła się spod jego ręki. - I co,
przydaje się?
- Skoro przywiało mnie w twoje ramiona, to chyba tak.
- Aha - skwitowała.
Obiecała sobie, że to był pierwszy i ostatni raz. Kolejny przyszedł trzy
miesiące później. Nie było żadnego koncertu ani klubu. Po prostu
zapukała do jego drzwi i rozpięła bluzkę. Jeśli miała robić to z kimś,
komu ufała i kto by jej nie skrzywdził, adres mógł być tylko jeden. Znów
było dobrze, nawet lepiej niż wtedy, po irlandzkim stepowaniu. Chciał,
żeby została na kolejny dzień. Zadzwoniła do matki i poprosiła, żeby
zajęła się Sylwią. Skłamała, że nagle wypadła ważna robota pod miastem i musi zostać na miejscu do niedzieli. Chodziła po jego mieszkaniu w jego
koszuli i skarpetach. Potem znów wylądowali w łóżku. Nie myślała o nim
jak o kimś na stałe. Potrzebowała jednak, by był przy niej i co jakiś
czas mówił w zrozumiałym dla niej języku, czasem rozśmieszył. Jeśli
chcesz zdobyć kobietę, to ją rozśmiesz, słyszała to tyle razy i w tym
wypadku to się sprawdzało. Zadziwiać też potrafił. Kiedy zobaczyła jego
kolekcję modeli okrętów wojennych, zdębiała. W sypialni, naprzeciwko
szerokiego łóżka, na półkach stały ich dziesiątki. Nawodne i podwodne,
pomalowane na biało, szaro i w cętki moro. Z flagami USA, Polski i Japonii.
- Jesteś wariat - powiedziała, zadzierając głowę. - Serio, świrus.
Stanął za jej plecami i objaśniał, że to Bismarck, a to USS Gerald R. Ford, najdroższy okręt świata. Oczy mu
płonęły, kiedy wskazywał palcem, gdzie mieści się moduł ogniw
paliwowych, a gdzie wyrzutnia torped. Był w swoim świecie ręcznie
sklejanych modeli pachnących farbami i klejem. Największe dziwo stało w salonie za kanapą. Półtorametrowe akwarium z zatopionym w wodzie 941
Akułą/Tajfunem.
- Rosyjskie monstrum w miniaturze. Jakby postawiło się oryginał na
dziobie, byłby taki jak Pałac Kultury - westchnął z rozkoszą. -
Większego nie ma. Cudo.
Gdy to powiedział, zmienił kolor oświetlających statek reflektorów z ciepłego żółtego na chłodny biały.
Był miły, wręcz słodki, i do tego sfiksowany. Tak go określała. Nic poza
tym, przynajmniej na razie. Jeśli poczuje coś więcej, sama mu o tym
powie.
- Zatem nie z tęsknoty? - upewnił się, wypatrując z nadzieją
jakiegokolwiek sygnału mówiącego, że jest inaczej. Była myślami gdzie
indziej, nie mógł mieć pojęcia, że nawet dość blisko, w jego mieszkaniu
z szerokim łóżkiem, zaciągniętymi zasłonami, które odgradzały ich od
świata, i kolekcją sklejanych modeli okrętów.
- Co mówisz?
- Nic, nieważne - odparł, widząc jej rozkojarzone spojrzenie. - Mam mało
czasu, więc mów, co cię przygnało. Muszę zaraz wracać do roboty, mam
raport do skończenia na wczoraj.
Julia obróciła się przez ramię dla pewności, że mogą rozmawiać
swobodnie.
- Chodzi o sprawę Rawskiej.
Górny uniósł brwi.
- Rawskiej?
- Kobiety z Michałowic. Oskarżono ją o zabicie syna w Nowy Rok. Głośna
sprawa z zeszłej zimy.
Górny wypuścił powietrze z płuc.
- Wiem, kim jest Rawska.
- Sprawę prowadził Jarecki pod skrzydłami prokurator Sierackiej.
- Zgadza się. Ty odprawiałaś wtedy pokutę.
- Za grzechy, których nie popełniłam.
- Nigdy w to nie wątpiłem. Ale koniec końców to on wygrał i poprowadził
sprawę roku. Wypłynął na śmierci tego dzieciaka, do tej pory trzyma na
ścianie nad biurkiem artykuł o tym zabójstwie.
- Psychol. Powinien wytapetować cały komisariat swoim własnym zdjęciem w różnych pozach. To go najbardziej podnieca.
Julia odgarnęła włosy z czoła. Zbyt gwałtownie, by Górny miał uznać, że
był to zwykły odruch.
- Odpuść wreszcie. Upadek z tronu na bruk na pewno cię zabolał, ale po
co w tym tkwić.
Zaśmiała się nerwowo.
- Już dawno się podniosłam. Poza tym nie jestem dzieckiem, żeby płakać z powodu guza.
- Po co więc pytasz o sprawę Rawskiej?
Julia wyciągnęła przed siebie ręce i położyła je na stole. Gdy zmełła
papierową serwetkę, odrzuciła ją na bok i zabrała się do kręcenia młynka
palcami.
- Potrzebuję informacji - powiedziała przyszpilona niecierpliwym
wzrokiem Górnego. - Chcę, żebyś pomógł mi je zdobyć - dodała.
W pierwszym odruchu chciał się roześmiać, ale zamiast tego zatrzymał
rozkręcone palce Julii, nakrywając je swoimi dłońmi, i przycisnął je do
blatu stolika.
- O czym ty mówisz? - odezwał się, zanim zdążyła uwolnić dłonie.
- Muszę zajrzeć do tego, co jest w policyjnym archiwum.
Teraz zaśmiał się naprawdę, jakby usłyszał dowcip roku.
- Oszalałaś.
Też się zaśmiała.
- Pełna zgoda. Powiem nawet więcej, zamierzam udowodnić, że Jarecki
spieprzył sprawę i posadził Rawską bezpodstawnie.
- A jednak coś cię opętało...
- Znowu masz rację. Posłuchaj mnie, Adam. Wtedy sprawa tej kobiety mnie
ominęła, ale teraz wróciła i tym razem nie zamierzam odpuścić.
- Jest coś, o czym nie wiem?
- Córka Rawskiej chce oczyścić matkę.
- I przyszła z tym do ciebie?
- Możesz nazwać to przeznaczeniem.
- Chyba raczej ślepym przypadkiem.
- W życiu nie ma przypadków. Nieważne, chcę zagrać przeciwko Jareckiemu.
- Gra już się zakończyła, Julia. Rawska od roku nocuje w areszcie,
niedługo mają ją postawić przed sądem.
- Dokładnie za trzy tygodnie. Jeśli udowodnią jej winę, pójdzie siedzieć
na dwadzieścia pięć lat.
- Nie będzie żadnego "jeśli". Jarecki ma na nią kwity, i to mocne. Nie
rozumiem, po co chcesz się babrać w nie swoich brudach.
- Może lubię brudy, zwłaszcza takie, które trudno się spierają. Być może
ta kobieta jest niewinna.
Górny pochylił się w jej kierunku tak nisko, że niemal dotknął tułowiem
blatu stołu.
- Powtórzę to jeszcze raz, bo chyba nie zrozumiałaś - powiedział,
rozwlekając słowa. - Prokuratura ma dowody i zeznanie Rawskiej, dlatego
Jarecki załatwi cię przy pierwszym starciu.
- Piłka nadal jest w grze.
- Ale nie po twojej części boiska.
- A co, jeśli Jarecki nagiął prawdę? - spytała Julia.
- To kawał skurwysyna, ale tak daleko by się nie posunął. Nie
spreparowałby dowodów.
- Okej, w takim razie chcę tylko ustalić, czy nie doszło do pomyłki.
- Rawska zabiła syna z zimną krwią. To była jej największa pomyłka.
Jeśli chcesz w swojej szlachetności zbawiać świat, proponuję zasadzić
kilka drzew i wypuścić lisy z klatek. Ale Rawską sobie odpuść.
Ta rozmowa nie miała już sensu. Podniosła się z krzesła i szurnęła nim
tak, że odbiło się od stolika.
- Co robisz?
- Wygląda na to, że skończyliśmy - odpowiedziała chłodno. - Wracaj za
swoje biurko przekładać papierki.
Górny przytrzymał ją za dłoń zaciśniętą w pięść.
- Poczekaj. Siadaj.
Długo nie puszczał jej ręki. Odczekał, aż uspokoi się na tyle, by
ponownie usiąść naprzeciw niego.
- Czego ode mnie chcesz? - spytał, gdy umościła się po drugiej stronie
stolika.
- Powiedziałam, potrzebuję kwitów.
- Są w prokuraturze, wiesz przecież.
- Nie o nich mówię, oficjalne akta mnie nie interesują. Chodzi mi o to,
co jest na Nowolipkach. W policyjnej bazie znajdziesz kopie zdjęć z miejsca zbrodni. Wystarczą mi skany.
- Chryste, Krawiec!
- Poza tym Jarecki trzyma w plikach wszystkie materiały ze swoich
dochodzeń, nigdy ich nie usuwa.
- Mam się włamać do jego plików? Może od razu nakopię sobie sam w dupę,
zanim on to zrobi. Jest draniem, ale nie idiotą. Na pewno nie aż takim,
żeby nie kapnął się, że ktoś grzebał w jego dysku.
- Powiesz mu, że szukałeś czegoś dla Sierackiej.
- Czyli mam wytrzeć sobie gębę prokuraturą. Świetny pomysł.
- Musi ci wystarczyć, innego nie mam. Jeszcze dziś wyślę do niej
zawiadomienie, że włączam się do sprawy.
- A jeśli się nie zgodzi?
- Prawo jest po mojej stronie, nie działam na czarno.
- W takim razie wystarczy, żebyś dołączyła też wniosek o udostępnienie
akt. Sieracka nie może nie dopuścić cię do kartoteki Rawskiej.
Julia pokręciła głową.
- Przejechałam się już raz na manipulacji dowodami przez Jareckiego i więcej nie zamierzam. Nie, nie zakładam, że Sieracka działa w złej
wierze, ale to, co trafiło do niej na biurko, może mieć się nijak do
tego, co trzyma w swoim komputerze nasz stary przyjaciel. To mogą być
dwie wersje jednej prawdy.
Nie mógł się nie zgodzić. Manipulacje Jareckiego były do tej pory
drobnymi, mało groźnymi szwindlami, z których wykpiwał się w mistrzowskim stylu.
Górny miękł powoli, ale konsekwentnie.
- Pchasz palce między drzwi. Ale okej, powiedzmy, że to zrobię.
Nadstawię łba dla twojego pomysłu, którego nie rozumiem. Tylko co ja z tego będę miał?
- Dozgonną wdzięczność. Pasuje?
- Mało.
- W takim razie podaj swój cennik. Wolę wiedzieć od razu, nie chcę potem
niespodzianek.
- Wspólny weekend? - spytał od razu. - Poprzedni nam się udał. Chcę
powtórki.
Przeczesał palcami włosy i dorzucił błysk w oku. Szarym, jak napis na
jego bluzie.
- Dasz Jareckiemu jeździć po sobie za dwa dni spędzone ze mną w łóżku?
Jesteś aż taki tani?
- Powiedzmy, że specjalnie dla ciebie włączę swoją taryfę ulgową.
- Mhm... - Julia pokiwała głową. - Czuję się zaszczycona.
- Na twoim miejscu bym po prostu podziękował.
- I jeśli się zgodzę, dostanę kwity na Rawską?
- Dostaniesz tyle, ile będę mógł zorganizować.
- Chcę mieć wszystko.
Górny wbił w nią jednoznaczne spojrzenie.
- To zupełnie tak jak ja. Chcę wiedzieć, co dalej będzie z nami. Liczę
na naprawdę dużo, wiesz przecież.
Słodko, a właściwie słodko-gorzko. Gdyby teraz na krześle Adama siedział
zamiast niego ktoś inny, z kim rozstała się pewnej grudniowej nocy w restauracji, zgodziłaby się bez wahania. Kiedy odszedł, pozostawiając za
sobą ślady na śniegu, pękła w środku.
- Więc jak? - naciskał Górny. - Mamy deal?
Odwlekała odpowiedź, ale nawet gdyby mieli siedzieć tu do jutra, w niczym nie zmieniłoby to jej sytuacji. Mogła albo nurzać się we
wspomnieniach, albo iść dalej i zapomnieć o tym, co było między nią a Maciejewskim. Coraz bardziej nienawidziła tych wspomnień, zaczynały ją
boleć jak źle złożona kość po otwartym złamaniu.
- Jesteś tu? - Adam wyciągnął rękę w jej stronę, by położyła na jego
dłoni swoją. Po chwili poruszył niecierpliwie palcami.
- Cały czas. Myślę tylko nad tym wszystkim. Nad sprawą Rawskiej - dodała
kłamliwie.
Miała przed sobą porządnego mężczyznę. Silnego i wrażliwego zarazem.
Faceta, na którym do tej pory nie zawiodła się ani razu. Odkąd
przyciągnęła ze sobą do Warszawy swoje walizki, życie i Sylwię, stał
przy niej jak cień. Czasami odnosiła wrażenie, że pod tym względem Górny
to kalka Artura. Może nie we wszystkim, ale niemal zbliżał się do
oryginału. Był jej kolejną szansą od losu, być może ostatnią. Nie miała
zamiaru rzucać się od razu na głęboką wodę, ale zawsze mogła na początek
popływać przy brzegu, gdzie bezpiecznie i skąd zawsze można uciec na
stabilny ląd. Na dłuższy rejs na środek oceanu wciąż nie miała ochoty,
ale wspólny krótki wyjazd? W końcu to tylko dwa dni i dwie noce. Czas,
który szybko zleci, bez żadnych zobowiązań i zaklęć.
- Wyjedziemy, ale po procesie - odpowiedziała w końcu.
- Może być. W takim razie zobaczę, co da się zrobić z tymi kopiami. -
Górny błysnął zębami. Aż dwa dni i dwie noce. Dużo czasu. Tylko we dwoje
w rozgrzanej pościeli, zamknięci gdzieś w wynajętym pokoju na końcu
świata.
- Zrobiłbyś to, nawet gdybym odmówiła?
Uśmiechnął się tajemniczo i podniósł z krzesła, dając sygnał, że na
niego już pora.
Podeszła do niego i spojrzała mu prosto w oczy.
- Zrobiłbyś. Dobry z ciebie człowiek.
Znów przygarnął ją do siebie. Poczuła ten sam zapach wody po goleniu co
zawsze. Intensywny Fahrenheit owiał jej policzki. Od rozstania z Maciejewskim, który kiedyś wydawał się mężczyzną jej życia, minęły trzy
lata. Długie i koszmarnie samotne. Ilekroć wtulała się w ramiona Adama,
pamięć tamtych objęć wracała i przyprawiała ją o szybsze bicie serca,
absurdalnie i wbrew zdrowemu rozsądkowi.
Do Fahrenheita powinna już przywyknąć. A jednak za każdym razem robiła
to samo: ocierała twarz, na której gromadziły się pachnące
mikrodrobinki, w ramię Górnego, jakby chciała zetrzeć ten ciężki zapach
ze swojej skóry. Zwykle robiła to na tyle dyskretnie, że tego nie
zauważał, jednak teraz było inaczej. Potarła policzkiem zbyt mocno, jak
gdyby ścierała z niego brud. Wypadło niezręcznie, szybko więc uniosła
kąciki ust, by Górny mógł uwierzyć, że to tylko niezdarny odruch i że
jest jej dobrze.
- Wszystko gra? - spytał dla pewności.
- Jasne.
Nie była pewna, czy jej uwierzył. Pchnął drzwi kawiarni i puścił Julię
przodem.
- Odezwę się, jak coś znajdę - powiedział i domknął za nimi drzwi. - To
znaczy, jak uda mi się wejść do plików Jareckiego.
- Dla ciebie to betka. - Poklepała go po łopatkach, by uniknąć kolejnych
przytulanek na do widzenia. Górny potarł dłonie, jakby na ulicy panował
mróz. - Przecież wiesz, gdzie szukać - dodała. - I nie bój się, nikogo
nie będzie interesowało, że zaglądasz do archiwalnych danych. Sprawa
Rawskiej znów jest odgrzewana, wkrótce rusza proces, więc to normalne,
że zainteresowany glina chce sobie poczytać co nieco na ten temat. Z czystej ciekawości i dla...
- ...pogłębienia wiedzy? - dokończył Górny z kpiącą miną.
- Właśnie. A już na pewno nikomu nie przyjdzie na myśl, że robisz to dla
mnie.
- Myślisz, że Sieracka nie przekaże Jareckiemu informacji o tym, że
wbijasz się w jego dochodzenie? Że nie skojarzą faktów?
- Jarecki nie ma pojęcia o tym, że z tobą sypiam. Dlatego przez głowę mu
nie przejdzie, że ktoś z Nowolipia może wynosić dla mnie dane. Przecież
wiesz, że jestem dla niego parszywą czarną owcą skazaną na banicję.
Zresztą, nie tylko on tak myśli - dodała, mając w pamięci żałosne
pożegnanie, jakie jej zorganizowano, i wymuszony żal, że zamyka za sobą
drzwi komisariatu. Zrzucili się na oprawione w ramki zdjęcie połowy
zespołu, który wystąpił z minami, jakby byli wzięci z przymusowej
łapanki. Ale podpisy "Powodzenia na nowej drodze" mazakiem złożyli.
Kwiaty też dostała, bukiet z gerber przepasany papierową wstążką
pogniecioną w artystycznym nieładzie. Padania sobie w ramiona nie było,
zastąpiły je szybkie uściski dłoni. Wyrwała się zaraz po pożegnalnym
ciastku, nie chciała zostawać tam ani minuty dłużej. - Musimy to
rozegrać po swojemu - powiedziała, by umocnić w Górnym sens jego tajnej
kolaboracji. - Nikt nie musi o niczym wiedzieć. Gdyby jednak ktoś zaczął
węszyć, przerwiemy akcję.
- Znając ciebie, na krótko.
- Oczywiście. Do czasu, gdy wszystko się uspokoi.
- Nie ma dla ciebie świętości.
- Są - odpowiedziała bez zastanowienia. - Prawda jest święta. I sprawiedliwość.
Spojrzała na zegarek. Kilka minut temu skończyła się ważność biletu z parkometru. Pożegnała się z Górnym i pobiegła w stronę stojącej w małej
zatoczce skody.
* * *
- Powiedz swojej matce, że tego nie popieram. - Emilia zakręciła się
przy kuchence, na której stała patelnia ze świeżo wylanym ciastem
naleśnikowym. - Może choć ty, jako córka, będziesz umiała przemówić jej
do rozsądku, może choć ciebie posłucha.
Wyjęła z lodówki słodki serek i postawiła go na kuchennym stole tuż
przed nosem Sylwii. Odchyliła wieczko i włożyła do środka łyżkę.
- Innego w domu nie ma, musisz zjeść ten. - Wskazała nosem waniliową
maź, niezbyt lubianą przez wnuczkę. - Twoja matka zawsze miała
zwariowane pomysły, a rzucenie pracy to już w ogóle... - Zamachała w powietrzu rękami. - Porządni ludzie pracują na etacie, zamiast bawić się
w podchody, jak jacyś harcerze. Rozumiesz?
Sylwia kiwnęła odruchowo głową znad otwartego opakowania z serkiem.
- Harcerstwo jest dla dzieci, ja tam wolę subkulturę. Punki albo emo, a najlepsi są goci. Kupisz mi czarne rajstopy z dziurami?
Smażący się naleśnik powoli nabierał złocistej barwy, Emilia poruszyła
żywiołowo patelnią, by podpieczone ciasto oderwało się od teflonu.
- Ale ona woli eksperymenty - ciągnęła matka Julii, nie podejmując
kwestii rajstop. - Jestem bardzo ciekawa, jak to się wszystko skończy.
Gdyby posłuchała mnie choć raz w życiu... ale nie, ona musi po swojemu.
Sprzeda mieszkanie i wróci do mnie. Znów będziemy musiały cisnąć się
tutaj we trzy.
- Mama sprzedaje mieszkanie? - Brwi Sylwii uniosły się wysoko.
- Do tego dojdzie. - Babcia wycelowała w głowę małej widelcem. - Bank
zajmie mieszkanie, a komornik wyrzuci was na bruk. A potem... no cóż,
wiadomo.
Pierwszy placek wylądował na talerzu. Sylwia rozsmarowała po nim grubą
warstwę serka i rozejrzała się po kuchni za słoikiem z dżemem.
- Znowu to samo. - Emilia uchwyciła spojrzenie wnuczki i sięgnęła do
lodówki. - Dżem do wszystkiego. Nie kładź za dużo, popsujesz zęby.
Wlała kolejną porcję ciasta na patelnię.
- Nic z tego, babciu. Mama nie sprzeda mieszkania - powiedziała Sylwia,
nie odrywając oczu od słoika z dżemem. - Dziś miała spotkać się z jakąś
panią. Mówiła, że to klientka i że dostanie nową sprawę.
Emilia skrzyżowała ręce na obfitych piersiach.
- I dlatego znów po szkole trafiłaś do mnie? Biedne dziecko -
westchnęła. - Już się zaczęło. Tyle razy mówiłam, że powinna pracować
jak inne matki od ósmej do czwartej, ale ona wie lepiej. Chcesz jeszcze
jednego?
Ochocze kiwnięcie głowy Sylwii umknęło jej uwadze. Wrzuciła przypalonego
naleśnika na swój talerz i złożyła w trójkąt. Po chwili zniknął w całości w jej ustach.
- Żebyś chociaż ty wyszła na ludzi. - Emilia przełknęła głośno. - Musisz
znaleźć solidny zawód i, przede wszystkim, męża. Wiesz o tym?
Szeroko otwarte oczy wnuczki wpatrywały się w rozemocjonowaną twarz
Emilii.
- Mam jedenaście lat, babciu...
- Czas szybko płynie. Ani się obejrzysz, jak zostaniesz starą panną.
Sylwia zlizała resztkę dżemu ze swojego talerza.
- Będę gotką i będę żyć w komunie, razem z Jagodą.
- Nie wiem, o czym mówisz. Ta cała Jagoda znów namieszała ci w głowie.
Wyjście za mąż to podstawa. Twoja matka wypuściła z rąk takiego
mężczyznę! Gdybym to ja była na jej miejscu...
- Mama nikogo nie potrzebuje.
- Bzdura! Każdy kogoś potrzebuje, nawet ona. Wciąż uważa, że jest
samowystarczalna, ale szybko przekona się, że samemu na świecie źle.
Zwłaszcza w chorobie. Nikt nie wie tego lepiej niż ja. Ledwie wywinęłam
się śmierci.
- Mama mówiła, że wtedy nic ci nie było. - Sylwia podniosła się ze
stołka i sama stanęła przy palnikach. Pod czujnym okiem babci nabrała
naleśnikowego ciasta na chochlę i rozlała je po patelni.
- O mało nie umarłam - powtórzyła Emilia i odsunęła od siebie pusty
talerz. - Twoja matka swoim zwyczajem wszystko bagatelizuje. Wspomnisz
moje słowa, gdy tylko oczy zamknę. A to może być w każdej chwili, młoda
już nie jestem.
W przedpokoju rozległ się dzwonek telefonu. Emilia spojrzała ukradkiem
na zegarek zaciśnięty na grubym nadgarstku i kołysząc biodrami, które w ciągu ostatnich miesięcy zaokrągliły się do półtora metra w obwodzie,
pospiesznie ruszyła w kierunku aparatu.
- Halo? - odezwała się krótko, ale zdecydowanie innym tonem. Jej głos
był słodki jak plaster miodu powleczony dodatkową warstwą karmelu. - To
ty, kochany?... Halo... a, to ty... Nie, nie spodziewałam się kogoś innego... -
Tembr głosu znów stał się chropowaty. - No tak... znowu to samo, zresztą
Sylwia już mnie uprzedziła. Jak uważasz... wiesz, że dla dziecka zrobię
wszystko. Tak... damy sobie radę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki