PROLOG
Była niedziela. Ostatnie tego roku słoneczne popołudnie. Gałęzie drzew
kołysały się lekko, a pożółkłe liście wirowały w podmuchach wiatru.
Mimo połowy listopada drzwi szkoły były szeroko otwarte. Ciężkie i drewniane opierały się o ceglany mur budynku, wpuszczając zapach
jesiennego powietrza.
Sala powoli wypełniała się gośćmi. W pośpiechu dostawiano krzesła
przyniesione z klas z górnego piętra. Liczba rzędów wciąż wydawała się
zbyt mała, aby pomieścić ciągle napływającą widownię. Nie spodziewano
się aż takiej frekwencji. Zwykle na podobne uroczystości przychodziła
garstka matek i robiła sztuczny tłum, aby nie sprawiać dzieciom
przykrości.
Tym razem było inaczej. Podekscytowani rodzice wypatrywali pojedynczych,
jeszcze wolnych krzeseł i wciskali się z przepraszającym uśmiechem na
ostatnie puste miejsca. Kolana tych, którzy wcześniej zdążyli złapać dla
siebie miejsce, przesuwały się w tę i z powrotem niczym wahadło w ściennym zegarze. Jedynie dwa pierwsze rzędy pozostawały puste. Na
krzesłach leżały kartki z napisanymi na czarno nazwiskami szacownego
grona pedagogicznego.
Gwar, zamiast cichnąć, przybrał na sile wraz z otwarciem bocznych drzwi.
Do sali wsypała się dwudziestka dzieci, które rozglądały się i szarpały
wzajemnie za rękawy śnieżnobiałych koszul.
Dziewczęta zbiły się w biało-granatową gromadkę i ruszyły w kierunku
drabinek gimnastycznych, przysłoniętych na tę uroczystość długimi do
podłogi, ciemnozielonymi zasłonami. Niestarannie odprasowane płachty
materiału, z widocznymi załamaniami od wielomiesięcznych zagnieceń,
kontrastowały z nienagannie gładkimi koszulami dzieci.
Za dziewczynkami szła grupka chłopców, poganiana nerwowo przez trzy
młode nauczycielki. Szeroko rozłożonymi rękami popychały przed sobą tych
małych cwaniaków, którzy próbowali oderwać się od reszty i niepostrzeżenie wymknąć z sali. Wyglądały jak przebrane w odświętne
garsonki wiejskie gospodynie zaganiające drób do klatek.
Na półmetrowej wysokości scenę wszedł ubrany w zielony golf mężczyzna i zaczął majstrować przy stojaku z mikrofonem. Raz, dwa, trzy... raz, dwa.
Kilka puknięć palcem w mikrofon i przez salę przeszedł spowodowany
sprzężeniem pisk. Kolejna próba wypadła lepiej. Nagłośnienie zadziałało,
wystarczyło tylko podregulować siłę dźwięku. Raz, dwa... Teraz dobrze.
Mężczyzna podszedł do stojącego pośrodku sceny fortepianu. Tu nie było
nic do poprawiania. Podsunął więc tylko bliżej taboret dla pianisty.
Nacisnął ręką siedzisko. Jedna z nóżek zachybotała się niebezpiecznie.
Dokręcił ją i ponownie sprawdził, czy wszystkie cztery stoją stabilnie
na deskach. Nie patrząc na zgromadzoną widownię, opuścił scenę i zniknął
za kotarą.
Jego miejsce zajął mężczyzna około sześćdziesiątki. Z widocznym
brzuchem, w staromodnym, welurowym garniturze z szerokimi klapami.
Nerwowo przeczesał palcami resztki włosów. Dla zebrania myśli spojrzał
na wypolerowane pantofle, po czym chwycił oburącz mikrofon i kiwnięciem
głowy dał znać woźnemu, aby zamknął drzwi sali. Szczęknęły, przerywając
przyciszone rozmowy zgromadzonych gości.
Mówił długo i kwieciście. Lekkie seplenienie nie mogło odebrać mu tego,
co lubił najbardziej. Błyszczeć. Błyszczał więc w świetle skierowanego
wprost na niego reflektora i wyrzucał z ust dziesiątki słów o zniekształconych głoskach. Urodzony orator.
Dziesiąty, jubileuszowy rok na stanowisku dyrektora napawał go dumą.
Wyniki nauczania i nagrody z kuratorium mówiły same za siebie. Tak, był
dumny. Kochał swoją szkołę i nie wyobrażał sobie, że mógłby ją porzucić
nawet za cenę etatu w Ministerstwie Edukacji. Kolejne roczniki były
coraz bardziej uzdolnione, dwa lata temu otworzył nawet dodatkową klasę
skrzypiec. Nie dlatego, że zwiększyła się liczba uczniów. Pragnął
stworzyć wychowankom komfortowe warunki i zapewnić im indywidualny tok
nauczania. Było warto. Prawdziwy talent mógł się wybić i pokazać swą
ponadprzeciętność tylko wtedy.
Fabryka talentów. W trakcie przemowy podkreślał te słowa z niesłabnącym
entuzjazmem i rozmarzeniem w oczach. Osoby w pierwszych rzędach mogły
przysiąc, że widziały w nich łzy wzruszenia.
Ta szkoła była jego marzeniem. Kiedy zaczynał, patrzono na to, co robi,
z powątpiewaniem. Nie wierzono, że się uda. Udało się. Zgromadzenie w jednym miejscu dzieci uzdolnionych muzycznie, plastycznie i sportowo
przestało być z czasem postrzegane jako coś osobliwego. Nie chciał
prowadzić zwykłej podstawówki. Te były jak ziarna piasku na pustyni.
Jednakowe, nijakie. Nie widział siebie na stanowisku dyrektora w jakiejś
"przechowalni". Wymarzył sobie, że jego szkoła będzie na ustach całego
kraju. Odmienność. Doskonałość w każdym calu. Prawdziwa perła wśród
sztucznych błyskotek.
Przez pierwszy rok szkoła świeciła pustkami. Fabryka talentów w podwarszawskiej dziurze odstręczała innością. Złożył to na karb
kołtunerii, drobnomieszczaństwa. Ale kolejny rok przyniósł poprawę.
Szkoła wpisała się w lokalny krajobraz i zamiast odstraszać, zaczęła
ciekawić. Najpierw w porannym programie telewizyjnym wyemitowano
materiał z zajęć muzycznych. Potem był dyplom i puchar. Zaskoczony
sukcesem uczeń kłaniał się w pas jury. Jako bonus dorzucono roczne
stypendium. Następnie przyszła pora na szermierkę. Kolejny dyplom, tym
razem z krajowych zawodów, i kolejne stypendium. To kusiło. W mieście
rozpoczął się wyścig do miejsc na listach głównych i rezerwowych.
Kryteria były jednak twarde: ostra selekcja i wielogodzinne testy
sprawnościowe ciała i umysłu.
Kilkuosobowe klasy dotowano z budżetu centralnego. Nie obowiązywała
zatem zasada grubego portfela. Liczył się talent. Nie zawsze odpowiadało
to miejscowym dorobkiewiczom, pragnącym, aby ich dziecko zrobiło
karierę. Nie wahaliby się sypnąć groszem, aby ich ukochany potomek
znalazł się w gronie geniuszy. Z jednej strony płynęła lawina odmów, z drugiej garstka szczęśliwców dumnie przypinała do piersi czerwoną tarczę
z logo szkoły.
Jeszcze parę ukłonów w stronę sali. Kilka ponaglających gwizdów przebiło
gromkie oklaski. Dyrektor, solidaryzując się z widownią, uderzał w dłonie i zerkał na wiszącą za jego plecami kurtynę.
Na scenę wszedł chłopiec. Zgodnie z zapowiedzią dyrektora
dziewięcioletni wirtuoz fortepianu, młody Chopin. Padające światło lampy
odbiło się w ulizanych rudych włosach dziecka. Ukłonił się i kilka
niesfornych kosmyków wysunęło się i przylepiło do policzka. Założył je
za odstające uszy. Chłopiec był ubrany w połyskujący, granatowy garnitur
z taniego materiału. Pod szyją zamiast aksamitki miał zawiązaną zwykłą
tasiemkę dopasowaną kolorem do garnituru. Kołnierzyk koszuli odstawał od
chudej szyi. Buty miały lekko zdarte czubki, niedokładnie nabłyszczone
czarnym woskiem.
Stał ze złączonymi nogami, jedynie palce rąk lekko mu drżały, kiedy
dociskał je do szwów spodni. Wystraszonym wzrokiem wpatrywał się w masę
głów. Reflektor go oślepiał. Jeszcze raz poprawił opadający kosmyk
włosów i zamknął na chwilę powieki. Ukłonił się ponownie. Zachęcany
brawami ruszył w stronę fortepianu. Usiadł na samym brzegu taboretu.
Sprawdził, czy dosięga nogami pedałów. Podsunął stołek bliżej. Przy
ogromnym, czarnym pudle chłopiec wydawał się jeszcze drobniejszy.
Położył ręce na kolanach i spłoszonym wzrokiem spojrzał na widownię,
próbując odszukać znajomą twarz. Sami obcy. Nikogo, kto pokazałby mu
trzymane na szczęście kciuki. Opuścił głowę i zagryzł wargi. Drżącą z przejęcia ręką wyjął z kieszeni marynarki maleńkiego słonika i postawił
obok siebie na taborecie tak, aby nikt z sali go nie zobaczył.
Zza kurtyny wysunęła się niewiele starsza dziewczynka. Trzymała w ręku
skrzypce. Nie spuszczała wzroku z chłopca, śledząc każdy jego ruch.
Przytrzymała brodą pudło skrzypiec w oczekiwaniu na małego mistrza.
Jeszcze chwila. Ostatnia, zanim zacznie. Wyszeptał kilka słów, zdawało
się, że modlitwy. Pierwsze pociągnięcie smyczka przyprawiło go o drżenie
serca. Potem kilka długich, przeciągłych. Wyciągnął rękę. Lewa dłoń
zaczęła delikatnie wędrować po białych klawiszach. Przerwał na ułamek
sekundy. Tyle wystarczyło, aby druga ręka dołączyła, wypuszczając spod
palców podniosłe takty muzyki.
Requiem Lacrimosa Mozarta. Spod palców ze spokojem wypłynęły dźwięki
pełne żałości. Nieudawane, na wskroś prawdziwe, przepełnione boskością.
Uderzenia w klawisze starły z rozbawionych twarzy uśmiech. Nigdy dotąd w tak niewielkim pomieszczeniu nie czuło się takiego ogromu świętości.
Powietrze było ciężkie od wibrujących myśli. Spod rąk pianisty
wychodziły dźwięki zatrważające, wypełnione wołaniem do Boga.
W szkole, na co dzień pełnej życia, dawno nie panowała taka cisza.
Wszystkie oczy wpatrywały się w zadumie w dziewięcioletniego skromnego
chłopca, który właśnie stał się muzyką. Gdy odrywał palce od klawiszy, w sali słychać było jedynie niknącą muzykę. Był tylko chłopiec i czarodziejski instrument.
Narastające powoli dźwięki brzmiały coraz bardziej zatrważająco,
dramatycznie. Kilka ostatnich, najmocniejszych uderzeń i oderwał ręce od
fortepianu. Wyglądał tak, jakby zakończenie gry było dla niego
równoznaczne z zakończeniem czegoś bardzo ważnego. Czegoś, co było tylko
jego.
Jeszcze nie wstawał, sięgnął po słonika i schował go do kieszeni
marynarki.
W sali nadal panowała cisza. Przedziwna, wypełniona wzruszeniem. Ktoś z tylnych rzędów jako pierwszy uderzył w dłonie. Najpierw nieśmiało, jakby
nie był pewien, czy zmącenie nastroju nie będzie odebrane jako
profanacja. Zaraz potem dołączył się ktoś jeszcze. Z przeciwnego końca
sali jakiś mężczyzna podniósł się z miejsca i zaczął głośno klaskać. Po
chwili całe pomieszczenie wypełniło się brawami.
Chłopiec nieśmiało skłonił się, trzymając ręce przy tułowiu. Panujący
półmrok powoli się rozjaśniał. Gdy zapaliły się wszystkie lampy,
podniósł głowę i znowu przebiegł wzrokiem po twarzach gości. Wyraźnie
wypatrywał kogoś znajomego. Dziesiątki głów zasłaniały się wzajemnie,
odchylały ku innym głowom. Może jednak jest? Jeśli nie w tym rzędzie, to
w następnym, albo jeszcze dalej... pod ścianą, przy drzwiach... Jasnozielone
oczy zaszły mgłą, potarł ręką twarz, udając, że poprawia niesforną
grzywkę.
Za chwilę miał wystąpić kolejny uczestnik. Dyrektor szkoły brylował z roześmianą miną. Kiwał się przy tym na boki jak zawieszony na sprężynach
pajac. Nadal bił chłopcu brawo. Wreszcie położył mu ręce na ramionach i tym gestem dał znak, żeby oklaski ucichły. Sepleniąc, powiedział kilka
zdań o dziewczynce, która miała wykonać na skrzypcach Arię na strunie
G Bacha. Ukłonił się, pochylając jedynie głowę, i pociągnął chłopca w stronę wyjścia.
ROZDZIAŁ I
- To tu. Jeszcze kilka kroków, za tymi drzewami. - Para staruszków
skręciła w leśną drogę i podeszła do zwalonych pni przygotowanych do
wywózki. W rękach trzymali kije do nordic walkingu. Zawieszone na
mocnych, skórzanych paskach obracały się przy każdym ruchu nadgarstków.
Trasę, która biegła wzdłuż lasu aż do miejsca, gdzie znajdowało się
palenisko, przemierzali co drugi dzień. Osłonięty od wiatru ceglany
kominek od wczesnej wiosny do późnej jesieni był miejscem rodzinnego
grillowania. Staruszkowie wracali zawsze tą samą drogą, nie zbaczając z utartego szlaku.
Tego dnia nie dotarli do paleniska, ich marsz zakończył się dużo
wcześniej. Podkomisarz Julia Krawiec szła we wskazanym kierunku. Ścieżka
była nierówna, wyżłobiona przez koła wozu, który regularnie tędy
kursował, wywożąc ścięte drzewa do pobliskiego tartaku.
Posiwiały mężczyzna nadal trzymał w ręku komórkę. Przystanął na chwilę i dał żonie znak, żeby nie podchodziła bliżej. Została posłusznie w tyle,
nie chciała powtórnie narażać się na przykry widok.
- Chodzimy tędy od lat, a odkąd przeszliśmy na emeryturę, nawet trzy
razy w tygodniu. - Posuwał się dalej, w głąb lasu. - Jest tu tak
spokojnie. Nigdy bym nie przypuszczał, że... To takie straszne. Proszę
podejść. To już tu, na tych liściach. Widać nogę.
Julia zatrzymała go gestem ręki.
- Niech pan wróci do żony. Nie powinna zostawać sama. - Obróciła się i spojrzała na dygoczącą kobietę, która jedną ręką ściskała na piersiach
bluzę od dresu, a drugą ocierała wilgotne oczy.
- Tak, ma pani rację, tak będzie lepiej. O mało nie zemdlała, gdy to
zobaczyła. - Wzrok mężczyzny padł na leżące ciało.
Julia zostawiła ich w tyle i podeszła bliżej. Podmokłe igliwie
przylepiało się do butów i wchodziło za cholewkę. Nie czuła dyskomfortu.
Schowała ręce do kieszeni kurtki i stanęła nad ciałem.
Pierwsze, co zobaczyła, to sprane dżinsy z przetarciami na kolanach,
podniszczone buty i sweter w kolorowe pasy. Głowa nieboszczyka była
wsunięta pod niezabezpieczone bale drewna, ułożone w kwadrat jeden na
drugim.
Odrzuciła na bok liście, które wymieszane z igłami świerka częściowo
zasłaniały twarz chłopca. Spodziewała się ujrzeć w niej emocje, może ból
lub strach, ale twarz była dziwnie spokojna. Jedynie nienaturalnie
wygięta szyja świadczyła o tym, że prawdopodobnie doszło do tragedii.
Ciało leżało na wznak, dłonie przylegały do tułowia, nogi były złączone
w kostkach.
Otwarte oczy wpatrywały się w niebo zasnute chmurami i czubki
strzelistych świerków.
W pierwszym odruchu chciała pogładzić chłopca po policzkach, jednak
położyła dłoń na jego powiekach i zamknęła mu oczy. Tego by pewnie po
niej oczekiwał.
Oparła się ostrożnie o bale drewna i wyjęła telefon. Ekipa dotarła na
miejsce szybciej, niż się tego spodziewała. Zazwyczaj chłopcom od Zasępy
zajmowało to około godziny. Najwidoczniej nudzili się przy biurkach,
skoro wskoczyli w samochód i zameldowali się na miejscu po kwadransie.
A potem standard: zdjęcia, pobieranie próbek, zaraz się zacznie
pakowanie zwłok do czarnego worka. Wszystko szło szybko, zbyt szybko.
Na leśnej drodze pojawił się kolejny wóz. Żółta honda z obitym przednim
zderzakiem i wciśniętym za kierownicą podtatusiałym lekarzem w okularach
przypominających denka od butelek. Ludzie już dawno temu wymyślili szkła
kontaktowe i jednodniowe operacje, po których oczy ma się jak u noworodka, ale doktor Urbanowicz wolał siebie w takim właśnie wydaniu.
Na fotelu obok, w eleganckim granatowym żakiecie, siedziała młoda
kobieta z tlenionymi blond włosami. Zaciskała rękę na uchwycie
umieszczonym nad drzwiami auta - w przeciwnym razie jej głowa doznałaby
urazu w wyniku niezliczonych uderzeń od ciągłego chybotania na nierównej
drodze. Gdy doktor Urbanowicz zgasił silnik, odetchnęła z ulgą i poprawiła włosy. Prokurator Myszkowska nawet na miejscu zbrodni musiała
prezentować się doskonale. Nikt nie miał jej tego za złe. Była i ładna,
i bystra. I zdecydowanie odbiegała od stereotypu typowej, głupkowatej
blondi. Uśmiechała się mało, jakby wykonywany zawód nakładał na nią
obowiązek pozostawania poważną. Mówiła też mało, nawet na sali sądowej.
Zamiast wodolejstwa stosowała taktykę: konkret i dowód. To zamykało
innym usta. Na domysły i gdybania szkoda było czasu.
Tu też przyjechała po konkrety. W ręku trzymała służbowy notatnik
oprawiony w skórę. Na przygotowanej na notatki kartce była już zapisana
godzina i miejsce zdarzenia. Brakowało tylko opisu.
Drzwi wysłużonej hondy nie chciały się zamknąć po dobroci. Po kilku
mocniejszych trzaśnięciach doktora Urbanowicza zamek wreszcie zaskoczył.
I jeszcze tylko piskliwe "didit, didit" puszczone z pilota. Na wszelki
wypadek, gdyby komuś z ekipy zachciało się zrobić skok na żółte cacko.
Julia podłapała drwiący wzrok Zasępy.
- Psiamać, jak zimno! - Doktor Urbanowicz wzdrygnął się i ruszył w stronę czekającej Julii. - No, dawajcie, co tam macie. Komu to się
chciało umierać w taki cholerny ziąb?
Zasępa do tej pory nie odezwał się ani słowem. Przeważnie gęba mu się
nie zamykała, ale w wolną niedzielę nie był skory do rozmów. Właśnie
miał zamiar obejrzeć Premier League snookera, kiedy zadzwoniła jego
komórka. Kiepska zamiana - grzebanie w mokrych liściach zamiast
snookera.
Tłumaczenie tego, co tu zastał, zostawił Julii. Zresztą o czym tu gadać,
dzieciak leżał siny, a on swoje zrobił. Prawie. Zostało do obejrzenia
jeszcze to, co było pod ciałem.
- Ci państwo znaleźli chłopca niecałą godzinę temu. - Julia chuchnęła w zmarznięte dłonie. - Nie wygląda mi to na naturalną śmierć. Nie w tym
wieku. A i miejsce daje do myślenia.
Prokurator Myszkowska rzuciła okiem na leśną drogę i na drewno, a następnie stanęła za plecami Urbanowicza. Doktor naciągnął na dłonie
rękawiczki i kucnął obok ciała. Przesuwał palcami wzdłuż głowy i szyi aż
po obojczyk dziecka. Podciągnął sweter chłopca, aby obejrzeć klatkę
piersiową. Była zapadnięta, jak to często zdarza się u tak szczupłych
osób, ale nie widać było na niej żadnych urazów.
- Na pierwszy rzut oka wygląda, że dzieciakowi przetrącono kark twardym
narzędziem. Dostał kilka ciosów, co zapewne uszkodziło kręgi szyjne.
Sekcja wykaże więcej. Ktoś mu nieźle przyłożył, sami widzicie, jakie to
było chuchro. Kilka mocniejszych uderzeń, a złamałby się jak słomka.
Poza tym nie widzę żadnych innych obrażeń, ale trzeba dzieciaka rozebrać
i dokładnie obejrzeć.
- Kiedy nastąpiła śmierć?
Doktor Urbanowicz spojrzał na zegarek z datownikiem. To samo zrobiła
prokurator Myszkowska.
- Cztery, najdalej pięć dni temu. Możecie go już zabrać, nic więcej nie
wymyślę, choćbyście chcieli. Jak powiedziałem, wieźcie dzieciaka na
sekcję, tam powiedzą więcej.
Wypisywanie aktu zgonu, tymczasowo dla "NN", trwało kilka sekund.
Przyczyna śmierci: prawdopodobny uraz szyi, tymczasowo bez
potwierdzenia. Robienie notatki przez prokurator Myszkowską trwało nieco
dłużej.
- Przyślijcie mi zdjęcia i raport. Może być wstępny, zanim dowiecie się
czegoś więcej - powiedziała i zaczepiła skuwkę długopisu o brzeg notesu.
- Jasna sprawa - Julia potrząsnęła jej ręką z idealnie opiłowanymi w migdałek paznokciami. - Dziękuję za szybkie przybycie. Naprawdę
doceniam.
Dźwięk zapinanego zamka w worku i zaraz potem "didit, didit" wypełniło
skrawek lasu.
- Był chyba w wieku mojej córki. - Julia patrzyła na odgnieciony na mchu
zarys ciała.
- Dzieci też są istotami śmiertelnymi - odezwał się wreszcie Zasępa. -
Ciągle o tym zapominasz.
- Mimo wszystko to jednak tylko dzieci. Dopóki nie będziesz miał
własnych, dopóty tego nie zrozumiesz. - Odwróciła się i odeszła kilka
kroków.
Mądrości życiowe Zasępy nie przemawiały do niej w takich momentach.
Mogła ze spokojem i niezmąconym opanowaniem oglądać ciała dorosłych
ofiar, jednak martwe dzieci wywoływały w niej poczucie straty i osobistej porażki. Wiedziała, że jest to całkowicie bezpodstawne i pozbawione zdrowego rozsądku, mimo to za każdym razem przeżywała ich
śmierć, jakby przyłożyła do niej rękę.
- Musisz się z tego wyleczyć. - Zasępa poklepał ją po ramieniu, wyjął
gumę do żucia i wrzucił drażetkę do ust. - Nic z tym nie zrobisz. Weź
kilka sesji u dobrego terapeuty, to ci przejdzie.
- Obędzie się. Co powiesz o tym miejscu? Gdyby doszło do bijatyki,
byłoby ją słychać od strony drogi. Kręci się tu sporo ludzi.
Zasępa pokręcił głową.
- Nie ma śladów szarpaniny. W przeciwnym razie piach byłby zryty nogami.
Poza tym na butach chłopca nie znalazłem większych zabrudzeń. Kilka
liści i igieł przylepionych do podeszew. To wszystko.
- Myślisz, że chłopiec się nie bronił? Instynkt życia zazwyczaj zaczyna
brać górę nad potulnością. No, chyba że jego instynkt został całkowicie
przez coś lub kogoś stłumiony.
Zasępa dosunął pod samą szyję zamek błyskawiczny w swojej polarowej
bluzie. Wiatr zaczynał nieprzyjemnie smagać po plecach.
- Mógł zostać zaatakowany niespodziewanie, bez szans na obronę - dodał,
patrząc z niesmakiem w sine niebo. - Ale zebraliśmy kilka ciekawych
dowodów. Przyjrzymy się im dokładnie. Spójrz na to, leżało pod ciałem. -
Chwycił leżącą na stosie drewna torebkę z zebranymi próbkami i podał
Julii.
- Co to? - Pomacała przez folię zebrany materiał. - Pokruszona kreda?
- Dowiemy się we właściwym czasie. - Zasępa odebrał torebkę z białą
substancją i podał ją chłopakowi w policyjnej czapce z daszkiem. -
Spadam stąd. Niczego więcej tu nie znajdziemy. Tobie też radzę zajrzeć
do domu.
- Najpierw odwiozę starszych państwa. Powinni łyknąć po lampce koniaku
dla uspokojenia nerwów. Potem wracam na komisariat. Tylko o jedno cię
proszę. Jedź z ciałem prosto do Lipskiego, nie chcę znów czekać na
wyniki sekcji w nieskończoność. Zróbcie kilka zdjęć ciała, zanim
zostanie poddane sekcji. Trzeba też zawiadomić rodziców, o ile dowiemy
się, kim był.
- Nikt nie zgłaszał ostatnio zaginięcia dziecka?
- Nikt.
- Niewiarygodne. - Zasępie wróciły ludzkie uczucia. - Ginie kilkuletni
smarkacz...
- Nie nazywaj go tak. To brzmi obrzydliwie, nawet jak na twoje
standardy.
- Okej, ginie kilkuletni chłopiec i co? Nikt tego nie zauważa?
- Przykre.
- Cholernie. Zwłaszcza że leżał tu cztery dni. Wiesz, larwy owadów i te
sprawy. Widać gołym okiem. Domyślam się, że wolałaś nie przyglądać się
zbyt dokładnie. No tak, lepiej było poczekać i mnie zostawić najgorszą
robotę.
- Lubisz się użalać nad sobą, prawda? To mało męskie, serio - rzuciła
kąśliwie i otworzyła drzwi swojego fiata. Pomogła małżeństwu ulokować
się na tylnym siedzeniu. Nadal ściskali kije do nordic walkingu. Nie
pozwolili Julii odłożyć ich do bagażnika.
Zapytała ich o adres i ruszyła. Samochód zakołysał się na nierównej
drodze prowadzącej do miasta.
* * *
Na korytarzu komisariatu przy Rzecznej unosił się pył. Dwóch
umięśnionych mężczyzn ubranych w jednakowe, poplamione farbą drelichy
wynosiło na zmianę wiadra z gruzem. Remont. Zaplamione podłogi i wszechobecny zapach farby wywoływały irytację. Huk wiertarek niósł się
po ścianach. Zarówno w gabinecie, jak i w każdym innym pomieszczeniu nie
sposób się było skoncentrować.
Wszystkie meble były pokryte folią malarską. Spływała po nich i szeleściła pod nogami. Dodatkowo można było zaliczyć salto w powietrzu,
o ile nieopatrznie stanęło się na śliskiej powierzchni. Wykładzina była
upstrzona plamami białej mazi, która wychlapywała się podczas targania
blaszanych pojemników z farbami.
Julia przeskoczyła chemiczną kałużę i zerwała folię ze swojego biurka.
- Tu nie wolno! - Opasły facet, trzymając wałek w ręku, zatoczył nim
koło w powietrzu. Kilka bryzgów poleciało na świeżo odmalowaną ścianę. -
Zaraz będziemy zrywać dywany!
Dywany! Eufemistyczne określenie kilku metrów wyliniałej szmaty. Nawet
jej to nie ubawiło. Przed oczami wciąż miała leżące na mchu ciało
chłopca. Kiwnęła tylko głową i wyjęła z szuflady kalendarz A4, który od
jakiegoś czasu sprawdzał się idealnie jako notatnik. Wymknęła się z powrotem na korytarz. Napisała szybko kilka zdań, krótki opis tego, co
zauważyła, zanim ludzie Zasępy zabrali worek ze zwłokami do vana.
Zajrzała do pokoju komisarza Stefaniaka. Od czasu zawału bywał tu coraz
rzadziej. Odliczał dni do emerytury. Oficjalnie pracował z domu, jednak
wszyscy wiedzieli, że nie miał ochoty na szarpanie się z tą cholerną
robotą z powodu nadwerężonego zdrowia. Wyraźnie spasował i bez skrupułów
wyręczał się swoimi ludźmi nawet w błahych sprawach. Wyglądało na to, że
wszystkim taki układ pasuje. Nikt nie miał do niego pretensji. Niedawno
przebyty zawał i tak wykluczał go z czynnej służby. Bywał zgryźliwy,
czasami nawet wredny, ale robił to zawsze w taki sposób, żeby nikt długo
nie chował do niego urazy. Na komisariacie zaczęto spekulować.
Obstawiano, kto zajmie jego miejsce.
Stefaniak udawał, że o tym nie wie, chciał jedynie przetrwać w spokoju
tych kilka ostatnich tygodni. A może wcale go to już nie interesowało.
Siedział na ławce i wygrzewał stare kości w ostatnich tej jesieni
promieniach słońca. Na widok Julii przesunął się, robiąc miejsce obok
siebie.
- Słyszałem. O tym dzieciaku, co go znaleźli w lesie - sapnął, po czym
starł pot z grubej szyi.
Odczekał, aż Julia sama zacznie mówić. Była jakby nieobecna, całkiem
nieskora do rozmowy.
- Aż tak cię zabolał widok martwego dziecka? Zmiękłaś, Krawiec.
- Był w wieku mojej Sylwii. - Julia przetarła ręką ławkę i usiadła obok
komisarza. - Nie chce mi się o tym gadać. Takie sytuacje całkowicie mnie
rozwalają. Mało profesjonalne, prawda?
Nie patrzyła na niego. Zmrużyła oczy i skierowała twarz do słońca.
- W rzeczy samej - odparł i poklepał się po kolanach. - A co z tą twoją
małą? - Nagle zmienił temat. - Jak zakończyła się sprawa w sądzie?
- Dali mi pół roku na wykazanie, że jestem dobrą matką. W przeciwnym
razie odbiorą mi ją. Źle to wszystko wygląda...
Komisarz podniósł się z ławki i stanął nad nią, zasłaniając jej słońce.
- Chciałbym powiedzieć, że mi przykro i że powinnaś zająć się teraz
swoim życiem, ale ta sprawa nie może czekać. Dasz radę to pociągnąć czy
mam zlecić dochodzenie Bodnar, jak tylko pokaże się po tej swojej
wyprawie? Ostatnio nieźle jej idzie, choć nie będę krył, że to ty jesteś
moim czarnym koniem w sprawach o morderstwa. Poza tym to będzie moje
ostatnie śledztwo.
Nie była pewna, czy żartuje. Po pierwsze, przekazanie sprawy Bodnar w ogóle nie wchodziło w grę dla samej zasady. Po drugie, metody śledcze
Michaliny nadal pozostawiały wiele do życzenia. Za młoda, za smarkata,
zbyt roztrzepana. I co miało oznaczać zdanie, że to jego ostatnie
śledztwo? Jego?! Od zawsze lubił się nią wysługiwać, ale skoro
zadeklarował, że odpuszcza, powinien się trzymać swojej wersji.
- I wolałby pan, komisarzu, odejść w blasku chwały na zasłużony
odpoczynek? Jasna sprawa. - Julia uśmiechnęła się gorzko. Miała
nadzieję, że ten grymas został zauważony. - A co do Bodnar, musi jeszcze
upłynąć wiele wody, żebym przynosiła jej poranną gazetę i parzyła kawę.
Może się tego nie doczekać.
- Nie dasz się tak łatwo wygryźć, co, Krawiec? - Z gardła Stefaniaka
wyrwał się śmiech połączony z kaszlem.
To miał być blef? Słaby, ale poskutkował. Ani nie chciał przekazać
sprawy Michalinie, ani przypisywać sobie zasług. Podszedł ją jak
gówniarza. Był prostym człowiekiem, nie podejrzewała go o to, że umie
manipulować ludźmi, a jednak czegoś się nauczył w trakcie dwudziestu
paru lat służby. Najwyraźniej straciła na chwilę czujność.
Komisarz potrząsnął jej dłonią na odchodne.
- Wiesz, co masz robić. Nie spieprz tego.
"Nie spieprz tego" - słyszała to milion razy. Powinien mieć tak na
drugie imię.
Skierował się w stronę parkingu. Szedł wolniej niż zwykle, ostrożnie
stawiał kroki. Nigdy nie był jak pies gończy, ale po przebytej chorobie
zwolnił jeszcze bardziej. Julia znała go niewiele ponad rok. W ostatnich
miesiącach postarzał się o dobre dziesięć lat.
Patrzyła, jak leniwie obraca w palcach breloczek z kluczykami od auta.
Blokada drzwi puściła dopiero za trzecim naciśnięciem pilota. Wycofał
opla powoli, jakby pierwszy raz siedział za kółkiem. Przeklęta starość,
pomyślała i westchnęła głęboko. Biały samochód nieśpiesznie ruszył w kierunku centrum.
Spała niespokojnie. Pod jej powiekami przesuwały się obrazy wirującego
lasu. Stała pośród drzew, których gałęzie poruszały się wokół niej. W ułamku sekundy zapadła ciemność. Wszechobecna i czarna jak smoła z samego dna piekieł. Po chwili pojedyncze smugi światła przebiły się
przez gałęzie. Padały na zawiniątko leżące na poszyciu. Do tej pory była
pewna, że się nie poruszało. Jednak gdy schyliła się, żeby zobaczyć, co
to, ciało martwego chłopca zaczęło drgać i zmieniać kształt. Rozciągało
się i kurczyło. Zwłoki przepoczwarzały się w konwulsjach, aż w końcu
znieruchomiały. Korony drzew rozchyliły się i wpuściły więcej światła.
Jej oczom ukazał się prawdziwy widok. Zamiast chłopca na mchu leżała
dziewczynka. Rozpoznała w niej własne dziecko. Obudziła się z krzykiem.
Zegar u sąsiadów wybijał piątą.
* * *
Najpierw należało się upewnić, czy drzwi są dobrze zamknięte od środka.
Zwinne palce rozciągnęły sznurek i zakręciły jego końce na wbitych w ścianę haczykach. Sprawdziły napięcie linki. Była dobrze naprężona.
Wzrok skupił się na szukaniu pudełka ze spinaczami do papieru. Z cichym
trzaskiem rozsypały się po stole. Miejsce, mało miejsca na to wszystko.
Za mało na postawienie trzech kuwet. Spinacze wróciły do pudełka i powędrowały na siedzenie krzesła. Sięgnie po nie, gdy będzie trzeba.
Tak, dużo lepiej. Teraz kuwety. Dno pierwszej powoli zapełniło się wodą
z octem, pozostałych dwóch - wywoływaczem i płynem utrwalającym. Za dużo
światła. Ciche pstryknięcie zgasiło żarówkę. Wysunięte przed siebie ręce
macały ciemność. Krzesło, stół i leżący na nim scyzoryk. Ostrze
otworzyło delikatnie kasetkę aparatu. Klisza nadal była naciągnięta.
Wystarczyło nawinąć ją na spiralę koreksu i docisnąć zamknięcie.
Kolejne kroki do ściany. Pstryk. Powieki odruchowo zacisnęły się od
blasku żarówki.
Palce podsunęły gotową kliszę pod światło lampy. Szkło powiększające
było trochę porysowane, ale po przyłożeniu go do kliszy i tak było
widać, że ostrość negatywu jest doskonała.
Coś zaszeleściło na korytarzu. Znów kroki do drzwi, przyłożenie ucha i oczekiwanie. Trzaśnięcie drzwi gdzieś dalej. Jest dobrze, jest
bezpiecznie, przynajmniej na razie. Trzeba się śpieszyć.
Kolejny pstryk. Błysk zapalniczki i wymiana żarówki na czerwoną.
Oczy wpatrywały się jak zahipnotyzowane w pływającą w kuwecie odbitkę.
To było naprawdę fascynujące obserwować, jak kształty na zdjęciach
nabierają ostrości. Drewniane szczypce poruszyły odbitkę i docisnęły ją
do dna kuwety. Półtorej minuty. Doskonałe.
Leżąca na trawie czarno-biała postać wyglądała żałośnie. Byłoby dużo
lepiej, gdyby nogi dzieciaka zostały przesunięte trochę bardziej w lewo.
Jeszcze twarz. Lekko skrzywiona, ale nie wystraszona. Oczy i ten grymas...
Idealnie. Wystarczy odczekać, aż zdjęcie wyschnie. Będzie gotowe na
jutro. Teraz trzeba odpocząć, dużo się wydarzyło.
Płyny z kuwet zniknęły w odpływie umywalki. Plastikowe pudełka rzucone
na podłogę uderzyły jedne o drugie z głuchym hukiem. Palce poprawiły
schnące na sznurze zdjęcie.
Pstryk.
ROZDZIAŁ II
- Jesteś wreszcie! - Julia podniosła wzrok znad filiżanki kawy.
Stołówkowa lura, ale po nocnych koszmarach każda dawka kofeiny była na
wagę złota. - Już myślałam, że zostałaś w tym najbardziej ze słonecznych
krajów, żeby wypasać wielbłądy.
Michalina wróciła z Egiptu, gdzie ukończyła kurs nurkowania, i teraz
stała w drzwiach uśmiechnięta od ucha do ucha. Wypłowiałe od słońca
blond włosy kontrastowały z różową opalenizną. O tym wyjeździe trąbiła
od początku wakacji. Odkładała każdy grosz, nie chcąc zapożyczać się u rodziców. Matka pracowała jako księgowa w prywatnej firmie eksportującej
na Wschód wyroby bieliźniane, o których Michalina nie wyrażała się
inaczej jak "gacie". Ojciec od niedawna prowadził niewielki sklepik
zoologiczny. Schodziło się do niego z ulicy po trzech wąskich schodkach.
Julia była tam kilka razy z Sylwią. Córka tarmosiła wszystkie króliki po
kolei i podstawiała papugom palce do dziobania.
- Tęskniłaś? - Bodnar wygięła się rozkosznie do tyłu, napinając świeżo
wyćwiczone mięśnie ramion. Przez ostatnich kilka tygodni przed wyjazdem
nie wychodziła z siłowni. Obiecała sobie, że będzie najbardziej
wyrzeźbioną uczestniczką tygodniowego kursu nurkowego. Było warto. Poza
czterema całkiem nieźle wysportowanymi facetami reszta prezentowała
marne muskuły. Jej też nie były zbyt pokaźne, mimo to z prawdziwą dumą
podkreślała ich zarys pod krótkimi rękawkami T-shirtu.
- Mam coś dla ciebie. - Podeszła tanecznym krokiem do stolika w kącie
stołówki, jedynego miejsca, gdzie można było zebrać myśli podczas
kolejnej serii wierceń w ścianach.
Położyła przed Julią zawiniętą w bąbelkową folię niewielkich rozmiarów
lampkę nocną. Miała kształt głowy Nefretete.
- Targałaś to przez pół świata? - Julia pogładziła palcem glinianą,
kolorową figurkę. Zajrzała przez górny otwór w nakryciu królewskiej
głowy. Dość dziwne miejsce na umieszczenie żarówki.
- Piękna, prawda? Dla twojej matki mam zapas przypraw. - Michalina
wygrzebała z plecaka kilka przezroczystych torebek bez opisu. Zawahała
się przez chwilę, nie do końca przekonana, czy powinna się z nimi
rozstać, ale położyła je obok lampki. - Co u niej?
Emilia od kilku dni przebywała w szpitalu. Bardziej dla świętego spokoju
niż z rzeczywistej potrzeby. Gdyby Julia miała określić jej stan,
nazwałaby go notoryczną hipochondrią. Dzięki znajomościom Artura
umieściła ją na oddziale, w przeciwnym razie matka ze strachu przed
nieistniejącym nowotworem odeszłaby od zmysłów. Julię gryzły wyrzuty
sumienia, że zajmuje komuś potrzebującemu miejsce, ale tylko do momentu,
gdy usłyszała w słuchawce: "Tu mi wreszcie pomogą, na dobrą sprawę już
mi lepiej". Gwarancja spokoju w domu, bez umierania po kilka razy
dziennie, warta była każdej ceny.
- Wyjdzie z tego - odpowiedziała. Miało być poważnie, ale zabrzmiało
groteskowo. Michalina zrobiła oburzoną minę. Nie mogła zrozumieć, co
śmiesznego jest w leczeniu nowotworu. - Uspokój się, Bodnar, mówiłam ci
wielokrotnie, że moja matka przesadza.
Dziewczyna dalej nic z tego nie rozumiała. Sytuacja sprzed jej wyjazdu
wyglądała poważnie. Istniało nawet zagrożenie usunięcia piersi, tak
przynajmniej informowała wszem wobec matka Julii. Wersja z powolnym
umieraniem przyciągała uwagę i budziła litość.
- Mimo wszystko, cholera! - Michalina skrzywiła się z niesmakiem. -
Wiesz, że gdyby było potrzeba...
- Wiem. Dzięki.
Bodnar rozejrzała się po stołówce. Dochodziła dziesiąta, pomieszczenie z wolna wypełniało się ludźmi. Kładli na stołach teczki ze służbowymi
papierami, co niektórzy wyciągali laptopy lub bawili się komórkami.
- Miałam nadzieję, że gdy wrócę, będzie już po remoncie.
- Gdybyś wróciła za miesiąc, byłaby taka szansa. Wszystko tonie w kilogramach gruzu i litrach farby. Nie ma się gdzie schować. - Julia
rzuciła okiem na kolejne osoby stojące w drzwiach i rozglądające się za
wolnym stolikiem. - Tylko patrzeć, a zaczną rozkładać karimaty na
podłodze.
Gwar rozmów stawał się nie do zniesienia. Uderzenia palców w klawiaturę
denerwowały i rozpraszały myśli. Julia odniosła kubek do okienka zwrotu
brudnych naczyń i ruszyła w stronę wyjścia. Przepraszająco spojrzała na
Michalinę, która pakowała lampę i torebki z przyprawami ponownie do
plecaka. Torba Julii, mimo że pokaźnych rozmiarów, tym razem okazała się
zbyt mała. Dziwnym trafem nie miała jak upchać prezentów z krainy
faraonów. Poza tym nie była do końca przekonana, czy głowa Nefretete
będzie pasowała do jej ikeowskiego wnętrza. Dawno nie widziała czegoś
tak tandetnego jak ten kawałek pomalowanego gipsu. Mógłby konkurować z prezentem, który dostała od przesłodzonej ciotki, siostry Emilii, kiedy
spotkały się siedem lat temu. Julia była wtedy świeżo upieczoną mężatką.
Był to zegar z kukułką, która nigdy nie trafiała w odpowiednią godzinę.
Gliniany ptak żył własnym życiem i wydobywał z siebie skrzekot o dowolnej porze. Musiał opuścić swój brązowy domek - Julia z radością
wyrwała go wraz ze sprężyną.
A teraz lampa. Na razie spoczywała bezpiecznie w plecaku Michaliny. Odda
Nefretete Julii, jak tylko ta znajdzie bardziej pojemną siatkę albo
reklamówkę.
Wyszły przed budynek i usiadły na ławce. Tej samej, zresztą jedynej, na
której poprzedniego dnia Julia siedziała z komisarzem.
- Mamy morderstwo. - Spojrzała badawczo na twarz Bodnar. Dziewczyna
musiała wreszcie wrócić na ziemię, mimo że jej myśli błądziły między
nurkowaniem wśród raf a tarzaniem się w piasku. - Chłopiec, mniej więcej
w wieku mojej córki. Znaleziono go w lesie, niedaleko ścieżki dla
spacerowiczów.
- Sssss... - Michalina wypuściła powietrze przez zęby. - Fatalnie. Czyżby
jacyś kochający rodzice stwierdzili, że dzieciak utrudnia im życie, i postanowili pozbyć się kłopotu?
- Trudno powiedzieć. Zwłaszcza że nie wiemy, kim jest. Nie znamy jego
nazwiska, nie zgłoszono zaginięcia.
- Może nie chciano zgłosić?
- Może. Dziś rano Zasępa miał wysłać faksem do miejscowych szkół zdjęcie
chłopca. Gdzieś przecież musiał się uczyć. Zaczynamy od tego. Nie
znaleziono przy nim legitymacji ani niczego, co pozwalałoby na
identyfikację.
- Jak zginął? Mamy jakieś poszlaki? - Michalina ostrożnie postawiła
plecak z lampą na ziemi, żeby upadek nie zagroził drogocennemu
egipskiemu cacku.
- Uszkodzone kręgi szyjne.
- Skręcenie karku?
- Śmierć spowodowało raczej silne uderzenie.
- Okropne. Niektórzy ludzie nie powinni mieć dzieci. - Michalina
uchwyciła pytający wzrok Julii. - Nie mówię przecież o tobie - dodała
pośpiesznie. - Ty to całkiem co innego. Zostawili ci Sylwię, to chyba
coś znaczy. Ogarniesz się ze swoim życiem i sprawy same się ułożą,
zobaczysz.
Sprawy, chociaż chwilowo się ułożyły, wcale nie wyglądały najlepiej.
Wizja pozbawienia praw do opieki nad Sylwią wisiała nad głową Julii jak
chmura gradowa. W sądzie Daniel wytoczył przeciwko niej najcięższe
działa. Wywlókł wszystkie brudy, na czele z jej uzależnieniem
alkoholowym, dokładnie tak jak się tego spodziewała. Dostała nadzór
kuratora i dodatkowo musiała przyjmować regularne wizyty miłej pani z opieki społecznej. W grudniu sprawa wróci na wokandę i wszystko zacznie
się od nowa: przesłuchania, relacje świadków i inne atrakcje. Gdyby ktoś
powiedział jej kilka miesięcy temu, że sprawy przybiorą taki obrót,
wyśmiałaby go i wyrzuciła za drzwi. Teraz wcale nie było jej do śmiechu.
Sylwia, obecnie pierwszoklasistka, była nieświadoma tej wojny.
Zachwycona nowymi koleżankami z klasy z dumą opowiadała o mamie, która
łapie przestępców i wsadza ich za kratki. O ojcu nie mówiła wcale. Jego
życie u boku nowej kochanki było jej całkowicie obojętne. Julia
postanowiła nie uświadamiać córki, że za kilka tygodni być może będzie
musiała zamieszkać z ojcem. Odsuwała od siebie te myśli, pragnęła
zapomnieć o tym, co się wokół niej dzieje, i udawać choć przez chwilę,
że to tylko zły sen. Michalina miała rację: trzeba wierzyć, że wszystko
się ułoży; że ostateczna decyzja sądu przechyli szalę zwycięstwa na jej
stronę.
- Przeszukaliście las? - Michalina wyrwała ją z rozmyślań.
- Tak. Z tego, co wiem, ludzie Zasępy znaleźli w zaroślach mały chlebak,
w którym były herbatniki i butelka soku jabłkowego. Nie widziałam
jeszcze tego chlebaka, Zasępa trzyma go u siebie. To wszystko.
Jakby na zawołanie zwróciły oczy w kierunku idącego w ich stronę Zasępy.
Strzepywał z marynarki pył, który unosił się w całym budynku i wciskał w każdą najmniejszą szczelinę.
- Przeniosłyście biuro na zewnątrz? - spytał i obrzucił bacznym
spojrzeniem opaleniznę Michaliny. - Swoją drogą całkiem mądrze,
zważywszy na to, co dzieje się w środku. Powoli zaczynam mieć tego
dosyć. Mogliby chociaż zafundować maseczki na twarz, takie jakie noszą
Japończycy czy Chińczycy. Zresztą jeden czort!
- Naprawdę chciałbyś zakryć swe szlachetne oblicze? Jakoś ciężko mi to
sobie wyobrazić. - Bodnar wróciła z dalekiej podróży. - Każdy dzień bez
oglądania cię w całej okazałości byłby dniem straconym. Przynajmniej dla
mnie.
- Nie było dłuższych kursów? Na przykład kwartalnych? - odciął się
Zasępa. - Ja, w przeciwieństwie do ciebie, Bodnar, dałbym sobie radę bez
oglądania twojej pryszczatej buzi.
- Okej, wymianę powitalnych uprzejmości uważam za skończoną. - Julia
wyciągnęła rękę w stronę kartek papieru, którymi Zasępa wymachiwał w powietrzu. - Co tam masz? Informacje ze szkół?
- Tak. Z dwóch. Jednej zwykłej, drugiej tej dziwnej, przy starym parku.
Obie potwierdziły tożsamość zmarłego. Z tej zwykłej wypisano chłopca w zeszłym roku. Przeniósł się do Szymanowskiego po pierwszym półroczu.
Julia przebiegła wzrokiem zawartość kartek. Nazwisko chłopca pokrywało
się w obu przypadkach: Szymon Sitarz, lat dziewięć. Wyglądał na rok lub
dwa młodszego, niż był w rzeczywistości. Adres zamieszkania wskazywał
blokowisko w centrum miasta. Nie mogło być żadnej pomyłki, dane z obu
źródeł były identyczne.
- Trzeba tam pojechać. Rodzina powinna jak najszybciej zidentyfikować
ciało. Dobra robota, Zasępa. Wiemy przynajmniej, że nie szukamy igły w stogu siana.
Złożyła kartki i przeciągnęła palcami po zgięciu.
Osiedle wyglądało jak tysiące innych w kraju. Betonowe, z trzepakiem, na
którym mimo wiejącego ostro wiatru wisiały uczepione nogami do góry
dzieciaki. Osiedlowy trawnik był udeptany przez biegające po nim setki
trampek i adidasów i upstrzony kilkoma rozmokłymi psimi kupami. Ze
śmietnika wysypywały się śmieci szarpane podmuchami wiatru. Stado wron
przysiadło na jego dachu, wypatrując co lepszych kąsków w przepełnionych
kontenerach.
Julia weszła do klatki bez windy. Drzwi były otwarte, nie zainstalowano
tu jeszcze domofonów. Czwarte piętro, drzwi z jednym zamkiem pomalowane
na pomarańczowy kolor, który w zamierzeniu miał być brzoskwiniowy.
Nacisnęła guzik dzwonka. Drzwi otworzyła dziewczyna z papierosem w ustach. Miała oczy obrysowane dokoła niedokładnie roztartą czarną
kredką, przez co wyglądała jak panda albo jakby ją ktoś obił. Dżinsy
opuszczone do połowy bioder, stopy bose. W pępku, który wystawał spod
krótkiego swetra, tkwił kolczyk. Zwykła srebrna kulka.
Dziewczyna strząsnęła popiół na posadzkę i oparła się o framugę. Miała
wyjątkowo tępy wyraz twarzy.
- Kto i do kogo? - Potarła palcami kąciki ust.
- Jesteś sama? - Julia postanowiła być delikatna. Na wszelki wypadek,
gdyby panda miała okazać się siostrą zmarłego chłopca.
Dziewczyna obejrzała się za siebie.
- Jest matka. A ty co? Ze szkoły? Z kuratorium znaczy? Już mówiłam, że
kończę karierę naukową. Nie bawi mnie to. Matka nie ma nic do gadania,
to i gówno pomoże. Jeśli to wszystko, ogłaszam koniec wizyty.
Odsunęła się od drzwi, chcąc zamknąć je Julii przed nosem. Krawiec
otworzyła drzwi jednym pchnięciem ręki, wyminęła dziewczynę i weszła do
środka.
Przedpokój był wyłożony pociemniałą ze starości drewnianą boazerią.
Relikt z lat osiemdziesiątych. Na wbitych w deszczułki gwoździach
wisiały małe obrazki - zasuszone kwiaty za szkłem. Pod ścianą stała
szafka na buty, a nad nią wisiało lustro, oczywiście w drewnianej
oprawie. Na wprost wejścia nad drzwiami do pokoju znajdował się pawlacz,
w którym nie domykały się drzwiczki. Wąski przedpokój miał kształt
litery L. Na jego drugim końcu, pod jedną ze ścian, stała klatka z chomikiem.
- Mały dziad hałasuje po nocach. - Dziewczyna minęła klatkę i weszła do
kuchni, żeby zgasić papierosa. Wsadziła go pod bieżącą wodę i wyrzuciła
mokrego peta do kosza na śmieci.
Zza przymkniętych drzwi pokoju dochodził głos spikera radiowego
czytającego wiadomości. Julia zapukała i pchnęła drzwi. Na wersalce
siedziała bardzo szczupła kobieta. Chude nogi miała splecione na
wysokości kostek, na kolanach trzymała ręczną robótkę. Koło niej stał
koszyk z nićmi do cerowania.
Podniosła wzrok i spojrzała na gościa przez grube szkła. Z powodu
silnych soczewek jej oczy wyglądały jak małe kulki.
- Pani do mnie? - Odłożyła robótkę i ściszyła radio.
Julia stanęła na wprost niej. Dopiero teraz zauważyła kilka sukienek i bluzek czekających na naprawę.
- Ładne. - Kłamstwo gładko przeszło Julii przez usta.
- Kupiłam wczoraj. - Kobieta wydawała się zawstydzona. - Używana odzież
bywa nie najgorsza. Wystarczy kilka poprawek - wytłumaczyła pośpiesznie.
- Pani też przyniosła coś do przeszycia?
Julia w mgnieniu oka zrozumiała wszystko: biedny dom w biednej
dzielnicy, ubrania z second-handu i niczego nieświadoma, przygnieciona
życiem kobieta.
- Pani Sitarz? - Julia przybrała najłagodniejszy ton głosu, na jaki
mogła się zdobyć.
Kobieta kiwnęła głową, zdjęła okulary i szybkim ruchem zamieniła je na
inne. W tych jej oczy nie wyglądały już tak groteskowo.
- Julia Krawiec z komisariatu przy Rzecznej. - Dla przyzwoitości chciała
sięgnąć po legitymację, ale zrezygnowała w ostatniej chwili. Uznała, że
nie czas na formalności.
Do pokoju wsunęła się dziewczyna i usiadła okrakiem na krześle. Kiwała
się w przód i w tył, wypuszczając z ust balony z gumy do żucia.
- Trzeba było tak od razu - odezwała się nieproszona. - Lepsza glina od
tych głupków z kuratorium.
- Krystyno, proszę cię! - Kobieta zwróciła się do córki z pretensją w głosie.
- Kristi, do wszystkich diabłów! Mówiłam ci setki razy, żebyś zwracała
się do mnie Kristi! Ta durna Krystyna doprowadza mnie do szału! Co ci
przyszło do głowy, żeby dać mi takie beznadziejne imię?! Nie było
innych?! - krzyczała prosto w twarz matki.
Julia chrząknęła, próbując się przebić przez wrzaski dziewczyny.
- To, z czym przychodzę, jest naprawdę ważne. Chodzi o pani syna.
Twarz kobiety znieruchomiała. Patrzyła na stojącą przed nią postać.
Młoda policjantka z kasztanowymi włosami związanymi w kucyk była nad
wyraz poważna.
- Coś się stało? - Matka Szymona podniosła rękę, zasłaniając usta. -
Wypadek? Na pewno mieli wypadek!
- Owszem, zdarzyło się nieszczęście, ale to nie był wypadek. Wczoraj
znaleziono pani syna w lesie. Nie żyje od kilku dni. Bardzo mi przykro.
Chude palce zacisnęły się na spódnicy. Kobieta zaczęła oddychać
szybciej. Z sekundy na sekundę jej i tak blada twarz zamieniała się w pergamin.
- Pani kłamie - wymamrotała, ledwie poruszając ustami. - To nie może być
prawda. Mój syn przebywa na szkolnym obozie. Szkolnym obozie, rozumie
pani? Wyjechało ich dużo... dużo dzieci, wszystkie trzecie klasy. Szymon
jest w Żelazowej Woli, jutro wraca. Autokar przyjeżdża o siódmej
trzydzieści.
- Proszę mi wybaczyć, ale muszę panią zapytać, czy Szymon był ubrany w sweter w pasy i miał ze sobą chlebak w kolorze moro?
Kobieta osunęła się na leżące na wersalce sukienki z second-handu.
* * *
- Staraj się bardziej. - Artur Maciejewski wskazał palcem krzywo
napisane zdanie.
Sylwia z językiem wysuniętym na brodę uzupełniała kolejną linijkę w zeszycie. Odtrąciła jego rękę i z premedytacją napisała kolejne zdanie
takimi samymi kulfonami. Wiedziała, że miłego wujka Artura to nie
zdenerwuje. Odkąd zaczął wpadać do niej i do mamy częściej, w domu
zrobiło się miło i rodzinnie. Teraz też z dobrotliwym uśmiechem
przyglądał się rozciągniętym poza linię literom. W końcu pogłaskał ją po
głowie i poszedł do kuchni odgrzać wczorajsze spaghetti.
Julia stała na balkonie oparta o barierkę. W dole dwóch chłopców goniło
za piłką i mocnymi kopniakami uderzało nią w ścianę bloku.
- Co jest? - Artur stanął za jej plecami, postawiwszy uprzednio przed
Sylwią talerz makaronu z sosem bolońskim. Zabrała się do jedzenia z apetytem, jakby od rana chodziła głodna. Wciągała nitki makaronu,
rozbryzgując sos na policzkach.
- Ktoś zatłukł dzieciaka, takiego jak ci dwaj tam na dole. Dziś
zawiozłam jego matkę na identyfikację zwłok.
- Rozpoznała go?
- Uhm. Ciężko było na to patrzeć. Bałam się, że tego nie udźwignę. Nawet
mówić o tym jest mi trudno.
Artur przymknął drzwi balkonowe, żeby Sylwia nie słyszała ich rozmowy.
Zajęta jedzeniem wpatrywała się w kolorowe kartki podręcznika z jakąś
fascynującą czytanką.
- Ostatnio przytrafiają ci się dziwne wahania nastroju. Nie musisz
zaprzeczać, widzę przecież. Zbrodnia jak każda inna. Nie powinnaś sobie
odpuszczać. To nie jest w twoim stylu.
Wzruszyła ramionami. Chłopcy odbijali piłkę głową, naliczyła trzynaście
odbić.
- Jestem w psychicznej rozsypce.
- Psychiczne rozsypki są dla mnie jak bułka z masłem.
- Tak, wiem, doktorku. Nie ma lepszych od ciebie - przytaknęła,
wpatrując się dla odmiany w kominy na dachu sąsiedniego bloku. - Od lat
matka namawia mnie na rzucenie tej roboty, może zna mnie lepiej niż ja
siebie. Udaję chojraka, a tak naprawdę trzęsę się w środku przed tą
sprawą.
Poczuła obejmujące ją ramiona. Artur pachniał tak, jak lubiła. Jego
Armani zawsze wyzwalał w niej najlepsze instynkty. Przymknęła oczy i delektowała się zapachem. Boże, jak ona kochała tego faceta. Był zawsze
we właściwym miejscu i właściwym czasie, jakby miał szósty zmysł.
- Jeśli chcesz znać moje zdanie... - Jego ciepły szept płynął do jej ucha.
- Pomyśl tylko, matce tego zabitego chłopca w jednej chwili skończył się
świat. Naprawdę mogłabyś żyć ze świadomością, że zabójca cieszy się tą
samą wolnością co ty czy ja, a zwłaszcza twoja córka?
- Przestań, to nie fair.
- Nie fair jest to, co roisz sobie teraz w głowie. Chcesz dać nogę, bo
boisz się, że poniesiesz porażkę?
- Ja nie ponoszę porażek.
- I właśnie dlatego trzęsiesz portkami, że tym razem nie podołasz.
Wolisz wycofać się, niż stanąć oko w oko z własnym strachem. Rozumiem,
że historia, która przydarzyła się Sylwii, mogła zablokować cię na
sprawy związane z krzywdą dzieci. Ale Sylwia żyje. Może właśnie dlatego,
że zakasałaś rękawy i nie odpuściłaś.
- Nic już nie mów. - Wspomnienia z ubiegłego roku nadal były żywe. - Nie
chcę wracać do tamtego piekła.
- Ktoś inny właśnie w nim jest. - Oczy Artura wyrażały więcej niż tysiąc
słów. - Przemyśl to i przestań się nad sobą użalać.
Wyszedł. Zostawił ją samą. Zza doniczki wyjęła schowaną paczkę
papierosów. Pobawiła się jednym, po czym schowała go z powrotem do
pudełka. Spojrzała przez firankę na Sylwię, która przepisywała z książki
urywek czytanki. Mała podniosła głowę i uśmiechnęła się szczerbatym,
pomidorowym uśmiechem.
ROZDZIAŁ III
Tej nocy spała lepiej. Pewnego dnia Artur wymusił na niej rozmowę z Sylwią na temat tego, że od czasu do czasu będzie u nich nocował. Biła
się z myślami, czy dobrze robi. W końcu zdecydowała, że lepiej będzie
nie odwlekać tej rozmowy w nieskończoność. Sylwia przyjęła nowinę nad
wyraz spokojnie. Nie zadawała niewygodnych pytań, a tego właśnie Julia
obawiała się najbardziej.
Leżała otoczona ramieniem Artura. Spał jak zabity. Wypuszczał z ust
wąski strumień powietrza, który łaskotał ją delikatnie w ucho. Odsunęła
jego rękę na kołdrę i wymknęła się z łóżka.
Dzień wstawał wolno, od razu było widać, że na pogodę nie ma co liczyć.
Jesienne słoty zaczęły się na dobre. Nie lubiła pluchy, a zwłaszcza
chodzenia w szalikach i krępujących ruchy płaszczach. Zazdrościła
ludziom, którzy mieszkali w ciepłych krajach. Wystarczał im jeden sweter
na chłodniejsze wieczory. Żadnych kurtek, kozaków i innych uszanek.
Włożyła dwie grzanki do tostera i wyjrzała przez okno. Za kilka minut
wstaną oboje. Roztrzepała jajka na jajecznicę i podsmażyła cebulę, tak
jak lubiła Sylwia. Poczuła, że znowu ma pełną rodzinę. Jeszcze nie
wiedziała, czy ta myśl bardziej ją cieszy, czy przeraża. W każdym razie
powoli układała sobie życie, a o to przecież chodziło sądowi.
Żeby jeszcze matka wzięła się w garść. Obawiała się, że u Emilii zaczną
się kiedyś problemy z psychiką, ale miała nadzieję, że nie nastąpi to
zbyt szybko. Matka od zawsze lubiła biadolić, znalazła sobie więc powód
do narzekania i robienia z siebie męczennicy.
Grzanki wyskoczyły z tostera. Posmarowała je dżemem i włączyła mały,
radziecki telewizorek, którego za żadne skarby matka nie chciała pozbyć
się z kuchni. Nadawano prognozę pogody. Był dopiero listopad, a już
straszyli przymrozkami. Perspektywa zdecydowanie kiepska, zwłaszcza po
tak krótkim lecie. Przełączyła na TVN24. Zmarła znana pisarka romansów.
Nazwisko powtarzano w co drugim zdaniu, ale Julii wydało się całkiem
obce. Znaczy, że nie była aż tak znana. Jednak zawsze to szkoda,
pomyślała.
Spojrzała na zegarek. Siódma dwanaście. W drzwiach stanęła Sylwia,
zupełnie nieprzytomna chwiała się na chudych nogach w trochę za dużej
piżamie w biedronki. Julia zaprowadziła córkę do łazienki, pomogła jej
się umyć, a potem obie sprawdziły książki w tornistrze. Artur skorzystał
z okazji i wskoczył pod prysznic. Boże, jak to dobrze mieć taki zamęt w domu. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Wszystko będzie dobrze, jest moc.
* * *
Szkoła imienia Karola Szymanowskiego, nazywana przez jej założyciela i dyrektora fabryką talentów, mieściła się w bocznej ulicy, tuż przy
parku. Stary piętrowy budynek z czerwonej cegły z małym balkonem nad
głównym wejściem. Obiekt był kiedyś esbeckim więzieniem, grube kraty
nadal tkwiły w oknach, dokładnie tak jak trzydzieści lat temu. Mówiono,
że z piwnic dochodziły wrzaski i jęki przesłuchiwanych wrogów systemu.
Mijający więzienie ludzie przechodzili wówczas na drugą stronę ulicy.
Lepiej było nic nie słyszeć, o niczym nie wiedzieć. O tamtych
wydarzeniach przypominała wmurowana w ścianę czarna tablica pamiątkowa.
Julia weszła przez frontowe drzwi. Zatrzasnęły się za nią z takim samym
hukiem, z jakim zatrzaskiwały się drzwi starej biblioteki, do której
jako dziecko chodziła z babcią. Podobne korytarze, podobne ciężkie,
drewniane drzwi z mosiężnymi klamkami, kamienna posadzka, od której
echem odbijał się każdy krok.
W powietrzu unosił się zapach geniuszu. Na ścianach wisiały dyplomy i zdjęcia z uroczystości szkolnych, w gablotach stały puchary za wybitne
osiągnięcia absolwentów. Kiedy ona była dzieckiem, taki dyplom znaczył
wszystko. Był powodem do dumy. Teraz młodzież nie przywiązywała uwagi do
kawałka papieru oprawionego w szkło i drewnianą ramkę. Lepsze były
wysokie stypendia, za które można było kupić sobie coś fajnego.
W sekretariacie dyrektora było pusto. Zapukała do kolejnych drzwi.
Starszy, niewysoki mężczyzna z zaczeską na głowie ukłonił się jej
przesadnie nisko. Przypominał przedwojennego aktora, którego nazwisko
wypadło jej z głowy. Pękaty, uśmiechnięty, ciągle gestykulujący rękami.
Aktor zawsze grał albo bogatego ziemianina, albo dyrektora. Podobieństwo
było uderzające.
Kilka słów wyjaśnienia co do celu wizyty spowodowało, że mężczyzna
przestał się kłaniać. Poprawił mankiety bladożółtej koszuli i poprowadził ją korytarzem prosto do sali. Zamknął za nimi dokładnie
drzwi i ruszył w kierunku sceny. Widziała, jak się pręży, żeby dodać
sobie kilka centymetrów. Obcasy jego butów były podbite dodatkowymi
flekami.
- To tu. - Dyrektor szkoły odwrócił się do Julii i wskazał ręką scenę. -
Grał tu ostatni raz ponad dwa tygodnie temu podczas koncertu
jubileuszowego naszej szkoły. Mieliśmy zorganizować tę uroczystość
wcześniej, ale byliśmy pochłonięci przygotowaniami do szkolnych
wycieczek. To nasza wieloletnia tradycja, w listopadzie młodzież
wyjeżdża na kilka dni. Nie potrafię uwierzyć, że doszło do takiej
tragedii...
Mężczyzna seplenił. Mało pożądana cecha u kogoś, kto powinien być
autorytetem dla młodzieży. Do tego zaczeska i otyła sylwetka. Pewnie
dzieciaki się z niego nabijają, pomyślała Julia. Zaczęła się dyskretnie
rozglądać.
- To zwykła sala gimnastyczna - rzekł dyrektor, widząc jej
rozczarowanie. - Nic nadzwyczajnego, ale udało nam się wygospodarować
trochę miejsca na małą estradę. Musimy przygotowywać nasze dzieci do
występów. W końcu to genialna młodzież i nie takie sceny jak ta na nią
czekają, nie uważa pani? - Nie doczekawszy się odpowiedzi, ciągnął: -
Poza tym jest tu całkiem dobra akustyka. Można ćwiczyć głos. Zawsze to
lepsze od szkolnego korytarza.
- Jednym słowem, serce całej szkoły mieści się właśnie tu?
- A gdzieżby indziej? - Dyrektor wdrapał się na scenę i zaczął
przemierzać ją z jednego końca na drugi. - Jest miejsce na fortepian czy
choćby niewielką orkiestrę. Proszę się rozejrzeć. Jest nawet kurtyna,
jak w prawdziwej filharmonii. Poza tym trzeba gdzieś posadzić gości.
Julia patrzyła na chodzącego po scenie mężczyznę. Był wyraźnie
podniecony wizjami kolejnych koncertów i skandującej widowni.
- Jak było tamtego dnia? Wtedy, kiedy Szymon dał swój ostatni występ.
Mężczyzna z lekkim zmieszaniem przeczesał resztki włosów, aby jego
sceniczny wizerunek, mimo braku widowni, był idealny. Potarł ręce, a następnie schował je za plecami.
- W tamtym dniu wszystko zapowiadało się zwyczajnie. Otworzyliśmy
punktualnie o dwunastej. Między południem a pierwszą sekretarka
wpuszczała dzieci i rodziców. Pozostali goście mogli wchodzić dopiero po
pierwszej. Zależało nam na tym, aby rodzice naszych uczniów swobodnie
zajęli miejsca siedzące. Tak więc publiczność wchodziła na dwie tury.
Potem bywa różnie, na pewno pani rozumie, tłok, ścisk.
- Nikt nie zauważył niczego dziwnego? Może ktoś zgłosił panu coś
niepokojącego?
- Co ma pani na myśli? To jest porządna szkoła, zaręczam.
- Nie wątpię. - Julia w ślad za nim weszła na scenę. Fortepian lśnił
kruczoczarnym blaskiem, nie było na nim nawet odrobiny kurzu.
Przeciągnęła palcami po klawiszach. Wydały piękny dźwięk, ale zupełnie
nieskoordynowany, bardziej w stylu jazzowym niż klasycznym. - Jednak nie
w każdej szkole dochodzi do zabójstwa ucznia. Zatem nic nie zauważono?
Dyrektor zawahał się przez chwilę, po czym podszedł do niej i zatrzasnął
wieko fortepianu. Głuchy brzęk rozszedł się po pustej sali.
- Jeśli insynuuje pani, że nie panujemy nad sytuacją w szkole...
- Ja niczego nie insynuuję. Próbuję zrozumieć, w jaki sposób doszło do
zamordowania dziewięcioletniego ucznia pańskiej szkoły, dyrektorze.
Nie spuszczała z niego wzroku. Okrąglutki dyrektorek sprawiał wrażenie
podirytowanego. Potarł nos, a za moment czoło. Wcale nie było spocone.
Dobrze znała te wszystkie gesty zwane mową ciała. Stara szkoła
psychologii.
- Nie mamy sobie nic do zarzucenia - powiedział z naciskiem na "nic". -
Koncert przebiegał zwyczajnym trybem. Dzieci popisywały się
zdolnościami, widownia klaskała. To prawdziwa kuźnia talentów. Dlatego
wolałbym, żeby ta sprawa nie rozniosła się między uczniami. Mogłoby to
odstraszyć rodziców, a przecież nam wszystkim zależy, aby kształcić
przyszłych geniuszy w spokojnej i bezpiecznej atmosferze.
- Pobożne życzenia. - Julia oparła się o skrzynię fortepianu. - Takie
informacje roznoszą się jak dżuma. Wystarczy jeden dzień, a szkoła
będzie huczeć od plotek. Naprawdę wierzy pan, że śmierć Szymona
przejdzie bez echa?
- Jeśli tylko policja będzie współpracować, nikt poza rodziną się nie
dowie.
- Jeśli policja będzie współpracować? - Julia ceniła ludzi z poczuciem
humoru, ale pod jednym warunkiem. Że nie było chamskie. - Mam
przemilczeć morderstwo, żeby miał pan święty spokój? Pan oszalał.
Mężczyzna zrobił gest, jakby chciał złapać ją za gardło. Z trudem
powściągnął emocje i schował ręce za plecami. Zacisnął place, aż
paznokcie wbiły się w tłustą dłoń.
- Chce pani zniszczyć mój wieloletni dorobek.
- Nie - odpowiedziała Julia ze spokojem. - Chcę znaleźć zabójcę chłopca
i zrobię to, choćby ta buda miała wylecieć w powietrze razem z panem.
Będzie mógł się pan przyglądać z góry, jak rodzice w popłochu zabierają
swoje genialne dzieci i pakują je do samochodów. Nie zostanie tu kamień
na kamieniu. Pasuje panu taka wizja? Zrobił się pan dziwnie blady.
- Nie zrobicie mi tego - wybełkotał. - Ani tym bardziej dzieciom.
Przecież to wszystko jest dla nich. Ten biedny chłopiec... ta szkoła była
dla niego jedyną szansą. Myśleliśmy o stypendium dla Szymona, był
wybitnym uczniem.
- Dzieci, szansa, szczytne cele i stypendia. Do cholery, jeden z waszych
wychowanków został znaleziony z przetrąconym karkiem, a pan mi tu o stypendiach?! Co pan chce przede mną ukryć?
- Nic takiego nie powiedziałem, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby...
- Nie musiał pan. Fabryka talentów, tak pan to ujął? Czy może zwykła
bańka mydlana i wyciąganie pieniędzy od państwa?
Przełknął ślinę. Jego twarz zrobiła się purpurowa. Zerknął na zegarek.
- Wychowawca klasy powinien tu być za kilka godzin. On z panią
porozmawia. Wyjechał z dziećmi do Żelazowej Woli na kilkudniowy obóz,
ale zgodnie z planem powinni wrócić po zmierzchu.
- Szymon miał jechać ze wszystkimi, prawda? W takim razie dlaczego nikt
ze szkoły nie zawiadomił matki, że nie ma go w autokarze?
Nie odpowiedział, przeżuł tylko coś i zacisnął usta. Ukłonił się
niedbale i zszedł ze sceny.
- Proszę więc zostawić wychowawcy informację, żeby skontaktował się ze
mną, kiedy tylko wróci. A, jeszcze jedno. Jak ma na nazwisko wychowawca
Szymona?
Mężczyzna odwrócił się przez ramię.
- Maestro Hinc.
Zbyt głośno zamknął za sobą drzwi.
- Maestro! - parsknęła Julia. Ponownie otworzyła klapę fortepianu i stojąc nad klawiszami, zaczęła przesuwać po nich palcami. Grała starą
kołysankę, jedyną melodię, jakiej nauczyła się w dzieciństwie. Klawisze
piekły ją w palce. Miała wrażenie, że gdy ich dotyka, czuje obecność
chłopca. Zakręciło jej się w głowie. Schyliła się i wciągnęła głęboko
powietrze. Jeszcze raz dotknęła palcami pożółkłej klawiatury i zamknęła
wieko.
* * *
Twardy grafit ostrzył się z oporem. Trzeba było chwycić ołówek mocniej,
żeby nie porysować oprawki ostrzem żyletki. Gdy rysik stał się
dostatecznie ostry, wystarczyło potrzeć go papierem ściernym i wyczyścić
kawałkiem waty. Czarna kreska musi pójść po kartce równo, na pewno tak
samo pójdzie po płótnie.
Światło lampy padło na sztalugę. Nie było idealnie, pierwsza kreska
poszła krzywo.
Mała poprawka i roztarcie linii drżącym palcem. Teraz dobrze.
Dosuwany do sztalugi stołek zazgrzytał po podłodze i zaczepił nogą o róg chodnika. Spokojnie, jeden ruch ręki i wszystko będzie na powrót
ustawione tak jak trzeba, nie dalej niż pół metra od drewnianego
stojaka.
Kaleczenie pinezką płótna byłoby świętokradztwem. Metalowy klips
przytwierdził fotografię do górnej części ramy. Zdjęcie przez noc
wyschło idealnie. Wyszło dużo lepiej, niż można się było spodziewać.
Wyraźnie i bez odbarwień.
Kolejnych kilka kresek i kolejne roztarcia palcami. Podłużne bale
drewna nakładały się na siebie. Te na samej górze były najcieńsze. Jeden
rzut oka zadecydował, że konieczne będzie nadanie większego mroku.
Drzewom i trawie. Muszą być złowieszcze, w końcu są świadkami snu. Też
mrocznego. Kolejne ruchy ołówka.
Teraz tułów. Ramiona chude, ale lekko zaokrąglone od swetra, identyczne
jak na zdjęciu. Nic nie może być gorsze od oryginału, może być jedynie
lepsze, bardziej przejmujące.
Głowa. Przedziałek biegnący równo po prawej stronie, włos przy włosie.
Ostre ruchy rysikiem. Raz za razem.
Oczy. Lepiej nie rysować oczu, to takie dramatyczne. Wystarczą dwie
ciemne plamy. Dalej sweter w pasy i spodnie. I te biedne podniszczone
buty. Jeszcze więcej drzew, bliżej, nad samym ciałem. Pochyliły się nad
narysowaną postacią w osobliwy sposób. Ich wierzchołki stworzyły iglastą
aureolę. Bosko.
Właściwie koniec, ale rysunkowi czegoś brakowało, czegoś
charakterystycznego. Z drewnianego pudełka palce wyjęły pomarańczową
kredkę. Nie był to profesjonalny rysik, ale trudno. Kilka pociągnięć na
płótnie nadało włosom narysowanej postaci odpowiedni kolor. Tak, teraz
dobrze, bardzo dobrze.
Obraz na zdjęciu był identyczny ze stworzonym przed kilkoma minutami
rysunkiem. Ciszę w pomieszczeniu zakłóciło pojedyncze klaśnięcie w umazane ołówkiem dłonie. Usta wygięły się w słodko-gorzki uśmiech.
* * *
- Proszę się dobrze zastanowić. Muszę to wiedzieć. - Julia usiadła na
zapadającej się wersalce obok matki Szymona. Ograniczyła poprzednią
wizytę do przekazania informacji o śmierci chłopca, nie miała sumienia
dręczyć pytaniami tej biednej kobiety. Wróciła do zarzuconego starymi
ciuchami mieszkania na drugi dzień. - Ktoś powinien przekazać mu
wiadomość o śmierci syna. Nawet najgorsi ojcowie zasługują na to, żeby
pożegnać się z własnym dzieckiem.
Sitarzowa spojrzała na nią niewidzącym wzrokiem. Jej twarz, z natury
pełna dobroci i łagodności, wyglądała, jakby ktoś naciągnął na kości
czaszki gumową, pomarszczoną maskę. Krótko ścięte włosy przylepiły się
do prześwitującej przez nie skóry. Nie miała ani siły, ani głowy do
wykonywania nawet tak podstawowych czynności, jak mycie włosów. Nie
myślała o niczym, w głowie miała kompletną pustkę, podobnie jak w oczach.
- On nie będzie chciał się pożegnać z moim chłopcem. Nigdy mu na nim nie
zależało. Szymon był tylko mój - powiedziała, patrząc na wiszący na
przeciwległej ścianie obraz, który jak na ironię przedstawiał leśny
zakątek z wydeptaną przez zwierzęta ścieżką.
- Rozstaliście się z mężem? Mimo to ma prawo wiedzieć.
Nawet nie wzruszyła ramionami. Jej powieki poruszały się rzadko,
zamykając się na dłuższą chwilę, jakby chciała zatrzymać pod nimi jak
najdłużej ciemność, po czym znowu się otwierały, odsłaniając zielone
tęczówki zmęczonych oczu. Julia bała się, że w każdej chwili może
stracić z nią kontakt, że kobieta odpłynie w swój świat i już do niej
nie wróci. Ta jednak wzięła kilka płytkich oddechów i zaczęła mówić.
- Ojciec Szymona nigdy nie wierzył, że to jego dziecko. Nazywał go
bękartem albo złym duchem tego domu. Nie chciał go i na każdym kroku
dawał mu to do zrozumienia.
- Miał powody, żeby nie uznać syna?
Kobieta nagle przybrała łagodniejszy wyraz twarzy. Jej oczy zabłysły na
wspomnienie czegoś, co miało miejsce przed laty. Nie musiała odpowiadać.
Julia rozumiała bez słów.
- Chciał, żebym zrobiła test na ojcostwo. Nigdy się na to nie zgodziłam.
- Bała się pani wyników?
Sitarzowa położyła łokcie na kolanach i podparła rękami brodę.
Zasłaniała usta palcami, pocierając opuszkami drobny meszek nad górną
wargą.
- Nie mogłam dopuścić do plotek. Zgodnie z prawem mąż był ojcem Szymka i tak miało zostać. Poza tym nie było dla mnie ważne, czyim synem był
naprawdę. Najważniejsze, że był moim dzieckiem. Kochałam go ponad
wszystko.
Schowała twarz w dłoniach. Jej ciałem wstrząsnął płacz. Dusiła go w sobie, kwiliła cicho. Nie było krzyku, spazmów, zwierzęcego wycia, które
zapewne by jej pomogło.
- A córka? - spytała Julia.
- Krystyna? - Sitarzowa otarła wnętrzem dłoni policzki. - Jest jego.
- Czy to możliwe, że chciałby zemścić się na pani za, nazwijmy to, ten
swój brak pewności co do ojcostwa Szymona i...
- ...zabić go? - dokończyła kobieta. Wyglądała na przerażoną. - To
niemożliwe... nie odważyłby się.
- Kiedy ostatnio kontaktował się z synem?
Kobieta zawahała się. Wstała z wersalki i zajrzała do szafki w regale na
wysoki połysk.
- Półtora miesiąca temu. Zaznaczyłam w kalendarzu, żeby nie zapomnieć.
- Po co się z nim spotykał, skoro nie wierzył, że to jego dziecko?
- Może się to pani wydać dziwne, ale Szymon był lubiany i, jak pani
wiadomo, pięknie grał na fortepianie. Mąż chciał, żeby syn zagrał u niego na jakiejś uroczystości. Oczywiście za darmo. Ma u siebie w domu
mały keyboard. Drugi taki sam kupił kiedyś Szymonowi. Chyba na złość, bo
syn od początku nie znosił tego instrumentu. Dla niego to nie to samo co
pianino czy fortepian.
- Uległ ojcu? Wtedy, kiedy miał u niego grać?
- Nie wiedział, co ma zrobić. Bał się i nie chciał mu podpaść, z drugiej
strony nie lubił, gdy ojciec traktował go jak jakiegoś grajka i kazał
zabawiać towarzystwo. Syn był w rozterce. W końcu odmówił. Ojciec ze
złości chwycił go za głowę i uderzył o ścianę. Nie obchodziło go, że
Szymek miał chore ucho. Mały płakał przez całą noc, nad ranem dostał
gorączki. Od tamtego dnia mąż nie pojawił się u nas.
- Nie szukał kontaktu?
- Nie.
- Mimo to muszę się z nim spotkać. Jeśli nie jest zamieszany w to, co
przydarzyło się pani synowi, powinien mieć solidne alibi.
Kobieta urwała kawałek gazety i napisała adres. Julia spodziewała się
jakiejś meliny lub przytuliska, jednak adres wskazywał na lepszą część
miasta. Była tam kilka razy, dwa sąsiadujące ze sobą luksusowe osiedla.
Z ochroną i zamykanymi na pilota bramami wjazdowymi.
- Jest pani pewna, że to dobry adres? - Z powątpiewaniem przyjrzała się
temu, co napisała Sitarzowa.
- Że niby wysokie progi?
- To drogie osiedle. Mało kogo na nie stać.
Matka Szymona uśmiechnęła się smutno. Wzięła do ręki wiszący na poręczy
krzesła podkoszulek syna. Znowu ścisnęło ją w gardle.
- Odciął się od nas. I to nie tylko z tego powodu, o którym pani
wspomniałam. Przystojny jest drań, nie mogę powiedzieć. Wstyd o tym
opowiadać, ale nie prowadzi godnego życia i nie zarabia godnie na swoje
utrzymanie.
- Handel papierosami ze Wschodu? To popłaca.
Pokręciła głową.
- Kobiety. Samotne i bogate. Nasza bieda nie była mu w smak, chciał się
wyrwać do lepszego świata. Odwiedzać nocne lokale i pić szampana. Jest
jeszcze młody. Ma czterdzieści dwa lata. Znalazł sobie taki właśnie
sposób na życia. Resztę może sobie pani sama dopowiedzieć.
Julia przyjrzała się bacznie matce Szymona. Jak to jest, że wszystkie
nieszczęścia spadają naraz na barki tych, którzy ledwo są w stanie je
udźwignąć. Jakby jakaś niewidzialna siła pchała te sterane życiem
kobiety w ramiona lekkoduchów, oszustów i bawidamków. Może to jednak
prawda, że wystarczy regularnie takim draniom skopywać tyłki, żeby być
szanowaną i rozpieszczaną. Jej własne doświadczenia z Danielem, albo
choćby rozstanie jej rodziców, potwierdzały tylko tę teorię. Nie opłaca
się być pokorną żoną, płaci się za to zbyt wysoką cenę. Dobrze, że jest
przy niej Artur, ale kto wie, jak długo z nią pozostanie? Może zniknie
tak samo szybko, jak się pojawił?
Pożegnała się. Sitarzowa stała w drzwiach, odprowadzając Julię wzrokiem.
Julia nie mogła się nie odwrócić i nie spojrzeć na nią. Lekko zgarbiona
postać wyglądała jak cień. W oczach kobiety dostrzegła jednak nadzieję.
Nie na to, że śmierć jej dziecka jakimś cudem okaże się jedynie złym
snem. Była w nich ufność, że ta młoda policjantka, która pewnie też jest
matką, nie pozwoli, aby jej syn nie zaznał po śmierci spokoju.
Wjechała na policyjny parking i wyłączyła silnik. Deszcz miarowo uderzał
w szyby starego fiata. Nawet gdyby włączyła wycieraczki na najszybsze
obroty, nie byłyby w stanie zbierać takiej ilości wody lejącej się z nieba.
Szum deszczu ją wyciszał, tego w tej chwili potrzebowała najbardziej.
Mimo to w głowie myśli kłębiły się jak stado węży. Myśl o domowej
przemocy nie dawała jej spokoju. Świat się stacza, skoro podnosimy rękę
na własne dzieci, stwierdziła.
Urwana i niesiona wiatrem gałąź odbiła się od przedniej szyby auta.
Sprawdziła, czy szyba nie pękła, po czym z powrotem oparła się o zagłówek. Zamknięta w metalowej skrzynce, biegła myślami od widoku
leśnej ścieżki do własnych spraw, które wyglądały nie mniej koszmarnie.
Powinna teraz zajmować się Sylwią, odłożyć na bok te wszystkie śledztwa,
zagadki i łapanie przestępców. Pół roku, z którego minęło już pięć
miesięcy. Tyle dostała, aby dać szansę sobie i Sylwii. Powtórki nie
będzie. Daniel tylko czeka na jej błąd. Z drugiej strony musi dać z siebie wszystko, żeby nie zawieść tej biednej kobieciny. Odpowiedzieć na
pytanie, dlaczego i jak zginął jej syn. Czy nie tego właśnie chciałaby
ona sama, będąc na jej miejscu? Zabicie dziecka, najpodlejsze ze
wszystkich zabójstw. A jeśli nie rozwiąże tej sprawy? Brak świadków i jak na ten moment brak motywu. Z jakiego powodu zginął dziewięcioletni
chłopiec? Czy dlatego, że nie chciał zagrać ojcu kilku akordów, czy może
wiedział o czymś niewygodnym? Jeśli tak, to o czym?
Wysiadła i zatrzasnęła drzwi auta. Szła przez parking zatopiona w myślach, nie zwracając uwagi na siekący po głowie deszcz. Parasolka
została w samochodzie, zawahała się, czy nie cofnąć się po nią, ale w końcu zrezygnowała. Chłód gęstych kropel miał zbawienny wpływ i przywracał jasność umysłu. Da radę. Z boską pomocą lub bez niej.
- Wszelki duch! - Michalina zerwała się z pokrytego folią krzesła i wyciągnęła ręcznik ze swojej torby treningowej. - Nurkowałaś w Wiśle czy
co?
Z rozkoszą pogładziła odrośniętą na czubku głowy fryzurę. Boki nadal
były bardzo wystrzyżone i pokryte połyskującym żelem.
Julia wytarła mokre strąki w ręcznik i rzuciła go na stół. Bodnar nie
zdążyła go złapać, więc z jednej strony pokrył się białym pyłem.
- Wracam od matki tego zamordowanego dziecka.
- Dom z fortepianem czy wręcz przeciwnie?
- Przeciwnie, i to aż do bólu. To biedna rodzina. Ledwie wiąże koniec z końcem. Pomoc społeczna, Caritas i używane ciuchy. Jednym słowem,
niewesoło jak na szalejący kapitalizm. Na pewno daleko im do marzeń o nurkowaniu w Egipcie, jeśli o to pytasz.
- Według ciebie są poza podejrzeniem? - Michalina z obrzydzeniem
strząsała brud z ręcznika. - Biedni, ale uczciwi, czy tak?
Julia szukała kubka. Stał w szafce, tam gdzie zwykła go stawiać
sprzątaczka. Dobra, porządna kobieta, nie to, co Bodnar, która odstawia
kubki gdzie popadnie. Zajrzała do czajnika, żeby sprawdzić, czy nie ma w nim tony gruzu. Włączyła wodę i zalała neskę wrzątkiem.
- Mam mieszane uczucia. Matka sprawia wrażenie uczciwej, choć, co wydało
mi się dziwne, nie wspomniała ani słowem, że jest dumna z syna. Przecież
matki zazwyczaj pękają z dumy, kiedy mają genialne dzieci. On taki był.
Dziewięcioletni wirtuoz. Na półkach stało kilka pucharów, musiał
zdobywać nagrody. O takich rzeczach się nie milczy.
- A ojciec?
- Nawet nie wie, że jego syn nie żyje od kilku dni. Z zeznań matki
wynika, że jego zainteresowanie dzieckiem koncentrowało się głównie na
uprzykrzaniu mu życia. Mały regularnie zaliczał kuksańce.
- Przemoc domowa? Ciągle się o tym słyszy.
- Facet uważał, że to nie jego dziecko.
- Myślisz, że dlatego posunął się za daleko? Na miłość boską, nie
jesteśmy przecież zwierzętami! Chciał zemsty na chłopcu za to, że jego
matka poszła kiedyś w tango?
- Według matki Szymona to zwykły bawidamek. Dorosły gówniarz, który żyje
ze sponsoringu. Musimy go sprawdzić. Jest jeszcze nastoletnia siostra.
Szkolna dezerterka z luźnym podejściem do życia. Nie sprawiła na mnie
wrażenia przejętej tym, co się stało. Podczas mojej pierwszej wizyty
kiwała się na krześle i słuchała, jak mówiłam, gdzie go znaleźliśmy. Jej
twarz nawet nie drgnęła. Jakbym mówiła o zeszłorocznych skokach
narciarskich, a nie o identyfikacji zwłok jej brata. Zajmiesz się nią,
sprawdzisz, z kim się kontaktuje i gdzie bywa.
- Powalona rodzinka - podsumowała Michalina, wpatrując się w zamyśloną
twarz Julii. Obracała pusty kubek w dłoniach i przyglądała się
pęknięciom na kolorowej porcelanie.
- Genialne dzieci nie giną przez przypadek. Muszę przyjrzeć się temu
bliżej, a ty mi w tym pomożesz, Bodnar. I, do diabła, kup wreszcie jakąś
porządną kawę.
ROZDZIAŁ IV
Kolejka do stoiska z pamiątkami wydłużyła się aż do zakrętu, przy którym
stały bryczki. Konie żuły swój popołudniowy posiłek ze spokojem, tylko
od czasu do czasu łypały oczami na rozgorączkowany tłum dzieciaków.
Krupówki mimo podłej pogody były pełne turystów. Jedni wykorzystywali
zaległe urlopy, drudzy wpadli do Zakopanego z nadzieją, że po letnim
sezonie będzie luźniej i taniej. Nic bardziej mylnego, ludzkie mrowie
przewalało się w tę i z powrotem, nie wiedząc, co robić z wolnym czasem.
Przysiadali na kilka minut na ławkach, wypalali papierosa i ruszali
dalej, żeby zajrzeć do sklepików i budek z przekąskami.
Przy pochylonej latarni kłębił się tłum dzieciaków. Same dziewczynki.
Podskakiwały i piszczały, wyciągając palce w stronę straganowych
wełnianych owieczek. Łapały wiszące na rzemykach dzwonki i potrząsały
nimi, wypróbowując ich brzmienie. Nieistotne, że każdy gadżet
przywędrował tu z Chin. Na metki nikt nie patrzył. Kupione w górach, a to znaczy, że góralskie.
Malwina stała z boku, nie garnęła się do reszty. W czerwonych legginsach
na chudych nogach i mimo przejmującego chłodu w cienkiej wiatrówce z nasuniętym na głowę kapturem związanym pod brodą troczkami. Przyglądała
się koleżankom, które z łatwością wyciągały kolejne dwudziestozłotówki i wymieniały je na owieczki czy pieski z beczułką pod szyją. Nie
znajdowała w tym zakupowym szaleństwie nic zabawnego. Wolała patrzeć na
przysypiające konie. Podeszła do jednego i wyciągnęła rękę do
aksamitnego pyska. Zamszowa sierść załaskotała ją w dłoń. Koń
niespokojnie potrząsnął łbem. Zabrała rękę. Opiekunka przywołała ją
ruchem głowy, po czym głośnym klaśnięciem w dłonie obwieściła koniec
zakupów.
Dziewczęta ustawiały się dwójkami, jak to zwykle na wycieczkach
klasowych. Malwina szła na końcu.
Teraz było ją dobrze widać. Smukła sylwetka, gibka i zwinna. Jeszcze
bardziej niż dwa lata temu, w końcu dzieci tak szybko się zmieniają.
Wtedy była zwykłym dzieciakiem wyginającym się jak guma, jej ruchy były
nieskoordynowane. Ale teraz... Teraz szła z gracją, wyprostowana. Łopatki
ściągnięte do tyłu, głowa uniesiona, jakby była modelką. Wzruszająco
piękna.
Wyminięcie trzech podpitych turystów musiało się odbyć niepostrzeżenie.
Zaśmiewali się z jakiegoś dowcipu i rozglądali na boki. Pewnie za
kolejną karczmą do zaliczenia tego popołudnia. Lepiej ich ominąć
szerokim łukiem, aby nie narazić się na zaczepki. Nic gorszego w takim
miejscu jak uliczna konfrontacja z ludźmi, którzy zwracają na siebie
uwagę. Lepiej odejść na bok. Wreszcie weszli do jednego z lokali
zachęceni muzyką na żywo. Do uszu dobiegł przeciągły gwizd i okrzyki.
Grupa dziewcząt skręciła w boczną uliczkę. Szły w górę, latarnie powoli
się zapalały. Lepiej, gdyby było ciemno. Twarz na wszelki wypadek
schowała w kołnierzu kurtki. Przejście na drugą stronę jezdni było
jednak najlepszym rozwiązaniem. Nie ma to jak stać się niewidocznym.
Stanęły przed niewielkim pensjonatem. Widoczne jak na dłoni. Opiekunka
przepuściła dziewczynki przodem i zamknęła za nimi furtkę. Można było
usłyszeć, co mówiła. Że za godzinę mają się zebrać w sali gimnastycznej.
Po chwili zniknęły w budynku.
Szybkie kroki przez ulicę, metalowe ogrodzenie. Mokre i zimne. To
jednak nie pensjonat. Napis na małej tabliczce na ścianie brzmiał: "Dom
Nauczyciela". Kroki wzdłuż trawnika. Kolejny budynek za ogrodzeniem.
Szkoła. Duża, nowoczesna. Połączona z salą gimnastyczną, w której paliło
się światło. Cienie osób wewnątrz przesuwały się szybko w oknach. Mecz
koszykówki.
Dopiero czwarta. Godzina czekania na wietrze po to, żeby zobaczyć ją
znowu. Można wrócić na Krupówki i kupić puszkę piwa dla zabicia czasu.
Zabicie czasu. Czas. Tyle jest jeszcze do zrobienia. Palce poruszyły się
niecierpliwie w kieszeniach kurtki. Ręce. Prawdziwe dzieło Boga.
Lepiej zostać i poczekać. Znów kroki wzdłuż siatki, furtka, oświetlona
sala połączona długim korytarzem z główną częścią budynku. Tam powinny
być szatnie. Usiądzie pod murem i poczeka. Nie może tego przeoczyć. Nie
tym razem.
Zadzwonił telefon. Odpowie, że wszystko okej i że niedługo wróci do
hotelu. Wtedy pogadają. Przecież nic złego się nie dzieje.
Ręce zagarnęły pod siedzenie liście, żeby nie dotykać spodniami ziemi.
Gra w komórce wypełni biegnące minuty. Jeszcze tylko pół godziny i zaczną się zajęcia na sali gimnastycznej.
* * *
Emilia zamknęła książkę. Historia Jane Eyre miała ją rozerwać, ale
zamiast tego spowodowała smutek. Płacz nazywała chorobą ludzi
bezsilnych, uważała za ułomność. Toteż czując nadciągający potok łez,
wolała przerwać lekturę.
Bóg jej wysłuchał. Lekarz dwukrotnie zapewnił, że mastektomia nie jest
konieczna. Nie wierzyła, dlatego musiał powtórzyć. Z początku wzięła go
za konowała, który nie rozpoznał jej choroby, ale po tym, jak objaśnił
wyniki badań i pokazał wydruk z USG, odpuściła. Może jednak się znał. W każdym razie uratowała pierś. Nie żeby była jej na stare lata
szczególnie potrzebna, ale zawsze co pierś to pierś. Każdego wieczoru
gładziła obfity biust przez koszulę z obawy przed jego utratą.
Myślała wtedy o Julii. To takie naturalne, że kobiety, dotykając piersi
lub patrząc na nie w lustrze, wspominają czasy, kiedy były gładkie i jędrne, zanim przyssały się do nich dzieci. Dzieci zmieniają piersi na
zawsze. Gdy położono Julię na jej brzuchu tuż po porodzie, była jak
pisklę. Maleńka i bezbronna. Doskonale pamięta, jak kręciła się
niecierpliwie, próbując wyssać z niej choćby kilka kropel mleka. Ile to
czasu upłynęło... Tamte dni były dobre i szczęśliwe, tak je zapamiętała.
Dziesięć lat później rozleciało się jej małżeństwo i życie przestało być
miłe. Wspomnienia jak bumerang wróciły i zawładnęły myślami.
Julia powinna dziś wpaść do niej po pracy. Jest w ciągłym biegu, to ją w końcu zniszczy. Emilia prosiła tylko, żeby nie przyprowadzała Sylwii.
Widok tego całego szpitalnego zamętu nie jest dla dziecka. Może Julia
przyjdzie razem z Arturem? Kochała swoją dorosłą córkę całym sercem,
jednak nadal nie potrafiła zrozumieć jej wyborów. Julia była w trzecim
miesiącu ciąży. Wiedziały o tym tylko one dwie. Artur pozostawał
nieświadomy tego, że Julia nosi jego dziecko. Bała się jego reakcji.
Emilia dowiedziała się o ciąży przypadkiem, gdy przed samym pójściem do
szpitala znalazła w koszu na śmieci test ciążowy. Julia nakazała jej
milczeć, przynajmniej do czasu, kiedy sama będzie gotowa powiedzieć o wszystkim Arturowi. Zachowanie całkiem typowe dla Julii.
Drzwi do pokoju uchyliły się. Córka przyszła sama. Pod pachą trzymała
kilka świeżych gazet, żeby matka nie umarła z nudów.
Leżąca pod oknem starsza kobieta obróciła się przez ramię i spojrzała na
gościa. Jej nikt nie odwiedzał. Przyjechała z daleka i nie mogła liczyć
na wizyty członków rodziny z naręczami kwiatów ani ciasteczkami własnego
wypieku.
Emilia patrzyła, jak Julia mocniej zaciska na brzuchu foliowy płaszcz
ochronny i siada na tyle daleko od niej, aby nie przenosić zarazków.
Była blada i wymęczona, jakby nie spała od kilku nocy.
- Zostawiłaś małą w domu? - Poprawiła się na poduszce i wyciągnęła rękę
po gazety.
- Oglądają bajki z doktorkiem.
- Wreszcie masz to, czego chciałaś. - Znów dotknęła piersi. - Należy ci
się trochę szczęścia od życia. Doceń to.
- Doceniam. Jak się czujesz? - Wzrok Julii przebiegł po przykrytym kocem
ciele matki. - Nie jesteś głodna?
Emilia pokręciła głową.
- Tych kilka dni szpitalnej głodówki dobrze mi zrobi. Wiesz przecież, że
jestem na diecie. Co się dzieje w domu?
Julia przysunęła się odrobinę bliżej i pogłaskała matkę po dłoni, którą
ta ciągle trzymała na piersi.
- Myśl o sobie. - Uspokoiła ją łagodnym uśmiechem. - Teraz to jest
najważniejsze.
- Ojciec się odzywał?
W niewinnym pytaniu Emilii Julia wyczuła drugie dno. Ojciec. Od wakacji
miała go stale na głowie. Jego natarczywe telefony z prośbami o spotkania z Sylwią drażniły i doprowadzały do szału. Nie rozumiał odmowy
i nie dopuszczał do siebie myśli, że w jej życiu jest osobą całkowicie
zbędną. Julia wiedziała, że te jego sztuczki i przypadkowe spotkania na
placu zabaw czy przed szkołą to ustawka.
- Postanowiłam zmienić numer telefonu.
- I myślisz, że to go powstrzyma? - Emilia wierciła się niespokojnie na
łóżku.
- Tak. O ile powstrzymam ciebie przed podaniem mu mojego numeru.
- Jesteś w ciąży, więc ci wybaczam. - Matka była wyraźnie poruszona. -
Chciałam spełnić tylko swój obowiązek, zanim odejdę. Nie mogłam
dopuścić, żebyś żyła w nędzy. Ty i twoje dzieci. Co jesteś w stanie
zapewnić im za tę swoją nędzną pensyjkę? Chyba tylko chleb z masłem.
Znów to samo. Dobrze, że wpadła tylko na chwilę i zaraz wyjdzie.
Ostatnio przebywanie z matką źle na nią wpływało. Nie mniej niż duszne
pomieszczenia szpitala. Czuła ciężar w żołądku od wdychania
szpitalnianych zapachów. Za każdym razem, gdy wchodziła do tego budynku
i widziała ogrom chorób, była bliska zemdlenia.
- Co ci jest? - Emilia spojrzała na jej twarz. Julia była jeszcze
bledsza niż kilka chwil temu. - Napij się trochę wody, stoi na dolnej
półce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki