Julia Krawiec (tom 2). Rajskie ptaki - Marta Zaborowska

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ IX

Julia usiadła na ganku z papierosem i próbowała zebrać myśli. Kupiła paczkę mentolowych LM-ów, rozgrzeszając się życiem w ustawicznym stresie. Wciągnęła dym w płuca.

To wszystko stało się tak szybko. Trzy dziewczyny w odstępie zaledwie kilku dni. Seria z automatu. Śmierć Marii Mazur była nie tyle zagadkowa, ile wręcz niewiarygodna. Kolejna ofiara czy może zgon, który nastąpił na skutek ukrytej choroby lub nieszczęśliwego wypadku? Otóż to. Przypadek czy celowe działanie? Czy możliwa jest śmierć w pociągu, gdzie przewijały się dziesiątki osób, a wszystko rozegrało się w biały dzień? Gdyby ktoś chciał ją skrzywdzić, zrobiłby to w odosobnieniu, nie przy świadkach. Drzwi toalety były zamknięte od wewnątrz. Tak samo okno. Ucieczka przez wywietrznik niewiele większy niż ludzka głowa była niemożliwa. To musiał być nieszczęśliwy wypadek. Poślizgnęła się na mokrej od moczu podłodze i osuwając, uderzyła głową o sedes. Głupszej śmierci nie sposób sobie wyobrazić. Biedna dziewczyna. Tak była przejęta zaginięciem Laury. Wtedy nie sądziła jeszcze, że lada dzień podzieli jej los.

Z rozmyślań wyrwał Julię podwójny sygnał nadejścia SMS-a. Zaciągnęła się ostatni raz i zdeptała papierosa na schodku. Kopnęła niedopałek w piach zalegający pod domem. Wylądował obok plastikowego widelca i innych petów.

Matka czy Michalina? Nacisnęła kciukiem klawisz w telefonie. SMS nie przyszedł z żadnego znanego jej numeru. Zawierał tylko jedno słowo: "Zrezygnuj".

* * *

Sońka wylała resztki piwa do zlewu i opłukała szklankę pod strumieniem zimnej wody. Wytarła ręce o spodnie i sięgnęła po paczkę papierosów.

- Zapalisz? - Wyciągnęła dłoń w stronę gościa.

Podpaliła najpierw sobie, potem jemu. W kuchni uniosły się dwie smugi dymu.

- Dzięki za nocleg. - Robert włożył do ust zwinięty w rulon kawałek żółtego sera. - Odwdzięczę się przy okazji.

Wzruszyła ramionami.

- Nie trzeba. Nie robię tego z przymusu. Chcę ci pomóc. Po prostu.

Chciał strzyknąć śliną, ale zreflektował się w ostatniej chwili. Wskazał brodą leżący na podłodze plecak pogryzmolony długopisem lata temu.

- Wieczorem się wyniosę, nie chcę cię narażać.

Sońka zdusiła papierosa i usiadła przy stole. Podparła brodę ręką i wpatrzyła się w jasne włosy chłopaka.

- Może to zabrzmi głupio, ale przy tobie czuję się bezpieczna. Po raz pierwszy w życiu.

Robert zmarszczył czoło i wypuścił dym nosem.

- A co z Brunonem? Odstawiłaś go na bok?

- Sam się odstawił. - Podniosła się z krzesła i wyjrzała przez okno. Nadal było jej przykro po tym, jak ją potraktował w centrum handlowym. - Nie chcę o nim mówić, nie warto. Skończony drań.

Usłyszała za plecami prychnięcie, a potem drwiący śmiech. Bardziej wymuszony przez sytuację niż szczery.

- Wiem. Dlatego był mi potrzebny. Tacy jak on nie zastanawiają się nad tym, co robią. Można się nimi posłużyć jak zabawką, narzędziem czy choćby pistoletem.

- Myślałam, że jest twoim przyjacielem.

Podniósł na nią wzrok. Naiwna mała wierzyła w prawdziwą przyjaźń. Za mało zna życie.

- Nigdy nim nie był. Miał mi wyświadczyć przysługę, to wszystko.

- I wyświadczył?

- W jego interesie jest, żeby zrobił to, co do niego należy. Ktoś, kto zaszkodził mojej rodzinie, nie będzie już wchodził nam w drogę.

Sońka przyjrzała mu się z uwagą. Należała do tych dziewczyn, które nie mogą zdecydować się, którą stronę życia wybrać. Jednego dnia uciekają przed policją po nocnej rozróbie, po to tylko, aby następnego dnia pielęgnować psy w schronisku lub rozdawać obiady w domach pomocy.

Wiedziała, że przeszłość Roberta nie jest krystalicznie czysta. Nie przeszkadzało jej to, że w końcu gliny namierzą jej mieszkanie. Ważne, że czuła się przy nim swobodnie, zupełnie inaczej niż przy Brunonie. To, co dotyczyło Brunona, przestało ją interesować tamtego dnia, kiedy zostawił ją samą pod dworcem. Robert był inny. Nie krzywdził.

- Słyszałam o twojej siostrze. Nie znałam jej, ale mimo to bardzo mi przykro. Ten, kto to zrobił, powinien trafić na stryczek.

Widziała, jak jego szczęka zaciska się i sztywnieje. Wbił wzrok w pękniętą płytkę PCW.

- Pójdziesz na pogrzeb?

Nie odpowiedział. Podniósł się z krzesła i naciągnął na głowę kaptur.

- Kiedy wrócisz? - zapytała cicho.

- Nie wiem. - Stanął przed nią i ujął jej drobną twarz w dłonie. Nachylił się nad nią, jakby przymierzał się do pocałunku. Przejechał palcami po wytatuowanym na szyi kolibrze. - Nie czekaj.

* * *

Artur Maciejewski zamknął za sobą drzwi gabinetu i skierował się do sali konferencyjnej. Za pół godziny miało odbyć się spotkanie z lekarzami z czterech centrów neuropsychiatrii z województwa mazowieckiego. Pod pachą trzymał wydruki prezentacji, jaką przygotował na dzisiejszą konferencję z zakresu psychogeriatrii.

Minął stojący na korytarzu wózek inwalidzki i zbiegł schodami na niższe piętro. Nacisnął klamkę drzwi dzielących część administracyjną od pokojów chorych, kiedy poczuł na ramieniu czyjś dotyk. Odwrócił się gwałtownie. Za jego plecami stała Paulina. Naciągała na czoło chustkę, starając się ukryć ogoloną głowę.

- Nie możesz opuszczać pokoju. - Maciejewski starał się zachować spokój. - Nie możesz również spacerować po ośrodku. - Odłożył wydruki na stojący obok drzwi wózek do rozwożenia leków. - Odprowadzę cię.

Paula posłusznie zawróciła w stronę pokoju. Pozwoliła położyć się do łóżka. Ciepłe palce doktora dotknęły jej twarzy, kiedy zaglądał jej w źrenice i badał puls.

- Wygląda na to, że kryzys minął. Ale nie wypuszczę cię stąd, dopóki nie będę miał pewności, że twój stan jest stabilny. Jest jeszcze za wcześnie na samodzielne spacery po klinice. Nie rób tego więcej.

Czekał, aż dziewczyna kiwnie głową. Patrzyła jednak na niego, jakby widziała go po raz pierwszy. Jej oczy na powrót przypominały oczy spłoszonego zwierzęcia, jakie zobaczył, gdy zabierał ją ze szpitala miejskiego. Zacisnęła na piersiach koszulę i odwróciła się do niego plecami.

- Chyba jednak pośpieszyłem się z optymistyczną diagnozą - mruknął pod nosem. - Takie wahania emocjonalne szybko nie miną. Zapowiada się, że zostaniesz u nas dłużej, niż mi się pierwotnie zdawało. - Położył dłoń na jej głowie. Drgnęła i skuliła się, rzucając mu przez ramię wylęknione spojrzenie. - Ktoś cię porządnie nastraszył, ale jesteś w dobrych rękach. - Uśmiechnął się do niej. Zamknęła oczy, aby na niego nie patrzeć.

* * *

Michalina weszła do gabinetu Zasępy i trzasnęła drzwiami. Spojrzał na nią zza szkieł, po czym zdjął okulary i położył je na stercie gazet piętrzącej się na rogu biurka.

- Wyniki jeszcze nie dotarły. - Rozłożył bezradnie ręce, wyprzedzając jej pytanie. - Od godziny próbuję dodzwonić się do patologa. Telefon milczy, jakby to była niedziela, a nie zwykły dzień pracy.

- Daj mi numer. Nie patrz tak, tylko podaj mi numer do Lipskiego. Za kilka minut będzie dzwoniła Julia. Wścieknie się, jak jej powiem, że nadal nic nie mamy.

Zasępa niechętnie sięgnął do notesu. Nie dość, że waruje pod telefonem od świtu, to jeszcze ta nieopierzona smarkula będzie udowadniać, jaka jest skuteczna. Bodnar wystukała siedmiocyfrowy numer. Nikt się nie zgłaszał. Odchrząknęła i spróbowała ponownie.

- Podaj jakiś inny. Muszą mieć jakieś dodatkowe numery.

Kolejny numer również nie odpowiadał.

- Albo pomarli, albo jest jakaś awaria. - Rzuciła słuchawką. Poczuła wibrowanie w kieszeni spodni. Spojrzała na wyświetlacz. - To ona. Zaraz dowiem się, jaka jestem beznadziejna. A ty się nie ciesz. Nie jesteś lepszy.

Kilka minut rozmowy z Julią wystarczyło, aby roztrzęsiona sięgnęła po tabletkę na ból głowy.

- No i? - Zasępa powolnym ruchem nalał sobie mrożonej herbaty. - Widzę, że się nie patyczkuje. Oto jej prawdziwe oblicze. Nie możesz liczyć na litość, gdy Krawiec prowadzi sprawę, a po drodze coś nawala. Przyzwyczaj się do tego.

Michalina przechyliła butelkę z wodą i wylała kilka kropel na dłoń. Potarła nią rozgrzany kark.

- To, że twarda z niej sztuka, to było wiadome od samego początku. Nie spodziewałam się jednak, że potrafi tak wybuchnąć. Jest naprawdę wściekła.

- Nie dziw się. Nie dość, że ma prywatne problemy, to na dodatek robota stoi w miejscu. Właściwie powinienem odwrócić kolejność: nie ma dla niej niczego gorszego od śledztwa, które utknęło w martwym punkcie.

- Mamy przecież kilka punktów zaczepienia. - Michalina kopnęła nogą zawinięty chodnik.

- Z których na razie nic nie wynika. Sprawdziłaś, kto będzie prowadził sprawę śmierci tej dziewczyny z pociągu?

- Oboje z Julią jesteście szurnięci. - Michalina zaczęła stukać palcami o oparcie krzesła. - Pytała mnie o to samo, toczy was ta sama podejrzliwość. A jeśli to było zwykłe omdlenie, w wyniku którego nastąpiła śmierć?

Wstukała dane dziewczyny do bazy. Wyglądało na to, że nazwisko Marii Mazur nie zostało jeszcze wprowadzone. Żadnej wzmianki, nie mówiąc o fotografii z miejsca zgonu.

- Pójdę do siebie podzwonić, może uda mi się namierzyć ludzi od tej sprawy. - Michalina wyraźnie zmarkotniała. - A ty nie patrz takim żałosnym wzrokiem, tylko łap za słuchawkę i dzwoń do Lipskiego. W przeciwnym razie kolejne starcie z Julią weźmiesz na siebie. Mnie tej słodyczy na dziś wystarczy.

* * *

Eryk wyłączył telewizor, w którym leciał stary francuski film, i rzucił pilota na kanapę.

- Co, braciszku? - Karol odstawił przeczytaną książkę na półkę i wyciągnął kolejną. Zaczął przerzucać kartki. Fabuła mu nie podeszła, książka wróciła na swoje miejsce. - Męczysz się, widząc, że da się zagrać rolę na poziomie? Biedny, niedoceniony aktorzyno...

- Skuć ci pysk? - Pięści Eryka zacisnęły się, aż wyszły na nich żyły.

- Nerwy cię zjadają! Jaka szkoda, że nie wykorzystasz swego potencjału na deskach teatru lub choćby w jakimś drugorzędnym filmie, który z wypiekami na twarzy oglądaliby na dobranoc pensjonariusze w Ciechocinku. Niepodobna, aby taki talent marnował się na tym zadupiu!

Obserwował, jak dyszy. Od kilku dni czuł dziką satysfakcję i podniecenie, patrząc, jak docinki rzucane młodszemu bratu wywołują w nim furię. Po raz pierwszy poczuł płynącą z tego przyjemność, kiedy zrozumiał, że groźby i ubliżania Eryka są mu całkiem obojętne. Jeszcze rok temu drżał na samą myśl o tym, że brat rzuci mu kolejną uwagę w stylu "zabieraj stąd swoje dziadowskie dupsko!" albo równie gorzkie "wynoś się na ulicę, moja matka nigdy nie powinna cię stamtąd zabierać!". Nie poznawał sam siebie, kiedy przestał przemykać chyłkiem przez dom i zamykać się w swoim pokoju, aby nie narażać się na docinki Eryka. Wszystko się zmieniło. Czuł, że teraz on rozdaje karty.

- Widzę lekkie napięcie? Może się napijesz? - Przechylił głowę w udawanej uprzejmości. - O, przepraszam! Powinienem raczej zapytać: może zalejesz swą aktorską mordę tak jak co dzień? Podać kieliszek czy od razu całą butelkę? Matka na pewno będzie z ciebie dumna, jesteś przecież jej oczkiem w głowie!

- Ty znajdo! - Eryk poderwał się z kanapy i stanął oko w oko z bratem. - Kąsasz rękę, która cię karmi?! Mało żeś się zabawiał na nasz koszt, kiedy matka z ojcem harowali za granicą?

- O ile mnie pamięć nie myli, to utrzymywałem się za swoje, podczas gdy ty balowałeś po nocach, wyrywając Bóg wie jakie męty z szemranych klubów nocnych!

Eryk stanął w rozkroku i założył ręce za siebie.

- Tu cię boli! - Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. - Nie możesz znieść myśli, że zawsze miałem powodzenie. No bo kim ty jesteś przy mnie? Pomocnikiem badylarza? Na dodatek za kilka tygodni żenię się z najładniejszą dziewczyną, jaką widziałeś w swym nędznym życiu. Co? Krew cię zalewa na myśl, że Paulina zostanie moją żoną?

- Na twoim miejscu nie byłbym tego taki pewien. Poza tym na co ci żona, ty śmieszny...

- Ani słowa! - Wskazujący palec Eryka dotknął czubka nosa brata. - Radzę ci nie szykować garnituru na mój ślub. Nie będziesz mile widzianym gościem.

- Żadnego ślubu nie będzie. - Karol odsunął od twarzy wyciągniętą rękę. - Oboje z matką o to zadbamy.

- Ty gnojku! - Eryk doskoczył bliżej i zacisnął palce obu rąk na gardle Karola. - Dobrze ci radzę, nie pogrywaj ze mną.

- Grozisz mi? - Chłopak odczekał chwilę, po czym bez problemu wyswobodził się z uścisku. - Zobaczymy jeszcze, który z nas zaśmieje się ostatni. Coś mi podpowiada, że za nawrót alkoholowej agresji ponownie trafisz do zakładu. - Z lubością wpatrywał się w rozszerzone źrenice Eryka. - Wiesz, że jedna mała obdukcja wystarczy, żeby zamknąć cię na kolejnych kilka miesięcy? Zapomniałeś już, na jakich warunkach wyszedłeś? Ha! Zabrakło ci słów? Ty idioto! Nawet nie wiesz, jak wspaniale się spisałeś. Odciski twoich palców na mojej szyi potwierdzą, że nadal nie panujesz nad sobą. Wystarczy zrobić małe "cyk" i pozostanie pamiątka. A skoro zagrażasz swemu ukochanemu bratu, to kto może w twojej obecności czuć się bezpiecznie?

Eryk zrobił dwa kroki do tyłu. Nerwowo zaciskał i rozprostowywał palce rąk.

- Nie zrobisz tego. Nie śmiesz!

Karol podszedł do wiszącego na ścianie lustra i podziwiając czerwone pręgi na swej szyi, posłał mu szyderczy uśmiech.

* * *

Spacer po lesie zamiast oczekiwanego rozładowania emocji pogłębił w Julii poczucie winy i wywołał irytację. Nie tak to sobie wyobrażała. Zostawiając sprawę Michalinie, wierzyła, że ta zrobi choćby mały krok naprzód. Tymczasem śledztwo tkwiło w martwym punkcie i nie zapowiadało się na cud. Czeka ją półtora tygodnia wpatrywania się w komórkę i liczenia na ratunek nie wiadomo skąd. Przysłany wczoraj SMS od komisarza Stefaniaka był pełen wyrzutów. Do dupy z taką robotą.

I jeszcze ta tajemnicza wiadomość. Co miało oznaczać "zrezygnuj"? Czy było próbą powstrzymania jej przed odkryciem, kto stoi za uprowadzeniem Pauli i śmiercią Laury? A może Daniel bawi się z nią w jakąś idiotyczną grę, chcąc nastraszyć i nakłonić do oddania mu Sylwii? Zwariuje, jeśli nadal będzie tu tkwić i pogrążać się w domysłach. Istna paranoja, a pośrodku tego wszystkiego ona, samotna matka z dzieckiem na przymusowym wygnaniu trzysta kilometrów od domu.

Nad lasem przeszedł przelotny deszcz. Zdjęła z włosów małej naniesione wiatrem igliwie i naciągnęła jej kaptur na głowę. Sylwia szła noga za nogą wyraźnie zmęczona. Co kilka sekund pociągała nosem. Jedyna korzyść z nadmorskiej wyprawy, że rzadziej sięgała po inhalator, bez którego nie mogła obejść się w mieście.

Doszły do siatki ogradzającej teren ośrodka. Julia przystanęła i rozejrzała się po ociekających deszczem liściach. Chciało jej się śmiać i płakać zarazem. Miała ochotę zadrzeć głowę i wykrzyczeć z siebie całą nagromadzoną wściekłość i żal. Gdyby mogła, wydarłaby się aż do ochrypnięcia.

Spojrzała w niebo. Krople deszczu uderzyły ją po policzkach.

- Mamo! - Zza pleców dobiegł ją płaczliwy głos Sylwii. Stała przemoczona i zziębnięta, ściskając w rękach Basię.

- Już idziemy, kochanie. - Zamknęła oczy i starała się przestać istnieć choćby na parę sekund. - Zaraz będziemy w domu, dziecinko.

Strzepnęła krople deszczu z prochowca i rozwiesiła go na oparciu krzesła. Nie miała ochoty na zakupioną przy ośrodku pizzę. Sylwia zjadła obie porcje i z pełnym brzuchem umościła się na zdezelowanym fotelu. Siedziała ubrana w piżamę i oglądała bajkę o gumisiach.

- Jesteś zła, mamo? - Oderwała oczy od telewizora i podparła brodę piąstką. - Wcale się nie uśmiechasz. Znów mnie nie lubisz?

Julia odłożyła na stół swoje notatki, w których usilnie próbowała doszukać się jakiegoś sensownego powiązania wątków śledztwa. Dziesiątki skreśleń, postawionych na papierze znaków zapytania kłębiły się jej przed oczami.

- Co mówisz, kochanie? Przepraszam, nie dosłyszałam.

- Nie, to nic takiego. Nie chciałam ci przeszkadzać. - Dziewczynka przytuliła mocniej Basię i naciągnęła koc na ramiona. - Dobranoc.

- Co? Tak, dobranoc. Śpij smacznie. - Julia z powrotem pochyliła się nad papierami. Gdy za oknem zrobiło się ciemno, przeniosła córkę z fotela do łóżka i wyłączyła telewizor. Sięgnęła po telefon i wyszła na werandę.

- Mamo, to ja. Nie odbierałaś telefonu, coś się stało? Był u nas? Co za bydlak... Nie, staram się nie denerwować, już za dużo krwi mi napsuł. Mamo, posłuchaj mnie. Musisz coś dla mnie zrobić. Wiem, że będziesz miała o mnie jak najgorsze zdanie, ale po raz kolejny muszę prosić cię o pomoc. To naprawdę ważne. Posłuchaj...

ROZDZIAŁ X

Była siódma wieczorem, gdy drzwi komisariatu otworzyły się i do gabinetu spokojnym krokiem weszła Julia. Zamknęła uchylone okno i usiadła za biurkiem, na którym wyjątkowo, oprócz brudnego kubka po kawie, nic nie stało. Wiecznie piętrzące się papiery zniknęły wraz z jej wyjazdem nad morze. Tak, ten widok zdecydowanie należał do rzadkości.

Powiesiła torbę na poręczy krzesła i włączyła małą, zieloną lampkę. Wciągnęła w płuca zapach biurowego kurzu, poczuła się wreszcie u siebie. Uśmiechnęła się na widok stojącego na biurku Michaliny lakieru do włosów.

Sięgnęła do torby i wyjęła teczkę z napisem "23". Przewracała kartki, nanosząc na nie swoje zapiski i uwagi poczynione podczas tych kilku dni pobytu nad morzem. Nie było tego dużo, odcięta od bieżących spraw będzie musiała nadgonić stracony czas.

Tej nocy nie wróciła do domu. Wyłączyła lampkę kilka minut po czwartej i położyła głowę na zdjętym z pleców swetrze.

- Wszelki duch! Co tutaj robisz? - Michalina szarpała ją za ramię, aż otworzyła oczy. - Nie pomyliłaś lokalizacji? O ile sobie przypominam, powinnaś machać łopatką i grabkami jeszcze przez półtora tygodnia. Babki z piasku nie wychodziły i postanowiłaś do nas wrócić?

- Babki? Owszem, wychodziły, ale bokiem. Zdecydowanie wolę wsadzać do paki niegrzecznych chłopców - mruknęła Julia, nie mogąc dojść do siebie po zbyt krótkiej nocy.

Wymierzyła palec wskazujący w stronę ekspresu do kawy.

- Zaraz zaparzę. - Michalina zerknęła w szybę, upewniając się, czy fryzura dobrze się układa. - Ty idź umyj zęby i przetrzyj oczy. Pamiętam dni, gdy wyglądałaś znacznie lepiej. Nawet nie zawiozłaś walizki do domu? - Zatrzymała wzrok na stojącym w kącie bagażu. - No, tak. Tu jest twój dom, byłabym zapomniała.

- Nie ironizuj.

- Co zrobiłaś z Sylwią? Oddałaś Danielowi na przechowanie?

- Słabiutki ten twój dowcip. - Julia podniosła się zza biurka i związała włosy w supeł. - Sylwia ma teraz najlepszą opiekę, jaką można sobie wymarzyć.

- Chyba nie powiesz, że zaciągnęłaś nad morze swoją matkę?

Odpowiedziało jej wzruszenie ramionami.

- Nie miałam innego wyjścia. Nie mogłam zostać tam ani dnia dłużej. Zaczynałam powoli wariować od tych babek, materaców, braku dostępu do internetu, braku wszystkiego. Mam nadzieję, że Sylwia mi to wybaczy. Kocham ją ponad wszystko, ale dwa tygodnie nicnierobienia, podczas gdy śledztwo w powijakach, to ponad moje siły. - Wyciągnęła z walizki pomiętą kosmetyczkę i zamachała nią Michalinie przed nosem. - Idę do łazienki. Jak wrócę, chcę mieć gorącą kawę na biurku. I koniec tego obijania się. Dzwoń po Zasępę, chcę go widzieć za kwadrans. Powiedz mu, żeby nie pokazywał się bez wyników sekcji zwłok Laury Majcher.

- Nie gwarantuję...

- Żadnych takich. - Odwróciła się od drzwi. - Niech je wykopie choćby spod ziemi.

* * *

Robert nacisnął dzwonek przy bramie wejściowej więzienia. Umieszczona nad metalowymi drzwiami kamera obróciła się z mechanicznym pomrukiem. Poprawił plecak na ramieniu i ponownie wcisnął guzik. Drzwi się uchyliły.

Kiedy przekraczał granicę między światami, zamknął oczy. Otworzył je, gdy za plecami usłyszał dźwięk zatrzaskującej się zasuwy. Spojrzał w górę. Plątanina metalowych drutów piętrzyła się na wysokości kilku metrów ponad szarymi murami otaczającymi to koszmarne miejsce. Popychany przez strażnika, zrobił krok naprzód. Widział, jak stojący na wieży wartownik obrócił się i z idiotycznym uśmiechem wycelował lufę karabinu w jego stronę.

Szedł noga za nogą w kierunku szarego, betonowego budynku przypominającego elektrownię atomową. Właśnie tak widział to miejsce: odrażające, odosobnione, po prostu straszne.

Wsunął rękę z przepustką przez zakratowane okienko.

- Dwadzieścia cztery godziny po czasie. - Chudy oficer przybił stempel z datą i wrzucił świstek do dziennika więziennego. - Mam nadzieję, że było warto. - Wykręcił numer wewnętrzny i połączył się z dyrektorem więzienia. Krótka wymiana zdań składała się głównie ze słów: "zameldował się", "tak jest", "odesłać". Gdy odłożył słuchawkę, kiwnął dłonią na towarzyszącego Robertowi strażnika. - Wsadź gówniarza z powrotem pod czternastkę. Jak posiedzi dodatkowych kilka miesięcy, to odechce mu się wagarów na całe życie.

Szli w ciszy długim korytarzem mijani przez więzienny personel. Dwóch ubranych na szaro funkcjonariuszy zaglądało przez wizjer do kolejnych cel. Kiwnęli porozumiewawczo głowami, jeden z nich cmoknął i rzucił niewybredny żart drugiemu. Rechot poniósł się echem po betonie.

Strażnik przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi czternastki. Robert spojrzał na niego spode łba i spokojnym krokiem wszedł do swojej celi.

* * *

Marlena odpięła pasy bezpieczeństwa i odsunęła plastikową osłonkę w oknie samolotu. Ponad osiem godzin lotu zmęczyło ją do tego stopnia, że marzyła już tylko o rozprostowaniu nóg i gorącej kąpieli. Gdy koła maszyny dotknęły pasa, ukradkiem przeżegnała się, dziękując Bogu za szczęśliwe lądowanie.

Zgarnęła spod przedniego siedzenia swoją torbę i sprawdziła, czy nic nie wysypało się na podłogę. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Ukradkiem przypudrowała nos i podniosła się z fotela. Tłum pasażerów zerwał się do wyjścia i przepychał się w ciasnym przejściu. Nie znosiła lotów. Tolerowała tylko przeloty między stanami Ameryki. Szybko i bezboleśnie.

Powiew świeżego powietrza podziałał na nią ożywczo. Zeszła po schodkach i postawiła pierwszy krok na płycie lotniska. Bardzo chciała poczuć ten długo oczekiwany dreszcz na plecach, kiedy dotknie stopami polskiej ziemi. Podczas lotu wielokrotnie starała się to sobie wyobrazić. Była ciekawa, jak odnajdzie się w nowym starym kraju, o którym tak wiele słyszała. Ścisnęła w ręku amerykański paszport, który otwierał przed nią wiele możliwości, podobnie jak dyplom ukończenia socjologii na Uniwersytecie Nowojorskim.

Przetarła szkła okularów i wsiadła do podstawionego autokaru. Obserwowała ludzi, którzy byli teraz jej rodakami. Jedni ładni i zadbani, drudzy spoceni i niechlujni. Nic nowego, jak wszędzie. Stała pośród tłumu, przyciśnięta do szyby. Oddychała spokojnie.

Kierowca włączył silnik. Autokar gładko potoczył się wzdłuż wyznaczonych na płycie pasów.

Zaproszenie przyszło znienacka. Nie żeby się tego zupełnie nie spodziewała. W głębi duszy nie sądziła jednak, że będą o niej pamiętali. Ludzie obiecują coś, zapewniają, a potem z dnia na dzień zrywają znajomości i żyją swoim życiem. Kiedy widziała ich po raz ostatni, pakowali się i dopinali na gwałt ostatnie sprawy. Kiwała uprzejmie głową, słuchając, jak mówią do niej, że zaproszą, że przyjedzie i zobaczy Polskę. Może nawet zostanie na stałe.

Gdy przyszedł list, siedziała na dywanie w swoim wynajętym mieszkaniu na Greenpoincie, zachodząc w głowę, czy zostawić to wszystko, co do tej pory z niemałym trudem udało jej się poukładać, i czy aby nie będzie żałować. Postanowiła spróbować. Koszt biletu w jedną stronę został pokryty przez nich. Wysupłała jedynie parę dolarów na prezenty, aby nie pokazywać się z pustymi rękami. Wrzuciła do walizki kilka sukienek oraz książki, z którymi nie potrafiła się rozstać, i zadzwoniła po taksówkę. Taksówkarz wiedział o Polsce tylko tyle, że leży gdzieś w Europie. Tym bardziej zapragnęła tu dotrzeć.

Rodzice, emigranci z lat osiemdziesiątych, nigdy nie wrócili do kraju. Ojciec wyszedł pewnego dnia z domu po paczkę papierosów i już nie wrócił. Matka zmarła na raka trzy lata temu. Przed jej śmiercią Marlena obiecała matce, że skończy studia. Dotrzymała słowa, matka odeszła w spokoju. Od tego czasu szukała zapomnienia w książkach i nauce. Nie potrafiła przywiązać się do ludzi ani do miejsc. Nie trzymało jej tam nic oprócz wspomnień.

Bus zakręcił i zatrzymał się przed rozsuwanymi drzwiami wejściowymi. Nie spieszyła się, poczekała, aż rozgorączkowany tłum opuści pojazd. Wyszła ostatnia. Wilgotne powietrze znów uderzyło ją w twarz. Skierowała się do hali po odbiór bagażu. Czarne taśmy przesuwały się wraz z podskakującymi na nich torbami. Patrzyła, jak rodzice szarpią się nerwowo z dziećmi chcącymi przejechać się dookoła z bagażami.

Złapała walizkę za uchwyt i pociągnęła ją w kierunku wyjścia. Przeszła szklanymi drzwiami. Zaczęła przedzierać się przez tłum witających i podróżnych. Padali sobie w ramiona i tulili się do siebie po długiej rozłące. Wyciągnęła szyję, szukając znajomej twarzy. Poczuła, jak ktoś uderza ją delikatnie w plecy. Odwróciła się. Twarz kobiety była nienaturalnie pogodna.

- Długo na ciebie czekałam - wyszeptała jej do ucha. - Chodź, zabiorę cię do domu. Samochód czeka na zewnątrz.

Ruszyła przodem. Zgiełk panujący na lotnisku zawsze ją przytłaczał, chciała jak najszybciej wydostać się z zatłoczonej hali. Irena Kornatowska szła za nią, starając się nie spuszczać wzroku z jej pleców.

- Przepraszam, nie dosłyszałem. Pani, zdaje się, coś mówiła? - Młody mężczyzna w szarym garniturze uśmiechnął się do Kornatowskiej, przesłaniając jej widok oddalającej się sylwetki Marleny. Wyminęła go pośpiesznie.

- Pomyłka, zdawało się panu.

- Jestem pewien, że słyszałem, jak pani mówiła coś o długu do spłacenia. - Mężczyzna zrobił kilka kroków w jej kierunku.

Kornatowska przyspieszyła, szukając wzrokiem kraciastej bluzki dziewczyny. Mężczyzna ruszył za nią. Zirytowana przystanęła i wysyczała:

- Proszę odejść. Nic nie powiedziałam, musiał się pan przesłyszeć. - Widząc jego okrągłe ze zdziwienia oczy, szybko dodała łagodnie: - To się zdarza w takim zgiełku jak tu.

Gdy zamknęły się za nią szklane drzwi lotniska, odwróciła się i spojrzała za siebie. Stał tam nadal i przewiercał ją wzrokiem. Potem przeniósł niespokojne spojrzenie na Marlenę.

* * *

Zasępa wkroczył do pokoju z kwaśną miną. W jednej ręce trzymał kilka zapisanych drobnym drukiem kartek, w drugiej pudełko jednorazowych chusteczek. Przystanął na chwilę i kichnął, zasłaniając nos przedramieniem. Położył przyniesione rzeczy na stole i opadł na stojące przy biurku krzesło. Szklistymi od kataru oczami szukał zrozumienia na twarzach przyglądających mu się bacznie Julii i Michaliny. Julia, nie zwracając uwagi na jego cierpiętniczą minę, sięgnęła chciwie po dokumenty.

- Tylko tyle? - spytała z wyrzutem. - Mało tego, nie postarali się.

- Więcej nie będzie. - Zasępa sięgnął po chusteczkę. - Poza tym ciągle mamy zbyt mało próbek do badania. Oprócz ciała Laury wysłaliśmy do laboratorium jedynie tekturowe pudełko po ptaku. Nie wiem, czego się więcej spodziewałaś.

- Czytaj na głos. - Michalina przysiadła się do stołu. Przycupnęła w bezpiecznej odległości i ostentacyjnie zasłoniła nos i usta dłonią.

- Mamy zatem opis sekcji zwłok. - Odezwała się Julia, gdy skończył czytanie raportu. - Potwierdzono to, co sugerowałeś. - Spojrzała na Zasępę. - Ciało leżało zanurzone w wodzie około pięćdziesięciu godzin. Brak wody w płucach oznacza, że dziewczyna zmarła, zanim ktoś ją tam wrzucił.

- Morderca mógł porzucić ciało, zanim w rowie zebrała się woda - wtrąciła Michalina.

- Całkowicie się z tobą zgadzam. - Julia kiwnęła głową. - Zwłoki przykryto liśćmi, licząc na to, że miejsce tak rzadko uczęszczane będzie doskonałym grobem dla Laury. Przynajmniej dopóki jej ktoś nie odnajdzie.

Zasępa wydmuchał nos w chusteczkę i schował zwiniętą w rękaw swetra.

- Zapominacie o jednym. W temperaturze przekraczającej dwadzieścia stopni smród rozkładających się zwłok dotarłby w każdy zakątek parku. Zatem o ile zabójca nie jest idiotą, musiał zdawać sobie z tego sprawę. Podrzucanie martwego ciała niemalże w centrum miasta było albo perfidnym planem, albo sprawcy nie obchodziło to, że ktoś odkryje jego dzieło.

- Chyba że... - Julia zawiesiła głos. Dwie pary oczu skupiły się na jej twarzy. - Ten, kto to zrobił, dokładnie wiedział, że rów napełni się deszczówką w błyskawicznym tempie i nie tylko zniweluje zapach, ale i utrzyma poziom wody przez następnych kilka dni.

- Musiał zatem śledzić prognozę pogody i zaplanował swoją zbrodnię co do dnia - dokończyła myśl Michalina. - Kiedy to się mogło stać?

- Obawiam się, że Laurę zamordowano w dniu jej zniknięcia - stwierdziła Julia. - Woda zakryła ciało najprawdopodobniej zaraz po śmierci. Gdyby leżało w upale, nastąpiłby obrzęk. Patolog nie wspomina o opuchliźnie, nie mamy więc podstaw twierdzić, że przetrzymywano zwłoki w cieple. W dniu, w którym odwiedziłam jej rodziców, padał deszcz. Temperatura spadła do zaledwie kilkunastu stopni.

- Być może wtedy jeszcze żyła. - Michalina zamyśliła się i zawiesiła wzrok na przytwierdzonym do tablicy korkowej zdjęciu Laury. - Gdybyśmy wtedy mogli jej pomóc...

- Zasępa, nie zasypiaj! - Julia szarpnęła za ramię odpływającego w gorączce kolegę. Sięgnęła do torby i wyjęła aspirynę. - Masz, połknij. Już jeden leży bezużytecznie w szpitalu. Nawet nie próbuj załatwić sobie zwolnienia.

- Bezduszna jędza - wymamrotał, ale posłusznie włożył do ust tabletkę i bezradnie rozejrzał się za czymś do popicia.

- W szafce pod ścianą. - Michalina postanowiła być przez chwilę pomocna. - Tylko nie wypij nam cisowianki. Weź tę w zielonej butelce. - Skontrolowała wzrokiem sytuację, po czym zwróciła się do Julii, która na nowo wpatrywała się w raport z sekcji. - Czytaj dalej.

- Dalej następuje opis narządów wewnętrznych. Ciemna wątroba, blade, marmurkowe nerki.

- Czyli?

- To wskazuje, że śmierć nastąpiła szybko. Typowe objawy. Wszystko przez gwałtowny zastój krwi.

- Podali przyczynę śmierci?

- Owszem. Uduszenie.

- Ślady na szyi?

Julia pokręciła głową.

- Żadnych śladów.

Michalina odchyliła się na swym fotelu, aż zatrzeszczał pod jej ciężarem.

- Uduszono ją, nie zaciskając pętli na szyi?

- Nie bądź naiwna. - Julia podniosła się z krzesła i podeszła do maszyny ze świeżo zaparzoną kawą. Nalała sobie do pełna, zapach kawy rozniósł się po pokoju. - Zastosowano metodę "bezdotykową".

- Czyli jaką? - spytała ponownie Bodnar. - Torba na głowę? To miałaś na myśli? Laurę uduszono jakąś gównianą reklamówką...

- Niewykluczone. - Julia przełknęła kilka łyków kawy. - Stąd te wylewy podspojówkowe. Jedna rzecz jest zaskakująca. Z raportu Lipskiego wynika, że oczy Laury mogły być sklejone taśmą lub klejem. Wykryto na jej rzęsach śladowe ilości substancji, która składem przypomina jakiś rodzaj gumy. Woda wypłukała większość materiału, ale ten, który pozostał, wysłano do badania.

- Ta cała historia jest tak koszmarna, że wierzyć się nie chce, że wydarzyła się naprawdę.

- Za krótko pracujesz. Za kilka lat nic cię nie będzie dziwić.

Michalina uniosła brwi.

- Start w każdym razie mam niezły. Pierwsze tygodnie na komisariacie i już mamy trupa.

- Ściślej mówiąc, dwa trupy. Nie chcę być złym prorokiem, ale śmierć Marii Mazur nie wygląda na przypadek. - Julia wyciągnęła się na krześle. - Namierzyłaś jednostkę, która zajmuje się dochodzeniem w tej sprawie?

Kompletnie o tym zapomniała. Zbierała się do obdzwonienia komisariatów w Warszawie, ale w ostatniej chwili przeszkodził jej Nikodem. Zaprzątnął umysł jakąś głupią sprawą, którą się przejęła, i wyleciało jej z głowy polecenie Julii.

- Nawet jeśli to zrobię, nie sądzę, żeby chłopcy z innego komisariatu chcieli dzielić się z nami swoimi informacjami.

Julia uśmiechnęła się przebiegle.

- Jeżeli prowadzą to koledzy ze stołecznej, powołaj się na mnie. W razie czego sama z nimi porozmawiam. Kilku z nich ma u mnie dług wdzięczności. - Na twarzy Julii zabłąkał się niewinny uśmiech. - Ty natomiast, Zasępa, ponaciskaj laboratorium o wyniki badań. Nadal nie wiemy nic o piórze, które przylepiło się do spodu tektury. No, dalej, do roboty. Ja tymczasem zajmę się nieco przyjemniejszą sprawą.

- Można wiedzieć jaką? - Zatkany nos Zasępy zniekształcał jego głos, który przypominał rechot nadepniętej żaby.

- Poszperam trochę w internecie za sklepami z damskimi fatałaszkami.

Na zdziwiony wzrok Michaliny i Zasępy wzruszyła ramionami.

- Nie patrzcie na mnie jak sroki w gnat. W końcu należy mi się trochę zabawy.

* * *

Marlena wysiadła z klimatyzowanego volvo i stanęła na progu domu, który do tej pory widziała jedynie na zdjęciach. Ciężkie drzwi uchyliły się i zobaczyła w nich wycierającą w fartuch ręce niską kobietę o siwych włosach. Berta ciągle trzymała długi widelec do mięsa, z którym wybiegła na powitanie gościa. Przysłoniła oczy od padającego na ganek słońca, żeby lepiej widzieć twarz Marleny.

Weszły do środka. Irena z nieschodzącym z twarzy uśmiechem oddała kapelusz Bercie.

- Oto i nasz gość. - Kornatowska zbliżyła się do kucharki i spojrzała na Marlenę z wyraźnym zadowoleniem. - Berto, bądź tak dobra i podaj kawę z biszkoptami. Do obiadu jeszcze daleko, a nie chcemy, aby po tak długiej podróży ta biedna dziewczyna umarła nam z głodu. Ja w tym czasie sprawdzę, czy pokój jest już gotowy.

Zmieniła pantofle na domowe i wbiegła po schodach na piętro. Berta wprowadziła Marlenę do jadalni i usadziła przy stole.

- Panienka na długo? - Podparła się pod boki, przyglądając się gościowi.

Niewinny uśmiech odebrała jako przejaw skrępowania, jakie odczuwają ludzie w obcym miejscu.

- Będzie u nas panience dobrze. Zaraz podam kawę. Może z kropelką rumu?

- Kawa chętnie, ale tylko z mlekiem. Nie piję alkoholu.

- To nadzwyczajne w dzisiejszych czasach.

Marlena ponownie się uśmiechnęła i rozejrzała po pokoju. W porównaniu do jej klitki na Greenpoincie był niczym Wersal. Pokryte cieniutkim materiałem ściany dawały uczucie przytulności. Ogromny, złocony kominek i wiszące nad nim lustro były jak z bajki. Duże okna wychodziły na taras. Nad parkietem unosiły się firany delikatnie poruszane podmuchami nagrzanego słońcem powietrza.

- Pięknie tu. Pani Kornatowska ma doskonały gust. Aż dziw bierze, że można tak wspaniale urządzić wiejski dworek.

- Był zrujnowany, zanim trafił w ręce państwa. Ekipa remontowa uwijała się, żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik przed przeprowadzką.

- Musiało ich to niemało kosztować - westchnęła Marlena. - Cieszę się, że tak dobrzy ludzie trafili na to właśnie miejsce. I że pamiętali o mnie po tym, jak opuścili Stany.

Widząc, że Berta zbiera się do zaniesienia walizki na górę, odebrała ją i odstawiła na bok. Na to jeszcze będzie czas. Tymczasem postanowiła zrobić mały rekonesans.

- Powiedz mi, Berto, od jak dawna pracujesz w tym domu?

Kobieta usiadła przy stole. Wygładziła zmarszczkę na obrusie i obracając w palcach leżący na nim okruch chleba, odrzekła:

- W tym miejscu pracuję od roku. Wcześniej pomagałam przy chłopcach, jak byli mali. Potem państwo wyjechali za granicę, a ja musiałam szukać zatrudnienia u innych ludzi. Mimo że Karol i Eryk byli wychowywani osobno i nie pod moim okiem, wiedziałam, co się z nimi dzieje. Ludzie plotkowali i donosili mi, jak toczą się ich losy. Jeden wyszedł na ludzi, a drugi...

Berta przerwała, widząc nadchodzącą Irenę. Poderwała się od stołu i wyszła szybkim krokiem do kuchni.

- Przerwałam wam pogawędkę? - Kornatowska zatarła ręce. - Och, Berta to wielka plotkara. Nie słuchaj tego, co mówi. Znosi opowiastki z całego miasteczka. Coś podsłucha, coś przekręci i dopowie drugie tyle. Krótko mówiąc, w żadnej z jej historii nie ma ziarna prawdy. Jak widzę, nie doczekałaś się kawy? Ta pleciuga zapomniała pewnie, o co ją prosiłam.

Marlena machnęła lekceważąco ręką.

- Prawdę mówiąc, od kawy wolałabym prysznic i krótką drzemkę.

- Naturalnie! Chodź, zaprowadzę cię do twojego pokoju. Wszystko jest już gotowe. Teraz odpoczniesz, a potem Berta zawoła cię na obiad. Będziesz miała okazję poznać moich synów.

Gdy drzwi pokoju na piętrze zamknęły się za Kornatowską, Marlena uwolniła z tenisówek zmęczone stopy i usiadła na łóżku. Było szerokie, wygodne. Rozejrzała się po pokoju. Pod ścianą stała toaletka, pod nią wsunięty był niewielki taboret obity fioletowym welurem. Obok stało wysokie lustro, a dalej drewniany wieszak-manekin obleczony kwiecistym materiałem. Rzeźbiona szafa wciśnięta między okno a sąsiadującą ścianę przypominała szafę gdańską, ciężką, bardzo solidną. Pod drugim oknem, przykryta wełnianą narzutą, stała skrzynia z kutym wiekiem. Równie dobrze mogła służyć za siedzisko, gdyby tylko położyć na niej poduszki. Na wprost łóżka wisiał telewizor, jedyny nowoczesny element w tym wystylizowanym wnętrzu.

Pokój miał własną łazienkę. Niewielką; mieściły się w niej jedynie prysznic, sedes i mała umywalka. Dla Marleny było to jednak niczym baśniowe królestwo. Zrzuciła z siebie brudne ubranie i weszła pod prysznic. Gdy zmyła z siebie resztki podróży, włożyła przygotowany śnieżnobiały szlafrok i z mokrymi włosami położyła się na łóżku. Naciągnęła na stopy narzutę.

Morzył ją sen. Zasypiała, wyobrażając sobie, jakie cudowne chwile czekają ją pod dachem ludzi, którym tak wiele zawdzięcza.

* * *

Bruno przewrócił się na lewy bok i otworzył oczy. Leżąca na stole komórka obracała się wokół własnej osi. Podszedł do okna i zaciągnął zasłony. W pokoju zrobiło się ciemno.

- Halo?

- To ja. Dzwonię, tak jak było ustalone.

- Czego chcesz?

- Umawialiśmy się na coś. - Głos w słuchawce był twardy i zdecydowany.

- Skąd dzwonisz? Miałeś być w...

- Nie mam dużo czasu. Zrobiłeś, o co cię prosiłem?

Bruno zacisnął szczękę. Nie odpowiedział.

- Miałeś dużo czasu na oddanie mi przysługi - ciągnął głos. - Wiesz, co się dzieje z tymi, którzy skrewią?

- Zrobiłem, co mogłem.

- Gówno zrobiłeś! Spieprzyłeś robotę! Wiem o wszystkim. Nie myśl, że ci odpuszczę.

Z drugiej strony dało się słyszeć głośne kroki i szybką wymianę zdań.

- Koniec rozmowy! - Strażnik wyrwał Robertowi słuchawkę. Odepchnięty, zdołał jeszcze coś krzyknąć, ale Bruno nie słyszał tych słów.

Tamtego dnia, kiedy udał się pod dom tego frajera, byłego faceta Laury, widział przez okno parterowego domu poruszające się wewnątrz postacie. Podszedł bliżej i odsłonił firankę. W pokoju nie było nikogo, głosy dochodziły z innego pomieszczenia. Przełożył nogi przez parapet i wskoczył do środka. Przesuwał się wzdłuż ścian w kierunku drugiego pokoju. W myślach wyobrażał sobie, jak chwyta za gardło tego gnojka i przydusza do podłogi. Dla pewności sprawdził, czy nadal ma w kieszeni swój nóż sprężynowy.

Kiedy stanął w drzwiach pokoju, zobaczył, jak tamten trzyma w rękach niemowlę. Miało nie więcej niż kilka dni. Wstrętne, różowe i opuchnięte. Na łóżku obok leżała dziewczyna. Gestykulowała i była wściekła, słuchając kwilenia dzieciaka. Jasna sprawa, koleś zrobił jakiejś nastoletniej kurewce bachora i teraz bawią się w przykładną rodzinkę. Musiała być w ciąży już wtedy, kiedy spotykał się z Laurą. Obskakiwał dwie panny naraz, cwany lis.

Gdy zobaczyli go w drzwiach, dziewczyna zamilkła. Chłopak oddał jej dziecko i wolnym ruchem sięgnął pod fotel. Chwilę potem Bruno poczuł zimno metalu wycelowanego w policzek. Wyszczekał, kto go nasłał i w jakim celu. Dziewczyna najpierw zalała się z zazdrości łzami, a potem zaczęła okładać swego kochanka pięściami. Dziecko rzucone w zwały pościeli wrzeszczało wniebogłosy, a oni szarpali się ze sobą jak dwa naskakujące na siebie psy. Wycofał się w samą porę, wrzaski sprowadziły na miejsce patrol policji.

Był pewien, że Robert mu tego nie puści płazem. Ani jemu, ani temu palantowi z wrzeszczącym bachorem. Zacznie węszyć, czy śmierć Laury nie była skutkiem ubocznym powiększającej się rodziny tego fajansiarza. Tamta siksa musiała wiedzieć o istnieniu Laury. Na dźwięk jej imienia poryczała się i uciekła z pokoju. Tak, ten dzieciorób miał doskonały powód do zlikwidowania Laury, zwłaszcza gdy do wykarmienia była dodatkowa gęba.

Dzięki Bogu, że klawisz przerwał rozmowę. Do dnia wyjścia Roberta z mamra wymyśli jakąś historyjkę. A tchórzem nie jest, tylko sytuacja była nieplanowana. Tak samo jak ten różowy bachor.

* * *

- Otwórz szeroko. - Doktor Maciejewski zaświecił cienką jak długopis latarką w oczy Pauli. - Tak, teraz dobrze.

Zamrugała, odsuwając głowę od nieprzyjemnego strumienia światła.

- Jeszcze chwilę, zaraz skończę. - Artur odłożył latarkę i pogłaskał ją po policzku. - Powoli nabierasz rumieńców. Gdyby nie policyjny zakaz wypuszczania cię ze szpitala, wypisałbym cię do domu.

Obdarzyła go proszącym spojrzeniem.

- Musisz wytrzymać. Detektyw Krawiec udusiłaby mnie, jakbym pozwolił ci wyjść bez jej zgody. - Artur obrazowo ścisnął sobie szyję palcami, aby wywołać uśmiech na twarzy Pauliny. Dziewczyna zgodnie z oczekiwaniami uniosła kąciki ust.

- Chcę pana o coś poprosić.

- Jeśli tylko nie wiąże się to z wypisem, to zrobię dla ciebie wszystko, co w mojej mocy.

- Słyszałam od tej młodej policjantki, że Laura nie żyje.

Artur spoważniał. Ujął bladą dłoń Pauli dla podtrzymania jej na duchu.

- To prawda. Doszło do wielkiego nieszczęścia.

- To, co się z nią stało, to nie był przypadek, prawda? Laura została zamordowana?

Patrzyła na jego zastygłą twarz. Podniósł oczy i kiwnął głową.

- Na to wygląda. Ale dopóki policja nie będzie miała kompletu informacji, nie dowiemy się, jak do tego doszło.

- Bardzo ją kochałam... - Głos Pauli niebezpiecznie zadrżał. Wysunęła dłoń z jego uścisku i położyła sobie na piersiach. - Jeśli to byli ci sami ludzie, którzy...

- Jacy ludzie? - Artur przysunął się bliżej. - Powoli wraca ci pamięć.

Paula zacisnęła powieki. Oddychała szybko, coraz szybciej.

- Tamta kobieta... To wszystko ona... Och, słabo mi, wszystko wiruje mi przed oczami...

Ułożył ją wygodnie na plecach. Wyczuł pod palcami żyłę i zrobił jej zastrzyk. Relanium zaczęło działać po kilku minutach. Paula oddychała już spokojniej. Ostrożnie podniosła się na łokciu i poprawiwszy chustkę na głowie, nachyliła się w stronę czuwającego przy niej Maciejewskiego.

- Muszę się z kimś zobaczyć.

- Tylko spokojnie. Nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów głową. Poprawię ci poduszkę.

- Muszę się z kimś zobaczyć - powtórzyła.

- Chcesz, żeby ktoś cię odwiedził?

Kiwnęła głową.

- Mam zadzwonić po rodzinę?

- Nie. Myślałam o bliskiej przyjaciółce Laury, Marii Mazur. Mieszkały razem w akademiku. Chcę ją o coś poprosić. Czy zdobyłby pan dla mnie jej numer telefonu?

- Jeśli tak bardzo ci na tym zależy.

Spostrzegł błysk w jej oczach. Zdawało mu się, że nawet odetchnęła głębiej.

* * *

Półtorej godziny snu wydawało się minąć w minutę. Marlenę obudziło pukanie do drzwi. Otworzyła na wpół przytomne oczy i spojrzała w tamtym kierunku. W drzwiach stał jasnowłosy, około dwudziestopięcioletni mężczyzna i przyglądał się jej z zaciekawieniem.

- Jeśli przeszkadzam, to przyjdę, jak będziesz gotowa.

Ścisnęła mocniej szlafrok, który rozsunął się na piersiach podczas drzemki, i sięgnęła po leżące na nocnym stoliku okulary.

- Już i tak spałam za długo. - Zsunęła nogi na dywan i szukała palcami kapci. - Jesteś kolejnym służącym w tym ogromnym domu?

Mężczyzna uśmiechnął się, ukazując białe, równe zęby.

- Można tak to ująć.

- W takim razie mam prośbę o przyniesienie żelazka. Ubrania wygniotły się w torbie przez tyle godzin lotu. Za chwilę obiad, nie mogę pokazać się w wymiętym podkoszulku i dżinsach.

- Żelazko. - Rozejrzał się po pokoju, jakby miało wyfrunąć z któregoś z kątów. - Już się robi.

Usłyszała dudnienie zbiegających po schodach nóg. Po chwili przez drzwi wsunęła się ręka z żelazkiem.

- Coś jeszcze mam przynieść?

Pokręciła głową i dorzuciła wdzięczny uśmiech. Odprowadziła go wzrokiem i zabrała się do wyjmowania ubrań z walizki. Większość miejsca zajmowały książki, między nimi wciśnięte były dwie pary spodni, sukienka i letnia kurtka. Pozostałe drobiazgi zawinęła w reklamówkę, aby nie rozsypały się podczas podróży na wypadek, gdyby puścił stary zamek.

Umiejętność szybkiego organizowania się, zdobyta podczas porannego pośpiechu, jaki towarzyszył jej podczas studiów, kiedy trzeba było dotrzeć z Greenpointu na Manhattan, zdawała teraz egzamin. Nie minął kwadrans, gdy w pełnej gotowości schodziła z piętra wprost do pokoju jadalnego. Po drodze zerknęła jeszcze w wiszące na ścianie przy schodach designerskie lustro. Było wykonane z połączonych ze sobą pojedynczych kawałków szkła. Uszczypnęła się w policzki, aby lekko się zaróżowiły. Pamiętała tę scenę z Przeminęło z wiatrem, kiedy Scarlett O'Hara robiła to, chcąc dodać swojej twarzy pikanterii.

W jadalni już na nią czekano. Od stołu podniósł się Zygmunt Kornatowski i rozłożył ramiona. Padła w nie, jakby były ramionami ojca. Pocałował ją w czoło i podsunął krzesło. Irena przekrzywiła głowę i z życzliwym uśmiechem powitała ponownie swego gościa.

Marlena zajęła posłusznie przydzielone miejsce. Na wprost niej siedział pochmurny chłopak, wbijając w nią wzrok. Domyśliła się, że to Eryk, którego zdjęcia widziała w nowojorskim domu Kornatowskich. Wyciągnęła do niego rękę na przywitanie. Potrząsnął nią, ale nie odezwał się ani słowem. Robił wrażenie urażonego samą sytuacją, w jakiej się znalazł. Gdy skończył przewiercać ją wzrokiem, skoncentrował się na wiszącym za jej plecami obrazie przedstawiającym martwą naturę.

- Zaczynamy? - Zygmunt chwycił wazę z zupą i nachylił się nad talerzem żony. Zasłoniła go ręką i spojrzała na niego z udawanym wyrzutem.

- Gdzie twoje maniery? Obsłuż najpierw naszego gościa. Marlena jechała do nas taki kawał drogi, na pewno marzy o gorącym rosole.

Eryk zachichotał nerwowo.

- Coś ci się stało, kochanie? - Irena z troską zwróciła się do syna.

- Kochanie? - Eryk wykrzywił twarz. - Odkąd to mówisz do mnie "kochanie"? Już nie jestem nieudacznikiem i rodzinną pijawką?

- O czym ty mówisz? - Głos Kornatowskiej zadrżał. Marlena zauważyła, jak jej szyja oblewa się czerwienią. - Nasz gość gotów jest pomyśleć, że panuje u nas niemiła atmosfera, a tak przecież nie jest. Jesteśmy zgodną rodziną, wierz mi, Marleno. Jedynie Eryk ma chwilowe kłopoty, ale to minie. - Posłała jej słodki uśmiech.

Dziewczyna przełknęła pierwszą łyżkę zupy. Doskonały rosół w domowym wydaniu. Dawno nie miała w ustach czegoś równie aromatycznego. Spod rzęs obserwowała grzebiących łyżkami w talerzach Kornatowskich. Wszystko niby w porządku. Biały obrus, cięte kwiaty i wyczesany pod włos dywan, jednak w powietrzu wyczuwało się napięcie.

Odstawiła pusty talerz. Zza jej pleców wysunęła się ręka i zabrała go ze stołu. Obróciła się, żeby podziękować, kiedy jej wzrok napotkał tego samego młodego mężczyznę, który pół godziny temu obudził ją pukaniem do drzwi pokoju.

- Proszę powiedzieć kucharce, że rosół był wyśmienity.

- Naturalnie, przekażę. Cieszę się, że smakował. - Zdawało jej się, że słyszy w jego głosie rozbawienie. - Czy mam podać drugie danie?

- Karolu, daj już spokój. - Zygmunt zamachał ręką. - Zostaw ten talerz i usiądź wreszcie z nami.

Marlena poczuła się, jakby ktoś wylał jej na głowę kubeł zimnej wody. Tyle razy słyszała o drugim synu Kornatowskich, ale przedziwnym trafem nie skojarzyła go z wcześniejszych opowieści. Odgarnęła palcami włosy za ucho, ale czując, że pulsuje pod wpływem gorąca, z powrotem schowała je pod gęstwiną niesfornych kędziorów.

- Bardzo cię przepraszam za swoje zachowanie na piętrze. - Nadszedł czas wytłumaczyć się z gapiostwa. Widząc pytający wzrok gospodarzy, wyjaśniła: - Wzięłam Karola za służącego i... ech, nie będę się już dalej pogrążać.

- Służący? - Eryk wyczuł moment na dobrą zabawę. - To by nawet do niego pasowało. Co, braciszku, dobrze czułbyś się w tej roli, hę? - Widząc zawstydzone spojrzenie Marleny, poklepał ją po dłoni. - Mądra z ciebie dziewczyna. Wyczułaś go od samego początku.

Nie zważając na oburzone okrzyki rodziców, Eryk wstał od stołu i opuścił pokój.

Marlena schowała twarz w dłoniach.

- Tak mi wstyd...

- Nic złego przecież się nie stało - usłyszała nad sobą kojący głos Zygmunta. - Karol, jak sama widzisz, nic sobie z tego nie robi. A Eryk...

- Kawał sukinsyna! - Karol pohamował się, gdy zobaczył zrozpaczone oczy matki. - Skończ obiad, a potem oprowadzę cię po domu - zwrócił się spokojniejszym głosem do Marleny.

- Nic już nie przełknę. - Odłożyła serwetkę na brzeg stołu i wstała z krzesła. - Przepraszam, ale chciałabym pójść do siebie.

Wstała i pobiegła korytarzem w kierunku schodów. Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. Dygotała z nerwów. Nie mogła zrozumieć, po co się tu znalazła i co za dziwne relacje panują w tej na pozór szczęśliwej rodzinie.

* * *

Julia wydrukowała dwie strony z zapisanymi adresami sklepów. Złożyła je na pół i wrzuciła do torby. Zasunęła zamek i chwyciła rączkę walizki, która stała w gabinecie od wczorajszego wieczoru. Nie myślała o niczym innym niż o wannie i własnym łóżku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ 1

Rozłożony na biurku kalendarz upstrzony był niebieskimi zakreśleniami. Podkomisarz Julia Krawiec ze zmarszczonym czołem planowała tegoroczny urlop, nie mogąc zdecydować, który z letnich miesięcy obstawić jako najmniej deszczowy. Prawdopodobieństwo trafienia na tropikalną pogodę nad polskim morzem było takie samo jak otrzymanie spadku po nieznanej ciotce milionerce z Ameryki. O ile bez spadku jakoś sobie poradzi, to widok rozczarowanych oczu córki w ogóle nie wchodził w rachubę. Obiecany wspólny wypoczynek z Sylwią musi zaplanować perfekcyjnie. Wiaderko z foremkami stało przygotowane do wyjazdu już od początku maja. Okulary z fajką do nurkowania również czekały na swój chrzest.

Uśmiechnęła się na samo wspomnienie o nadmorskich smażalniach ryb i maleńkich budkach z goframi ociekającymi rozgrzanym karmelem, który oblepiał palce. Lipiec czy sierpień? A co z hotelem? Ceny przyprawiały ją o zawrót głowy. Na myśl o zaciągnięciu kredytu na wakacje robiło jej się słabo.

Potarła zmęczone oczy. Zarywała siódmą noc z rzędu, biorąc nadgodziny w komisariacie, aby złapać kilka dodatkowych groszy. Ile jednak by nie siedziała nad aktami, pensja wpływająca na konto była żałosna.

Wyciągnęła rękę po stojącą na biurku kawę. Skrzywiła się na widok wystygłej lury na dnie kubka.

- Taki tu zwyczaj, że wolne soboty spędza się na posterunku? - Michalina śledziła znad gazety każdy jej ruch. - Tego się wymaga? Niezła jazda, nie ma co.

Julia nie zamierzała tłumaczyć się ze swoich nocnych nasiadówek za biurkiem. Sprawa rozwodowa doszczętnie ją zrujnowała. Zanim związała się z Danielem, hasło "Wolność ma swoją cenę" brzmiało jak pusty slogan rzucany przez wyzwoloną młodzież przy byle okazji. Teraz nabrało rzeczywistego wymiaru.

Problemy finansowe zaczęły się już na samym starcie, jeszcze przed złożeniem papierów rozwodowych. Mimo wniosków kierowanych do sądu odrzucono jej podanie o przydzielenie pełnomocnika z urzędu. Dwa tysiące pensji uznano za wystarczające, aby mogła zatrudnić własnego adwokata. Nie wiedziała do końca, na co się decyduje, wpłacając pierwszą transzę na jego konto. Potem przyszły kolejne i jeszcze następne. Po rozprawie została z kilkuletnim dzieckiem bez grosza przy duszy. Dokładnie tak, jak sobie w oczach męża na to zasłużyła.

- Nie pójdziesz do domu poczytać dziecku bajki na dobranoc? - drążyła temat Michalina.

- Pójdę choćby zaraz, o ile sfinansujesz moje wczasy nad morzem. Jedno twoje słowo i już mnie tu nie ma. - Julia zmarszczyła czoło, nie odrywając wzroku od kalendarza. - Ciesz się, póki możesz, że nie tkwisz po uszy w długach. Ciebie też to czeka, o ile na czas nie przekwalifikujesz się na stomatologa z prywatną praktyką lub maklera giełdowego. Tylko patrzeć, jak będziesz błagać Stefaniaka o dodatkowe pół etatu.

Michalina przekrzywiła zawadiacko głowę.

- Rozumiem, że na życie w stylu Miami Vice nie mam co liczyć? Żadnych jaguarów, mercedesów?

- Przykro mi. Jedynie wysłużony aston martin. Widzisz to czerwone cacko za oknem? - Julia wskazała brodą na poszarzałą firankę. - Na to możesz liczyć. I to w pakiecie ze mną. Ja i mój fiat. O półnagich przystojniakach poruszających się w slow motion na rolkach też możesz zapomnieć. To nie ten film.

- Zastanawiające! - prychnęła Michalina. - Że też nie uprzedzili mnie o tym podczas składania papierów do szkoły policyjnej. Nie pozostaje mi nic innego, jak spakować swoje rzeczy w tekturowe pudło i ruszyć, gdzie oczy poniosą.

- Obyś się nie przeliczyła! Karton musisz sobie zorganizować we własnym zakresie. Magazynier ociąga się z wydaniem byle spinacza do papieru.

Minęła północ. Julia czuła, jak zmęczenie coraz silniej daje się jej we znaki. Marzyła o chłodnej kąpieli. Mimo turkoczącego w rogu pokoju wiatraka mury utrzymywały nagromadzone w ciągu dnia ciepło. Bluzka lepiła się do spoconych pleców.

Zajrzała do szafki z napojami i wyciągnęła rękę po ostatnią butelkę mineralnej. Odkręciła nakrętkę i upiła kilka łyków. Woda o temperaturze dwudziestu stopni bardziej ją rozdrażniła, niż ukoiła pragnienie.

- Nie masz dziś żadnej randki? - Odwróciła się w stronę Michaliny, próbując oderwać koleżankę od wertowania gazety. - Nie musisz tkwić tu ze mną, wystarczy, że jedna z nas ma zmarnowany wieczór.

Odpowiedział jej szelest przewracanych stron "Kuriera".

- Randki? Nie trawię mężczyzn. Są u mnie skończeni. - Ton głosu Michaliny z żartobliwego zmienił się w oschły i nieskory do dowcipów. Wbiła wzrok w wiadomości sportowe. - Postanowiłam przerzucić się na kobiety. Mała odmiana dobrze mi zrobi. Mnie tam bez różnicy, z kim przykrywam się kołdrą.

- Nowatorskie, żeby nie powiedzieć: trendy. - Julia podjechała na fotelu do stolika z komputerem, weszła na Google, a następnie kliknęła na pierwszą z brzegu stronę z pogodą. Skrzywiła się i wybrała inną. Tu zapowiadano nieco lepszą pogodę.

- Tak naprawdę to nie chcę mieć nikogo - dodała Michalina i smętnie spojrzała przez ramię na migającą mapę pogody.

- Chcesz o tym pogadać? - Julia wraz z fotelem wróciła za biurko. - Mam dziś dużo czasu na słuchanie.

Zapisane drobnym drukiem strony gazety ponownie zaszeleściły. Tym razem Michalina zawiesiła wzrok na kronikach towarzyskich.

- Może innym razem. Potrzebuję czasu.

Julia pokiwała ze zrozumieniem głową. Nie będzie naciskać. Odłożyła kalendarz na brzeg biurka i wyciągnęła rękę po czekające akta spraw. Przyjrzała się ukradkiem Michalinie. Jej twarz przybrała smutny wygląd. Za wcześnie na zwierzenia, rany po jej ostatnim związku jeszcze się nie zabliźniły. Dwa rozstania w pół roku potrafią dać w kość nawet tak pewnej siebie osobie jak ona. Nadal rozpamiętywała swój zakończony fiaskiem romans. Łatwo przyszło, łatwo poszło, bilans zerowy.

- Cieszę się, że do nas trafiłaś. - Julii nie pozostało nic innego, jak zmienić temat. Oparła łokieć na stosie leżących na biurku teczek. - Z twoim poprzednikiem nie było mi po drodze. Zresztą nie tylko ja miałam z nim problem. Wspólnie z komisarzem planowaliśmy dokonać na Wilku rytualnego zabójstwa. Do wykrycia sprawcy oczywiście nigdy by nie doszło.

Michalina podniosła oczy znad gazety. Julia odczytała w nich wyraźną ulgę, tym razem obejdzie się bez przepytywania. Bodnar, odkąd dołączyła do zespołu, sprawiała wrażenie wiecznego wesołka, jednak pod płaszczykiem pozornego szczęścia dawało się u niej wyczuć ciągłe napięcie. Związki w jej życiu należały do tematów tabu. Każda próba podjęcia rozmowy w tej kwestii kończyła się wyjściem z pokoju lub zmianą kierunku dyskusji.

- Zatem w umowie o pracę powinnam zastrzec sobie prawo do niedokonywania na mnie waszych sadystycznych obrzędów? - Michalina odchyliła głowę do tyłu i przeczesała palcami nastroszonego blond jeża. - Na wypadek, gdybym również i ja nie wpisała się w tutejsze zwyczaje.

- W przypadku Wilka żadne zwyczaje nie były przestrzegane. Taki egzemplarz zdarza się raz na sto lat - odparła Julia z nieskrywaną złośliwością. - Teraz już patrzę z dystansem na to, co robił, a właściwie czego nie robił. Jednego nie mogę mu tylko wybaczyć.

Napotkała pytające spojrzenie Michaliny.

- To działo się jesienią zeszłego roku. Przez jego niechlujstwo, ba, głupotę, o mały włos nie straciłam córki. Zgubił zeznania świadka, który wskazał miejsce przetrzymywania chorej Sylwii. Minuty dzieliły ją od śmierci. Nie potrafię o tym mówić spokojnie, nawet teraz, po tylu miesiącach. To wszystko było jak jakiś cholerny, zły sen.

Julia przerwała na chwilę i zapatrzyła się na świecącą za oknem latarnię.

- Nie ma sensu do tego wracać. Gdy przeszedł mój wniosek o przydzielenie nowego asystenta, wiedziałam, że dni tego błazna są policzone, i to było dla mnie najważniejsze. Jak usłyszałam, że tym asystentem będzie kobieta, poczułam, że znajdę w niej bratnią duszę. Mam nadzieję, że się nie myliłam.

Michalina już przygotowywała jakąś błyskotliwą odpowiedź, kiedy na biurku Julii zaterkotał telefon. Podniosła słuchawkę.

Bodnar obserwowała, jak koleżanka rozgląda się za czymś na stole. Szybkim ruchem podała jej kartkę i ołówek.

- Sienna 3. Wjazd od strony lasu. Przyjęłam.

Julia sięgnęła po leżącą na stercie dokumentów legitymację i schowała ją do kieszeni spodni.

- Mamy wezwanie. Coś złego wydarzyło się w domu niejakich Kornatowskich. - Zmusiła się do przełknięcia kolejnych łyków ciepłej wody, po czym chwyciła w garść kilka słonych orzeszków. - Zgłoszono zniknięcie narzeczonej ich syna Eryka.

- Może najzwyczajniej w świecie rozmyśliła się i dała nogę z domu przyszłych teściów? Mądre dziewczyny uciekają sprzed ołtarza aż się kurzy, a naiwne do końca życia piorą gacie i skarpetki. - Michalina ponownie przeczesała palcami jeża. - Już ją lubię.

- Niestety, nie wygląda to na zwykłe "danie nogi". Dziś odbywała się ich impreza zaręczynowa. Gdyby chciała uciec, mogła zrobić to dużo wcześniej.

Ręka Michaliny gładząca tył głowy zawisła w powietrzu.

- Zaraz, zaraz, powiedziałaś "Kornatowskich"? - Złapała odłożoną chwilę temu gazetę. - Popatrz na to.

Anons w rubryce towarzyskiej zajmował pół szpalty. Poniżej umieszczono zdjęcie uśmiechniętego przyszłego pana młodego i jego wybranki. Julia przysunęła "Kurier" bliżej lampki.

- "Państwo Irena i Zygmunt Kornatowscy mają przyjemność powiadomić o zaręczynach swego syna Eryka z panną Pauliną Fogel. Uroczystość odbędzie się w dniu 20 czerwca bieżącego roku w majątku rodzinnym" - przeczytała na głos. - Jak widać, mamy do czynienia z lokalną elitą. Chłopak, sądząc po fotografii, wygląda jak prawdziwy Jude Law. Ona też niczego sobie.

Michalina wyszarpnęła gazetę z rąk Krawiec. Uśmiechnęła się zalotnie do zamieszczonego zdjęcia.

- Pokaż jeszcze raz. Fakt, niezły okaz. Osobiście od takiego bym nie uciekła.

- Osobiście powiedziałaś kilka minut temu "nie trawię mężczyzn". Rozumiem, że nie działa to w przypadku przystojniaków. Skreślasz jedynie tych kulawych i ze szklanym okiem?

Na te słowa Michalina wydęła wargi. Julia zrozumiała ten wymowny grymas i pokiwała z politowaniem głową. Bodnar przeciągnęła się leniwie i uchwyciła wzrokiem swe odbicie w wiszącym na ścianie miniaturowym lustrze. Dwoma palcami przygładziła brwi i dodatkowo oblizała usta.

- Proszę cię, abyś nawet nie próbowała zarzucać swoich sieci na tego chłopaka. Twój limit romansów został wyczerpany. Poza tym nie składamy wizyty towarzyskiej. Zaginęła dziewczyna. Rozpłynęła się w powietrzu, nagle i przez nikogo niezauważona. Dom był przecież pełen ludzi.

Julia zatrzymała wóz pod kutą bramą. Nie nowoczesną, automatyczną, ale otwieraną ręcznie. Błysnęła światłami prosto w oszkloną budkę strażnika. Wygramolił się z niej mocno umięśniony i wbity w służbowy uniform ochroniarz. Podszedł do fiata i wsadził głowę przez odsuniętą szybę. Michalina odruchowo cofnęła twarz.

- Zdecydowanie jest tu o jedną głowę za dużo. - Położyła rękę na korbce. Szyba zaczęła powoli sunąć ku górze.

Ochroniarz w ostatnim momencie odchylił szyję i potarł kark otłuszczonymi palcami.

- Panie z policji? - Zaświecił latarką przez szybę, przyglądając się ich twarzom.

- Tak, panie z policji. Wolałybyśmy zachować wzrok w dobrym stanie. - Oślepiające światło latarki przesunęło się z twarzy niżej. - Powiadom kogo trzeba, że przyjechałyśmy, i otwórz wreszcie tę cholerną bramę.

Julia poklepała Michalinę uspokajająco po kolanie. Aroganckie zachowanie koleżanki przypomniało jej, że była taka sama, gdy zaczynała służbę. Wtedy też czuła się wszechmocna i niezniszczalna. Za nic miała autorytety i nie szła na kompromisy. Wystarczyło kilka lat, żeby zrozumieć, że sprytem i bystrym umysłem ugra znacznie więcej niż wymachiwaniem szabelką.

Brama zazgrzytała, wjechały na teren posesji. Asfaltowa alejka prowadząca do domu Kornatowskich zastawiona były luksusowymi autami. Julia przecisnęła się obok nich, ryjąc oponami trawnik.

- Niezłe bryki. - Michalina pokiwała głową z uznaniem. - Na moje oko na podjeździe stoi na czterech kołach grubo ponad milion złotych. Nasz fiat wygląda przy tych limuzynach jak nieudany eksperyment szalonego automaniaka.

- Zdecydowanie nie wpisujemy się w tutejszy krajobraz, ale same tego chciałyśmy. Zamiast ganiać z pistoletem, mogłyśmy wyjść za milionerów i zasuwać teraz czymś takim. - Julia z westchnieniem zgasiła światła i wyłączyła silnik.

Z zewnątrz dom Kornatowskich przypominał mickiewiczowski dworek rodem z Pana Tadeusza. Na pozór skromny, urzekał jednak precyzyjnie rzeźbionymi detalami zdobiącymi gzymsy, jak i walcowatymi kolumienkami, po których pięło się ku górze dzikie wino. Ciemnoróżowe piwonie opierały swe ciężkie głowy o połyskujące parapety. Nad drzwiami wejściowymi nieruchomo wisiała witrażowa lampka, rzucając wielokolorowe światło na ganek.

- Obstawiam późne rokoko albo inny kicz. - Bodnar z wyraźnie zdegustowaną miną obrzuciła wzrokiem posesję.

Drzwi domu uchyliły się i na schody wyszedł młody, na oko dwudziestokilkuletni mężczyzna ubrany w staroświecki uniform. Skłonił się i wskazał ręką drzwi. Michalina gwizdnęła pod nosem.

- Ostatni raz widziałam gościa w liberii, gdy byłam w teatrze ze swoją klasą. - Podchwyciła pogardliwy uśmiech Julii. - Że niby co? Że od czasów szkoły nie byłam ani razu w teatrze? Nie każdy lubi oglądać facetów w żupanach.

- Teatr to nie tylko żupany, zapewniam cię. A teraz chodźmy już, czekają na nas.

Wynajęty na uroczystość odźwierny szedł przodem wyprostowany. Jego ręce przylegały ściśle do sylwetki, jakby odklejały się od niej tylko na wyraźne polecenie ich właściciela. Ani razu się nie odwrócił i nie spojrzał na podążające za nim Julię i Michalinę. Wykorzystały to, aby rozejrzeć się po korytarzu. Był nieduży, ale ciekawie urządzony. Malowany wazon stojący na komodzie o giętych nogach z trudem mieścił bukiet ciętych róż. Odbijały się w lekko nachylonym nad wazonem lustrze, które górną krawędzią niemal dotykało sufitu.

Zadarły głowy, przyglądając się jasnym ścianom ozdobionym portretami posępnych mężczyzn z zawiązanymi pod szyją fularami i kobiet tulących policzki w haftowane koronki. Nad obrazami zainstalowano podwójne kinkiety w kształcie płonących świec, z których ściekał kryształowy wosk. Brakuje tylko szabli skrzyżowanych na gobelinie, przebiegło Julii przez myśl. Jej dwupokojowe służbowe mieszkanie nawet w jednej setnej nie miało w sobie tego przepychu, jaki bił z tego miejsca. Miało za to gliniane doniczki na balkonie i fioletowe fuksje zwisające przez poręcze aż do okien sąsiada. Chodniki z Ikei też wydawały się bardziej praktyczne niż przystrzyżone na grubość centymetra wełniane dywany, po których teraz stąpała.

Mimo że wszystko przemawiało na korzyść jej skromnego, ciepłego mieszkanka, przez chwilę poczuła nieprzyjemny ucisk w sercu. Świadomość tego, że na lata utknie w wynajętych czterdziestu paru metrach na małym policyjnym osiedlu, wywołała w niej przygnębienie. Jedyne, co w tej sytuacji mogło ją pocieszyć, to fakt, że w swoim "apartamencie" nie musiała dbać o pozory, wbijając się w tiule i satyny. Strojem obowiązującym w jej domu był bawełniany dres. Czym prędzej odgoniła od siebie złe myśli.

Mężczyzna w liberii nacisnął połyskującą, mosiężną klamkę, po czym oburącz pchnął dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do salonu. Zrobił głową zapraszający gest, wskazując jednocześnie zatopionych w dyskusji gospodarzy.

Kobieta była niewysoka, bardzo szczupła. Ubrana w czarną, doskonale skrojoną suknię ściśniętą w talii haftowanym pasem. Platynowe włosy miała upięte w hiszpański kok, w którym połyskiwała wysadzana perłami spinka. Jej uszy ozdabiały kolczyki z ogromnymi krwistoczerwonymi rubinami, które kołysały się przy każdym poruszeniu głową.

Jej mąż, wyższy od niej o głowę, z burzą ciemnych włosów poprzeplatanych tylko gdzieniegdzie srebrnymi nitkami, w niczym nie przypominał przeciętnego pięćdziesięciolatka. Przeciwnie. Przyciągał wzrok wysportowaną sylwetką, na której doskonale leżał granatowy garnitur. Spod rękawów marynarki wystawały śnieżnobiałe mankiety z połyskującymi spinkami.

Na widok wchodzącej dwójki przerwali rozmowę. Kobieta klasnęła trzykrotnie w dłonie, prosząc gości o ciszę.

- Podkomisarz Krawiec, młodsza aspirant Bodnar - zaanonsował gości wynajęty odźwierny, po czym stanął pod ścianą, chowając ręce za naprężonymi plecami.

Stukot obcasów pani domu rozszedł się po wyciszonym wnętrzu.

- Irena Kornatowska - przedstawiła się. - Nawet nie wiem, jak opisać to, co się stało. - Kobieta spojrzała wymownie w kierunku męża. Podszedł do niej, objął mocno ramieniem i popatrzył na policjantki.

- Witam. Zygmunt Kornatowski. Wahaliśmy się, czy wzywać policję, ale nie mogliśmy dłużej narażać syna na taki stres.

Julia przez moment przyglądała się wypolerowanej na wysoki połysk posadzce i stojącym na niej atłasowym czółenkom na cienkim obcasie.

- Wahali się państwo? O ile dobrze zrozumiałam ze zgłoszenia, zaginioną osobą jest narzeczona państwa syna?

- Chyba że zaginiona znikanie ma we krwi - wtrąciła się Michalina. - Jak w tym hollywoodzkim filmie z Julią Roberts.

Krawiec zganiła ją spojrzeniem, jednak spotkało się to z całkowitym niezrozumieniem ze strony Bodnar.

- Przyznam, że nie do końca rozumiem, co pani chce przez to powiedzieć. - Na twarzy Kornatowskiej malowało się zdziwienie wywołane pytaniem Michaliny. - Dlaczego niby Paula miałaby to zrobić? Planowałyśmy dzisiejszą uroczystość od wielu tygodni. To wszystko wydaje mi się takie nierzeczywiste.

Julia zasłoniła plecami Michalinę, odcinając ją przezornie od dalszej dyskusji.

- Zanim usłyszę państwa wersję wydarzeń, chciałabym najpierw porozmawiać z państwa synem. - Julia rozejrzała się po twarzach gości. - Nie widzę go tutaj.

Zygmunt Kornatowski dał dyskretny znak stojącemu pod ścianą służącemu. Mężczyzna skinął głową, po czym sprężystym krokiem wyszedł z pokoju, delikatnie zamykając drzwi.

- Eryk zaraz przyjdzie. Odkąd zauważył zniknięcie Pauliny, coś go opętało. Od rana był dziwnie pobudzony, jakby przeczuwał, że coś złego wisi w powietrzu. Zauważyłem, jak zaaplikował sobie podwójną wódkę, zanim jeszcze rozpoczęliśmy uroczystość. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby tyle pił. - Zygmunt poklepał dłoń żony, która drgnęła na dźwięk jego słów. - Dlatego to, co zobaczyłem, bardzo mnie zaniepokoiło.

- Sądzi pan, że Eryk bał się o narzeczoną?

- Obserwowałem od pewnego czasu jego zachowanie. Odnoszę wrażenie, że syn posępniał z każdym dniem przybliżającym go do zaręczyn.

Od strony ogrodu słychać było podniesione głosy. Julia dostrzegła dwa cienie rzucane przez sylwetki stojące na tarasie. Weranda łączyła salon z drugim pokojem, do którego wejście znajdowało się w głównym korytarzu, ale głosy wyraźnie dochodziły z podwórza.

Szklane drzwi otworzyły się na całą szerokość i do pokoju wszedł młody mężczyzna. Gwałtownym ruchem rozluźnił krawat, po czym rozpiął górne guziki koszuli. Nie patrzył na zebranych gości. Szedł na chwiejnych nogach prosto do baru z alkoholem.

- Szkocką!

Kelner posłusznie napełnił szklankę. Eryk wlał alkohol do gardła. Z ust wydobył się balon powietrza. Odwrócił się do zebranych i obrzucił ich mętnym wzrokiem. Ręka z pustą szklanką powędrowała do góry w geście wznoszonego toastu.

- Moi goście! Moi drodzy, czcigodni goście! Tacy uładzeni i wytworni! - Eryk ruszył w ich stronę. Podchodził coraz bliżej, zaglądając im w wystraszone twarze. - Wybałuszacie teraz oczy, jakbyście nie mieli na tyle kultury, żeby wyjść i nie patrzeć na moje nieszczęście! Patrzcie więc! - Zakręcił się na pięcie i rozłożył ręce. - Napatrzcie się i rozpowiedzcie wszystkim dookoła, że narzeczona Eryka zniknęła! Że uciekła w dniu swych zaręczyn! Kochana rodzinka i przyjaciele! Wiecznie żądni sensacji, wiecznie czyhający na moje potknięcie!

- Eryku! - Kornatowska zasłoniła usta dłonią. - Eryku, tak nie można! Kochanie - zwróciła się szeptem do męża - zaprowadź Eryka do jego pokoju, nie możemy pozwolić sobie na takie upokorzenie.

Julia z Michaliną obserwowały rozgrywającą się scenę rodzinną niczym widzowie w kinie. Michalina już otwierała usta, gdy poczuła, że Julia ściska ją za łokieć. Ruchem oczu nakazała milczenie.

Zygmunt ponownie poklepał żonę po dłoni, po czym ruszył w kierunku baru. Eryk rozprawiał się z kolejną szklanką whisky.

- Przecież po to tu przyszli! - Chłopak zachwiał się niebezpiecznie. - Taki skandal! Gdzie mieliby go szukać jak nie w idealnym domu niespełnionej gwiazdy. Ile zdjęć z ukrycia zrobiliście mi dzisiaj, żeby potem opchnąć je tabloidom?! No, ile? Sprzedajne wieprze!

Ojciec Eryka skinął na kelnera. Chwycili go pod ręce i wyprowadzili wyrywającego się z uścisku. Po salonie rozszedł się szept. Nie bacząc na zażenowaną Kornatowską, podsycone sensacją rozmowy przybierały na sile.

- Przykro patrzeć, gdy ludzie z klasą zachowują się zupełnie bez klasy - mruknęła pod nosem Michalina, widząc zniesmaczoną minę Julii. Spojrzała na zegarek. - Już po pierwszej. Mam wyprowadzić całe to towarzystwo i pozwolić Kornatowskim odpocząć? Z przesłuchaniem zapitego pana młodego trzeba będzie poczekać.

Krawiec pokiwała głową.

- Zanim wypuścisz wszystkich do domu, spisz ich nazwiska. Wylegitymuj każdego. Nie pomiń obsługi i służby, ich dane są tak samo ważne. Na rano chcę mieć na biurku pełną listę osób, które przewinęły się przez dom Kornatowskich. Ja tymczasem rozejrzę się po posesji.

* * *

Delikatne pukanie do drzwi zbudziło Eryka z płytkiego snu. Poczuł pulsujący ból w głowie.

Pod zamkniętymi powiekami wirowały czarno-białe plamy. Otwarcie oczu przyniosło ulgę, obraz pokoju powoli zaczął się stabilizować. Ktoś ponownie zapukał i nie czekając na zaproszenie, nacisnął klamkę.

- Żyjesz? - Eryk zobaczył wyciągniętą w swoim kierunku rękę ze szklanką musującej wody. - Powinieneś to połknąć. Aspiryna potrafi zdziałać cuda.

Podskakujące bąbelki gazu wdzierały się do nosa, ale Eryk wypił kilka łyków.

- Ohyda. Zamiast tego powinieneś przynieść mi butelkę wódki. Bardziej by mi pomogła w tej sytuacji. Co się dzieje na dole?

- Goście już wyszli, ale gliny nadal węszą po domu.

Eryk opadł z powrotem na poduszkę. Wbił wzrok w pokryty lustrem sufit. Odbite w szkle ciało przypominało pomięty worek na kartofle.

- Sądzisz, że Paula odeszła celowo?

Karol wzruszył ramionami.

- Mało mnie to obchodzi. Ale skoro chcesz znać moje zdanie, zbyt mocno zależało jej na tym małżeństwie, żeby ot tak zniknąć. Nie mówiła o niczym innym. Miałaby zamknąć za sobą drzwi i tak po prostu odejść? Marzyła o założeniu rodziny. Wasza rodzina była dla niej prawdziwym wzorem.

- Nasza rodzina. - Poprawił go Eryk. - Jesteś tak samo jej członkiem jak ja, mimo że nie płynie w tobie krew Kornatowskich.

Karolowi cisnął się na usta mało wybredny komentarz, jednak postanowił przemilczeć uwagę brata. Procenty szalejące w głowie Eryka spowodowały czasowy spadek energii, a co za tym idzie zanik zwyczajowej zjadliwości, którą przy każdej nadarzającej się okazji serwował starszemu bratu.

Eryk zwlókł się z łóżka i łapiąc w powietrzu równowagę, ruszył w kierunku przylegającej do sypialni toalety. Do pokoju doszedł odgłos oddawania moczu. Nie spuścił wody, słychać było jedynie huk opadającej na muszlę klapy.

- Zaraz rozwali mi czaszkę. Nie mam siły dziś o tym myśleć. Najlepiej będzie, jeśli zostawisz mnie samego. Idź już.

Wzajemne poklepanie się po łopatkach zakończyło rozmowę. Karol odwrócił się na pięcie i z ulgą zamknął za sobą drzwi. Eryk z mokrym ręcznikiem na czole ułożył się z powrotem na łóżku. Przed oczami nadal miał Paulę z wdziękiem schodzącą po schodach z bukietem fiołków w dłoniach. Przez jej jasne włosy prześwitywały rude promienie zachodzącego słońca.

* * *

- Proszę się przyjrzeć temu zadrapaniu. - Julia stała na werandzie i wskazała palcem rysę na lakierze. - Wygląda na całkiem świeże. Reszta ramy jest w nienaruszonym stanie. Zupełnie jakby ktoś próbował otworzyć drzwi od zewnątrz.

Zygmunt Kornatowski zmrużył oczy i powędrował wzrokiem za palcem Julii.

- Niech pan tego nie dotyka. - Zatrzymała jego dłoń wędrującą w stronę framugi. Mężczyzna posłusznie cofnął rękę. - Wolałabym zebrać materiały dowodowe, zanim zatrą je dziesiątki innych rąk. A propos dowodów. - Julia sięgnęła do przewieszonej przez ramię skórzanej torby i wyjęła zawinięty w folię damski but. - Niech pan mu się dobrze przyjrzy.

Kornatowski wziął zawiniątko do ręki. Naciągnął mocniej folię, aby lepiej przyjrzeć się zawartości. Kiwnął głową, co przyjęła jako potwierdzenie, że rozpoznaje własność Pauli.

- Zaraz po zakończeniu przyjęcia rozejrzałam się po państwa posiadłości. But leżał między klombami. Tymi wokół altany. - Julia zasunęła zamek w torbie. - Oczywiście zabieram go ze sobą. Mam nadzieję, że właścicielka lada dzień sama się po niego zgłosi.

Kornatowski uśmiechnął się bez przekonania.

- Nie wydaje się pan poruszony tą sprawą. Po ojcu przyszłego pana młodego oczekiwałabym większego zaangażowania.

Założył ręce na piersiach i na lekko ugiętych kolanach zakołysał się w przód i w tył.

- Po prostu nie wiem, co mam o tym myśleć. Wieczór przebiegał zgodnie z planem. Były życzenia i toast. Paula kręciła się między gośćmi, zabawiając ich rozmową. Śmiała się, widać było, że jest szczęśliwa. Potem był poczęstunek. Zrobiło się gwarno i tłoczno, jak to na przyjęciu. Gdy wjeżdżał tort, Eryk rozejrzał się za narzeczoną.

- I właśnie wtedy spostrzegł, że nigdzie jej nie ma?

- Młode dziewczyny bywają ekscentryczne. Może to tylko głupi dowcip z jej strony. Rozumie pani, osobliwy scenariusz dla podniesienia atmosfery. Prawdę mówiąc, oboje z żoną jesteśmy tego zdania. Widzę, że pani też nie jest przekonana co do tego tajemniczego zniknięcia.

- Wręcz przeciwnie. - Julia zaprzeczyła gwałtownie. - Mimo to staram się zaklinać rzeczywistość. To taka moja słabostka, robię to zawsze, kiedy chcę, żeby sytuacja nie okazała się tak ponura, na jaką wygląda.

- Pomaga to zaklinanie?

- W dziewięciu przypadkach na dziesięć nie. Jednak nadal próbuję. - Założyła ręce na piersiach i obrzuciła wzrokiem ogród. - Swoją drogą macie państwo dziwne sąsiedztwo. - Wskazała głową dom stojący za parkanem oddzielającym posesje.

Kornatowski spojrzał w kierunku tonącego w mroku budynku.

- Stoi pusty od zeszłego lata. Właściciele wyprowadzili się zaraz po tym, jak ktoś podłożył ogień w pawilonie dla służby.

- Ludzie zwykle odbudowują domy po takich zdarzeniach. Wystraszyli się, że ktoś zrobi to ponownie?

Otworzył usta. Przez chwilę nie mówił nic, jakby starał się dobrać słowa odpowiednie do okoliczności.

- W pożarze zginęło dziecko. Niemowlę. Służba pod nieobecność właścicieli zabierała chłopca do swego domu. W wieczór, kiedy to się stało, właściciele byli poza miastem, więc dzieckiem zajmowała się właśnie służba, para starszych ludzi. Dom stanął w płomieniach bardzo szybko, nikt się nie uratował. Kilka dni po pogrzebie właściciele spakowali walizki i się wyprowadzili. Nie wiem dokąd. Od tamtego czasu nasz dom jest ostatnim zamieszkanym w tej części miasta. Nikt tu poza nami nie zagląda.

Julia zapatrzyła się na szumiące drzewa po drugiej stronie muru.

- Obawiam się, że jest pan w błędzie. Nie dalej niż kwadrans temu widziałam jakąś kobietę stojącą przy parkanie oddzielającym posesje. Była pochylona i ubrana na czarno. Nawet głowę miała zakrytą czarną chustą. Znajdowała się za daleko, nie mogłam słyszeć, co mówi, ale odniosłam wrażenie, że odmawia modlitwę. Poruszała ustami, stąd moje przypuszczenie. Pomyślałam od razu, że pewnie przy szosie stoi kapliczka. Taka, jakie stawia się przy wiejskich drogach.

- To niedorzeczne, musiało się pani zdawać. - Głos Kornatowskiego zabrzmiał lekceważąco. - Owszem, stoi tu stary krzyż, ale jest mało widoczny z drogi i, jak już wspomniałem, nikt tu nie zagląda.

Julia wsłuchiwała się w jego słowa z zaciekawieniem. Mówił płynnie, z rzadko spotykaną pewnością siebie. Nie czuł zażenowania, gdy bezceremonialnie spojrzała mu w twarz, próbując odnaleźć w niej choćby cień niepokoju. Mimo panujących w ogrodzie ciemności widziała go dokładnie. Przez zasłony w salonie przenikała cienka smuga światła i padała wprost na środek twarzy Zygmunta. Całkowicie panował nad sobą i nad sytuacją.

- Doprawdy, bardzo to wszystko dziwne - westchnęła z niedowierzaniem. - Mimo pańskich zapewnień dam jednak wiarę swoim oczom. Jeszcze się na nich nie zawiodłam.

Rozmowę przerwał odgłos kroków na kamiennej ścieżce. Zza rogu domu wyłoniła się wątła postać Ireny Kornatowskiej. Szła w ciemnozielonej, aksamitnej podomce. Włosy miała w nieładzie, spięte tą samą spinką z perłami, ale niedbale; kosmyki wysuwały się i unosiły przy każdym mocniejszym podmuchu powietrza. Nie miała już tej gracji i szyku, jakie prezentowała podczas uroczystości. Sprawiała wrażenie zrezygnowanej, zmęczonej życiem kobiety. Na widok męża i Julii stojących przy drzwiach tarasowych prowadzących do domowej biblioteki przyspieszyła kroku. Nerwowo przygładziła włosy, przyciskając je palcami do karku.

- Nie sądziłam, że pani nadal tu jest. - W jej głosie Julia wyczuła zaskoczenie. Brzmiał zupełnie inaczej niż podczas rozmowy w salonie. - Muszę z tobą jak najszybciej porozmawiać - zwróciła się do męża.

- Pani podkomisarz ma ciekawe spostrzeżenia. - Kornatowski spojrzał w stronę drzwi. - Jeśli technicy potwierdzą, że doszło do włamania, sprawa będzie jasna. Zniknięcie Pauli jest tego konsekwencją.

Kobieta podeszła bliżej i wsunęła dłoń pod ramię męża.

- Włamanie? Ależ skąd! Osobiście mocowałam się z tym przeklętym zamkiem nie dalej niż wczoraj.

Zygmunt spojrzał na małżonkę wzrokiem domagającym się wyjaśnień. Machnęła ręką i roześmiała się wymuszonym śmiechem.

- Tyle razy prosiłam ogrodnika, żeby naoliwił zamek. Drzwi zacinały się od dłuższego czasu. Kiedy ozdabialiśmy dom na dzisiejszą uroczystość, chciałam, żeby wszystko było doskonałe. Nasi przyjaciele lubią po wypiciu lampki koniaku w bibliotece zapalić sobie cygaro na tarasie. Nie mogłam przecież dopuścić, aby tak ważny dzień popsuły zacinające się drzwi. Kilka mocniejszych szarpnięć załatwiło sprawę.

Kornatowski spojrzał pytająco na Julię. Przypatrywała się matce Eryka z uwagą.

- Mimo wszystko przyślę tu z samego rana ekipę, żeby zbadała zamek. - Julia uchwyciła zaniepokojony wzrok Ireny. - Zapewniam, że moi chłopcy nie narobią zbytniego bałaganu, może pani być spokojna.

Odprowadzała spojrzeniem odchodzącą parę. Obejmowali się skrzyżowanymi na plecach ramionami. Ten widok wydał jej się tak romantyczny, że nie ruszyła się z miejsca, dopóki nie zniknęli za rogiem domu.

Błogosławiła swą niezależność, to, że nie musi znosić męskich fanaberii i nieustannego egocentryzmu. Odkąd odeszła od Daniela, jej dni zaczęły biec normalnym, spokojnym rytmem. Czuła jednak, że rodzi się w niej chęć otworzenia nowego rozdziału, w którym ona i jej mężczyzna znów mówiliby jednym głosem, śmiali się z tych samych żartów i rzucali w siebie poduszkami w niedzielne wspólne poranki. Ta piękna para trzymająca się za ręce wywołała w niej uczucie zazdrości.

Jej myśli powędrowały ku Michalinie. Z nią też nie było najlepiej. Co z tego, że starała się ze wszystkich sił. Każdy jej związek był jak spacer po polu minowym. Jeden nieostrożny ruch wywalał wszystko w powietrze. Pod tym względem jechały na jednym wózku. Były tak różne, a mimo wszystko tak do siebie podobne.

ROZDZIAŁ II

Julia poczuła wkradające się pod kołdrę małe rączki. Postanowiła udawać, że śpi, dając tym samym Sylwii pozwolenie na poranne baraszkowanie w maminym łóżku. Mała przytuliła się do jej pleców i zachichotała prosto do ucha. Nie otwierając oczu, Julia złapała córkę za chude ręce i przyciągnęła je do ust. Jednak zamiast dziecięcych łapek natknęła się na plastikową łopatkę do piasku. Jakby zapomniała, że odkąd obiecała córce wyprawę do morskiej krainy, ekwipunek małego projektanta piaskowych pałaców stał się nieodłącznym elementem towarzyszącym Sylwii od rana do nocy.

- Jak się spało łopatkom i foremkom? - Odwróciła twarz w stronę córki. - Sądząc po zadowolonej minie, noc przebiegła w ciągłym oczekiwaniu na wakacyjną wyprawę?

- Nie było cię wczoraj, gdy zasypiałam. - Sylwia wygięła usta w podkówkę. - Obiecałaś, że wieczory będziemy spędzały razem.

Julia spojrzała w poważne oczy córki. Kolejne wymówki nie przechodziły jej już przez usta.

- Nie podobał ci się teatrzyk, który zrobiła dla ciebie babcia? Z tego, co wiem, siedziałyście z Basią w pierwszym rzędzie.

Sylwia odsunęła się od matki, oparła plecami o ścianę i wbiła wzrok w malowane kwiaty na kołdrze. Pod pachą ściskała swą nieodłączną lalkę, której głowa ledwo trzymała się na gumowej szyi.

- Nie chcę być w domu tylko z babcią. - Usta niebezpiecznie zadrżały. Sylwia zasłoniła je dłonią i zakaszlała.

Julia szybko położyła rękę na jej czole. Oby tylko znów nie doszło do nawrotu astmy.

- Postaram się mniej pracować. Obiecuję. - Objęła córkę i schowała ją w ramionach. Położyła policzek na jasnej głowie. - W nagrodę za te wszystkie samotne wieczory będę pozwalała ci nad morzem na wszystkie twoje szalone pomysły.

Sylwia wyswobodziła się z objęć i na powrót usiadła na wprost matki.

- Na gofry z bitą śmietaną?

- Tak.

- Na kolorowe gumy do żucia z automatu z łapką?

- No pewnie!

- I na skoki do nieba na trampolinie?

- Będziesz skakać od rana do nocy.

Sylwia zrobiła tajemniczą minę.

- Obiecaj, że zgodzisz się na jeszcze jedno.

Do pełnego porozumienia pozostało spełnienie najważniejszej obietnicy. Julia za uśmiech córki była gotowa na wszystko.

- Co tylko sobie mój skaczący szkrab zażyczy.

- Chcę tatuaż. Dla siebie i dla Basi.

Mała wyciągnęła spod pachy lalkę i posadziła ją na kołdrze tak, aby była świadkiem dobijanego właśnie targu. Obie utkwiły wzrok w groźną twarz Julii.

- Chyba obie zapomniałyście, że panna Sylwia, lat siedem, jest jeszcze zbyt mała na tatuaże. Natomiast panna Basia, lat dwa...

- ...i pół - dodała szybko Sylwia.

- ...i pół, nosi ciągle tatuaże, tak że już nie widać jej pleców spod nalepionych smoków i innych esów-floresów.

Sylwia gwałtownie pokręciła głową. Złote loki rozsypały się na jej wątłych ramionach.

- Takie tatuaże się nie liczą. Ja chcę prawdziwy, z piratem. Już powiedziałam babci, że zrobię go sobie tu. - Wyciągnęła ramię i pokazała palcem. - Zaraz pod szczepionką.

- Chodź no do mnie, mój mały piracie! - Julia zapragnęła przytulić córkę do serca i już jej nigdy nie puszczać. Oddałaby wszystko, aby powróciły chwile, gdy beztrosko spędzały niemal każde weekendowe przedpołudnie w Łazienkach, karmiąc kaczki lub biegając po trawie za wiewiórkami. Teraz, kiedy utrzymanie ich obu spoczywało wyłącznie na jej barkach, ciężar życia stawał się coraz bardziej odczuwalny.

Grosze, które zasądził podczas rozwodu sędzia, wystarczały zaledwie na podstawowe opłaty. Według dokumentów, które Daniel przedstawił podczas sprawy o alimenty, powinien dawno umrzeć z głodu. Gruba kasa przechodziła pod stołem. Postanowiła się nie poniżać i nie żebrać o nic ponad to, co zasądzone. Zjadłby ją razem ze swoim adwokatem. Nie chciała szarpać sobie nerwów.

Gdy zakomunikowała mu, że zabiera dziecko na dwa tygodnie nad morze, nie zgodził się nawet na pokrycie kosztów podróży. Z tego, czego zdołała się dowiedzieć od wspólnych znajomych z Warszawy, jego nowa kochanka wysysała z niego każdą złotówkę. Nic zatem dziwnego, że potrzeby córki w ogóle przestały się liczyć. Zacisnęła zęby. Da sobie radę sama. Jak zwykle.

- Co to za poranne rozróby? - Babcia Emilia wsunęła głowę do pokoju. Z jej ust szybko zniknął uśmiech, gdy baczniej przyjrzała się twarzy córki.

- Wszystko w najlepszym porządku - odpowiedziała szybko Julia, nie chcąc tłumaczyć się ze smętnej miny. - Wszystko w porządku.

* * *

- Jesteś pewien, że to nie było zwykłe szarpnięcie drzwiami? - Julia przykucnęła przy pochylonym nad zamkiem Zasępą. - Kornatowska potwierdziła, że urwanie zamka spowodowane było nagłymi pociągnięciami.

Zasępa, spec od śladów pozostawionych na miejscu przestępstwa, otarł cieknącą po czole kroplę potu, po czym wytarł gumową rękawiczkę w spodnie.

- Oprócz typowych dla szarpnięć zarysowań widzę tu coś znacznie bardziej interesującego. - Wskazał palcem dziurę w ramie. - Przypatrz się temu dokładnie. Po co ktoś miałby mocować się z zamkiem, skoro wystarczyło otworzyć go szpikulcem czy zwykłym drutem. Te drzwi nie mają zabezpieczeń antywłamaniowych, tylko lekkie zamknięcia, bardziej ozdobne niż wytrzymałe.

Julia podniosła się i przesunęła w stronę cienia.

- Ta dziura w ramie, tuż przy zamku, powstała wskutek ześlizgnięcia się ręki ze szpikulcem?

Zasępa osłonił oczy przed południowym słońcem.

- Nie mogę tego wykluczyć.

- Zatem ktoś, kto majstrował przy drzwiach, był albo pijany i nie mógł trafić w wąską szczelinę zamka, albo chybił na skutek ciemności. Ostrze wbiło się w ramę drzwi i spowodowało odprysk drewna - skonstatowała Julia. - Nie ma innego wytłumaczenia.

Od strony żwirowej ścieżki podążała Michalina. Dopijała poranną kawę na wynos. Jej okulary aviatory wywołały na twarzy Zasępy ironiczny uśmieszek.

- Gdzie zgubiłaś swego Toma Cruise'a?

- Odczep się, Zasępa. Głowa mnie boli od tego słońca. Lepiej powiedz, co ustaliliście.

Julia już miała otwierać usta, kiedy z wnętrza domu dobiegło wołanie Kornatowskiej. Weszła do biblioteki i postawiła na stoliku tacę z mrożoną herbatą. Tuż za nią podążał wysoki blondyn w okularach.

- Zapraszam państwa do środka. Odrobina chłodu na pewno wszystkim dobrze zrobi.

Julia z zaciekawieniem przyglądała się młodemu mężczyźnie towarzyszącemu Irenie Kornatowskiej.

- Nie pamiętam pana. Mam wrażenie, że nie spotkaliśmy się wczoraj podczas przerwanej uroczystości.

- To nasz drugi syn, Karol - wyjaśniła pośpiesznie Kornatowska. - W tym całym zamęcie pewnie wmieszał się w tłum gości, prawda, Karolu?

Mężczyzna kiwnął głową. Odsunął od stołu krzesło, zapraszając Michalinę do odpoczynku. Skwapliwie skorzystała i klapnąwszy na siedzenie, zaczęła wachlować się zgarniętą z etażerki gazetą. Pozostała czwórka również przysiadła się do stołu.

- Rozumiem, że do tej pory Paula nie dała znaku życia? - Julia nalała sobie herbaty do szklanki. - Rozmawiała pani z synem?

Kornatowska rozłożyła bezradnie ręce. Wzrok Julii i Michaliny przykuł połyskujący na palcu pierścionek z olbrzymim szafirem.

- Telefon Pauli milczy. Eryk od rana próbuje się z nią skontaktować, ale bez skutku. Na dodatek mało pamięta z wczorajszego wieczoru.

- Zalał się przecież w trupa - wymamrotała Michalina pod nosem. - Dziwię się, że po takiej dawce alkoholu można w ogóle przeżyć.

Kornatowska puściła tę uwagę mimo uszu. Cokolwiek by powiedziała w jego obronie, fakty były bezsporne. Jej młodszy syn zrobił z siebie i z nich wszystkich pośmiewisko.

- Zdaję sobie sprawę z tego, że to, co teraz powiem, być może wyda się pani szaleństwem, ale osobiście nie wierzę w to całe włamanie i porwanie dziewczyny. - Ściszyła znacznie głos i spojrzała w stronę korytarza. - Wezwaliśmy policję głównie ze względu na Eryka. Oszalał z rozpaczy, jak się dowiedział, że Paula zniknęła.

- No i chyba też po to, żeby zachować twarz przed żądnymi sensacji gośćmi - wtrąciła ponownie Michalina, rozpierając się wygodnie na krześle. - Zawsze to lepiej upozorować zniknięcie narzeczonej, niż dać ludziom do myślenia, że dziewczyna ucieka przed swoim chłopakiem w dniu zaręczyn.

Milczący do tej pory Karol poderwał się od stołu, zawisł nad głową matki i wpatrzył się w różową od upału twarz Michaliny.

- Nie rozumiem, jak pani może być tak cyniczna. Naszą rodzinę dotknęło nieszczęście, a pani uważa, że w takim momencie bylibyśmy w stanie kalkulować, jaka wersja wydarzeń jest dla nas bardziej korzystna? Niespotykana bezczelność!

Matka odchyliła się w jego stronę i łagodnie poklepała go po przedramieniu. Posłał jej gorzki uśmiech, dając tym samym znać, że panuje nad sobą.

- Ja pewnie też wybrałabym tę pierwszą opcję - nie dawała za wygraną Bodnar. - A jeśli jeszcze na dodatek prasa to zgrabnie opisze i nada wydarzeniu posmak sensacji, wokół Eryka zrobi się medialny szum. Czy nie o to w tym wszystkim chodzi? Celebryci aż się proszą o skandalizujące artykuły w gazetach lub w sieci.

Michalina podchwyciła pytające spojrzenie Julii. Dała znać ręką, że potem jej wszystko wytłumaczy.

- Celebryci! Artykuły! Wiecie, gdzie mam tych pieprzonych pismaków? - Zza pleców Julii doszło szuranie porannych pantofli. Z butelką wody Perrier w garści, w rozpiętym na piersiach szlafroku zbliżał się do nich Eryk.

Julia na odległość wyczuła odór przetrawionego alkoholu. Z każdego pora skóry wydobywał się pomieszany z porannym potem smród. Gdyby nie widziała go na zdjęciu w gazecie, nie uwierzyłaby, że zabójczo przystojny mężczyzna w ciągu zaledwie jednej nocy może zrobić z siebie kogoś tak żałosnego.

Spojrzała na Michalinę, która udając, że pije, schowała nos w szklankę z herbatą, aby nie wdychać sfermentowanego alkoholu.

Irena odciągnęła syna na bok i szepcząc mu coś do ucha, popchnęła w stronę wyjścia. Eryk szarpnął się, rękawy beżowego szlafroka zafurczały w powietrzu.

- Zamiast siedzieć tu bezczynnie i popijać herbatę, ruszylibyście tyłki i zabrali się do swojej roboty! - krzyknął w ich stronę.

Julia dyskretnie dała Michalinie i Zasępie sygnał do odwrotu. Podnieśli się z krzeseł i ruszyli w stronę wyjścia. Eryk jednym skokiem znalazł się przy drzwiach wychodzących na taras. Zablokował wyjście ręką. Na jego twarzy malowała się pogarda.

- Cóż za wymowne milczenie! Gliny się obraziły! Rozumiem, że na dziś zakończyliście robotę i wracacie do domu posiedzieć przed telewizorem?

Julia zmierzyła go wzrokiem i przesunęła na bok.

- Nie możemy podjąć więcej kroków przed upływem dwudziestu czterech godzin od zaginięcia. Takie są przepisy. Jeśli do poniedziałku pańska narzeczona nie da znaku życia, rozpoczniemy swoją procedurę.

Odpowiedział jej wściekły śmiech mężczyzny.

- Wy i te wasze procedury! Za dwadzieścia cztery godziny dziewczyna może już nie żyć! Jak wtedy wytłumaczycie się ze swoich procedur? - wysyczał prosto do ucha Julii. - Chciałbym wtedy zobaczyć wasze miny.

Miał zamiar dorzucić jeszcze kilka złośliwości, ale Karol złapał go za rękę i wyprowadził szamoczącego się z pokoju.

- Przepraszam za niego. Eryk zachowuje się nienaturalnie, odkąd zaczęły się te pogróżki. - Głos Karola był już dużo łagodniejszy. Julia obróciła się i weszła z powrotem do biblioteki.

- O jakich pogróżkach pan mówi? I czemu dopiero teraz?! - Nieświadomie podniosła głos, ale zaraz się opanowała.

- Poczekajcie. Zaraz to przyniosę.

Karol wyszedł z pokoju, by po chwili wrócić z ozdobnym kartonem wielkości pudełka do butów. Postawił go na stoliku do kawy.

- Co to jest? - Julia podniosła wzrok w oczekiwaniu na wytłumaczenie.

- Na dzień przed zaręczynami kurier przyniósł tę paczkę. Była zaadresowana do Pauli. Brała wtedy prysznic, więc chciałem odebrać przesyłkę w jej imieniu, jednak kurier stanowczo zażądał, żeby pakunek trafił do rąk własnych adresata.

- Która była wtedy godzina?

- Czy to ważne? Mniej więcej dziewiąta rano. Może wpół do dziesiątej. Zaraz po tym, jak dostarczono przepiórki na niedzielny obiad.

Michalina gwizdnęła przeciągle, ale natychmiast w ramach przeprosin posłała Karolowi niewinny uśmiech.

- Co było dalej?

- Pamiętam, że Paula wycierała mokre włosy. Zawołałem ją, aby przyszła tu, do biblioteki, pokwitować odbiór. Kurier czekał dobrych piętnaście minut, więc zaproponowałem mu, żeby przysiadł na chwilę.

- Dalej - poganiała go Julia.

Przełknął ślinę i zawiesił wzrok na pudełku.

- Paula myślała zapewne, że to jakiś romantyczny prezent od Eryka.

- Skąd pan wie, co myślała Paulina? - Julia przyłapała go, jak się zawahał. - Była załączona wizytówka nadawcy?

Pokręcił głową.

- Nie, nie było wizytówki, jednak prezent wyglądał na drogi. Był zapakowany wyjątkowo elegancko. Komuś musiało zależeć na tym, aby zrobić odpowiednie wrażenie.

- Widział pan, co było w środku?

Karol ponownie zawahał się przez chwilę. Wbił wzrok w karton, przywołując w pamięci tamtą sytuację.

- Tak, widziałem. W pudełku odwrócony brzuchem do góry leżał martwy ptak z wyrwanymi skrzydłami.

W pokoju zrobiło się nienaturalnie cicho. Jedynie znad kominka dochodziło miarowe tykanie zegara.

- Karolu, przecież to mógł być jakiś zwykły głupi żart. - Pierwsza odezwała się Irena Kornatowska, czując na sobie wzrok Julii. - Jeden z tych, jakie robią sobie młodzi ludzie po to tylko, aby kogoś nastraszyć. Nie sądzi pani? - Odwróciła twarz w stronę wpatrzonej w nią Krawiec.

Nie doczekała się jednak odpowiedzi. Julia przerzuciła wzrok na puste pudełko, jakby szukała odpowiedzi na dręczące ją pytanie, kto i dlaczego życzył śmierci Paulinie Fogel?

Opuszczali dom Kornatowskich z nieskrywaną ulgą. Julia niosła pod pachą puste kartonowe pudełko.

- Co za popieprzona rodzina. - Michalina wskoczyła na tylne siedzenie fiata. - Jeśli to jest elita, to ja wolę pozostać tam, gdzie moje miejsce. "Plebs" też brzmi nieźle.

Julia poprawiła wsteczne lusterko i zwolniła ręczny hamulec. Wycofała auto za bramę posesji.

- Zasępa, co ty o tym wszystkim myślisz?

- Ja tu nie jestem od myślenia. Swoje już powiedziałem. Zamek drzwi tarasowych był naruszony od zewnątrz. Jeśli Kornatowska utrzymuje, że jego zniszczenie nastąpiło wskutek silnych szarpnięć od strony biblioteki, to najzwyczajniej w świecie kłamie.

Julia odwróciła głowę w stronę Zasępy.

- Po co miałaby kłamać? Myślisz, że nie zależy jej na bezpieczeństwie swojej rodziny? To przecież nielogiczne. - Wrzuciła czwarty bieg. Fiat szarpnął i potoczył się dalej. - Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z uprowadzeniem.

- O ile uprowadzona nie pojawi się jak gdyby nigdy nic w domu swojego narzeczonego za kilka godzin, kiedy już ochłonie po całonocnej wycieczce - rzuciła z tylnego siedzenia Michalina.

- Nie podoba mi się, że musimy poczekać do poniedziałku. - Julia spojrzała we wsteczne lusterko, obserwując jadący za nimi samochód dostawczy. - I niepokoi mnie ta przesyłka z ptasim truchłem.

- Zgaduję, że nie zgadzasz się na opcję "głupi żart młodych ludzi"? - Michalina nieudolnie przekrzywiła twarz, naśladując Kornatowską.

Julia, nie odrywając wzroku od drogi, pokręciła głową.

- Nie chciałam tego mówić przy nich. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebują, jest wywołanie paniki. Ale wiem jedno: martwy ptak zwiastuje śmierć. Nagłą i tragiczną - odparła. - Nikt nie robi takich prezentów bez przyczyny. Paulina dostała wyraźną przestrogę, że wkrótce zginie. Pozostaje pytanie, czy była tego świadoma.

Auto skręciło w główną arterię miasta. Jechali bez słowa, obserwując ulice i zazdroszcząc mieszkańcom leniwego, niedzielnego popołudnia. Emeryci wylegli na ławki przy skwerach i wystawiali ku słońcu blade łydki i ramiona. Dzieci uganiały się po alejkach na rowerach, nie zwracając uwagi na potrącanych przez siebie pieszych. Jedynie psy z wywieszonymi językami błagalnym wzrokiem wymuszały na właścicielach natychmiastowy powrót do chłodnych domów.

Pierwsze lato poza Warszawą. Julia powoli zaczynała doceniać uroki spokojnego życia, gdzie wszystko toczyło się wolniej. Od sprawy, którą prowadziła na jesieni ubiegłego roku, nic cięższego kalibru na nią nie spadło. Liczyła się z tym, że po jej zamknięciu przestanie być potrzebna i najzwyczajniej w świecie pożegna się z pracą po raz kolejny. Szczęśliwie komisarz Stefaniak uznał, że woli mieć ją już na stałe przy sobie. Sprawa zniknięcia Pauliny Fogel nie mogła trafić zatem w żadne inne ręce.

- Co miałaś na myśli, mówiąc w domu Kornatowskich o świecie celebrytów? - Julia wyrwała do odpowiedzi przysypiającą na tylnym siedzeniu Michalinę.

Bodnar ziewnęła i podsunęła się bliżej siedzenia Julii.

- Poszperałam co nieco w internecie. Prawdę powiedziawszy, siedziałam w sieci do rana. Dlatego dziś ledwo stoję na nogach.

- No i?

- Eryk Kornatowski to lokalna gwiazda.

- Lider zespołu rockowego?

- Pudło. Masz jeszcze jeden strzał.

- W takim razie stawiam na światowej sławy tancerza flamenco.

Michalina opadła z powrotem na swoje siedzenie.

- Zmierzasz w złym kierunku. Eryk jest aktorem.

- Żartujesz?

- Ani trochę. - Michalina zaczęła się niespokojnie kręcić. Na samą myśl o przystojnym Kornatowskim zaróżowiły jej się policzki, co Julia skrupulatnie odnotowała, zerkając we wsteczne lusterko. Skręciła za sklepem z artykułami dla niemowląt i energicznie nacisnęła hamulec.

- Zasępa, ty wysiadasz. Stąd dojdziesz na komisariat na piechotę. Zabierz ze sobą karton i siadaj natychmiast do analizowania śladów mikrobiologicznych. My z Michaliną dołączymy do ciebie za pół godziny.

Zasępa stał na krawężniku z kwaśną miną. Pomachała mu ręką, po czym z piskiem opon zawróciła w stronę głównej ulicy miasta. Zatrzymała auto na chodniku pod ciągiem pawilonów handlowych. Po chwili wróciła, ściskając w ręku trzy pudełka z filmami i kubełek z popcornem.

- Mamy co robić do samego wieczora.

- Co to jest? - Michalina obracała w dłoniach plastikowe pudełka.

- Skoro mamy do czynienia z gwiazdą filmową, powinnyśmy skwapliwie dołączyć do miejscowego fanklubu, nie sądzisz?

Bodnar nie wyglądała na uszczęśliwioną tym pomysłem.

- Chcesz mnie wrobić w oglądanie polskich filmów z wiejskim aktorem w roli głównej?

- Dokładnie tak. Nie rozumiem zniesmaczenia w twoim głosie. Przecież chłopak jest w twoim typie. - Obserwowała, jak Michalina ze zmarszczonym nosem wczytuje się w opis fabuły na spodzie opakowania. - Niestety nie dysponuję w swoim ubogim mieszkaniu odtwarzaczem DVD, więc seans odbędzie się na komisariacie. Zamiast wygodnych foteli muszą nam wystarczyć zwykłe krzesła albo wykładzina, jak wolisz.

Na komisariacie panował zaduch. Otwarte okna wpuszczały dodatkowe podmuchy nagrzanego powietrza. Julia nasączyła wodą chustkę i wytarła nią płonący kark. Wsadziła wtyczkę wentylatora do kontaktu. Wiatrak zabuczał, obrócił kilka razy plastikowymi skrzydłami, po czym zamarł.

- Niech to jasna cholera. - Zrezygnowana sięgnęła po gazetę i zaczęła machać nią przed swoim nosem. - Czasami żałuję, że nie mamy zraszaczy przeciwpożarowych.

Michalina przytaknęła bez większego przekonania. Upał zdawał się jej zupełnie nie przeszkadzać. Mimo wcześniejszych jęków jej policzki różowiły się na samą myśl o tym, że za chwilę na ekranie zobaczy Eryka. Wsunęła płytę do odtwarzacza i przewinęła reklamy. Usadowiła się za stołem i sięgnęła po kubełek z popcornem. Wlepiła wzrok w migający obraz. Julia przysiadła się obok.

Po dwudziestu minutach filmu Julia włączyła pauzę.

- Mój mózg nie jest w stanie tego dłużej znosić. - Napotkała proszące oczy Michaliny. - A jednak ci się podoba? Tak, tak, wiem, że na ekranie Eryk wygląda jeszcze lepiej niż w rzeczywistości, ale do kina oscarowego jest mu tak daleko jak mnie do baletu. Proponuję nie zamęczać się dłużej tym bollywoodzkim romansem rodem znad Wisły. Może drugi film będzie bardziej udany. Co tam jeszcze mamy? - Wyciągnęła rękę po kolejne pudełko z filmem. - Miłość w podmiejskim pociągu. Już mam ciarki. Raz, dwa, trzy... akcja!

W filmie nie było ani pociągu, ani miłości. Bezdomny, dziewiętnastoletni bohater, którego grał kiepsko ucharakteryzowany na nastolatka Eryk, szukał z kalekim psem schronienia na Górnym Śląsku. Julia znowu sięgnęła po pilota. Michalina oburzonym wzrokiem śledziła, jak Krawiec po raz kolejny niszczy jej wieczór.

- Jego gra w ogóle cię nie porusza? - Nie mogła uwierzyć w brak gustu starszej koleżanki.

Ciche pstryknięcie wyłączające telewizor nie pozostawiało pola negocjacjom.

- Taki film mogłyby z równym powodzeniem nakręcić moja matka ze sprzedawczynią z rybnego. - Julia postanowiła być okrutna. - Zupełnie nie rozumiem twego podniecenia. Złożę to na karb dzisiejszego upału.

- Nie masz racji. - Michalina z ociąganiem podniosła się z krzesła. - Nadajemy na różnych falach. Ja, w przeciwieństwie do ciebie, mam w sobie jeszcze odrobinę wrażliwości.

Dla dodania sobie animuszu poprawiła jeża na głowie.

- Myślisz, że Paula się odnajdzie? - zmieniła temat. Julii wydawało się, że w jej głosie zabrzmiała fałszywa nutka nadziei, że po narzeczonej Eryka ślad zaginął.

- Chciałabym wierzyć, że nie tylko się znajdzie, ale że będą żyli ze sobą długo i szczęśliwie. Zajrzę zaraz do Zasępy i sprawdzę, jak mu idzie zbieranie śladów z pudełka. Ty idź już do domu. Jutro z samego rana zadzwoń do Kornatowskich. Dowiedz się, jak wygląda sytuacja. Mam złe przeczucia.

ROZDZIAŁ III

Pierwszą rzeczą, jaką należało zrobić o ósmej rano, było nastawienie ekspresu do kawy. Po wczorajszym upale nie pozostał ślad. Niebo przykrywały czarne chmury, z których spadały ciężkie krople deszczu. Ciśnienie zdawało się tak niskie, że podwójna dawka kofeiny była absolutną koniecznością.

Zasępa zebrał z pudła kilka próbek i przesłał do analizy. Były to strzępki ptasiego puchu wciśnięte pod zagięcia kartonu i kilka odcisków palców z przylepionej niedbale taśmy klejącej. Nic ponadto.

Julia bez większej ochoty ponownie sięgnęła po kalendarz i leżące pod nim kolorowe foldery kwater do wynajęcia. Dziś koniecznie musi zarezerwować pokój nad morzem. Zaplanowany na pierwsze dwa tygodnie lipca wyjazd zbliżał się wielkimi krokami.

Ostatni raz była w Stegnie jako mała dziewczynka. Od tego czasu musiało się tam wiele zmienić. Miała jeszcze w pamięci zapach świerkowego lasu, pośrodku którego razem z rodzicami wynajmowali mały drewniany domek. Ciekawe, czy nadal tam stoi, rozmarzyła się i przymknęła na chwilę powieki, pod którymi malował się obraz wakacji sprzed lat. Tak, wtedy jeszcze bywało bajkowo. Aż do momentu, gdy rodzina rozpadła się niemal z dnia na dzień.

O tym, że przed jej matką ojciec miał inną kobietę, wiedziała od zawsze. Z tego związku urodziło się dziecko, chłopiec, z którym miała rzadki kontakt jako mała dziewczynka. Był od niej starszy o sześć lat. Nie czuła zazdrości, w końcu to tylko przeszłość. Ważne, że ich rodzina była w komplecie, przynajmniej do momentu, gdy skończyła dwanaście lat. Wtedy dowiedziała się o tej trzeciej, całkiem nowej. Matka omijała temat, starając się nie zadręczać ani jej, ani siebie myślami o rozpadającym się małżeństwie. Pewnego dnia zobaczyła męża idącego ulicą z tamtą kobietą. Była młoda i ładna. Szła uwieszona na jego ramieniu. Gdy spostrzegła zszokowaną Emilię, ścisnęła rękę ojca jeszcze mocniej. Sygnał, że wygrała bitwę, zadziałał. Wyminęli ją, jakby była powietrzem. Płakała wtedy cały wieczór. Była przekonana, że Julia tego nie słyszy, zamknięta w swoim dziecięcym pokoju. Od tamtego czasu Julia unikała ojca. W przypadające dni odwiedzin uciekała do koleżanki lub po prostu wałęsała się po parku.

Powrót do Stegny, do tamtego miejsca, gdzie byli razem i życie wydawało się nie mieć kolców, miał ją oczyścić. Miał udowodnić, że dorosła na tyle, aby stawić czoło temu, co zdarzyło się dwadzieścia lat wcześniej. Dlatego nie wybrała żadnego innego miejsca. Mając trzydzieści dwa lata, była gotowa na konfrontację z przeszłością.

Na biurku zaterkotał telefon. Recepcja przełączyła rozmowę z miasta.

- Krawiec, słucham. Kto? Kiedy zauważyliście państwo...? Dobrze, przyjęłam.

Do pokoju weszła zlana deszczem Michalina. Strząsnęła krople z kurtki, po czym sięgnęła po kubek do kawy.

- Rozbierz się i zadzwoń do Kornatowskich - przypomniała jej Julia, naciągając na ramiona prochowiec. - Dowiedz się, czy Paula dała znak życia. Przed chwilą zgłoszono zaginięcie kolejnej dziewczyny. Jadę porozmawiać z jej rodziną.

Do domu zaginionej Laury Majcher prowadziła ubita wiejska droga, która teraz rozmiękła całkowicie i zamieniła się w błotniste bajoro. Czerwony fiat Julii brnął w brei zanurzonymi do połowy kołami, co rusz zapadając się w podmyte deszczem dziury.

Na progu domu stało starsze małżeństwo. Kobieta miała zawiązaną na głowie chustkę, taką, jaką wiązały starsze kobiety ćwierć wieku temu. Nerwowo zaciskała bielejące dłonie. Stojący za jej plecami mąż miał na sobie wysłużony kraciasty sweter, wciśnięty za pasek workowatych spodni. Z kamienną twarzą przyglądał się idącej w ich stronę młodej podkomisarz. Oboje cofnęli się od progu, wpuszczając ją do środka.

Starła z twarzy krople deszczu i weszła do skromnego pokoju połączonego z niewielką kuchnią. Na gazie bulgotał garnek z gotującym się dżemem.

- Może herbaty na rozgrzanie? Niestety nie mogę zaproponować kawy. Ani ja, ani mąż nie pijemy. Nawet Laura woli herbatę - dodała cicho kobieta.

Julia podziękowała ruchem ręki.

- Proszę usiąść na kanapie. - Cienką jak gałązka ręką kobieta wskazała wysłużoną kozetkę. - Przepraszamy, że u nas tak biednie, że nie proponujemy nic wygodniejszego, ale żyjemy, jak pani widzi, bardzo skromnie.

- Nic nie szkodzi, jest mi bardzo wygodnie. - Julia posłała gospodyni uprzejmy uśmiech.

Dyskretnie rozejrzała się wokół. W porównaniu z posiadłością Kornatowskich ten dom wyglądał jak kiepska służbówka. Pośrodku pokoju stał okrągły stół, przy nim ustawiono cztery krzesła z podłokietnikami. Pod oknem, na niewielkim kredensie stał telewizor z olbrzymim kineskopem. Obok niego, na stołku podpartym kawałkiem drewna, który zastępował ułamaną nóżkę, stało radio z dużymi pokrętłami. Niewielka biblioteczka do połowy wypełniona była książkami, jakie w latach osiemdziesiątych kupowało się na talony. Drugą połowę zajmowały kryształowe szklanki i kieliszki. Na najwyższej półce stała figurka Matki Boskiej składającej ręce w modlitwie i wpatrzonej w pokryty nierówną warstwą farby sufit.

- Proszę opowiedzieć, co się stało. Z pana głosu wywnioskowałam, że córka zniknęła nagle? - Po oględzinach pokoju Julia zwróciła się do patrzącego na nią mężczyzny.

Majcher przysunął krzesło i usiadł naprzeciwko kozetki. Jego żona uczyniła to samo.

- Zniknięcie Laury zauważyliśmy około siódmej rano. Córka zwykle wstaje przed szóstą, jednak pomyśleliśmy, że czytała do późna i przysnęła. Postanowiliśmy dać jej pospać. Gdy jednak zegar wybił siódmą, żona zajrzała do jej pokoju. Zobaczyła, że łóżko jest puste. Laury już nie było.

Julia patrzyła na zatroskane twarze, widząc w nich ten sam strach, który towarzyszył jej, gdy zimą zeszłego roku zaginęła Sylwia. Na samo wspomnienie tamtych wydarzeń zabiło jej mocniej serce.

- W jakim wieku jest państwa córka?

- Laura ma dwadzieścia trzy lata. Studiuje ukrainistykę w Warszawie, został jej ostatni rok nauki. Wybrała już nawet temat pracy magisterskiej, tylko dziwny był taki, całkiem mi wyleciał z głowy. - Kobieta zmarszczyła czoło, ale nie mogła sobie przypomnieć. - To takie dobre dziecko. Dziś po południu miała jechać do Warszawy, do akademika, żeby spakować rzeczy i przywieźć je do domu. Przecież to już koniec semestru. Na szafce nadal leży bilet na pociąg... - Matka Laury zasłoniła twarz dłońmi.

- Czy Laura jest państwa jedynym dzieckiem?

W pokoju zapadło niezręczne milczenie. Majcherowie spuścili głowy, jak dzieci przed groźnym nauczycielem.

- Jeśli mam odnaleźć państwa córkę, muszę wiedzieć wszystko. Zapytam więc jeszcze raz. Czy poza Laurą macie państwo inne dzieci?

- Nie. - Głos ojca dziewczyny przeszył powietrze niczym sztylet. - Mamy tylko ją.

- Doprawdy? Zatem te młodzieżowe męskie adidasy, które stoją w sieni, należą do pana? Uprawia pan jogging?

Majcherowa spojrzała z wyrzutem na męża. Sięgnął po papierosa i podszedł do okna. Potarł zapałkę o draskę i zasłonił dłonią przed nieistniejącym wiatrem.

- No więc? - Julia uśmiechnęła się lekko, starając się ośmielić kobietę.

- Nasz syn Robert wpakował się w małe kłopoty - powiedziała cicho matka Laury. - Odbyła się sprawa w sądzie. Nic poważnego, ale jednak...

- Jednym słowem, siedzi? - podsumowała Julia. - A przynajmniej powinien. Gdzie go trzymają? Białołęka, Wronki czy gdzieś dalej?

- Białołęka - odpowiedziała szybko kobieta i spojrzała w kierunku okna. Nieruchome plecy jej męża drgnęły, po czym znowu znieruchomiały.

- Sądząc po świeżym błocie na adidasach, jest teraz na przepustce. Zaszył się gdzieś w domu?

Majcherowa kiwnęła głową i spojrzała na sufit.

- To doprawdy dziwne. - Julia podniosła się z kozetki. - Ludzie na przepustkach zazwyczaj odreagowują pobyt w zamknięciu i nie siedzą kątem u rodziny. Chcę z nim porozmawiać. Natychmiast.

Pokój na strychu wyglądał, jakby chwilę wcześniej przeszło przez niego tornado. Porozrzucane płyty i ubrania zaścielały niemal całą podłogę. Przy łóżku leżały rozłożone magazyny "Playboy" i "CKM", obnażające wszystkie sekrety kobiecego ciała.

Matka Laury weszła do pokoju pierwsza i od progu rzuciła się do zgarniania z podłogi narosłego bałaganu. Julia stanęła przy łóżku, na którym ze słuchawkami na uszach leżał ogolony na łyso chłopak. Szarpnęła go za nogawkę dżinsów. Nie otwierając oczu, odepchnął ją stopą i ponownie zatopił się w muzyce transowej. Odłączenie kabla od odtwarzacza poderwało go na równe nogi.

- Co jest, matka?! - ryknął, klękając na łóżku w półrozkroku. - Daj żyć, jeszcze dosypiam! Kogoś mi tu przyprowadziła? Tyle razy mówiłem, żadnych odwiedzin! Jakaś kolejna ciotka, która chce mnie nawracać?

- Podkomisarz Julia Krawiec. - Policyjna legitymacja podziałała na chłopaka uspokajająco. Robert opadł z powrotem na poduszkę i potarł łysą głowę.

- Przepustka kończy mi się za dwa dni. Jestem tu na legalu. Nic na mnie nie macie.

Wyciągnął spod łóżka puszkę piwa. Po pokoju rozeszło się ciche syknięcie.

- Sorry, ale nie będę częstował. Ostatnie.

- Obejdzie się. - Julia, nie odsuwając poszarzałej kołdry, usiadła na brzegu łóżka. - Przyszłam w sprawie Laury. Potrzebuję informacji. Przypomnij sobie, czy nie mówiła ci o jakichś planach, o czymkolwiek, co miałoby związek z jej zniknięciem.

Chłopak momentalnie spoważniał. Oderwał usta od puszki i odstawił piwo na podłogę. Patrzył to na matkę, to na Julię.

- O czym wy mówicie? Niecałą godzinę temu słyszałem jej kroki za ścianą. - Widząc niedowierzanie w oczach Julii, uderzył się w piersi, aż zadudniło. - Przysięgam na Boga, że słyszałem, jak ktoś chodził po jej pokoju.

Sąsiadujący pokój Laury znajdował się w niewielkiej niszy, trudno go było dojrzeć z korytarza.

Julia nacisnęła klamkę. W pokoju panował półmrok, zasłony były szczelnie zaciągnięte. Od progu uderzył ich dziwny zapach rozchodzący się w pomieszczeniu.

- Coś tu się stało. - Majcherowa przystanęła w progu. - Gdy byłam tu z samego rana, pokój wyglądał całkiem inaczej.

- Co ma pani na myśli?

Kobieta patrzyła na pomieszczenie z niepokojem w oczach.

- Okna. Były odsłonięte. I ten zapach. Nie czułam go wcześniej.

Robert wsunął rękę do pokoju i zapalił światło. W przeciwieństwie do pokoju brata u Laury panował nieskazitelny porządek. Sosnowe półki na ścianach uginały się od książek. Na podłodze leżał starannie przeczesany szczotką dywanik.

Część pokoju odgrodzona była od reszty chińskim parawanem. Cztery rozłożone skrzydła błyszczały wytworną czernią, na której misternie namalowano cienkim pędzelkiem srebrne trawy delikatnie poruszane wiatrem.

- Prawdziwa laka. - Julia przeciągnęła palcami po gładkiej powierzchni. - Szlachetny mebel, rarytas. Dawno nie widziałam czegoś równie pięknego.

Przeniosła wzrok na matkę Laury. Ta drgnęła, ale nie odezwała się ani słowem.

- I drogiego - dodała Julia. - Na moje oko kosztował państwa kilka albo nawet kilkanaście tysięcy, zgadza się?

Kobieta ożywiła się na dźwięk jej słów.

- Laura dostała ten parawan w prezencie. Nas nigdy nie byłoby stać na taki wydatek. Jak pani widzi, żyjemy bardzo skromnie.

- Mówi pani, prezent. Kto daje młodej, skromnej dziewczynie tak kosztowne podarunki? - Julia spodziewała się usłyszeć historię o rozrzutnej ciotce fundującej na lewo i prawo zamorskie cacka, jednak kobieta zacisnęła usta. Krawiec pokiwała z niedowierzaniem głową. - Nie zastanawialiście się nigdy nad tym, od kogo i za co Laura dostała taki kosztowny upominek?

- Co pani sugeruje? - Matka Laury spojrzała na Julię pełnymi pretensji oczami. - Że moje dziecko prowadziło podwójne życie? - dodała już spokojniejszym tonem. - Ten parawan został dostarczony równo tydzień temu. Przywiozła go firma przesyłkowa z Warszawy. Zapewne ktoś wiedział o tym, że oprócz swojego kierunku studiów Laura jest zafascynowana Chinami. Marzyła, żeby choć raz tam polecieć.

Dopiero teraz Julia zauważyła ustawione na szafce pod ścianą miniaturowe, kolorowe smoki wyginające szyje i ogony we wszystkie strony świata. Zrobione z koralików oczy były niestarannie powciskane w modelinę. Niechlujnie odstawały od reszty głowy.

- Ten miły ktoś chciał jej najpewniej zrobić przyjemność - dodała wyjaśniająco matka Laury.

- Czyżby? - W Julii zaczął wzbierać gniew zmieszany z niecierpliwością. - Nie ma bezinteresownych "miłych ktosiów" fundujących za równie miły uśmiech tak drogie prezenty. Nie zaniepokoiło to pani?

Z jednej strony żal jej było tej skromnej, zabiedzonej kobiety, która ledwie wiązała koniec z końcem, z drugiej zaś była wściekła na wszystkie matki świata bagatelizujące fakt, że ich córki otrzymują kosztowne prezenty niewiadomego pochodzenia.

- Czy zatrzymała pani kwit potwierdzający dostarczenie tego parawanu?

Kobieta odwróciła się, rozglądając za czymś na przeciwległej ścianie. Z wiszącego na gwoździu skórzanego woreczka wyjęła garść sklepowych rachunków, jakie Laura nagromadziła w ciągu ostatnich tygodni. Ręce jej drżały, gdy rozwijała kolejne paragony wystawione na trzycyfrowe kwoty. Nie namyślając się długo, Julia zgarnęła większość do swojej podręcznej torby.

- To ten kwit. - Majcherowa wyciągnęła dłoń w stronę Julii. - Zachowała go na wypadek reklamacji.

Julia dorzuciła złożoną na pół, niemal przezroczystą kartkę do reszty rachunków leżących bezpiecznie w torbie. Zasępa przejrzy je na komisariacie. Spojrzała na wystające zza parawanu zasłonięte okno.

- Balkon w tak małym pokoju?

Małomówny do tej pory Robert ożywił się i zrobił krok w kierunku okna.

- To nie balkon. Tak naprawdę to jest osobne wejście. Na wakacje wynajmujemy pokój letnikom, więc dobudowaliśmy wzdłuż zewnętrznej ściany schody, żeby wczasowiczom było wygodniej. No i żeby nie plątali się niepotrzebnie po domu - dodał i podrapał się po łysym karku. - Kiedy wejście jest niewykorzystywane, siostra zastawia je swoim łóżkiem, żeby mieć więcej miejsca w pokoju.

Nie czekając na dalszy ciąg opowieści, Julia podeszła do parawanu i odsłoniła go gwałtownym ruchem ręki. Z piersi matki Laury wyrwał się jęk. Wszyscy troje zamarli. Łóżko Laury zasłane było zgniłymi pokrzywami. Smród błota mieszał się z butwiejącym zielskiem. Na kłujących liściach leżała bladoniebieska sukienka.

* * *

Julia otrząsnęła parasol z deszczu i postawiła go pod ścianą. Nie zdążyła zrzucić z siebie płaszcza, kiedy do pokoju wpadła wściekła jak osa Michalina.

- Właśnie wróciłam od Kornatowskich. - Trzasnęła drzwiami.

- Zaraz mi wszystko opowiesz, ale muszę załatwić jedną sprawę. - Nacisnęła czerwony guzik na telefonie. - Zasępa? Pojedziesz z ekipą na Poleśną szesnaście pod dom Laury Majcher. Podejdziesz od tylnej strony. Są tam dobudowane schody. Zbierzesz z poręczy i zewnętrznej futryny wszystkie odciski palców. Co z tego, że pada?! Zbierz je oparami kleju, chyba nie muszę ci podpowiadać?

Michalina przysiadła na krawędzi biurka.

- Nieźle, całkiem nieźle. Jestem pod wrażeniem.

Julia zepchnęła jej pośladek z blatu i na to miejsce położyła swoją torbę.

- Co z tym klejem? Nie słyszałam o tej metodzie. - Bodnar zaświeciły się oczy.

- Było nie urywać się z zajęć. Brak wiedzy potrafi zaboleć, zwłaszcza w tym zawodzie. - Julia była naprawdę wściekła, ale wyjaśniła koleżance, o co chodzi. - Między liniami papilarnymi gromadzą się drobinki tłuszczu. Gdy opylimy je cyjanoakrylem, dadzą nam obraz odcisków palców lub całej dłoni. Doskonała metoda do przypadków takich jak ten. Tylko nie mów "wow", powinnaś znać takie metody jak dziesięć przykazań.

Michalina poczuła się urażona, ale nie na tyle, żeby miało jej to zepsuć dzień. Raźnym krokiem podeszła do parapetu i sprawdziła ziemię w doniczce jedynego kwiatka, jaki upiększał tę szarą norę. Usychał z pragnienia. W butelce po 7 Up było kilka kropel wody. Wylała wszystko do doniczki.

- Wiadomo coś o Pauli? - Krawiec po raz kolejny tego dnia wcisnęła przycisk w ekspresie do kawy.

Bodnar pokręciła głową.

- Nadal nic. Żadnego znaku życia. Chciałam zamienić słowo z Erykiem, ale Kornatowska nie dopuściła mnie do niego. Po naszej ostatniej "uprzejmej" wymianie zdań postanowiła nie konfrontować nas ze sobą.

- Dziwisz się jej?

Ekspres zawarczał, po czym wypuścił bąble spienionej czarnej cieczy. Mimo wstrętnego smaku Julia wychyliła kilka gorących łyków. Michalina podstawiła swój kubek.

- Tak, dziwię. - Machnęła energicznie kubkiem. Kolejna plama z kawy ozdobiła wykładzinę. - Najpierw nas wzywają, a potem utrudniają dochodzenie. Zwykła dziecinada.

Julia wykrzywiła usta w uśmiechu.

- Mogłaś upodlić się trochę i w omdleniach poprosić o autograf. Wtedy byś go zobaczyła.

- Bardzo śmieszne! - Zmrużone oczy Michaliny wyrażały złość. - Do całej sprawy podchodzę z dystansem. Znaczy się: profesjonalnie.

- Nie śmiałabym myśleć inaczej, gdybym nie przyuważyła podwójnie nażelowanego jeża na twojej głowie i mocniejszego śladu szminki.

Do pokoju wsunął swą łysiejącą głowę komisarz Stefaniak. Kilkudniowy urlop zaowocował lekkim zaróżowieniem skóry między resztkami włosów. Podszedł do biurka i bez pardonu usiadł na miejscu Julii. Swoim zwyczajem wyciągnął nogi na stole. Udając, że nie widzi jej pełnego wyrzutu spojrzenia, umościł się wygodnie, po czym założył ręce pod brzuchem.

- Ledwie człowiek zamknie drzwi i wyjedzie na krótkie wakacje, a już zaczynają się tu dzikie harce. Co jest z tymi dwiema zaginionymi dziewczynami?

Julia wyjęła z akt zdjęcie Pauli. Komisarz nachylił się nad fotografią zmysłowej blondynki, jakich wiele można zobaczyć w amerykańskich produkcjach filmowych, mało natomiast na prowincji takiej jak ta. Nie miała w sobie nic tandetnego, przeciwnie, przyciągała wzrok szlachetnymi rysami i łagodnym spojrzeniem. Uśmiechniętą twarz okalały proste włosy. Białe, równe zęby wyglądały identycznie jak te na plakatach w gabinetach dentystycznych.

Tuż obok fotografii Pauli Julia położyła zdjęcie Laury. Tym razem patrzyła na nich ciemnowłosa, ostrzyżona na pazia dziewczyna z oczami przypominającymi szmaragdy. Tak zielonych oczu nie spotyka się na co dzień.

- Znam tę dziewczynę. - Michalina zawisła nad stołem, aby przyjrzeć się dokładnie fotografiom. - Była tego feralnego wieczoru u Kornatowskich.

- Jesteś tego pewna? - Julia wzięła zdjęcie do ręki.

- Daj mi chwilę. - Michalina poderwała się z krzesła i wsadziła głowę do metalowej szafy. - Tu jest przygotowana przeze mnie lista osób będących na przyjęciu w wieczór zaginięcia Pauli. Jak się nazywa ta dziewczyna?

- Laura Majcher.

Podniesiona triumfalnie do góry teczka powędrowała na stół.

- Tak, to ona. Jest na mojej liście. Pamiętam ją dokładnie. Stała wtedy w kącie, z nikim nie rozmawiała. Chociaż nie, zamieniła kilka słów z Erykiem, kiedy ojciec wyprowadzał go pijanego z sali. Piękna i wyjątkowo spokojna. Powiedziałabym, dystyngowana. - Michalina przywoływała obrazy z pamięci. - Dziwię się, że jej nie dostrzegłaś. Moją uwagę zwróciła od razu. Była ubrana w bladoniebieską suknię do kolan. Skromną, ale w dobrym guście.

Julia szybkim ruchem sięgnęła po swoją motorolę. Kciukiem odszukała zrobione godzinę temu zdjęcie.

- Przyjrzyj się tej sukience. Czy to w nią była ubrana Laura?

Michalina wyjęła telefon z ręki Julii i powiększyła obraz.

- Tak. Rozpoznaję ten wzór przy dekolcie obszytym paciorkami. To z pewnością suknia Laury.

Przysłuchujący się rozmowie komisarz odepchnął się rękami od biurka i zsunął nogi na podłogę.

- Mamy zatem powiązane ze sobą dwa uprowadzenia. Musimy założyć, że sprawca był dobrze znany obu kobietom. Teraz trzeba tylko znaleźć motyw. Krawiec, to wymarzona robota dla ciebie - wysapał i bez słowa wyszedł z pokoju, nie zamykając za sobą drzwi. Julia kopnęła je lekko. Zamek zaskoczył.

- Prawda, że to genialnie proste? - prychnęła w stronę zamyślonej Michaliny. - Dziecinna układanka, szast-prast i mamy rozwiązanie.

Wzięła trzy głębokie oddechy, po czym sięgnęła do szuflady po pinezki. Tablica korkowa nad jej biurkiem wzbogaciła się o zdjęcia zaginionych Pauliny Fogel i Laury Majcher. Obie w chwili zaginięcia miały po dwadzieścia trzy lata.

* * *

Powrót do domu Kornatowskich był konieczny. Aby nie wywoływać kolejnych awantur, Julia postanowiła tym razem porozmawiać z nimi sama, bez udziału Michaliny. Dziewczyna, choć bystra i szybka w działaniu, miała tę wadę, że nie umiała trzymać języka za zębami i wyrzucała z siebie komentarze bez zastanowienia.

Strugi deszczu spływały z rynien domu, tworząc małe bajorka na ceglanych płytkach wokół murów. Studzienki ściekowe nie przyjmowały tak ogromnej ilości deszczu, jaka od rana padała z nieba, nie dając nadziei na szybki koniec ulewy.

Julia błysnęła światłami reflektorów po szybach budki ochroniarza. Narzucił na głowę marynarkę i wychylił głowę. Otworzył bramę na tyle, aby fiat Julii zmieścił się między słupkami, po czym szybko zamknął ją z powrotem.

Dwukrotne pukanie do drzwi nie odniosło skutku. Nacisnęła dzwonek i nastawiła uszu, czekając na wpuszczenie. Choć wewnątrz domu paliło się światło, nadal tkwiła na wycieraczce. Spróbowała zajrzeć do środka przez wąskie szybki w drzwiach. Postawiła kołnierz prochowca. Parasol został na komisariacie, tymczasem krople zacinającego deszczu padały, mimo zadaszenia, na każdy centymetr podpartego kolumnami ganku.

Zrobiła kilka kroków wzdłuż muru w nadziei, że znajdzie niedomknięte okna, przez które mogłaby krzyknąć. Te od frontu okazały się jednak szczelnie zamknięte. Kucharka Berta, nie chcąc dopuścić, aby woda wlała się na parapety i wyszlifowane, lakierowane parkiety, pozamykała okna. Julia obeszła dom dookoła, zapadając się co rusz obcasami w nasiąkniętą od wody ziemię. Ogród przypominał las tropikalny podczas pory deszczowej. O ile starannie przycięte kuliste bukszpany z radością syciły się deszczem, o tyle powykręcane od ciężkich kropel główki ozdobnych kwiatów coraz bardziej chyliły się ku kałużom wraz z pokurczonymi od wilgoci liśćmi.

Przeskakując po zatopionych pod wodą płytkach, dotarła do drzwi tarasowych. Na wietrze nadal powiewała biało-niebieska policyjna taśma przylepiona w niedzielę przez Zasępę. Zerwała ją jednym pociągnięciem. Naparła palcami na szybę. Drzwi się uchyliły. Rozejrzała się, sprawdzając, czy nie jest obserwowana, a następnie wsunęła bezszelestnie do biblioteki.

W pokoju panował półmrok. Przez niedomknięte drzwi prowadzące na korytarz padała cienka smuga światła. Julia szybkim ruchem wyciszyła dzwonek telefonu. Doskonale znała zasadę, że im bardziej komuś zależy na dyskrecji, tym szybciej może zostać zdemaskowany. Nie myliła się. Wkładając komórkę z powrotem do kieszeni, zobaczyła na wyświetlaczu numer dobijającej się do niej Michaliny. Odrzuciła rozmowę i skoncentrowała się na odgłosach dochodzących z wnętrza domu.

Ktoś był w sąsiadującym z biblioteką salonie. Usłyszała przesuwający się po podłodze mebel, po czym pomieszczenie wypełnił tłumiony kobiecy chichot, który przeszedł w zmysłowy szept. Julia minęła stojący na środku biblioteki stolik, próbując nie potrącić znajdującego się przy nim krzesła. Podsuwała się coraz bliżej drzwi i starała się wychwycić słowa tej przeplatanej tłumionym śmiechem dyskusji.

Przywarła do ściany i schowała się za drzwiami. Damski głos unosił się i opadał. Niezręczność sytuacji paraliżowała ją. Zrobiła krok naprzód, jednak w tej samej chwili od strony ganku doszedł ją odgłos przekręcanego w zamku klucza. Zaraz potem trzasnęły drzwi wejściowe. Szepty w pokoju obok nagle zamilkły. Przez korytarz przemknęła czyjaś postać i po chwili nerwowego wahania wbiegła do biblioteki. Zapach luksusowych perfum rozniósł się po pokoju. Julia przywarła mocniej do ściany i wstrzymała oddech. Postać sprawnym ruchem schowała blond włosy pod kolorową chustę, po czym nie oglądając się na boki, przebiegła obok zdrętwiałej Julii i zniknęła w niedomkniętych drzwiach prowadzących na taras.

* * *

- I wtedy po prostu wyszłam. - Julia włożyła do ust tabletkę od bólu głowy i popiła kilkoma łykami mineralnej. - Nie spodziewałam się tego, że będę świadkiem sceny niczym z wenezuelskiej telenoweli.

- Kochanka uciekająca przez balkon? - Rozszerzone oczy Michaliny wyraźnie dawały do zrozumienia, że czeka na więcej pikantnych szczegółów. - No, mów, co się działo potem!

- Przez taras - poprawiła ją Krawiec. Zdjęła przemoczony pod szyją sweter i rozwiesiła go na oparciu krzesła. - Potem rozpętała się awantura. Kornatowska krzyczała, że zaledwie dwa dni temu zaginęła Paula, a przez dom już przewijają się jakieś dziwki. Tak powiedziała: "dziwki". Później zaczęły się wyrzuty, że nie tak się umawiali, że dłużej nie zniesie tego, aby pod jej dachem i na jej oczach działy się takie rzeczy.

- Co na to Eryk? - Oczy Michaliny płonęły żarem.

- Nie widziałam go. Stałam ukryta za drzwiami biblioteki, nie mogłam pozwolić sobie na najmniejszy ruch. Eryk musiał cały czas przebywać w pokoju obok i wysłuchiwać wrzasków matki. Właściwie nie odezwał się ani słowem. Słyszałam tylko, jak wchodzi po schodach na górę. Trzask drzwi do sypialni zakończył scenę.

- A Kornatowska?

- Zamknęła się u siebie. W domu zrobiło się zupełnie cicho. Wydawało mi się, że słyszę dochodzący z góry płacz.

- Wygląda na to, że bardzo przeżywa to, co się stało z Paulą. - Michalina potarła dłonią wystrzyżoną potylicę. - Chyba przestanę się zachwycać jej synem. Odeszła mi ochota.

Julia z przesadną troską pogłaskała ją po głowie. Starała się ominąć jej największą ozdobę, która mimo że była chroniona przez lakier typu extra strong, mogłaby się przechylić o centymetr. Chwiejność emocjonalna Michaliny bawiła ją. Jeszcze kilka takich doświadczeń, a dziewczyna do końca życia pozostanie starą panną z wyboru. Może to nawet wyjdzie jej na dobre.

- Odwołaj dziś wszystkie prywatne plany na wieczór, nie wyfruniemy stąd tak szybko. Bierz się do listy gości z wieczoru zaręczynowego i siadaj do telefonu. Wezwij ich na przesłuchanie. Ja się zajmę kręgiem znajomych Laury Majcher. - Julia spojrzała za smutkiem na przypięte do korkowej tablicy zdjęcie błękitnej sukni leżącej na łożu z pokrzyw. - Cała ta sprawa wydaje mi się tak nierzeczywista, że aż boję się pomyśleć, co może się za nią kryć.

- Znajdą się obie, zobaczysz. - Michalina pochyliła się nad listą gości. - Jestem pewna, że w końcu się znajdą...

* * *

Robert położył na środku pokoju plastikowy worek i naciągnął na dłonie ogrodowe rękawice. Zanurzył ręce w gnijących liściach. Starał się omijać wzrokiem wpatrującą się w niego matkę.

Siedziała na brzegu krzesła i międliła w palcach chusteczkę do oczu. Kolejne minuty biegły w ciszy przerywanej jedynie szelestem wypełniającego się pokrzywami worka.

- Kto mógł jej to zrobić? - usłyszał cichy głos.

Wyprostował plecy. Stał przez chwilę nieruchomo. Poruszał jedynie końcami palców, jakby przygotowywał się do gry na pianinie. Nadal nie odwracał się w stronę matki.

- Znajdę ją. Poruszę niebo i ziemię, ale znajdę Laurę.

- Nie chcę, żebyś znów wpakował się w kłopoty. Tobie nie wolno...

- Nie wolno mi szukać własnej siostry? Co za pierdolone bzdury!

Kobieta podniosła się z krzesła i stanęła za jego wilgotnymi od potu plecami. Delikatnie musnęła dłonią wytatuowane ramię.

- Co chcesz zrobić? Za dwa dni wracasz za kraty.

Odwrócił się w jej stronę. Zobaczyła jego napiętą twarz. Chyba nigdy dotąd nie widziała u swego syna tak poważnych oczu. Nie było w nich ani śladu cwaniactwa, które od dziecka było jego znakiem rozpoznawczym. Przyzwyczajał ją latami do swego życia na krawędzi, ślepo wierząc, że tylko frajerzy żyją uczciwie. Teraz stał przed nią ktoś inny, całkiem odmieniony.

- Bądź spokojna. - Objął matkę ramionami. - Znam takiego, co jest mi winny przysługę. Teraz będzie miał okazję odwdzięczyć się za to, co dla niego zrobiłem.

- O czym ty mówisz? - Kobieta odepchnęła od siebie ręce syna. - Chcesz wmieszać w nasze sprawy kogoś obcego?

Chłopak poluzował uścisk. Wrzucił rękawice do worka, po czym zawiązał go na supeł i zarzucił na plecy.

- To nie jest nikt obcy. Znasz go. - Spojrzał na nią znacząco.

- Chyba nie mówisz o... Brunonie? - Majcherowa zasłoniła usta dłonią.

Robert nie odpowiedział. Wyminął matkę i stanął na progu pokoju.

- Umówmy się. Jeśli chcesz zobaczyć Laurę żywą, nie wiąż mi rąk zakazami, których i tak nie posłucham. - Ruszył w kierunku schodów. Złapał wiszącą na poręczy bluzę.

- Kiedy wrócisz?! - zawołała za schodzącym po stopniach synem. Odpowiedział jej trzask zamykanych drzwi.

* * *

Kolacja w domu Kornatowskich rozpoczęła się punktualnie o ósmej. Długi na dwanaście osób stół nakryto tym razem do połowy. Na drugiej połowie stał flakon z liliami. Berta wniosła półmiski z wędlinami oraz świeżo upieczony chleb. W dzbanku z sokiem pomarańczowym rozpuszczał się pokruszony lód.

- Nadal nie wiem, dlaczego mi to robicie. - Eryk z uporem naciskał palcem zęby widelca, aż w końcu podskoczył i uderzył trzonkiem o talerz. - Udajecie, że nic się nie stało! Jecie, śpicie i odgrywacie rolę szczęśliwej rodzinki, tylko nie wiem, po co?

- Eryku, uspokój się. - Irena wyciągnęła dłoń w kierunku syna. - Nic nie możemy zrobić. Musimy teraz czekać...

- Czekać! Wiecznie czekać! Z takimi pieniędzmi na nic nie musicie czekać! Trzymacie mnie za mordę jak jakiegoś szczeniaka, zamiast pozwolić mi wystukać numer do prywatnego detektywa. Ale już niedługo skończy się wasza władza nade mną. Do ślubu zostało jeszcze tylko kilka tygodni i wtedy uwolnię się od was i od tej całej obłudy. Kilka tygodni i ani dnia dłużej!

Nie zważając na zaczerwienione oczy matki, odsunął z hukiem krzesło i wyszedł z jadalni. Kobieta poderwała się od stołu.

- Zostaw go. - Zygmunt przytrzymał ją ruchem ręki. Sięgnął po dzbanek z parującą herbatą i nalał płyn do filiżanki żony. - On nadal tkwi w tym po uszy. Zbyt mało czasu upłynęło, ciągle nie może stanąć na nogi. Musimy o tym pamiętać. To przecież nasz syn.

Przysłuchujący się im Karol przełknął ostatni kęs chleba, po czym odłożył ubrudzoną masłem serwetkę na obrus.

- Rozumiem, że mam do niego pójść i zacząć rytualne niańczenie tego pajaca? - Nie czekając na potwierdzenie, ruszył do wyjścia.

Kornatowska posłała w stronę jego pleców uprzejmy, ale chłodny uśmiech. Gdy zostali sami, Kornatowski przysunął swoje krzesło bliżej żony.

- Jak długo to jeszcze potrwa? - Zamyślił się. - Musimy trzymać się razem, inaczej nasza rodzina rozpadnie się jak domek z kart.

Ponownie wyciągnął ramię, chcąc pogładzić rękę żony. Irena cofnęła ją ze wstrętem.

- Naszej rodziny już nie ma. - Przekrzywiła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. - Zapamiętaj sobie, nas już nie ma.

Michalina zamknęła okno. Woda nadal płynęła po parapecie, torując sobie w jego zagłębieniu wąziutką dróżkę, z której raz za razem spływały na wykładzinę kolejne krople deszczu. Bodnar podsunęła pod parapet stare gazety.

- Jeśli nie dopadnie nas gruźlica, to w najlepszym razie zjedzą nas panoszące się na ścianie grzyby. - Bezradnie spojrzała w kierunku pochylonej nad dokumentami Julii. - Nic nie powiesz?

- Mamy dwie zaginione. - Julia była w innym świecie. - Pochodzą z dwóch różnych środowisk. Jedna opływa we wszystko, o czym może zamarzyć, druga żyje na granicy biedy. Jedna dostaje tajemniczy pakunek z nieżywym ptakiem, w pokoju drugiej ktoś układa suknię na gnijących pokrzywach.

- Gdyby to były chociaż róże czy inne romantyczne kwiecie, ale pokrzywy? Fuj! Co za wariat obrzuca dziewczynę pokrzywami? Te pokrzywy to też jakiś symbol?

Julia podniosła głowę znad papierów.

- Włącz internet. Nie patrz tak na mnie, po prostu włącz.

Podjechała na fotelu do stojącego pod oknem komputera i odsunęła marudzącą przy klawiaturze Michalinę. Monitor rozgrzewał się od pewnego czasu coraz wolniej. Jeszcze kilka dni, a całkiem padnie. Będą pracować w jedynym w Polsce komisariacie, gdzie śledczy nie mają dostępu do sieci. Za miesiąc przyjdzie im chodzić po mieście i grać na akordeonie, prosząc o datek na sprzęt biurowy.

Czekając na start komputera, zawiesiła wzrok na ściekającym z przedziurawionej rynny deszczu. Komputer zabuczał swoim zwyczajem. Szybko otworzyła Google i wstukała frazę "pokrzywa symbolika".

- Pokrzywa, podobnie jak inne rośliny, ma swoją symbolikę - czytała na głos, nie zwracając uwagi na Michalinę, która podparta łokciami o mały wystający spod monitora blat patrzyła w zamyśleniu na poruszające się usta Julii. - Od razu powinnam o tym pomyśleć. Popatrz na to.

Michalina przekręciła głowę w stronę monitora.

- Każdy opis mówi to samo, pokrzywy zawsze oznaczają cierpienie, okrucieństwo czy nawet zemstę. Komu mogła zaszkodzić taka dziewczyna jak Laura?

- Każdy ma swojego wroga - stwierdziła Michalina od niechcenia i wróciła do swojego biurka, aby rozmasować ścierpnięte łydki.

- Źle to wygląda. - Julia wyłączyła migający ekran. - Udało ci się dowiedzieć czegoś na temat Pauliny? Nic właściwie o niej nie wiemy.

Bodnar wyprostowała się na krześle i zacmokała, przywołując w pamięci fakty, do których udało jej się dotrzeć.

- Poszperałam co nieco. Jej rodzice nie żyją. Zginęli w wypadku samochodowym pod Koszalinem w dziewięćdziesiątym ósmym. Razem z nimi sfajczył się w samochodzie jej starszy brat. Wszystkie trzy ciała były całkowicie zwęglone. To była prawdziwa tragedia, pisała o tym prasa. Paula przez kilka lat pracowała jako barmanka w warszawskim klubie Time Out. Rok spędziła w Londynie. Najpierw w charakterze hostessy, potem dorabiała gdzieś na czarno.

- Jakieś studia?

- Tylko przez pół roku. Dostała się na UW, ale zrezygnowała po pierwszym semestrze. Prawdopodobnie musiała zacząć zarabiać, żeby móc się utrzymać na powierzchni. Przynajmniej do momentu, kiedy poznała Eryka Kornatowskiego.

- Pięknym kobietom świat nie da umrzeć z głodu, droga Michalino. - Krawiec dojrzała błysk zawiści w oczach koleżanki. - Nic na to nie poradzisz, tak już po prostu jest.

Bodnar wydęła usta. Jej zdanie na temat długonogich ślicznotek było powszechnie znane. Gardziła nimi, ale też po cichu zazdrościła im powodzenia.

- Totalna kicha. Kiedy Bozia rozdawała urodę, ja wtedy siedziałam w kiblu. Świat jest do dupy...

- Nie smęć. Tych dodatkowych parę kilo nie robi z ciebie potwora. Przynajmniej mózg masz na swoim miejscu. Jest więc za co dziękować Bozi. Co masz na temat Kornatowskich?

Michalina westchnęła ciężko. Nie wiedziała, czy słowa Julii ma odczytywać jako komplement. Co do mózgu, owszem, to było nawet miłe. Kwestię opinających się na brzuchu ubrań mogła jednak przemilczeć.

- Zasięgnęłam języka wśród sąsiadów, tak jak kazałaś. - Odczekała chwilę, licząc na pochwałę. Skupiona twarz Julii nie wyrażała jednak żadnych emocji. - Najpierw nie chcieli mówić, że niby o sąsiadach nie wypada. Skończyło się na tym, że ledwo powstrzymałam ich słowotok. Rodzice Eryka i Karola zaczęli się dorabiać majątku już w czasach peerelowskich, kiedy rozpoczął się masowy exodus do Stanów. Wyjechali pod koniec lat osiemdziesiątych, podobnie jak połowa mieszkańców naszego miasta. Nie oszczędzali się i często zasilali konto banknotami z wizerunkiem Franklina. Zaciskali pasa i ciułali cent do centa, dopóki nie uznali, że przyszedł czas na powrót w wielkim stylu. Eryk mieszkał przez te wszystkie lata u dziadków w Warszawie. Kornatowscy wrócili do kraju, gdy chłopak kończył wydział aktorski. Kupili mały dworek i wyremontowali go tak, aby okolica umarła z zazdrości.

- To wszystko?

- Zygmunt Kornatowski podczas ostatnich wyborów wszedł ostro w polityczne kręgi. Jest liderem antyklerykalnej partii Prawda.

- Nie obiło mi się o uszy.

Michalina wzruszyła ramionami.

- Za mało interesujesz się tymi sprawami. Miałam kiedyś koleżankę, której ktoś tam z rodziny działał w polityce. Żona się z nim rozwiodła, bo nie widywała go tygodniami w domu. Władza, rozumiesz, wciąga...

- Co się działo wtedy z Karolem? - Julia wróciła do przerwanego wątku. - Wtedy, gdy jego rodzice przebywali za granicą.

- Drogi obu chłopców rozeszły się na blisko trzy lata. Karol nie miał talentu jak jego młodszy brat. Skończył zawodówkę, potem terminował u miejscowego badylarza. Nie miał ambicji, żeby zostać telewizyjną gwiazdą.

- Może to i dobrze - wtrąciła Julia. - Świat nie jest gotów na przyjęcie kolejnego artystycznego geniusza z tej rodziny. Nie patrz tak drwiąco. Nie jesteśmy godni, po prostu.

Do gabinetu zapukał Mirek z recepcji, otworzył szeroko drzwi i wpuścił do środka Irenę Kornatowską. Weszła pewnym krokiem i rozejrzała się po pokoju. Widok zniszczonych ścian nie wywołał na jej twarzy zachwytu. Ani tym bardziej wysłużone krzesło, jakie podsunęła jej z kwaśną miną Michalina. Kiwnęła jednak uprzejmie głową i przysiadła na jego brzegu. Uniosła brwi na widok pokrytej brunatnymi plamami wykładziny, która kilka minut temu została dodatkowo przyozdobiona kleksem z kawy. Przezornie odsunęła stopy na bok, aby zrobione z cienkiej cielęcej skóry szpilki nie miały styczności z wysychającą plamą.

W kontraście do zapachu wilgoci, jaki wydobywał się ze ścian podczas padającego deszczu, aromat perfum Ireny przywołał tęsknotę za nieosiągalnym luksusem. Julia wciągnęła zapach w płuca. Widziała kątem oka, że Michalina robi dokładnie to samo. Przyglądała się Kornatowskiej bezczelnie, napawając oczy zarówno widokiem świetnie skrojonej garsonki, jak i nieskazitelnym makijażem. Mimo pięćdziesięciu lat jej skóra pozostała gładka. Na twarzy i na dłoniach była jasna, niemal przezroczysta. Zapewne od unikania słońca lub stosowania dobrych kosmetyków. Oczy były niezwykle żywe, powieki pociągnięte idealnie dobranym cieniem, który nadawał im barwę pochmurnego nieba.

O ile Julia z Michaliną wlepiały zachwycony wzrok w Kornatowską, o tyle ona z niesmakiem lustrowała dalej każdy kąt gabinetu, zastanawiając się, jak można dobrowolnie przebywać w tak zapuszczonym miejscu. Krawiec chrząknęła znacząco. Chciała przerwać ten obserwacyjny maraton. Kornatowska poprawiła się na siedzeniu i zgarnęła za ucho zwisający kosmyk włosów. Jej miękkie ruchy w niczym nie przypominały gwałtownych ruchów Julii, dla której najważniejsza była szybkość i precyzja. Właśnie z tego powodu nigdy nie będę damą, pomyślała.

- Chcę przeprosić za tak późną wizytę, ale nie mogę zwlekać z tym ani dnia dłużej - zaczęła Kornatowska. - Jestem zmuszona prosić panie o pomoc.

- Niech zgadnę. Eryk zrobił kolejną awanturę i stąd pani obecność na komisariacie - skonstatowała Julia, ale zaraz pożałowała swych słów. - Właściwie to nie powinnam oceniać relacji w pani rodzinie. Przepraszam, nie moja sprawa.

Na te słowa kobieta wyjęła z torebki chusteczkę z delikatnej bawełny i przyłożyła jej rąbek do oka. Julia zauważyła, że żadna z wytuszowanych rzęs nie zostawiła na materiale czarnego śladu.

- Erykowi bardzo zależy na Paulinie. Chcę mu pomóc w miarę swoich możliwości. Dlatego postanowiłam zwrócić się do policji o umieszczenie w mediach zdjęcia Pauli. Zapłacę, ile będzie trzeba, tylko niech się to już skończy. Nie mogę patrzeć, jak mój syn popada w obłęd.

- Publiczne nagłaśnianie tego typu spraw należy do rzadkości, zwłaszcza że Paula nie należała jeszcze do rodziny. Ale skoro publikacja zdjęcia nie wpłynie niekorzystnie na państwa wizerunek... Mam na myśli pani męża i jego polityczną karierę. Musicie mieć świadomość, że ludzie będą kojarzyć tę sprawę.

Kornatowska kiwnęła odruchowo głową.

- Myślicie, że mi na tym zależy? Na tym cyrku, który dzieje się wokół mojej rodziny? - Spuściła głowę. Zwijała spokojnie w rulonik trzymaną w rękach chusteczkę, koncentrując się na tym, jakby od precyzji jej ruchów zależały losy świata. - To nie jest tak, jak sobie wyobrażacie.

Julia pociągnęła stojące za biurkiem krzesło i postawiła na wprost Kornatowskiej. Usiadła tak blisko, że niemal stykały się kolanami.

- Proszę mówić.

Kornatowska na powrót rozwinęła chusteczkę i przycisnęła do niej usta, jakby je wycierała po zakończonej kolacji.

- Właściwie nie ma o czym. Nie przyszłam tu po to, aby szukać współczucia. Nikt nie jest w stanie zrozumieć tego, co mnie dręczy. Chwilami wolałabym, żeby to wszystko nigdy się nie zaczęło.

- Co ma pani na myśli?

Kobieta wzruszyła ramionami. W świetle słabej biurkowej lampki wyglądała jak podstarzałe dziecko, które najchętniej zdezerterowałoby z dorosłego życia.

- Powinnam zareagować dużo wcześniej. Boję się, że zmarnowałam mu młodość - powiedziała zapatrzona w poruszaną wiatrem firankę. Ocknęła się z zamyślenia i zamachała w powietrzu chusteczką, chłodząc sobie twarz. - Nie zwracajcie na mnie uwagi, to tylko wynurzenia nadopiekuńczej matki. Jeśli chodzi o publikację zdjęcia Pauli... - Na stole pojawił się plik dwustuzłotowych banknotów. - Wiem, że w policji nie zarabiacie dużo...

- Niech pani to schowa. - Głos Julii zabrzmiał spokojnie, ale twarz zmieniła się z przyjaznej na ponurą i nieprzystępną. - I nigdy nie przynosi do mnie pieniędzy.

Wypielęgnowana dłoń szybkim ruchem zgarnęła z powrotem banknoty do torby. Julia, która uważała wizytę za zakończoną, wstała od biurka i otworzyła drzwi na oścież.

Kornatowska dopięła kaszmirowy płaszcz i bez słowa opuściła pokój. Julia stała w drzwiach, patrząc, jak kobieta uważnie stawia kroki w swych markowych czarnych szpilkach.

- Proszę zaczekać! - Głos odbił się od ścian korytarza. Irena Kornatowska zatrzymała się przy schodach i odwróciła twarzą w stronę dobiegającego dźwięku. Julia podeszła bliżej. - Na zaręczynach była u państwa Laura Majcher, zgadza się?

Matka Eryka przytaknęła bez chwili namysłu.

- Laura jest przyjaciółką Pauliny. Paula wybrała ją na swoją druhnę. Nic zatem dziwnego, że Laura była na uroczystości. Znają się od wielu lat. To ta dziewczyna ze zdjęcia wiszącego za pani biurkiem. Właściwie miałam zapytać, po co je tam umieściliście.

- Druhna? - Pytanie Krawiec zawisło w powietrzu. - To naprawdę bardzo dziwne. Laura zaginęła dzień po zaręczynach. Podejrzewam, że podobnie jak pani przyszła synowa została uprowadzona.

Kornatowska się zachwiała. Julia w porę podała jej swoje ramię. Czuła, jak kobieta drży. - Laura została porwana? To niemożliwe... Musicie ją odnaleźć. Grozi jej niebezpieczeństwo? Błagam, zróbcie coś, zanim stanie się najgorsze - wyszeptała łamiącym się głosem. - Laura musi żyć...

* * *

Skręcił w boczną, zalaną deszczem uliczkę. Stojąca woda przedostała się do jego butów i wsiąkała w skarpety. Smarknął na trawnik i otarł nos wierzchem dłoni. Przyspieszył kroku. Mimo że przebywał na przepustce legalnie, co chwila nerwowo oglądał się za siebie, kontrolując, czy nikt za nim nie idzie. Przeskoczył rozmyte pozostałości po psich odchodach, minął kiosk z prasą i skierował się do stojącego za nim bloku.

Odruchowo spojrzał na balkony. Na jednym z nich przez cały rok powiewała biało-czerwona flaga. Właściciel postanowił nie chować jej po uroczystościach państwowych, jak zwykli czynić to inni mieszkańcy kamienicy. Flaga, mocno już poszarzała, powiewała niezmiennie od stycznia do grudnia. Pieprzony patriota, pomyślał Robert i przeniósł wzrok piętro wyżej. Na balkonie oprócz pustych słoików i butelek po piwie nic nie stało ani nie powiewało. W oknach nie było firanek. W jednym z nich było widać nawet z ulicy półmetrowe pęknięcie biegnące wzdłuż szyby. Efekt ostatniej majówki, jaką urządził Bruno, świętując zbyt wczesne powitanie lata.

Uderzył dwukrotnie pięścią w drzwi. W wizjerze mignęło oko, po czym ciche kliknięcie zwolniło blokadę drzwi.

- Kurwa, wiesz, która jest godzina? - Stojący w samych slipkach mięśniak przetarł zaspane oczy.

- Właściwa. - Robert minął go w drzwiach i poszedł prosto do pokoju. Usiadł na przetartej od starości i niezliczonej liczby imprez kanapie. Nie wyjmując rąk z kieszeni wiatrówki, obserwował, jak chwiejący się na nogach chłopak wciąga sztywne z brudu dżinsy.

- Czego chcesz? - Bruno zapalił papierosa.

- Nadal wisisz mi przysługę. - Robert wyciągnął rękę po camela. Bruno skrzywił się, ale oddał mu swojego szluga, po czym zapalił następnego. Przyjrzał się poważnej twarzy gościa. - Wiesz, o czym mówię?

Chłopak niechętnie kiwnął głową. Powoli wypuścił z nosa dwie smugi dymu. Sprawa z czasów, gdy Robert dał mu fałszywe alibi, musiała wrócić. Tamten dziany facet z Moskwy gryzł ziemię od miesiąca, kiedy gliny wpadły na jego trop. Ta durna Betty sypnęła go z zemsty za to, że niedokładnie podzielił kasę po odstrzeleniu Ruska. Betty, zwykła dziwka, na jego plecach chciała się dorobić majątku. Odbiło jej, gdy obejrzała film Bonnie i Clyde. Też chciała mieć zachodnie imię i łatwy szmal. Naraiła mu tego biznesmena, a on miał załatwić resztę. Kiedy trup stygł w rozwalającej się fabryce konserw, oni na tej właśnie obleśnej kanapie oblewali swój pierwszy udany skok. Dziewucha wściekła się o brak kilku patyków, które Bruno miał podzielić po równo. Zawiadomiła anonimowo dochodzeniówkę. Wpadli do mieszkania i zrobili kipisz. Zamknęli go na dwadzieścia cztery godziny. Gdyby nie Robert i jego ściema o wspólnej wyprawie nad Mamry w dniu zabójstwa, miałby zapewnioną pryczę do końca życia. Wtedy był mu tak wdzięczny, że obiecał przysługę bez względu na to, o co go poprosi. Ale Robert nie wracał do niego z żadną sprawą do załatwienia. Aż do dzisiaj. Chwila, w której Majcher zapuka do jego drzwi i upomni się o to, co mu się należy, właśnie nadeszła. Przysługa za przysługę.

- Mam kogoś kropnąć? - Bruno wyciągnął spod łóżka hantle i postawiwszy łokieć na kolanie, zabrał się do ćwiczenia muskułów. - Kogo i kiedy?

Robert bezmyślnie wodził oczami za ruchem unoszącej się i opadającej ręki kumpla.

- Chcę, żebyś najpierw rozpracował dla mnie pewną sprawę.

- A mianowicie?

- Mianowicie masz się dowiedzieć, czy eks mojej siostry krążył koło niej przez ostatnie miesiące.

- A co? Zalazł ci za skórę? Pewnie nie kupił dziewczynie kwiatków na urodziny? - Bruno zaśmiał się jak hiena.

- Chcę wiedzieć, czy to on stoi za zniknięciem Laury. Jeśli okaże się, że podniósł na nią rękę, zabijesz go.

Hantle z tępym łupnięciem stoczyły się na podłogę. Bruno patrzył tępo na strzelającego kostkami palców kumpla.

- Laura zaginęła dziś nad ranem - wyjaśnił krótko Majcher. - Sam bym się tym zajął, ale pojutrze rano muszę się z powrotem zameldować w hotelu na Białołęce. Jest mało czasu. Boję się, że nie zdążę. Poza tym nie mogę znów wdepnąć w jakieś gówno. Matka by tego nie przeżyła. Ty jesteś czysty i masz wolne ręce. Tu masz jego nazwisko. - Położył wymiętą kartkę na kanapie. - Zajmij się tym. Potem będziemy kwita. Zadzwonię do ciebie z mamra.

- Pojebało cię?! A co z nagrywanymi telefonami, będziesz nadawać morse'em? Chcesz sprowadzić mi na chatę gliny?!

- O to się nie martw. Są sposoby.

Podniósł się z łóżka i poklepał Brunona po umięśnionym ramieniu.

- Nie spieprz tego.

* * *

Najciszej, jak umiała, przekręciła klucz w zamku. W mieszkaniu było ciemno, postanowiła zatem nie domykać drzwi wejściowych i zdjąć przemoczony płaszcz przy świetle padającym z korytarza. Wyczuła pod palcami miedziany haczyk, płaszcz zawisł na swoim miejscu.

- Metr osiemnaście, dwadzieścia jeden kilo wagi. Mówi ci to coś? - usłyszała głos za swoimi plecami.

- Na miłość Boga, mamo! - Julia złapała się za serce. - Co ci strzeliło do głowy?!

- Dziewczynka lat siedem. Pilnie szuka matki. - Pani Emilia, ściskając nerwowo podomkę na obfitym brzuchu, zawisła nad nią jak wyrzut sumienia. Julia wyminęła matkę i zerknęła w stronę pokoju córki.

- Nie mam ochoty na żarty.

- Ani ja. - Matka Julii zamknęła za nią drzwi i naciskając palcem na plecy córki, pokierowała ją do dużego pokoju. - Sylwia niemal cię nie widuje. Zdaje się, że zapomniałaś, że oprócz pracy masz jeszcze dziecko.

- Mamo, naprawdę...

- Zarezerwowałaś pokój nad morzem? Głupie pytanie, co? Nie musisz odpowiadać. Twój dom i twoje życie jest tam, na komisariacie, wśród zboczeńców i morderców. Córka może jedynie czekać, aż jej nadgorliwa matka znajdzie wolną chwilę między drugą nad ranem a siódmą.

Julia zaczęła nerwowo pocierać dłonie. Czuła, jak gardło zaciska się w ciasną rurkę, przez którą coraz trudniej przechodzi powietrze.

- Proszę cię, nie zaczynajmy tego od nowa. Dobrze wiesz, że nie mam wyjścia, jeśli chcemy mieć dach nad głową i zupę w garnku.

Emilia usiadła obok córki na kanapie. Obie patrzyły na swoje odbicie w szybkach lakierowanego na wysoki połysk regału. Zegar miarowo odmierzał ciągnące się w nieskończoność sekundy.

- Dzwonił Daniel. - Matka wykrzywiła twarz, jakby napiła się octu.

Na dźwięk tego imienia Julii zrobiło się słabo. Były mąż milczał od kilku miesięcy, co pozwoliło jej wierzyć, że zapomniał o ich istnieniu lub zdechł gdzieś pod płotem. Nadzieja okazała się płonna.

- Rozumiem, że stęsknił się za córką po półrocznym milczeniu? Kawał sukinsyna... Po co w ogóle z nim rozmawiałaś?!

- Pytał głównie o Sylwię i o to, jak ci idzie opieka nad nią. Podejrzewam, że coś kombinuje.

Julia zapatrzyła się w przestrzeń przed sobą. Emilia ponownie otworzyła usta.

- Daniel zaplanował urlop z małą na przełomie czerwca i lipca. Chce ją zabrać do swojej nowej kochanki na wieś.

Emilia miała zmęczoną twarz. Od problemów ze zdrowiem, z wnuczką, z nią samą. Julia od dawna nie przyglądała się jej z taką uwagą. Zauważyła, że kilka nowych zmarszczek przecięło czoło matki. Starała się ją chronić przed swoimi problemami, zwłaszcza że starsza pani stawała się coraz mniej odporna na stres. Wiadomość o planach byłego męża była jednak ponad siły Julii.

- Najpierw będzie musiał tu przyjść i mnie zabić, dopiero wtedy dostanie Sylwię. Po moim trupie, słyszysz? Po moim trupie!

- Uspokój się. - Emilia złapała roztrzęsione ręce córki i mocno ścisnęła. Zabolało. - Powiedziałam mu, że w tym czasie wyjeżdżasz z małą nad morze. To go nieco przystopowało.

- Znam go. Przyjedzie tu i sprawdzi, czy mówiłaś prawdę. Jak się dowie, że nie wyjeżdżam...

- Wyjeżdżasz! - Matka zacisnęła mocno zęby. - Zarezerwowałam dla was mały domek w ośrodku.

- To niemożliwe... Nie teraz, kiedy mam otwartą sprawę na głowie!

Plecy Emilii odgięły się do tyłu jak struna. Jej wielkie piersi uniosły się niemal pod szyję.

- To twoje życie i twoje dziecko - wycedziła przez zaciśnięte usta. - Sylwia może pojechać albo z tobą, albo spędzi urocze wakacje z kochanką twojego uroczego męża. Wybieraj.

Julia skuliła się i przywarła do obfitych piersi matki. Osunęła się na jej kolana, jak robiła, będąc małą dziewczynką, kiedy spotykało ją nieszczęście. Ciepłe dłonie Emilii zawisły na chwilę w powietrzu, po czym opadły na głowę Julii i zaczęły gładzić jej pulsujące skronie. Powędrowały dalej, delikatnie rozplątując wilgotne kasztanowe włosy.

Dochodziła druga w nocy, kiedy Julię obudził dzwonek telefonu. Nie zapalając światła, sięgnęła po wibrującą na stoliku komórkę i wsunęła się z powrotem pod kołdrę. Wydusiła z siebie ledwie zrozumiałe "halo".

- Wiedziałam, że nie śpisz. - W głosie Michaliny nie wyczuwało się śladu zakłopotania.

- Nie, skąd. Zwykle o tej porze szydełkuję albo myję okna - warknęła Julia. - Mam nadzieję, że jest jakiś ważny powód, dla którego zdecydowałaś o tym, że nie jestem godna tych kilku godzin odpoczynku?

Słyszała, jak po drugiej stronie Michalina głośno oddycha.

- Zadzwonił do mnie Nikodem.

Julia mimo najszczerszych chęci nie mogła sobie przypomnieć jakiegokolwiek Nikodema.

- Julia, to jest TEN Nikodem...

- Zaraz, zaraz. Czy mówiąc omdlałym głosem "ten Nikodem", masz na myśli tego sukinsyna, który puścił cię kantem parę tygodni temu?

Cisza w słuchawce potwierdzała przeczucie Julii. Michalina przełknęła głośno ślinę.

- Chce, żebym do niego wróciła. Nadal mnie kocha.

- Chciał chyba powiedzieć, że nie ma komu wykręcać rąk, odkąd cię wyrzucił z mieszkania. Tylko pewnie się przejęzyczył i tak mu sprytnie wyszło, że odczytałaś to jako wyznanie miłości. - Julia całkiem oprzytomniała. - Mam nadzieję, że tym razem nie byłaś tak głupia, żeby dać się nabrać na te brednie?

- On mnie naprawdę potrzebuje. - Michalina nie dawała za wygraną. - Wszystko przemyślał i żałuje, że czasem obchodził się ze mną niezbyt delikatnie.

- "Niezbyt delikatnie"? - Głos Julii ostro zawibrował. - Sama to wymyśliłaś? Damski bokser! Kup mu talon na worek treningowy i gumową lalkę, a przekonasz się, jak bardzo mu jesteś potrzebna. Dwulicowy, podły gnojek! - Ściszyła głos, aby nie obudzić śpiących za ścianą Sylwii i matki. - Naobiecywał ci cudów, a ty, naiwna gąska, znowu uwierzyłaś?

- Muszę dać nam jeszcze jedną szansę. Tym razem na pewno się uda.

Głos Michaliny brzmiał tak, jakby nie tylko Julię chciała przekonać do swoich pobożnych życzeń.

- Wprowadzisz się do niego?

- Uhm... Spróbujemy skleić to, co się nam posypało.

- I pewnie chcesz usłyszeć ode mnie, że dobrze robisz? Rozczaruję cię. Nie usłyszysz.

- Chciałam tylko, żebyś mnie wsparła. Do diabła, Julia, możesz wykrzesać z siebie odrobinę ludzkich uczuć?

- Wymagasz ode mnie zbyt wiele. - Julia położyła się wygodnie na poduszce i wsunęła rękę pod głowę. - Obie wiemy, jak to się skończy. Zastrzegam sobie pierwszeństwo do powiedzenia "a nie mówiłam".

- Dzięki, że we mnie wierzysz. - W słuchawce słychać było nieskrywany zawód.

- I nie przybiegaj z płaczem, kiedy znów wylądujesz na ulicy.

- Spokojna głowa. Nie wyląduję. Nie tym razem.

Michalina przerwała rozmowę. Pewnie pobiegła spakować walizki, pomyślała Julia, odkładając telefon na stolik.

Drzwi do pokoju otworzyły się i stanęła w nich rozczochrana Sylwia. Zwiniętą w piąstkę dłonią pocierała zaspane oczy. W drugiej ręce ściskała lalkę Basię. Julia odchyliła kołdrę. Mała tylko na to czekała. Wskoczyła do rozgrzanego łóżka i przytuliła się do brzucha matki.

ROZDZIAŁ IV

Pierwsze informacje o zaginionej Paulinie Fogel pojawiły się w telewizji śniadaniowej. Zbyt mocno opalona w solarium prezenterka z przejętą miną zwracała się do widzów o pomoc w ustaleniu miejsca pobytu dziewczyny. Kolejne anonsy pojawiały się regularnie w całodobowej TVN24 co godzina.

Julia z podkrążonymi z niewyspania oczami siedziała przy kuchennym stole, zerkając w mały przenośny radziecki telewizor, który jakimś cudem przetrwał jej dzieciństwo, studia i teraz równie dobrze sprawował się w kuchni jej służbowego mieszkania. Lekko zniekształcał obraz, jednak o oddaniu go na złom matka Julii nie chciała słyszeć.

Z tostera wyskoczyły za bardzo przypieczone grzanki. Mimo zaklinania ich wzrokiem nie chciały podejść same do stołu i ułożyć się na talerzu.

W przedpokoju zazgrzytał klucz w zamku. Emilia postawiła na kuchennym stole siatkę z kupionymi na bazarze warzywami. Strząsnęła do zlewu krople deszczu z foliowej chustki na głowę i rozłożyła ją na parapecie do wyschnięcia.

- Znowu gadałaś z kimś w nocy, wszystko słyszałam przez ścianę. Ta praca cię zabije. Nie masz czasu na nic. Na dom, na dziecko, nawet na sen. Zobaczysz, że to się źle skończy.

- Ach, ten twój poranny optymizm... - Julia wychyliła się z krzesła z nadzieją na buziaka od matki. - Podasz mi grzanki? - Wzrok konającego łabędzia zawsze działał cuda. - Michalina miała mały dylemat, chciałam ją ratować przed utratą honoru i reszty rozsądku.

- I co? Udało się?

Julia przełknęła kęs tostu i oblizała usta z dżemu.

- Rozsądek nie miał szans z buzującymi hormonami.

- Da sobie radę. - Emilia zalała wrzątkiem rozpuszczalną kawę i sięgnęła po herbatnika. - Ty to co innego. U ciebie problem goni problem. Jak nie z Sylwią, to z pracą. Jak nie z pracą, to z mężem.

- Byłym, mamo, byłym! - Julia siorbnęła sok pomarańczowy. - Żadnych więcej mężów w swoim życiu mieć nie będę, a jak mi takie szaleństwo przyjdzie do głowy, to proszę cię o jedno, powieś nad moim łóżkiem zdjęcie Daniela w rozmiarze metr na metr. Może być otoczone wianuszkiem z czosnku.

Julia przełączyła kanał. Znów mignęło zdjęcie Pauli.

- To jej szukasz? - Matka sięgnęła po okulary i przybliżyła twarz do telewizora.

- Tak, zaginęła bez śladu.

Emilia zmarszczyła czoło.

- Podobną dziewczynę widziałam dwa dni temu. Wieczorem, zaraz po wyjściu z kościoła.

Grzanka utkwiła Julii w gardle. Z trudem przełknęła ostry kęs.

- Zaraz, zaraz. O czym ty mówisz?

- Wiesz przecież, na czym polegają nabożeństwa czerwcowe. Najpierw odbywają się modlitwy, a potem adoracja Najświętszego Sakramentu...

- Mamo! - Julia złapała Emilię za rękę i potrząsnęła nią, jakby w ten sposób chciała zmusić mózg matki do współpracy. - Gdzie widziałaś tę dziewczynę ze zdjęcia?! Jesteś pewna, że to była ona?

- Bądź tak miła i nie wykręcaj mi ręki. Przyda mi się do robienia obiadu. Tak, jestem niemal pewna. Była z kimś. Z młodym mężczyzną. Stali pod tym ogromnym kasztanowcem przy wejściu do parku. Chwilę rozmawiali, potem on pociągnął ją głębiej, w alejkę. Straciłam ich z oczu.

- A ten mężczyzna? Zapamiętałaś jakiś szczegół?

- Nie widziałam dokładnie twarzy, byłam bez okularów. Ale ten chłopak... dziwny był jakiś. Jakby nieswój. Rozglądał się na boki. Stali zbyt daleko, żebym mogła usłyszeć, o czym rozmawiają.

- Przyjmę cię chyba na pół etatu do siebie do pracy. - Julia pocałowała matkę w pomarszczony policzek i wpakowała sobie do ust resztę tostu. - Za kwadrans muszę być na komisariacie. Jakbyś coś sobie jeszcze przypomniała, wiesz, gdzie mnie szukać.

* * *

Michalina siedziała odwrócona plecami do drzwi i wpatrywała się w monitor komputera. Na odgłos zamykanych drzwi wygasiła ekran i odwróciła się w kierunku wchodzącej do pokoju Julii.

- Czuję, że zaczynam życie od nowa. - Przeciągnęła się i wydała lubieżny pomruk. - Z tego wszystkiego nie zmrużyłam oka aż do świtu.

- Jakże mogłoby być inaczej. - Krawiec podeszła do szafy, wyjęła gruby plik dokumentów i razem z poranną gazetą położyła na biurku. Wrzuciła do kubka torebkę z herbatą i zalała wrzątkiem. - Nie ma to jak odgrzany na szybko romans. Oby tylko cię nie poparzył.

Rozłożyła na stole gazetę i zaczęła przerzucać kolejne strony. Na przedostatniej znalazła to, czego szukała. Z szerokiej na pół strony kolumny spoglądała na nią spokojna twarz Pauliny. Wydawca postarał się, aby ogromny nagłówek rzucał się w oczy. - Przeglądałaś prasę? Telewizja też zgodziła się współpracować. O Pauli jest już głośno w całym kraju.

- Myślisz, że to pomoże? - Michalina podjechała na krześle do biurka.

- Zazwyczaj pomaga. Moja matka jako pierwsza zameldowała mi, że widziała Paulinę całą i zdrową dwa dni temu.

- Wierzysz jej?

- Sama nie wiem. Bardzo chciałabym jej uwierzyć, jednak w drodze do pracy przypomniałam sobie, że niedawno widziała na naszej głównej ulicy jakiegoś fantastycznego aktora z jej ukochanej telenoweli. Jak się potem okazało, facet pracował w kiosku Ruchu i szedł właśnie otwierać budkę z gazetami.

Śmiech Michaliny zabrzmiał jak gulgotanie indora. Julia złapała się na tym, że szuka w jej twarzy oznak nieprzespanej nocy. Spodziewała się podkrążonych oczu, bladych od niewyspania policzków. Nic z tego. Nocna przeprowadzka nie zaszkodziła jej ani trochę. Bodnar była w świetnej formie. Nie dość, że miała zaróżowioną jak u niemowlaka cerę, to i źrenice znów błyszczały, jakby dopiero co wróciła ze spa. Nie ma to jak młodość, pomyślała Julia i poczuła lekką zazdrość. Gdy ona miała dwadzieścia pięć lat, mogła imprezować nieprzerwanie kilka dni z rzędu. Wystarczały dwie godziny snu, aby zrzucić zmęczenie z powiek. Kilka dodatkowych lat na karku i przerwany w środku nocy sen potrafił dać w kość.

- Przejrzyj te akta. - Wskazała brodą stertę papierów i podniosła się z fotela. - Ja wybiorę się na małą przejażdżkę. - Chwyciła mapę Warszawy i stanęła w drzwiach. - Może dowiem się czegoś więcej o naszych zaginionych dziewczynach. Zrobię mały rekonesans wśród ich znajomych ze stolicy. Powinni być bardziej rozmowni niż najbliższa rodzina, która zaciska zęby, żeby przypadkiem nie puścić pary z ust. Ta cała sprawa śmierdzi mi z daleka.

Przebiegła do auta, chowając przed deszczem głowę pod skórzaną torbą. Pomachała stojącej w oknie Michalinie i włączyła silnik. Wycieraczki na przedniej szybie rozmazały nagromadzony w zakamarkach kurz.

* * *

Bruno wysiadł na Dworcu Centralnym i rozejrzał się po peronie. Tłumy pasażerów przewalały się w tę i z powrotem. Te same od lat budy z gazetami i papierosami okupowali ci sami ludzie. Ich twarze znał na pamięć. Starzy kieszonkowcy i ich nowy narybek. Wyciągali szyje zza szyb barów szybkiej obsługi, próbując namierzyć kolejnego frajera z portfelem wciśniętym w tylną kieszeń spodni. Sztafeta spojrzeń biegła, począwszy od starszych wyłapywaczy okazji, poprzez ukrywających głowy pod bejsbolówkami łysielców, a skończywszy na uzbrojonych w szybkie nogi i wygodne adidasy smarkaczach, którzy szkolili się na żywym organizmie, czyli na beztroskich podróżnych. Turyści, zaaferowani zmieniającym się nagle rozkładem jazdy lub choćby tylko numerem peronu, wlepiali oczy w migające elektroniczne tablice ogłoszeń, wystawiając na łatwy łup swe portfele z kartami kredytowymi i uciułanymi na podróż pieniędzmi.

Bruno wychylił piwo z puszki i opierając się o betonowy filar, wystukał w komórce znajomy numer. Po niespełna dwudziestu minutach od strony Pałacu Kultury podjechało czarne bmw z nadżartymi przez rdzę zderzakami. Wskoczył na przednie siedzenie i wyciągnął kartkę z adresem. Jechali powoli, zerkając na patrol policji stojący przy Emilii Plater. Minęli radiowóz i potoczyli się dalej.

Dziewczyna prowadząca auto posłała mu frywolne spojrzenie spod wytuszowanych na fioletowo rzęs.

- Dawno tu nie zaglądałeś. Stęskniłam się za tobą. - Dostrzegł na jej szyi wytatuowanego na czarno kolibra. Poczuł, jak mu rośnie ciśnienie. Zawsze była chętna, a on od dawna nie miał kobiety. - Chcesz jechać tam prosto czy może... - Uśmiechnęła się znacząco.

- Mam coś do załatwienia, ale... - jeszcze raz spojrzał na poruszający się wraz z szyją tatuaż - ...to może chwilę poczekać. - Przyciągnął głowę dziewczyny i włożył jej język do ust.

Zakręcili na rondzie i wymijając setki aut, zawrócili pod przeszklone centrum handlowe. Wbiegli do korytarza prowadzącego do kabin z toaletami. Kilka z nich było pustych. Wybrali ostatnią, nie bacząc na oburzone spojrzenia mijanych kobiet. Zasunęli za sobą niewielki skobel.

- Dobrze ci było? - Sońka wsunęła wskazujący palec pod brodę z kłującym jak igły zarostem.

Stali pod centrum handlowym, opierając się o mur oddzielający przystanek autobusowy od dworcowego parkingu. Bruno uśmiechnął się prawym kącikiem ust.

- Wiesz, że tak. W pewne miejsca powinienem zaglądać dużo częściej. - Klepnął ją otwartą dłonią w pośladek. - Ale teraz muszę już spadać. No, dalej, zbieraj się.

- Miałam nadzieję na więcej. - Sońka wydęła wargi i zatrzepotała rzęsami. - Ile razy wpadasz do Warszawy, odwalasz ze mną szybki numerek i znikasz.

Bruno odchrząknął i splunął na ziemię. Rozgniótł plwocinę czubkiem buta.

- Ślubu ci nie obiecywałem. - Ślina rozmazała się, po czym wtopiła w płynące po chodniku resztki ulewy. - Jeżeli chcesz mnie naciągnąć na romantyczne randki przy świecach, to trafiłaś pod zły adres.

- Wiesz, że nie o to mi chodzi. - Zniżyła głos i dotknęła ukradkiem jego dłoni. - Chciałabym, aby to, co nas łączy, było prawdziwe.

- To, co nas łączy? - parsknął i zrzucił z odrazą jej rękę. - Nie wiem, co ci chodzi po tej ślicznej główce, ale chyba twoja wyobraźnia posuwa się za daleko.

Dziewczyna skuliła ramiona. Patrzyła bezradnie, jak Bruno dopina skórzaną kurtkę pod szyją. Zrobił swoje i za chwilę znów zniknie na długie tygodnie, aż do następnego razu. Przypomni sobie o niej, gdy będzie w potrzebie albo gdy przyjdzie mu ochota na dwuminutowy seks.

- Nic dla ciebie nie znaczę, prawda? - zapytała cicho.

- Nie zaczynaj! - Irytacja w jego głosie przybierała na sile. - Męża sobie ze mnie nie zrobisz. Albo pasuje ci taki układ, albo...

- Albo co? Potraktujesz mnie tak samo jak swoją poprzednią dziewczynę, Betty? - Dziób wytatuowanego kolibra zaczął miarowo uderzać w rozszerzoną tętnicę. - Wiem dobrze, jak ją załatwiłeś.

Ręka Brunona powędrowała w stronę kolibra i zacisnęła się pod brodą dziewczyny.

- Gówno wiesz. I dobrze ci radzę, trzymaj język za zębami. - Poluzował uścisk i pchnął ją do tyłu. Zachwiała się i oparła plecami o betonową ścianę.

Nie odwracając się, przebiegł przez pasy i wskoczył do odjeżdżającego autobusu.

Patrzyła, jak siada przy oknie i z uśmiechem na twarzy wyciąga komórkę. Odprowadzała wzrokiem jego czarną kurtkę, która po chwili zniknęła wraz z autobusem za budynkiem dworca. Sięgnęła do kieszeni spodni, darmo szukając w nich chusteczki do nosa. Zamiast niej wyciągnęła pognieciony skrawek papieru z adresem, pod który miała zawieźć Brunona zaraz po chwili uniesienia, którą przeżyli w ekspresowym tempie w toalecie centrum handlowego.

* * *

Dobrze znaną trasę prowadzącą na Uniwersytet Warszawski Julia pokonywała z prawdziwą przyjemnością. Zaparkowała na tyłach budynku i lawirując między spływającymi po chodniku strugami wody, rozpoczęła wspinaczkę w stronę uczelni. Studenci, którzy szczęśliwie zakończyli rok akademicki, spacerowali dwójkami lub w większych grupach, wyrzucając z siebie salwy śmiechu i komentując wydarzenia z letniej sesji.

Przepuściła w wąskim przejściu kilka dziewczyn, które wyciągały z toreb swoje indeksy i z ulgą całowały wpisy potwierdzające końcowe zaliczenia.

Zazdrościła im tej niczym nieograniczonej wolności, beztroski przemieszanej z planami wakacyjnymi snutymi na gorąco, pod wpływem nagłych emocji.

Obejrzała się jeszcze raz za podrygującymi studentkami, po czym stanęła przed bramą uniwersytetu. Minęła gmach dawnej biblioteki i skierowała kroki prosto do części, w której znajdowała się administracja.

Rozejrzała się po przestronnym holu i stanęła przed świeżo pomalowanymi drzwiami. Nacisnęła klamkę. Drzwi z tabliczką "Biuro Spraw Studenckich" nie ustępowały. Ponownie szarpnęła za klamkę.

- Tam już dziś nikogo nie ma. - Usłyszała głos z prawej strony korytarza.

Na podłodze pod oknem siedział chłopak z włosami, które niczym sprężyny podskakiwały przy każdym ruchu głowy. Połowę twarzy zakrywał rudawy zarost i tylko dzięki śnieżnobiałym zębom można się było zorientować, gdzie chłopak ma usta.

- Trzeba przyjść jutro z samego rana.

- Jest przecież dopiero kilka minut po dwunastej. - Julia dla pewności spojrzała na zegarek.

- Nie bądź naiwna. Tłumaczę, że dziś już nic nie załatwisz. Ostatnie egzaminy właśnie się zakończyły, więc sekretarka po cichaczu zamknęła biznes. Jeszcze jutro rano mają być poprawki, wtedy jest szansa, że ją złapiesz.

Chłopak przeciągnął się, aż zatrzeszczały mu kości pod flanelową, kraciastą koszulą, po czym ułożył się wygodniej na posadzce.

- A ty co? - Przyjrzał się z zaciekawieniem Julii, podpierając głowę na przedramieniu. - Masz jakieś ogony z egzaminów i pewnie szukasz ratunku? Kto cię usadził?

Julia z rozbawieniem patrzyła na chłopaka, próbując zgadnąć, czy robi sobie z niej żarty, czy jednak uważa ją za przeterminowaną studentkę. Wolała tę drugą opcję. Rzuciła na parkiet torbę i przykucnęła pod kaloryferem obok chłopaka.

- Szukam pewnej dziewczyny. Wyszła z domu i ślad po niej zaginął. - Julia zarejestrowała w oczach brodacza prawidłową reakcję. - Studiuje tu ukrainistykę. Pomożesz mi, jeśli powiesz, gdzie mogę znaleźć jej znajomych.

- Ukrainistykę? - Podrapał się po gęstwinie loków, ściągnął je do tyłu i związał gumką do włosów. - To nie tu. Wydział lingwistyki mieści się przy Szturmowej. Tam ci powiedzą dokładnie. A ty co? - powtórzył. - Glina?

- Masz coś przeciwko glinom? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, podnosząc się z podłogi.

- Osobiście nie. - Rzucił w jej stronę kokieteryjny uśmiech. - Nawet dałbym się przesłuchać w jakiejś słusznej sprawie. A może i wręcz przeszukać - zaryzykował.

Pobłażliwe spojrzenie Julii sprowadziło go na ziemię.

- Przynajmniej próbowałem! - krzyknął za nią, kiedy kołysząc prowokująco biodrami, oddalała się w kierunku wyjścia. Jeszcze krew we mnie nie zastygła, jeszcze nie jest ze mną tak źle, pomyślała i uśmiechnęła się do swego odbicia w błyszczącej szybie budynku.

Spojrzała w niebo. Kilka pojedynczych kropli spadło jej na twarz. Wskoczyła do nadjeżdżającego autobusu, nie chcąc tracić ani minuty z szybko upływającego czasu. Patrzyła przez okno na Krakowskie Przedmieście i na przeciskających się między sobą przechodniów, którzy potrącali się rozłożonymi parasolami. Co chwila ktoś odwracał się i albo przesyłał potrąconemu przepraszający uśmiech, albo złorzeczył, wykrzykując coś i machając nerwowo rękami. Jeszcze moment i będzie przy fiacie. Wysiadła z autobusu i poczuła lekkie wibrowanie w torbie.

- Jak ci idzie? - Michalina odczuwała silną potrzebę śledzenia spraw na bieżąco. - Dowiedziałaś się czegoś?

Julia przebiegła ulicę i o mały włos nie została potrącona przez rozpędzoną taksówkę.

- Krążę między budynkami! - krzyknęła do telefonu. - Czuję, że odnalezienie znajomych Laury nie będzie takie proste, jak na to liczyłam.

- Ja natomiast mam dla ciebie nowinę. - Bodnar zawiesiła głos dla lepszego efektu.

- Wrócił ci rozum i zrezygnowałaś z miłosnych przygód?

- Odpuść już, dobrze? - Usłyszała w głosie Michaliny zniecierpliwienie. - Ja nie o tym. Przed chwilą wpadł tu Zasępa, ma nowy ślad w sprawie.

- Przyszły wyniki badań z laboratorium?

- Niezupełnie. - Michalina wydawała się bardzo podekscytowana. - Zasępa wysilił się i wykonał kawał dobrej roboty. Po kodzie kreskowym na pudełku, w którym był ptak, dotarł do producenta, a potem do sklepu, gdzie je sprzedano. Nie pytaj mnie, jak to zrobił, ważne, że mamy punkt zaczepienia.

Dobry, poczciwy Zasępa. Na niego zawsze można liczyć.

- Zawsze to coś. - Oczy Julii powędrowały za przejeżdżającym autobusem zapchanym po brzegi hałaśliwą młodzieżą. - Weź od niego adres i zasuwaj do tego sklepu. Przepytaj sprzedawcę, czy kojarzy osobę, której w ostatnim czasie sprzedawał takie pudełko. Niech sprawdzi w bazie komputerowej, czy ten ktoś nie płacił przypadkiem kartą kredytową. Muszę kończyć, czeka mnie podróż na drugi koniec miasta.

Budynek uczelni przy Szturmowej wyglądał jak pięciopiętrowe szklane akwarium z setką powciskanych w nie okien. Zaparkowała na wąskim podjeździe i wbiegła do gmachu. Skierowała się wprost do grupki dziewcząt stojących pod tablicą ogłoszeniową. Na odgłos jej kroków przerwały rozmowę i odwróciły głowy. Nie wyjmując tym razem legitymacji, wyjaśniła w kilku słowach cel wizyty.

- Zachodzi podejrzenie, że ktoś chce skrzywdzić Laurę - podsumowała. - Muszę dotrzeć do osób, które były z nią najbliżej.

- Tu już prawie nikogo nie ma. - Stojąca z tyłu dziewczyna z dziesiątkami kolczyków w uszach zdjęła z ramienia torbę i wyciągnąwszy z niej notes, napisała nazwę ulicy. Wydarła kartkę i podała Julii. - To adres akademika, w którym prawdopodobnie mieszka Laura. Ludzie z jej roku w większości zamieszkują dziewiąte piętro, ale numeru pokoju nie znam. Trzeba spytać w recepcji.

Julia wybiegła z kartką w ręku. Odnalezienie Laury było jak szukanie igły w stogu siana. Teraz pozostaje modlić się o to, żeby sublokatorka dziewczyny nadal była w Warszawie. Odpaliła silnik i ruszyła z powrotem do centrum.

Wieżowiec, w którym mieścił się akademik, był wbity między inne budynki i niewielkie drzewa posadzone przy wąskich chodnikach. Wyglądał jak Guliwer w świecie karłów. Szare, brudne gmaszysko odstraszało niemalowanym od lat odłażącym tynkiem. Z niewielkich okien wystawały miniaturowe metalowe suszarki. Latem poobwieszane były suszącymi się ubraniami, zimą zaś wisiały na nich reklamówki z jedzeniem. Odkąd akademiki opustoszały, puste foliowe worki powiewały na wietrze.

Recepcja prezentowała się dużo lepiej niż fasada budynku. Podłoga wyłożona była beżowymi, śliskimi kaflami, na których pewnie można byłoby jeździć na łyżwach. Elektroniczny zegar na ścianie wyświetlał dziesiątą dziesięć, mimo że było już dobrze po południu. Pod ścianą stał mały stolik kawowy ze szklanym blatem i dosunięte do niego dwa niskie fotele.

W recepcji zza jasnobrązowego kontuaru wychyliła się głowa około sześćdziesięcioletniej kobiety z białą opaską na wiśniowych włosach. Obcy wchodzący przez główne drzwi nie zdawali sobie sprawy, że odkąd stanęli na gruncie zarządzanym przez Big Eye, jak nazywali ją studenci, byli poddawani procesowi mało dyskretnej, jednak skutecznej lustracji.

- Do kogo? - Od strony kontuaru dobiegł Julię skrzeczący głos. Obróciła się w jego kierunku i widząc wystającą znad lady białą opaskę, podeszła bliżej.

- Mam nadzieję, że będzie mi pani w stanie pomóc. - Julia doskonale znała zasady rządzące domami studenckimi. Recepcjonistki panowały niepodzielnie w swoim królestwie, nie dając szans mieszkańcom ani ich gościom na zbytnią swobodę. Zwłaszcza waletowanie karane było dożywotnim pozbawieniem łask bez możliwości ubiegania się o przedterminowe zwolnienie.

Big Eye siedziała w całkowitym bezruchu, jedynie poruszające się gałki oczne wskazywały na to, że organizm nadal funkcjonuje. Wpatrywała się w Julię niczym krążący sęp w swoją nieświadomą niczego ofiarę.

- Ja nie udzielam pomocy. - Do ruchu oczu dołączył ruch ust. - Mogę jedynie udzielić informacji, o ile uznam to za stosowne.

- Mieszka tu studentka, Laura Majcher. - Julia podsunęła kolorową fotografię pod nos recepcjonistki. - Rozpoznaje ją pani?

Kobieta wzruszyła ramionami. Oparcie krzesła zatrzeszczało pod ciężarem opadających na nie pleców.

- Może i rozpoznaję. - Zakręciła palcami młynka, oczekując na ciąg dalszy. - Pani z rodziny?

- Nie, z policji. - Julia, chcąc nie chcąc, wyciągnęła legitymację. - Muszę porozmawiać z jej sublokatorką.

- Laura coś przeskrobała? - Kobieta pokiwała głową, dając wyraz niezadowoleniu. - Młodzieży teraz nie sposób upilnować, tylko im głupstwa w głowie. Musi być źle, skoro nawet takich dziewczyn szuka policja.

- Dobrze zna pani Laurę? - Julia oparła się łokciami o blat i przyjrzała się stanowisku Big Eye. W okolicach kolan kobiety, na małej półce, przewalały się niedokończone krzyżówki i pudełka z tanią herbatą w okrągłych torebkach. Niedokładnie zasłaniały prześwitującą reklamówkę ze schowanymi papierosami przemyconymi zza wschodniej granicy i przeznaczonymi do dalszej dystrybucji. Tuż przy regaliku z szafkami na klucze stał na stołku czajnik, prezent od wdzięcznych mieszkańców akademika.

- Może i znam. - Kobieta wyciągnęła rękę po czajnik i potrząsnęła urządzeniem, sprawdzając, czy chlupocze w nim woda. Test wypadł pozytywnie, wcisnęła czerwony guzik.

Julia spojrzała na zegarek. W takim tempie nie załatwi niczego, a ostatni student zdąży spakować się i wyjechać na koniec świata. Być może w tej chwili współlokatorka Laury zjeżdża windą i za chwilę będzie po balu.

- W którym pokoju mieszka Laura? - Julia nadal starała się być uprzejma, jednak przychodziło jej to z coraz większą trudnością.

Big Eye zalała wrzątkiem leżącą w szklance papierową torebkę. Następnie przechyliła słoik z cukrem, odmierzyła odpowiednią porcję i wsypała do parującej herbaty. Niezdarnie zaczęła rozglądać się za łyżeczką, przesuwając pod blatem zalegające tony nieaktualnych już gazet. Coś metalowego zabrzęczało, spadając na podłogę. Kobieta w ślimaczym tempie odsunęła się z krzesłem do tyłu i zgięta wpół rozpoczęła przegląd linoleum.

Julia sięgnęła po leżący na blacie długopis, wsadziła go do szklanki i zaczęła mieszać herbatę. Big Eye przekręciła się na swoim trzeszczącym fotelu, wbijając oburzony wzrok w rękę Julii. Opieszałość tej kobiety zaczynała Julię mierzić.

- Numer pokoju - powiedziała, przeciągając głoski. - W przeciwnym razie zrobię tu prawdziwy kipisz. - Wskazała mokrym długopisem reklamówkę z papierosami bez akcyzy. Widok sapiącej z furii Big Eye sprawił jej prawdziwą przyjemność.

Pojechała windą na dziewiąte piętro. Odmalowany na kanarkowy kolor korytarz wydawał się nie mieć końca. Każde dwa pokoje łączyła łazienka, w której drzwiach umieszczona była mała wąska szybka uchylona na zewnątrz, dając ujście nagromadzonej parze.

Minęła niewielki aneks służący za pralnię, następnie całkiem sporych rozmiarów kuchnię. Na półkach piętrzyły się piramidy garnków. Każdy z nich był inny, nie widziało się tu eleganckich kompletów, młodzież przywoziła z domów najgorsze starocie. Akademik chłonął wszystkie garnkowe i patelniane odpady, o ile tylko nie były przeżarte rdzą lub przypalone.

Pokój 916 był ostatni w rzędzie po prawej stronie korytarza. Julia stanęła przed szarymi drzwiami z utwardzonej nowoczesnej płyty. Zastukała trzykrotnie i przyłożyła ucho, nasłuchując, czy ktoś porusza się wewnątrz. Odpowiedziała jej cisza. Tego się właśnie obawiała. Za późno.

Jeszcze raz wyciągnęła rękę i pięścią uderzyła w drzwi. Zrezygnowana oparła się o ścianę. Dwa piętra niżej jacyś ludzie targali torby, wyprowadzając się po zakończonym roku akademickim. Echo ich rozmów niosło się po klatce schodowej.

Minuty biegły bezlitośnie. Budynek pustoszał. Coraz rzadziej słyszało się odgłosy zamykanych drzwi i ruch jeżdżącej tam i z powrotem windy.

Palce ją swędziały, aby znów zrobić to, co tak bardzo lubiła. Albo wróci na komisariat z podkulonym ogonem i bez żadnych informacji, albo... Ręka powędrowała do poprzecznie wszytych kieszeni torby. Wyczuła kształt szpikulców. Za każdym razem, gdy wrzucała je do torby, przekonywała samą siebie, że i tak z nich nie skorzysta, że traktuje je jako amulet, tak jak robią to ludzie noszący zawieszki w kształcie słoni. Dla Julii amuletem był komplet wytrychów starannie przecieranych co drugi dzień flanelową szmatką. Na samą myśl o sforsowaniu drzwi do pokoju Laury poczuła przyjemny dreszcz na karku. W środku nadal musiały być jej rzeczy. Odczekała jeszcze kilka minut, upewniając się, że nikt nie kręci się na schodach, i sięgnęła po wytrych.

Wsunęła ostrą krawędź w szczelinę zamka. Nie, nie da rady, nie w tym miejscu. Wycofać się czy brnąć dalej? Nacisnęła klamkę. Z korytarza dobiegł ją warkot windy. Ciche dzwonienie zapowiedziało przybycie dźwigu na dziewiąte piętro. Gwałtownym ruchem szarpnęła drzwiami, zamykając je ponownie. Znów stała na kokosowej wycieraczce z niewinną miną. Udając, że czegoś szuka w torbie, wrzuciła wytrychy do środka.

- Pani do mnie? - Od windy szła w jej kierunku krępa dziewczyna. Ciągnęła za sobą walizkę. Co parę kroków przystawała i zasłaniała usta podczas dławiącego ją kaszlu. - Musiałam pożyczyć od koleżanki, moja całkiem się rozpadła. Wolałabym, żeby miała kółka, ale trudno... - wyjaśniła, pokazując w uśmiechu rząd równych, białych zębów. Julia od razu pomyślała o aparacie ortodontycznym dla Sylwii, na którego zamówienie ciągle nie miała czasu.

- Jestem z policji. Szukam kogoś, z kim mogłabym porozmawiać o Laurze Majcher. Rodzina zgłosiła jej zaginięcie - powiedziała, obserwując, jak dziewczyna przeszukuje wolną ręką kieszenie spodni i próbuje znaleźć klucz od pokoju. Już miała zaoferować swoją pomoc w forsowaniu zamka, jednak w ostatniej chwili zrezygnowała.

Na dźwięk imienia koleżanki twarz dziewczyny znieruchomiała. Upuściła walizkę na betonową podłogę. Po korytarzu rozniosło się echo. Zawtórowało mu charczenie wydobywające się z płuc dziewczyny. Zasłoniła usta dłonią i przełknęła ślinę.

- Mam na imię Maria. Mieszkam z Laurą od pierwszego roku. To dobra współlokatorka i wspaniała przyjaciółka. Proszę wejść do środka. Zaparzę dla nas kawy z miętowym syropem. Dostałam go od Laury jakiś czas temu. - Przekręciła klucz w zamku. Ręce jej drżały, kiedy próbowała go wyjąć z zacinającego się zatrzasku. - Powiedziała pani: "zaginięcie"? Wiedziałam, że ten dzień w końcu nadejdzie - stwierdziła, walcząc z kluczem i gromadzącymi się w oczach łzami. - Nie przypuszczałam jednak, że tak szybko...

* * *

Michalina po raz kolejny zerknęła na adres napisany przez Zasępę. Zwykle omijała rząd małych sklepików pod arkadami ciągnącymi się przy miejskim rynku, nie zaglądając nawet w wystawy. Na plastikowych manekinach, a właściwie samych ich tułowiach, wisiały tandetne bluzki, które właściciele butików reklamowali jako najnowszy hit sezonu. Nigdy nie przepadała za bylejakością, ani w ciuchach, ani w życiu. Zwłaszcza teraz, kiedy zaczynała rozumieć, że wszystko to, co oblepione brokatem, spełnia swą funkcję tylko do pierwszego prania.

Sklepik z szyldem "Markowe artykuły papiernicze i biurowe" paradoksalnie przyciągał wzrok nienachalną witryną. Oparte o ścianę stały rzędem segregatory, a przed nimi metalowe kubeczki z ułożonymi w wachlarz ołówkami. Zagraniczne pióra i drogie długopisy połyskiwały w przezroczystych firmowych etui.

Wzrok Michaliny padł jednak na pudełka, w które pakuje się prezenty i przewiązuje wstążkami o wielu wzorach. Cieszyły oczy obdarowanego nie mniej niż sama zawartość.

Za ladą pochylony nad kolorowym tygodnikiem siedział starszy mężczyzna. Mimo duchoty, jaka panowała po deszczu, jego nienagannie wyprasowana koszula dopięta była na ostatni guzik. Ozdabiała ją fantazyjna mucha w kolorze wina. Michalina odruchowo poprawiła jeża na głowie, po czym z dumą błysnęła swoją świeżutką policyjną legitymacją. Nauczyła się tego od Julii i nie omieszkała wykorzystywać tę sztuczkę przy każdej nadarzającej się okazji.

Ponieważ karton otrzymany od Karola nadal przebywał w laboratorium, nie pozostawało jej nic innego niż położenie na blacie zdjęcia z polaroidu. Sprzedawca odsunął gazetę i odłożył ją pod blat stołu.

- Czy rozpoznaje pan to pudełko? - Michalina nie bardzo wiedziała, jak zacząć rozmowę. - Podobno można takie u pana dostać?

Mężczyźnie wystarczył jeden rzut oka na leżące przed jego nosem zdjęcie. Więcej czasu zajęło mu przyglądanie się fryzurze dziewczyny.

- To seria limitowana. Sprowadzamy takie pudełka ze stolicy w niewielkich ilościach. Owszem, sprzedają się, ale zazwyczaj tylko w okresie świąt i komunii. Mało kogo stać, aby płacić za takie cacka. - Starszy pan przygładził swoje całkiem już białe włosy. - Widzi pani, ludzie wolą kupić tani papier i samemu opakować prezent.

Michalina pokiwała ze zrozumieniem głową. Położyła palec na zdjęciu i postukała w nie paznokciem.

- Czy w związku z tym, że taki towar schodzi rzadko, jest pan w stanie przypomnieć sobie, kto i kiedy ostatnio nabył takie pudełko?

Sprzedawca uniósł brwi i przeniósł wzrok z twarzy Michaliny z powrotem na odbitkę z polaroidu.

- Nie jestem pewien...

- Proszę się zastanowić, to bardzo ważne.

- Ostatnią partię pudełek, w tym takich jak to na zdjęciu, dostaliśmy zaraz na początku czerwca. Nikt się nimi nie interesował, wie pani, było już po...

- ...komuniach - dokończyła Bodnar. - Tak więc najprawdopodobniej zakupu dokonano w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

- Tak, ma pani rację. - Mężczyzna pogładził się po starannie ogolonej brodzie. - Teraz coś sobie przypominam. Niech no tylko zajrzę do swojego zeszytu.

Na szklanym blacie położył brulion, w którym każda strona podzielona była na kilka równych części, skrzętnie zapisanych granatowym tuszem. Były to ponumerowane kolumny z datami, obok których podano nazwy sprzedanych artykułów.

- Nie trzyma pan danych w komputerze? - zdziwiła się Michalina. - Mamy dwudziesty pierwszy wiek, to zobowiązuje.

Mężczyzna, nie odrywając oczu od rubryk, pokręcił głową.

- Komputery są dla was, młodych. Ja jestem ze starego rozdania. Co na papierze, to bardziej pewne niż te wszystkie programy, których nikt z mojego pokolenia nie rozumie.

Przewrócił kilka kartek do przodu, potem z powrotem do tyłu.

- Tu coś mam. - Przyłożył palec do ostatniej linii na stronie. - Jedno pudełko za dwadzieścia dwa pięćdziesiąt, drugie tak samo. Kupiono je półtora tygodnia temu, w piątek.

- Jest pan pewien, że zakupiono dwa pudełka? - Michalina czuła, jak napływa jej krew do policzków.

Starszy pan potwierdził i pokazał wpis w zeszycie.

- Jak zapłacono, kartą kredytową? - Michalina z nadzieją nachyliła się nad zeszytem, szukając dodatkowych wskazówek.

- Kupujący zapłacił gotówką. - Mężczyzna zamknął zeszyt i wsunął go z powrotem pod szklany blat.

Szlag by to trafił! Michalina z wściekłością odeszła od lady i zaczęła kręcić się po sklepie. Chodzenie w tę i z powrotem zawsze pomagało jej w zebraniu myśli. Dwa pudełka. Jedno leży w laboratorium, gdzieś zatem musi znajdować się drugie. Zapłacono gotówką, co oznacza, że o znalezieniu tego, kto je kupił, można zapomnieć. Ten ktoś nie jest w ciemię bity. Wybrał sklep bez kamer i zapłacił gotówką.

- Nie zapyta pani, czy pamiętam, kto nabył te pudełka? - Zza lady dobiegł ją głos staruszka.

Otrząsnęła się z rozmyślań i odwróciła w jego stronę.

- Taki właśnie miałam zamiar. - Spłonęła na samą myśl, że zapomniała o najważniejszej rzeczy. - Kto to był?

- Młody mężczyzna. Jak na mój gust, dobrze ubrany. Gdy otworzył portfel, dostrzegłem całkiem gruby plik banknotów.

Eryk! To na pewno był Eryk! Michalinie aż zakręciło się w głowie. Przygotował całą tę szopkę z porwaniem Pauliny i odgrywa swoją rolę zrozpaczonego kochanka. Co za dno!

- A twarz? Pamięta pan jego twarz?

- Miał przyciemniane okulary, ale widać było oczy. Mało mówił, był jakiś dziwny, niemrawy. Szybko wybrał pudełka, zapłacił i wyszedł. Widziałem przez szybę, jak wypadły mu z rąk, gdy schodził po schodach. Zgiął się niezgrabnie i podniósł osobno wieczka i spody. Zdziwiłem się, że taka młoda osoba, a niedorajda. - Sklepikarz uśmiechnął się dobrodusznie. - Ach, byłbym zapomniał.

- Tak?

- Ten mężczyzna dziwnie pachniał.

- Drogą wodą po goleniu? To ma pan na myśli?

- Nie. Wręcz przeciwnie. - Wykrzywił twarz na wspomnienie tamtej chwili. - Nie potrafię określić tego zapachu, choć kiedyś go już czułem. Niestety, nie pamiętam gdzie. Nie miał nic wspólnego z perfumami, jakie mężczyźni kupują w drogeriach. To nie był zapach człowieka.

- Bardzo mi pan pomógł. - Michalina podeszła do drzwi i złapała za klamkę. - A co do tych komputerów, to ma pan rację. Bez nich też można się doskonale obejść.

* * *

Irena Kornatowska od dobrych kilku godzin siedziała w pokoju jadalnym przy zapalonej lampie. Szaruga za oknem i myśli krążące wokół Pauli i Laury wprowadziły ją w stan otępienia. Oparła łokcie o ażurową serwetę i po raz kolejny tego dnia rozłożyła pasjansa. Karty nie układały się po jej myśli. Zebrała je ponownie i ułożyła w równych rzędach z nadzieją na choćby jedno udane rozdanie.

W domu panowała cisza. Od dnia zniknięcia Pauli Eryk zaszywał się w swoim pokoju na piętrze, unikając kontaktów z rodziną. Jedynie Karol zaglądał do niego co kilka godzin i wynosił puste butelki po alkoholu. Była mu wdzięczna. Z nich wszystkich to on wykazywał najwięcej empatii, zarówno dla niej, jak i dla Eryka. Wiedziała, że synowie nie przepadają za sobą, tym bardziej postawa Karola wzbudzała w niej zachwyt. Anioł nie dziecko.

Kucharka Berta weszła do pokoju i postawiła przed Kornatowską filiżankę z herbatą. Podsunęła bliżej wypolerowaną srebrną cukiernicę.

- Usiądź przy mnie. - Kornatowska proszącym wzrokiem wskazała stojące po drugiej stronie stołu krzesło. Berta posłusznie przycupnęła i położyła ręce na blacie.

- To wszystko nie tak miało być - powiedziała Irena, nie odrywając rąk od kart. Zebrała kilka z nich i odłożyła na asach. Walet kier przykrył damę karo. - Czuję, że straciłam syna. On mi tego nigdy nie wybaczy.

Berta pogładziła obrus, po czym poprawiła krzywo leżącą kartę.

- To nie pani wina. Nie można tak się zadręczać. - Widziała, jak twarz jej chlebodawczyni drgnęła. - Eryk w końcu zrozumie, że chciała pani dla niego jak najlepiej. Teraz wydaje mu się, że życie się dla niego skończyło, ale obie wiemy, że to nieprawda.

Kornatowska zamieszała łyżeczką w filiżance i odłożyła ją na brzeg spodka.

- Obawiam się, Berto, że Eryk nie wie, w co się wplątał. Cokolwiek mu powiem na ten temat, każe mi milczeć. Nienawidzi mnie i obwinia o zniknięcie Pauli.

Napotkała nierozumiejący wzrok Berty.

- Przecież przyjęła ją pani do rodziny jak własną córkę. Co więcej można dla człowieka zrobić?

Dwójka z trójką powędrowały na brzeg stołu.

- To prawda, postanowiłam zaprzyjaźnić się z Pauliną tak, jak życzył sobie tego Eryk. Dla niego to jednak wciąż za mało. - Kornatowska dyskretnie otarła błąkającą się łzę. - On cały czas czeka na ślub. Dla niego tylko to się liczy.

- Świata poza tą dziewczyną nie widzi. - Berta podparła się rękami pod brodę. - To zrozumiałe, że szaleje z rozpaczy.

- Nie zrozumiałaś mnie, moja Berto. - Irena pociągnęła nosem. - Ale to nieważne... Nie chcę cię już zatrzymywać. Przygotuj kolację jak zwykle na siódmą. Czy dziś przyniesiono świeże przepiórki?

- Jak zwykle. Cztery. Zbliża się koniec miesiąca, trzeba będzie zapłacić.

- Oczywiście. - Kornatowska przytaknęła, napinając szyję, na której pojawiły się dwie cienkie, pionowe kreski. - Powiem mężowi, jak tylko wróci.

- Pan Zygmunt dzwonił, że może się spóźnić. Pracuje do późna.

- Kolejny raz w tym tygodniu. - Pociągnęła spokojnie kilka łyków herbaty. - Nie będziemy na niego czekać. Podaj kolację Erykowi i Karolowi. Ja nie będę dziś jadła.

Berta dygnęła i wycofała się w stronę kuchni. Kornatowska przetasowała karty i po raz kolejny rozłożyła je na stole.

* * *

- Dowiedziałaś się czegoś? - Julia rzuciła na biurko kluczyki od samochodu i opadła na krzesło.

Michalina wymieniła pod oknem namoknięte od wilgoci gazety na nowe.

- Owszem. Mam dla ciebie newsa. - Rzuciła mokre pisma do kosza. - Otóż sprzedawca zeznał... - celowo użyła tego słowa, w końcu było to jej pierwsze w życiu przesłuchanie - ...że sprzedał jednocześnie dwa pudełka tej samej osobie. Mówi ci to coś?

Krawiec potarła dłońmi zmęczoną twarz i wcisnęła włącznik lampki. Światło leniwie wypełniło pokój.

- Nie dziwi cię to? - W oczach Michaliny malowało się rozczarowanie. - Powtórzę: sprzedano dwa identyczne pudełka! Dlaczego nic nie mówisz?!

Powieki Julii same się zamykały. Patrzyła na podrygującą Michalinę, próbując zmobilizować siły na dalszą część wieczoru. Ruchem ręki dała jej znak, że błaga o kawę.

- Rozmawiałam z sublokatorką Laury - powiedziała, obserwując, jak Bodnar wlewa ostatnie krople kawy do kubka. - Nie zgadniesz, co Laura dostała w prezencie na kilka dni przed swoim zaginięciem.

Michalina podeszła bliżej biurka i wsunęła kubek w wyciągniętą rękę Julii. Przekrzywiła głowę na bok i zastygła w oczekiwaniu na ciąg dalszy.

- Korpus nieżywego ptaka spakowany był w takie samo pudełko, jakie dostała Laura. Dlatego nie zdziwiło mnie twoje odkrycie. Tego właśnie oczekiwałam. - Widząc na twarzy Michaliny podniecenie wymieszane z rozczarowaniem, szybko dodała: - Niemniej sprawiłaś się na medal. To nam daje jeden argument więcej na to, że na celowniku były obie dziewczyny.

- Sprzedawca potwierdził, że oba pudełka nabył młody mężczyzna wyglądający na dobrze sytuowanego - dorzuciła Michalina. - Zdaje się, że mamy podejrzanego.

- Mów dalej.

- To chyba oczywiste. Mam na myśli Eryka - odparowała Bodnar.

- Eryk miałby wysłać zdechłe ptaki jako ostrzeżenie, a potem je obie uprowadzić? - Julia zanurzyła nos w kawowej parze. - A cel? Jaki miałby w tym cel?

Michalina rozłożyła ręce.

- Tego się właśnie musimy dowiedzieć.

- Nie zastanowiło cię zachowanie Kornatowskiej, kiedy przyszła do nas z prośbą o publikację zdjęcia Pauli? Nie wyglądała na strapioną teściową. Odniosłam wrażenie, że bardziej przybiło ją zniknięcie Laury.

- Wydawało ci się. - Michalina spojrzała na zegarek. - Siódma. Umieram z głodu, nic nie jadłam od śniadania. Może zamówimy pizzę? Połówka pepperoni dla ciebie, drugie pół wegetariańskiej?

Machnięcie ręki Julii uznała za zgodę. Zawczasu wyjęła z portfela dwie dwudziestki i położyła na stole, żeby mieć je pod ręką. Krawiec odchyliła się na fotelu i przymknęła oczy. Biegając z miejsca na miejsce, całkiem zapomniała o czymś tak przyziemnym jak obiad.

Ocknęła się, gdy w pokoju obok trzasnęło zamykane okno. Nie zauważyła, kiedy odpłynęła na blisko pół godziny.

- To mi nie daje spokoju - powiedziała, nie otwierając oczu. - Co łączy dwie dziewczyny pochodzące z dwóch różnych światów, które giną dzień po dniu, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. Nie wliczam w to wizji mojej matki. Coraz bardziej wątpię, że widziała Paulę po jej zniknięciu. Odezwałaby się do tej pory. Na pewno widziała ogłoszenia w gazetach i telewizji.

- Pewnie tak. Gdyby tylko mogła - przytaknęła zgodnie Michalina. - Nasi chłopcy nadal nic nie znaleźli? Zazwyczaj w filmach kryminalnych przynoszą strzępy materiałów pozostawionych na leśnych krzakach czy choćby płotach.

- W filmach nie daliby rady pociągnąć fabuły bez tego typu atrakcji. Widz musi mieć pożywkę dla oczu. - Julia przytuliła policzek do sztucznej skóry fotela. - Nie mamy punktu zaczepienia, oprócz tego, że obie dziewczyny znajdowały się w jednym pomieszczeniu podczas zaręczyn, a potem na łóżku jednej z nich ułożono ten dziwaczny patchwork z pokrzyw.

- No i obie dostały te potworne przesyłki - dorzuciła Bodnar. Z głodu zaczęła wyjadać resztki pokruszonych krakersów z paczki. Co chwila zerkała za zegarek, kontrolując czas nadejścia dostawcy z pizzą.

- Nie musisz warować jak wygłodniały pies, zadzwonią do ciebie z recepcji. Skoncentruj się na tym, co ważne. Ktoś grozi Laurze. Komuś zależy na tym, aby stała się jej krzywda.

Na biurku zadzwonił telefon.

- Jest pizza! - Michalina rzuciła się do słuchawki. - Proszę z pizzą na pierwsze piętro. A... to przepraszam, już daję. Do ciebie.

- Krawiec, słucham. - Julia oderwała plecy od fotela i podsunęła się bliżej biurka. - Tak... gdzie ją znaleźliście? Ósemka? Zaraz tam będę.

Rzuciła słuchawką o widełki i złapała w biegu płaszcz.

- Nie zjesz tak prędko tej swojej pizzy. Zbieraj się. Znaleźli Paulinę.

Wycieraczki nie nadążały odgarniać wody z przedniej szyby. Przecieranie zaparowanego okna pozostawiła Michalinie, która z miną cierpiętnicy machała ścierką tuż przed jej nosem.

Wyciągnęła szyję nad kierownicę, pilnując, aby nie przeoczyć skrętu we właściwą drogę, a przy okazji nie zaryć kołami w którąś z asfaltowych dziur. Po styczniowych mrozach były ich dziesiątki, jeśli nie setki. Naprawę dróg za gminne pieniądze zapowiedziano dopiero na następny rok. Teraz jezdnia stanowiła śmiercionośną pułapkę dla felg toczącego się i wpadającego w wyrwy czerwonego auta. Zaklęła pod nosem i zwolniła jeszcze bardziej. Szybkościomierz wskazywał zawstydzającą prędkość niespełna dwudziestu kilometrów na godzinę.

Zza zakrętu zauważyła migające na żółto światła.

- To na pewno tu. Chłopcy od Zasępy już są na miejscu.

Wjechała na podmokłą trawę i nie wyłączając świateł, zaciągnęła ręczny. Michalina ociągała się z wyjściem z suchego samochodu.

- Wyskakuj! - Niecierpliwy głos Julii poderwał ją w końcu z siedzenia.

Alex Stawczyk ustawiał właśnie nikona i zasłaniał go foliową osłoną, aby nie uszkodzić sprzętu. Julia ruszyła w kierunku gromadki osób pochylających się nad mokrym asfaltem.

- Żyje? - Zawisła nad leżącym ciałem. - Badał ją lekarz?

- Dotarliśmy tu dosłownie przed chwilą. - Zasępa splunął pod buty. - Tak, lekarz potwierdził, że wyczuwa oddech. Nakryliśmy ją kocem izotermicznym, żeby utrzymać ciepłotę ciała. Nie pozwolono nam jej ruszać, sanitariusze zaraz zabiorą ją do karetki.

- Chcę tylko zobaczyć jej twarz. Potrzymaj nade mną parasol.

Julia ukucnęła nad przykrytym kocem ciałem dziewczyny. Najdelikatniej, jak tylko mogła, odsłoniła skrawek folii. Jej oczom ukazała się sina, ogolona na łyso głowa z otwartymi, nieruchomymi oczami, które patrzyły w ścianę leśnych drzew. Powieki nawet nie drgnęły, mimo jaskrawego światła reflektorów, które wdarło się pod ściągniętą z twarzy folię.

Widok na wpół żywej Pauli przywołał w Julii wspomnienie sprawy, przy której asystowała jako stażystka w prywatnym biurze detektywistycznym w Warszawie. Była wtedy w wieku Michaliny, gdy wyciągnięto ją w środku nocy na miejsce podobne do tego. Na jednej z bocznych dróg znaleziono zawiniętą w koc młodą kobietę uduszoną za pomocą gumowej rury ogrodowej, jaką podłącza się do zraszaczy trawników. Miała związane z tyłu ręce, rura leżała obok niej jak niemy świadek zbrodni. Nie było żadnych odcisków palców. Dochodzenie trwało ponad rok. Mordercą okazał się ojciec dwójki dzieci kobiety, który opuścił rodzinę na kilka lat, aby wrócić w wielkim stylu i uporządkować stare sprawy rodzinne. Kobieta z lasu patrzyła takimi samymi pustymi oczami, jakimi patrzyła teraz Paulina.

Jeden z sanitariuszy chwycił Julię za ramię i odciągnął gwałtownym ruchem od leżącej na asfalcie dziewczyny.

- Musimy ją natychmiast zabrać do szpitala. Proszę zrobić miejsce, proszę się odsunąć! - Wysoki, chudy chłopak potrącił Julię metalową nogą noszy.

Posłusznie odskoczyła na bok, pozwalając zabrać podtrzymywane przez mężczyzn bezwładne ciało Pauliny do karetki. Dopiero teraz zauważyła, że ze skroni dziewczyny wycieka cienka strużka krwi, która pobrudziła asfalt. Kiwnęła głową na wystraszoną tym widokiem Michalinę.

- Pojedziesz z nimi. Informuj mnie o wszystkim, co się tam będzie działo. - Przytrzymała ją za łokieć. - I nie spuszczaj z niej oka. Żadnych pogaduszek z obsługą, żadnych spacerów do łazienki. Jak będziesz musiała, zsikaj się w majtki, ale masz nie ruszać się z miejsca. Zrozumiałaś?

Michalina posłusznie przytaknęła i odwróciwszy się na pięcie, pobiegła w stronę ambulansu. Po raz pierwszy, odkąd zadomowiła się na komisariacie, widziała Julię w akcji. Maksymalnie skoncentrowaną na tym, na czym zna się najlepiej. I na tym, co tak naprawdę najbardziej w życiu kocha.

Przez małe okienko w tylnej szybie karetki zobaczyła, jak Julia chowa swe kasztanowe włosy za kołnierz płaszcza i ponownie pochyla się nad miejscem, w którym leżała Paula, jak naciąga na dłonie rękawiczki i wydaje polecenia grupce wpatrzonych w nią mężczyzn.

- Czy to pan znalazł poszkodowaną i złożył doniesienie na policji? - Julia delikatnie zebrała resztki krwi z asfaltu i schowała w bezpiecznej torebce. Podeszła do mężczyzny siedzącego w żółtej hondzie.

Wystawały z niej na zewnątrz przesiąknięte deszczem nogawki spodni. Mężczyzna wydobył resztę swego wielkiego ciała z wozu i wsuwając się pod jej parasol, roztarł zziębnięte dłonie. Skwapliwie pokiwał głową.

- Wracałem znad morza, z wystawy psów rasowych, jestem międzynarodowym jurorem. Moje nazwisko znane jest wśród miłośników zwierząt. Pani pozwoli, Zbigniew Olszak. - Ukłonił się grzecznie i uśmiechając się niepewnie, wygrzebał z kieszeni marynarki przemoczoną wizytówkę. Nie zobaczył zachwytu w oczach Julii, więc wrócił do tematu. - Na poboczu zauważyłem jakiś pakunek. Przez szybę mało co widziałem, ale w miarę zbliżania się do tego miejsca pakunek zaczął nabierać dziwnego kształtu.

- Dziwnego? Co ma pan na myśli?

Mężczyzna otarł zroszone czoło.

- Z początku wziąłem to coś za worki śmieci, jakie ludzie wyrzucają do lasu, żeby nie płacić za wywóz nieczystości. Wie pani, jak to u nas jest. Chamstwo i kołtuneria. Wyminąłem zatem przeszkodę, bojąc się najechać na nią kołami i porozrywać, ale po kilkudziesięciu przejechanych metrach coś mnie tknęło, zwłaszcza że to coś poruszyło się nieznacznie. Tak mi się przynajmniej wydawało. Starałem się sobie wytłumaczyć, że może dzieje się tak pod wpływem wiatru, ale im dalej jechałem, tym bardziej gryzło mnie sumienie. Musiałem zawrócić.

- Co było potem?

- Zostawiłem auto na światłach awaryjnych i podszedłem do tego miejsca.

- Nie zauważył pan nikogo kręcącego się po ulicy? Żadnego samochodu ruszającego z piskiem opon?

Olszak pokręcił głową.

- Dziewczyna leżała skulona na skraju jezdni. Nie ruszała się. Byłem pewien, że nie żyje. Pomyślałem, że albo ktoś potrącił ją, kiedy przebiegała przez ulicę, albo wyrzucił z samochodu, żeby pozbyć się kłopotu. Postawiłem tylko trójkąt, aby nikt nie rozjechał ciała, i zaraz potem zadzwoniłem na komisariat.

Julia spisała dane z dokumentów Olszaka i pozwoliła mu odjechać. Chłopcy od Zasępy przeczesywali najbliższe krzaki, rozgarniając ociekające deszczem gałęzie.

- Macie coś?! - krzyknęła w stronę nurkujących w zagajniku.

- Tylko połamane krzaki. To trasa spacerowa leśnych zwierząt. Od dawna ekolodzy ubiegają się o założenie siatek zabezpieczających, żeby sarny nie przebiegały przez jezdnię.

- Do cholery taka robota! Nic stąd nie zbierzemy, wszystko rozmyte przez deszcz. Jeśli nawet koło dziewczyny były jakieś odciski butów, to dawno spłynęły razem z wodą. - Julia oddała parasol Zasępie i skierowała się w stronę fiata. - Zostańcie tu i pokręćcie się jeszcze po lesie. Ja jadę do szpitala. Może uda mi się przesłuchać dziewczynę.

* * *

Michalina wciągnęła brzuch, żeby zrobić miejsce na przeciskające się obok niej nosze. Długie korytarze szpitala nie dość, że tonęły w półmroku niczym z kiepskiego horroru, to na dodatek były tak wąskie, że jazda z unieruchomionym pacjentem podłączonym do kroplówki była wyczynem ekwilibrystycznym.

Dwaj lekarze pchający nosze pochylali się nad nieprzytomną Pauliną i zaglądali co chwila pod jej powieki. Oczy były na wpół otwarte, ale nie reagowały na nic, co działo się na korytarzu.

Cała czwórka wcisnęła się do windy, która z chrobotaniem metalowych lin pociągnęła kabinę na drugie piętro. Salowa roznosząca czyste ręczniki odłożyła cały stos na stojące w korytarzu krzesło i usłużnie otworzyła drzwi niewielkiej izolatki. Nosze zatrzęsły się, przejeżdżając przez metalowy próg pokoju. Michalina odruchowo położyła rękę na czole Pauli, aby zamortyzować wstrząs. Poczuła pod palcami zimno i wilgoć. Liczyła na choćby delikatny ruch oczu przywiązanej pasami do noszy dziewczyny, jednak pozostawały nieruchome, jak u martwej ryby. Przesunęła dłonią po ściętych niemal do gołej skóry włosach.

- Proszę poczekać na zewnątrz. - Barczysty lekarz przypominający Hulka Hogana nacisnął guzik pilota i łóżko obniżyło się do pozycji poziomej. - Musimy przeprowadzić serię badań. Pacjentka musi mieć zapewniony spokój.

- Nie ma mowy. Mam rozkaz nie spuszczać z niej oka. - Michalina podniosła głos, jednak po chwili dokończyła szeptem. - To jest sprawa kryminalna i dopóki nie zostanę odwołana z akcji, nie wyrzucicie mnie stąd, chyba że użyjecie siły.

Podeszła do ściany i przysiadła na stołku. O to właśnie chodziło. Cały pokój w zasięgu wzroku. W kieszeni zabrzęczał telefon. Pod karcącym wzrokiem lekarza atlety wyłączyła posłusznie dźwięk.

W ciągu kilku minut zaroiło się od specjalistów, pielęgniarek i dowiezionego naprędce sprzętu. Pierwsza faza badań zakończyła się po czterdziestu minutach. Z rzucanych na szybko komentarzy, jakimi wymieniali się lekarze, Michalina wywnioskowała, że stan jest stabilny i funkcje życiowe są w normie.

Pokój opustoszał. Przy Pauli została jedynie młodziutka pielęgniarka. Niezdarnym ruchem poprawiła poduszki, po czym sprawdziła przepustowość kroplówki. Postukała paznokciami w gumowy zbiorniczek. Paula patrzyła błędnym wzrokiem na przesuwające się wzdłuż rurek krople.

Drzwi ponownie się otworzyły i do pokoju weszło dwóch lekarzy. Jeden był już Michalinie znany. Drugi wyglądał na chłopaka, który wczoraj skończył studia i z pachnącym farbą dyplomem przybiegł entuzjastycznie do pracy w szpitalu. Młody doktor zauważył siedzącą pod ścianą Bodnar i spojrzał pytająco na starszego kolegę.

- Nie mogę zdiagnozować pacjentki przy obcej osobie. - Uniesione brwi i tembr głosu nie pozostawiały żadnych wątpliwości. - Nie podejmę się tego.

- Nigdzie się nie wybieram. Myślałam, że to już zostało ustalone. - Michalina podniosła się z krzesła i sprężystym krokiem podeszła do mężczyzn. Aby zrobić większe wrażenie, stanęła w lekkim rozkroku, dając do zrozumienia, że jest nie do ruszenia. Kiwając się na stopach w przód i w tył, delektowała się ich zaskoczonymi minami. Przypomniała sobie jeszcze o jednym. Z kieszeni spodni wyjęła legitymację i machnęła nią przed białymi kitlami. - Młodsza aspirant Michalina Bodnar. Jestem tu służbowo, nie możecie mnie usunąć.

- Obawiam się, że będziemy musieli. - Młodszy z lekarzy zaczął tracić cierpliwość. - Zasada poufności badań nie pozwala mi na przystąpienie do pracy, zanim nie zostanę sam na sam z pacjentką.

- Tak się składa, że pańskie zdanie tu się nie liczy, doktorku. - Michalina brnęła dalej, nie spuszczając z tonu. - Ani ja stąd nie wyjdę, ani pan nie będzie mi wydawał rozkazów!

- Co to za krzyki? - Cała trójka obróciła się w stronę drzwi. Julia przedstawiła się i uścisnęła dłonie lekarzy. - Michalina, może wyjaśnisz, o co chodzi? Słychać was na korytarzu.

- Może ja wyjaśnię - zaczął starszy z lekarzy. - Doktor Grodner od dobrych kilku minut próbuje przekonać tę młodą osobę do opuszczenia sali. Przeprowadziliśmy już większość badań, czekamy teraz na wyniki z laboratorium. Pozostaje jednak jeszcze jedno, bardzo ważne. Badanie ginekologiczne jest niezbędne w tego typu przypadkach. Nie możemy go przeprowadzić w obecności osób trzecich. Sama pani rozumie.

Julia zmierzyła Michalinę przeszywającym wzrokiem. Złapała ją za rękaw i wyprowadziła na korytarz.

- Odjęło ci rozum? - Julia rozejrzała się, czy nikt ich nie obserwuje, po czym zbliżyła twarz tak blisko, że Michalina poczuła żutą przed godziną miętówkę. - Chciałaś trzymać tej dziewczynie nogi w górze?!

W ciszy usiadły na stołkach stojących po przeciwnych stronach korytarza.

- Znalazłaś coś na asfaltówce? - zaczęła niepewnie Michalina.

Julia pokręciła głową. Przymknęła powieki, żeby oczy odpoczęły choć kilka chwil.

- Na drodze nie było żadnej wskazówki, która mogłaby dać nam punkt zaczepienia. Żadnego śladu palonych opon, żadnego śladu bieżnika. Kompletnie nic. Chłopcy z ekipy Zasępy przeczesują krzaki w promieniu kilkuset najbliższych metrów. Nie zadzwonili ani razu, odkąd ich tam zostawiłam.

- Trochę to dziwne. Uczyli nas, że nie ma zbrodni doskonałej.

- Dobrze was uczyli. Nie ma. Przestępca zawsze coś zostawia na miejscu zbrodni. Ale też zawsze z niego coś zabiera. Wpisz tę złotą myśl do swojego pamiętnika i wykuj na blachę. Posłuży ci za każdym razem, ilekroć będziesz prowadziła dochodzenie.

- Myślisz, że dostanę swoją sprawę? - Policzki Michaliny oblały się rumieńcem.

- Długo jeszcze nie dostaniesz. - Julia szybko rozwiała jej marzenia. - I możesz mi wierzyć lub nie, ale im dłużej będziesz stała obok i nie czuła na sobie obowiązku dorwania jakiegoś sukinsyna, tym lepiej dla ciebie.

- Nie zależy mi na tym, żeby się oszczędzać.

- W tym zawodzie nikt cię nie będzie oszczędzał, tego możesz być pewna jak śmierci i podatków. Prawdziwą gorycz poczujesz, gdy policyjna machina przeżuje cię i wypluje jak gumę do żucia, kiedy stracisz swój świeży smak. Na koniec dadzą ci pamiątkowy zegarek z dedykacją i emeryturę, za którą kupisz worek żwirku dla kota. Ale na puszki już cię nie będzie stać.

- To po co ty to robisz? Jaki jest sens?

- Taki, że chcę złapać za dupę drania, który tak załatwił tę dziewczynę. - Julia podniosła się z miejsca i zapukała do drzwi sali, w której leżała Paula. - Tylko taki.

* * *

Eryk otworzył powoli oczy. Kwarcowe wskazówki zegarka pokazywały jedenastą. Wyciągnął rękę, próbując znaleźć włącznik lampy. Błyśnięcie stuwatowej żarówki po oczach było jak uderzenie kijem bejsbolowym. Zawartość żołądka podeszła mu do gardła. W ostatnim momencie wychylił głowę i zwymiotował na leżący przy łóżku chodnik. Patrzył na wylewające się z ust wymiociny, nie mogąc powstrzymać targających nim skurczów. Wyrzucił z żołądka resztki jedzenia, po czym sięgnął po podkoszulek. Otarł nim usta i rzucił obok cuchnącej kałuży. Podszedł do okna i otworzył je na oścież. Mimo dopływu powietrza smród świeżych rzygowin unosił się w każdym kącie pokoju. Zwinął chodnik i zapakował go do worka po zaręczynowym garniturze. Wystawił tobołek za drzwi. Spojrzał w stronę pokoju brata. O tej godzinie zazwyczaj przez szyby w drzwiach widać było jasne błyski rzucane przez włączony telewizor. Karol lubił usypiać z pilotem w ręku. Teraz w jego pokoju było zupełnie ciemno.

Otworzył drzwi, chcąc sprawdzić, czy brat mimo zgaszonego światła jest u siebie. Cały wieczór miał grać z chłopakami z klubu w koszykówkę, jedyny sport, jakim był zainteresowany. Może jednak wrócił wcześniej i jest u siebie? Co prawda nie słyszał, aby wracał z treningu, ale po takiej dawce wódki nie usłyszałby nawet eksplodującej nad głową bomby.

Już miał zrezygnować, kiedy przypomniał sobie o podręcznym barku z miniaturowymi buteleczkami kolorowych alkoholi, który Karol od czasu do czasu uzupełniał bardziej jako niegroźne hobby niż w ramach regularnej konsumpcji.

Zapalił górne światło i wsunął się do pokoju. Zazwyczaj nie zaglądał do cudzych szafek, jednak perspektywa spędzenia nocy o suchym pysku nie była mu w smak. Przekręcił kluczyk w barku. Tak jak się tego spodziewał, buteleczki stały w równym rzędzie i odbijały się w lustrze wbudowanym w tylną ściankę szafki. Chwiejąc się na nogach, wyciągnął rękę po wódkę. Pierwsze trzy butelki wylądowały za gumą od bokserek. Kolejne dwie chwycił w rękę. Ostatni rzut oka na niemal ogołoconą szafkę potwierdził, że dokonał dobrego wyboru.

Jego wzrok padł na małą, białą kartkę, która leżała odwrócona spodem. Częściowo przykrywały ją rzucone niedbale w kącie barku pudełka z prezerwatywami. Łapiąc równowagę, oparł się o regał i wyciągnął rękę. Pewnie zdjęcie jakiejś nowej cizi Karola. W przypływie dobrego nastroju pomyślał o przysłudze w postaci zakupu przyzwoitej ramki. Może nawet zrobi większy zapas, w końcu kolekcja dziewczyn zawsze może się rozrosnąć.

Eryk oderwał ramię od regału i stanął na środku pokoju, przy lampie, aby lepiej przyjrzeć się twarzy ze zdjęcia.

Czarne plamy nadal wirowały mu przed oczami. Potarł je kciukami i na nowo skoncentrował na fotografii. Trzymane w ręce dwie butelki alkoholu wypadły na miękki dywan. Ze zdjęcia patrzyła na niego uśmiechnięta twarz Pauliny.

* * *

Julia weszła do sali pierwsza. Tuż za nią wepchnęła się Michalina. Lekarze nadal stali przy łóżku Pauli i wymieniali szeptem uwagi o wynikach badań. Dziewczyna leżała na wznak, wpatrując się w okrąg, jaki rzucało światło kinkietu przytwierdzonego do przeciwległej ściany.

Na widok wchodzących kobiet lekarze umilkli. Gestem głowy dali znak, żeby wyjść.

- Nie chcieliśmy rozmawiać przy niej - powiedział młodszy, zamykając za sobą drzwi. - Dziewczyna jest nadal w szoku, ale przypuszczalnie wszystko słyszy i rejestruje.

- Została zgwałcona? - Julia wpatrywała się uporczywie w usta ginekologa. - Muszę to wiedzieć.

Lekarz pokręcił głową.

- Nic na to nie wskazuje. Stan pochwy jest nienaruszony. Nie ma śladów spermy ani żadnych zasinień czy choćby otarć w okolicach intymnych.

Julia sapnęła z wyraźną ulgą.

- Czyli mam rozumieć, że pod tym względem wszystko z nią w porządku?

Lekarze wymienili ze sobą spojrzenia.

- O co chodzi? Chcę zajrzeć do opisu badania. - Wyciągnęła rękę po kartki trzymane przez jednego z nich pod pachą.

- Tak jak wspomniałem, nie ma śladów gwałtu...

- Ale?

- Znaleźliśmy na jej ciele coś, co może panią zainteresować. - Młody ginekolog wyciągnął jedną z kartek i nakreślił na niej coś długopisem.

- Co to jest? - Julia wspięła się na palce, próbując zajrzeć mu przez ramię.

- Pominę fakt, że na rękach i nogach widoczne są ślady zadrapań, najprawdopodobniej spowodowanych przedzieraniem się przez las, o czym przeczyta pani w ogólnym raporcie. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z badaniem ginekologicznym. Zszokowało mnie natomiast to, co zobaczyłem na jej pośladku. - Podał Julii skończony rysunek. - Na podstawie stanu skóry mogę stwierdzić, że okaleczono ją najdalej dwa dni temu.

Julia wpatrywała się w poruszające się usta lekarza. W końcu przeniosła wzrok na kartkę.

- Okolice rany nadal są bardzo zaognione. Wygląda na to, że ktoś obszedł się z nią w okrutny sposób. Musimy podać jej antybiotyk, aby nie doszło do infekcji w głębszych warstwach skóry.

Lekarze pożegnali się i odeszli. Michalina stała wciśnięta w ścianę, przewracając przerażonymi oczami. Julia przysiadła na krześle i położyła kartkę na kolanach. Rysunek był niewielki, o średnicy kobiecego kciuka. Przedstawiał gwiazdę otoczoną okręgiem.

* * *

- Za dwa dni wyjeżdżasz. - Emilia wychyliła głowę z kuchni i spojrzała znacząco na córkę. - To, co mogłam, poprałam i poprasowałam. Dla ciebie i dla Sylwii. Ty masz tylko pamiętać o lekarstwach dla dziecka. Nie może wyjechać bez inhalatora, miej to na uwadze.

Julia siedziała na kanapie, wpatrując się w czarny ekran telewizora. Czuła, jak coś ściska jej gardło tak mocno, że zaraz wypłyną z niej wszystkie soki. Przez głowę przelatywały wydarzenia z dzisiejszego dnia. Wciąż widziała leżącą na poboczu Paulę z wypalonym na ciele znamieniem, rozerwane zwłoki ptaków powciskane w tekturowe pudełka i wśród tego wszystkiego małą Sylwię oczekującą na beztroską zabawę nad morzem.

- Nie mogę jechać. - Starała się wymówić te słowa najpierw szeptem, zanim zbierze się na odwagę i wypowie je na głos.

- Powtórz to jeszcze raz, bo boję się, że źle usłyszałam. - Szum wody w zlewie ustał. Emilia stanęła w drzwiach pokoju, otrzepując z dłoni resztki kropel. - No, dalej, powiedz mi to prosto w oczy. A właściwie powiedz to swemu dziecku. Zaraz je obudzę i przyprowadzę, żebyś nie przegapiła ani jednej łzy, która popłynie z jej oczu.

- To nie jest śmieszne. - Julia podkuliła pod siebie nogi. - Poza tym szantaż emocjonalny na mnie nie działa, powinnaś już o tym widzieć.

- W takim razie może przemówi do ciebie to. - Emilia podeszła do szuflady i wyjęła z niej kopertę z urzędową pieczęcią.

- Co to jest?

- Przyszło dziś pocztą. Powiadomienie o wpłynięciu wniosku o pozbawienie cię władzy rodzicielskiej. Miałam wstrzymać się z pokazaniem ci go do momentu powrotu z wakacji. Nie pozostawiłaś mi jednak wyboru.

Julia czuła, jak jej ciało rozpada się na tysiące kawałków. Z zamarłym sercem wpatrywała się w równe rzędy liter: "...nie wykazuje należytej troski o córkę... małoletnia często pozbawiona jest opieki... matka jest uzależniona od alkoholu...". Litery rozmazywały się wraz ze spadającymi spod rzęs łzami.

Emilia odebrała pismo z rąk Julii i schowała z powrotem do szuflady. Przysiadła na kanapie obok dygoczącej córki. Z wiszącego z toporem nad głową kata zmieniła się w siostrę miłosierdzia.

- Wszystko się jakoś ułoży. - Pogłaskała ją po ramieniu. - Nie odbiorą nam Sylwii, ja na to nie pozwolę.

- To jego robota.

- Tak, wiem. Daniel zrobi wszystko, żeby zabrać ci dziecko. Dzień, w którym stanął na twojej drodze, był chyba najgorszym, jaki mógł spotkać całą naszą rodzinę.

- Pokaż jeszcze raz ten list. - Głos Julii łamał się i zanikał, jakby nie należał do niej, tylko do słabnącego z sekundy na sekundę rannego zwierzęcia.

- Nie teraz. Połóż się i odpocznij. Już po północy. A z tym... damy sobie jakoś radę.

Wyciągnęła z szafy poduszkę i koc. Julia jak zahipnotyzowana poddawała się ruchom matki układającej swoje trzydziestodwuletnie dziecko do snu. Emilia pocałowała ją w rozgrzane czoło i powiedziawszy "dobranoc", zamknęła za sobą drzwi.

Gdy kroki matki ucichły, Julia zrzuciła z siebie koc, który wgryzał się w jej dłonie i stopy. Stanęła przed szafą i z górnej półki, spod sterty swetrów wyjęła coś, na co zawsze w takich chwilach mogła liczyć. Butelka lichego koniaku była jednak pusta, niezauważona podczas sprzątania musiała zaplątać się w wełniany rękaw i przeleżeć aż do tej pory. Odkręciła nakrętkę i wciągnęła w nozdrza znajomy zapach taniego alkoholu. Żeby choć jedna kropla... Ze złością rzuciła butelkę na stół i zwinęła się w kłębek na kanapie, wtuliwszy twarz w poduszkę.

ROZDZIAŁ V

Po raz pierwszy od niedzieli słońce przebijało się przez rozrzucone po niebie chmury. Gorące czerwcowe promienie osuszały zalegające na chodnikach kałuże. Poranek zapowiadał się znakomicie. Dochodziła siódma, gdy pracownica miejskiej biblioteki, dwudziestosześcioletnia Luiza Nowicka, zamykała drzwi swojej kawalerki, wsuwając chwilę później klucz pod stojącą na parapecie doniczkę z nasturcjami.

Sprawdziła, czy buty do joggingu są mocno zawiązane, nastawiła ulubioną płytę w mp3 i wybiegła z klatki schodowej prosto do parku sąsiadującego przez ogrodzenie z osiedlem. Część ścieżek była już wyasfaltowana, pozostałe odcinki, oddalone o dwieście metrów od bloków, nadal były bardziej dzikie niż miejskie. Wolała właśnie te piaszczyste, mimo że biegało się po nich z większym trudem, zwłaszcza po kilkudniowych opadach deszczu. Zapach mokrych igieł i liści, jaki parował teraz pod wpływem wstającego słońca, wart był jednak zachodu.

Rozpoczęła rozgrzewkę od skłonów i przysiadów. Jeszcze tylko kilka wymachów nogą i można rozpocząć bieg dokoła parku. Godzina była na tyle wczesna, że spacerowicze jeszcze się nie pojawili, jedynie przemykający właściciele psów pozdrawiali ją uśmiechem, po czym czmychali w stronę domów, ciągnąc na smyczach opierające się czworonogi.

Dobiegła do miejsca, w którym wierzby płaczące malowniczo pochylały się ku ziemi, tworząc cudowne miejsce na odpoczynek. Kilka ustawionych ławek zachęcało do relaksu wśród zieleni i śpiewu ptaków, które rozpoczęły dzień wyjątkowo głośnymi trelami. Wyjęła butelkę wody i przysiadła na jednej z ławek. Spojrzała na maszerujące rzędem kaczki chyboczące się na żółtych płetwach. Odprowadziła je wzrokiem aż za niewielki wzgórek, gdzie zniknęły jej z oczu. Uśmiechnęła się na myśl o kaczej rodzince.

Zbierała się do dalszej części joggingu, kiedy dobiegł ją rwetes dochodzący zza pagórka. Po chwili kacza gromada wyskoczyła i popędziła w przeciwnym kierunku. W parku zdarzały się przypadki, że widziano kunę lub lisa, jednak oprócz ptaków nie było tam teraz żadnego innego zwierzęcia. Popychana ciekawością podeszła do miejsca, z którego chwilę temu dobiegały ptasie wrzaski. Rozejrzała się wokoło. Oprócz szeleszczących wierzb nic nie zakłócało ciszy.

Spojrzała w dół na niewielki rów, który niemal całkowicie wypełnił się deszczówką po ostatnich ulewach. Na powierzchni wody pływały naniesione wiatrem liście.

Pod liśćmi, zwrócone twarzą do dołu, unosiło się nagie ciało.

* * *

Julia otworzyła oczy i zobaczyła siedzącą na łóżku matkę. Od dłuższej chwili szarpała ją za rękę, próbując wyrwać ze snu.

- Stało się coś?

Matka wzrokiem wskazała na stojącą w drzwiach Michalinę. Dopiero teraz Julia zauważyła, że ktoś zagląda przez framugę. Emilia nachyliła się nad głową córki i ze ściśniętą szczęką wycedziła:

- Znowu to zrobiłaś?! Znalazłam to świństwo na stole. Obiecałaś, że z tym skończysz! - Jej gniew przeradzał się w furię. Trzymana za szyjkę butelka o mało nie pękła pod naciskiem palców Emilii. - Zapomniałaś już, jak o mały włos nie zrobiłaś z Sylwii sieroty?!

- To nie jest dobry moment. - Julia dyskretnie dała matce znać, żeby nie robiła scen przy Michalinie. - Zostaw nas same.

Rzuciły sobie wściekłe spojrzenia. Julia wygrzebała się z pościeli i sięgnęła po leżący na poręczy łóżka sweter. Michalina stała nieruchomo, obserwując poranną domową scenę.

- Przyszłam w złym momencie? - spytała nieśmiało.

- Mało mam ostatnio tych dobrych. Raczej nie udałoby ci się w taki trafić. O co chodzi? Nie mogłaś zadzwonić?

- Dzwoniłam. Wiele razy.

Julia popatrzyła na wyświetlacz telefonu. Pięć nieodebranych połączeń.

- Kilka minut po siódmej znaleziono w parku zwłoki młodej kobiety. Na miejscu jest już ekipa Zasępy i Stawczyka. Brakuje tylko ciebie. - Michalina z wyrzutem spojrzała na zwijającą się jak w ukropie Julię. Z prędkością światła wciągała na siebie wczorajsze ciuchy. Do ust wrzuciła gumę do żucia i sprawdziwszy świeżość oddechu, dmuchając w zwiniętej dłoni, dała znak do wyjścia.

Ciało nadal leżało w wodzie, tak jak je znaleziono. Technicy usunęli jedynie z powierzchni stawu pływające liście.

- Wyciągnijcie ją, tylko ostrożnie. - Julia przykucnęła nad taflą wody. Ciało kobiety było śnieżnobiałe, jej ręce opadały pod swym ciężarem na dno stawu. Jedynie nabrzmiały gazami korpus wystawał nieznacznie ponad powierzchnię.

Dwóch mężczyzn weszło po kolana w pokrytą glonami maź i chwyciło ciało pod ramiona. Pociągnęli je po trawie i ułożyli na równym gruncie. Julia nie mogła oderwać oczu od ogolonej głowy, na której widoczne były cięcia od żyletki. Wsunęła na dłonie rękawiczki i przekręciła na bok głowę ofiary, aby móc zobaczyć choć część jej twarzy. Dziewczyna miała obrzmiałe oczy i lekko rozwarte usta. Julia spojrzała na stojącą w oddaleniu Michalinę. Bodnar podeszła bliżej i przykucnęła przy Julii.

- To ona?

Krawiec niepewnie kiwnęła głową i zwróciła się w kierunku notującego coś w zeszycie Zasępy.

- Obawiam się, że to nasza druga zaginiona, Laura Majcher. Spróbuj skontaktować się z Warszawą, potrzebujemy szybkiej sekcji zwłok. Spójrz na to - powiedziała do Michaliny.

- Poznajesz to znamię? Takie samo, jakie wypalono na ciele Pauliny.

- Gwiazda wpisana w okrąg. - Michalina wyciągnęła dłoń do rany, ale zaraz ją cofnęła z wyraźnym przerażeniem.

- Pomóż mi. - Julia szarpnęła zwłoki, chcąc przewrócić je na wznak. - Nie bój się, trupy zazwyczaj nie rzucają się na żywych.

Plamy opadowe przybrały sinoczerwony kolor. Michalina odwróciła oczy, nie mogła znieść tego widoku. Julia w skupieniu gładziła palcami powierzchnię szyi i twarzy Laury. Mimo stosunkowo niskiego stanu wody skóra wydawała się być nieuszkodzona przez zalegające na dnie bajora patyki i wystające z ziemi korzenie.

- Wygląda na to, że ciało nie było przenoszone. Na pierwszy rzut oka nie widzę przerwania naskórka. Zasępa - ponownie zwróciła się do kryminologa. - Przyjrzyj się dłoniom. Co o tym sądzisz?

Zasępa chwycił leżącą na trawie rękę Laury i zaczął ugniatać ją palcami.

- Tkanki zaczynają powoli tracić łączność z resztą ciała. Widzisz ten odwarstwiony naskórek? Przypuszczam, że leżała w wodzie ponad dwie doby. Zmiany objęły całość dłoni, nie tylko palców i paznokci. To oznacza, że rozkład jest już zaawansowany.

- Uda się sfotografować linie papilarne?

Zasępa wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Są ledwie widoczne.

- Posmaruj jej palce tuszem, zanim oddasz ciało w ręce patologa. Może to nam coś da. - Julia z niedowierzaniem kręciła głową. - Tak czy inaczej, musimy mieć je w kartotece.

Alex Stawczyk machnięciem ręki dał znać, aby odsunęli się od zwłok. Obszedł leżące na ziemi ciało, robiąc serię zdjęć.

Od strony głównej alei podjechał w ich stronę minivan do przewożenia zwłok. Lekarz sądowy wykonał kilka obowiązkowych badań potwierdzających zgon i wypisał standardowy dokument. Chwilę później dwóch mężczyzn sprawnymi ruchami zapakowało nagie ciało dziewczyny do czarnego worka.

- Zbierzcie tyle śladów, ile się da - rzuciła w stronę Zasępy Julia, odprowadzając wzrokiem odjeżdżające auto. Na ścieżkach zaczynało kręcić się coraz więcej ludzi węszących tanią sensację. - Co z sekcją? Kiedy się nią zajmą?

Zasępa odchrząknął, zasłaniając pięścią usta.

- Będziemy musieli trochę poczekać. Mają pełne obłożenie. Wisła obrodziła w topielców. W sobotę wyciągnięto z wody dwójkę chłopaków, którzy próbowali siłować się z nurtem. Do tego drogówka podrzuciła kilka ofiar z ostatniego wypadku pod miastem. Trójka pijanych małolatów plus kierowca forda. Auto chłopaków zawinęło się wokół drzewa, nie było co zbierać...

- Nie pieprz, Zasępa. - Julia była wyraźnie niezadowolona z takiego obrotu sprawy. - Nie ma mowy o czekaniu tydzień albo dłużej, aż biegły zrobi przegląd wesołej gromadki pijanych chłopców. Panie, bez względu na to, czy żywe czy martwe, powinny mieć pierwszeństwo.

Zasępa popukał się palcem w czoło. Odpowiedziała mu tym samym.

- Założymy się, że badanie będzie wykonane najpóźniej do piątku? - Julia wyciągnęła rękę. - O stówę?

- Chcesz się wzbogacić kosztem nieboszczyka? Nieładnie... - Zasępa z ociąganiem potrząsnął delikatną dłonią Julii.

* * *

Wszedł do pokoju brata i zatrzasnął za sobą drzwi. Karol naciągnął na głowę poduszkę i odkręcił się do ściany. Eryk stanął nad nim i jednym szarpnięciem ściągnął z niego kołdrę. Spadła na podłogę podobnie jak wyrwana spod głowy Karola poduszka.

- Co z tobą? Całkiem ci odbiło?! - Karol leniwym ruchem poprawił wpijające się w pośladki slipki. Zmęczona twarz zdradzała całonocne balowanie poza domem. - Jeśli chodzi ci o nową dostawę wódki, to wybrałeś sobie kiepską porę. - Sięgnął po kołdrę, próbując na nowo ułożyć się na materacu.

- Skąd to masz? - Eryk w jednej ręce trzymał zdjęcie Pauliny, drugą chwycił brata za szyję, aż pojawił się na niej czerwony odcisk. - Ty zboczony gnojku!

Karol jednym ruchem wywinął się z uścisku i stanął twarzą w twarz z bratem. Nikt nie będzie go w ten sposób traktował, a już na pewno nie ten niewydarzony aktorzyna. Potarł szyję i rozluźnił naprężone do granic możliwości mięśnie szyi. Przełknął ślinę, grdyka przesunęła się do góry i wróciła na swoje miejsce.

- Chcesz wojny, frajerze?! - Karol spojrzał na brata nabiegłymi krwią oczami. - Nie mam zwyczaju brudzić sobie rąk takimi jak ty. Jesteś dla mnie za cienki. I odpuść sobie te aktorskie sztuczki. Tu nie teatr w Zapierdziewie. A zdjęcie? - Rzucił okiem na fotografię. - Pewnie zostało w szafce po tym, jak zamieniliśmy się pokojami kilka miesięcy temu. Co? Już i pamięć nie ta? - Wykrzywił twarz w ironicznym uśmiechu. - Wóda przepaliła ci mózg?

Mierzyli się wzrokiem, czekając na to, który pierwszy odpuści. Do pokoju zapukała Irena Kornatowska. Delikatnie otworzyła drzwi i wsunęła głowę.

- Zaniepokoiły mnie odgłosy z piętra, myślałam, że dzieje się coś złego...

- Wyjdź! - wycedził przez zaciśnięte zęby Eryk, nie odwracając się w stronę drzwi.

Kornatowska skurczyła się w sobie. Zatrzymała pytający wzrok na stojącym do niej przodem Karolu.

- Nic się nie dzieje, mamo. Wszystko w porządku. - Uspokoił ją łagodnym uśmiechem.

Odpowiedziała mu smutnym kiwnięciem głowy, po czym wycofała się na korytarz.

- Kreujesz się na ukochanego synka mamusi? - Eryk nie dawał za wygraną. - Nic ci to nie da. Znasz zasady i znasz swoje miejsce w stadzie. Zawsze będę dwa kroki przed tobą, pamiętaj o tym, złamasie. Ja zgarniam wszystko.

O tym, że Eryk gra pierwsze skrzypce, nie pozwalano mu zapomnieć. Zwłaszcza że sam Eryk przypominał mu przy każdej sposobności, który z nich jest ważniejszy. Bycie tym drugim przydawało mu się jedynie w sytuacjach kryzysowych. Wówczas zwracano oczy w kierunku starszego i zrównoważonego Karola, licząc na to, że po raz kolejny stanie na wysokości zadania i zajmie się młodszym bratem. To, że wyciągał Eryka z kłopotów, było dla wszystkich czymś tak naturalnym jak oddychanie. Tylko wtedy mógł się z nimi równać. Był potrzebny i doceniany.

Do matki właściwie nic nie miał. Nic oprócz żalu, że od momentu, kiedy przyniosła ze szpitala zawiniętego w koc Eryka, ograniczyła czułości względem starszego czteroletniego syna. Myślał wtedy, że to normalne, gdy w domu pojawia się kolejne dziecko. O tym, że został adoptowany jako kilkumiesięczne niemowlę, dowiedział się zaraz po swoich osiemnastych urodzinach. Eryk triumfował. Ojciec nigdy nie wybaczył matce, że bez jego wiedzy zdecydowała się powiedzieć o tym Karolowi. Zrobiła to w chwili kolejnego załamania nerwowego. Ale Karol to rozumiał. Wolał wiedzieć. Przynajmniej miał świadomość, kim jest. A właściwie, kim nie jest. Nie jest ich synem.

- Nigdy więcej nie próbuj mnie oszukiwać. - Eryk uderzył go w tył głowy, po czym wyszedł z pokoju na chwiejnych nogach.

Karol potarł potylicę. Ostatni raz mnie uderzyłeś, niewdzięczny sukinsynu. Decydujący cios należy teraz do mnie. Koniec z kryciem twojego frajerskiego tyłka.

Sięgnął po komórkę. Usłyszał sygnał, po czym w słuchawce odezwał się dawno niesłyszany, ale dobrze znany mu głos.

* * *

Julia kręciła się niespokojnie po gabinecie. Co chwila przystawała i otwierała usta, by po chwili znów bez słowa powrócić do krążenia od ściany do ściany. Michalina oparta brodą o poręcz krzesła obserwowała z zaciekawieniem tę zmierzającą donikąd wędrówkę.

- Jest coś, o czym muszę z tobą porozmawiać. - Julia usiadła wreszcie za biurkiem. - Chodzi o jutrzejszy dzień i... o kilka następnych. Jednym słowem, jutro wyjeżdżam z córką na obiecane wakacje i będziesz musiała sama poprowadzić dalsze dochodzenie.

Widząc rozszerzające się oczy Michaliny, dorzuciła pośpiesznie:

- Rozmawiałam już z komisarzem, będzie cię wspierał, a przynajmniej nie będzie przeszkadzał. Zasępa też ma głowę nie od parady. Jestem pewna, że dacie sobie radę.

- Chcesz mi zostawić na łbie trupa i przypaloną żywcem dziewczynę? - Bodnar zmarszczyła czoło jak szczeniak z reklamy kremów na zmarszczki. - Zdajesz sobie sprawę, w co mnie pakujesz?!

- Nie mogę inaczej. - Julia spojrzała na nią błagalnym wzrokiem. - Ten drań, Daniel, wystąpił do sądu o pozbawienie mnie władzy rodzicielskiej. Jeśli nie przyłożę się bardziej do opieki nad Sylwią, przegram sprawę. Nie mam wyboru.

Michalina myślała jednak w tej chwili tylko o sobie. Zaczęła niespokojnie wiercić się na krześle.

- Co będzie, jeśli schrzanię to śledztwo? Wiesz przecież, że jestem zero, jeśli chodzi o doświadczenie. Klasyczne, okrągłe zero! Wystawianie mnie na pierwszą linię frontu to jakieś kosmiczne nieporozumienie!

- Musisz dać sobie radę. - Julia widziała, jak Bodnar zaczyna dyszeć ze strachu. - Nie mam komu tego zostawić. Całkowicie ci ufam i wiem, że tego nie spieprzysz. Będziesz dzwoniła do mnie codziennie i na bieżąco relacjonowała, co się tutaj dzieje. Każdego dnia dostaniesz ode mnie wskazówki, co masz dalej robić. Wspólnymi siłami dokończymy tę sprawę.

- Wspólnymi siłami? - Bodnar poderwała się z krzesła. - Ośmieszę się tylko przed komisarzem i wyleje mnie na zbity pysk. Nikt mi już nigdy nie powierzy żadnej sprawy.

Julia otworzyła metalową szafę i wyjęła leżące w niej dokumenty.

- "Nikt", "nigdy", "żadnej"? Nie za dużo tego optymizmu? Spróbujmy może przejść przez to bez egzaltacji i histerii. Tu masz wszystkie dane, jakie do tej pory udało nam się zebrać. - Rzuciła teczkę na biurko. - Przejrzyj to bardzo dokładnie. Do tego dojdzie opis z autopsji Laury, który wyślesz mi faksem na numer, który ci podam.

- Będziesz robić zamki z piasku, czytając raport z sekcji zwłok? - Michalina powoli otrząsała się po pierwszym szoku.

- Taki mam zamiar - przytaknęła Julia - Prawdę mówiąc, zamki nie kręcą mnie tak jak lektura spisana ręką patologa, ale nie mogę pozwolić sobie na zniszczenie mi życia przez tego łajdaka, który ma czelność wyciągać łapska po moje dziecko.

Bodnar z ociąganiem pokiwała głową. W kwestii Sylwii była po jej stronie. Zostanie na placu boju sama jedynie z możliwością wykonania "telefonu do przyjaciela". Sytuacja awaryjna w końcu musiała się wydarzyć.

Julia zaczęła zbierać się do wyjścia.

- Jeszcze jedno. - Stanęła w drzwiach i obróciła się w stronę wertującej teczkę z aktami Michaliny. - Jadę teraz do rodziców Laury. Trzeba ich powiadomić o śmierci dziewczyny. Ty natomiast zgłosisz się na ochotnika do odwiedzenia Kornatowskich. Powiesz im, że Paula żyje. Nie podawaj jednak żadnych szczegółów, choćby nalegali. Obserwuj bacznie reakcję obu braci. Mam przeczucie, że jeden z nich zareaguje bardziej emocjonalnie. I chyba nawet wiem który.

ROZDZIAŁ VI

Sylwia swoim zwyczajem podskakiwała, ciągnąc za rękę matkę taszczącą wielką jak szafa walizkę. W drugiej dłoni ściskała swoje żółte wiaderko zabezpieczone delikatną siatką, która przytrzymywała grabki i szpadelek przed wypadnięciem. Julia, pakując do walizki dobytek córki, niepostrzeżenie odkładała co drugą parę spodni i nadmiar sukienek, jednak przyłapana przez małą na tym procederze, z pokorą wkładała z powrotem to, co właśnie przed chwilą wyjęła. Przed czujnym wzrokiem Sylwii nic nie dało się ukryć. Swoich rzeczy Julia wzięła niewiele. Dwie pary spodni, kilka podkoszulków i sweter na chłodniejsze wieczory. Resztę walizki wypełniały skarby córki.

- Na pewno spakowałaś Basię? - Sylwia przystanęła i spojrzała z lękiem na matkę.

Podróż bez ukochanej lalki nie mogła się odbyć. Była nieodłącznym elementem matematycznego równania "Sylwia + Basia = WM". Julia trzy razy sprawdzała, czy lalka leży bezpiecznie na dnie walizki, żeby nie stanąć przed koniecznością powrotu po zapomnianą zabawkę.

Uspokojona zapewnieniem, że Basia przebrana w strój plażowy leży między zwiniętymi w rulony ręcznikami, Sylwia znów zaczęła podrygiwać, wymachując wiaderkiem.

Ruchomymi schodami zjechały na drugi peron. Do odjazdu pociągu pozostało pół godziny. Julia rozejrzała się po zalanej betonem platformie, szukając wolnej ławki. Wszystkie były zajęte przez rozgadanych podróżnych.

- Bolą mnie nogi. - Sylwia uwiesiła się matce na ręce. - Pić.

Julia wyjęła z torby kartonik soku pomarańczowego i podała córce. Mała zaczęła chciwie ciągnąć sok przez słomkę. Obie czekały na ten wyjazd, potrzebowały go jak powietrza, żeby wreszcie móc zająć się tylko sobą. Tak, to był dobry pomysł, Julia uśmiechnęła się do siebie w myślach. Zostawić wszystko za plecami i zaszyć się w głuszy. Powinna czuć podniecenie na myśl o spacerach wzdłuż plaży i o wspólnym zbieraniu białych muszelek. Zdecydowanie powinna.

Pociąg przyjechał planowo. Uprzejmy pracownik kolei chwycił Sylwię pod pachy i bezpiecznie wniósł do wagonu. Na pomoc we wniesieniu walizy nie miał już czasu. Julia przerzuciła bagaż przez schodki i przepychając się między innymi pasażerami wąskim korytarzem, dobrnęła do właściwego przedziału. Nie miała siły, aby umieścić walizę na górnej półce, położyła ją więc pod nogami i udała, że nie zauważa ganiących spojrzeń ładujących się do przedziału pasażerów.

Usiadły naprzeciw siebie, przy oknie. Pociąg ruszył i potoczył się z miarowym stukotem w stronę Gdańska. Prawie siedem godzin jazdy plus przesiadka do Stegny. Po kilku minutach Sylwia przytuliła się do zagłówka i usnęła. Julia wyjęła książkę. Wszystko, byle nie myśleć o panikującej Michalinie. Na pewno sobie poradzi, będą przecież w kontakcie.

Odruchowo spojrzała na komórkę. Jeszcze nie dzwoniła, to dobrze czy źle? Musi wykonać krótki telefon do patologa. Przypomnieć, że jej sprawa jest najważniejsza, że nie może czekać.

Na korytarzu mimo zakazu palenia ktoś uchylił okno, wystawiając na wiatr usta pełne dymu. Czemu Lipski nie podnosi słuchawki? Spróbowała jeszcze raz. Przerywany sygnał.

Spojrzała na chłopaka z papierosem. Wyciągnął w jej stronę paczkę czerwonych marlboro. Skontrolowała, czy Sylwia nadal śpi, i sięgnęła po fajkę.

- Zazwyczaj tego nie robię... - Czuła, że musi się przed kimś usprawiedliwić, zwłaszcza przed samą sobą. - Dzięki za papierosa.

Chłopak wzruszył ramionami.

- Jedziesz do Gdańska czy gdzieś dalej?

- Do Stegny. - Julia zaciągnęła się dymem i rozejrzała, czy nie ma w pobliżu konduktora. - Krótki odpoczynek od pracy.

- Nauczycielka?

Roześmiała się. Chłopak wyrzucił niedopałek przez okno.

- Nie. Glina.

- Akurat. Gliny nie wyglądają jak ty. Czyli nauczycielka?

Pokręciła głową.

- Nadal glina.

Chłopak parsknął śmiechem i oparł się o szklane drzwi przedziału.

- Jesteś za ładna na glinę.

- Powinnam być szpetna, żeby być wiarygodna?

- Uhm. Sekretarka? - zgadywał dalej.

- Bingo. Jestem szkolną sekretarką.

Poczuła wibrowanie w kieszeni. Dzwonił Lipski. Sekcja zwłok Laury została przełożona na piątek. Na stół jako pierwsze musiały trafić zaduszone przez matkę dwuletnie bliźnięta.

Zaczynało zmierzchać, gdy postawiła walizkę na środku pokoju. Domek był skromny, parterowy, z małym tarasem, na którym stał plastikowy stół i dwa krzesła.

Sylwia przelewała się przez ręce po całodziennej podróży. Julia położyła ją do łóżka po ekspresowym myciu zębów. Rozpakowanie walizki zajmie co najmniej pół godziny. To zbyt długo, zrobi to z samego rana. Wstawiła wodę na herbatę i wyszła na ganek. Michalina nadal nie dawała znaku życia. Zaniepokojona wystukała numer na komisariat. Przełączono ją na komórkę Bodnar.

- Dobrze, że dzwonisz. - Julia usłyszała dyszący głos w słuchawce. - Jak zapewne wiesz, zostałam z tym bałaganem zupełnie sama. - Michalina była wyraźnie zdezorientowana i przerażona, jednak mimo to kąśliwa. - Stefaniakowi coś się stało z sercem i wylądował w szpitalu. Prawdopodobnie zawał.

Julia przygryzła wargi. Tego właśnie brakowało do kompletu.

- Przejrzałaś akta, jak cię prosiłam? To ważne, żebyś znała każdy szczegół śledztwa. Są tam zapiski, o których ci nie mówiłam. Musisz wszystko dokładnie przeczytać.

- Zapiski? - Michalina wydała z siebie jęk rozpaczy. - Cały dzień tkwię w szpitalu przy Pauli. Po tym, jak zabrali komisarza, zajrzałam do niej do pokoju. Chciałam z niej wyciągnąć szczegóły z tamtej nocy, kiedy zniknęła.

- No i?

- Nie odezwała się ani słowem. Jak zaczarowana wpatrywała się w ścianę za moimi plecami.

- Nadal jest w szoku. Podejrzewam, że nie rejestruje tego, co się do niej mówi.

W słuchawce zapanowała cisza.

- Michalina? Stało się coś? - Julia czuła przez skórę, że coś jest nie tak.

- Powiedziałam jej o Laurze - ściszyła głos, czekając na chłostę. - Wiem, że nie powinnam, ale...

- ...ale postanowiłaś sprawdzić, czy szpital poradzi sobie z dwoma zawałami naraz? Oszalałaś?! - Krawiec krzyknęła zbyt głośno. Rozejrzała się wokół, czy nie odsłania się żadna firanka w oknach sąsiadujących domków. - Chciałaś ją dobić wiadomością o śmierci najbliższej przyjaciółki?! Co ci strzeliło do głowy?

Michalina łapała szybko powietrze. Pierwszy dzień zastępstwa musiał się tak skończyć. Słyszała, jak Julia krąży po podeście ganku. Kroki odbijały się od drewnianych desek i rozchodziły w leśnej głuszy.

- Trudno, stało się. - Julia była już spokojna. - Jak na to zareagowała?

- Wpadła w szał. Powyrywała z rąk igły do kroplówek. Krzyczała i szarpała się. To było straszne. - Michalina znów zamilkła. - Lekarze przypięli ją pasami do łóżka, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Zaaplikowali jej dodatkowe leki. Po nich wreszcie zasnęła.

- Trzymają ją poprzypinaną pasami?! - Julia nie wierzyła własnym uszom. Po takiej traumie, po tym, co przeszła? Trzeba być albo idiotą, albo kimś całkowicie pozbawionym serca. - Oddzwonię do ciebie, bądź pod telefonem.

Przerwała rozmowę. Biła się z myślami, czy powinna zrobić to, co właśnie przyszło jej do głowy. Stary przyjaciel nie powinien jednak odmówić w potrzebie.

- Mamo! - doszło ją wołanie Sylwii z głębi domku. - Chodź, przytul!

Zaczęła nerwowo szukać w spisie telefonów jednego numeru. Powinien nadal tam być. Klawisze zdawały się celowo wyślizgiwać spod spoconych palców.

- Mamo! - Sylwia nie przestawała zawodzić z wnętrza domu. Pomachała jej przez szybę i wróciła do wybierania numeru.

Jest. Nacisnęła zielony przycisk. Po trzech sygnałach usłyszała jego głos. Zabrzmiał jak zwykle subtelnie i ciepło.

- Gdybym cię nie znał i nie wiedział, że za mną szalejesz, to pomyślałbym, że dzwonisz, bo masz jakiś interes.

Cały on. Zdążyła już zapomnieć o tym, jak bardzo jej go brakowało. Kilka miesięcy walczyła ze sobą, żeby stłumić w głowie myśli, jakie krążyły na jego temat. Wiedziała, że na tembr aksamitnego głosu jej kolana zareagują drżeniem. Tymczasem do drżenia doszło jeszcze walenie serca. Była zła na siebie, że reaguje, jakby miała siedemnaście lat i po raz pierwszy zakochała się w przystojnym mężczyźnie. Ile sił kosztowało ją, aby wydobyć z gardła obojętny ton, o tym on nigdy się nie dowie.

- I szaleję, i mam interes.

- Chcę słyszeć tylko o tym pierwszym. - Miękkość w jego głosie sprawiła, że zakręciło jej się w głowie. - Okej, wiem, że swoim zwyczajem mnie oszukujesz i jedyne, co zmusza cię do rozmowy ze mną, to jakaś szalenie ważna sprawa. Mów, o co chodzi.

Gdy skończyła, serce waliło jej jak młotem. Uparcie trzymała przed nim formę, nie dając poznać po sobie, jak bardzo jej na nim zależy. Spodobał jej się już w chwili, gdy na komisariacie bezradnie szukał gabinetu komisarza Stefaniaka. Już wtedy była o włos, aby rzucić mu się na szyję i zostać tak uwieszona do końca życia. Postanowiła jednak stłumić to uczucie, zanim przyniesie jej kolejne rozczarowanie. Dlatego pilnowała się z każdym gestem i wypowiedzianym słowem, aby nie zdradzić się ze swym sekretem. I tak będzie nadal. Tak już musi pozostać.

- Michalina? - Sprawdziła, czy jest zasięg. - Chcę, żebyś została w szpitalu jeszcze godzinę. Przyjedzie tam inny lekarz. To specjalista od chorób psychicznych. Zajmie się Paulą i umieści ją w swojej klinice na obrzeżach miasta. Tak, załatwi przeniesienie. Tak, wszystkim się zajmie. Zapamiętaj jego nazwisko. Doktor Artur Maciejewski.

Zamknęła za sobą drzwi i sprawdziła, czy moskitiery w oknach nie mają dziur. Zawsze woziła ze sobą paczkę rozwijanych siatek, na wszelki wypadek. Upewniła się, że żaden komar nie jest w stanie przedrzeć się przez szczelinę w oknie, i dopiero wtedy zrzuciła z siebie przepocony podkoszulek. Przez chwilę mocowała się z zaciętym suwakiem dżinsów, w końcu zamknęła się na kwadrans w łazience.

Rozcierała ramiona, czekając, aż z rur poleci wystarczająco ciepła woda. Weszła do wanny i namydliła włosy.

Nie mogła pozbyć się myśli o Arturze. Odganiane wracały i wwiercały się w jej głowę bez szansy na zapomnienie. Może pospieszyła się z decyzją o umieszczeniu Pauli w jego ośrodku? W ten sposób będzie musiała spotykać się z nim dopóty, dopóki dziewczyna tam będzie. To nieuniknione. Z drugiej strony tylko on może pomóc Pauli dojść do siebie. To znakomity lekarz, będzie miał ją stale na oku. Poza tym ośrodek jest zamknięty, nikt obcy nie powinien się tam prześlizgnąć. Tak, dla Pauliny to zdecydowanie najlepsza opcja. Kilka dni odpoczynku i tabletki na uspokojenie dobrze jej zrobią. To jedyna szansa, aby dziewczyna wróciła do pełni władz umysłowych. Jest jedynym świadkiem, który może zidentyfikować mordercę.

Wytarła plecy szorstkim ręcznikiem. Zanim przytuli się do ciepłych plecków Sylwii, wyśle jeszcze SMS do Michaliny. Na jutro musi zdobyć ten cholerny raport z badania tekturowego pudełka po martwym ptaku. No i odciski palców z poręczy schodów prowadzących do pokoju Laury. Zasępa, jak widać, nie śpieszy się z wyciągnięciem tych danych z laboratorium. Trzeba wziąć wszystkich do galopu. Śledztwo musi wreszcie nabrać tempa.

* * *

Michalina dopijała kolejną tego dnia kawę z automatu. Małe papierowe kubeczki wyrzucane z maszyny stojącej na szpitalnym korytarzu napełniały się jedynie do połowy. Oszczędność wody i kawy dotarła już i tu, pomyślała. Dobrze, że nie wyłączyli połowy żarówek, pacjenci mieliby zapewniony klubowy nastrój.

Wycelowała zużytym kubkiem do kosza. Mimo rzędu pustych krzeseł usiadła na podłodze i oparła się plecami o ścianę. SMS od Julii. Chce wyników badań od Zasępy. W ogóle go dziś nie widziała. Pewnie zwietrzył, że szef leży unieruchomiony w szpitalu, i dał nogę z komisariatu. Wspominał coś o przyjeździe kuzynki z Wrocławia. Pewnie poderwał jakąś małolatę i zaszył się z nią w domu.

Spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Maciejewski powinien już tu być. Poczeka jeszcze dwadzieścia minut. Ani chwili dłużej.

Zamknęła na chwilę oczy. Obudziło ją lekkie szarpnięcie za ramię. Podniosła powieki i zobaczyła przyglądającego się jej z ciekawością trzydziestoparoletniego mężczyznę z twarzą Bradleya Coopera. Podał jej rękę, pomagając podnieść się z podłogi. Przejechała plecami wzdłuż ściany. Blond jeż odruchowo stanął na baczność.

- Dobrze zgaduję, że mam przyjemność z Michaliną? - Nie wypuszczając jej dłoni, potrząsnął nią kilkakrotnie. Bodnar zarejestrowała, że dłoń była ciepła i miękka.

- Michalina Bodnar. - Dziewczyna wyswobodziła rękę i sięgnęła do kieszeni. Jej ulubiona czynność, czyli miganie policyjną legitymacją, zaczynała przeobrażać się w pasję.

- Nie trzeba, Julia opisała mi ciebie wystarczająco dokładnie. - Artur puścił zawadiacko oko. Z przyjemnością zauważył rumieniec na jej twarzy. - Gdzie leży pacjentka?

Zaróżowiona Michalina wskazała brodą drzwi obok. Od strony windy jechały nosze popychane przez dwie pielęgniarki. Tuż za nimi podążał lekarz prowadzący. Odciągnął Maciejewskiego na bok.

- Chcę do niej zajrzeć, zanim ją stąd zabiorę - powiedział Artur, chowając kopie dokumentów do teczki. Razem z lekarzem weszli do sali, w której leżała Paula. Gdy wyszli po chwili, szczęka Maciejewskiego była zaciśnięta.

- To nie było konieczne - warknął z wyrzutem w stronę lekarza. - Wystarczyło dać jej silny środek uspokajający. Potraktowaliście ją zbyt brutalnie, krępując ręce. Widział pan jej oczy? To są oczy zwierzęcia prowadzonego na rzeź. Ta dziewczyna jest przerażona. O to wam chodziło?

Nie czekając na odpowiedź, kiwnął na asystujące pielęgniarki. Nosze ponownie podskoczyły na niewielkim progu i wjechały do środka. Michalina w milczeniu przypatrywała się, jak przenoszą drobne ciało Pauliny na błyszczące, metalowe tragi. Dziewczyna miała zaciśnięte powieki. Oswobodzonymi dłońmi zasłaniała ogoloną głowę. Nie szarpała się, była spokojna. Jakby to, co się wokół niej działo, dotyczyło kogoś innego. Maciejewski dotknął przegubu jej ręki. Puls był nieregularny.

- Zabieramy cię stąd - szepnął jej do ucha. - Teraz będziesz już bezpieczna.

* * *

Mimo wyjątkowo chłodnego wieczoru Irena Kornatowska usiadła w ogrodzie, trzymając w ręku kieliszek z czerwonym winem. Światło w pokoju Eryka nadal się paliło. Widziała jego sylwetkę, jak przesuwała się niespokojnie od ściany do ściany. Zamoczyła usta w winie. Poczuła cierpki smak. Wiadomość o odnalezieniu Pauli zaskoczyła ich wszystkich. Nie żeby nie wierzyli w szczęśliwy finał, jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że każdy z rodziny przyjął tę informację zupełnie inaczej.

Ta dziwna dziewczyna z komisariatu wpadła podczas wczorajszej kolacji i przekazała, że Paulina żyje. Potem powiedziała o Laurze. Biedna, niewinna Laura... Irena poczuła ucisk w gardle. Przechyliła kieliszek i duszkiem dopiła wino. Odkaszlnęła mocno, aż w oczach zakręciły jej się łzy. Wróciła myślami do synów.

Eryka wczorajsza wiadomość całkowicie wytrąciła z równowagi. Jego twarz wyglądała na zakłopotaną, nie mogła jednak rozpoznać, co bardziej go poruszyło. Odnalezienie Pauli balansującej na granicy życia i śmierci czy wyciągnięcie zwłok Laury ze stawu. Patrzył na tę pyskatą policjantkę, jakby zobaczył ducha. Nie uśmiechnął się, nie dał po sobie poznać, że to, co usłyszał, przyniosło mu ulgę. Biedny chłopak. Tyle przeszedł, że nie potrafił wyrazić radości z faktu, że jego dziewczyna żyje. Jeszcze na to za wcześnie. Zapytał tylko, czy może ją zobaczyć. Gdy spotkał się z odmową, poszedł do swojego pokoju i jak zwykle zaszył się w nim na resztę dnia.

Karol tym razem nie poszedł za nim. Po raz pierwszy od lat zostawił go samego. Właściwie nie odezwał się tego wieczoru ani słowem. Stał oparty o ścianę i kiwał głową, wpatrując się w profil Eryka. Sprawiał wrażenie kogoś, komu zupełnie nie zależy na tym, co dzieje się w domu. A może to tylko zwykłe złudzenie? Tak, tak pewnie było. Lubił przecież Paulę. Gdy Eryk wyjeżdżał, zaszywali się razem w pokoju na długie godziny. Jednak czemu tak bacznie przyglądał się swemu bratu? Nie spuszczał z niego oczu. Patrzył na każdy gest, każdy grymas twarzy. Próbował doszukać się w niej emocji. Tylko jakich?

Zygmunt? Nie nocował w domu. Jeszcze nie wie o tym, że Paula żyje.

Światło w pokoju Eryka zgasło. Z sypialni Karola słychać było stłumioną rozmowę telefoniczną. Podszedł do okna. Widząc obserwującą go z ogrodu matkę, zamknął je szybkim ruchem. Żadne słowo nie mogło wydostać się na zewnątrz.

ROZDZIAŁ VII

Plaża była niemal pusta. Tylko kilka osób wylegiwało się na kocach i grzało w czerwcowym słońcu. Ktoś szedł brzegiem morza z psem i ciskał do wody poczerniały od ognia patyk. Pies z impetem rzucał się na fale i brnąc przez słoną pianę, wyłaniał się po chwili z badylem w pysku. Potem padał na piach i tarzał się bez opamiętania. Wyglądał jak panierowany w bułce kotlet.

Julia wbiła paliki od parawanu i naciągnęła kolorowy materiał. Mimo palącego słońca wiatr od morza był silny i nieprzyjemny. Sylwia wysypała foremki z zamiarem budowania podniebnego zamku. Co chwila podbiegała do wody i wyszukiwała połamane białe muszelki, które miały jej służyć za ozdoby do okien.

- Tu będzie fosa, a tu zrobimy kładkę. - Zamek po pół godzinie wyglądał jak zminiaturyzowany kopiec Kościuszki.

Julia spojrzała niespokojnie na telefon. Obiecała sobie, że nie zadzwoni na komisariat przed południem. Dochodziła dopiero dziesiąta. Podniosła się z dmuchanego materaca i pomogła córce nosić wodę do fosy. Ku rozpaczy Sylwii woda nieubłaganie wsiąkała w piach. Z zapamiętaniem rzuciła się do pogłębiania rowu. Po kilkunastu machnięciach łopatką na dnie wykopu pojawiła się błotnista maź.

Dziesiąta trzydzieści. Pierwszy soczek, baton, ciepłe lody. Dziesiąta pięćdziesiąt. Powtórne smarowanie kremem. Jedenasta.

- Michalina, to ja. - Julia czuła się jak narkoman na przymusowym odwyku. - Wiem, że wcześnie i że urlop. Co z informacjami od Zasępy? Zrobiłaś to, o co cię prosiłam? Pudełko...? Odciski zamazane? Sprawca się postarał, właściwie mogłam się tego spodziewać. Strzęp pióra...? Tak, niech odda jak najszybciej do analizy. A poręcz, rama drzwi balkonowych...? Co z tego, że dużo...Wprowadźcie wszystkie dane do bazy. Tak, wszystkie co do jednego! Chcę mieć w komputerze skan każdego palca, jaki odcisnął się pod balkonem Laury, bez względu na to, czy będzie to palec matki Laury, czy zeszłorocznej turystki z dalekiej Szwecji.

Sylwia zaczęła szarpać Julię za rękę. Nadchodził czas na zbieranie wronich piór na czubek zamku.

- Jeszcze jedno. - Julia powstrzymała wzrokiem grymaszącą córkę. - Chcę, żebyś znalazła w moim biurku numer do współlokatorki Laury z akademika. Dziewczyna nazywa się Maria Mazur. Muszę z nią porozmawiać. Coś ważnego przyszło mi do głowy.

* * *

Doktor Artur Maciejewski, założywszy nogę na nogę, siedział od dłuższego czasu na małym, metalowym stołku i obserwował śpiącą Paulinę. Po podaniu środków uspokajających oddychała miarowo, ruchy gałek ocznych pod powiekami były nieznaczne. Od wczorajszego wieczoru, odkąd zabrał ją z miejskiego szpitala, nie zanotował nasilających się nerwowych odruchów. Tylko z rzadka podczas snu naprężała wszystkie mięśnie, bezwiednie, niemal automatycznie. Wtedy puls przyspieszał, jednak po paru minutach wszystko wracało do normy. Wyciągnął ją stamtąd w ostatniej chwili.

Leżała na lewym boku. Wypalona rana po drugiej stronie ciała wciąż musiała parzyć. Przylepiec wielkości dłoni zakrywał ją szczelnie, jednak wokół niego nadal widoczny był czerwonosiny obrzęk.

Artur czekał, aż otworzy oczy. Z pobieżnych wyjaśnień Michaliny wiedział tylko, że znaleziono ją wyczerpaną i nieprzytomną na skraju lasu, na biegnącej od Warszawy wylotówce. Od tamtej chwili nie odezwała się ani słowem. Liczył na to, że podane leki przeciwbólowe i uspokajające przyniosą jej ulgę.

Otworzył na oścież okno. Z zewnątrz dobiegał radosny śpiew czyżyka. Odwrócił głowę i spojrzał na Paulę. Powoli otworzyła oczy. Nie patrzyła jednak ani na idącego w jej stronę lekarza, ani na poruszane letnim wiatrem wierzchołki drzew.

- Jak się czujesz? - Artur wrócił na stołek i łagodnie dotknął wierzchu jej dłoni. Obserwował bladą twarz, która wyglądała, jakby odpłynęło z niej życie.

- Pamiętasz coś z tamtego wieczoru?

Wydawało mu się, że lekko drgnęła. Zamknęła na chwilę oczy, jednak nie odczytał tego jako znak, lecz raczej jak naturalny odruch organizmu broniącego się przed deszczem pytań.

- Leżałaś na drodze. - Maciejewski nie dawał za wygraną. - Przypominasz sobie, jak się tam znalazłaś?

Tym razem Paula wykonała nieznaczny ruch głową. Zwróciła ku niemu twarz i wbiła wzrok w niestarannie ogoloną twarz lekarza. Otworzyła usta. Szeptała niewyraźnie, robiąc przerwy na nabranie oddechu. Nachylił się nad nią, aby nie uronić ani słowa. Z trudem podniosła głowę, chciała, żeby ją usłyszał.

- Ogień i krzyże. Ogień i... - Zemdlona opadła ponownie na poduszkę.

* * *

Smażalnia ryb usytuowana była na wydmie. Taras, na którym ustawiono stoliki i długie, drewniane ławy, oblegany był przez wczasowiczów. Porozkładali się z plażowymi torbami na całej długości siedzisk.

Julia rozejrzała się, szukając wolnego miejsca dla Sylwii. Starsze małżeństwo z wnukiem właśnie szykowało się do opuszczenia tarasu po skończonym obiedzie. Wystartowała do stojącego pod parasolem stolika, ciągnąc za rękę opierającą się córkę. W ostatniej chwili wyprzedziła czyhającą na to samo miejsce parkę zakochanych nastolatków. Chłopak, wyraźnie oburzony zagrabieniem stołu przez matkę z blond pociechą, zaklął pod nosem. Usiedli dwa stoliki dalej. W stronę Julii wysunął się środkowy palec. Tylko obecność dziecka przytrzymała ją na miejscu.

Patrzyły na spienione fale, czekając na zamówione dania. Tuż obok właściciel przygotowywał niewielkich rozmiarów wędzarnię, układał na ruszcie przyprawione ryby. Zapach palonego drewna olchowego zawirował w powietrzu i rozniósł się nad tarasem.

Z głośnika zamontowanego nad drzwiami wejściowymi smażalni wywołano numer zamówienia Julii. Po chwili na stole wylądowały talerze z dorszem i flądrą, z ziemniakami i surówką z kapusty.

Po obiedzie Julia i Sylwia z pełnymi żołądkami wyruszyły na poszukiwanie gofrów. Gorący, cieknący karmel oblepiał im palce i włosy. Dawno się tak nie bawiły, podgryzając sobie wzajemnie chrupiące wafle i wytykając palcami miejsca na twarzy oblepione słodką masą.

- Kup mi balon z myszką! - Sylwia zaparła się nogami przy stoisku z fruwającymi zabawkami. - I drugi dla Basi. Pojedziemy wagonikami? - Rząd białych meleksów zapełniał się powoli umęczonymi po całodziennym wylegiwaniu się na plaży turystami. Julia odciągnęła małą na bok i próbowała zainteresować straganową wyprzedażą książek.

- Kup mi tę książeczkę i tę. - Palec wskazujący Sylwii beztrosko przesuwał się wzdłuż kolejnych tytułów. - I tę o piesku. Możemy mieć pieska? Obiecałaś...

- Rozmawiałyśmy przecież. - Julia czuła, że jej silna wola wystawiana jest na wielką próbę. - Na pieska jesteś jeszcze za mała. Poza tym twoja astma może tego nie wytrzymać.

- Kocham pieski. Pojedziemy wagonikami? - Julia nigdy nie przypuszczała, że siła mięśni siedmioletniej, chorej na astmę dziewczynki może być tak wielka. Nie było sensu opierać się dłużej. Przecież obiecała małej superwakacje. Wysupłała z portfela ostatni banknot. Te nadprogramowe szaleństwa muszą się skończyć, westchnęła pod nosem. Jak tak dalej pójdzie, najdalej za tydzień zostanę bez grosza. Mała rozkręca się niczym obrotowy bąk na cienkiej nóżce.

Podróż meleksem była krótka, ale dała Sylwii wiele radości. Machała wszystkim mijanym przechodniom, jakby odbywała podróż w kosmos i żegnała się z ziemianami. Balony obijały się rytmicznie o sufit wózka. Z buzi Sylwii nie schodził uśmiech. W drugiej ręce ściskała torbę załadowaną swoimi nowymi książkami.

- Udany dzień? - Julia przekręciła klucz w zamku i postawiła na podłodze torbę z plażowym kocem. Sięgnęła do lodówki po sok. - Wreszcie jesteśmy razem, co, kochanie?

Sylwia rzuciła się matce na szyję i przytuliwszy swój policzek do jej twarzy, wyszeptała:

- Zostańmy tu na zawsze.

* * *

Majcherowa otworzyła szafę i wyjęła złożoną czarną chustę. Przez chwilę układała jej brzeg palcami, wyrównując materiał, po czym narzuciła na głowę i zawiązała nad karkiem w gruby supeł. Powoli, z nabożeństwem wsuwała pod nią każdy kosmyk siwych włosów, aby nie zwisał swobodnie na szyi.

Weszła do pokoju Laury i usiadła na łóżku. W domu panowała cisza. Mimo to w jej uszach ciągle brzmiało jedno zdanie: "Z ogromnym smutkiem muszę przekazać państwu złą wiadomość". Potem już nie słyszała, co mówiła do niej ta młoda policjantka. Poruszała ustami, nawet wyciągnęła ręce, aby pomóc osuwającej się na podłogę kobiecie. Mąż chwycił ją w ostatniej chwili. Stali w drzwiach, tak jak wtedy, gdy odwiedziła ich za pierwszym razem. To było tuż przed tym, jak Robert zbiegł ze schodów ze spakowaną torbą przed powrotem do więzienia. Torba upadła na ziemię i potem już nic się nie działo. Powietrze stało martwe, nawet ptaki zamilkły w ogrodzie. W głowach kołatało tylko "martwa, utopiona". Najdroższa Laura...

Wyciągnęła rękę i pogładziła biel poduszki. Odruchowo otarła oczy. Były ciemne i puste, jak pokój jej ukochanej córki. Z półek plastikowymi ślepiami spoglądały na nią uśmiechnięte drwiąco smoki. Laura trzymała je na szczęście, wierząc, że przy nich nic złego ją nie spotka. Kobieta podeszła do gipsowych figurek i jednym ruchem zrzuciła wszystkie na podłogę. Podeszwą buta rozgniotła je kolejno, aż pokruszone starły się całkowicie na pył.

Czarna sukienka. Jedyna, jaką miała Laura. Kupiły ją przed egzaminami na studia. Prosta, skromna i nijaka. Wisiała w szafie, zawsze w tym samym miejscu, na samym końcu, aby inne ubrania nie niszczyły jej poprzez ciągłe ocieranie. Czekała na kolejną ważną okazję.

Sięgnęła po sukienkę i zsunęła ją z wieszaka. Oparła się plecami o szafę i przytuliła miękki materiał do piersi. Jeszcze buty. Czarne lakierki na niewielkim słupku też miały swoją premierę podczas egzaminu.

Położyła sukienkę na łóżku. Pod nią ustawiła równo lakierki. Chyba Laura nie będzie miała jej za złe, że chce ubrać ją do trumny w używane rzeczy. Zawirowało jej w głowie. Serce uderzało coraz mocniej. Za kilka dni złoży ciało swojego najukochańszego dziecka do grobu.

Przez szyby przebijały się złociste promienie słońca, tańcząc na czerni żałobnej wyprawki Laury.

* * *

Michalina wsunęła nieśmiało głowę do wymalowanego na bladożółty kolor pokoju. Po jego obu stronach w rzędach stały łóżka zajęte przez mężczyzn w średnim wieku. Jeden z nich nasunął na nos okulary i z zaciekawieniem przyjrzał się blondynce z natapirowanym jeżem. Obdarzyła go nienaturalnie miłym uśmiechem, po czym wróciła do namierzania wzrokiem znajomej sylwetki.

Komisarz Stefaniak leżał odwrócony twarzą do okna. Po cichu podeszła do jego łóżka i wyciągniętym palcem trąciła unoszące się w trakcie snu ramię. Stefaniak wypuścił nagromadzony bąbel powietrza spod policzka.

- Panie komisarzu. - Michalina przysunęła usta do jego lewego ucha. Podskoczył, mając przed twarzą rozmazany obraz uśmiechającej się Bodnar. Odruchowo chwycił się za serce.

- Wszelki duch! - Naciągnął wyżej kołdrę. - Kto cię tu wpuścił? Tu nie ma odwiedzin.

- Sama się wpuściłam. Wpadłam sprawdzić, jak miewa się nasz komisarz Columbo.

- Wyjątkowo dowcipne. - Stefaniak niby obruszony rozejrzał się po pokoju, próbując wychwycić uznanie w oczach współtowarzyszy. - Columbo to przy mnie amator - dodał już głośniej. - No, jak ci idzie? Śledztwo posunęło się do przodu?

Michalina wyjrzała przez okno, wystawiając piegi do słońca.

- Długo jeszcze będą tu pana trzymać? - rzuciła od niechcenia.

- Chcesz mi w ten sposób dać do zrozumienia, że sprawa leży? - Podciągnął się na łokciach. - Nie radzisz sobie? No tak. To było oczywiste. Jedna bezradna, druga na wczasach. Posłuchaj mnie uważnie. - Jego oczy przestały się uśmiechać. - Nie wyjdę stąd przez najbliższe dwa tygodnie. Nie wiem, jak to załatwicie z Julią, ale daję wam czas do mojego powrotu. I ani minuty dłużej.

* * *

Siostra Mira namoczyła gąbkę, po czym wycisnęła z niej nadmiar mydła. Delikatnym ruchem odgarnęła koc i podciągnęła płócienną, białą koszulę, w którą ubrana była Paulina. Dziewczyna szarpnęła się i na powrót przykryła nogi, zasłaniając się przed jej dotykiem.

- Już dobrze, nic złego ci nie zrobię. - Łagodny wyraz twarzy pielęgniarki uspokoił ją na tyle, że pozwoliła kobiecie musnąć gąbką łydki. - Nie chcesz, aby cię dotykano, prawda?

Paula milcząco kiwnęła głową. Wyciągnęła rękę po gąbkę i ruchem oczu dała znać, że chce zostać sama. Mira przysunęła miednicę bliżej łóżka.

- Zawołaj mnie, jak skończysz.

Zamknęła za sobą drzwi i usiadła na skajowym fotelu w cieniu korytarza. Od strony skrzydła z gabinetami lekarzy szedł w jej stronę Maciejewski. Zatrzymała jego dłoń sięgającą do klamki.

- Teraz nie można. Czas kąpieli - mrugnęła porozumiewawczo okiem. - Na długo zostanie u nas?

Odpowiedziało jej wzruszenie ramion.

- Nadal jest w szoku, potrzebuje czasu. Policja chce ją przesłuchać, ale na to jeszcze za wcześnie. Nie znam całej sprawy, ale z tego, co mi wiadomo, dziewczyna przeszła swoje. Detektyw Krawiec zależy na tym, aby miała zapewniony spokój.

Siostra Mira poruszyła się nerwowo.

- Znowu ona? Dawno o niej nie słyszałam. Myślałam, że wyjechała z miasta... - Z jej twarzy można było czytać jak z otwartej księgi.

- Owszem, wyjechała - przytaknął. Błysk w oku siostry pojawił się na nowo. - Ale na urlop. Jak ją znam, to już przebiera nogami, żeby tu wrócić i zanurzyć się po szyję w jakiejś mrocznej zabawie.

- Pan ją lubi... doktorze?

- Wiesz przecież, ile przeszliśmy w zeszłym roku. Pomogłem jej stanąć na nogi w pewien zimowy wieczór, a ona z kolei uratowała mnie przed zawodową kompromitacją. - Artur spojrzał na zegarek. - Muszę tam wejść. Bądź tak dobra i sprawdź, czy pacjentka skończyła się myć.

Mira posłusznie zajrzała do pokoju. Paula leżała w czystej koszuli i zerkała na zainstalowany w rogu pokoju telewizor.

- Już można. - Otworzyła szerzej drzwi i wpuściła Artura do środka.

Taszcząc pod pachą miednicę z szarymi mydlinami, widziała, jak doktor łagodnym ruchem kładzie dłoń na czole Pauli i gładzi ją po pokaleczonej żyletką głowie.

* * *

Julia przysiadła na niewielkiej werandzie i położyła przed sobą magazyn z krzyżówkami. Odpoczywać. Oddychać spokojnie i odpoczywać. Przygryzła końcówkę długopisu i skoncentrowała się na sześć poziomo. Michalina nie dzwoni. Powinna już dawno podać numer telefonu do Marii Mazur. Otworzenie szuflady i wyjęcie kartki z numerem chyba nie zajmuje dwóch godzin. Pewnie gdzieś ją poniosło. Telefon na jej biurku nie odpowiadał od przedpołudnia. Pozostała jeszcze komórka, jak zwykle wyciszona.

Zerknęła przez szybę na oglądającą bajkę Sylwię. Córka miała policzki mocno zaróżowione od nadmorskiego słońca.

Po czterech sygnałach usłyszała podniecony głos Bodnar.

- Matka Laury zgłosiła, że jej syn nie stawił się na Białołęce po przepustce. Dzwonili do niej do domu, nawet przysłali patrol. Jest przerażona...

Julia poczuła, jak krew napływa do jej rozgrzanych skroni.

- Znam ten schemat. Chłopak będzie teraz szukał zemsty za śmierć siostry. Niepotrzebnie poszłam do Majcherów przed jego powrotem do aresztu. Słyszał całą naszą rozmowę.

- Co mam robić? - Michalina była bliska rozpaczy. - Komisarz zacisnął mi dziś pętlę na szyi. Mamy zamknąć sprawę do jego powrotu ze szpitala.

Ze słuchawki dochodziło ciche chlipanie.

- Jak sytuacja z Paulą? - Julia zmieniła temat. - Zaczyna wracać do żywych?

- To wszystko dzieje się zbyt wolno. Ten twój przystojniaczek obchodzi się z nią jak z jajkiem. Nie naciska, czeka.

Julia pokiwała głową. Artur zawsze umiał znaleźć się w każdej sytuacji.

- To bardzo dobrze. Do momentu mojego przyjazdu Paula wyciszy się na tyle, że będzie mogła złożyć zeznania.

- Jak to: do twojego przyjazdu? - Michalina odzyskała dawną werwę. - Planowałam zabrać się za nią najdalej jutro. Kartoteka świeci pustkami!

- Nie wolno ci rozmawiać z Paulą. Żadnych nacisków, dopóki nie wrócę. Żadnych podchodów i kombinowania, żeby coś z niej wydusić. Masz trzymać się od niej z daleka, rozumiesz? To nasz jedyny świadek. A propos, co z numerem do Marii Mazur?

Dziewięć cyfr zostało zapisanych na brzegu magazynu z krzyżówkami. Julia rozłączyła się i wystukała podany numer. Kilka kolejnych prób połączenia za każdym razem kończyło się tak samo. Włączała się automatyczna sekretarka.

Julię ogarnęło nieprzyjemne uczucie obawy przed czymś bliżej nieokreślonym. Nie mogła pozbyć się z głowy słów, które Maria wypowiedziała podczas ich spotkania w akademiku. Wówczas nie zwróciła na nie uwagi, zwłaszcza że dziewczyna zanosiła się co chwila duszącym kaszlem. Maria pakowała wtedy walizkę. W pewnej chwili podniosła głowę znad sterty ciuchów i jakby przerażona tym, co właśnie sobie uświadomiła, powiedziała cicho: "My z Laurą wiemy o sobie wszystko".

* * *

Pociąg Intercity relacji Warszawa-Kraków zatrzymał się na peronie trzecim. Wysiadający pasażerowie napierali na siebie, chcąc jak najszybciej wydostać się z dusznych przedziałów. Na platformie zaroiło się od walizek, wózków z rozwrzeszczanymi dziećmi i palaczy kręcących się nerwowo za miejscem, gdzie mogliby wreszcie puścić dymka. Ekipa sprzątająca, składająca się z kilku dorabiających studentów, miała zaledwie dwadzieścia minut na uprzątnięcie śmieci po podróżnych. Pociąg miał być za chwilę przestawiany na zwrotnicę kierującą go do Zakopanego.

Wagon z numerem 228 był ostatni. Ruda dziewczyna ubrana w bordowy służbowy uniform z wyszytym emblematem "IC" szarpnęła rozsuwanymi drzwiami przedziału. Wyjęła z kosza papierki po kanapkach i wciśnięte w pojemnik puste kubki po napojach. Już miała opuścić pomieszczenie, kiedy poczuła, że coś muska jej włosy. Na górnej półce, przygnieciony podróżną torbą, leżał damski sweter. Jego rękaw opadał luźno poruszany lekkim wiatrem dobywającym się z otwartego okna przedziału. Ktoś tak się śpieszył, że zapomniał zabrać ze sobą bagaż, pomyślała z rozbawieniem.

Wychyliła głowę przez okno i zamachała na konduktora. Jeszcze jeden grat do przechowalni. Usiadła na kanapie i wyciągnęła przed siebie nogi, kładąc je na sąsiednim siedzeniu. Pod plecami wyczuła zgrubienie. Sięgnęła ręką pod łopatkę. Jeszcze i to: termos z kawą. Postawiła go na rozkładanym stoliku pod oknem. Gdzie się podziewa ten konduktor? Wyjrzała na korytarz.

W przejściu między wagonami zauważyła grupkę osób w takich samych jak ona uniformach. Ktoś krzyknął, ktoś nerwowo zapalił papierosa. Podeszła bliżej. Zza głów gapiów dojrzała jedynie leżące na podłodze czyjeś nogi. Przecisnęła się dalej, rozpychając się łokciami. Zakryła ręką usta na widok kałuży wymiocin.

W toalecie, oparta twarzą o obskurny metalowy sedes, leżała martwa tęga dziewczyna.

ROZDZIAŁ VIII

Julia nachylała się nad umywalką, żeby wypłukać usta, kiedy w drzwiach łazienki stanęła Sylwia. Wyciągała w jej stronę rękę z telefonem. Pod pachą trzymała Basię i przecierała zaspane oczy. Julia dała małej znak, aby wróciła jeszcze na chwilę do łóżka. Odprowadziła ją wzrokiem i przymknęła drzwi łazienki.

- Krawiec, słucham.

- Moje nazwisko nic pani nie powie. - Głos w słuchawce był bardzo tajemniczy. - Poproszono mnie o kontakt z panią i przekazanie pewnej informacji o Eryku Kornatowskim. Zgodziłam się dla dobra dziewczyny, z którą się spotyka. Mam na myśli Paulinę Fogel.

- Kim pani jest? - Julia nie znosiła anonimowych rozmówców. - I co wiąże panią z rodziną Kornatowskich?

- Nic oprócz tego, że mam do opowiedzenia pewną historię, ale nie chcę mówić o tym przez telefon. Będę rozmawiać tylko z panią, i to w cztery oczy.

Julia miała mętlik w głowie. Ciekawość mieszała się z bezradnością. Utknęła pośrodku lasu, ponad trzysta kilometrów od miejsca, w którym powinna się teraz znajdować. Szlag by to wszystko...

- Może jednak...

- Nie. Albo zobaczymy się w Warszawie, albo wcale. - Głos był stanowczy. - Jak się pani zdecyduje, proszę zadzwonić na numer, który się wyświetlił.

- Niech chociaż pani powie, jak ma na imię. Nie wiem, jak mam się do pani zwracać. - W słuchawce odpowiedziała jedynie cisza, a potem kobieta przerwała połączenie.

Julia stała dłuższą chwilę, wpatrując się w swoją nowiutką motorolę. Poczuła nadciągający atak furii. Co ona tu w ogóle robi? Lepi pieprzone babki z piasku, zamiast dorwać tego psychola, który kaleczy i zabija młode dziewczyny. Gdyby nie ten drań Daniel, wszystko wyglądałoby inaczej.

- Jesteś zła, mamusiu? - Sylwia wygrzebała się spod kołdry i stanęła na wprost Julii.

- Wszystko w porządku, kochanie. - Kucnęła i przytuliła córkę z całej siły. - Jakoś sobie poradzę z tą moją złością. - Przykleiła uśmiech do twarzy. - No, biegnij do łazienki. Czeka nas kolejny dzień robienia zamków z piasku. - Westchnęła, patrząc na znikające w toalecie plecy Sylwii.

* * *

Berta kończyła przygotowywać śniadanie. W piątki nakrywała stół kraciastym obrusem, w przeciwieństwie do pozostałych dni tygodnia, gdy serweta musiała być gładka. Tak życzyła sobie pani domu. Berta nie rozumiała tego zwyczaju, traktowała go jak zwykłe dziwactwo. Dla pozostałej trójki domowników ten zwyczaj w ogóle nie był zauważalny.

Zygmunt Kornatowski zbiegł po schodach, zapinając mankiety koszuli. Był markotny. Odruchowo pocałował żonę w skroń, po czym usiadł na stojącym obok krześle. Kobieta obserwowała go dyskretnie. Od wielu tygodni mijali się jak obcy sobie ludzie. Uroczystość zaręczynowa Eryka miała być ostatnią próbą zbliżenia ich do siebie, jednak udawana euforia związana ze ślubem syna szybko zamieniła się w tak dobrze im znaną obojętność. Nawet odnalezienie Pauli nie potrafiło rozbudzić w nich emocji. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Zygmunt pierwszy spuścił wzrok. Sięgnął po wyjętą przed chwilą z pieca pszenną bułkę.

- Wyglądasz blado. - Ponownie spojrzał na żonę podpierającą rękami brodę. - Przecież wszystko wróciło do normy. Ślub odbędzie się zgodnie z planem, tak jak sobie życzył nasz syn.

- Nasz syn nie jest w stanie rozróżnić prawdy od fikcji - mruknęła Kornatowska. - Zupełnie nie zdaje sobie sprawy ze stanu Pauli ani z tego, co się wokół niego dzieje.

- Czyżby zrobiło ci się jej żal? - W głosie Zygmunta wyczuwało się drwinę. - Przecież robiłaś wszystko, aby ten ślub...

- Eryk nie jest gotowy na małżeństwo! - przerwała mu w pół zdania. Widział, jak zaciska palce na nożu. - A ty, jako ojciec, powinieneś wybić mu z głowy te plany przynajmniej do czasu, gdy nie stanie mocniej na nogach.

- Właśnie o to mi chodzi! - Zygmunt nachylił się nad żoną. - Małżeństwo zrobi z niego mężczyznę.

- Raczej go zabije! - Krzyk Kornatowskiej dobiegł aż do kuchni. Berta z zaciekawieniem wychyliła głowę. - On ma przed sobą karierę, jest taki młody! Nie mogę wprost uwierzyć, że nie jesteś w stanie tego zrozumieć! Od razu widać, że nie znasz swojego własnego syna. Poza tym Eryk jest inny, rozumiesz?! Inny!

Zygmunt pokręcił głową. Końcówką języka dotknął przednich zębów, wypychając wargi do przodu. Zdawał się być głuchy na argumenty żony. Wytarł usta serwetką i odłożył ją obok talerza.

- Paula wie, co robi. Przy niej się zmieni. To silna dziewczyna. Znałem jej matkę.

- Jak wiele innych. - Kąśliwość w głosie Ireny była zamierzona. Rzuciła wyzwanie i czekała, aż Zygmunt podniesie rękawicę. Nie doczekała się riposty.

- Najważniejsze, że będziemy mieć Paulę z powrotem - powiedział bez większego przekonania. Spojrzała na niego podejrzliwie. Złożył palce w trójkąt i zaczął przyglądać się swoim paznokciom. - Kto by pomyślał, że da radę...

- Przeżyć? - dokończyła za niego Irena. - Czyżbyś wolał widzieć ją na miejscu Laury?

Wzdrygnął się na jej słowa. Poprawił sygnet na małym palcu i potarł nim o nogawkę spodni. Pierścień błysnął wypolerowanym złotem.

- Nie ma o czym mówić. Wszystko wraca na swoje miejsce. - Westchnął ciężko. - Musisz na nowo zająć się przygotowaniami do ślubu.

- Ślub! - Irena zaśmiała się złowieszczo. - O nie, mój drogi. Wreszcie przejrzałam na oczy. Żadnego ślubu nie będzie. Nie przekonacie mnie. - Wstała gwałtownie od stołu i ruszyła w stronę wyjścia z jadalni. - Ani ty, ani Eryk. Żaden z was nie myśli racjonalnie.

- Dokąd idziesz?! - Kornatowski ruszył za żoną do przedpokoju. Chwyciła torebkę i klucze od auta. Zrzuciła z nóg poranne pantofle i wsunęła stopy w połyskujące szpilki. Pośliniwszy koniuszki palców, poprawiła włosy.

- Złożę Pauli krótką wizytę. W końcu powinno się odwiedzać chorych, nieprawdaż? - odrzekła i przymrużyła oczy, przeglądając się w lustrze.

- Nie powinnaś jej niepokoić w takim stanie. - Poczuła ucisk na ramieniu. Ponownie roześmiała się i zrzuciła jego dłoń.

- Ty mi mówisz, co powinnam robić? Ty?

Trzasnęła drzwiami. Zygmunt zawahał się na moment, rozpamiętując jej słowa. Wybiegł za nią, jednak była szybsza. Patrzył, jak wyjeżdża swoim volvo za bramę posesji.

* * *

Emilia szykowała się do wyjścia na targ, gdy usłyszała walenie do drzwi. Zaniepokojona odłożyła siatkę na stół i ruszyła do przedpokoju. Odsunęła metalową osłonę judasza. Trzy kolejne uderzenia przyprawiły ją o mocniejsze bicie serca.

- Otwieraj! Otwieraj, bo rozwalę te cholerne drzwi!

Przekręciła zamek. Uchyliła odrobinę drzwi, jednak mężczyzna pchnął je tak silnie, że się zachwiała.

- Julii nie ma. Wyjechała razem z Sylwią. - Stanęła z nim oko w oko, próbując zagrodzić wejście do mieszkania.

Spojrzał na nią z taką samą wyższością, z jaką patrzył na Julię. Nie mogła sobie darować, że przez tyle lat hołubiła tego drania. Nawet gdy rozstał się z jej córką, trzymała jego stronę. Jak mogła być tak ślepa! Robił z nią, co chciał. Podżegał przeciw jej własnemu dziecku. Tak długo mu wierzyła. Za długo!

- Po co tu przyszedłeś? Powiedziałam ci już, że Julia wyjechała.

Przecisnął się przez wąski przedpokój i wpadł do sypialni Sylwii. Otworzył szafę i sprawdzał ilość pozostawionych ubrań i zabawek. Poczuła od niego smród alkoholu wymieszanego z tytoniem.

- Przekaż swojej ukochanej córeczce, że to jej ostatnie wspólne wczasy z moim dzieckiem - wysapał jej wprost do ucha. - Niech nacieszy się małą, póki jeszcze może.

- Jeśli myślisz, że Julia odda ci Sylwię, to mocno się rozczarujesz! - Emilia założyła ręce pod obfitymi piersiami. Dusiło ją w gardle od goryczy, jaka wzbierała w niej na widok byłego zięcia plądrującego mieszkanie.

- Pismo z sądu powinno już wpłynąć. - Ocenił wyraz twarzy kobiety. - Tak, widzę po spojrzeniu szanownej mamusi, że dotarło. - Jego chichot był nie do wytrzymania. - Niech no zgadnę. Którą z was bardziej zabolało, że wkrótce zabiorę małą?

- Nigdy jej nie dostaniesz, rozumiesz?! - Matka Julii złapała się za serce. - Nigdy!

Daniel ostentacyjnie oparł się plecami o framugę drzwi. Wyjął z pomiętej paczki papierosa i przypalił zapałką. Machnął nią w powietrzu i z nonszalancją rzucił na podłogę. Wydmuchał duszący dym wprost w twarz kobiety.

- Zła wiadomość dla was jest taka, że mam zbyt dobre znajomości, żeby przegrać sprawę. - Z niesmakiem spojrzał na skromne chodniki z Ikei. - Dobra, że nie będziecie musiały włóczyć się po sądach w nieskończoność. Załatwię was na pierwszej rozprawie. Nikt nie będzie się liczył ze zdaniem tej lafiryndy. O, pardon, mojej byłej żony.

- Jesteś podły!

- Podły, ale skuteczny. - Wdeptał niedopałek w chodnik. Nacisnął klamkę. - Widzimy się na rozprawie.

- Obyś się smażył w piekle, ty szczurze!

Słyszała, jak zbiega po schodach. Nalała do szklanki zimnej wody i wysypała na dłoń tabletki uspokajające. Łyknęła dwie pigułki. Obserwowała przez szybę, jak Daniel siada za kierownicą. Odkręcił szybę i coś do niej krzyknął. Przejeżdżający samochód zagłuszył jego słowa.

Życzyła mu, żeby rozbił się na pierwszym lepszym słupie. Tak, życzyła mu śmierci. Po raz pierwszy w swoim życiu chciała, żeby kogoś spotkało najgorsze. Nie myślała tak nawet o swoim byłym mężu.

Ciśnienie rozsadzało jej głowę. Sięgnęła po jeszcze jedną pigułkę. Czuła, jak robi jej się słabo. Resztką sił doszła do łóżka i położyła głowę na flauszowym wałku.

Jak przez mgłę słyszała dzwoniący w drugim pokoju telefon.

* * *

Stały pośrodku lasu, rozglądając się za krzewami jagód. O tej porze roku większość krzaków była już ogołocona przez turystów. Sylwia z ustami wykrzywionymi w podkówkę pokazywała matce niemal pusty koszyk.

- Nie wystarczy na pierożki - westchnęła.

Julia, która do tej pory nie miała okazji bawić się w lepienie pierogów, pogładziła małą po głowie.

- Posypiemy je cukrem. Zobaczysz, jakie będą pyszne.

Co chwila zerkała na wyświetlacz komórki. Dziś miała się odbyć sekcja zwłok Laury, telefon milczał jednak jak zaklęty. Liczba kresek w prawym górnym rogu ekranu zmniejszyła się do minimum. Mogła się tego spodziewać, niemal całkowity brak zasięgu. Brak kontaktu z Michaliną, brak wiadomości o wynikach autopsji. Do tego telefon matki milczy od ponad dwóch godzin.

- Musimy wracać - powiedziała i skierowała się z powrotem w stronę ośrodka.

- Nazbierajmy szyszek. - Sylwia podskoczyła z kucek i z zapałem zaczęła buszować między drzewami. - Wieczorem porobimy z nich ludziki.

- Ludziki robi się z żołędzi, głuptasie. - Zdziwiona mina Sylwii rozbroiła Julię. - Nie pamiętasz, jak wbijałaś w nie zapałki? A potem robiłaś z babcią koniki?

- Z tobą nigdy nie robiłam ani ludzików, ani koników. - Podkówka wróciła na usta.

- Obiecuję. Daję ci moje słowo, że jak tylko pojawią się żołędzie, zrobimy z nich cały zwierzyniec. Zaniesiesz do szkoły i pokażesz innym dzieciom. Może nawet pani zrobi z nich wystawę. A teraz pozbieraj tyle szyszek, żeby wystarczyło na zrobienie misiowej rodziny.

Przystanęła, obserwując, z jakim zapałem córka zabrała się do szukania materiału na wieczorną zabawę z mamą. Tak mało czasu jej poświęca. Źle się z tym czuła. Co gorsza, zaczynała przyzwyczajać się do ciągle gryzącego ją sumienia.

- Pokaż, ile tego masz. Powinno wystarczyć. - Zanurzyła rękę w koszyku. - Powąchaj, jak pięknie pachną lasem.

Koszyk z szyszkami postawiły na stoliku na werandzie. Julia ponownie sprawdziła telefon. Nie może już dłużej czekać. To nie na jej nerwy.

- Michalina? - Zeszła ze schodków, łapiąc nikły sygnał. - Co się tam dzieje? Czemu nie dzwonisz? Przysłali wyniki sekcji? Jasna cholera, ile można czekać?! Dziś nie przyślą?

Tłumaczenie Bodnar było mętne, tak samo jak jej głos. Zmęczony i pełen rezygnacji. W słuchawce ciągle szumiało. Julia wybiegła na niewielką asfaltową uliczkę pozbawioną drzew.

- Powtórz, bo nie usłyszałam. Co z Marią Mazur? Ciało? W pociągu?

Dalsza rozmowa nie miała sensu. Julia rozłączyła się i po raz kolejny tego dnia wybrała numer do domu.

- Mamo, na miłość boską, odbierz wreszcie...

Recepcja ośrodka wczasowego "Na Wydmie" mieściła się w parterowym, betonowym baraku z lat siedemdziesiątych. Plakaty informujące o miejscowych dyskotekach i wieczorkach przy grillu wisiały na szklanych drzwiach, służąc jednocześnie za kotarę przeciwsłoneczną.

Julia posadziła córkę na ławce pod tablicą ogłoszeniową. Podeszła do recepcjonistki, która zajęta była oglądaniem kolejnego odcinka Mody na sukces. Brooke Logan po raz dwunasty wychodziła za Ridge'a Forrestera.

Chrząknęła dyskretnie. Kobieta z natapirowanymi włosami odwróciła się w jej stronę z wyraźnym ociąganiem.

- Słucham - rzuciła, nadal zerkając na pocałunki w telewizji. - W czym mogę pomóc.

- Muszę skorzystać z internetu. Jest dostęp w ośrodku?

- Bywa. - Tapir całkowicie zwrócił się w jej stronę. - Ale zanika. Sygnał znaczy się zanika. Najlepiej mieć swój, bezprzewodowy.

- Gdybym miała swój, nie stałabym tu i nie pytała o dostęp. - Julia nadal starała się być miła. - Gdzie mogę skorzystać z sieci?

Kobieta przewróciła oczami. Scena miłosna umknęła. Ridge odebrał telefon od przedostatniej żony swojego ojca i wyszedł z domu.

- Trzeba jechać do centrum, do biblioteki. Pojedzie pani do gminnego ośrodka kultury i tam zapyta.

Wyprawa meleksem do centrum Stegny kosztowała Julię przyzwoity obiad. Sylwia szła chodnikiem, zajadając zapiekankę obficie polaną keczupem. Nie wyglądała na poszkodowaną, jeden dzień bez ryby pełnej ości był do zaakceptowania.

Stanęły przed piętrowym, pomalowanym na jasny kolor budynkiem. Duże, niebieskie litery oznajmiały, że dotarły do miejscowego ośrodka kultury.

Keczup spłynął po wyjściowej sukience Sylwii. Rozmazała go ręką i spojrzała na matkę z poczuciem winy.

- Kocham cię, moja mała elegantko. - Julia wyjęła z torebki chusteczkę. Sylwia odwdzięczyła się jej uśmiechem okraszonym roztopionym, przylepionym do zębów żółtym serem.

Biblioteka zrobiła na Julii dobre wrażenie. Rzędy regałów mieściły setki, jeśli nie tysiące książek. Całkiem nieźle jak na nadmorskie miasteczko, pomyślała. Pomieszczenie było jasne i przestronne. Duże, uchylne okna wpuszczały nagrzane powietrze. Między regałami unosiły się drobinki kurzu, które wirowały w rzucanych przez słońce promieniach.

Raźnym krokiem szła w ich kierunku starsza kobieta. Ubrana w kwiecistą sukienkę przywoływała na myśl disneyowską nianię, która założywszy na nos okulary, pochylała się nad opasłymi tomami pełnymi tajemniczych baśni. Zauroczona Sylwia patrzyła na nią z otwartymi ustami. Julia szybkim ruchem domknęła rozdziawioną buzię córki. Mała tym razem uśmiechnęła się, ukazując zamiast sera przerwę po mleczaku.

- Dział z bajkami znajduje się na lewo. - Kobieta z dobroduszną miną wskazała regał pod oknem. - Pani zapewne chciałaby wypożyczyć coś dla córki? Na pewno coś znajdziemy. Mamy również doskonałe pozycje dla dorosłych, gdyby tylko zechciała pani przejrzeć katalog z tytułami.

Julia, powstrzymując Sylwię wyrywającą się do działu dla dzieci, pokręciła przecząco głową.

- Słyszałam, że można tu skorzystać z internetu. Skierowano mnie z ośrodka nad morzem, potrzebuję zajrzeć na kilka stron. To bardzo ważne.

Bibliotekarka westchnęła i skierowała się do części z gazetami, obok której znajdowało się stanowisko z komputerem.

- Młodzi nie czytają już tyle, co kiedyś. Internet zabiera nam czytelników. Nawet dzieciaki wolą uderzać w klawisze, zamiast skupić się na czytaniu. To takie smutne. Proszę, niech pani korzysta. Na monitorze jest napisane hasło do logowania. Chodź, kochanie - zwróciła się do kręcącej się niecierpliwie Sylwii. - Tu jest kącik małego artysty, możesz przez ten czas namalować mamie pięknego motyla.

Sylwia ochoczo zabrała się do roboty. Julia kątem oka widziała, jak mała podczas rysowania wysunęła język do połowy brody. Moje dziecko opóźnia się w rozwoju, pomyślała z trwogą.

Załadowanie przeglądarki trwało zaledwie chwilę. Odczekała, aż bibliotekarka zniknie za regałem z książkami zajęta obsługiwaniem czytelników. Wpisała kilka wyrazów i nacisnęła "enter". Na ekranie zaroiło się od odnośników i opisów. W skupieniu przewijała strony, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.

* * *

- Odwiedziny możliwe tylko dla najbliższej rodziny. - Strażnik stanął w drzwiach i zagrodził Kornatowskiej wejście do budynku. Wyrwany ze szponów panującego bezrobocia robił wszystko, aby ponownie nie wylecieć z pracy. - Nie wpuszczę bez zgody ordynatora.

Rozejrzał się, szukając przy okazji świadków swojej wzorowej postawy. Jego poprzednik został zwolniony zaledwie kilka tygodni temu, bynajmniej nie za nadgorliwość.

- Jestem dla tej dziewczyny jedną z najbliższych osób. Można śmiało rzec, że zastępuję jej matkę. To narzeczona mojego syna, widział pan może informacje w gazetach? - Irena Kornatowska postanowiła dotrzeć do Pauli za wszelką cenę.

Strażnik ani nie wiedział, ani nie miał zamiaru dowiedzieć się, kim jest wystrojona w jedwabie kobieta. Wiedział tylko, że jego żona, z którą był od siedemnastu lat, wygląda i pachnie trochę inaczej.

- Jestem pewna, że ordynator nie miałby nic przeciw temu, abym zajrzała do niej na kwadrans i upewniła się, że wszystko jest w porządku. Pan, jak mniemam, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak ważne jest wsparcie bliskich w tym ponurym miejscu. Widać po pana twarzy, że jest pan nie tylko wrażliwy, ale i nad wyraz bystry.

Ochroniarz wypiął dumnie pierś i błysnął zębami w szczerym zachwycie nad swoją osobą, ale nie ruszył się ani na krok od wejścia.

- Nie mogę, takie przepisy. Tylko rodzina.

Kornatowska zdjęła z głowy kapelusz i zaczęła wachlować się, wymachując nim przed nosem mężczyzny.

- Co za potworny upał. - Musnęła palcami dekolt. - Od tej spiekoty kropelki potu spływają mi aż za sukienkę. Niech pan spojrzy, palce mam całkiem mokre.

Wzrok strażnika powędrował za ruchem jej palców, które zagłębiły się między piersiami.

- Trochę mi słabo. Od zawsze źle znoszę taką pogodę. Jeszcze chwila, a zemdleję. - Na potwierdzenie tych słów przymknęła oczy i zaczęła gwałtownie łapać ustami powietrze. - Proszę mi podać rękę, czuję, że zaraz osunę się na ziemię.

Widok falujących pod sukienką piersi unoszonych szybkimi oddechami wywołał w nim chęć natychmiastowego niesienia pomocy tej słaniającej się na nogach, niesłychanie atrakcyjnej kobiecie. Jej zroszone potem czoło umocniło go w przekonaniu, że jeśli jej w tej chwili nie pomoże, niezbędna będzie interwencja lekarska. Poprawił szybkim ruchem czapkę z napisem "ochrona" i otworzył drzwi kliniki. We wnętrzu było przyjemnie chłodno. Podprowadził ją do niewielkiej poczekalni i usadził na jednej z dwóch welurowych kanap, na których zwykle oczekują rodziny chorych lub interesanci.

Irena, nadal z przymrużonymi powiekami, oddychała szybko, lecz miarowo. Zsunęła ze stóp pantofle i wyciągnęła nogi na kanapie. Oblizała usta, dając do zrozumienia, że z chęcią napiłaby się wody.

- Byłby pan tak uprzejmy?

Kiwnął pośpiesznie głową i oddalił się w kierunku kuchni. Po chwili wrócił, niosąc szklankę i butelkę zimnej wody mineralnej. Kanapa była pusta.