ROZDZIAŁ IX
Julia usiadła na ganku z papierosem i próbowała zebrać myśli. Kupiła
paczkę mentolowych LM-ów, rozgrzeszając się życiem w ustawicznym
stresie. Wciągnęła dym w płuca.
To wszystko stało się tak szybko. Trzy dziewczyny w odstępie zaledwie
kilku dni. Seria z automatu. Śmierć Marii Mazur była nie tyle zagadkowa,
ile wręcz niewiarygodna. Kolejna ofiara czy może zgon, który nastąpił na
skutek ukrytej choroby lub nieszczęśliwego wypadku? Otóż to. Przypadek
czy celowe działanie? Czy możliwa jest śmierć w pociągu, gdzie
przewijały się dziesiątki osób, a wszystko rozegrało się w biały dzień?
Gdyby ktoś chciał ją skrzywdzić, zrobiłby to w odosobnieniu, nie przy
świadkach. Drzwi toalety były zamknięte od wewnątrz. Tak samo okno.
Ucieczka przez wywietrznik niewiele większy niż ludzka głowa była
niemożliwa. To musiał być nieszczęśliwy wypadek. Poślizgnęła się na
mokrej od moczu podłodze i osuwając, uderzyła głową o sedes. Głupszej
śmierci nie sposób sobie wyobrazić. Biedna dziewczyna. Tak była przejęta
zaginięciem Laury. Wtedy nie sądziła jeszcze, że lada dzień podzieli jej
los.
Z rozmyślań wyrwał Julię podwójny sygnał nadejścia SMS-a. Zaciągnęła się
ostatni raz i zdeptała papierosa na schodku. Kopnęła niedopałek w piach
zalegający pod domem. Wylądował obok plastikowego widelca i innych
petów.
Matka czy Michalina? Nacisnęła kciukiem klawisz w telefonie. SMS nie
przyszedł z żadnego znanego jej numeru. Zawierał tylko jedno słowo:
"Zrezygnuj".
* * *
Sońka wylała resztki piwa do zlewu i opłukała szklankę pod strumieniem
zimnej wody. Wytarła ręce o spodnie i sięgnęła po paczkę papierosów.
- Zapalisz? - Wyciągnęła dłoń w stronę gościa.
Podpaliła najpierw sobie, potem jemu. W kuchni uniosły się dwie smugi
dymu.
- Dzięki za nocleg. - Robert włożył do ust zwinięty w rulon kawałek
żółtego sera. - Odwdzięczę się przy okazji.
Wzruszyła ramionami.
- Nie trzeba. Nie robię tego z przymusu. Chcę ci pomóc. Po prostu.
Chciał strzyknąć śliną, ale zreflektował się w ostatniej chwili. Wskazał
brodą leżący na podłodze plecak pogryzmolony długopisem lata temu.
- Wieczorem się wyniosę, nie chcę cię narażać.
Sońka zdusiła papierosa i usiadła przy stole. Podparła brodę ręką i wpatrzyła się w jasne włosy chłopaka.
- Może to zabrzmi głupio, ale przy tobie czuję się bezpieczna. Po raz
pierwszy w życiu.
Robert zmarszczył czoło i wypuścił dym nosem.
- A co z Brunonem? Odstawiłaś go na bok?
- Sam się odstawił. - Podniosła się z krzesła i wyjrzała przez okno.
Nadal było jej przykro po tym, jak ją potraktował w centrum handlowym. -
Nie chcę o nim mówić, nie warto. Skończony drań.
Usłyszała za plecami prychnięcie, a potem drwiący śmiech. Bardziej
wymuszony przez sytuację niż szczery.
- Wiem. Dlatego był mi potrzebny. Tacy jak on nie zastanawiają się nad
tym, co robią. Można się nimi posłużyć jak zabawką, narzędziem czy
choćby pistoletem.
- Myślałam, że jest twoim przyjacielem.
Podniósł na nią wzrok. Naiwna mała wierzyła w prawdziwą przyjaźń. Za
mało zna życie.
- Nigdy nim nie był. Miał mi wyświadczyć przysługę, to wszystko.
- I wyświadczył?
- W jego interesie jest, żeby zrobił to, co do niego należy. Ktoś, kto
zaszkodził mojej rodzinie, nie będzie już wchodził nam w drogę.
Sońka przyjrzała mu się z uwagą. Należała do tych dziewczyn, które nie
mogą zdecydować się, którą stronę życia wybrać. Jednego dnia uciekają
przed policją po nocnej rozróbie, po to tylko, aby następnego dnia
pielęgnować psy w schronisku lub rozdawać obiady w domach pomocy.
Wiedziała, że przeszłość Roberta nie jest krystalicznie czysta. Nie
przeszkadzało jej to, że w końcu gliny namierzą jej mieszkanie. Ważne,
że czuła się przy nim swobodnie, zupełnie inaczej niż przy Brunonie. To,
co dotyczyło Brunona, przestało ją interesować tamtego dnia, kiedy
zostawił ją samą pod dworcem. Robert był inny. Nie krzywdził.
- Słyszałam o twojej siostrze. Nie znałam jej, ale mimo to bardzo mi
przykro. Ten, kto to zrobił, powinien trafić na stryczek.
Widziała, jak jego szczęka zaciska się i sztywnieje. Wbił wzrok w pękniętą płytkę PCW.
- Pójdziesz na pogrzeb?
Nie odpowiedział. Podniósł się z krzesła i naciągnął na głowę kaptur.
- Kiedy wrócisz? - zapytała cicho.
- Nie wiem. - Stanął przed nią i ujął jej drobną twarz w dłonie.
Nachylił się nad nią, jakby przymierzał się do pocałunku. Przejechał
palcami po wytatuowanym na szyi kolibrze. - Nie czekaj.
* * *
Artur Maciejewski zamknął za sobą drzwi gabinetu i skierował się do sali
konferencyjnej. Za pół godziny miało odbyć się spotkanie z lekarzami z czterech centrów neuropsychiatrii z województwa mazowieckiego. Pod pachą
trzymał wydruki prezentacji, jaką przygotował na dzisiejszą konferencję
z zakresu psychogeriatrii.
Minął stojący na korytarzu wózek inwalidzki i zbiegł schodami na niższe
piętro. Nacisnął klamkę drzwi dzielących część administracyjną od
pokojów chorych, kiedy poczuł na ramieniu czyjś dotyk. Odwrócił się
gwałtownie. Za jego plecami stała Paulina. Naciągała na czoło chustkę,
starając się ukryć ogoloną głowę.
- Nie możesz opuszczać pokoju. - Maciejewski starał się zachować spokój.
- Nie możesz również spacerować po ośrodku. - Odłożył wydruki na stojący
obok drzwi wózek do rozwożenia leków. - Odprowadzę cię.
Paula posłusznie zawróciła w stronę pokoju. Pozwoliła położyć się do
łóżka. Ciepłe palce doktora dotknęły jej twarzy, kiedy zaglądał jej w źrenice i badał puls.
- Wygląda na to, że kryzys minął. Ale nie wypuszczę cię stąd, dopóki nie
będę miał pewności, że twój stan jest stabilny. Jest jeszcze za wcześnie
na samodzielne spacery po klinice. Nie rób tego więcej.
Czekał, aż dziewczyna kiwnie głową. Patrzyła jednak na niego, jakby
widziała go po raz pierwszy. Jej oczy na powrót przypominały oczy
spłoszonego zwierzęcia, jakie zobaczył, gdy zabierał ją ze szpitala
miejskiego. Zacisnęła na piersiach koszulę i odwróciła się do niego
plecami.
- Chyba jednak pośpieszyłem się z optymistyczną diagnozą - mruknął pod
nosem. - Takie wahania emocjonalne szybko nie miną. Zapowiada się, że
zostaniesz u nas dłużej, niż mi się pierwotnie zdawało. - Położył dłoń
na jej głowie. Drgnęła i skuliła się, rzucając mu przez ramię wylęknione
spojrzenie. - Ktoś cię porządnie nastraszył, ale jesteś w dobrych
rękach. - Uśmiechnął się do niej. Zamknęła oczy, aby na niego nie
patrzeć.
* * *
Michalina weszła do gabinetu Zasępy i trzasnęła drzwiami. Spojrzał na
nią zza szkieł, po czym zdjął okulary i położył je na stercie gazet
piętrzącej się na rogu biurka.
- Wyniki jeszcze nie dotarły. - Rozłożył bezradnie ręce, wyprzedzając
jej pytanie. - Od godziny próbuję dodzwonić się do patologa. Telefon
milczy, jakby to była niedziela, a nie zwykły dzień pracy.
- Daj mi numer. Nie patrz tak, tylko podaj mi numer do Lipskiego. Za
kilka minut będzie dzwoniła Julia. Wścieknie się, jak jej powiem, że
nadal nic nie mamy.
Zasępa niechętnie sięgnął do notesu. Nie dość, że waruje pod telefonem
od świtu, to jeszcze ta nieopierzona smarkula będzie udowadniać, jaka
jest skuteczna. Bodnar wystukała siedmiocyfrowy numer. Nikt się nie
zgłaszał. Odchrząknęła i spróbowała ponownie.
- Podaj jakiś inny. Muszą mieć jakieś dodatkowe numery.
Kolejny numer również nie odpowiadał.
- Albo pomarli, albo jest jakaś awaria. - Rzuciła słuchawką. Poczuła
wibrowanie w kieszeni spodni. Spojrzała na wyświetlacz. - To ona. Zaraz
dowiem się, jaka jestem beznadziejna. A ty się nie ciesz. Nie jesteś
lepszy.
Kilka minut rozmowy z Julią wystarczyło, aby roztrzęsiona sięgnęła po
tabletkę na ból głowy.
- No i? - Zasępa powolnym ruchem nalał sobie mrożonej herbaty. - Widzę,
że się nie patyczkuje. Oto jej prawdziwe oblicze. Nie możesz liczyć na
litość, gdy Krawiec prowadzi sprawę, a po drodze coś nawala. Przyzwyczaj
się do tego.
Michalina przechyliła butelkę z wodą i wylała kilka kropel na dłoń.
Potarła nią rozgrzany kark.
- To, że twarda z niej sztuka, to było wiadome od samego początku. Nie
spodziewałam się jednak, że potrafi tak wybuchnąć. Jest naprawdę
wściekła.
- Nie dziw się. Nie dość, że ma prywatne problemy, to na dodatek robota
stoi w miejscu. Właściwie powinienem odwrócić kolejność: nie ma dla niej
niczego gorszego od śledztwa, które utknęło w martwym punkcie.
- Mamy przecież kilka punktów zaczepienia. - Michalina kopnęła nogą
zawinięty chodnik.
- Z których na razie nic nie wynika. Sprawdziłaś, kto będzie prowadził
sprawę śmierci tej dziewczyny z pociągu?
- Oboje z Julią jesteście szurnięci. - Michalina zaczęła stukać palcami
o oparcie krzesła. - Pytała mnie o to samo, toczy was ta sama
podejrzliwość. A jeśli to było zwykłe omdlenie, w wyniku którego
nastąpiła śmierć?
Wstukała dane dziewczyny do bazy. Wyglądało na to, że nazwisko Marii
Mazur nie zostało jeszcze wprowadzone. Żadnej wzmianki, nie mówiąc o fotografii z miejsca zgonu.
- Pójdę do siebie podzwonić, może uda mi się namierzyć ludzi od tej
sprawy. - Michalina wyraźnie zmarkotniała. - A ty nie patrz takim
żałosnym wzrokiem, tylko łap za słuchawkę i dzwoń do Lipskiego. W przeciwnym razie kolejne starcie z Julią weźmiesz na siebie. Mnie tej
słodyczy na dziś wystarczy.
* * *
Eryk wyłączył telewizor, w którym leciał stary francuski film, i rzucił
pilota na kanapę.
- Co, braciszku? - Karol odstawił przeczytaną książkę na półkę i wyciągnął kolejną. Zaczął przerzucać kartki. Fabuła mu nie podeszła,
książka wróciła na swoje miejsce. - Męczysz się, widząc, że da się
zagrać rolę na poziomie? Biedny, niedoceniony aktorzyno...
- Skuć ci pysk? - Pięści Eryka zacisnęły się, aż wyszły na nich żyły.
- Nerwy cię zjadają! Jaka szkoda, że nie wykorzystasz swego potencjału
na deskach teatru lub choćby w jakimś drugorzędnym filmie, który z wypiekami na twarzy oglądaliby na dobranoc pensjonariusze w Ciechocinku.
Niepodobna, aby taki talent marnował się na tym zadupiu!
Obserwował, jak dyszy. Od kilku dni czuł dziką satysfakcję i podniecenie, patrząc, jak docinki rzucane młodszemu bratu wywołują w nim
furię. Po raz pierwszy poczuł płynącą z tego przyjemność, kiedy
zrozumiał, że groźby i ubliżania Eryka są mu całkiem obojętne. Jeszcze
rok temu drżał na samą myśl o tym, że brat rzuci mu kolejną uwagę w stylu "zabieraj stąd swoje dziadowskie dupsko!" albo równie gorzkie
"wynoś się na ulicę, moja matka nigdy nie powinna cię stamtąd
zabierać!". Nie poznawał sam siebie, kiedy przestał przemykać chyłkiem
przez dom i zamykać się w swoim pokoju, aby nie narażać się na docinki
Eryka. Wszystko się zmieniło. Czuł, że teraz on rozdaje karty.
- Widzę lekkie napięcie? Może się napijesz? - Przechylił głowę w udawanej uprzejmości. - O, przepraszam! Powinienem raczej zapytać: może
zalejesz swą aktorską mordę tak jak co dzień? Podać kieliszek czy od
razu całą butelkę? Matka na pewno będzie z ciebie dumna, jesteś przecież
jej oczkiem w głowie!
- Ty znajdo! - Eryk poderwał się z kanapy i stanął oko w oko z bratem. -
Kąsasz rękę, która cię karmi?! Mało żeś się zabawiał na nasz koszt,
kiedy matka z ojcem harowali za granicą?
- O ile mnie pamięć nie myli, to utrzymywałem się za swoje, podczas gdy
ty balowałeś po nocach, wyrywając Bóg wie jakie męty z szemranych klubów
nocnych!
Eryk stanął w rozkroku i założył ręce za siebie.
- Tu cię boli! - Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. - Nie
możesz znieść myśli, że zawsze miałem powodzenie. No bo kim ty jesteś
przy mnie? Pomocnikiem badylarza? Na dodatek za kilka tygodni żenię się
z najładniejszą dziewczyną, jaką widziałeś w swym nędznym życiu. Co?
Krew cię zalewa na myśl, że Paulina zostanie moją żoną?
- Na twoim miejscu nie byłbym tego taki pewien. Poza tym na co ci żona,
ty śmieszny...
- Ani słowa! - Wskazujący palec Eryka dotknął czubka nosa brata. - Radzę
ci nie szykować garnituru na mój ślub. Nie będziesz mile widzianym
gościem.
- Żadnego ślubu nie będzie. - Karol odsunął od twarzy wyciągniętą rękę.
- Oboje z matką o to zadbamy.
- Ty gnojku! - Eryk doskoczył bliżej i zacisnął palce obu rąk na gardle
Karola. - Dobrze ci radzę, nie pogrywaj ze mną.
- Grozisz mi? - Chłopak odczekał chwilę, po czym bez problemu
wyswobodził się z uścisku. - Zobaczymy jeszcze, który z nas zaśmieje się
ostatni. Coś mi podpowiada, że za nawrót alkoholowej agresji ponownie
trafisz do zakładu. - Z lubością wpatrywał się w rozszerzone źrenice
Eryka. - Wiesz, że jedna mała obdukcja wystarczy, żeby zamknąć cię na
kolejnych kilka miesięcy? Zapomniałeś już, na jakich warunkach
wyszedłeś? Ha! Zabrakło ci słów? Ty idioto! Nawet nie wiesz, jak
wspaniale się spisałeś. Odciski twoich palców na mojej szyi potwierdzą,
że nadal nie panujesz nad sobą. Wystarczy zrobić małe "cyk" i pozostanie
pamiątka. A skoro zagrażasz swemu ukochanemu bratu, to kto może w twojej
obecności czuć się bezpiecznie?
Eryk zrobił dwa kroki do tyłu. Nerwowo zaciskał i rozprostowywał palce
rąk.
- Nie zrobisz tego. Nie śmiesz!
Karol podszedł do wiszącego na ścianie lustra i podziwiając czerwone
pręgi na swej szyi, posłał mu szyderczy uśmiech.
* * *
Spacer po lesie zamiast oczekiwanego rozładowania emocji pogłębił w Julii poczucie winy i wywołał irytację. Nie tak to sobie wyobrażała.
Zostawiając sprawę Michalinie, wierzyła, że ta zrobi choćby mały krok
naprzód. Tymczasem śledztwo tkwiło w martwym punkcie i nie zapowiadało
się na cud. Czeka ją półtora tygodnia wpatrywania się w komórkę i liczenia na ratunek nie wiadomo skąd. Przysłany wczoraj SMS od komisarza
Stefaniaka był pełen wyrzutów. Do dupy z taką robotą.
I jeszcze ta tajemnicza wiadomość. Co miało oznaczać "zrezygnuj"? Czy
było próbą powstrzymania jej przed odkryciem, kto stoi za uprowadzeniem
Pauli i śmiercią Laury? A może Daniel bawi się z nią w jakąś idiotyczną
grę, chcąc nastraszyć i nakłonić do oddania mu Sylwii? Zwariuje, jeśli
nadal będzie tu tkwić i pogrążać się w domysłach. Istna paranoja, a pośrodku tego wszystkiego ona, samotna matka z dzieckiem na przymusowym
wygnaniu trzysta kilometrów od domu.
Nad lasem przeszedł przelotny deszcz. Zdjęła z włosów małej naniesione
wiatrem igliwie i naciągnęła jej kaptur na głowę. Sylwia szła noga za
nogą wyraźnie zmęczona. Co kilka sekund pociągała nosem. Jedyna korzyść
z nadmorskiej wyprawy, że rzadziej sięgała po inhalator, bez którego nie
mogła obejść się w mieście.
Doszły do siatki ogradzającej teren ośrodka. Julia przystanęła i rozejrzała się po ociekających deszczem liściach. Chciało jej się śmiać
i płakać zarazem. Miała ochotę zadrzeć głowę i wykrzyczeć z siebie całą
nagromadzoną wściekłość i żal. Gdyby mogła, wydarłaby się aż do
ochrypnięcia.
Spojrzała w niebo. Krople deszczu uderzyły ją po policzkach.
- Mamo! - Zza pleców dobiegł ją płaczliwy głos Sylwii. Stała przemoczona
i zziębnięta, ściskając w rękach Basię.
- Już idziemy, kochanie. - Zamknęła oczy i starała się przestać istnieć
choćby na parę sekund. - Zaraz będziemy w domu, dziecinko.
Strzepnęła krople deszczu z prochowca i rozwiesiła go na oparciu
krzesła. Nie miała ochoty na zakupioną przy ośrodku pizzę. Sylwia zjadła
obie porcje i z pełnym brzuchem umościła się na zdezelowanym fotelu.
Siedziała ubrana w piżamę i oglądała bajkę o gumisiach.
- Jesteś zła, mamo? - Oderwała oczy od telewizora i podparła brodę
piąstką. - Wcale się nie uśmiechasz. Znów mnie nie lubisz?
Julia odłożyła na stół swoje notatki, w których usilnie próbowała
doszukać się jakiegoś sensownego powiązania wątków śledztwa. Dziesiątki
skreśleń, postawionych na papierze znaków zapytania kłębiły się jej
przed oczami.
- Co mówisz, kochanie? Przepraszam, nie dosłyszałam.
- Nie, to nic takiego. Nie chciałam ci przeszkadzać. - Dziewczynka
przytuliła mocniej Basię i naciągnęła koc na ramiona. - Dobranoc.
- Co? Tak, dobranoc. Śpij smacznie. - Julia z powrotem pochyliła się nad
papierami. Gdy za oknem zrobiło się ciemno, przeniosła córkę z fotela do
łóżka i wyłączyła telewizor. Sięgnęła po telefon i wyszła na werandę.
- Mamo, to ja. Nie odbierałaś telefonu, coś się stało? Był u nas? Co za
bydlak... Nie, staram się nie denerwować, już za dużo krwi mi napsuł.
Mamo, posłuchaj mnie. Musisz coś dla mnie zrobić. Wiem, że będziesz
miała o mnie jak najgorsze zdanie, ale po raz kolejny muszę prosić cię o pomoc. To naprawdę ważne. Posłuchaj...
ROZDZIAŁ X
Była siódma wieczorem, gdy drzwi komisariatu otworzyły się i do gabinetu
spokojnym krokiem weszła Julia. Zamknęła uchylone okno i usiadła za
biurkiem, na którym wyjątkowo, oprócz brudnego kubka po kawie, nic nie
stało. Wiecznie piętrzące się papiery zniknęły wraz z jej wyjazdem nad
morze. Tak, ten widok zdecydowanie należał do rzadkości.
Powiesiła torbę na poręczy krzesła i włączyła małą, zieloną lampkę.
Wciągnęła w płuca zapach biurowego kurzu, poczuła się wreszcie u siebie.
Uśmiechnęła się na widok stojącego na biurku Michaliny lakieru do
włosów.
Sięgnęła do torby i wyjęła teczkę z napisem "23". Przewracała kartki,
nanosząc na nie swoje zapiski i uwagi poczynione podczas tych kilku dni
pobytu nad morzem. Nie było tego dużo, odcięta od bieżących spraw będzie
musiała nadgonić stracony czas.
Tej nocy nie wróciła do domu. Wyłączyła lampkę kilka minut po czwartej i położyła głowę na zdjętym z pleców swetrze.
- Wszelki duch! Co tutaj robisz? - Michalina szarpała ją za ramię, aż
otworzyła oczy. - Nie pomyliłaś lokalizacji? O ile sobie przypominam,
powinnaś machać łopatką i grabkami jeszcze przez półtora tygodnia. Babki
z piasku nie wychodziły i postanowiłaś do nas wrócić?
- Babki? Owszem, wychodziły, ale bokiem. Zdecydowanie wolę wsadzać do
paki niegrzecznych chłopców - mruknęła Julia, nie mogąc dojść do siebie
po zbyt krótkiej nocy.
Wymierzyła palec wskazujący w stronę ekspresu do kawy.
- Zaraz zaparzę. - Michalina zerknęła w szybę, upewniając się, czy
fryzura dobrze się układa. - Ty idź umyj zęby i przetrzyj oczy. Pamiętam
dni, gdy wyglądałaś znacznie lepiej. Nawet nie zawiozłaś walizki do
domu? - Zatrzymała wzrok na stojącym w kącie bagażu. - No, tak. Tu jest
twój dom, byłabym zapomniała.
- Nie ironizuj.
- Co zrobiłaś z Sylwią? Oddałaś Danielowi na przechowanie?
- Słabiutki ten twój dowcip. - Julia podniosła się zza biurka i związała
włosy w supeł. - Sylwia ma teraz najlepszą opiekę, jaką można sobie
wymarzyć.
- Chyba nie powiesz, że zaciągnęłaś nad morze swoją matkę?
Odpowiedziało jej wzruszenie ramionami.
- Nie miałam innego wyjścia. Nie mogłam zostać tam ani dnia dłużej.
Zaczynałam powoli wariować od tych babek, materaców, braku dostępu do
internetu, braku wszystkiego. Mam nadzieję, że Sylwia mi to wybaczy.
Kocham ją ponad wszystko, ale dwa tygodnie nicnierobienia, podczas gdy
śledztwo w powijakach, to ponad moje siły. - Wyciągnęła z walizki
pomiętą kosmetyczkę i zamachała nią Michalinie przed nosem. - Idę do
łazienki. Jak wrócę, chcę mieć gorącą kawę na biurku. I koniec tego
obijania się. Dzwoń po Zasępę, chcę go widzieć za kwadrans. Powiedz mu,
żeby nie pokazywał się bez wyników sekcji zwłok Laury Majcher.
- Nie gwarantuję...
- Żadnych takich. - Odwróciła się od drzwi. - Niech je wykopie choćby
spod ziemi.
* * *
Robert nacisnął dzwonek przy bramie wejściowej więzienia. Umieszczona
nad metalowymi drzwiami kamera obróciła się z mechanicznym pomrukiem.
Poprawił plecak na ramieniu i ponownie wcisnął guzik. Drzwi się
uchyliły.
Kiedy przekraczał granicę między światami, zamknął oczy. Otworzył je,
gdy za plecami usłyszał dźwięk zatrzaskującej się zasuwy. Spojrzał w górę. Plątanina metalowych drutów piętrzyła się na wysokości kilku
metrów ponad szarymi murami otaczającymi to koszmarne miejsce. Popychany
przez strażnika, zrobił krok naprzód. Widział, jak stojący na wieży
wartownik obrócił się i z idiotycznym uśmiechem wycelował lufę karabinu
w jego stronę.
Szedł noga za nogą w kierunku szarego, betonowego budynku
przypominającego elektrownię atomową. Właśnie tak widział to miejsce:
odrażające, odosobnione, po prostu straszne.
Wsunął rękę z przepustką przez zakratowane okienko.
- Dwadzieścia cztery godziny po czasie. - Chudy oficer przybił stempel z datą i wrzucił świstek do dziennika więziennego. - Mam nadzieję, że było
warto. - Wykręcił numer wewnętrzny i połączył się z dyrektorem
więzienia. Krótka wymiana zdań składała się głównie ze słów: "zameldował
się", "tak jest", "odesłać". Gdy odłożył słuchawkę, kiwnął dłonią na
towarzyszącego Robertowi strażnika. - Wsadź gówniarza z powrotem pod
czternastkę. Jak posiedzi dodatkowych kilka miesięcy, to odechce mu się
wagarów na całe życie.
Szli w ciszy długim korytarzem mijani przez więzienny personel. Dwóch
ubranych na szaro funkcjonariuszy zaglądało przez wizjer do kolejnych
cel. Kiwnęli porozumiewawczo głowami, jeden z nich cmoknął i rzucił
niewybredny żart drugiemu. Rechot poniósł się echem po betonie.
Strażnik przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi czternastki. Robert
spojrzał na niego spode łba i spokojnym krokiem wszedł do swojej celi.
* * *
Marlena odpięła pasy bezpieczeństwa i odsunęła plastikową osłonkę w oknie samolotu. Ponad osiem godzin lotu zmęczyło ją do tego stopnia, że
marzyła już tylko o rozprostowaniu nóg i gorącej kąpieli. Gdy koła
maszyny dotknęły pasa, ukradkiem przeżegnała się, dziękując Bogu za
szczęśliwe lądowanie.
Zgarnęła spod przedniego siedzenia swoją torbę i sprawdziła, czy nic nie
wysypało się na podłogę. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu.
Ukradkiem przypudrowała nos i podniosła się z fotela. Tłum pasażerów
zerwał się do wyjścia i przepychał się w ciasnym przejściu. Nie znosiła
lotów. Tolerowała tylko przeloty między stanami Ameryki. Szybko i bezboleśnie.
Powiew świeżego powietrza podziałał na nią ożywczo. Zeszła po schodkach
i postawiła pierwszy krok na płycie lotniska. Bardzo chciała poczuć ten
długo oczekiwany dreszcz na plecach, kiedy dotknie stopami polskiej
ziemi. Podczas lotu wielokrotnie starała się to sobie wyobrazić. Była
ciekawa, jak odnajdzie się w nowym starym kraju, o którym tak wiele
słyszała. Ścisnęła w ręku amerykański paszport, który otwierał przed nią
wiele możliwości, podobnie jak dyplom ukończenia socjologii na
Uniwersytecie Nowojorskim.
Przetarła szkła okularów i wsiadła do podstawionego autokaru.
Obserwowała ludzi, którzy byli teraz jej rodakami. Jedni ładni i zadbani, drudzy spoceni i niechlujni. Nic nowego, jak wszędzie. Stała
pośród tłumu, przyciśnięta do szyby. Oddychała spokojnie.
Kierowca włączył silnik. Autokar gładko potoczył się wzdłuż wyznaczonych
na płycie pasów.
Zaproszenie przyszło znienacka. Nie żeby się tego zupełnie nie
spodziewała. W głębi duszy nie sądziła jednak, że będą o niej pamiętali.
Ludzie obiecują coś, zapewniają, a potem z dnia na dzień zrywają
znajomości i żyją swoim życiem. Kiedy widziała ich po raz ostatni,
pakowali się i dopinali na gwałt ostatnie sprawy. Kiwała uprzejmie
głową, słuchając, jak mówią do niej, że zaproszą, że przyjedzie i zobaczy Polskę. Może nawet zostanie na stałe.
Gdy przyszedł list, siedziała na dywanie w swoim wynajętym mieszkaniu na
Greenpoincie, zachodząc w głowę, czy zostawić to wszystko, co do tej
pory z niemałym trudem udało jej się poukładać, i czy aby nie będzie
żałować. Postanowiła spróbować. Koszt biletu w jedną stronę został
pokryty przez nich. Wysupłała jedynie parę dolarów na prezenty, aby nie
pokazywać się z pustymi rękami. Wrzuciła do walizki kilka sukienek oraz
książki, z którymi nie potrafiła się rozstać, i zadzwoniła po taksówkę.
Taksówkarz wiedział o Polsce tylko tyle, że leży gdzieś w Europie. Tym
bardziej zapragnęła tu dotrzeć.
Rodzice, emigranci z lat osiemdziesiątych, nigdy nie wrócili do kraju.
Ojciec wyszedł pewnego dnia z domu po paczkę papierosów i już nie
wrócił. Matka zmarła na raka trzy lata temu. Przed jej śmiercią Marlena
obiecała matce, że skończy studia. Dotrzymała słowa, matka odeszła w spokoju. Od tego czasu szukała zapomnienia w książkach i nauce. Nie
potrafiła przywiązać się do ludzi ani do miejsc. Nie trzymało jej tam
nic oprócz wspomnień.
Bus zakręcił i zatrzymał się przed rozsuwanymi drzwiami wejściowymi. Nie
spieszyła się, poczekała, aż rozgorączkowany tłum opuści pojazd. Wyszła
ostatnia. Wilgotne powietrze znów uderzyło ją w twarz. Skierowała się do
hali po odbiór bagażu. Czarne taśmy przesuwały się wraz z podskakującymi
na nich torbami. Patrzyła, jak rodzice szarpią się nerwowo z dziećmi
chcącymi przejechać się dookoła z bagażami.
Złapała walizkę za uchwyt i pociągnęła ją w kierunku wyjścia. Przeszła
szklanymi drzwiami. Zaczęła przedzierać się przez tłum witających i podróżnych. Padali sobie w ramiona i tulili się do siebie po długiej
rozłące. Wyciągnęła szyję, szukając znajomej twarzy. Poczuła, jak ktoś
uderza ją delikatnie w plecy. Odwróciła się. Twarz kobiety była
nienaturalnie pogodna.
- Długo na ciebie czekałam - wyszeptała jej do ucha. - Chodź, zabiorę
cię do domu. Samochód czeka na zewnątrz.
Ruszyła przodem. Zgiełk panujący na lotnisku zawsze ją przytłaczał,
chciała jak najszybciej wydostać się z zatłoczonej hali. Irena
Kornatowska szła za nią, starając się nie spuszczać wzroku z jej pleców.
- Przepraszam, nie dosłyszałem. Pani, zdaje się, coś mówiła? - Młody
mężczyzna w szarym garniturze uśmiechnął się do Kornatowskiej,
przesłaniając jej widok oddalającej się sylwetki Marleny. Wyminęła go
pośpiesznie.
- Pomyłka, zdawało się panu.
- Jestem pewien, że słyszałem, jak pani mówiła coś o długu do spłacenia.
- Mężczyzna zrobił kilka kroków w jej kierunku.
Kornatowska przyspieszyła, szukając wzrokiem kraciastej bluzki
dziewczyny. Mężczyzna ruszył za nią. Zirytowana przystanęła i wysyczała:
- Proszę odejść. Nic nie powiedziałam, musiał się pan przesłyszeć. -
Widząc jego okrągłe ze zdziwienia oczy, szybko dodała łagodnie: - To się
zdarza w takim zgiełku jak tu.
Gdy zamknęły się za nią szklane drzwi lotniska, odwróciła się i spojrzała za siebie. Stał tam nadal i przewiercał ją wzrokiem. Potem
przeniósł niespokojne spojrzenie na Marlenę.
* * *
Zasępa wkroczył do pokoju z kwaśną miną. W jednej ręce trzymał kilka
zapisanych drobnym drukiem kartek, w drugiej pudełko jednorazowych
chusteczek. Przystanął na chwilę i kichnął, zasłaniając nos
przedramieniem. Położył przyniesione rzeczy na stole i opadł na stojące
przy biurku krzesło. Szklistymi od kataru oczami szukał zrozumienia na
twarzach przyglądających mu się bacznie Julii i Michaliny. Julia, nie
zwracając uwagi na jego cierpiętniczą minę, sięgnęła chciwie po
dokumenty.
- Tylko tyle? - spytała z wyrzutem. - Mało tego, nie postarali się.
- Więcej nie będzie. - Zasępa sięgnął po chusteczkę. - Poza tym ciągle
mamy zbyt mało próbek do badania. Oprócz ciała Laury wysłaliśmy do
laboratorium jedynie tekturowe pudełko po ptaku. Nie wiem, czego się
więcej spodziewałaś.
- Czytaj na głos. - Michalina przysiadła się do stołu. Przycupnęła w bezpiecznej odległości i ostentacyjnie zasłoniła nos i usta dłonią.
- Mamy zatem opis sekcji zwłok. - Odezwała się Julia, gdy skończył
czytanie raportu. - Potwierdzono to, co sugerowałeś. - Spojrzała na
Zasępę. - Ciało leżało zanurzone w wodzie około pięćdziesięciu godzin.
Brak wody w płucach oznacza, że dziewczyna zmarła, zanim ktoś ją tam
wrzucił.
- Morderca mógł porzucić ciało, zanim w rowie zebrała się woda -
wtrąciła Michalina.
- Całkowicie się z tobą zgadzam. - Julia kiwnęła głową. - Zwłoki
przykryto liśćmi, licząc na to, że miejsce tak rzadko uczęszczane będzie
doskonałym grobem dla Laury. Przynajmniej dopóki jej ktoś nie odnajdzie.
Zasępa wydmuchał nos w chusteczkę i schował zwiniętą w rękaw swetra.
- Zapominacie o jednym. W temperaturze przekraczającej dwadzieścia
stopni smród rozkładających się zwłok dotarłby w każdy zakątek parku.
Zatem o ile zabójca nie jest idiotą, musiał zdawać sobie z tego sprawę.
Podrzucanie martwego ciała niemalże w centrum miasta było albo perfidnym
planem, albo sprawcy nie obchodziło to, że ktoś odkryje jego dzieło.
- Chyba że... - Julia zawiesiła głos. Dwie pary oczu skupiły się na jej
twarzy. - Ten, kto to zrobił, dokładnie wiedział, że rów napełni się
deszczówką w błyskawicznym tempie i nie tylko zniweluje zapach, ale i utrzyma poziom wody przez następnych kilka dni.
- Musiał zatem śledzić prognozę pogody i zaplanował swoją zbrodnię co do
dnia - dokończyła myśl Michalina. - Kiedy to się mogło stać?
- Obawiam się, że Laurę zamordowano w dniu jej zniknięcia - stwierdziła
Julia. - Woda zakryła ciało najprawdopodobniej zaraz po śmierci. Gdyby
leżało w upale, nastąpiłby obrzęk. Patolog nie wspomina o opuchliźnie,
nie mamy więc podstaw twierdzić, że przetrzymywano zwłoki w cieple. W dniu, w którym odwiedziłam jej rodziców, padał deszcz. Temperatura
spadła do zaledwie kilkunastu stopni.
- Być może wtedy jeszcze żyła. - Michalina zamyśliła się i zawiesiła
wzrok na przytwierdzonym do tablicy korkowej zdjęciu Laury. - Gdybyśmy
wtedy mogli jej pomóc...
- Zasępa, nie zasypiaj! - Julia szarpnęła za ramię odpływającego w gorączce kolegę. Sięgnęła do torby i wyjęła aspirynę. - Masz, połknij.
Już jeden leży bezużytecznie w szpitalu. Nawet nie próbuj załatwić sobie
zwolnienia.
- Bezduszna jędza - wymamrotał, ale posłusznie włożył do ust tabletkę i bezradnie rozejrzał się za czymś do popicia.
- W szafce pod ścianą. - Michalina postanowiła być przez chwilę pomocna.
- Tylko nie wypij nam cisowianki. Weź tę w zielonej butelce. -
Skontrolowała wzrokiem sytuację, po czym zwróciła się do Julii, która na
nowo wpatrywała się w raport z sekcji. - Czytaj dalej.
- Dalej następuje opis narządów wewnętrznych. Ciemna wątroba, blade,
marmurkowe nerki.
- Czyli?
- To wskazuje, że śmierć nastąpiła szybko. Typowe objawy. Wszystko przez
gwałtowny zastój krwi.
- Podali przyczynę śmierci?
- Owszem. Uduszenie.
- Ślady na szyi?
Julia pokręciła głową.
- Żadnych śladów.
Michalina odchyliła się na swym fotelu, aż zatrzeszczał pod jej
ciężarem.
- Uduszono ją, nie zaciskając pętli na szyi?
- Nie bądź naiwna. - Julia podniosła się z krzesła i podeszła do maszyny
ze świeżo zaparzoną kawą. Nalała sobie do pełna, zapach kawy rozniósł
się po pokoju. - Zastosowano metodę "bezdotykową".
- Czyli jaką? - spytała ponownie Bodnar. - Torba na głowę? To miałaś na
myśli? Laurę uduszono jakąś gównianą reklamówką...
- Niewykluczone. - Julia przełknęła kilka łyków kawy. - Stąd te wylewy
podspojówkowe. Jedna rzecz jest zaskakująca. Z raportu Lipskiego wynika,
że oczy Laury mogły być sklejone taśmą lub klejem. Wykryto na jej
rzęsach śladowe ilości substancji, która składem przypomina jakiś rodzaj
gumy. Woda wypłukała większość materiału, ale ten, który pozostał,
wysłano do badania.
- Ta cała historia jest tak koszmarna, że wierzyć się nie chce, że
wydarzyła się naprawdę.
- Za krótko pracujesz. Za kilka lat nic cię nie będzie dziwić.
Michalina uniosła brwi.
- Start w każdym razie mam niezły. Pierwsze tygodnie na komisariacie i już mamy trupa.
- Ściślej mówiąc, dwa trupy. Nie chcę być złym prorokiem, ale śmierć
Marii Mazur nie wygląda na przypadek. - Julia wyciągnęła się na krześle.
- Namierzyłaś jednostkę, która zajmuje się dochodzeniem w tej sprawie?
Kompletnie o tym zapomniała. Zbierała się do obdzwonienia komisariatów w Warszawie, ale w ostatniej chwili przeszkodził jej Nikodem. Zaprzątnął
umysł jakąś głupią sprawą, którą się przejęła, i wyleciało jej z głowy
polecenie Julii.
- Nawet jeśli to zrobię, nie sądzę, żeby chłopcy z innego komisariatu
chcieli dzielić się z nami swoimi informacjami.
Julia uśmiechnęła się przebiegle.
- Jeżeli prowadzą to koledzy ze stołecznej, powołaj się na mnie. W razie
czego sama z nimi porozmawiam. Kilku z nich ma u mnie dług wdzięczności.
- Na twarzy Julii zabłąkał się niewinny uśmiech. - Ty natomiast, Zasępa,
ponaciskaj laboratorium o wyniki badań. Nadal nie wiemy nic o piórze,
które przylepiło się do spodu tektury. No, dalej, do roboty. Ja
tymczasem zajmę się nieco przyjemniejszą sprawą.
- Można wiedzieć jaką? - Zatkany nos Zasępy zniekształcał jego głos,
który przypominał rechot nadepniętej żaby.
- Poszperam trochę w internecie za sklepami z damskimi fatałaszkami.
Na zdziwiony wzrok Michaliny i Zasępy wzruszyła ramionami.
- Nie patrzcie na mnie jak sroki w gnat. W końcu należy mi się trochę
zabawy.
* * *
Marlena wysiadła z klimatyzowanego volvo i stanęła na progu domu, który
do tej pory widziała jedynie na zdjęciach. Ciężkie drzwi uchyliły się i zobaczyła w nich wycierającą w fartuch ręce niską kobietę o siwych
włosach. Berta ciągle trzymała długi widelec do mięsa, z którym wybiegła
na powitanie gościa. Przysłoniła oczy od padającego na ganek słońca,
żeby lepiej widzieć twarz Marleny.
Weszły do środka. Irena z nieschodzącym z twarzy uśmiechem oddała
kapelusz Bercie.
- Oto i nasz gość. - Kornatowska zbliżyła się do kucharki i spojrzała na
Marlenę z wyraźnym zadowoleniem. - Berto, bądź tak dobra i podaj kawę z biszkoptami. Do obiadu jeszcze daleko, a nie chcemy, aby po tak długiej
podróży ta biedna dziewczyna umarła nam z głodu. Ja w tym czasie
sprawdzę, czy pokój jest już gotowy.
Zmieniła pantofle na domowe i wbiegła po schodach na piętro. Berta
wprowadziła Marlenę do jadalni i usadziła przy stole.
- Panienka na długo? - Podparła się pod boki, przyglądając się gościowi.
Niewinny uśmiech odebrała jako przejaw skrępowania, jakie odczuwają
ludzie w obcym miejscu.
- Będzie u nas panience dobrze. Zaraz podam kawę. Może z kropelką rumu?
- Kawa chętnie, ale tylko z mlekiem. Nie piję alkoholu.
- To nadzwyczajne w dzisiejszych czasach.
Marlena ponownie się uśmiechnęła i rozejrzała po pokoju. W porównaniu do
jej klitki na Greenpoincie był niczym Wersal. Pokryte cieniutkim
materiałem ściany dawały uczucie przytulności. Ogromny, złocony kominek
i wiszące nad nim lustro były jak z bajki. Duże okna wychodziły na
taras. Nad parkietem unosiły się firany delikatnie poruszane podmuchami
nagrzanego słońcem powietrza.
- Pięknie tu. Pani Kornatowska ma doskonały gust. Aż dziw bierze, że
można tak wspaniale urządzić wiejski dworek.
- Był zrujnowany, zanim trafił w ręce państwa. Ekipa remontowa uwijała
się, żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik przed przeprowadzką.
- Musiało ich to niemało kosztować - westchnęła Marlena. - Cieszę się,
że tak dobrzy ludzie trafili na to właśnie miejsce. I że pamiętali o mnie po tym, jak opuścili Stany.
Widząc, że Berta zbiera się do zaniesienia walizki na górę, odebrała ją
i odstawiła na bok. Na to jeszcze będzie czas. Tymczasem postanowiła
zrobić mały rekonesans.
- Powiedz mi, Berto, od jak dawna pracujesz w tym domu?
Kobieta usiadła przy stole. Wygładziła zmarszczkę na obrusie i obracając
w palcach leżący na nim okruch chleba, odrzekła:
- W tym miejscu pracuję od roku. Wcześniej pomagałam przy chłopcach, jak
byli mali. Potem państwo wyjechali za granicę, a ja musiałam szukać
zatrudnienia u innych ludzi. Mimo że Karol i Eryk byli wychowywani
osobno i nie pod moim okiem, wiedziałam, co się z nimi dzieje. Ludzie
plotkowali i donosili mi, jak toczą się ich losy. Jeden wyszedł na
ludzi, a drugi...
Berta przerwała, widząc nadchodzącą Irenę. Poderwała się od stołu i wyszła szybkim krokiem do kuchni.
- Przerwałam wam pogawędkę? - Kornatowska zatarła ręce. - Och, Berta to
wielka plotkara. Nie słuchaj tego, co mówi. Znosi opowiastki z całego
miasteczka. Coś podsłucha, coś przekręci i dopowie drugie tyle. Krótko
mówiąc, w żadnej z jej historii nie ma ziarna prawdy. Jak widzę, nie
doczekałaś się kawy? Ta pleciuga zapomniała pewnie, o co ją prosiłam.
Marlena machnęła lekceważąco ręką.
- Prawdę mówiąc, od kawy wolałabym prysznic i krótką drzemkę.
- Naturalnie! Chodź, zaprowadzę cię do twojego pokoju. Wszystko jest już
gotowe. Teraz odpoczniesz, a potem Berta zawoła cię na obiad. Będziesz
miała okazję poznać moich synów.
Gdy drzwi pokoju na piętrze zamknęły się za Kornatowską, Marlena
uwolniła z tenisówek zmęczone stopy i usiadła na łóżku. Było szerokie,
wygodne. Rozejrzała się po pokoju. Pod ścianą stała toaletka, pod nią
wsunięty był niewielki taboret obity fioletowym welurem. Obok stało
wysokie lustro, a dalej drewniany wieszak-manekin obleczony kwiecistym
materiałem. Rzeźbiona szafa wciśnięta między okno a sąsiadującą ścianę
przypominała szafę gdańską, ciężką, bardzo solidną. Pod drugim oknem,
przykryta wełnianą narzutą, stała skrzynia z kutym wiekiem. Równie
dobrze mogła służyć za siedzisko, gdyby tylko położyć na niej poduszki.
Na wprost łóżka wisiał telewizor, jedyny nowoczesny element w tym
wystylizowanym wnętrzu.
Pokój miał własną łazienkę. Niewielką; mieściły się w niej jedynie
prysznic, sedes i mała umywalka. Dla Marleny było to jednak niczym
baśniowe królestwo. Zrzuciła z siebie brudne ubranie i weszła pod
prysznic. Gdy zmyła z siebie resztki podróży, włożyła przygotowany
śnieżnobiały szlafrok i z mokrymi włosami położyła się na łóżku.
Naciągnęła na stopy narzutę.
Morzył ją sen. Zasypiała, wyobrażając sobie, jakie cudowne chwile
czekają ją pod dachem ludzi, którym tak wiele zawdzięcza.
* * *
Bruno przewrócił się na lewy bok i otworzył oczy. Leżąca na stole
komórka obracała się wokół własnej osi. Podszedł do okna i zaciągnął
zasłony. W pokoju zrobiło się ciemno.
- Halo?
- To ja. Dzwonię, tak jak było ustalone.
- Czego chcesz?
- Umawialiśmy się na coś. - Głos w słuchawce był twardy i zdecydowany.
- Skąd dzwonisz? Miałeś być w...
- Nie mam dużo czasu. Zrobiłeś, o co cię prosiłem?
Bruno zacisnął szczękę. Nie odpowiedział.
- Miałeś dużo czasu na oddanie mi przysługi - ciągnął głos. - Wiesz, co
się dzieje z tymi, którzy skrewią?
- Zrobiłem, co mogłem.
- Gówno zrobiłeś! Spieprzyłeś robotę! Wiem o wszystkim. Nie myśl, że ci
odpuszczę.
Z drugiej strony dało się słyszeć głośne kroki i szybką wymianę zdań.
- Koniec rozmowy! - Strażnik wyrwał Robertowi słuchawkę. Odepchnięty,
zdołał jeszcze coś krzyknąć, ale Bruno nie słyszał tych słów.
Tamtego dnia, kiedy udał się pod dom tego frajera, byłego faceta Laury,
widział przez okno parterowego domu poruszające się wewnątrz postacie.
Podszedł bliżej i odsłonił firankę. W pokoju nie było nikogo, głosy
dochodziły z innego pomieszczenia. Przełożył nogi przez parapet i wskoczył do środka. Przesuwał się wzdłuż ścian w kierunku drugiego
pokoju. W myślach wyobrażał sobie, jak chwyta za gardło tego gnojka i przydusza do podłogi. Dla pewności sprawdził, czy nadal ma w kieszeni
swój nóż sprężynowy.
Kiedy stanął w drzwiach pokoju, zobaczył, jak tamten trzyma w rękach
niemowlę. Miało nie więcej niż kilka dni. Wstrętne, różowe i opuchnięte.
Na łóżku obok leżała dziewczyna. Gestykulowała i była wściekła,
słuchając kwilenia dzieciaka. Jasna sprawa, koleś zrobił jakiejś
nastoletniej kurewce bachora i teraz bawią się w przykładną rodzinkę.
Musiała być w ciąży już wtedy, kiedy spotykał się z Laurą. Obskakiwał
dwie panny naraz, cwany lis.
Gdy zobaczyli go w drzwiach, dziewczyna zamilkła. Chłopak oddał jej
dziecko i wolnym ruchem sięgnął pod fotel. Chwilę potem Bruno poczuł
zimno metalu wycelowanego w policzek. Wyszczekał, kto go nasłał i w jakim celu. Dziewczyna najpierw zalała się z zazdrości łzami, a potem
zaczęła okładać swego kochanka pięściami. Dziecko rzucone w zwały
pościeli wrzeszczało wniebogłosy, a oni szarpali się ze sobą jak dwa
naskakujące na siebie psy. Wycofał się w samą porę, wrzaski sprowadziły
na miejsce patrol policji.
Był pewien, że Robert mu tego nie puści płazem. Ani jemu, ani temu
palantowi z wrzeszczącym bachorem. Zacznie węszyć, czy śmierć Laury nie
była skutkiem ubocznym powiększającej się rodziny tego fajansiarza.
Tamta siksa musiała wiedzieć o istnieniu Laury. Na dźwięk jej imienia
poryczała się i uciekła z pokoju. Tak, ten dzieciorób miał doskonały
powód do zlikwidowania Laury, zwłaszcza gdy do wykarmienia była
dodatkowa gęba.
Dzięki Bogu, że klawisz przerwał rozmowę. Do dnia wyjścia Roberta z mamra wymyśli jakąś historyjkę. A tchórzem nie jest, tylko sytuacja była
nieplanowana. Tak samo jak ten różowy bachor.
* * *
- Otwórz szeroko. - Doktor Maciejewski zaświecił cienką jak długopis
latarką w oczy Pauli. - Tak, teraz dobrze.
Zamrugała, odsuwając głowę od nieprzyjemnego strumienia światła.
- Jeszcze chwilę, zaraz skończę. - Artur odłożył latarkę i pogłaskał ją
po policzku. - Powoli nabierasz rumieńców. Gdyby nie policyjny zakaz
wypuszczania cię ze szpitala, wypisałbym cię do domu.
Obdarzyła go proszącym spojrzeniem.
- Musisz wytrzymać. Detektyw Krawiec udusiłaby mnie, jakbym pozwolił ci
wyjść bez jej zgody. - Artur obrazowo ścisnął sobie szyję palcami, aby
wywołać uśmiech na twarzy Pauliny. Dziewczyna zgodnie z oczekiwaniami
uniosła kąciki ust.
- Chcę pana o coś poprosić.
- Jeśli tylko nie wiąże się to z wypisem, to zrobię dla ciebie wszystko,
co w mojej mocy.
- Słyszałam od tej młodej policjantki, że Laura nie żyje.
Artur spoważniał. Ujął bladą dłoń Pauli dla podtrzymania jej na duchu.
- To prawda. Doszło do wielkiego nieszczęścia.
- To, co się z nią stało, to nie był przypadek, prawda? Laura została
zamordowana?
Patrzyła na jego zastygłą twarz. Podniósł oczy i kiwnął głową.
- Na to wygląda. Ale dopóki policja nie będzie miała kompletu
informacji, nie dowiemy się, jak do tego doszło.
- Bardzo ją kochałam... - Głos Pauli niebezpiecznie zadrżał. Wysunęła dłoń
z jego uścisku i położyła sobie na piersiach. - Jeśli to byli ci sami
ludzie, którzy...
- Jacy ludzie? - Artur przysunął się bliżej. - Powoli wraca ci pamięć.
Paula zacisnęła powieki. Oddychała szybko, coraz szybciej.
- Tamta kobieta... To wszystko ona... Och, słabo mi, wszystko wiruje mi
przed oczami...
Ułożył ją wygodnie na plecach. Wyczuł pod palcami żyłę i zrobił jej
zastrzyk. Relanium zaczęło działać po kilku minutach. Paula oddychała
już spokojniej. Ostrożnie podniosła się na łokciu i poprawiwszy chustkę
na głowie, nachyliła się w stronę czuwającego przy niej Maciejewskiego.
- Muszę się z kimś zobaczyć.
- Tylko spokojnie. Nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów głową.
Poprawię ci poduszkę.
- Muszę się z kimś zobaczyć - powtórzyła.
- Chcesz, żeby ktoś cię odwiedził?
Kiwnęła głową.
- Mam zadzwonić po rodzinę?
- Nie. Myślałam o bliskiej przyjaciółce Laury, Marii Mazur. Mieszkały
razem w akademiku. Chcę ją o coś poprosić. Czy zdobyłby pan dla mnie jej
numer telefonu?
- Jeśli tak bardzo ci na tym zależy.
Spostrzegł błysk w jej oczach. Zdawało mu się, że nawet odetchnęła
głębiej.
* * *
Półtorej godziny snu wydawało się minąć w minutę. Marlenę obudziło
pukanie do drzwi. Otworzyła na wpół przytomne oczy i spojrzała w tamtym
kierunku. W drzwiach stał jasnowłosy, około dwudziestopięcioletni
mężczyzna i przyglądał się jej z zaciekawieniem.
- Jeśli przeszkadzam, to przyjdę, jak będziesz gotowa.
Ścisnęła mocniej szlafrok, który rozsunął się na piersiach podczas
drzemki, i sięgnęła po leżące na nocnym stoliku okulary.
- Już i tak spałam za długo. - Zsunęła nogi na dywan i szukała palcami
kapci. - Jesteś kolejnym służącym w tym ogromnym domu?
Mężczyzna uśmiechnął się, ukazując białe, równe zęby.
- Można tak to ująć.
- W takim razie mam prośbę o przyniesienie żelazka. Ubrania wygniotły
się w torbie przez tyle godzin lotu. Za chwilę obiad, nie mogę pokazać
się w wymiętym podkoszulku i dżinsach.
- Żelazko. - Rozejrzał się po pokoju, jakby miało wyfrunąć z któregoś z kątów. - Już się robi.
Usłyszała dudnienie zbiegających po schodach nóg. Po chwili przez drzwi
wsunęła się ręka z żelazkiem.
- Coś jeszcze mam przynieść?
Pokręciła głową i dorzuciła wdzięczny uśmiech. Odprowadziła go wzrokiem
i zabrała się do wyjmowania ubrań z walizki. Większość miejsca zajmowały
książki, między nimi wciśnięte były dwie pary spodni, sukienka i letnia
kurtka. Pozostałe drobiazgi zawinęła w reklamówkę, aby nie rozsypały się
podczas podróży na wypadek, gdyby puścił stary zamek.
Umiejętność szybkiego organizowania się, zdobyta podczas porannego
pośpiechu, jaki towarzyszył jej podczas studiów, kiedy trzeba było
dotrzeć z Greenpointu na Manhattan, zdawała teraz egzamin. Nie minął
kwadrans, gdy w pełnej gotowości schodziła z piętra wprost do pokoju
jadalnego. Po drodze zerknęła jeszcze w wiszące na ścianie przy schodach
designerskie lustro. Było wykonane z połączonych ze sobą pojedynczych
kawałków szkła. Uszczypnęła się w policzki, aby lekko się zaróżowiły.
Pamiętała tę scenę z Przeminęło z wiatrem, kiedy Scarlett O'Hara
robiła to, chcąc dodać swojej twarzy pikanterii.
W jadalni już na nią czekano. Od stołu podniósł się Zygmunt Kornatowski
i rozłożył ramiona. Padła w nie, jakby były ramionami ojca. Pocałował ją
w czoło i podsunął krzesło. Irena przekrzywiła głowę i z życzliwym
uśmiechem powitała ponownie swego gościa.
Marlena zajęła posłusznie przydzielone miejsce. Na wprost niej siedział
pochmurny chłopak, wbijając w nią wzrok. Domyśliła się, że to Eryk,
którego zdjęcia widziała w nowojorskim domu Kornatowskich. Wyciągnęła do
niego rękę na przywitanie. Potrząsnął nią, ale nie odezwał się ani
słowem. Robił wrażenie urażonego samą sytuacją, w jakiej się znalazł.
Gdy skończył przewiercać ją wzrokiem, skoncentrował się na wiszącym za
jej plecami obrazie przedstawiającym martwą naturę.
- Zaczynamy? - Zygmunt chwycił wazę z zupą i nachylił się nad talerzem
żony. Zasłoniła go ręką i spojrzała na niego z udawanym wyrzutem.
- Gdzie twoje maniery? Obsłuż najpierw naszego gościa. Marlena jechała
do nas taki kawał drogi, na pewno marzy o gorącym rosole.
Eryk zachichotał nerwowo.
- Coś ci się stało, kochanie? - Irena z troską zwróciła się do syna.
- Kochanie? - Eryk wykrzywił twarz. - Odkąd to mówisz do mnie
"kochanie"? Już nie jestem nieudacznikiem i rodzinną pijawką?
- O czym ty mówisz? - Głos Kornatowskiej zadrżał. Marlena zauważyła, jak
jej szyja oblewa się czerwienią. - Nasz gość gotów jest pomyśleć, że
panuje u nas niemiła atmosfera, a tak przecież nie jest. Jesteśmy zgodną
rodziną, wierz mi, Marleno. Jedynie Eryk ma chwilowe kłopoty, ale to
minie. - Posłała jej słodki uśmiech.
Dziewczyna przełknęła pierwszą łyżkę zupy. Doskonały rosół w domowym
wydaniu. Dawno nie miała w ustach czegoś równie aromatycznego. Spod rzęs
obserwowała grzebiących łyżkami w talerzach Kornatowskich. Wszystko niby
w porządku. Biały obrus, cięte kwiaty i wyczesany pod włos dywan, jednak
w powietrzu wyczuwało się napięcie.
Odstawiła pusty talerz. Zza jej pleców wysunęła się ręka i zabrała go ze
stołu. Obróciła się, żeby podziękować, kiedy jej wzrok napotkał tego
samego młodego mężczyznę, który pół godziny temu obudził ją pukaniem do
drzwi pokoju.
- Proszę powiedzieć kucharce, że rosół był wyśmienity.
- Naturalnie, przekażę. Cieszę się, że smakował. - Zdawało jej się, że
słyszy w jego głosie rozbawienie. - Czy mam podać drugie danie?
- Karolu, daj już spokój. - Zygmunt zamachał ręką. - Zostaw ten talerz i usiądź wreszcie z nami.
Marlena poczuła się, jakby ktoś wylał jej na głowę kubeł zimnej wody.
Tyle razy słyszała o drugim synu Kornatowskich, ale przedziwnym trafem
nie skojarzyła go z wcześniejszych opowieści. Odgarnęła palcami włosy za
ucho, ale czując, że pulsuje pod wpływem gorąca, z powrotem schowała je
pod gęstwiną niesfornych kędziorów.
- Bardzo cię przepraszam za swoje zachowanie na piętrze. - Nadszedł czas
wytłumaczyć się z gapiostwa. Widząc pytający wzrok gospodarzy,
wyjaśniła: - Wzięłam Karola za służącego i... ech, nie będę się już dalej
pogrążać.
- Służący? - Eryk wyczuł moment na dobrą zabawę. - To by nawet do niego
pasowało. Co, braciszku, dobrze czułbyś się w tej roli, hę? - Widząc
zawstydzone spojrzenie Marleny, poklepał ją po dłoni. - Mądra z ciebie
dziewczyna. Wyczułaś go od samego początku.
Nie zważając na oburzone okrzyki rodziców, Eryk wstał od stołu i opuścił
pokój.
Marlena schowała twarz w dłoniach.
- Tak mi wstyd...
- Nic złego przecież się nie stało - usłyszała nad sobą kojący głos
Zygmunta. - Karol, jak sama widzisz, nic sobie z tego nie robi. A Eryk...
- Kawał sukinsyna! - Karol pohamował się, gdy zobaczył zrozpaczone oczy
matki. - Skończ obiad, a potem oprowadzę cię po domu - zwrócił się
spokojniejszym głosem do Marleny.
- Nic już nie przełknę. - Odłożyła serwetkę na brzeg stołu i wstała z krzesła. - Przepraszam, ale chciałabym pójść do siebie.
Wstała i pobiegła korytarzem w kierunku schodów. Zamknęła za sobą drzwi
i oparła się o nie plecami. Dygotała z nerwów. Nie mogła zrozumieć, po
co się tu znalazła i co za dziwne relacje panują w tej na pozór
szczęśliwej rodzinie.
* * *
Julia wydrukowała dwie strony z zapisanymi adresami sklepów. Złożyła je
na pół i wrzuciła do torby. Zasunęła zamek i chwyciła rączkę walizki,
która stała w gabinecie od wczorajszego wieczoru. Nie myślała o niczym
innym niż o wannie i własnym łóżku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
ROZDZIAŁ 1
Rozłożony na biurku kalendarz upstrzony był niebieskimi zakreśleniami.
Podkomisarz Julia Krawiec ze zmarszczonym czołem planowała tegoroczny
urlop, nie mogąc zdecydować, który z letnich miesięcy obstawić jako
najmniej deszczowy. Prawdopodobieństwo trafienia na tropikalną pogodę
nad polskim morzem było takie samo jak otrzymanie spadku po nieznanej
ciotce milionerce z Ameryki. O ile bez spadku jakoś sobie poradzi, to
widok rozczarowanych oczu córki w ogóle nie wchodził w rachubę. Obiecany
wspólny wypoczynek z Sylwią musi zaplanować perfekcyjnie. Wiaderko z foremkami stało przygotowane do wyjazdu już od początku maja. Okulary z fajką do nurkowania również czekały na swój chrzest.
Uśmiechnęła się na samo wspomnienie o nadmorskich smażalniach ryb i maleńkich budkach z goframi ociekającymi rozgrzanym karmelem, który
oblepiał palce. Lipiec czy sierpień? A co z hotelem? Ceny przyprawiały
ją o zawrót głowy. Na myśl o zaciągnięciu kredytu na wakacje robiło jej
się słabo.
Potarła zmęczone oczy. Zarywała siódmą noc z rzędu, biorąc nadgodziny w komisariacie, aby złapać kilka dodatkowych groszy. Ile jednak by nie
siedziała nad aktami, pensja wpływająca na konto była żałosna.
Wyciągnęła rękę po stojącą na biurku kawę. Skrzywiła się na widok
wystygłej lury na dnie kubka.
- Taki tu zwyczaj, że wolne soboty spędza się na posterunku? - Michalina
śledziła znad gazety każdy jej ruch. - Tego się wymaga? Niezła jazda,
nie ma co.
Julia nie zamierzała tłumaczyć się ze swoich nocnych nasiadówek za
biurkiem. Sprawa rozwodowa doszczętnie ją zrujnowała. Zanim związała się
z Danielem, hasło "Wolność ma swoją cenę" brzmiało jak pusty slogan
rzucany przez wyzwoloną młodzież przy byle okazji. Teraz nabrało
rzeczywistego wymiaru.
Problemy finansowe zaczęły się już na samym starcie, jeszcze przed
złożeniem papierów rozwodowych. Mimo wniosków kierowanych do sądu
odrzucono jej podanie o przydzielenie pełnomocnika z urzędu. Dwa tysiące
pensji uznano za wystarczające, aby mogła zatrudnić własnego adwokata.
Nie wiedziała do końca, na co się decyduje, wpłacając pierwszą transzę
na jego konto. Potem przyszły kolejne i jeszcze następne. Po rozprawie
została z kilkuletnim dzieckiem bez grosza przy duszy. Dokładnie tak,
jak sobie w oczach męża na to zasłużyła.
- Nie pójdziesz do domu poczytać dziecku bajki na dobranoc? - drążyła
temat Michalina.
- Pójdę choćby zaraz, o ile sfinansujesz moje wczasy nad morzem. Jedno
twoje słowo i już mnie tu nie ma. - Julia zmarszczyła czoło, nie
odrywając wzroku od kalendarza. - Ciesz się, póki możesz, że nie tkwisz
po uszy w długach. Ciebie też to czeka, o ile na czas nie
przekwalifikujesz się na stomatologa z prywatną praktyką lub maklera
giełdowego. Tylko patrzeć, jak będziesz błagać Stefaniaka o dodatkowe
pół etatu.
Michalina przekrzywiła zawadiacko głowę.
- Rozumiem, że na życie w stylu Miami Vice nie mam co liczyć? Żadnych
jaguarów, mercedesów?
- Przykro mi. Jedynie wysłużony aston martin. Widzisz to czerwone cacko
za oknem? - Julia wskazała brodą na poszarzałą firankę. - Na to możesz
liczyć. I to w pakiecie ze mną. Ja i mój fiat. O półnagich
przystojniakach poruszających się w slow motion na rolkach też możesz
zapomnieć. To nie ten film.
- Zastanawiające! - prychnęła Michalina. - Że też nie uprzedzili mnie o tym podczas składania papierów do szkoły policyjnej. Nie pozostaje mi
nic innego, jak spakować swoje rzeczy w tekturowe pudło i ruszyć, gdzie
oczy poniosą.
- Obyś się nie przeliczyła! Karton musisz sobie zorganizować we własnym
zakresie. Magazynier ociąga się z wydaniem byle spinacza do papieru.
Minęła północ. Julia czuła, jak zmęczenie coraz silniej daje się jej we
znaki. Marzyła o chłodnej kąpieli. Mimo turkoczącego w rogu pokoju
wiatraka mury utrzymywały nagromadzone w ciągu dnia ciepło. Bluzka
lepiła się do spoconych pleców.
Zajrzała do szafki z napojami i wyciągnęła rękę po ostatnią butelkę
mineralnej. Odkręciła nakrętkę i upiła kilka łyków. Woda o temperaturze
dwudziestu stopni bardziej ją rozdrażniła, niż ukoiła pragnienie.
- Nie masz dziś żadnej randki? - Odwróciła się w stronę Michaliny,
próbując oderwać koleżankę od wertowania gazety. - Nie musisz tkwić tu
ze mną, wystarczy, że jedna z nas ma zmarnowany wieczór.
Odpowiedział jej szelest przewracanych stron "Kuriera".
- Randki? Nie trawię mężczyzn. Są u mnie skończeni. - Ton głosu
Michaliny z żartobliwego zmienił się w oschły i nieskory do dowcipów.
Wbiła wzrok w wiadomości sportowe. - Postanowiłam przerzucić się na
kobiety. Mała odmiana dobrze mi zrobi. Mnie tam bez różnicy, z kim
przykrywam się kołdrą.
- Nowatorskie, żeby nie powiedzieć: trendy. - Julia podjechała na fotelu
do stolika z komputerem, weszła na Google, a następnie kliknęła na
pierwszą z brzegu stronę z pogodą. Skrzywiła się i wybrała inną. Tu
zapowiadano nieco lepszą pogodę.
- Tak naprawdę to nie chcę mieć nikogo - dodała Michalina i smętnie
spojrzała przez ramię na migającą mapę pogody.
- Chcesz o tym pogadać? - Julia wraz z fotelem wróciła za biurko. - Mam
dziś dużo czasu na słuchanie.
Zapisane drobnym drukiem strony gazety ponownie zaszeleściły. Tym razem
Michalina zawiesiła wzrok na kronikach towarzyskich.
- Może innym razem. Potrzebuję czasu.
Julia pokiwała ze zrozumieniem głową. Nie będzie naciskać. Odłożyła
kalendarz na brzeg biurka i wyciągnęła rękę po czekające akta spraw.
Przyjrzała się ukradkiem Michalinie. Jej twarz przybrała smutny wygląd.
Za wcześnie na zwierzenia, rany po jej ostatnim związku jeszcze się nie
zabliźniły. Dwa rozstania w pół roku potrafią dać w kość nawet tak
pewnej siebie osobie jak ona. Nadal rozpamiętywała swój zakończony
fiaskiem romans. Łatwo przyszło, łatwo poszło, bilans zerowy.
- Cieszę się, że do nas trafiłaś. - Julii nie pozostało nic innego, jak
zmienić temat. Oparła łokieć na stosie leżących na biurku teczek. - Z twoim poprzednikiem nie było mi po drodze. Zresztą nie tylko ja miałam z nim problem. Wspólnie z komisarzem planowaliśmy dokonać na Wilku
rytualnego zabójstwa. Do wykrycia sprawcy oczywiście nigdy by nie
doszło.
Michalina podniosła oczy znad gazety. Julia odczytała w nich wyraźną
ulgę, tym razem obejdzie się bez przepytywania. Bodnar, odkąd dołączyła
do zespołu, sprawiała wrażenie wiecznego wesołka, jednak pod
płaszczykiem pozornego szczęścia dawało się u niej wyczuć ciągłe
napięcie. Związki w jej życiu należały do tematów tabu. Każda próba
podjęcia rozmowy w tej kwestii kończyła się wyjściem z pokoju lub zmianą
kierunku dyskusji.
- Zatem w umowie o pracę powinnam zastrzec sobie prawo do niedokonywania
na mnie waszych sadystycznych obrzędów? - Michalina odchyliła głowę do
tyłu i przeczesała palcami nastroszonego blond jeża. - Na wypadek,
gdybym również i ja nie wpisała się w tutejsze zwyczaje.
- W przypadku Wilka żadne zwyczaje nie były przestrzegane. Taki
egzemplarz zdarza się raz na sto lat - odparła Julia z nieskrywaną
złośliwością. - Teraz już patrzę z dystansem na to, co robił, a właściwie czego nie robił. Jednego nie mogę mu tylko wybaczyć.
Napotkała pytające spojrzenie Michaliny.
- To działo się jesienią zeszłego roku. Przez jego niechlujstwo, ba,
głupotę, o mały włos nie straciłam córki. Zgubił zeznania świadka, który
wskazał miejsce przetrzymywania chorej Sylwii. Minuty dzieliły ją od
śmierci. Nie potrafię o tym mówić spokojnie, nawet teraz, po tylu
miesiącach. To wszystko było jak jakiś cholerny, zły sen.
Julia przerwała na chwilę i zapatrzyła się na świecącą za oknem
latarnię.
- Nie ma sensu do tego wracać. Gdy przeszedł mój wniosek o przydzielenie
nowego asystenta, wiedziałam, że dni tego błazna są policzone, i to było
dla mnie najważniejsze. Jak usłyszałam, że tym asystentem będzie
kobieta, poczułam, że znajdę w niej bratnią duszę. Mam nadzieję, że się
nie myliłam.
Michalina już przygotowywała jakąś błyskotliwą odpowiedź, kiedy na
biurku Julii zaterkotał telefon. Podniosła słuchawkę.
Bodnar obserwowała, jak koleżanka rozgląda się za czymś na stole.
Szybkim ruchem podała jej kartkę i ołówek.
- Sienna 3. Wjazd od strony lasu. Przyjęłam.
Julia sięgnęła po leżącą na stercie dokumentów legitymację i schowała ją
do kieszeni spodni.
- Mamy wezwanie. Coś złego wydarzyło się w domu niejakich Kornatowskich.
- Zmusiła się do przełknięcia kolejnych łyków ciepłej wody, po czym
chwyciła w garść kilka słonych orzeszków. - Zgłoszono zniknięcie
narzeczonej ich syna Eryka.
- Może najzwyczajniej w świecie rozmyśliła się i dała nogę z domu
przyszłych teściów? Mądre dziewczyny uciekają sprzed ołtarza aż się
kurzy, a naiwne do końca życia piorą gacie i skarpetki. - Michalina
ponownie przeczesała palcami jeża. - Już ją lubię.
- Niestety, nie wygląda to na zwykłe "danie nogi". Dziś odbywała się ich
impreza zaręczynowa. Gdyby chciała uciec, mogła zrobić to dużo
wcześniej.
Ręka Michaliny gładząca tył głowy zawisła w powietrzu.
- Zaraz, zaraz, powiedziałaś "Kornatowskich"? - Złapała odłożoną chwilę
temu gazetę. - Popatrz na to.
Anons w rubryce towarzyskiej zajmował pół szpalty. Poniżej umieszczono
zdjęcie uśmiechniętego przyszłego pana młodego i jego wybranki. Julia
przysunęła "Kurier" bliżej lampki.
- "Państwo Irena i Zygmunt Kornatowscy mają przyjemność powiadomić o zaręczynach swego syna Eryka z panną Pauliną Fogel. Uroczystość odbędzie
się w dniu 20 czerwca bieżącego roku w majątku rodzinnym" - przeczytała
na głos. - Jak widać, mamy do czynienia z lokalną elitą. Chłopak, sądząc
po fotografii, wygląda jak prawdziwy Jude Law. Ona też niczego sobie.
Michalina wyszarpnęła gazetę z rąk Krawiec. Uśmiechnęła się zalotnie do
zamieszczonego zdjęcia.
- Pokaż jeszcze raz. Fakt, niezły okaz. Osobiście od takiego bym nie
uciekła.
- Osobiście powiedziałaś kilka minut temu "nie trawię mężczyzn".
Rozumiem, że nie działa to w przypadku przystojniaków. Skreślasz jedynie
tych kulawych i ze szklanym okiem?
Na te słowa Michalina wydęła wargi. Julia zrozumiała ten wymowny grymas
i pokiwała z politowaniem głową. Bodnar przeciągnęła się leniwie i uchwyciła wzrokiem swe odbicie w wiszącym na ścianie miniaturowym
lustrze. Dwoma palcami przygładziła brwi i dodatkowo oblizała usta.
- Proszę cię, abyś nawet nie próbowała zarzucać swoich sieci na tego
chłopaka. Twój limit romansów został wyczerpany. Poza tym nie składamy
wizyty towarzyskiej. Zaginęła dziewczyna. Rozpłynęła się w powietrzu,
nagle i przez nikogo niezauważona. Dom był przecież pełen ludzi.
Julia zatrzymała wóz pod kutą bramą. Nie nowoczesną, automatyczną, ale
otwieraną ręcznie. Błysnęła światłami prosto w oszkloną budkę strażnika.
Wygramolił się z niej mocno umięśniony i wbity w służbowy uniform
ochroniarz. Podszedł do fiata i wsadził głowę przez odsuniętą szybę.
Michalina odruchowo cofnęła twarz.
- Zdecydowanie jest tu o jedną głowę za dużo. - Położyła rękę na korbce.
Szyba zaczęła powoli sunąć ku górze.
Ochroniarz w ostatnim momencie odchylił szyję i potarł kark
otłuszczonymi palcami.
- Panie z policji? - Zaświecił latarką przez szybę, przyglądając się ich
twarzom.
- Tak, panie z policji. Wolałybyśmy zachować wzrok w dobrym stanie. -
Oślepiające światło latarki przesunęło się z twarzy niżej. - Powiadom
kogo trzeba, że przyjechałyśmy, i otwórz wreszcie tę cholerną bramę.
Julia poklepała Michalinę uspokajająco po kolanie. Aroganckie zachowanie
koleżanki przypomniało jej, że była taka sama, gdy zaczynała służbę.
Wtedy też czuła się wszechmocna i niezniszczalna. Za nic miała
autorytety i nie szła na kompromisy. Wystarczyło kilka lat, żeby
zrozumieć, że sprytem i bystrym umysłem ugra znacznie więcej niż
wymachiwaniem szabelką.
Brama zazgrzytała, wjechały na teren posesji. Asfaltowa alejka
prowadząca do domu Kornatowskich zastawiona były luksusowymi autami.
Julia przecisnęła się obok nich, ryjąc oponami trawnik.
- Niezłe bryki. - Michalina pokiwała głową z uznaniem. - Na moje oko na
podjeździe stoi na czterech kołach grubo ponad milion złotych. Nasz fiat
wygląda przy tych limuzynach jak nieudany eksperyment szalonego
automaniaka.
- Zdecydowanie nie wpisujemy się w tutejszy krajobraz, ale same tego
chciałyśmy. Zamiast ganiać z pistoletem, mogłyśmy wyjść za milionerów i zasuwać teraz czymś takim. - Julia z westchnieniem zgasiła światła i wyłączyła silnik.
Z zewnątrz dom Kornatowskich przypominał mickiewiczowski dworek rodem z Pana Tadeusza. Na pozór skromny, urzekał jednak precyzyjnie
rzeźbionymi detalami zdobiącymi gzymsy, jak i walcowatymi kolumienkami,
po których pięło się ku górze dzikie wino. Ciemnoróżowe piwonie opierały
swe ciężkie głowy o połyskujące parapety. Nad drzwiami wejściowymi
nieruchomo wisiała witrażowa lampka, rzucając wielokolorowe światło na
ganek.
- Obstawiam późne rokoko albo inny kicz. - Bodnar z wyraźnie
zdegustowaną miną obrzuciła wzrokiem posesję.
Drzwi domu uchyliły się i na schody wyszedł młody, na oko
dwudziestokilkuletni mężczyzna ubrany w staroświecki uniform. Skłonił
się i wskazał ręką drzwi. Michalina gwizdnęła pod nosem.
- Ostatni raz widziałam gościa w liberii, gdy byłam w teatrze ze swoją
klasą. - Podchwyciła pogardliwy uśmiech Julii. - Że niby co? Że od
czasów szkoły nie byłam ani razu w teatrze? Nie każdy lubi oglądać
facetów w żupanach.
- Teatr to nie tylko żupany, zapewniam cię. A teraz chodźmy już, czekają
na nas.
Wynajęty na uroczystość odźwierny szedł przodem wyprostowany. Jego ręce
przylegały ściśle do sylwetki, jakby odklejały się od niej tylko na
wyraźne polecenie ich właściciela. Ani razu się nie odwrócił i nie
spojrzał na podążające za nim Julię i Michalinę. Wykorzystały to, aby
rozejrzeć się po korytarzu. Był nieduży, ale ciekawie urządzony.
Malowany wazon stojący na komodzie o giętych nogach z trudem mieścił
bukiet ciętych róż. Odbijały się w lekko nachylonym nad wazonem lustrze,
które górną krawędzią niemal dotykało sufitu.
Zadarły głowy, przyglądając się jasnym ścianom ozdobionym portretami
posępnych mężczyzn z zawiązanymi pod szyją fularami i kobiet tulących
policzki w haftowane koronki. Nad obrazami zainstalowano podwójne
kinkiety w kształcie płonących świec, z których ściekał kryształowy
wosk. Brakuje tylko szabli skrzyżowanych na gobelinie, przebiegło Julii
przez myśl. Jej dwupokojowe służbowe mieszkanie nawet w jednej setnej
nie miało w sobie tego przepychu, jaki bił z tego miejsca. Miało za to
gliniane doniczki na balkonie i fioletowe fuksje zwisające przez poręcze
aż do okien sąsiada. Chodniki z Ikei też wydawały się bardziej
praktyczne niż przystrzyżone na grubość centymetra wełniane dywany, po
których teraz stąpała.
Mimo że wszystko przemawiało na korzyść jej skromnego, ciepłego
mieszkanka, przez chwilę poczuła nieprzyjemny ucisk w sercu. Świadomość
tego, że na lata utknie w wynajętych czterdziestu paru metrach na małym
policyjnym osiedlu, wywołała w niej przygnębienie. Jedyne, co w tej
sytuacji mogło ją pocieszyć, to fakt, że w swoim "apartamencie" nie
musiała dbać o pozory, wbijając się w tiule i satyny. Strojem
obowiązującym w jej domu był bawełniany dres. Czym prędzej odgoniła od
siebie złe myśli.
Mężczyzna w liberii nacisnął połyskującą, mosiężną klamkę, po czym
oburącz pchnął dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do salonu. Zrobił głową
zapraszający gest, wskazując jednocześnie zatopionych w dyskusji
gospodarzy.
Kobieta była niewysoka, bardzo szczupła. Ubrana w czarną, doskonale
skrojoną suknię ściśniętą w talii haftowanym pasem. Platynowe włosy
miała upięte w hiszpański kok, w którym połyskiwała wysadzana perłami
spinka. Jej uszy ozdabiały kolczyki z ogromnymi krwistoczerwonymi
rubinami, które kołysały się przy każdym poruszeniu głową.
Jej mąż, wyższy od niej o głowę, z burzą ciemnych włosów poprzeplatanych
tylko gdzieniegdzie srebrnymi nitkami, w niczym nie przypominał
przeciętnego pięćdziesięciolatka. Przeciwnie. Przyciągał wzrok
wysportowaną sylwetką, na której doskonale leżał granatowy garnitur.
Spod rękawów marynarki wystawały śnieżnobiałe mankiety z połyskującymi
spinkami.
Na widok wchodzącej dwójki przerwali rozmowę. Kobieta klasnęła
trzykrotnie w dłonie, prosząc gości o ciszę.
- Podkomisarz Krawiec, młodsza aspirant Bodnar - zaanonsował gości
wynajęty odźwierny, po czym stanął pod ścianą, chowając ręce za
naprężonymi plecami.
Stukot obcasów pani domu rozszedł się po wyciszonym wnętrzu.
- Irena Kornatowska - przedstawiła się. - Nawet nie wiem, jak opisać to,
co się stało. - Kobieta spojrzała wymownie w kierunku męża. Podszedł do
niej, objął mocno ramieniem i popatrzył na policjantki.
- Witam. Zygmunt Kornatowski. Wahaliśmy się, czy wzywać policję, ale nie
mogliśmy dłużej narażać syna na taki stres.
Julia przez moment przyglądała się wypolerowanej na wysoki połysk
posadzce i stojącym na niej atłasowym czółenkom na cienkim obcasie.
- Wahali się państwo? O ile dobrze zrozumiałam ze zgłoszenia, zaginioną
osobą jest narzeczona państwa syna?
- Chyba że zaginiona znikanie ma we krwi - wtrąciła się Michalina. - Jak
w tym hollywoodzkim filmie z Julią Roberts.
Krawiec zganiła ją spojrzeniem, jednak spotkało się to z całkowitym
niezrozumieniem ze strony Bodnar.
- Przyznam, że nie do końca rozumiem, co pani chce przez to powiedzieć.
- Na twarzy Kornatowskiej malowało się zdziwienie wywołane pytaniem
Michaliny. - Dlaczego niby Paula miałaby to zrobić? Planowałyśmy
dzisiejszą uroczystość od wielu tygodni. To wszystko wydaje mi się takie
nierzeczywiste.
Julia zasłoniła plecami Michalinę, odcinając ją przezornie od dalszej
dyskusji.
- Zanim usłyszę państwa wersję wydarzeń, chciałabym najpierw porozmawiać
z państwa synem. - Julia rozejrzała się po twarzach gości. - Nie widzę
go tutaj.
Zygmunt Kornatowski dał dyskretny znak stojącemu pod ścianą służącemu.
Mężczyzna skinął głową, po czym sprężystym krokiem wyszedł z pokoju,
delikatnie zamykając drzwi.
- Eryk zaraz przyjdzie. Odkąd zauważył zniknięcie Pauliny, coś go
opętało. Od rana był dziwnie pobudzony, jakby przeczuwał, że coś złego
wisi w powietrzu. Zauważyłem, jak zaaplikował sobie podwójną wódkę,
zanim jeszcze rozpoczęliśmy uroczystość. Nigdy wcześniej nie widziałem,
żeby tyle pił. - Zygmunt poklepał dłoń żony, która drgnęła na dźwięk
jego słów. - Dlatego to, co zobaczyłem, bardzo mnie zaniepokoiło.
- Sądzi pan, że Eryk bał się o narzeczoną?
- Obserwowałem od pewnego czasu jego zachowanie. Odnoszę wrażenie, że
syn posępniał z każdym dniem przybliżającym go do zaręczyn.
Od strony ogrodu słychać było podniesione głosy. Julia dostrzegła dwa
cienie rzucane przez sylwetki stojące na tarasie. Weranda łączyła salon
z drugim pokojem, do którego wejście znajdowało się w głównym korytarzu,
ale głosy wyraźnie dochodziły z podwórza.
Szklane drzwi otworzyły się na całą szerokość i do pokoju wszedł młody
mężczyzna. Gwałtownym ruchem rozluźnił krawat, po czym rozpiął górne
guziki koszuli. Nie patrzył na zebranych gości. Szedł na chwiejnych
nogach prosto do baru z alkoholem.
- Szkocką!
Kelner posłusznie napełnił szklankę. Eryk wlał alkohol do gardła. Z ust
wydobył się balon powietrza. Odwrócił się do zebranych i obrzucił ich
mętnym wzrokiem. Ręka z pustą szklanką powędrowała do góry w geście
wznoszonego toastu.
- Moi goście! Moi drodzy, czcigodni goście! Tacy uładzeni i wytworni! -
Eryk ruszył w ich stronę. Podchodził coraz bliżej, zaglądając im w wystraszone twarze. - Wybałuszacie teraz oczy, jakbyście nie mieli na
tyle kultury, żeby wyjść i nie patrzeć na moje nieszczęście! Patrzcie
więc! - Zakręcił się na pięcie i rozłożył ręce. - Napatrzcie się i rozpowiedzcie wszystkim dookoła, że narzeczona Eryka zniknęła! Że
uciekła w dniu swych zaręczyn! Kochana rodzinka i przyjaciele! Wiecznie
żądni sensacji, wiecznie czyhający na moje potknięcie!
- Eryku! - Kornatowska zasłoniła usta dłonią. - Eryku, tak nie można!
Kochanie - zwróciła się szeptem do męża - zaprowadź Eryka do jego
pokoju, nie możemy pozwolić sobie na takie upokorzenie.
Julia z Michaliną obserwowały rozgrywającą się scenę rodzinną niczym
widzowie w kinie. Michalina już otwierała usta, gdy poczuła, że Julia
ściska ją za łokieć. Ruchem oczu nakazała milczenie.
Zygmunt ponownie poklepał żonę po dłoni, po czym ruszył w kierunku baru.
Eryk rozprawiał się z kolejną szklanką whisky.
- Przecież po to tu przyszli! - Chłopak zachwiał się niebezpiecznie. -
Taki skandal! Gdzie mieliby go szukać jak nie w idealnym domu
niespełnionej gwiazdy. Ile zdjęć z ukrycia zrobiliście mi dzisiaj, żeby
potem opchnąć je tabloidom?! No, ile? Sprzedajne wieprze!
Ojciec Eryka skinął na kelnera. Chwycili go pod ręce i wyprowadzili
wyrywającego się z uścisku. Po salonie rozszedł się szept. Nie bacząc na
zażenowaną Kornatowską, podsycone sensacją rozmowy przybierały na sile.
- Przykro patrzeć, gdy ludzie z klasą zachowują się zupełnie bez klasy -
mruknęła pod nosem Michalina, widząc zniesmaczoną minę Julii. Spojrzała
na zegarek. - Już po pierwszej. Mam wyprowadzić całe to towarzystwo i pozwolić Kornatowskim odpocząć? Z przesłuchaniem zapitego pana młodego
trzeba będzie poczekać.
Krawiec pokiwała głową.
- Zanim wypuścisz wszystkich do domu, spisz ich nazwiska. Wylegitymuj
każdego. Nie pomiń obsługi i służby, ich dane są tak samo ważne. Na rano
chcę mieć na biurku pełną listę osób, które przewinęły się przez dom
Kornatowskich. Ja tymczasem rozejrzę się po posesji.
* * *
Delikatne pukanie do drzwi zbudziło Eryka z płytkiego snu. Poczuł
pulsujący ból w głowie.
Pod zamkniętymi powiekami wirowały czarno-białe plamy. Otwarcie oczu
przyniosło ulgę, obraz pokoju powoli zaczął się stabilizować. Ktoś
ponownie zapukał i nie czekając na zaproszenie, nacisnął klamkę.
- Żyjesz? - Eryk zobaczył wyciągniętą w swoim kierunku rękę ze szklanką
musującej wody. - Powinieneś to połknąć. Aspiryna potrafi zdziałać cuda.
Podskakujące bąbelki gazu wdzierały się do nosa, ale Eryk wypił kilka
łyków.
- Ohyda. Zamiast tego powinieneś przynieść mi butelkę wódki. Bardziej by
mi pomogła w tej sytuacji. Co się dzieje na dole?
- Goście już wyszli, ale gliny nadal węszą po domu.
Eryk opadł z powrotem na poduszkę. Wbił wzrok w pokryty lustrem sufit.
Odbite w szkle ciało przypominało pomięty worek na kartofle.
- Sądzisz, że Paula odeszła celowo?
Karol wzruszył ramionami.
- Mało mnie to obchodzi. Ale skoro chcesz znać moje zdanie, zbyt mocno
zależało jej na tym małżeństwie, żeby ot tak zniknąć. Nie mówiła o niczym innym. Miałaby zamknąć za sobą drzwi i tak po prostu odejść?
Marzyła o założeniu rodziny. Wasza rodzina była dla niej prawdziwym
wzorem.
- Nasza rodzina. - Poprawił go Eryk. - Jesteś tak samo jej członkiem jak
ja, mimo że nie płynie w tobie krew Kornatowskich.
Karolowi cisnął się na usta mało wybredny komentarz, jednak postanowił
przemilczeć uwagę brata. Procenty szalejące w głowie Eryka spowodowały
czasowy spadek energii, a co za tym idzie zanik zwyczajowej zjadliwości,
którą przy każdej nadarzającej się okazji serwował starszemu bratu.
Eryk zwlókł się z łóżka i łapiąc w powietrzu równowagę, ruszył w kierunku przylegającej do sypialni toalety. Do pokoju doszedł odgłos
oddawania moczu. Nie spuścił wody, słychać było jedynie huk opadającej
na muszlę klapy.
- Zaraz rozwali mi czaszkę. Nie mam siły dziś o tym myśleć. Najlepiej
będzie, jeśli zostawisz mnie samego. Idź już.
Wzajemne poklepanie się po łopatkach zakończyło rozmowę. Karol odwrócił
się na pięcie i z ulgą zamknął za sobą drzwi. Eryk z mokrym ręcznikiem
na czole ułożył się z powrotem na łóżku. Przed oczami nadal miał Paulę z wdziękiem schodzącą po schodach z bukietem fiołków w dłoniach. Przez jej
jasne włosy prześwitywały rude promienie zachodzącego słońca.
* * *
- Proszę się przyjrzeć temu zadrapaniu. - Julia stała na werandzie i wskazała palcem rysę na lakierze. - Wygląda na całkiem świeże. Reszta
ramy jest w nienaruszonym stanie. Zupełnie jakby ktoś próbował otworzyć
drzwi od zewnątrz.
Zygmunt Kornatowski zmrużył oczy i powędrował wzrokiem za palcem Julii.
- Niech pan tego nie dotyka. - Zatrzymała jego dłoń wędrującą w stronę
framugi. Mężczyzna posłusznie cofnął rękę. - Wolałabym zebrać materiały
dowodowe, zanim zatrą je dziesiątki innych rąk. A propos dowodów. -
Julia sięgnęła do przewieszonej przez ramię skórzanej torby i wyjęła
zawinięty w folię damski but. - Niech pan mu się dobrze przyjrzy.
Kornatowski wziął zawiniątko do ręki. Naciągnął mocniej folię, aby
lepiej przyjrzeć się zawartości. Kiwnął głową, co przyjęła jako
potwierdzenie, że rozpoznaje własność Pauli.
- Zaraz po zakończeniu przyjęcia rozejrzałam się po państwa posiadłości.
But leżał między klombami. Tymi wokół altany. - Julia zasunęła zamek w torbie. - Oczywiście zabieram go ze sobą. Mam nadzieję, że właścicielka
lada dzień sama się po niego zgłosi.
Kornatowski uśmiechnął się bez przekonania.
- Nie wydaje się pan poruszony tą sprawą. Po ojcu przyszłego pana
młodego oczekiwałabym większego zaangażowania.
Założył ręce na piersiach i na lekko ugiętych kolanach zakołysał się w przód i w tył.
- Po prostu nie wiem, co mam o tym myśleć. Wieczór przebiegał zgodnie z planem. Były życzenia i toast. Paula kręciła się między gośćmi,
zabawiając ich rozmową. Śmiała się, widać było, że jest szczęśliwa.
Potem był poczęstunek. Zrobiło się gwarno i tłoczno, jak to na
przyjęciu. Gdy wjeżdżał tort, Eryk rozejrzał się za narzeczoną.
- I właśnie wtedy spostrzegł, że nigdzie jej nie ma?
- Młode dziewczyny bywają ekscentryczne. Może to tylko głupi dowcip z jej strony. Rozumie pani, osobliwy scenariusz dla podniesienia
atmosfery. Prawdę mówiąc, oboje z żoną jesteśmy tego zdania. Widzę, że
pani też nie jest przekonana co do tego tajemniczego zniknięcia.
- Wręcz przeciwnie. - Julia zaprzeczyła gwałtownie. - Mimo to staram się
zaklinać rzeczywistość. To taka moja słabostka, robię to zawsze, kiedy
chcę, żeby sytuacja nie okazała się tak ponura, na jaką wygląda.
- Pomaga to zaklinanie?
- W dziewięciu przypadkach na dziesięć nie. Jednak nadal próbuję. -
Założyła ręce na piersiach i obrzuciła wzrokiem ogród. - Swoją drogą
macie państwo dziwne sąsiedztwo. - Wskazała głową dom stojący za
parkanem oddzielającym posesje.
Kornatowski spojrzał w kierunku tonącego w mroku budynku.
- Stoi pusty od zeszłego lata. Właściciele wyprowadzili się zaraz po
tym, jak ktoś podłożył ogień w pawilonie dla służby.
- Ludzie zwykle odbudowują domy po takich zdarzeniach. Wystraszyli się,
że ktoś zrobi to ponownie?
Otworzył usta. Przez chwilę nie mówił nic, jakby starał się dobrać słowa
odpowiednie do okoliczności.
- W pożarze zginęło dziecko. Niemowlę. Służba pod nieobecność
właścicieli zabierała chłopca do swego domu. W wieczór, kiedy to się
stało, właściciele byli poza miastem, więc dzieckiem zajmowała się
właśnie służba, para starszych ludzi. Dom stanął w płomieniach bardzo
szybko, nikt się nie uratował. Kilka dni po pogrzebie właściciele
spakowali walizki i się wyprowadzili. Nie wiem dokąd. Od tamtego czasu
nasz dom jest ostatnim zamieszkanym w tej części miasta. Nikt tu poza
nami nie zagląda.
Julia zapatrzyła się na szumiące drzewa po drugiej stronie muru.
- Obawiam się, że jest pan w błędzie. Nie dalej niż kwadrans temu
widziałam jakąś kobietę stojącą przy parkanie oddzielającym posesje.
Była pochylona i ubrana na czarno. Nawet głowę miała zakrytą czarną
chustą. Znajdowała się za daleko, nie mogłam słyszeć, co mówi, ale
odniosłam wrażenie, że odmawia modlitwę. Poruszała ustami, stąd moje
przypuszczenie. Pomyślałam od razu, że pewnie przy szosie stoi
kapliczka. Taka, jakie stawia się przy wiejskich drogach.
- To niedorzeczne, musiało się pani zdawać. - Głos Kornatowskiego
zabrzmiał lekceważąco. - Owszem, stoi tu stary krzyż, ale jest mało
widoczny z drogi i, jak już wspomniałem, nikt tu nie zagląda.
Julia wsłuchiwała się w jego słowa z zaciekawieniem. Mówił płynnie, z rzadko spotykaną pewnością siebie. Nie czuł zażenowania, gdy
bezceremonialnie spojrzała mu w twarz, próbując odnaleźć w niej choćby
cień niepokoju. Mimo panujących w ogrodzie ciemności widziała go
dokładnie. Przez zasłony w salonie przenikała cienka smuga światła i padała wprost na środek twarzy Zygmunta. Całkowicie panował nad sobą i nad sytuacją.
- Doprawdy, bardzo to wszystko dziwne - westchnęła z niedowierzaniem. -
Mimo pańskich zapewnień dam jednak wiarę swoim oczom. Jeszcze się na
nich nie zawiodłam.
Rozmowę przerwał odgłos kroków na kamiennej ścieżce. Zza rogu domu
wyłoniła się wątła postać Ireny Kornatowskiej. Szła w ciemnozielonej,
aksamitnej podomce. Włosy miała w nieładzie, spięte tą samą spinką z perłami, ale niedbale; kosmyki wysuwały się i unosiły przy każdym
mocniejszym podmuchu powietrza. Nie miała już tej gracji i szyku, jakie
prezentowała podczas uroczystości. Sprawiała wrażenie zrezygnowanej,
zmęczonej życiem kobiety. Na widok męża i Julii stojących przy drzwiach
tarasowych prowadzących do domowej biblioteki przyspieszyła kroku.
Nerwowo przygładziła włosy, przyciskając je palcami do karku.
- Nie sądziłam, że pani nadal tu jest. - W jej głosie Julia wyczuła
zaskoczenie. Brzmiał zupełnie inaczej niż podczas rozmowy w salonie. -
Muszę z tobą jak najszybciej porozmawiać - zwróciła się do męża.
- Pani podkomisarz ma ciekawe spostrzeżenia. - Kornatowski spojrzał w stronę drzwi. - Jeśli technicy potwierdzą, że doszło do włamania, sprawa
będzie jasna. Zniknięcie Pauli jest tego konsekwencją.
Kobieta podeszła bliżej i wsunęła dłoń pod ramię męża.
- Włamanie? Ależ skąd! Osobiście mocowałam się z tym przeklętym zamkiem
nie dalej niż wczoraj.
Zygmunt spojrzał na małżonkę wzrokiem domagającym się wyjaśnień.
Machnęła ręką i roześmiała się wymuszonym śmiechem.
- Tyle razy prosiłam ogrodnika, żeby naoliwił zamek. Drzwi zacinały się
od dłuższego czasu. Kiedy ozdabialiśmy dom na dzisiejszą uroczystość,
chciałam, żeby wszystko było doskonałe. Nasi przyjaciele lubią po
wypiciu lampki koniaku w bibliotece zapalić sobie cygaro na tarasie. Nie
mogłam przecież dopuścić, aby tak ważny dzień popsuły zacinające się
drzwi. Kilka mocniejszych szarpnięć załatwiło sprawę.
Kornatowski spojrzał pytająco na Julię. Przypatrywała się matce Eryka z uwagą.
- Mimo wszystko przyślę tu z samego rana ekipę, żeby zbadała zamek. -
Julia uchwyciła zaniepokojony wzrok Ireny. - Zapewniam, że moi chłopcy
nie narobią zbytniego bałaganu, może pani być spokojna.
Odprowadzała spojrzeniem odchodzącą parę. Obejmowali się skrzyżowanymi
na plecach ramionami. Ten widok wydał jej się tak romantyczny, że nie
ruszyła się z miejsca, dopóki nie zniknęli za rogiem domu.
Błogosławiła swą niezależność, to, że nie musi znosić męskich fanaberii
i nieustannego egocentryzmu. Odkąd odeszła od Daniela, jej dni zaczęły
biec normalnym, spokojnym rytmem. Czuła jednak, że rodzi się w niej chęć
otworzenia nowego rozdziału, w którym ona i jej mężczyzna znów mówiliby
jednym głosem, śmiali się z tych samych żartów i rzucali w siebie
poduszkami w niedzielne wspólne poranki. Ta piękna para trzymająca się
za ręce wywołała w niej uczucie zazdrości.
Jej myśli powędrowały ku Michalinie. Z nią też nie było najlepiej. Co z tego, że starała się ze wszystkich sił. Każdy jej związek był jak spacer
po polu minowym. Jeden nieostrożny ruch wywalał wszystko w powietrze.
Pod tym względem jechały na jednym wózku. Były tak różne, a mimo
wszystko tak do siebie podobne.
ROZDZIAŁ II
Julia poczuła wkradające się pod kołdrę małe rączki. Postanowiła udawać,
że śpi, dając tym samym Sylwii pozwolenie na poranne baraszkowanie w maminym łóżku. Mała przytuliła się do jej pleców i zachichotała prosto
do ucha. Nie otwierając oczu, Julia złapała córkę za chude ręce i przyciągnęła je do ust. Jednak zamiast dziecięcych łapek natknęła się na
plastikową łopatkę do piasku. Jakby zapomniała, że odkąd obiecała córce
wyprawę do morskiej krainy, ekwipunek małego projektanta piaskowych
pałaców stał się nieodłącznym elementem towarzyszącym Sylwii od rana do
nocy.
- Jak się spało łopatkom i foremkom? - Odwróciła twarz w stronę córki. -
Sądząc po zadowolonej minie, noc przebiegła w ciągłym oczekiwaniu na
wakacyjną wyprawę?
- Nie było cię wczoraj, gdy zasypiałam. - Sylwia wygięła usta w podkówkę. - Obiecałaś, że wieczory będziemy spędzały razem.
Julia spojrzała w poważne oczy córki. Kolejne wymówki nie przechodziły
jej już przez usta.
- Nie podobał ci się teatrzyk, który zrobiła dla ciebie babcia? Z tego,
co wiem, siedziałyście z Basią w pierwszym rzędzie.
Sylwia odsunęła się od matki, oparła plecami o ścianę i wbiła wzrok w malowane kwiaty na kołdrze. Pod pachą ściskała swą nieodłączną lalkę,
której głowa ledwo trzymała się na gumowej szyi.
- Nie chcę być w domu tylko z babcią. - Usta niebezpiecznie zadrżały.
Sylwia zasłoniła je dłonią i zakaszlała.
Julia szybko położyła rękę na jej czole. Oby tylko znów nie doszło do
nawrotu astmy.
- Postaram się mniej pracować. Obiecuję. - Objęła córkę i schowała ją w ramionach. Położyła policzek na jasnej głowie. - W nagrodę za te
wszystkie samotne wieczory będę pozwalała ci nad morzem na wszystkie
twoje szalone pomysły.
Sylwia wyswobodziła się z objęć i na powrót usiadła na wprost matki.
- Na gofry z bitą śmietaną?
- Tak.
- Na kolorowe gumy do żucia z automatu z łapką?
- No pewnie!
- I na skoki do nieba na trampolinie?
- Będziesz skakać od rana do nocy.
Sylwia zrobiła tajemniczą minę.
- Obiecaj, że zgodzisz się na jeszcze jedno.
Do pełnego porozumienia pozostało spełnienie najważniejszej obietnicy.
Julia za uśmiech córki była gotowa na wszystko.
- Co tylko sobie mój skaczący szkrab zażyczy.
- Chcę tatuaż. Dla siebie i dla Basi.
Mała wyciągnęła spod pachy lalkę i posadziła ją na kołdrze tak, aby była
świadkiem dobijanego właśnie targu. Obie utkwiły wzrok w groźną twarz
Julii.
- Chyba obie zapomniałyście, że panna Sylwia, lat siedem, jest jeszcze
zbyt mała na tatuaże. Natomiast panna Basia, lat dwa...
- ...i pół - dodała szybko Sylwia.
- ...i pół, nosi ciągle tatuaże, tak że już nie widać jej pleców spod
nalepionych smoków i innych esów-floresów.
Sylwia gwałtownie pokręciła głową. Złote loki rozsypały się na jej
wątłych ramionach.
- Takie tatuaże się nie liczą. Ja chcę prawdziwy, z piratem. Już
powiedziałam babci, że zrobię go sobie tu. - Wyciągnęła ramię i pokazała
palcem. - Zaraz pod szczepionką.
- Chodź no do mnie, mój mały piracie! - Julia zapragnęła przytulić córkę
do serca i już jej nigdy nie puszczać. Oddałaby wszystko, aby powróciły
chwile, gdy beztrosko spędzały niemal każde weekendowe przedpołudnie w Łazienkach, karmiąc kaczki lub biegając po trawie za wiewiórkami. Teraz,
kiedy utrzymanie ich obu spoczywało wyłącznie na jej barkach, ciężar
życia stawał się coraz bardziej odczuwalny.
Grosze, które zasądził podczas rozwodu sędzia, wystarczały zaledwie na
podstawowe opłaty. Według dokumentów, które Daniel przedstawił podczas
sprawy o alimenty, powinien dawno umrzeć z głodu. Gruba kasa
przechodziła pod stołem. Postanowiła się nie poniżać i nie żebrać o nic
ponad to, co zasądzone. Zjadłby ją razem ze swoim adwokatem. Nie chciała
szarpać sobie nerwów.
Gdy zakomunikowała mu, że zabiera dziecko na dwa tygodnie nad morze, nie
zgodził się nawet na pokrycie kosztów podróży. Z tego, czego zdołała się
dowiedzieć od wspólnych znajomych z Warszawy, jego nowa kochanka
wysysała z niego każdą złotówkę. Nic zatem dziwnego, że potrzeby córki w ogóle przestały się liczyć. Zacisnęła zęby. Da sobie radę sama. Jak
zwykle.
- Co to za poranne rozróby? - Babcia Emilia wsunęła głowę do pokoju. Z jej ust szybko zniknął uśmiech, gdy baczniej przyjrzała się twarzy
córki.
- Wszystko w najlepszym porządku - odpowiedziała szybko Julia, nie chcąc
tłumaczyć się ze smętnej miny. - Wszystko w porządku.
* * *
- Jesteś pewien, że to nie było zwykłe szarpnięcie drzwiami? - Julia
przykucnęła przy pochylonym nad zamkiem Zasępą. - Kornatowska
potwierdziła, że urwanie zamka spowodowane było nagłymi pociągnięciami.
Zasępa, spec od śladów pozostawionych na miejscu przestępstwa, otarł
cieknącą po czole kroplę potu, po czym wytarł gumową rękawiczkę w spodnie.
- Oprócz typowych dla szarpnięć zarysowań widzę tu coś znacznie bardziej
interesującego. - Wskazał palcem dziurę w ramie. - Przypatrz się temu
dokładnie. Po co ktoś miałby mocować się z zamkiem, skoro wystarczyło
otworzyć go szpikulcem czy zwykłym drutem. Te drzwi nie mają
zabezpieczeń antywłamaniowych, tylko lekkie zamknięcia, bardziej ozdobne
niż wytrzymałe.
Julia podniosła się i przesunęła w stronę cienia.
- Ta dziura w ramie, tuż przy zamku, powstała wskutek ześlizgnięcia się
ręki ze szpikulcem?
Zasępa osłonił oczy przed południowym słońcem.
- Nie mogę tego wykluczyć.
- Zatem ktoś, kto majstrował przy drzwiach, był albo pijany i nie mógł
trafić w wąską szczelinę zamka, albo chybił na skutek ciemności. Ostrze
wbiło się w ramę drzwi i spowodowało odprysk drewna - skonstatowała
Julia. - Nie ma innego wytłumaczenia.
Od strony żwirowej ścieżki podążała Michalina. Dopijała poranną kawę na
wynos. Jej okulary aviatory wywołały na twarzy Zasępy ironiczny
uśmieszek.
- Gdzie zgubiłaś swego Toma Cruise'a?
- Odczep się, Zasępa. Głowa mnie boli od tego słońca. Lepiej powiedz, co
ustaliliście.
Julia już miała otwierać usta, kiedy z wnętrza domu dobiegło wołanie
Kornatowskiej. Weszła do biblioteki i postawiła na stoliku tacę z mrożoną herbatą. Tuż za nią podążał wysoki blondyn w okularach.
- Zapraszam państwa do środka. Odrobina chłodu na pewno wszystkim dobrze
zrobi.
Julia z zaciekawieniem przyglądała się młodemu mężczyźnie towarzyszącemu
Irenie Kornatowskiej.
- Nie pamiętam pana. Mam wrażenie, że nie spotkaliśmy się wczoraj
podczas przerwanej uroczystości.
- To nasz drugi syn, Karol - wyjaśniła pośpiesznie Kornatowska. - W tym
całym zamęcie pewnie wmieszał się w tłum gości, prawda, Karolu?
Mężczyzna kiwnął głową. Odsunął od stołu krzesło, zapraszając Michalinę
do odpoczynku. Skwapliwie skorzystała i klapnąwszy na siedzenie, zaczęła
wachlować się zgarniętą z etażerki gazetą. Pozostała czwórka również
przysiadła się do stołu.
- Rozumiem, że do tej pory Paula nie dała znaku życia? - Julia nalała
sobie herbaty do szklanki. - Rozmawiała pani z synem?
Kornatowska rozłożyła bezradnie ręce. Wzrok Julii i Michaliny przykuł
połyskujący na palcu pierścionek z olbrzymim szafirem.
- Telefon Pauli milczy. Eryk od rana próbuje się z nią skontaktować, ale
bez skutku. Na dodatek mało pamięta z wczorajszego wieczoru.
- Zalał się przecież w trupa - wymamrotała Michalina pod nosem. - Dziwię
się, że po takiej dawce alkoholu można w ogóle przeżyć.
Kornatowska puściła tę uwagę mimo uszu. Cokolwiek by powiedziała w jego
obronie, fakty były bezsporne. Jej młodszy syn zrobił z siebie i z nich
wszystkich pośmiewisko.
- Zdaję sobie sprawę z tego, że to, co teraz powiem, być może wyda się
pani szaleństwem, ale osobiście nie wierzę w to całe włamanie i porwanie
dziewczyny. - Ściszyła znacznie głos i spojrzała w stronę korytarza. -
Wezwaliśmy policję głównie ze względu na Eryka. Oszalał z rozpaczy, jak
się dowiedział, że Paula zniknęła.
- No i chyba też po to, żeby zachować twarz przed żądnymi sensacji
gośćmi - wtrąciła ponownie Michalina, rozpierając się wygodnie na
krześle. - Zawsze to lepiej upozorować zniknięcie narzeczonej, niż dać
ludziom do myślenia, że dziewczyna ucieka przed swoim chłopakiem w dniu
zaręczyn.
Milczący do tej pory Karol poderwał się od stołu, zawisł nad głową matki
i wpatrzył się w różową od upału twarz Michaliny.
- Nie rozumiem, jak pani może być tak cyniczna. Naszą rodzinę dotknęło
nieszczęście, a pani uważa, że w takim momencie bylibyśmy w stanie
kalkulować, jaka wersja wydarzeń jest dla nas bardziej korzystna?
Niespotykana bezczelność!
Matka odchyliła się w jego stronę i łagodnie poklepała go po
przedramieniu. Posłał jej gorzki uśmiech, dając tym samym znać, że
panuje nad sobą.
- Ja pewnie też wybrałabym tę pierwszą opcję - nie dawała za wygraną
Bodnar. - A jeśli jeszcze na dodatek prasa to zgrabnie opisze i nada
wydarzeniu posmak sensacji, wokół Eryka zrobi się medialny szum. Czy nie
o to w tym wszystkim chodzi? Celebryci aż się proszą o skandalizujące
artykuły w gazetach lub w sieci.
Michalina podchwyciła pytające spojrzenie Julii. Dała znać ręką, że
potem jej wszystko wytłumaczy.
- Celebryci! Artykuły! Wiecie, gdzie mam tych pieprzonych pismaków? -
Zza pleców Julii doszło szuranie porannych pantofli. Z butelką wody
Perrier w garści, w rozpiętym na piersiach szlafroku zbliżał się do nich
Eryk.
Julia na odległość wyczuła odór przetrawionego alkoholu. Z każdego pora
skóry wydobywał się pomieszany z porannym potem smród. Gdyby nie
widziała go na zdjęciu w gazecie, nie uwierzyłaby, że zabójczo
przystojny mężczyzna w ciągu zaledwie jednej nocy może zrobić z siebie
kogoś tak żałosnego.
Spojrzała na Michalinę, która udając, że pije, schowała nos w szklankę z herbatą, aby nie wdychać sfermentowanego alkoholu.
Irena odciągnęła syna na bok i szepcząc mu coś do ucha, popchnęła w stronę wyjścia. Eryk szarpnął się, rękawy beżowego szlafroka zafurczały
w powietrzu.
- Zamiast siedzieć tu bezczynnie i popijać herbatę, ruszylibyście tyłki
i zabrali się do swojej roboty! - krzyknął w ich stronę.
Julia dyskretnie dała Michalinie i Zasępie sygnał do odwrotu. Podnieśli
się z krzeseł i ruszyli w stronę wyjścia. Eryk jednym skokiem znalazł
się przy drzwiach wychodzących na taras. Zablokował wyjście ręką. Na
jego twarzy malowała się pogarda.
- Cóż za wymowne milczenie! Gliny się obraziły! Rozumiem, że na dziś
zakończyliście robotę i wracacie do domu posiedzieć przed telewizorem?
Julia zmierzyła go wzrokiem i przesunęła na bok.
- Nie możemy podjąć więcej kroków przed upływem dwudziestu czterech
godzin od zaginięcia. Takie są przepisy. Jeśli do poniedziałku pańska
narzeczona nie da znaku życia, rozpoczniemy swoją procedurę.
Odpowiedział jej wściekły śmiech mężczyzny.
- Wy i te wasze procedury! Za dwadzieścia cztery godziny dziewczyna może
już nie żyć! Jak wtedy wytłumaczycie się ze swoich procedur? - wysyczał
prosto do ucha Julii. - Chciałbym wtedy zobaczyć wasze miny.
Miał zamiar dorzucić jeszcze kilka złośliwości, ale Karol złapał go za
rękę i wyprowadził szamoczącego się z pokoju.
- Przepraszam za niego. Eryk zachowuje się nienaturalnie, odkąd zaczęły
się te pogróżki. - Głos Karola był już dużo łagodniejszy. Julia obróciła
się i weszła z powrotem do biblioteki.
- O jakich pogróżkach pan mówi? I czemu dopiero teraz?! - Nieświadomie
podniosła głos, ale zaraz się opanowała.
- Poczekajcie. Zaraz to przyniosę.
Karol wyszedł z pokoju, by po chwili wrócić z ozdobnym kartonem
wielkości pudełka do butów. Postawił go na stoliku do kawy.
- Co to jest? - Julia podniosła wzrok w oczekiwaniu na wytłumaczenie.
- Na dzień przed zaręczynami kurier przyniósł tę paczkę. Była
zaadresowana do Pauli. Brała wtedy prysznic, więc chciałem odebrać
przesyłkę w jej imieniu, jednak kurier stanowczo zażądał, żeby pakunek
trafił do rąk własnych adresata.
- Która była wtedy godzina?
- Czy to ważne? Mniej więcej dziewiąta rano. Może wpół do dziesiątej.
Zaraz po tym, jak dostarczono przepiórki na niedzielny obiad.
Michalina gwizdnęła przeciągle, ale natychmiast w ramach przeprosin
posłała Karolowi niewinny uśmiech.
- Co było dalej?
- Pamiętam, że Paula wycierała mokre włosy. Zawołałem ją, aby przyszła
tu, do biblioteki, pokwitować odbiór. Kurier czekał dobrych piętnaście
minut, więc zaproponowałem mu, żeby przysiadł na chwilę.
- Dalej - poganiała go Julia.
Przełknął ślinę i zawiesił wzrok na pudełku.
- Paula myślała zapewne, że to jakiś romantyczny prezent od Eryka.
- Skąd pan wie, co myślała Paulina? - Julia przyłapała go, jak się
zawahał. - Była załączona wizytówka nadawcy?
Pokręcił głową.
- Nie, nie było wizytówki, jednak prezent wyglądał na drogi. Był
zapakowany wyjątkowo elegancko. Komuś musiało zależeć na tym, aby zrobić
odpowiednie wrażenie.
- Widział pan, co było w środku?
Karol ponownie zawahał się przez chwilę. Wbił wzrok w karton,
przywołując w pamięci tamtą sytuację.
- Tak, widziałem. W pudełku odwrócony brzuchem do góry leżał martwy ptak
z wyrwanymi skrzydłami.
W pokoju zrobiło się nienaturalnie cicho. Jedynie znad kominka
dochodziło miarowe tykanie zegara.
- Karolu, przecież to mógł być jakiś zwykły głupi żart. - Pierwsza
odezwała się Irena Kornatowska, czując na sobie wzrok Julii. - Jeden z tych, jakie robią sobie młodzi ludzie po to tylko, aby kogoś nastraszyć.
Nie sądzi pani? - Odwróciła twarz w stronę wpatrzonej w nią Krawiec.
Nie doczekała się jednak odpowiedzi. Julia przerzuciła wzrok na puste
pudełko, jakby szukała odpowiedzi na dręczące ją pytanie, kto i dlaczego
życzył śmierci Paulinie Fogel?
Opuszczali dom Kornatowskich z nieskrywaną ulgą. Julia niosła pod pachą
puste kartonowe pudełko.
- Co za popieprzona rodzina. - Michalina wskoczyła na tylne siedzenie
fiata. - Jeśli to jest elita, to ja wolę pozostać tam, gdzie moje
miejsce. "Plebs" też brzmi nieźle.
Julia poprawiła wsteczne lusterko i zwolniła ręczny hamulec. Wycofała
auto za bramę posesji.
- Zasępa, co ty o tym wszystkim myślisz?
- Ja tu nie jestem od myślenia. Swoje już powiedziałem. Zamek drzwi
tarasowych był naruszony od zewnątrz. Jeśli Kornatowska utrzymuje, że
jego zniszczenie nastąpiło wskutek silnych szarpnięć od strony
biblioteki, to najzwyczajniej w świecie kłamie.
Julia odwróciła głowę w stronę Zasępy.
- Po co miałaby kłamać? Myślisz, że nie zależy jej na bezpieczeństwie
swojej rodziny? To przecież nielogiczne. - Wrzuciła czwarty bieg. Fiat
szarpnął i potoczył się dalej. - Wszystko wskazuje na to, że mamy do
czynienia z uprowadzeniem.
- O ile uprowadzona nie pojawi się jak gdyby nigdy nic w domu swojego
narzeczonego za kilka godzin, kiedy już ochłonie po całonocnej wycieczce
- rzuciła z tylnego siedzenia Michalina.
- Nie podoba mi się, że musimy poczekać do poniedziałku. - Julia
spojrzała we wsteczne lusterko, obserwując jadący za nimi samochód
dostawczy. - I niepokoi mnie ta przesyłka z ptasim truchłem.
- Zgaduję, że nie zgadzasz się na opcję "głupi żart młodych ludzi"? -
Michalina nieudolnie przekrzywiła twarz, naśladując Kornatowską.
Julia, nie odrywając wzroku od drogi, pokręciła głową.
- Nie chciałam tego mówić przy nich. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebują,
jest wywołanie paniki. Ale wiem jedno: martwy ptak zwiastuje śmierć.
Nagłą i tragiczną - odparła. - Nikt nie robi takich prezentów bez
przyczyny. Paulina dostała wyraźną przestrogę, że wkrótce zginie.
Pozostaje pytanie, czy była tego świadoma.
Auto skręciło w główną arterię miasta. Jechali bez słowa, obserwując
ulice i zazdroszcząc mieszkańcom leniwego, niedzielnego popołudnia.
Emeryci wylegli na ławki przy skwerach i wystawiali ku słońcu blade
łydki i ramiona. Dzieci uganiały się po alejkach na rowerach, nie
zwracając uwagi na potrącanych przez siebie pieszych. Jedynie psy z wywieszonymi językami błagalnym wzrokiem wymuszały na właścicielach
natychmiastowy powrót do chłodnych domów.
Pierwsze lato poza Warszawą. Julia powoli zaczynała doceniać uroki
spokojnego życia, gdzie wszystko toczyło się wolniej. Od sprawy, którą
prowadziła na jesieni ubiegłego roku, nic cięższego kalibru na nią nie
spadło. Liczyła się z tym, że po jej zamknięciu przestanie być potrzebna
i najzwyczajniej w świecie pożegna się z pracą po raz kolejny.
Szczęśliwie komisarz Stefaniak uznał, że woli mieć ją już na stałe przy
sobie. Sprawa zniknięcia Pauliny Fogel nie mogła trafić zatem w żadne
inne ręce.
- Co miałaś na myśli, mówiąc w domu Kornatowskich o świecie celebrytów?
- Julia wyrwała do odpowiedzi przysypiającą na tylnym siedzeniu
Michalinę.
Bodnar ziewnęła i podsunęła się bliżej siedzenia Julii.
- Poszperałam co nieco w internecie. Prawdę powiedziawszy, siedziałam w sieci do rana. Dlatego dziś ledwo stoję na nogach.
- No i?
- Eryk Kornatowski to lokalna gwiazda.
- Lider zespołu rockowego?
- Pudło. Masz jeszcze jeden strzał.
- W takim razie stawiam na światowej sławy tancerza flamenco.
Michalina opadła z powrotem na swoje siedzenie.
- Zmierzasz w złym kierunku. Eryk jest aktorem.
- Żartujesz?
- Ani trochę. - Michalina zaczęła się niespokojnie kręcić. Na samą myśl
o przystojnym Kornatowskim zaróżowiły jej się policzki, co Julia
skrupulatnie odnotowała, zerkając we wsteczne lusterko. Skręciła za
sklepem z artykułami dla niemowląt i energicznie nacisnęła hamulec.
- Zasępa, ty wysiadasz. Stąd dojdziesz na komisariat na piechotę.
Zabierz ze sobą karton i siadaj natychmiast do analizowania śladów
mikrobiologicznych. My z Michaliną dołączymy do ciebie za pół godziny.
Zasępa stał na krawężniku z kwaśną miną. Pomachała mu ręką, po czym z piskiem opon zawróciła w stronę głównej ulicy miasta. Zatrzymała auto na
chodniku pod ciągiem pawilonów handlowych. Po chwili wróciła, ściskając
w ręku trzy pudełka z filmami i kubełek z popcornem.
- Mamy co robić do samego wieczora.
- Co to jest? - Michalina obracała w dłoniach plastikowe pudełka.
- Skoro mamy do czynienia z gwiazdą filmową, powinnyśmy skwapliwie
dołączyć do miejscowego fanklubu, nie sądzisz?
Bodnar nie wyglądała na uszczęśliwioną tym pomysłem.
- Chcesz mnie wrobić w oglądanie polskich filmów z wiejskim aktorem w roli głównej?
- Dokładnie tak. Nie rozumiem zniesmaczenia w twoim głosie. Przecież
chłopak jest w twoim typie. - Obserwowała, jak Michalina ze zmarszczonym
nosem wczytuje się w opis fabuły na spodzie opakowania. - Niestety nie
dysponuję w swoim ubogim mieszkaniu odtwarzaczem DVD, więc seans
odbędzie się na komisariacie. Zamiast wygodnych foteli muszą nam
wystarczyć zwykłe krzesła albo wykładzina, jak wolisz.
Na komisariacie panował zaduch. Otwarte okna wpuszczały dodatkowe
podmuchy nagrzanego powietrza. Julia nasączyła wodą chustkę i wytarła
nią płonący kark. Wsadziła wtyczkę wentylatora do kontaktu. Wiatrak
zabuczał, obrócił kilka razy plastikowymi skrzydłami, po czym zamarł.
- Niech to jasna cholera. - Zrezygnowana sięgnęła po gazetę i zaczęła
machać nią przed swoim nosem. - Czasami żałuję, że nie mamy zraszaczy
przeciwpożarowych.
Michalina przytaknęła bez większego przekonania. Upał zdawał się jej
zupełnie nie przeszkadzać. Mimo wcześniejszych jęków jej policzki
różowiły się na samą myśl o tym, że za chwilę na ekranie zobaczy Eryka.
Wsunęła płytę do odtwarzacza i przewinęła reklamy. Usadowiła się za
stołem i sięgnęła po kubełek z popcornem. Wlepiła wzrok w migający
obraz. Julia przysiadła się obok.
Po dwudziestu minutach filmu Julia włączyła pauzę.
- Mój mózg nie jest w stanie tego dłużej znosić. - Napotkała proszące
oczy Michaliny. - A jednak ci się podoba? Tak, tak, wiem, że na ekranie
Eryk wygląda jeszcze lepiej niż w rzeczywistości, ale do kina oscarowego
jest mu tak daleko jak mnie do baletu. Proponuję nie zamęczać się dłużej
tym bollywoodzkim romansem rodem znad Wisły. Może drugi film będzie
bardziej udany. Co tam jeszcze mamy? - Wyciągnęła rękę po kolejne
pudełko z filmem. - Miłość w podmiejskim pociągu. Już mam ciarki. Raz,
dwa, trzy... akcja!
W filmie nie było ani pociągu, ani miłości. Bezdomny, dziewiętnastoletni
bohater, którego grał kiepsko ucharakteryzowany na nastolatka Eryk,
szukał z kalekim psem schronienia na Górnym Śląsku. Julia znowu sięgnęła
po pilota. Michalina oburzonym wzrokiem śledziła, jak Krawiec po raz
kolejny niszczy jej wieczór.
- Jego gra w ogóle cię nie porusza? - Nie mogła uwierzyć w brak gustu
starszej koleżanki.
Ciche pstryknięcie wyłączające telewizor nie pozostawiało pola
negocjacjom.
- Taki film mogłyby z równym powodzeniem nakręcić moja matka ze
sprzedawczynią z rybnego. - Julia postanowiła być okrutna. - Zupełnie
nie rozumiem twego podniecenia. Złożę to na karb dzisiejszego upału.
- Nie masz racji. - Michalina z ociąganiem podniosła się z krzesła. -
Nadajemy na różnych falach. Ja, w przeciwieństwie do ciebie, mam w sobie
jeszcze odrobinę wrażliwości.
Dla dodania sobie animuszu poprawiła jeża na głowie.
- Myślisz, że Paula się odnajdzie? - zmieniła temat. Julii wydawało się,
że w jej głosie zabrzmiała fałszywa nutka nadziei, że po narzeczonej
Eryka ślad zaginął.
- Chciałabym wierzyć, że nie tylko się znajdzie, ale że będą żyli ze
sobą długo i szczęśliwie. Zajrzę zaraz do Zasępy i sprawdzę, jak mu
idzie zbieranie śladów z pudełka. Ty idź już do domu. Jutro z samego
rana zadzwoń do Kornatowskich. Dowiedz się, jak wygląda sytuacja. Mam
złe przeczucia.
ROZDZIAŁ III
Pierwszą rzeczą, jaką należało zrobić o ósmej rano, było nastawienie
ekspresu do kawy. Po wczorajszym upale nie pozostał ślad. Niebo
przykrywały czarne chmury, z których spadały ciężkie krople deszczu.
Ciśnienie zdawało się tak niskie, że podwójna dawka kofeiny była
absolutną koniecznością.
Zasępa zebrał z pudła kilka próbek i przesłał do analizy. Były to
strzępki ptasiego puchu wciśnięte pod zagięcia kartonu i kilka odcisków
palców z przylepionej niedbale taśmy klejącej. Nic ponadto.
Julia bez większej ochoty ponownie sięgnęła po kalendarz i leżące pod
nim kolorowe foldery kwater do wynajęcia. Dziś koniecznie musi
zarezerwować pokój nad morzem. Zaplanowany na pierwsze dwa tygodnie
lipca wyjazd zbliżał się wielkimi krokami.
Ostatni raz była w Stegnie jako mała dziewczynka. Od tego czasu musiało
się tam wiele zmienić. Miała jeszcze w pamięci zapach świerkowego lasu,
pośrodku którego razem z rodzicami wynajmowali mały drewniany domek.
Ciekawe, czy nadal tam stoi, rozmarzyła się i przymknęła na chwilę
powieki, pod którymi malował się obraz wakacji sprzed lat. Tak, wtedy
jeszcze bywało bajkowo. Aż do momentu, gdy rodzina rozpadła się niemal z dnia na dzień.
O tym, że przed jej matką ojciec miał inną kobietę, wiedziała od zawsze.
Z tego związku urodziło się dziecko, chłopiec, z którym miała rzadki
kontakt jako mała dziewczynka. Był od niej starszy o sześć lat. Nie
czuła zazdrości, w końcu to tylko przeszłość. Ważne, że ich rodzina była
w komplecie, przynajmniej do momentu, gdy skończyła dwanaście lat. Wtedy
dowiedziała się o tej trzeciej, całkiem nowej. Matka omijała temat,
starając się nie zadręczać ani jej, ani siebie myślami o rozpadającym
się małżeństwie. Pewnego dnia zobaczyła męża idącego ulicą z tamtą
kobietą. Była młoda i ładna. Szła uwieszona na jego ramieniu. Gdy
spostrzegła zszokowaną Emilię, ścisnęła rękę ojca jeszcze mocniej.
Sygnał, że wygrała bitwę, zadziałał. Wyminęli ją, jakby była powietrzem.
Płakała wtedy cały wieczór. Była przekonana, że Julia tego nie słyszy,
zamknięta w swoim dziecięcym pokoju. Od tamtego czasu Julia unikała
ojca. W przypadające dni odwiedzin uciekała do koleżanki lub po prostu
wałęsała się po parku.
Powrót do Stegny, do tamtego miejsca, gdzie byli razem i życie wydawało
się nie mieć kolców, miał ją oczyścić. Miał udowodnić, że dorosła na
tyle, aby stawić czoło temu, co zdarzyło się dwadzieścia lat wcześniej.
Dlatego nie wybrała żadnego innego miejsca. Mając trzydzieści dwa lata,
była gotowa na konfrontację z przeszłością.
Na biurku zaterkotał telefon. Recepcja przełączyła rozmowę z miasta.
- Krawiec, słucham. Kto? Kiedy zauważyliście państwo...? Dobrze,
przyjęłam.
Do pokoju weszła zlana deszczem Michalina. Strząsnęła krople z kurtki,
po czym sięgnęła po kubek do kawy.
- Rozbierz się i zadzwoń do Kornatowskich - przypomniała jej Julia,
naciągając na ramiona prochowiec. - Dowiedz się, czy Paula dała znak
życia. Przed chwilą zgłoszono zaginięcie kolejnej dziewczyny. Jadę
porozmawiać z jej rodziną.
Do domu zaginionej Laury Majcher prowadziła ubita wiejska droga, która
teraz rozmiękła całkowicie i zamieniła się w błotniste bajoro. Czerwony
fiat Julii brnął w brei zanurzonymi do połowy kołami, co rusz zapadając
się w podmyte deszczem dziury.
Na progu domu stało starsze małżeństwo. Kobieta miała zawiązaną na
głowie chustkę, taką, jaką wiązały starsze kobiety ćwierć wieku temu.
Nerwowo zaciskała bielejące dłonie. Stojący za jej plecami mąż miał na
sobie wysłużony kraciasty sweter, wciśnięty za pasek workowatych spodni.
Z kamienną twarzą przyglądał się idącej w ich stronę młodej podkomisarz.
Oboje cofnęli się od progu, wpuszczając ją do środka.
Starła z twarzy krople deszczu i weszła do skromnego pokoju połączonego
z niewielką kuchnią. Na gazie bulgotał garnek z gotującym się dżemem.
- Może herbaty na rozgrzanie? Niestety nie mogę zaproponować kawy. Ani
ja, ani mąż nie pijemy. Nawet Laura woli herbatę - dodała cicho kobieta.
Julia podziękowała ruchem ręki.
- Proszę usiąść na kanapie. - Cienką jak gałązka ręką kobieta wskazała
wysłużoną kozetkę. - Przepraszamy, że u nas tak biednie, że nie
proponujemy nic wygodniejszego, ale żyjemy, jak pani widzi, bardzo
skromnie.
- Nic nie szkodzi, jest mi bardzo wygodnie. - Julia posłała gospodyni
uprzejmy uśmiech.
Dyskretnie rozejrzała się wokół. W porównaniu z posiadłością
Kornatowskich ten dom wyglądał jak kiepska służbówka. Pośrodku pokoju
stał okrągły stół, przy nim ustawiono cztery krzesła z podłokietnikami.
Pod oknem, na niewielkim kredensie stał telewizor z olbrzymim
kineskopem. Obok niego, na stołku podpartym kawałkiem drewna, który
zastępował ułamaną nóżkę, stało radio z dużymi pokrętłami. Niewielka
biblioteczka do połowy wypełniona była książkami, jakie w latach
osiemdziesiątych kupowało się na talony. Drugą połowę zajmowały
kryształowe szklanki i kieliszki. Na najwyższej półce stała figurka
Matki Boskiej składającej ręce w modlitwie i wpatrzonej w pokryty
nierówną warstwą farby sufit.
- Proszę opowiedzieć, co się stało. Z pana głosu wywnioskowałam, że
córka zniknęła nagle? - Po oględzinach pokoju Julia zwróciła się do
patrzącego na nią mężczyzny.
Majcher przysunął krzesło i usiadł naprzeciwko kozetki. Jego żona
uczyniła to samo.
- Zniknięcie Laury zauważyliśmy około siódmej rano. Córka zwykle wstaje
przed szóstą, jednak pomyśleliśmy, że czytała do późna i przysnęła.
Postanowiliśmy dać jej pospać. Gdy jednak zegar wybił siódmą, żona
zajrzała do jej pokoju. Zobaczyła, że łóżko jest puste. Laury już nie
było.
Julia patrzyła na zatroskane twarze, widząc w nich ten sam strach, który
towarzyszył jej, gdy zimą zeszłego roku zaginęła Sylwia. Na samo
wspomnienie tamtych wydarzeń zabiło jej mocniej serce.
- W jakim wieku jest państwa córka?
- Laura ma dwadzieścia trzy lata. Studiuje ukrainistykę w Warszawie,
został jej ostatni rok nauki. Wybrała już nawet temat pracy
magisterskiej, tylko dziwny był taki, całkiem mi wyleciał z głowy. -
Kobieta zmarszczyła czoło, ale nie mogła sobie przypomnieć. - To takie
dobre dziecko. Dziś po południu miała jechać do Warszawy, do akademika,
żeby spakować rzeczy i przywieźć je do domu. Przecież to już koniec
semestru. Na szafce nadal leży bilet na pociąg... - Matka Laury
zasłoniła twarz dłońmi.
- Czy Laura jest państwa jedynym dzieckiem?
W pokoju zapadło niezręczne milczenie. Majcherowie spuścili głowy, jak
dzieci przed groźnym nauczycielem.
- Jeśli mam odnaleźć państwa córkę, muszę wiedzieć wszystko. Zapytam
więc jeszcze raz. Czy poza Laurą macie państwo inne dzieci?
- Nie. - Głos ojca dziewczyny przeszył powietrze niczym sztylet. - Mamy
tylko ją.
- Doprawdy? Zatem te młodzieżowe męskie adidasy, które stoją w sieni,
należą do pana? Uprawia pan jogging?
Majcherowa spojrzała z wyrzutem na męża. Sięgnął po papierosa i podszedł
do okna. Potarł zapałkę o draskę i zasłonił dłonią przed nieistniejącym
wiatrem.
- No więc? - Julia uśmiechnęła się lekko, starając się ośmielić kobietę.
- Nasz syn Robert wpakował się w małe kłopoty - powiedziała cicho matka
Laury. - Odbyła się sprawa w sądzie. Nic poważnego, ale jednak...
- Jednym słowem, siedzi? - podsumowała Julia. - A przynajmniej powinien.
Gdzie go trzymają? Białołęka, Wronki czy gdzieś dalej?
- Białołęka - odpowiedziała szybko kobieta i spojrzała w kierunku okna.
Nieruchome plecy jej męża drgnęły, po czym znowu znieruchomiały.
- Sądząc po świeżym błocie na adidasach, jest teraz na przepustce.
Zaszył się gdzieś w domu?
Majcherowa kiwnęła głową i spojrzała na sufit.
- To doprawdy dziwne. - Julia podniosła się z kozetki. - Ludzie na
przepustkach zazwyczaj odreagowują pobyt w zamknięciu i nie siedzą kątem
u rodziny. Chcę z nim porozmawiać. Natychmiast.
Pokój na strychu wyglądał, jakby chwilę wcześniej przeszło przez niego
tornado. Porozrzucane płyty i ubrania zaścielały niemal całą podłogę.
Przy łóżku leżały rozłożone magazyny "Playboy" i "CKM", obnażające
wszystkie sekrety kobiecego ciała.
Matka Laury weszła do pokoju pierwsza i od progu rzuciła się do
zgarniania z podłogi narosłego bałaganu. Julia stanęła przy łóżku, na
którym ze słuchawkami na uszach leżał ogolony na łyso chłopak. Szarpnęła
go za nogawkę dżinsów. Nie otwierając oczu, odepchnął ją stopą i ponownie zatopił się w muzyce transowej. Odłączenie kabla od odtwarzacza
poderwało go na równe nogi.
- Co jest, matka?! - ryknął, klękając na łóżku w półrozkroku. - Daj żyć,
jeszcze dosypiam! Kogoś mi tu przyprowadziła? Tyle razy mówiłem, żadnych
odwiedzin! Jakaś kolejna ciotka, która chce mnie nawracać?
- Podkomisarz Julia Krawiec. - Policyjna legitymacja podziałała na
chłopaka uspokajająco. Robert opadł z powrotem na poduszkę i potarł łysą
głowę.
- Przepustka kończy mi się za dwa dni. Jestem tu na legalu. Nic na mnie
nie macie.
Wyciągnął spod łóżka puszkę piwa. Po pokoju rozeszło się ciche
syknięcie.
- Sorry, ale nie będę częstował. Ostatnie.
- Obejdzie się. - Julia, nie odsuwając poszarzałej kołdry, usiadła na
brzegu łóżka. - Przyszłam w sprawie Laury. Potrzebuję informacji.
Przypomnij sobie, czy nie mówiła ci o jakichś planach, o czymkolwiek, co
miałoby związek z jej zniknięciem.
Chłopak momentalnie spoważniał. Oderwał usta od puszki i odstawił piwo
na podłogę. Patrzył to na matkę, to na Julię.
- O czym wy mówicie? Niecałą godzinę temu słyszałem jej kroki za ścianą.
- Widząc niedowierzanie w oczach Julii, uderzył się w piersi, aż
zadudniło. - Przysięgam na Boga, że słyszałem, jak ktoś chodził po jej
pokoju.
Sąsiadujący pokój Laury znajdował się w niewielkiej niszy, trudno go
było dojrzeć z korytarza.
Julia nacisnęła klamkę. W pokoju panował półmrok, zasłony były szczelnie
zaciągnięte. Od progu uderzył ich dziwny zapach rozchodzący się w pomieszczeniu.
- Coś tu się stało. - Majcherowa przystanęła w progu. - Gdy byłam tu z samego rana, pokój wyglądał całkiem inaczej.
- Co ma pani na myśli?
Kobieta patrzyła na pomieszczenie z niepokojem w oczach.
- Okna. Były odsłonięte. I ten zapach. Nie czułam go wcześniej.
Robert wsunął rękę do pokoju i zapalił światło. W przeciwieństwie do
pokoju brata u Laury panował nieskazitelny porządek. Sosnowe półki na
ścianach uginały się od książek. Na podłodze leżał starannie przeczesany
szczotką dywanik.
Część pokoju odgrodzona była od reszty chińskim parawanem. Cztery
rozłożone skrzydła błyszczały wytworną czernią, na której misternie
namalowano cienkim pędzelkiem srebrne trawy delikatnie poruszane
wiatrem.
- Prawdziwa laka. - Julia przeciągnęła palcami po gładkiej powierzchni.
- Szlachetny mebel, rarytas. Dawno nie widziałam czegoś równie pięknego.
Przeniosła wzrok na matkę Laury. Ta drgnęła, ale nie odezwała się ani
słowem.
- I drogiego - dodała Julia. - Na moje oko kosztował państwa kilka albo
nawet kilkanaście tysięcy, zgadza się?
Kobieta ożywiła się na dźwięk jej słów.
- Laura dostała ten parawan w prezencie. Nas nigdy nie byłoby stać na
taki wydatek. Jak pani widzi, żyjemy bardzo skromnie.
- Mówi pani, prezent. Kto daje młodej, skromnej dziewczynie tak
kosztowne podarunki? - Julia spodziewała się usłyszeć historię o rozrzutnej ciotce fundującej na lewo i prawo zamorskie cacka, jednak
kobieta zacisnęła usta. Krawiec pokiwała z niedowierzaniem głową. - Nie
zastanawialiście się nigdy nad tym, od kogo i za co Laura dostała taki
kosztowny upominek?
- Co pani sugeruje? - Matka Laury spojrzała na Julię pełnymi pretensji
oczami. - Że moje dziecko prowadziło podwójne życie? - dodała już
spokojniejszym tonem. - Ten parawan został dostarczony równo tydzień
temu. Przywiozła go firma przesyłkowa z Warszawy. Zapewne ktoś wiedział
o tym, że oprócz swojego kierunku studiów Laura jest zafascynowana
Chinami. Marzyła, żeby choć raz tam polecieć.
Dopiero teraz Julia zauważyła ustawione na szafce pod ścianą
miniaturowe, kolorowe smoki wyginające szyje i ogony we wszystkie strony
świata. Zrobione z koralików oczy były niestarannie powciskane w modelinę. Niechlujnie odstawały od reszty głowy.
- Ten miły ktoś chciał jej najpewniej zrobić przyjemność - dodała
wyjaśniająco matka Laury.
- Czyżby? - W Julii zaczął wzbierać gniew zmieszany z niecierpliwością.
- Nie ma bezinteresownych "miłych ktosiów" fundujących za równie miły
uśmiech tak drogie prezenty. Nie zaniepokoiło to pani?
Z jednej strony żal jej było tej skromnej, zabiedzonej kobiety, która
ledwie wiązała koniec z końcem, z drugiej zaś była wściekła na wszystkie
matki świata bagatelizujące fakt, że ich córki otrzymują kosztowne
prezenty niewiadomego pochodzenia.
- Czy zatrzymała pani kwit potwierdzający dostarczenie tego parawanu?
Kobieta odwróciła się, rozglądając za czymś na przeciwległej ścianie. Z wiszącego na gwoździu skórzanego woreczka wyjęła garść sklepowych
rachunków, jakie Laura nagromadziła w ciągu ostatnich tygodni. Ręce jej
drżały, gdy rozwijała kolejne paragony wystawione na trzycyfrowe kwoty.
Nie namyślając się długo, Julia zgarnęła większość do swojej podręcznej
torby.
- To ten kwit. - Majcherowa wyciągnęła dłoń w stronę Julii. - Zachowała
go na wypadek reklamacji.
Julia dorzuciła złożoną na pół, niemal przezroczystą kartkę do reszty
rachunków leżących bezpiecznie w torbie. Zasępa przejrzy je na
komisariacie. Spojrzała na wystające zza parawanu zasłonięte okno.
- Balkon w tak małym pokoju?
Małomówny do tej pory Robert ożywił się i zrobił krok w kierunku okna.
- To nie balkon. Tak naprawdę to jest osobne wejście. Na wakacje
wynajmujemy pokój letnikom, więc dobudowaliśmy wzdłuż zewnętrznej ściany
schody, żeby wczasowiczom było wygodniej. No i żeby nie plątali się
niepotrzebnie po domu - dodał i podrapał się po łysym karku. - Kiedy
wejście jest niewykorzystywane, siostra zastawia je swoim łóżkiem, żeby
mieć więcej miejsca w pokoju.
Nie czekając na dalszy ciąg opowieści, Julia podeszła do parawanu i odsłoniła go gwałtownym ruchem ręki. Z piersi matki Laury wyrwał się
jęk. Wszyscy troje zamarli. Łóżko Laury zasłane było zgniłymi
pokrzywami. Smród błota mieszał się z butwiejącym zielskiem. Na
kłujących liściach leżała bladoniebieska sukienka.
* * *
Julia otrząsnęła parasol z deszczu i postawiła go pod ścianą. Nie
zdążyła zrzucić z siebie płaszcza, kiedy do pokoju wpadła wściekła jak
osa Michalina.
- Właśnie wróciłam od Kornatowskich. - Trzasnęła drzwiami.
- Zaraz mi wszystko opowiesz, ale muszę załatwić jedną sprawę. -
Nacisnęła czerwony guzik na telefonie. - Zasępa? Pojedziesz z ekipą na
Poleśną szesnaście pod dom Laury Majcher. Podejdziesz od tylnej strony.
Są tam dobudowane schody. Zbierzesz z poręczy i zewnętrznej futryny
wszystkie odciski palców. Co z tego, że pada?! Zbierz je oparami kleju,
chyba nie muszę ci podpowiadać?
Michalina przysiadła na krawędzi biurka.
- Nieźle, całkiem nieźle. Jestem pod wrażeniem.
Julia zepchnęła jej pośladek z blatu i na to miejsce położyła swoją
torbę.
- Co z tym klejem? Nie słyszałam o tej metodzie. - Bodnar zaświeciły się
oczy.
- Było nie urywać się z zajęć. Brak wiedzy potrafi zaboleć, zwłaszcza w tym zawodzie. - Julia była naprawdę wściekła, ale wyjaśniła koleżance, o co chodzi. - Między liniami papilarnymi gromadzą się drobinki tłuszczu.
Gdy opylimy je cyjanoakrylem, dadzą nam obraz odcisków palców lub całej
dłoni. Doskonała metoda do przypadków takich jak ten. Tylko nie mów
"wow", powinnaś znać takie metody jak dziesięć przykazań.
Michalina poczuła się urażona, ale nie na tyle, żeby miało jej to zepsuć
dzień. Raźnym krokiem podeszła do parapetu i sprawdziła ziemię w doniczce jedynego kwiatka, jaki upiększał tę szarą norę. Usychał z pragnienia. W butelce po 7 Up było kilka kropel wody. Wylała wszystko do
doniczki.
- Wiadomo coś o Pauli? - Krawiec po raz kolejny tego dnia wcisnęła
przycisk w ekspresie do kawy.
Bodnar pokręciła głową.
- Nadal nic. Żadnego znaku życia. Chciałam zamienić słowo z Erykiem, ale
Kornatowska nie dopuściła mnie do niego. Po naszej ostatniej "uprzejmej"
wymianie zdań postanowiła nie konfrontować nas ze sobą.
- Dziwisz się jej?
Ekspres zawarczał, po czym wypuścił bąble spienionej czarnej cieczy.
Mimo wstrętnego smaku Julia wychyliła kilka gorących łyków. Michalina
podstawiła swój kubek.
- Tak, dziwię. - Machnęła energicznie kubkiem. Kolejna plama z kawy
ozdobiła wykładzinę. - Najpierw nas wzywają, a potem utrudniają
dochodzenie. Zwykła dziecinada.
Julia wykrzywiła usta w uśmiechu.
- Mogłaś upodlić się trochę i w omdleniach poprosić o autograf. Wtedy
byś go zobaczyła.
- Bardzo śmieszne! - Zmrużone oczy Michaliny wyrażały złość. - Do całej
sprawy podchodzę z dystansem. Znaczy się: profesjonalnie.
- Nie śmiałabym myśleć inaczej, gdybym nie przyuważyła podwójnie
nażelowanego jeża na twojej głowie i mocniejszego śladu szminki.
Do pokoju wsunął swą łysiejącą głowę komisarz Stefaniak. Kilkudniowy
urlop zaowocował lekkim zaróżowieniem skóry między resztkami włosów.
Podszedł do biurka i bez pardonu usiadł na miejscu Julii. Swoim
zwyczajem wyciągnął nogi na stole. Udając, że nie widzi jej pełnego
wyrzutu spojrzenia, umościł się wygodnie, po czym założył ręce pod
brzuchem.
- Ledwie człowiek zamknie drzwi i wyjedzie na krótkie wakacje, a już
zaczynają się tu dzikie harce. Co jest z tymi dwiema zaginionymi
dziewczynami?
Julia wyjęła z akt zdjęcie Pauli. Komisarz nachylił się nad fotografią
zmysłowej blondynki, jakich wiele można zobaczyć w amerykańskich
produkcjach filmowych, mało natomiast na prowincji takiej jak ta. Nie
miała w sobie nic tandetnego, przeciwnie, przyciągała wzrok szlachetnymi
rysami i łagodnym spojrzeniem. Uśmiechniętą twarz okalały proste włosy.
Białe, równe zęby wyglądały identycznie jak te na plakatach w gabinetach
dentystycznych.
Tuż obok fotografii Pauli Julia położyła zdjęcie Laury. Tym razem
patrzyła na nich ciemnowłosa, ostrzyżona na pazia dziewczyna z oczami
przypominającymi szmaragdy. Tak zielonych oczu nie spotyka się na co
dzień.
- Znam tę dziewczynę. - Michalina zawisła nad stołem, aby przyjrzeć się
dokładnie fotografiom. - Była tego feralnego wieczoru u Kornatowskich.
- Jesteś tego pewna? - Julia wzięła zdjęcie do ręki.
- Daj mi chwilę. - Michalina poderwała się z krzesła i wsadziła głowę do
metalowej szafy. - Tu jest przygotowana przeze mnie lista osób będących
na przyjęciu w wieczór zaginięcia Pauli. Jak się nazywa ta dziewczyna?
- Laura Majcher.
Podniesiona triumfalnie do góry teczka powędrowała na stół.
- Tak, to ona. Jest na mojej liście. Pamiętam ją dokładnie. Stała wtedy
w kącie, z nikim nie rozmawiała. Chociaż nie, zamieniła kilka słów z Erykiem, kiedy ojciec wyprowadzał go pijanego z sali. Piękna i wyjątkowo
spokojna. Powiedziałabym, dystyngowana. - Michalina przywoływała obrazy
z pamięci. - Dziwię się, że jej nie dostrzegłaś. Moją uwagę zwróciła od
razu. Była ubrana w bladoniebieską suknię do kolan. Skromną, ale w dobrym guście.
Julia szybkim ruchem sięgnęła po swoją motorolę. Kciukiem odszukała
zrobione godzinę temu zdjęcie.
- Przyjrzyj się tej sukience. Czy to w nią była ubrana Laura?
Michalina wyjęła telefon z ręki Julii i powiększyła obraz.
- Tak. Rozpoznaję ten wzór przy dekolcie obszytym paciorkami. To z pewnością suknia Laury.
Przysłuchujący się rozmowie komisarz odepchnął się rękami od biurka i zsunął nogi na podłogę.
- Mamy zatem powiązane ze sobą dwa uprowadzenia. Musimy założyć, że
sprawca był dobrze znany obu kobietom. Teraz trzeba tylko znaleźć motyw.
Krawiec, to wymarzona robota dla ciebie - wysapał i bez słowa wyszedł z pokoju, nie zamykając za sobą drzwi. Julia kopnęła je lekko. Zamek
zaskoczył.
- Prawda, że to genialnie proste? - prychnęła w stronę zamyślonej
Michaliny. - Dziecinna układanka, szast-prast i mamy rozwiązanie.
Wzięła trzy głębokie oddechy, po czym sięgnęła do szuflady po pinezki.
Tablica korkowa nad jej biurkiem wzbogaciła się o zdjęcia zaginionych
Pauliny Fogel i Laury Majcher. Obie w chwili zaginięcia miały po
dwadzieścia trzy lata.
* * *
Powrót do domu Kornatowskich był konieczny. Aby nie wywoływać kolejnych
awantur, Julia postanowiła tym razem porozmawiać z nimi sama, bez
udziału Michaliny. Dziewczyna, choć bystra i szybka w działaniu, miała
tę wadę, że nie umiała trzymać języka za zębami i wyrzucała z siebie
komentarze bez zastanowienia.
Strugi deszczu spływały z rynien domu, tworząc małe bajorka na ceglanych
płytkach wokół murów. Studzienki ściekowe nie przyjmowały tak ogromnej
ilości deszczu, jaka od rana padała z nieba, nie dając nadziei na szybki
koniec ulewy.
Julia błysnęła światłami reflektorów po szybach budki ochroniarza.
Narzucił na głowę marynarkę i wychylił głowę. Otworzył bramę na tyle,
aby fiat Julii zmieścił się między słupkami, po czym szybko zamknął ją z powrotem.
Dwukrotne pukanie do drzwi nie odniosło skutku. Nacisnęła dzwonek i nastawiła uszu, czekając na wpuszczenie. Choć wewnątrz domu paliło się
światło, nadal tkwiła na wycieraczce. Spróbowała zajrzeć do środka przez
wąskie szybki w drzwiach. Postawiła kołnierz prochowca. Parasol został
na komisariacie, tymczasem krople zacinającego deszczu padały, mimo
zadaszenia, na każdy centymetr podpartego kolumnami ganku.
Zrobiła kilka kroków wzdłuż muru w nadziei, że znajdzie niedomknięte
okna, przez które mogłaby krzyknąć. Te od frontu okazały się jednak
szczelnie zamknięte. Kucharka Berta, nie chcąc dopuścić, aby woda wlała
się na parapety i wyszlifowane, lakierowane parkiety, pozamykała okna.
Julia obeszła dom dookoła, zapadając się co rusz obcasami w nasiąkniętą
od wody ziemię. Ogród przypominał las tropikalny podczas pory
deszczowej. O ile starannie przycięte kuliste bukszpany z radością
syciły się deszczem, o tyle powykręcane od ciężkich kropel główki
ozdobnych kwiatów coraz bardziej chyliły się ku kałużom wraz z pokurczonymi od wilgoci liśćmi.
Przeskakując po zatopionych pod wodą płytkach, dotarła do drzwi
tarasowych. Na wietrze nadal powiewała biało-niebieska policyjna taśma
przylepiona w niedzielę przez Zasępę. Zerwała ją jednym pociągnięciem.
Naparła palcami na szybę. Drzwi się uchyliły. Rozejrzała się,
sprawdzając, czy nie jest obserwowana, a następnie wsunęła bezszelestnie
do biblioteki.
W pokoju panował półmrok. Przez niedomknięte drzwi prowadzące na
korytarz padała cienka smuga światła. Julia szybkim ruchem wyciszyła
dzwonek telefonu. Doskonale znała zasadę, że im bardziej komuś zależy na
dyskrecji, tym szybciej może zostać zdemaskowany. Nie myliła się.
Wkładając komórkę z powrotem do kieszeni, zobaczyła na wyświetlaczu
numer dobijającej się do niej Michaliny. Odrzuciła rozmowę i skoncentrowała się na odgłosach dochodzących z wnętrza domu.
Ktoś był w sąsiadującym z biblioteką salonie. Usłyszała przesuwający się
po podłodze mebel, po czym pomieszczenie wypełnił tłumiony kobiecy
chichot, który przeszedł w zmysłowy szept. Julia minęła stojący na
środku biblioteki stolik, próbując nie potrącić znajdującego się przy
nim krzesła. Podsuwała się coraz bliżej drzwi i starała się wychwycić
słowa tej przeplatanej tłumionym śmiechem dyskusji.
Przywarła do ściany i schowała się za drzwiami. Damski głos unosił się i opadał. Niezręczność sytuacji paraliżowała ją. Zrobiła krok naprzód,
jednak w tej samej chwili od strony ganku doszedł ją odgłos
przekręcanego w zamku klucza. Zaraz potem trzasnęły drzwi wejściowe.
Szepty w pokoju obok nagle zamilkły. Przez korytarz przemknęła czyjaś
postać i po chwili nerwowego wahania wbiegła do biblioteki. Zapach
luksusowych perfum rozniósł się po pokoju. Julia przywarła mocniej do
ściany i wstrzymała oddech. Postać sprawnym ruchem schowała blond włosy
pod kolorową chustę, po czym nie oglądając się na boki, przebiegła obok
zdrętwiałej Julii i zniknęła w niedomkniętych drzwiach prowadzących na
taras.
* * *
- I wtedy po prostu wyszłam. - Julia włożyła do ust tabletkę od bólu
głowy i popiła kilkoma łykami mineralnej. - Nie spodziewałam się tego,
że będę świadkiem sceny niczym z wenezuelskiej telenoweli.
- Kochanka uciekająca przez balkon? - Rozszerzone oczy Michaliny
wyraźnie dawały do zrozumienia, że czeka na więcej pikantnych
szczegółów. - No, mów, co się działo potem!
- Przez taras - poprawiła ją Krawiec. Zdjęła przemoczony pod szyją
sweter i rozwiesiła go na oparciu krzesła. - Potem rozpętała się
awantura. Kornatowska krzyczała, że zaledwie dwa dni temu zaginęła
Paula, a przez dom już przewijają się jakieś dziwki. Tak powiedziała:
"dziwki". Później zaczęły się wyrzuty, że nie tak się umawiali, że
dłużej nie zniesie tego, aby pod jej dachem i na jej oczach działy się
takie rzeczy.
- Co na to Eryk? - Oczy Michaliny płonęły żarem.
- Nie widziałam go. Stałam ukryta za drzwiami biblioteki, nie mogłam
pozwolić sobie na najmniejszy ruch. Eryk musiał cały czas przebywać w pokoju obok i wysłuchiwać wrzasków matki. Właściwie nie odezwał się ani
słowem. Słyszałam tylko, jak wchodzi po schodach na górę. Trzask drzwi
do sypialni zakończył scenę.
- A Kornatowska?
- Zamknęła się u siebie. W domu zrobiło się zupełnie cicho. Wydawało mi
się, że słyszę dochodzący z góry płacz.
- Wygląda na to, że bardzo przeżywa to, co się stało z Paulą. -
Michalina potarła dłonią wystrzyżoną potylicę. - Chyba przestanę się
zachwycać jej synem. Odeszła mi ochota.
Julia z przesadną troską pogłaskała ją po głowie. Starała się ominąć jej
największą ozdobę, która mimo że była chroniona przez lakier typu extra
strong, mogłaby się przechylić o centymetr. Chwiejność emocjonalna
Michaliny bawiła ją. Jeszcze kilka takich doświadczeń, a dziewczyna do
końca życia pozostanie starą panną z wyboru. Może to nawet wyjdzie jej
na dobre.
- Odwołaj dziś wszystkie prywatne plany na wieczór, nie wyfruniemy stąd
tak szybko. Bierz się do listy gości z wieczoru zaręczynowego i siadaj
do telefonu. Wezwij ich na przesłuchanie. Ja się zajmę kręgiem znajomych
Laury Majcher. - Julia spojrzała za smutkiem na przypięte do korkowej
tablicy zdjęcie błękitnej sukni leżącej na łożu z pokrzyw. - Cała ta
sprawa wydaje mi się tak nierzeczywista, że aż boję się pomyśleć, co
może się za nią kryć.
- Znajdą się obie, zobaczysz. - Michalina pochyliła się nad listą gości.
- Jestem pewna, że w końcu się znajdą...
* * *
Robert położył na środku pokoju plastikowy worek i naciągnął na dłonie
ogrodowe rękawice. Zanurzył ręce w gnijących liściach. Starał się omijać
wzrokiem wpatrującą się w niego matkę.
Siedziała na brzegu krzesła i międliła w palcach chusteczkę do oczu.
Kolejne minuty biegły w ciszy przerywanej jedynie szelestem
wypełniającego się pokrzywami worka.
- Kto mógł jej to zrobić? - usłyszał cichy głos.
Wyprostował plecy. Stał przez chwilę nieruchomo. Poruszał jedynie
końcami palców, jakby przygotowywał się do gry na pianinie. Nadal nie
odwracał się w stronę matki.
- Znajdę ją. Poruszę niebo i ziemię, ale znajdę Laurę.
- Nie chcę, żebyś znów wpakował się w kłopoty. Tobie nie wolno...
- Nie wolno mi szukać własnej siostry? Co za pierdolone bzdury!
Kobieta podniosła się z krzesła i stanęła za jego wilgotnymi od potu
plecami. Delikatnie musnęła dłonią wytatuowane ramię.
- Co chcesz zrobić? Za dwa dni wracasz za kraty.
Odwrócił się w jej stronę. Zobaczyła jego napiętą twarz. Chyba nigdy
dotąd nie widziała u swego syna tak poważnych oczu. Nie było w nich ani
śladu cwaniactwa, które od dziecka było jego znakiem rozpoznawczym.
Przyzwyczajał ją latami do swego życia na krawędzi, ślepo wierząc, że
tylko frajerzy żyją uczciwie. Teraz stał przed nią ktoś inny, całkiem
odmieniony.
- Bądź spokojna. - Objął matkę ramionami. - Znam takiego, co jest mi
winny przysługę. Teraz będzie miał okazję odwdzięczyć się za to, co dla
niego zrobiłem.
- O czym ty mówisz? - Kobieta odepchnęła od siebie ręce syna. - Chcesz
wmieszać w nasze sprawy kogoś obcego?
Chłopak poluzował uścisk. Wrzucił rękawice do worka, po czym zawiązał go
na supeł i zarzucił na plecy.
- To nie jest nikt obcy. Znasz go. - Spojrzał na nią znacząco.
- Chyba nie mówisz o... Brunonie? - Majcherowa zasłoniła usta dłonią.
Robert nie odpowiedział. Wyminął matkę i stanął na progu pokoju.
- Umówmy się. Jeśli chcesz zobaczyć Laurę żywą, nie wiąż mi rąk
zakazami, których i tak nie posłucham. - Ruszył w kierunku schodów.
Złapał wiszącą na poręczy bluzę.
- Kiedy wrócisz?! - zawołała za schodzącym po stopniach synem.
Odpowiedział jej trzask zamykanych drzwi.
* * *
Kolacja w domu Kornatowskich rozpoczęła się punktualnie o ósmej. Długi
na dwanaście osób stół nakryto tym razem do połowy. Na drugiej połowie
stał flakon z liliami. Berta wniosła półmiski z wędlinami oraz świeżo
upieczony chleb. W dzbanku z sokiem pomarańczowym rozpuszczał się
pokruszony lód.
- Nadal nie wiem, dlaczego mi to robicie. - Eryk z uporem naciskał
palcem zęby widelca, aż w końcu podskoczył i uderzył trzonkiem o talerz.
- Udajecie, że nic się nie stało! Jecie, śpicie i odgrywacie rolę
szczęśliwej rodzinki, tylko nie wiem, po co?
- Eryku, uspokój się. - Irena wyciągnęła dłoń w kierunku syna. - Nic nie
możemy zrobić. Musimy teraz czekać...
- Czekać! Wiecznie czekać! Z takimi pieniędzmi na nic nie musicie
czekać! Trzymacie mnie za mordę jak jakiegoś szczeniaka, zamiast
pozwolić mi wystukać numer do prywatnego detektywa. Ale już niedługo
skończy się wasza władza nade mną. Do ślubu zostało jeszcze tylko kilka
tygodni i wtedy uwolnię się od was i od tej całej obłudy. Kilka tygodni
i ani dnia dłużej!
Nie zważając na zaczerwienione oczy matki, odsunął z hukiem krzesło i wyszedł z jadalni. Kobieta poderwała się od stołu.
- Zostaw go. - Zygmunt przytrzymał ją ruchem ręki. Sięgnął po dzbanek z parującą herbatą i nalał płyn do filiżanki żony. - On nadal tkwi w tym
po uszy. Zbyt mało czasu upłynęło, ciągle nie może stanąć na nogi.
Musimy o tym pamiętać. To przecież nasz syn.
Przysłuchujący się im Karol przełknął ostatni kęs chleba, po czym
odłożył ubrudzoną masłem serwetkę na obrus.
- Rozumiem, że mam do niego pójść i zacząć rytualne niańczenie tego
pajaca? - Nie czekając na potwierdzenie, ruszył do wyjścia.
Kornatowska posłała w stronę jego pleców uprzejmy, ale chłodny uśmiech.
Gdy zostali sami, Kornatowski przysunął swoje krzesło bliżej żony.
- Jak długo to jeszcze potrwa? - Zamyślił się. - Musimy trzymać się
razem, inaczej nasza rodzina rozpadnie się jak domek z kart.
Ponownie wyciągnął ramię, chcąc pogładzić rękę żony. Irena cofnęła ją ze
wstrętem.
- Naszej rodziny już nie ma. - Przekrzywiła głowę i spojrzała mu prosto
w oczy. - Zapamiętaj sobie, nas już nie ma.
Michalina zamknęła okno. Woda nadal płynęła po parapecie, torując sobie
w jego zagłębieniu wąziutką dróżkę, z której raz za razem spływały na
wykładzinę kolejne krople deszczu. Bodnar podsunęła pod parapet stare
gazety.
- Jeśli nie dopadnie nas gruźlica, to w najlepszym razie zjedzą nas
panoszące się na ścianie grzyby. - Bezradnie spojrzała w kierunku
pochylonej nad dokumentami Julii. - Nic nie powiesz?
- Mamy dwie zaginione. - Julia była w innym świecie. - Pochodzą z dwóch
różnych środowisk. Jedna opływa we wszystko, o czym może zamarzyć, druga
żyje na granicy biedy. Jedna dostaje tajemniczy pakunek z nieżywym
ptakiem, w pokoju drugiej ktoś układa suknię na gnijących pokrzywach.
- Gdyby to były chociaż róże czy inne romantyczne kwiecie, ale pokrzywy?
Fuj! Co za wariat obrzuca dziewczynę pokrzywami? Te pokrzywy to też
jakiś symbol?
Julia podniosła głowę znad papierów.
- Włącz internet. Nie patrz tak na mnie, po prostu włącz.
Podjechała na fotelu do stojącego pod oknem komputera i odsunęła
marudzącą przy klawiaturze Michalinę. Monitor rozgrzewał się od pewnego
czasu coraz wolniej. Jeszcze kilka dni, a całkiem padnie. Będą pracować
w jedynym w Polsce komisariacie, gdzie śledczy nie mają dostępu do
sieci. Za miesiąc przyjdzie im chodzić po mieście i grać na akordeonie,
prosząc o datek na sprzęt biurowy.
Czekając na start komputera, zawiesiła wzrok na ściekającym z przedziurawionej rynny deszczu. Komputer zabuczał swoim zwyczajem.
Szybko otworzyła Google i wstukała frazę "pokrzywa symbolika".
- Pokrzywa, podobnie jak inne rośliny, ma swoją symbolikę - czytała na
głos, nie zwracając uwagi na Michalinę, która podparta łokciami o mały
wystający spod monitora blat patrzyła w zamyśleniu na poruszające się
usta Julii. - Od razu powinnam o tym pomyśleć. Popatrz na to.
Michalina przekręciła głowę w stronę monitora.
- Każdy opis mówi to samo, pokrzywy zawsze oznaczają cierpienie,
okrucieństwo czy nawet zemstę. Komu mogła zaszkodzić taka dziewczyna jak
Laura?
- Każdy ma swojego wroga - stwierdziła Michalina od niechcenia i wróciła
do swojego biurka, aby rozmasować ścierpnięte łydki.
- Źle to wygląda. - Julia wyłączyła migający ekran. - Udało ci się
dowiedzieć czegoś na temat Pauliny? Nic właściwie o niej nie wiemy.
Bodnar wyprostowała się na krześle i zacmokała, przywołując w pamięci
fakty, do których udało jej się dotrzeć.
- Poszperałam co nieco. Jej rodzice nie żyją. Zginęli w wypadku
samochodowym pod Koszalinem w dziewięćdziesiątym ósmym. Razem z nimi
sfajczył się w samochodzie jej starszy brat. Wszystkie trzy ciała były
całkowicie zwęglone. To była prawdziwa tragedia, pisała o tym prasa.
Paula przez kilka lat pracowała jako barmanka w warszawskim klubie Time
Out. Rok spędziła w Londynie. Najpierw w charakterze hostessy, potem
dorabiała gdzieś na czarno.
- Jakieś studia?
- Tylko przez pół roku. Dostała się na UW, ale zrezygnowała po pierwszym
semestrze. Prawdopodobnie musiała zacząć zarabiać, żeby móc się utrzymać
na powierzchni. Przynajmniej do momentu, kiedy poznała Eryka
Kornatowskiego.
- Pięknym kobietom świat nie da umrzeć z głodu, droga Michalino. -
Krawiec dojrzała błysk zawiści w oczach koleżanki. - Nic na to nie
poradzisz, tak już po prostu jest.
Bodnar wydęła usta. Jej zdanie na temat długonogich ślicznotek było
powszechnie znane. Gardziła nimi, ale też po cichu zazdrościła im
powodzenia.
- Totalna kicha. Kiedy Bozia rozdawała urodę, ja wtedy siedziałam w kiblu. Świat jest do dupy...
- Nie smęć. Tych dodatkowych parę kilo nie robi z ciebie potwora.
Przynajmniej mózg masz na swoim miejscu. Jest więc za co dziękować Bozi.
Co masz na temat Kornatowskich?
Michalina westchnęła ciężko. Nie wiedziała, czy słowa Julii ma
odczytywać jako komplement. Co do mózgu, owszem, to było nawet miłe.
Kwestię opinających się na brzuchu ubrań mogła jednak przemilczeć.
- Zasięgnęłam języka wśród sąsiadów, tak jak kazałaś. - Odczekała
chwilę, licząc na pochwałę. Skupiona twarz Julii nie wyrażała jednak
żadnych emocji. - Najpierw nie chcieli mówić, że niby o sąsiadach nie
wypada. Skończyło się na tym, że ledwo powstrzymałam ich słowotok.
Rodzice Eryka i Karola zaczęli się dorabiać majątku już w czasach
peerelowskich, kiedy rozpoczął się masowy exodus do Stanów. Wyjechali
pod koniec lat osiemdziesiątych, podobnie jak połowa mieszkańców naszego
miasta. Nie oszczędzali się i często zasilali konto banknotami z wizerunkiem Franklina. Zaciskali pasa i ciułali cent do centa, dopóki
nie uznali, że przyszedł czas na powrót w wielkim stylu. Eryk mieszkał
przez te wszystkie lata u dziadków w Warszawie. Kornatowscy wrócili do
kraju, gdy chłopak kończył wydział aktorski. Kupili mały dworek i wyremontowali go tak, aby okolica umarła z zazdrości.
- To wszystko?
- Zygmunt Kornatowski podczas ostatnich wyborów wszedł ostro w polityczne kręgi. Jest liderem antyklerykalnej partii Prawda.
- Nie obiło mi się o uszy.
Michalina wzruszyła ramionami.
- Za mało interesujesz się tymi sprawami. Miałam kiedyś koleżankę,
której ktoś tam z rodziny działał w polityce. Żona się z nim rozwiodła,
bo nie widywała go tygodniami w domu. Władza, rozumiesz, wciąga...
- Co się działo wtedy z Karolem? - Julia wróciła do przerwanego wątku. -
Wtedy, gdy jego rodzice przebywali za granicą.
- Drogi obu chłopców rozeszły się na blisko trzy lata. Karol nie miał
talentu jak jego młodszy brat. Skończył zawodówkę, potem terminował u miejscowego badylarza. Nie miał ambicji, żeby zostać telewizyjną
gwiazdą.
- Może to i dobrze - wtrąciła Julia. - Świat nie jest gotów na przyjęcie
kolejnego artystycznego geniusza z tej rodziny. Nie patrz tak drwiąco.
Nie jesteśmy godni, po prostu.
Do gabinetu zapukał Mirek z recepcji, otworzył szeroko drzwi i wpuścił
do środka Irenę Kornatowską. Weszła pewnym krokiem i rozejrzała się po
pokoju. Widok zniszczonych ścian nie wywołał na jej twarzy zachwytu. Ani
tym bardziej wysłużone krzesło, jakie podsunęła jej z kwaśną miną
Michalina. Kiwnęła jednak uprzejmie głową i przysiadła na jego brzegu.
Uniosła brwi na widok pokrytej brunatnymi plamami wykładziny, która
kilka minut temu została dodatkowo przyozdobiona kleksem z kawy.
Przezornie odsunęła stopy na bok, aby zrobione z cienkiej cielęcej skóry
szpilki nie miały styczności z wysychającą plamą.
W kontraście do zapachu wilgoci, jaki wydobywał się ze ścian podczas
padającego deszczu, aromat perfum Ireny przywołał tęsknotę za
nieosiągalnym luksusem. Julia wciągnęła zapach w płuca. Widziała kątem
oka, że Michalina robi dokładnie to samo. Przyglądała się Kornatowskiej
bezczelnie, napawając oczy zarówno widokiem świetnie skrojonej garsonki,
jak i nieskazitelnym makijażem. Mimo pięćdziesięciu lat jej skóra
pozostała gładka. Na twarzy i na dłoniach była jasna, niemal
przezroczysta. Zapewne od unikania słońca lub stosowania dobrych
kosmetyków. Oczy były niezwykle żywe, powieki pociągnięte idealnie
dobranym cieniem, który nadawał im barwę pochmurnego nieba.
O ile Julia z Michaliną wlepiały zachwycony wzrok w Kornatowską, o tyle
ona z niesmakiem lustrowała dalej każdy kąt gabinetu, zastanawiając się,
jak można dobrowolnie przebywać w tak zapuszczonym miejscu. Krawiec
chrząknęła znacząco. Chciała przerwać ten obserwacyjny maraton.
Kornatowska poprawiła się na siedzeniu i zgarnęła za ucho zwisający
kosmyk włosów. Jej miękkie ruchy w niczym nie przypominały gwałtownych
ruchów Julii, dla której najważniejsza była szybkość i precyzja. Właśnie
z tego powodu nigdy nie będę damą, pomyślała.
- Chcę przeprosić za tak późną wizytę, ale nie mogę zwlekać z tym ani
dnia dłużej - zaczęła Kornatowska. - Jestem zmuszona prosić panie o pomoc.
- Niech zgadnę. Eryk zrobił kolejną awanturę i stąd pani obecność na
komisariacie - skonstatowała Julia, ale zaraz pożałowała swych słów. -
Właściwie to nie powinnam oceniać relacji w pani rodzinie. Przepraszam,
nie moja sprawa.
Na te słowa kobieta wyjęła z torebki chusteczkę z delikatnej bawełny i przyłożyła jej rąbek do oka. Julia zauważyła, że żadna z wytuszowanych
rzęs nie zostawiła na materiale czarnego śladu.
- Erykowi bardzo zależy na Paulinie. Chcę mu pomóc w miarę swoich
możliwości. Dlatego postanowiłam zwrócić się do policji o umieszczenie w mediach zdjęcia Pauli. Zapłacę, ile będzie trzeba, tylko niech się to
już skończy. Nie mogę patrzeć, jak mój syn popada w obłęd.
- Publiczne nagłaśnianie tego typu spraw należy do rzadkości, zwłaszcza
że Paula nie należała jeszcze do rodziny. Ale skoro publikacja zdjęcia
nie wpłynie niekorzystnie na państwa wizerunek... Mam na myśli pani męża i jego polityczną karierę. Musicie mieć świadomość, że ludzie będą
kojarzyć tę sprawę.
Kornatowska kiwnęła odruchowo głową.
- Myślicie, że mi na tym zależy? Na tym cyrku, który dzieje się wokół
mojej rodziny? - Spuściła głowę. Zwijała spokojnie w rulonik trzymaną w rękach chusteczkę, koncentrując się na tym, jakby od precyzji jej ruchów
zależały losy świata. - To nie jest tak, jak sobie wyobrażacie.
Julia pociągnęła stojące za biurkiem krzesło i postawiła na wprost
Kornatowskiej. Usiadła tak blisko, że niemal stykały się kolanami.
- Proszę mówić.
Kornatowska na powrót rozwinęła chusteczkę i przycisnęła do niej usta,
jakby je wycierała po zakończonej kolacji.
- Właściwie nie ma o czym. Nie przyszłam tu po to, aby szukać
współczucia. Nikt nie jest w stanie zrozumieć tego, co mnie dręczy.
Chwilami wolałabym, żeby to wszystko nigdy się nie zaczęło.
- Co ma pani na myśli?
Kobieta wzruszyła ramionami. W świetle słabej biurkowej lampki wyglądała
jak podstarzałe dziecko, które najchętniej zdezerterowałoby z dorosłego
życia.
- Powinnam zareagować dużo wcześniej. Boję się, że zmarnowałam mu
młodość - powiedziała zapatrzona w poruszaną wiatrem firankę. Ocknęła
się z zamyślenia i zamachała w powietrzu chusteczką, chłodząc sobie
twarz. - Nie zwracajcie na mnie uwagi, to tylko wynurzenia
nadopiekuńczej matki. Jeśli chodzi o publikację zdjęcia Pauli... - Na
stole pojawił się plik dwustuzłotowych banknotów. - Wiem, że w policji
nie zarabiacie dużo...
- Niech pani to schowa. - Głos Julii zabrzmiał spokojnie, ale twarz
zmieniła się z przyjaznej na ponurą i nieprzystępną. - I nigdy nie
przynosi do mnie pieniędzy.
Wypielęgnowana dłoń szybkim ruchem zgarnęła z powrotem banknoty do
torby. Julia, która uważała wizytę za zakończoną, wstała od biurka i otworzyła drzwi na oścież.
Kornatowska dopięła kaszmirowy płaszcz i bez słowa opuściła pokój. Julia
stała w drzwiach, patrząc, jak kobieta uważnie stawia kroki w swych
markowych czarnych szpilkach.
- Proszę zaczekać! - Głos odbił się od ścian korytarza. Irena
Kornatowska zatrzymała się przy schodach i odwróciła twarzą w stronę
dobiegającego dźwięku. Julia podeszła bliżej. - Na zaręczynach była u państwa Laura Majcher, zgadza się?
Matka Eryka przytaknęła bez chwili namysłu.
- Laura jest przyjaciółką Pauliny. Paula wybrała ją na swoją druhnę. Nic
zatem dziwnego, że Laura była na uroczystości. Znają się od wielu lat.
To ta dziewczyna ze zdjęcia wiszącego za pani biurkiem. Właściwie miałam
zapytać, po co je tam umieściliście.
- Druhna? - Pytanie Krawiec zawisło w powietrzu. - To naprawdę bardzo
dziwne. Laura zaginęła dzień po zaręczynach. Podejrzewam, że podobnie
jak pani przyszła synowa została uprowadzona.
Kornatowska się zachwiała. Julia w porę podała jej swoje ramię. Czuła,
jak kobieta drży. - Laura została porwana? To niemożliwe... Musicie ją
odnaleźć. Grozi jej niebezpieczeństwo? Błagam, zróbcie coś, zanim stanie
się najgorsze - wyszeptała łamiącym się głosem. - Laura musi żyć...
* * *
Skręcił w boczną, zalaną deszczem uliczkę. Stojąca woda przedostała się
do jego butów i wsiąkała w skarpety. Smarknął na trawnik i otarł nos
wierzchem dłoni. Przyspieszył kroku. Mimo że przebywał na przepustce
legalnie, co chwila nerwowo oglądał się za siebie, kontrolując, czy nikt
za nim nie idzie. Przeskoczył rozmyte pozostałości po psich odchodach,
minął kiosk z prasą i skierował się do stojącego za nim bloku.
Odruchowo spojrzał na balkony. Na jednym z nich przez cały rok powiewała
biało-czerwona flaga. Właściciel postanowił nie chować jej po
uroczystościach państwowych, jak zwykli czynić to inni mieszkańcy
kamienicy. Flaga, mocno już poszarzała, powiewała niezmiennie od
stycznia do grudnia. Pieprzony patriota, pomyślał Robert i przeniósł
wzrok piętro wyżej. Na balkonie oprócz pustych słoików i butelek po
piwie nic nie stało ani nie powiewało. W oknach nie było firanek. W jednym z nich było widać nawet z ulicy półmetrowe pęknięcie biegnące
wzdłuż szyby. Efekt ostatniej majówki, jaką urządził Bruno, świętując
zbyt wczesne powitanie lata.
Uderzył dwukrotnie pięścią w drzwi. W wizjerze mignęło oko, po czym
ciche kliknięcie zwolniło blokadę drzwi.
- Kurwa, wiesz, która jest godzina? - Stojący w samych slipkach mięśniak
przetarł zaspane oczy.
- Właściwa. - Robert minął go w drzwiach i poszedł prosto do pokoju.
Usiadł na przetartej od starości i niezliczonej liczby imprez kanapie.
Nie wyjmując rąk z kieszeni wiatrówki, obserwował, jak chwiejący się na
nogach chłopak wciąga sztywne z brudu dżinsy.
- Czego chcesz? - Bruno zapalił papierosa.
- Nadal wisisz mi przysługę. - Robert wyciągnął rękę po camela. Bruno
skrzywił się, ale oddał mu swojego szluga, po czym zapalił następnego.
Przyjrzał się poważnej twarzy gościa. - Wiesz, o czym mówię?
Chłopak niechętnie kiwnął głową. Powoli wypuścił z nosa dwie smugi dymu.
Sprawa z czasów, gdy Robert dał mu fałszywe alibi, musiała wrócić.
Tamten dziany facet z Moskwy gryzł ziemię od miesiąca, kiedy gliny
wpadły na jego trop. Ta durna Betty sypnęła go z zemsty za to, że
niedokładnie podzielił kasę po odstrzeleniu Ruska. Betty, zwykła dziwka,
na jego plecach chciała się dorobić majątku. Odbiło jej, gdy obejrzała
film Bonnie i Clyde. Też chciała mieć zachodnie imię i łatwy szmal.
Naraiła mu tego biznesmena, a on miał załatwić resztę. Kiedy trup stygł
w rozwalającej się fabryce konserw, oni na tej właśnie obleśnej kanapie
oblewali swój pierwszy udany skok. Dziewucha wściekła się o brak kilku
patyków, które Bruno miał podzielić po równo. Zawiadomiła anonimowo
dochodzeniówkę. Wpadli do mieszkania i zrobili kipisz. Zamknęli go na
dwadzieścia cztery godziny. Gdyby nie Robert i jego ściema o wspólnej
wyprawie nad Mamry w dniu zabójstwa, miałby zapewnioną pryczę do końca
życia. Wtedy był mu tak wdzięczny, że obiecał przysługę bez względu na
to, o co go poprosi. Ale Robert nie wracał do niego z żadną sprawą do
załatwienia. Aż do dzisiaj. Chwila, w której Majcher zapuka do jego
drzwi i upomni się o to, co mu się należy, właśnie nadeszła. Przysługa
za przysługę.
- Mam kogoś kropnąć? - Bruno wyciągnął spod łóżka hantle i postawiwszy
łokieć na kolanie, zabrał się do ćwiczenia muskułów. - Kogo i kiedy?
Robert bezmyślnie wodził oczami za ruchem unoszącej się i opadającej
ręki kumpla.
- Chcę, żebyś najpierw rozpracował dla mnie pewną sprawę.
- A mianowicie?
- Mianowicie masz się dowiedzieć, czy eks mojej siostry krążył koło niej
przez ostatnie miesiące.
- A co? Zalazł ci za skórę? Pewnie nie kupił dziewczynie kwiatków na
urodziny? - Bruno zaśmiał się jak hiena.
- Chcę wiedzieć, czy to on stoi za zniknięciem Laury. Jeśli okaże się,
że podniósł na nią rękę, zabijesz go.
Hantle z tępym łupnięciem stoczyły się na podłogę. Bruno patrzył tępo na
strzelającego kostkami palców kumpla.
- Laura zaginęła dziś nad ranem - wyjaśnił krótko Majcher. - Sam bym się
tym zajął, ale pojutrze rano muszę się z powrotem zameldować w hotelu na
Białołęce. Jest mało czasu. Boję się, że nie zdążę. Poza tym nie mogę
znów wdepnąć w jakieś gówno. Matka by tego nie przeżyła. Ty jesteś
czysty i masz wolne ręce. Tu masz jego nazwisko. - Położył wymiętą
kartkę na kanapie. - Zajmij się tym. Potem będziemy kwita. Zadzwonię do
ciebie z mamra.
- Pojebało cię?! A co z nagrywanymi telefonami, będziesz nadawać
morse'em? Chcesz sprowadzić mi na chatę gliny?!
- O to się nie martw. Są sposoby.
Podniósł się z łóżka i poklepał Brunona po umięśnionym ramieniu.
- Nie spieprz tego.
* * *
Najciszej, jak umiała, przekręciła klucz w zamku. W mieszkaniu było
ciemno, postanowiła zatem nie domykać drzwi wejściowych i zdjąć
przemoczony płaszcz przy świetle padającym z korytarza. Wyczuła pod
palcami miedziany haczyk, płaszcz zawisł na swoim miejscu.
- Metr osiemnaście, dwadzieścia jeden kilo wagi. Mówi ci to coś? -
usłyszała głos za swoimi plecami.
- Na miłość Boga, mamo! - Julia złapała się za serce. - Co ci strzeliło
do głowy?!
- Dziewczynka lat siedem. Pilnie szuka matki. - Pani Emilia, ściskając
nerwowo podomkę na obfitym brzuchu, zawisła nad nią jak wyrzut sumienia.
Julia wyminęła matkę i zerknęła w stronę pokoju córki.
- Nie mam ochoty na żarty.
- Ani ja. - Matka Julii zamknęła za nią drzwi i naciskając palcem na
plecy córki, pokierowała ją do dużego pokoju. - Sylwia niemal cię nie
widuje. Zdaje się, że zapomniałaś, że oprócz pracy masz jeszcze dziecko.
- Mamo, naprawdę...
- Zarezerwowałaś pokój nad morzem? Głupie pytanie, co? Nie musisz
odpowiadać. Twój dom i twoje życie jest tam, na komisariacie, wśród
zboczeńców i morderców. Córka może jedynie czekać, aż jej nadgorliwa
matka znajdzie wolną chwilę między drugą nad ranem a siódmą.
Julia zaczęła nerwowo pocierać dłonie. Czuła, jak gardło zaciska się w ciasną rurkę, przez którą coraz trudniej przechodzi powietrze.
- Proszę cię, nie zaczynajmy tego od nowa. Dobrze wiesz, że nie mam
wyjścia, jeśli chcemy mieć dach nad głową i zupę w garnku.
Emilia usiadła obok córki na kanapie. Obie patrzyły na swoje odbicie w szybkach lakierowanego na wysoki połysk regału. Zegar miarowo odmierzał
ciągnące się w nieskończoność sekundy.
- Dzwonił Daniel. - Matka wykrzywiła twarz, jakby napiła się octu.
Na dźwięk tego imienia Julii zrobiło się słabo. Były mąż milczał od
kilku miesięcy, co pozwoliło jej wierzyć, że zapomniał o ich istnieniu
lub zdechł gdzieś pod płotem. Nadzieja okazała się płonna.
- Rozumiem, że stęsknił się za córką po półrocznym milczeniu? Kawał
sukinsyna... Po co w ogóle z nim rozmawiałaś?!
- Pytał głównie o Sylwię i o to, jak ci idzie opieka nad nią.
Podejrzewam, że coś kombinuje.
Julia zapatrzyła się w przestrzeń przed sobą. Emilia ponownie otworzyła
usta.
- Daniel zaplanował urlop z małą na przełomie czerwca i lipca. Chce ją
zabrać do swojej nowej kochanki na wieś.
Emilia miała zmęczoną twarz. Od problemów ze zdrowiem, z wnuczką, z nią
samą. Julia od dawna nie przyglądała się jej z taką uwagą. Zauważyła, że
kilka nowych zmarszczek przecięło czoło matki. Starała się ją chronić
przed swoimi problemami, zwłaszcza że starsza pani stawała się coraz
mniej odporna na stres. Wiadomość o planach byłego męża była jednak
ponad siły Julii.
- Najpierw będzie musiał tu przyjść i mnie zabić, dopiero wtedy dostanie
Sylwię. Po moim trupie, słyszysz? Po moim trupie!
- Uspokój się. - Emilia złapała roztrzęsione ręce córki i mocno
ścisnęła. Zabolało. - Powiedziałam mu, że w tym czasie wyjeżdżasz z małą
nad morze. To go nieco przystopowało.
- Znam go. Przyjedzie tu i sprawdzi, czy mówiłaś prawdę. Jak się dowie,
że nie wyjeżdżam...
- Wyjeżdżasz! - Matka zacisnęła mocno zęby. - Zarezerwowałam dla was
mały domek w ośrodku.
- To niemożliwe... Nie teraz, kiedy mam otwartą sprawę na głowie!
Plecy Emilii odgięły się do tyłu jak struna. Jej wielkie piersi uniosły
się niemal pod szyję.
- To twoje życie i twoje dziecko - wycedziła przez zaciśnięte usta. -
Sylwia może pojechać albo z tobą, albo spędzi urocze wakacje z kochanką
twojego uroczego męża. Wybieraj.
Julia skuliła się i przywarła do obfitych piersi matki. Osunęła się na
jej kolana, jak robiła, będąc małą dziewczynką, kiedy spotykało ją
nieszczęście. Ciepłe dłonie Emilii zawisły na chwilę w powietrzu, po
czym opadły na głowę Julii i zaczęły gładzić jej pulsujące skronie.
Powędrowały dalej, delikatnie rozplątując wilgotne kasztanowe włosy.
Dochodziła druga w nocy, kiedy Julię obudził dzwonek telefonu. Nie
zapalając światła, sięgnęła po wibrującą na stoliku komórkę i wsunęła
się z powrotem pod kołdrę. Wydusiła z siebie ledwie zrozumiałe "halo".
- Wiedziałam, że nie śpisz. - W głosie Michaliny nie wyczuwało się śladu
zakłopotania.
- Nie, skąd. Zwykle o tej porze szydełkuję albo myję okna - warknęła
Julia. - Mam nadzieję, że jest jakiś ważny powód, dla którego
zdecydowałaś o tym, że nie jestem godna tych kilku godzin odpoczynku?
Słyszała, jak po drugiej stronie Michalina głośno oddycha.
- Zadzwonił do mnie Nikodem.
Julia mimo najszczerszych chęci nie mogła sobie przypomnieć
jakiegokolwiek Nikodema.
- Julia, to jest TEN Nikodem...
- Zaraz, zaraz. Czy mówiąc omdlałym głosem "ten Nikodem", masz na myśli
tego sukinsyna, który puścił cię kantem parę tygodni temu?
Cisza w słuchawce potwierdzała przeczucie Julii. Michalina przełknęła
głośno ślinę.
- Chce, żebym do niego wróciła. Nadal mnie kocha.
- Chciał chyba powiedzieć, że nie ma komu wykręcać rąk, odkąd cię
wyrzucił z mieszkania. Tylko pewnie się przejęzyczył i tak mu sprytnie
wyszło, że odczytałaś to jako wyznanie miłości. - Julia całkiem
oprzytomniała. - Mam nadzieję, że tym razem nie byłaś tak głupia, żeby
dać się nabrać na te brednie?
- On mnie naprawdę potrzebuje. - Michalina nie dawała za wygraną. -
Wszystko przemyślał i żałuje, że czasem obchodził się ze mną niezbyt
delikatnie.
- "Niezbyt delikatnie"? - Głos Julii ostro zawibrował. - Sama to
wymyśliłaś? Damski bokser! Kup mu talon na worek treningowy i gumową
lalkę, a przekonasz się, jak bardzo mu jesteś potrzebna. Dwulicowy,
podły gnojek! - Ściszyła głos, aby nie obudzić śpiących za ścianą Sylwii
i matki. - Naobiecywał ci cudów, a ty, naiwna gąska, znowu uwierzyłaś?
- Muszę dać nam jeszcze jedną szansę. Tym razem na pewno się uda.
Głos Michaliny brzmiał tak, jakby nie tylko Julię chciała przekonać do
swoich pobożnych życzeń.
- Wprowadzisz się do niego?
- Uhm... Spróbujemy skleić to, co się nam posypało.
- I pewnie chcesz usłyszeć ode mnie, że dobrze robisz? Rozczaruję cię.
Nie usłyszysz.
- Chciałam tylko, żebyś mnie wsparła. Do diabła, Julia, możesz wykrzesać
z siebie odrobinę ludzkich uczuć?
- Wymagasz ode mnie zbyt wiele. - Julia położyła się wygodnie na
poduszce i wsunęła rękę pod głowę. - Obie wiemy, jak to się skończy.
Zastrzegam sobie pierwszeństwo do powiedzenia "a nie mówiłam".
- Dzięki, że we mnie wierzysz. - W słuchawce słychać było nieskrywany
zawód.
- I nie przybiegaj z płaczem, kiedy znów wylądujesz na ulicy.
- Spokojna głowa. Nie wyląduję. Nie tym razem.
Michalina przerwała rozmowę. Pewnie pobiegła spakować walizki, pomyślała
Julia, odkładając telefon na stolik.
Drzwi do pokoju otworzyły się i stanęła w nich rozczochrana Sylwia.
Zwiniętą w piąstkę dłonią pocierała zaspane oczy. W drugiej ręce
ściskała lalkę Basię. Julia odchyliła kołdrę. Mała tylko na to czekała.
Wskoczyła do rozgrzanego łóżka i przytuliła się do brzucha matki.
ROZDZIAŁ IV
Pierwsze informacje o zaginionej Paulinie Fogel pojawiły się w telewizji
śniadaniowej. Zbyt mocno opalona w solarium prezenterka z przejętą miną
zwracała się do widzów o pomoc w ustaleniu miejsca pobytu dziewczyny.
Kolejne anonsy pojawiały się regularnie w całodobowej TVN24 co godzina.
Julia z podkrążonymi z niewyspania oczami siedziała przy kuchennym
stole, zerkając w mały przenośny radziecki telewizor, który jakimś cudem
przetrwał jej dzieciństwo, studia i teraz równie dobrze sprawował się w kuchni jej służbowego mieszkania. Lekko zniekształcał obraz, jednak o oddaniu go na złom matka Julii nie chciała słyszeć.
Z tostera wyskoczyły za bardzo przypieczone grzanki. Mimo zaklinania ich
wzrokiem nie chciały podejść same do stołu i ułożyć się na talerzu.
W przedpokoju zazgrzytał klucz w zamku. Emilia postawiła na kuchennym
stole siatkę z kupionymi na bazarze warzywami. Strząsnęła do zlewu
krople deszczu z foliowej chustki na głowę i rozłożyła ją na parapecie
do wyschnięcia.
- Znowu gadałaś z kimś w nocy, wszystko słyszałam przez ścianę. Ta praca
cię zabije. Nie masz czasu na nic. Na dom, na dziecko, nawet na sen.
Zobaczysz, że to się źle skończy.
- Ach, ten twój poranny optymizm... - Julia wychyliła się z krzesła z nadzieją na buziaka od matki. - Podasz mi grzanki? - Wzrok konającego
łabędzia zawsze działał cuda. - Michalina miała mały dylemat, chciałam
ją ratować przed utratą honoru i reszty rozsądku.
- I co? Udało się?
Julia przełknęła kęs tostu i oblizała usta z dżemu.
- Rozsądek nie miał szans z buzującymi hormonami.
- Da sobie radę. - Emilia zalała wrzątkiem rozpuszczalną kawę i sięgnęła
po herbatnika. - Ty to co innego. U ciebie problem goni problem. Jak nie
z Sylwią, to z pracą. Jak nie z pracą, to z mężem.
- Byłym, mamo, byłym! - Julia siorbnęła sok pomarańczowy. - Żadnych
więcej mężów w swoim życiu mieć nie będę, a jak mi takie szaleństwo
przyjdzie do głowy, to proszę cię o jedno, powieś nad moim łóżkiem
zdjęcie Daniela w rozmiarze metr na metr. Może być otoczone wianuszkiem
z czosnku.
Julia przełączyła kanał. Znów mignęło zdjęcie Pauli.
- To jej szukasz? - Matka sięgnęła po okulary i przybliżyła twarz do
telewizora.
- Tak, zaginęła bez śladu.
Emilia zmarszczyła czoło.
- Podobną dziewczynę widziałam dwa dni temu. Wieczorem, zaraz po wyjściu
z kościoła.
Grzanka utkwiła Julii w gardle. Z trudem przełknęła ostry kęs.
- Zaraz, zaraz. O czym ty mówisz?
- Wiesz przecież, na czym polegają nabożeństwa czerwcowe. Najpierw
odbywają się modlitwy, a potem adoracja Najświętszego Sakramentu...
- Mamo! - Julia złapała Emilię za rękę i potrząsnęła nią, jakby w ten
sposób chciała zmusić mózg matki do współpracy. - Gdzie widziałaś tę
dziewczynę ze zdjęcia?! Jesteś pewna, że to była ona?
- Bądź tak miła i nie wykręcaj mi ręki. Przyda mi się do robienia
obiadu. Tak, jestem niemal pewna. Była z kimś. Z młodym mężczyzną. Stali
pod tym ogromnym kasztanowcem przy wejściu do parku. Chwilę rozmawiali,
potem on pociągnął ją głębiej, w alejkę. Straciłam ich z oczu.
- A ten mężczyzna? Zapamiętałaś jakiś szczegół?
- Nie widziałam dokładnie twarzy, byłam bez okularów. Ale ten chłopak...
dziwny był jakiś. Jakby nieswój. Rozglądał się na boki. Stali zbyt
daleko, żebym mogła usłyszeć, o czym rozmawiają.
- Przyjmę cię chyba na pół etatu do siebie do pracy. - Julia pocałowała
matkę w pomarszczony policzek i wpakowała sobie do ust resztę tostu. -
Za kwadrans muszę być na komisariacie. Jakbyś coś sobie jeszcze
przypomniała, wiesz, gdzie mnie szukać.
* * *
Michalina siedziała odwrócona plecami do drzwi i wpatrywała się w monitor komputera. Na odgłos zamykanych drzwi wygasiła ekran i odwróciła
się w kierunku wchodzącej do pokoju Julii.
- Czuję, że zaczynam życie od nowa. - Przeciągnęła się i wydała lubieżny
pomruk. - Z tego wszystkiego nie zmrużyłam oka aż do świtu.
- Jakże mogłoby być inaczej. - Krawiec podeszła do szafy, wyjęła gruby
plik dokumentów i razem z poranną gazetą położyła na biurku. Wrzuciła do
kubka torebkę z herbatą i zalała wrzątkiem. - Nie ma to jak odgrzany na
szybko romans. Oby tylko cię nie poparzył.
Rozłożyła na stole gazetę i zaczęła przerzucać kolejne strony. Na
przedostatniej znalazła to, czego szukała. Z szerokiej na pół strony
kolumny spoglądała na nią spokojna twarz Pauliny. Wydawca postarał się,
aby ogromny nagłówek rzucał się w oczy. - Przeglądałaś prasę? Telewizja
też zgodziła się współpracować. O Pauli jest już głośno w całym kraju.
- Myślisz, że to pomoże? - Michalina podjechała na krześle do biurka.
- Zazwyczaj pomaga. Moja matka jako pierwsza zameldowała mi, że widziała
Paulinę całą i zdrową dwa dni temu.
- Wierzysz jej?
- Sama nie wiem. Bardzo chciałabym jej uwierzyć, jednak w drodze do
pracy przypomniałam sobie, że niedawno widziała na naszej głównej ulicy
jakiegoś fantastycznego aktora z jej ukochanej telenoweli. Jak się potem
okazało, facet pracował w kiosku Ruchu i szedł właśnie otwierać budkę z gazetami.
Śmiech Michaliny zabrzmiał jak gulgotanie indora. Julia złapała się na
tym, że szuka w jej twarzy oznak nieprzespanej nocy. Spodziewała się
podkrążonych oczu, bladych od niewyspania policzków. Nic z tego. Nocna
przeprowadzka nie zaszkodziła jej ani trochę. Bodnar była w świetnej
formie. Nie dość, że miała zaróżowioną jak u niemowlaka cerę, to i źrenice znów błyszczały, jakby dopiero co wróciła ze spa. Nie ma to jak
młodość, pomyślała Julia i poczuła lekką zazdrość. Gdy ona miała
dwadzieścia pięć lat, mogła imprezować nieprzerwanie kilka dni z rzędu.
Wystarczały dwie godziny snu, aby zrzucić zmęczenie z powiek. Kilka
dodatkowych lat na karku i przerwany w środku nocy sen potrafił dać w kość.
- Przejrzyj te akta. - Wskazała brodą stertę papierów i podniosła się z fotela. - Ja wybiorę się na małą przejażdżkę. - Chwyciła mapę Warszawy i stanęła w drzwiach. - Może dowiem się czegoś więcej o naszych
zaginionych dziewczynach. Zrobię mały rekonesans wśród ich znajomych ze
stolicy. Powinni być bardziej rozmowni niż najbliższa rodzina, która
zaciska zęby, żeby przypadkiem nie puścić pary z ust. Ta cała sprawa
śmierdzi mi z daleka.
Przebiegła do auta, chowając przed deszczem głowę pod skórzaną torbą.
Pomachała stojącej w oknie Michalinie i włączyła silnik. Wycieraczki na
przedniej szybie rozmazały nagromadzony w zakamarkach kurz.
* * *
Bruno wysiadł na Dworcu Centralnym i rozejrzał się po peronie. Tłumy
pasażerów przewalały się w tę i z powrotem. Te same od lat budy z gazetami i papierosami okupowali ci sami ludzie. Ich twarze znał na
pamięć. Starzy kieszonkowcy i ich nowy narybek. Wyciągali szyje zza szyb
barów szybkiej obsługi, próbując namierzyć kolejnego frajera z portfelem
wciśniętym w tylną kieszeń spodni. Sztafeta spojrzeń biegła, począwszy
od starszych wyłapywaczy okazji, poprzez ukrywających głowy pod
bejsbolówkami łysielców, a skończywszy na uzbrojonych w szybkie nogi i wygodne adidasy smarkaczach, którzy szkolili się na żywym organizmie,
czyli na beztroskich podróżnych. Turyści, zaaferowani zmieniającym się
nagle rozkładem jazdy lub choćby tylko numerem peronu, wlepiali oczy w migające elektroniczne tablice ogłoszeń, wystawiając na łatwy łup swe
portfele z kartami kredytowymi i uciułanymi na podróż pieniędzmi.
Bruno wychylił piwo z puszki i opierając się o betonowy filar, wystukał
w komórce znajomy numer. Po niespełna dwudziestu minutach od strony
Pałacu Kultury podjechało czarne bmw z nadżartymi przez rdzę zderzakami.
Wskoczył na przednie siedzenie i wyciągnął kartkę z adresem. Jechali
powoli, zerkając na patrol policji stojący przy Emilii Plater. Minęli
radiowóz i potoczyli się dalej.
Dziewczyna prowadząca auto posłała mu frywolne spojrzenie spod
wytuszowanych na fioletowo rzęs.
- Dawno tu nie zaglądałeś. Stęskniłam się za tobą. - Dostrzegł na jej
szyi wytatuowanego na czarno kolibra. Poczuł, jak mu rośnie ciśnienie.
Zawsze była chętna, a on od dawna nie miał kobiety. - Chcesz jechać tam
prosto czy może... - Uśmiechnęła się znacząco.
- Mam coś do załatwienia, ale... - jeszcze raz spojrzał na poruszający
się wraz z szyją tatuaż - ...to może chwilę poczekać. - Przyciągnął
głowę dziewczyny i włożył jej język do ust.
Zakręcili na rondzie i wymijając setki aut, zawrócili pod przeszklone
centrum handlowe. Wbiegli do korytarza prowadzącego do kabin z toaletami. Kilka z nich było pustych. Wybrali ostatnią, nie bacząc na
oburzone spojrzenia mijanych kobiet. Zasunęli za sobą niewielki skobel.
- Dobrze ci było? - Sońka wsunęła wskazujący palec pod brodę z kłującym
jak igły zarostem.
Stali pod centrum handlowym, opierając się o mur oddzielający przystanek
autobusowy od dworcowego parkingu. Bruno uśmiechnął się prawym kącikiem
ust.
- Wiesz, że tak. W pewne miejsca powinienem zaglądać dużo częściej. -
Klepnął ją otwartą dłonią w pośladek. - Ale teraz muszę już spadać. No,
dalej, zbieraj się.
- Miałam nadzieję na więcej. - Sońka wydęła wargi i zatrzepotała
rzęsami. - Ile razy wpadasz do Warszawy, odwalasz ze mną szybki numerek
i znikasz.
Bruno odchrząknął i splunął na ziemię. Rozgniótł plwocinę czubkiem buta.
- Ślubu ci nie obiecywałem. - Ślina rozmazała się, po czym wtopiła w płynące po chodniku resztki ulewy. - Jeżeli chcesz mnie naciągnąć na
romantyczne randki przy świecach, to trafiłaś pod zły adres.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi. - Zniżyła głos i dotknęła ukradkiem jego
dłoni. - Chciałabym, aby to, co nas łączy, było prawdziwe.
- To, co nas łączy? - parsknął i zrzucił z odrazą jej rękę. - Nie wiem,
co ci chodzi po tej ślicznej główce, ale chyba twoja wyobraźnia posuwa
się za daleko.
Dziewczyna skuliła ramiona. Patrzyła bezradnie, jak Bruno dopina
skórzaną kurtkę pod szyją. Zrobił swoje i za chwilę znów zniknie na
długie tygodnie, aż do następnego razu. Przypomni sobie o niej, gdy
będzie w potrzebie albo gdy przyjdzie mu ochota na dwuminutowy seks.
- Nic dla ciebie nie znaczę, prawda? - zapytała cicho.
- Nie zaczynaj! - Irytacja w jego głosie przybierała na sile. - Męża
sobie ze mnie nie zrobisz. Albo pasuje ci taki układ, albo...
- Albo co? Potraktujesz mnie tak samo jak swoją poprzednią dziewczynę,
Betty? - Dziób wytatuowanego kolibra zaczął miarowo uderzać w rozszerzoną tętnicę. - Wiem dobrze, jak ją załatwiłeś.
Ręka Brunona powędrowała w stronę kolibra i zacisnęła się pod brodą
dziewczyny.
- Gówno wiesz. I dobrze ci radzę, trzymaj język za zębami. - Poluzował
uścisk i pchnął ją do tyłu. Zachwiała się i oparła plecami o betonową
ścianę.
Nie odwracając się, przebiegł przez pasy i wskoczył do odjeżdżającego
autobusu.
Patrzyła, jak siada przy oknie i z uśmiechem na twarzy wyciąga komórkę.
Odprowadzała wzrokiem jego czarną kurtkę, która po chwili zniknęła wraz
z autobusem za budynkiem dworca. Sięgnęła do kieszeni spodni, darmo
szukając w nich chusteczki do nosa. Zamiast niej wyciągnęła pognieciony
skrawek papieru z adresem, pod który miała zawieźć Brunona zaraz po
chwili uniesienia, którą przeżyli w ekspresowym tempie w toalecie
centrum handlowego.
* * *
Dobrze znaną trasę prowadzącą na Uniwersytet Warszawski Julia pokonywała
z prawdziwą przyjemnością. Zaparkowała na tyłach budynku i lawirując
między spływającymi po chodniku strugami wody, rozpoczęła wspinaczkę w stronę uczelni. Studenci, którzy szczęśliwie zakończyli rok akademicki,
spacerowali dwójkami lub w większych grupach, wyrzucając z siebie salwy
śmiechu i komentując wydarzenia z letniej sesji.
Przepuściła w wąskim przejściu kilka dziewczyn, które wyciągały z toreb
swoje indeksy i z ulgą całowały wpisy potwierdzające końcowe zaliczenia.
Zazdrościła im tej niczym nieograniczonej wolności, beztroski
przemieszanej z planami wakacyjnymi snutymi na gorąco, pod wpływem
nagłych emocji.
Obejrzała się jeszcze raz za podrygującymi studentkami, po czym stanęła
przed bramą uniwersytetu. Minęła gmach dawnej biblioteki i skierowała
kroki prosto do części, w której znajdowała się administracja.
Rozejrzała się po przestronnym holu i stanęła przed świeżo pomalowanymi
drzwiami. Nacisnęła klamkę. Drzwi z tabliczką "Biuro Spraw Studenckich"
nie ustępowały. Ponownie szarpnęła za klamkę.
- Tam już dziś nikogo nie ma. - Usłyszała głos z prawej strony
korytarza.
Na podłodze pod oknem siedział chłopak z włosami, które niczym sprężyny
podskakiwały przy każdym ruchu głowy. Połowę twarzy zakrywał rudawy
zarost i tylko dzięki śnieżnobiałym zębom można się było zorientować,
gdzie chłopak ma usta.
- Trzeba przyjść jutro z samego rana.
- Jest przecież dopiero kilka minut po dwunastej. - Julia dla pewności
spojrzała na zegarek.
- Nie bądź naiwna. Tłumaczę, że dziś już nic nie załatwisz. Ostatnie
egzaminy właśnie się zakończyły, więc sekretarka po cichaczu zamknęła
biznes. Jeszcze jutro rano mają być poprawki, wtedy jest szansa, że ją
złapiesz.
Chłopak przeciągnął się, aż zatrzeszczały mu kości pod flanelową,
kraciastą koszulą, po czym ułożył się wygodniej na posadzce.
- A ty co? - Przyjrzał się z zaciekawieniem Julii, podpierając głowę na
przedramieniu. - Masz jakieś ogony z egzaminów i pewnie szukasz ratunku?
Kto cię usadził?
Julia z rozbawieniem patrzyła na chłopaka, próbując zgadnąć, czy robi
sobie z niej żarty, czy jednak uważa ją za przeterminowaną studentkę.
Wolała tę drugą opcję. Rzuciła na parkiet torbę i przykucnęła pod
kaloryferem obok chłopaka.
- Szukam pewnej dziewczyny. Wyszła z domu i ślad po niej zaginął. -
Julia zarejestrowała w oczach brodacza prawidłową reakcję. - Studiuje tu
ukrainistykę. Pomożesz mi, jeśli powiesz, gdzie mogę znaleźć jej
znajomych.
- Ukrainistykę? - Podrapał się po gęstwinie loków, ściągnął je do tyłu i związał gumką do włosów. - To nie tu. Wydział lingwistyki mieści się
przy Szturmowej. Tam ci powiedzą dokładnie. A ty co? - powtórzył. -
Glina?
- Masz coś przeciwko glinom? - odpowiedziała pytaniem na pytanie,
podnosząc się z podłogi.
- Osobiście nie. - Rzucił w jej stronę kokieteryjny uśmiech. - Nawet
dałbym się przesłuchać w jakiejś słusznej sprawie. A może i wręcz
przeszukać - zaryzykował.
Pobłażliwe spojrzenie Julii sprowadziło go na ziemię.
- Przynajmniej próbowałem! - krzyknął za nią, kiedy kołysząc prowokująco
biodrami, oddalała się w kierunku wyjścia. Jeszcze krew we mnie nie
zastygła, jeszcze nie jest ze mną tak źle, pomyślała i uśmiechnęła się
do swego odbicia w błyszczącej szybie budynku.
Spojrzała w niebo. Kilka pojedynczych kropli spadło jej na twarz.
Wskoczyła do nadjeżdżającego autobusu, nie chcąc tracić ani minuty z szybko upływającego czasu. Patrzyła przez okno na Krakowskie
Przedmieście i na przeciskających się między sobą przechodniów, którzy
potrącali się rozłożonymi parasolami. Co chwila ktoś odwracał się i albo
przesyłał potrąconemu przepraszający uśmiech, albo złorzeczył,
wykrzykując coś i machając nerwowo rękami. Jeszcze moment i będzie przy
fiacie. Wysiadła z autobusu i poczuła lekkie wibrowanie w torbie.
- Jak ci idzie? - Michalina odczuwała silną potrzebę śledzenia spraw na
bieżąco. - Dowiedziałaś się czegoś?
Julia przebiegła ulicę i o mały włos nie została potrącona przez
rozpędzoną taksówkę.
- Krążę między budynkami! - krzyknęła do telefonu. - Czuję, że
odnalezienie znajomych Laury nie będzie takie proste, jak na to
liczyłam.
- Ja natomiast mam dla ciebie nowinę. - Bodnar zawiesiła głos dla
lepszego efektu.
- Wrócił ci rozum i zrezygnowałaś z miłosnych przygód?
- Odpuść już, dobrze? - Usłyszała w głosie Michaliny zniecierpliwienie.
- Ja nie o tym. Przed chwilą wpadł tu Zasępa, ma nowy ślad w sprawie.
- Przyszły wyniki badań z laboratorium?
- Niezupełnie. - Michalina wydawała się bardzo podekscytowana. - Zasępa
wysilił się i wykonał kawał dobrej roboty. Po kodzie kreskowym na
pudełku, w którym był ptak, dotarł do producenta, a potem do sklepu,
gdzie je sprzedano. Nie pytaj mnie, jak to zrobił, ważne, że mamy punkt
zaczepienia.
Dobry, poczciwy Zasępa. Na niego zawsze można liczyć.
- Zawsze to coś. - Oczy Julii powędrowały za przejeżdżającym autobusem
zapchanym po brzegi hałaśliwą młodzieżą. - Weź od niego adres i zasuwaj
do tego sklepu. Przepytaj sprzedawcę, czy kojarzy osobę, której w ostatnim czasie sprzedawał takie pudełko. Niech sprawdzi w bazie
komputerowej, czy ten ktoś nie płacił przypadkiem kartą kredytową. Muszę
kończyć, czeka mnie podróż na drugi koniec miasta.
Budynek uczelni przy Szturmowej wyglądał jak pięciopiętrowe szklane
akwarium z setką powciskanych w nie okien. Zaparkowała na wąskim
podjeździe i wbiegła do gmachu. Skierowała się wprost do grupki
dziewcząt stojących pod tablicą ogłoszeniową. Na odgłos jej kroków
przerwały rozmowę i odwróciły głowy. Nie wyjmując tym razem legitymacji,
wyjaśniła w kilku słowach cel wizyty.
- Zachodzi podejrzenie, że ktoś chce skrzywdzić Laurę - podsumowała. -
Muszę dotrzeć do osób, które były z nią najbliżej.
- Tu już prawie nikogo nie ma. - Stojąca z tyłu dziewczyna z dziesiątkami kolczyków w uszach zdjęła z ramienia torbę i wyciągnąwszy z niej notes, napisała nazwę ulicy. Wydarła kartkę i podała Julii. - To
adres akademika, w którym prawdopodobnie mieszka Laura. Ludzie z jej
roku w większości zamieszkują dziewiąte piętro, ale numeru pokoju nie
znam. Trzeba spytać w recepcji.
Julia wybiegła z kartką w ręku. Odnalezienie Laury było jak szukanie
igły w stogu siana. Teraz pozostaje modlić się o to, żeby sublokatorka
dziewczyny nadal była w Warszawie. Odpaliła silnik i ruszyła z powrotem
do centrum.
Wieżowiec, w którym mieścił się akademik, był wbity między inne budynki
i niewielkie drzewa posadzone przy wąskich chodnikach. Wyglądał jak
Guliwer w świecie karłów. Szare, brudne gmaszysko odstraszało
niemalowanym od lat odłażącym tynkiem. Z niewielkich okien wystawały
miniaturowe metalowe suszarki. Latem poobwieszane były suszącymi się
ubraniami, zimą zaś wisiały na nich reklamówki z jedzeniem. Odkąd
akademiki opustoszały, puste foliowe worki powiewały na wietrze.
Recepcja prezentowała się dużo lepiej niż fasada budynku. Podłoga
wyłożona była beżowymi, śliskimi kaflami, na których pewnie można byłoby
jeździć na łyżwach. Elektroniczny zegar na ścianie wyświetlał dziesiątą
dziesięć, mimo że było już dobrze po południu. Pod ścianą stał mały
stolik kawowy ze szklanym blatem i dosunięte do niego dwa niskie fotele.
W recepcji zza jasnobrązowego kontuaru wychyliła się głowa około
sześćdziesięcioletniej kobiety z białą opaską na wiśniowych włosach.
Obcy wchodzący przez główne drzwi nie zdawali sobie sprawy, że odkąd
stanęli na gruncie zarządzanym przez Big Eye, jak nazywali ją studenci,
byli poddawani procesowi mało dyskretnej, jednak skutecznej lustracji.
- Do kogo? - Od strony kontuaru dobiegł Julię skrzeczący głos. Obróciła
się w jego kierunku i widząc wystającą znad lady białą opaskę, podeszła
bliżej.
- Mam nadzieję, że będzie mi pani w stanie pomóc. - Julia doskonale
znała zasady rządzące domami studenckimi. Recepcjonistki panowały
niepodzielnie w swoim królestwie, nie dając szans mieszkańcom ani ich
gościom na zbytnią swobodę. Zwłaszcza waletowanie karane było dożywotnim
pozbawieniem łask bez możliwości ubiegania się o przedterminowe
zwolnienie.
Big Eye siedziała w całkowitym bezruchu, jedynie poruszające się gałki
oczne wskazywały na to, że organizm nadal funkcjonuje. Wpatrywała się w Julię niczym krążący sęp w swoją nieświadomą niczego ofiarę.
- Ja nie udzielam pomocy. - Do ruchu oczu dołączył ruch ust. - Mogę
jedynie udzielić informacji, o ile uznam to za stosowne.
- Mieszka tu studentka, Laura Majcher. - Julia podsunęła kolorową
fotografię pod nos recepcjonistki. - Rozpoznaje ją pani?
Kobieta wzruszyła ramionami. Oparcie krzesła zatrzeszczało pod ciężarem
opadających na nie pleców.
- Może i rozpoznaję. - Zakręciła palcami młynka, oczekując na ciąg
dalszy. - Pani z rodziny?
- Nie, z policji. - Julia, chcąc nie chcąc, wyciągnęła legitymację. -
Muszę porozmawiać z jej sublokatorką.
- Laura coś przeskrobała? - Kobieta pokiwała głową, dając wyraz
niezadowoleniu. - Młodzieży teraz nie sposób upilnować, tylko im
głupstwa w głowie. Musi być źle, skoro nawet takich dziewczyn szuka
policja.
- Dobrze zna pani Laurę? - Julia oparła się łokciami o blat i przyjrzała
się stanowisku Big Eye. W okolicach kolan kobiety, na małej półce,
przewalały się niedokończone krzyżówki i pudełka z tanią herbatą w okrągłych torebkach. Niedokładnie zasłaniały prześwitującą reklamówkę ze
schowanymi papierosami przemyconymi zza wschodniej granicy i przeznaczonymi do dalszej dystrybucji. Tuż przy regaliku z szafkami na
klucze stał na stołku czajnik, prezent od wdzięcznych mieszkańców
akademika.
- Może i znam. - Kobieta wyciągnęła rękę po czajnik i potrząsnęła
urządzeniem, sprawdzając, czy chlupocze w nim woda. Test wypadł
pozytywnie, wcisnęła czerwony guzik.
Julia spojrzała na zegarek. W takim tempie nie załatwi niczego, a ostatni student zdąży spakować się i wyjechać na koniec świata. Być może
w tej chwili współlokatorka Laury zjeżdża windą i za chwilę będzie po
balu.
- W którym pokoju mieszka Laura? - Julia nadal starała się być uprzejma,
jednak przychodziło jej to z coraz większą trudnością.
Big Eye zalała wrzątkiem leżącą w szklance papierową torebkę. Następnie
przechyliła słoik z cukrem, odmierzyła odpowiednią porcję i wsypała do
parującej herbaty. Niezdarnie zaczęła rozglądać się za łyżeczką,
przesuwając pod blatem zalegające tony nieaktualnych już gazet. Coś
metalowego zabrzęczało, spadając na podłogę. Kobieta w ślimaczym tempie
odsunęła się z krzesłem do tyłu i zgięta wpół rozpoczęła przegląd
linoleum.
Julia sięgnęła po leżący na blacie długopis, wsadziła go do szklanki i zaczęła mieszać herbatę. Big Eye przekręciła się na swoim trzeszczącym
fotelu, wbijając oburzony wzrok w rękę Julii. Opieszałość tej kobiety
zaczynała Julię mierzić.
- Numer pokoju - powiedziała, przeciągając głoski. - W przeciwnym razie
zrobię tu prawdziwy kipisz. - Wskazała mokrym długopisem reklamówkę z papierosami bez akcyzy. Widok sapiącej z furii Big Eye sprawił jej
prawdziwą przyjemność.
Pojechała windą na dziewiąte piętro. Odmalowany na kanarkowy kolor
korytarz wydawał się nie mieć końca. Każde dwa pokoje łączyła łazienka,
w której drzwiach umieszczona była mała wąska szybka uchylona na
zewnątrz, dając ujście nagromadzonej parze.
Minęła niewielki aneks służący za pralnię, następnie całkiem sporych
rozmiarów kuchnię. Na półkach piętrzyły się piramidy garnków. Każdy z nich był inny, nie widziało się tu eleganckich kompletów, młodzież
przywoziła z domów najgorsze starocie. Akademik chłonął wszystkie
garnkowe i patelniane odpady, o ile tylko nie były przeżarte rdzą lub
przypalone.
Pokój 916 był ostatni w rzędzie po prawej stronie korytarza. Julia
stanęła przed szarymi drzwiami z utwardzonej nowoczesnej płyty.
Zastukała trzykrotnie i przyłożyła ucho, nasłuchując, czy ktoś porusza
się wewnątrz. Odpowiedziała jej cisza. Tego się właśnie obawiała. Za
późno.
Jeszcze raz wyciągnęła rękę i pięścią uderzyła w drzwi. Zrezygnowana
oparła się o ścianę. Dwa piętra niżej jacyś ludzie targali torby,
wyprowadzając się po zakończonym roku akademickim. Echo ich rozmów
niosło się po klatce schodowej.
Minuty biegły bezlitośnie. Budynek pustoszał. Coraz rzadziej słyszało
się odgłosy zamykanych drzwi i ruch jeżdżącej tam i z powrotem windy.
Palce ją swędziały, aby znów zrobić to, co tak bardzo lubiła. Albo wróci
na komisariat z podkulonym ogonem i bez żadnych informacji, albo... Ręka
powędrowała do poprzecznie wszytych kieszeni torby. Wyczuła kształt
szpikulców. Za każdym razem, gdy wrzucała je do torby, przekonywała samą
siebie, że i tak z nich nie skorzysta, że traktuje je jako amulet, tak
jak robią to ludzie noszący zawieszki w kształcie słoni. Dla Julii
amuletem był komplet wytrychów starannie przecieranych co drugi dzień
flanelową szmatką. Na samą myśl o sforsowaniu drzwi do pokoju Laury
poczuła przyjemny dreszcz na karku. W środku nadal musiały być jej
rzeczy. Odczekała jeszcze kilka minut, upewniając się, że nikt nie kręci
się na schodach, i sięgnęła po wytrych.
Wsunęła ostrą krawędź w szczelinę zamka. Nie, nie da rady, nie w tym
miejscu. Wycofać się czy brnąć dalej? Nacisnęła klamkę. Z korytarza
dobiegł ją warkot windy. Ciche dzwonienie zapowiedziało przybycie dźwigu
na dziewiąte piętro. Gwałtownym ruchem szarpnęła drzwiami, zamykając je
ponownie. Znów stała na kokosowej wycieraczce z niewinną miną. Udając,
że czegoś szuka w torbie, wrzuciła wytrychy do środka.
- Pani do mnie? - Od windy szła w jej kierunku krępa dziewczyna.
Ciągnęła za sobą walizkę. Co parę kroków przystawała i zasłaniała usta
podczas dławiącego ją kaszlu. - Musiałam pożyczyć od koleżanki, moja
całkiem się rozpadła. Wolałabym, żeby miała kółka, ale trudno... -
wyjaśniła, pokazując w uśmiechu rząd równych, białych zębów. Julia od
razu pomyślała o aparacie ortodontycznym dla Sylwii, na którego
zamówienie ciągle nie miała czasu.
- Jestem z policji. Szukam kogoś, z kim mogłabym porozmawiać o Laurze
Majcher. Rodzina zgłosiła jej zaginięcie - powiedziała, obserwując, jak
dziewczyna przeszukuje wolną ręką kieszenie spodni i próbuje znaleźć
klucz od pokoju. Już miała zaoferować swoją pomoc w forsowaniu zamka,
jednak w ostatniej chwili zrezygnowała.
Na dźwięk imienia koleżanki twarz dziewczyny znieruchomiała. Upuściła
walizkę na betonową podłogę. Po korytarzu rozniosło się echo.
Zawtórowało mu charczenie wydobywające się z płuc dziewczyny. Zasłoniła
usta dłonią i przełknęła ślinę.
- Mam na imię Maria. Mieszkam z Laurą od pierwszego roku. To dobra
współlokatorka i wspaniała przyjaciółka. Proszę wejść do środka. Zaparzę
dla nas kawy z miętowym syropem. Dostałam go od Laury jakiś czas temu. -
Przekręciła klucz w zamku. Ręce jej drżały, kiedy próbowała go wyjąć z zacinającego się zatrzasku. - Powiedziała pani: "zaginięcie"?
Wiedziałam, że ten dzień w końcu nadejdzie - stwierdziła, walcząc z kluczem i gromadzącymi się w oczach łzami. - Nie przypuszczałam jednak,
że tak szybko...
* * *
Michalina po raz kolejny zerknęła na adres napisany przez Zasępę. Zwykle
omijała rząd małych sklepików pod arkadami ciągnącymi się przy miejskim
rynku, nie zaglądając nawet w wystawy. Na plastikowych manekinach, a właściwie samych ich tułowiach, wisiały tandetne bluzki, które
właściciele butików reklamowali jako najnowszy hit sezonu. Nigdy nie
przepadała za bylejakością, ani w ciuchach, ani w życiu. Zwłaszcza
teraz, kiedy zaczynała rozumieć, że wszystko to, co oblepione brokatem,
spełnia swą funkcję tylko do pierwszego prania.
Sklepik z szyldem "Markowe artykuły papiernicze i biurowe" paradoksalnie
przyciągał wzrok nienachalną witryną. Oparte o ścianę stały rzędem
segregatory, a przed nimi metalowe kubeczki z ułożonymi w wachlarz
ołówkami. Zagraniczne pióra i drogie długopisy połyskiwały w przezroczystych firmowych etui.
Wzrok Michaliny padł jednak na pudełka, w które pakuje się prezenty i przewiązuje wstążkami o wielu wzorach. Cieszyły oczy obdarowanego nie
mniej niż sama zawartość.
Za ladą pochylony nad kolorowym tygodnikiem siedział starszy mężczyzna.
Mimo duchoty, jaka panowała po deszczu, jego nienagannie wyprasowana
koszula dopięta była na ostatni guzik. Ozdabiała ją fantazyjna mucha w kolorze wina. Michalina odruchowo poprawiła jeża na głowie, po czym z dumą błysnęła swoją świeżutką policyjną legitymacją. Nauczyła się tego
od Julii i nie omieszkała wykorzystywać tę sztuczkę przy każdej
nadarzającej się okazji.
Ponieważ karton otrzymany od Karola nadal przebywał w laboratorium, nie
pozostawało jej nic innego niż położenie na blacie zdjęcia z polaroidu.
Sprzedawca odsunął gazetę i odłożył ją pod blat stołu.
- Czy rozpoznaje pan to pudełko? - Michalina nie bardzo wiedziała, jak
zacząć rozmowę. - Podobno można takie u pana dostać?
Mężczyźnie wystarczył jeden rzut oka na leżące przed jego nosem zdjęcie.
Więcej czasu zajęło mu przyglądanie się fryzurze dziewczyny.
- To seria limitowana. Sprowadzamy takie pudełka ze stolicy w niewielkich ilościach. Owszem, sprzedają się, ale zazwyczaj tylko w okresie świąt i komunii. Mało kogo stać, aby płacić za takie cacka. -
Starszy pan przygładził swoje całkiem już białe włosy. - Widzi pani,
ludzie wolą kupić tani papier i samemu opakować prezent.
Michalina pokiwała ze zrozumieniem głową. Położyła palec na zdjęciu i postukała w nie paznokciem.
- Czy w związku z tym, że taki towar schodzi rzadko, jest pan w stanie
przypomnieć sobie, kto i kiedy ostatnio nabył takie pudełko?
Sprzedawca uniósł brwi i przeniósł wzrok z twarzy Michaliny z powrotem
na odbitkę z polaroidu.
- Nie jestem pewien...
- Proszę się zastanowić, to bardzo ważne.
- Ostatnią partię pudełek, w tym takich jak to na zdjęciu, dostaliśmy
zaraz na początku czerwca. Nikt się nimi nie interesował, wie pani, było
już po...
- ...komuniach - dokończyła Bodnar. - Tak więc najprawdopodobniej zakupu
dokonano w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
- Tak, ma pani rację. - Mężczyzna pogładził się po starannie ogolonej
brodzie. - Teraz coś sobie przypominam. Niech no tylko zajrzę do swojego
zeszytu.
Na szklanym blacie położył brulion, w którym każda strona podzielona
była na kilka równych części, skrzętnie zapisanych granatowym tuszem.
Były to ponumerowane kolumny z datami, obok których podano nazwy
sprzedanych artykułów.
- Nie trzyma pan danych w komputerze? - zdziwiła się Michalina. - Mamy
dwudziesty pierwszy wiek, to zobowiązuje.
Mężczyzna, nie odrywając oczu od rubryk, pokręcił głową.
- Komputery są dla was, młodych. Ja jestem ze starego rozdania. Co na
papierze, to bardziej pewne niż te wszystkie programy, których nikt z mojego pokolenia nie rozumie.
Przewrócił kilka kartek do przodu, potem z powrotem do tyłu.
- Tu coś mam. - Przyłożył palec do ostatniej linii na stronie. - Jedno
pudełko za dwadzieścia dwa pięćdziesiąt, drugie tak samo. Kupiono je
półtora tygodnia temu, w piątek.
- Jest pan pewien, że zakupiono dwa pudełka? - Michalina czuła, jak
napływa jej krew do policzków.
Starszy pan potwierdził i pokazał wpis w zeszycie.
- Jak zapłacono, kartą kredytową? - Michalina z nadzieją nachyliła się
nad zeszytem, szukając dodatkowych wskazówek.
- Kupujący zapłacił gotówką. - Mężczyzna zamknął zeszyt i wsunął go z powrotem pod szklany blat.
Szlag by to trafił! Michalina z wściekłością odeszła od lady i zaczęła
kręcić się po sklepie. Chodzenie w tę i z powrotem zawsze pomagało jej w zebraniu myśli. Dwa pudełka. Jedno leży w laboratorium, gdzieś zatem
musi znajdować się drugie. Zapłacono gotówką, co oznacza, że o znalezieniu tego, kto je kupił, można zapomnieć. Ten ktoś nie jest w ciemię bity. Wybrał sklep bez kamer i zapłacił gotówką.
- Nie zapyta pani, czy pamiętam, kto nabył te pudełka? - Zza lady
dobiegł ją głos staruszka.
Otrząsnęła się z rozmyślań i odwróciła w jego stronę.
- Taki właśnie miałam zamiar. - Spłonęła na samą myśl, że zapomniała o najważniejszej rzeczy. - Kto to był?
- Młody mężczyzna. Jak na mój gust, dobrze ubrany. Gdy otworzył portfel,
dostrzegłem całkiem gruby plik banknotów.
Eryk! To na pewno był Eryk! Michalinie aż zakręciło się w głowie.
Przygotował całą tę szopkę z porwaniem Pauliny i odgrywa swoją rolę
zrozpaczonego kochanka. Co za dno!
- A twarz? Pamięta pan jego twarz?
- Miał przyciemniane okulary, ale widać było oczy. Mało mówił, był jakiś
dziwny, niemrawy. Szybko wybrał pudełka, zapłacił i wyszedł. Widziałem
przez szybę, jak wypadły mu z rąk, gdy schodził po schodach. Zgiął się
niezgrabnie i podniósł osobno wieczka i spody. Zdziwiłem się, że taka
młoda osoba, a niedorajda. - Sklepikarz uśmiechnął się dobrodusznie. -
Ach, byłbym zapomniał.
- Tak?
- Ten mężczyzna dziwnie pachniał.
- Drogą wodą po goleniu? To ma pan na myśli?
- Nie. Wręcz przeciwnie. - Wykrzywił twarz na wspomnienie tamtej chwili.
- Nie potrafię określić tego zapachu, choć kiedyś go już czułem.
Niestety, nie pamiętam gdzie. Nie miał nic wspólnego z perfumami, jakie
mężczyźni kupują w drogeriach. To nie był zapach człowieka.
- Bardzo mi pan pomógł. - Michalina podeszła do drzwi i złapała za
klamkę. - A co do tych komputerów, to ma pan rację. Bez nich też można
się doskonale obejść.
* * *
Irena Kornatowska od dobrych kilku godzin siedziała w pokoju jadalnym
przy zapalonej lampie. Szaruga za oknem i myśli krążące wokół Pauli i Laury wprowadziły ją w stan otępienia. Oparła łokcie o ażurową serwetę i po raz kolejny tego dnia rozłożyła pasjansa. Karty nie układały się po
jej myśli. Zebrała je ponownie i ułożyła w równych rzędach z nadzieją na
choćby jedno udane rozdanie.
W domu panowała cisza. Od dnia zniknięcia Pauli Eryk zaszywał się w swoim pokoju na piętrze, unikając kontaktów z rodziną. Jedynie Karol
zaglądał do niego co kilka godzin i wynosił puste butelki po alkoholu.
Była mu wdzięczna. Z nich wszystkich to on wykazywał najwięcej empatii,
zarówno dla niej, jak i dla Eryka. Wiedziała, że synowie nie przepadają
za sobą, tym bardziej postawa Karola wzbudzała w niej zachwyt. Anioł nie
dziecko.
Kucharka Berta weszła do pokoju i postawiła przed Kornatowską filiżankę
z herbatą. Podsunęła bliżej wypolerowaną srebrną cukiernicę.
- Usiądź przy mnie. - Kornatowska proszącym wzrokiem wskazała stojące po
drugiej stronie stołu krzesło. Berta posłusznie przycupnęła i położyła
ręce na blacie.
- To wszystko nie tak miało być - powiedziała Irena, nie odrywając rąk
od kart. Zebrała kilka z nich i odłożyła na asach. Walet kier przykrył
damę karo. - Czuję, że straciłam syna. On mi tego nigdy nie wybaczy.
Berta pogładziła obrus, po czym poprawiła krzywo leżącą kartę.
- To nie pani wina. Nie można tak się zadręczać. - Widziała, jak twarz
jej chlebodawczyni drgnęła. - Eryk w końcu zrozumie, że chciała pani dla
niego jak najlepiej. Teraz wydaje mu się, że życie się dla niego
skończyło, ale obie wiemy, że to nieprawda.
Kornatowska zamieszała łyżeczką w filiżance i odłożyła ją na brzeg
spodka.
- Obawiam się, Berto, że Eryk nie wie, w co się wplątał. Cokolwiek mu
powiem na ten temat, każe mi milczeć. Nienawidzi mnie i obwinia o zniknięcie Pauli.
Napotkała nierozumiejący wzrok Berty.
- Przecież przyjęła ją pani do rodziny jak własną córkę. Co więcej można
dla człowieka zrobić?
Dwójka z trójką powędrowały na brzeg stołu.
- To prawda, postanowiłam zaprzyjaźnić się z Pauliną tak, jak życzył
sobie tego Eryk. Dla niego to jednak wciąż za mało. - Kornatowska
dyskretnie otarła błąkającą się łzę. - On cały czas czeka na ślub. Dla
niego tylko to się liczy.
- Świata poza tą dziewczyną nie widzi. - Berta podparła się rękami pod
brodę. - To zrozumiałe, że szaleje z rozpaczy.
- Nie zrozumiałaś mnie, moja Berto. - Irena pociągnęła nosem. - Ale to
nieważne... Nie chcę cię już zatrzymywać. Przygotuj kolację jak zwykle
na siódmą. Czy dziś przyniesiono świeże przepiórki?
- Jak zwykle. Cztery. Zbliża się koniec miesiąca, trzeba będzie
zapłacić.
- Oczywiście. - Kornatowska przytaknęła, napinając szyję, na której
pojawiły się dwie cienkie, pionowe kreski. - Powiem mężowi, jak tylko
wróci.
- Pan Zygmunt dzwonił, że może się spóźnić. Pracuje do późna.
- Kolejny raz w tym tygodniu. - Pociągnęła spokojnie kilka łyków
herbaty. - Nie będziemy na niego czekać. Podaj kolację Erykowi i Karolowi. Ja nie będę dziś jadła.
Berta dygnęła i wycofała się w stronę kuchni. Kornatowska przetasowała
karty i po raz kolejny rozłożyła je na stole.
* * *
- Dowiedziałaś się czegoś? - Julia rzuciła na biurko kluczyki od
samochodu i opadła na krzesło.
Michalina wymieniła pod oknem namoknięte od wilgoci gazety na nowe.
- Owszem. Mam dla ciebie newsa. - Rzuciła mokre pisma do kosza. - Otóż
sprzedawca zeznał... - celowo użyła tego słowa, w końcu było to jej
pierwsze w życiu przesłuchanie - ...że sprzedał jednocześnie dwa pudełka
tej samej osobie. Mówi ci to coś?
Krawiec potarła dłońmi zmęczoną twarz i wcisnęła włącznik lampki.
Światło leniwie wypełniło pokój.
- Nie dziwi cię to? - W oczach Michaliny malowało się rozczarowanie. -
Powtórzę: sprzedano dwa identyczne pudełka! Dlaczego nic nie mówisz?!
Powieki Julii same się zamykały. Patrzyła na podrygującą Michalinę,
próbując zmobilizować siły na dalszą część wieczoru. Ruchem ręki dała
jej znak, że błaga o kawę.
- Rozmawiałam z sublokatorką Laury - powiedziała, obserwując, jak Bodnar
wlewa ostatnie krople kawy do kubka. - Nie zgadniesz, co Laura dostała w prezencie na kilka dni przed swoim zaginięciem.
Michalina podeszła bliżej biurka i wsunęła kubek w wyciągniętą rękę
Julii. Przekrzywiła głowę na bok i zastygła w oczekiwaniu na ciąg
dalszy.
- Korpus nieżywego ptaka spakowany był w takie samo pudełko, jakie
dostała Laura. Dlatego nie zdziwiło mnie twoje odkrycie. Tego właśnie
oczekiwałam. - Widząc na twarzy Michaliny podniecenie wymieszane z rozczarowaniem, szybko dodała: - Niemniej sprawiłaś się na medal. To nam
daje jeden argument więcej na to, że na celowniku były obie dziewczyny.
- Sprzedawca potwierdził, że oba pudełka nabył młody mężczyzna
wyglądający na dobrze sytuowanego - dorzuciła Michalina. - Zdaje się, że
mamy podejrzanego.
- Mów dalej.
- To chyba oczywiste. Mam na myśli Eryka - odparowała Bodnar.
- Eryk miałby wysłać zdechłe ptaki jako ostrzeżenie, a potem je obie
uprowadzić? - Julia zanurzyła nos w kawowej parze. - A cel? Jaki miałby
w tym cel?
Michalina rozłożyła ręce.
- Tego się właśnie musimy dowiedzieć.
- Nie zastanowiło cię zachowanie Kornatowskiej, kiedy przyszła do nas z prośbą o publikację zdjęcia Pauli? Nie wyglądała na strapioną teściową.
Odniosłam wrażenie, że bardziej przybiło ją zniknięcie Laury.
- Wydawało ci się. - Michalina spojrzała na zegarek. - Siódma. Umieram z głodu, nic nie jadłam od śniadania. Może zamówimy pizzę? Połówka
pepperoni dla ciebie, drugie pół wegetariańskiej?
Machnięcie ręki Julii uznała za zgodę. Zawczasu wyjęła z portfela dwie
dwudziestki i położyła na stole, żeby mieć je pod ręką. Krawiec
odchyliła się na fotelu i przymknęła oczy. Biegając z miejsca na
miejsce, całkiem zapomniała o czymś tak przyziemnym jak obiad.
Ocknęła się, gdy w pokoju obok trzasnęło zamykane okno. Nie zauważyła,
kiedy odpłynęła na blisko pół godziny.
- To mi nie daje spokoju - powiedziała, nie otwierając oczu. - Co łączy
dwie dziewczyny pochodzące z dwóch różnych światów, które giną dzień po
dniu, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. Nie wliczam w to wizji
mojej matki. Coraz bardziej wątpię, że widziała Paulę po jej zniknięciu.
Odezwałaby się do tej pory. Na pewno widziała ogłoszenia w gazetach i telewizji.
- Pewnie tak. Gdyby tylko mogła - przytaknęła zgodnie Michalina. - Nasi
chłopcy nadal nic nie znaleźli? Zazwyczaj w filmach kryminalnych
przynoszą strzępy materiałów pozostawionych na leśnych krzakach czy
choćby płotach.
- W filmach nie daliby rady pociągnąć fabuły bez tego typu atrakcji.
Widz musi mieć pożywkę dla oczu. - Julia przytuliła policzek do
sztucznej skóry fotela. - Nie mamy punktu zaczepienia, oprócz tego, że
obie dziewczyny znajdowały się w jednym pomieszczeniu podczas zaręczyn,
a potem na łóżku jednej z nich ułożono ten dziwaczny patchwork z pokrzyw.
- No i obie dostały te potworne przesyłki - dorzuciła Bodnar. Z głodu
zaczęła wyjadać resztki pokruszonych krakersów z paczki. Co chwila
zerkała za zegarek, kontrolując czas nadejścia dostawcy z pizzą.
- Nie musisz warować jak wygłodniały pies, zadzwonią do ciebie z recepcji. Skoncentruj się na tym, co ważne. Ktoś grozi Laurze. Komuś
zależy na tym, aby stała się jej krzywda.
Na biurku zadzwonił telefon.
- Jest pizza! - Michalina rzuciła się do słuchawki. - Proszę z pizzą na
pierwsze piętro. A... to przepraszam, już daję. Do ciebie.
- Krawiec, słucham. - Julia oderwała plecy od fotela i podsunęła się
bliżej biurka. - Tak... gdzie ją znaleźliście? Ósemka? Zaraz tam będę.
Rzuciła słuchawką o widełki i złapała w biegu płaszcz.
- Nie zjesz tak prędko tej swojej pizzy. Zbieraj się. Znaleźli Paulinę.
Wycieraczki nie nadążały odgarniać wody z przedniej szyby. Przecieranie
zaparowanego okna pozostawiła Michalinie, która z miną cierpiętnicy
machała ścierką tuż przed jej nosem.
Wyciągnęła szyję nad kierownicę, pilnując, aby nie przeoczyć skrętu we
właściwą drogę, a przy okazji nie zaryć kołami w którąś z asfaltowych
dziur. Po styczniowych mrozach były ich dziesiątki, jeśli nie setki.
Naprawę dróg za gminne pieniądze zapowiedziano dopiero na następny rok.
Teraz jezdnia stanowiła śmiercionośną pułapkę dla felg toczącego się i wpadającego w wyrwy czerwonego auta. Zaklęła pod nosem i zwolniła
jeszcze bardziej. Szybkościomierz wskazywał zawstydzającą prędkość
niespełna dwudziestu kilometrów na godzinę.
Zza zakrętu zauważyła migające na żółto światła.
- To na pewno tu. Chłopcy od Zasępy już są na miejscu.
Wjechała na podmokłą trawę i nie wyłączając świateł, zaciągnęła ręczny.
Michalina ociągała się z wyjściem z suchego samochodu.
- Wyskakuj! - Niecierpliwy głos Julii poderwał ją w końcu z siedzenia.
Alex Stawczyk ustawiał właśnie nikona i zasłaniał go foliową osłoną, aby
nie uszkodzić sprzętu. Julia ruszyła w kierunku gromadki osób
pochylających się nad mokrym asfaltem.
- Żyje? - Zawisła nad leżącym ciałem. - Badał ją lekarz?
- Dotarliśmy tu dosłownie przed chwilą. - Zasępa splunął pod buty. -
Tak, lekarz potwierdził, że wyczuwa oddech. Nakryliśmy ją kocem
izotermicznym, żeby utrzymać ciepłotę ciała. Nie pozwolono nam jej
ruszać, sanitariusze zaraz zabiorą ją do karetki.
- Chcę tylko zobaczyć jej twarz. Potrzymaj nade mną parasol.
Julia ukucnęła nad przykrytym kocem ciałem dziewczyny. Najdelikatniej,
jak tylko mogła, odsłoniła skrawek folii. Jej oczom ukazała się sina,
ogolona na łyso głowa z otwartymi, nieruchomymi oczami, które patrzyły w ścianę leśnych drzew. Powieki nawet nie drgnęły, mimo jaskrawego światła
reflektorów, które wdarło się pod ściągniętą z twarzy folię.
Widok na wpół żywej Pauli przywołał w Julii wspomnienie sprawy, przy
której asystowała jako stażystka w prywatnym biurze detektywistycznym w Warszawie. Była wtedy w wieku Michaliny, gdy wyciągnięto ją w środku
nocy na miejsce podobne do tego. Na jednej z bocznych dróg znaleziono
zawiniętą w koc młodą kobietę uduszoną za pomocą gumowej rury ogrodowej,
jaką podłącza się do zraszaczy trawników. Miała związane z tyłu ręce,
rura leżała obok niej jak niemy świadek zbrodni. Nie było żadnych
odcisków palców. Dochodzenie trwało ponad rok. Mordercą okazał się
ojciec dwójki dzieci kobiety, który opuścił rodzinę na kilka lat, aby
wrócić w wielkim stylu i uporządkować stare sprawy rodzinne. Kobieta z lasu patrzyła takimi samymi pustymi oczami, jakimi patrzyła teraz
Paulina.
Jeden z sanitariuszy chwycił Julię za ramię i odciągnął gwałtownym
ruchem od leżącej na asfalcie dziewczyny.
- Musimy ją natychmiast zabrać do szpitala. Proszę zrobić miejsce,
proszę się odsunąć! - Wysoki, chudy chłopak potrącił Julię metalową nogą
noszy.
Posłusznie odskoczyła na bok, pozwalając zabrać podtrzymywane przez
mężczyzn bezwładne ciało Pauliny do karetki. Dopiero teraz zauważyła, że
ze skroni dziewczyny wycieka cienka strużka krwi, która pobrudziła
asfalt. Kiwnęła głową na wystraszoną tym widokiem Michalinę.
- Pojedziesz z nimi. Informuj mnie o wszystkim, co się tam będzie
działo. - Przytrzymała ją za łokieć. - I nie spuszczaj z niej oka.
Żadnych pogaduszek z obsługą, żadnych spacerów do łazienki. Jak będziesz
musiała, zsikaj się w majtki, ale masz nie ruszać się z miejsca.
Zrozumiałaś?
Michalina posłusznie przytaknęła i odwróciwszy się na pięcie, pobiegła w stronę ambulansu. Po raz pierwszy, odkąd zadomowiła się na komisariacie,
widziała Julię w akcji. Maksymalnie skoncentrowaną na tym, na czym zna
się najlepiej. I na tym, co tak naprawdę najbardziej w życiu kocha.
Przez małe okienko w tylnej szybie karetki zobaczyła, jak Julia chowa
swe kasztanowe włosy za kołnierz płaszcza i ponownie pochyla się nad
miejscem, w którym leżała Paula, jak naciąga na dłonie rękawiczki i wydaje polecenia grupce wpatrzonych w nią mężczyzn.
- Czy to pan znalazł poszkodowaną i złożył doniesienie na policji? -
Julia delikatnie zebrała resztki krwi z asfaltu i schowała w bezpiecznej
torebce. Podeszła do mężczyzny siedzącego w żółtej hondzie.
Wystawały z niej na zewnątrz przesiąknięte deszczem nogawki spodni.
Mężczyzna wydobył resztę swego wielkiego ciała z wozu i wsuwając się pod
jej parasol, roztarł zziębnięte dłonie. Skwapliwie pokiwał głową.
- Wracałem znad morza, z wystawy psów rasowych, jestem międzynarodowym
jurorem. Moje nazwisko znane jest wśród miłośników zwierząt. Pani
pozwoli, Zbigniew Olszak. - Ukłonił się grzecznie i uśmiechając się
niepewnie, wygrzebał z kieszeni marynarki przemoczoną wizytówkę. Nie
zobaczył zachwytu w oczach Julii, więc wrócił do tematu. - Na poboczu
zauważyłem jakiś pakunek. Przez szybę mało co widziałem, ale w miarę
zbliżania się do tego miejsca pakunek zaczął nabierać dziwnego kształtu.
- Dziwnego? Co ma pan na myśli?
Mężczyzna otarł zroszone czoło.
- Z początku wziąłem to coś za worki śmieci, jakie ludzie wyrzucają do
lasu, żeby nie płacić za wywóz nieczystości. Wie pani, jak to u nas
jest. Chamstwo i kołtuneria. Wyminąłem zatem przeszkodę, bojąc się
najechać na nią kołami i porozrywać, ale po kilkudziesięciu
przejechanych metrach coś mnie tknęło, zwłaszcza że to coś poruszyło się
nieznacznie. Tak mi się przynajmniej wydawało. Starałem się sobie
wytłumaczyć, że może dzieje się tak pod wpływem wiatru, ale im dalej
jechałem, tym bardziej gryzło mnie sumienie. Musiałem zawrócić.
- Co było potem?
- Zostawiłem auto na światłach awaryjnych i podszedłem do tego miejsca.
- Nie zauważył pan nikogo kręcącego się po ulicy? Żadnego samochodu
ruszającego z piskiem opon?
Olszak pokręcił głową.
- Dziewczyna leżała skulona na skraju jezdni. Nie ruszała się. Byłem
pewien, że nie żyje. Pomyślałem, że albo ktoś potrącił ją, kiedy
przebiegała przez ulicę, albo wyrzucił z samochodu, żeby pozbyć się
kłopotu. Postawiłem tylko trójkąt, aby nikt nie rozjechał ciała, i zaraz
potem zadzwoniłem na komisariat.
Julia spisała dane z dokumentów Olszaka i pozwoliła mu odjechać. Chłopcy
od Zasępy przeczesywali najbliższe krzaki, rozgarniając ociekające
deszczem gałęzie.
- Macie coś?! - krzyknęła w stronę nurkujących w zagajniku.
- Tylko połamane krzaki. To trasa spacerowa leśnych zwierząt. Od dawna
ekolodzy ubiegają się o założenie siatek zabezpieczających, żeby sarny
nie przebiegały przez jezdnię.
- Do cholery taka robota! Nic stąd nie zbierzemy, wszystko rozmyte przez
deszcz. Jeśli nawet koło dziewczyny były jakieś odciski butów, to dawno
spłynęły razem z wodą. - Julia oddała parasol Zasępie i skierowała się w stronę fiata. - Zostańcie tu i pokręćcie się jeszcze po lesie. Ja jadę
do szpitala. Może uda mi się przesłuchać dziewczynę.
* * *
Michalina wciągnęła brzuch, żeby zrobić miejsce na przeciskające się
obok niej nosze. Długie korytarze szpitala nie dość, że tonęły w półmroku niczym z kiepskiego horroru, to na dodatek były tak wąskie, że
jazda z unieruchomionym pacjentem podłączonym do kroplówki była wyczynem
ekwilibrystycznym.
Dwaj lekarze pchający nosze pochylali się nad nieprzytomną Pauliną i zaglądali co chwila pod jej powieki. Oczy były na wpół otwarte, ale nie
reagowały na nic, co działo się na korytarzu.
Cała czwórka wcisnęła się do windy, która z chrobotaniem metalowych lin
pociągnęła kabinę na drugie piętro. Salowa roznosząca czyste ręczniki
odłożyła cały stos na stojące w korytarzu krzesło i usłużnie otworzyła
drzwi niewielkiej izolatki. Nosze zatrzęsły się, przejeżdżając przez
metalowy próg pokoju. Michalina odruchowo położyła rękę na czole Pauli,
aby zamortyzować wstrząs. Poczuła pod palcami zimno i wilgoć. Liczyła na
choćby delikatny ruch oczu przywiązanej pasami do noszy dziewczyny,
jednak pozostawały nieruchome, jak u martwej ryby. Przesunęła dłonią po
ściętych niemal do gołej skóry włosach.
- Proszę poczekać na zewnątrz. - Barczysty lekarz przypominający Hulka
Hogana nacisnął guzik pilota i łóżko obniżyło się do pozycji poziomej. -
Musimy przeprowadzić serię badań. Pacjentka musi mieć zapewniony spokój.
- Nie ma mowy. Mam rozkaz nie spuszczać z niej oka. - Michalina
podniosła głos, jednak po chwili dokończyła szeptem. - To jest sprawa
kryminalna i dopóki nie zostanę odwołana z akcji, nie wyrzucicie mnie
stąd, chyba że użyjecie siły.
Podeszła do ściany i przysiadła na stołku. O to właśnie chodziło. Cały
pokój w zasięgu wzroku. W kieszeni zabrzęczał telefon. Pod karcącym
wzrokiem lekarza atlety wyłączyła posłusznie dźwięk.
W ciągu kilku minut zaroiło się od specjalistów, pielęgniarek i dowiezionego naprędce sprzętu. Pierwsza faza badań zakończyła się po
czterdziestu minutach. Z rzucanych na szybko komentarzy, jakimi
wymieniali się lekarze, Michalina wywnioskowała, że stan jest stabilny i funkcje życiowe są w normie.
Pokój opustoszał. Przy Pauli została jedynie młodziutka pielęgniarka.
Niezdarnym ruchem poprawiła poduszki, po czym sprawdziła przepustowość
kroplówki. Postukała paznokciami w gumowy zbiorniczek. Paula patrzyła
błędnym wzrokiem na przesuwające się wzdłuż rurek krople.
Drzwi ponownie się otworzyły i do pokoju weszło dwóch lekarzy. Jeden był
już Michalinie znany. Drugi wyglądał na chłopaka, który wczoraj skończył
studia i z pachnącym farbą dyplomem przybiegł entuzjastycznie do pracy w szpitalu. Młody doktor zauważył siedzącą pod ścianą Bodnar i spojrzał
pytająco na starszego kolegę.
- Nie mogę zdiagnozować pacjentki przy obcej osobie. - Uniesione brwi i tembr głosu nie pozostawiały żadnych wątpliwości. - Nie podejmę się
tego.
- Nigdzie się nie wybieram. Myślałam, że to już zostało ustalone. -
Michalina podniosła się z krzesła i sprężystym krokiem podeszła do
mężczyzn. Aby zrobić większe wrażenie, stanęła w lekkim rozkroku, dając
do zrozumienia, że jest nie do ruszenia. Kiwając się na stopach w przód
i w tył, delektowała się ich zaskoczonymi minami. Przypomniała sobie
jeszcze o jednym. Z kieszeni spodni wyjęła legitymację i machnęła nią
przed białymi kitlami. - Młodsza aspirant Michalina Bodnar. Jestem tu
służbowo, nie możecie mnie usunąć.
- Obawiam się, że będziemy musieli. - Młodszy z lekarzy zaczął tracić
cierpliwość. - Zasada poufności badań nie pozwala mi na przystąpienie do
pracy, zanim nie zostanę sam na sam z pacjentką.
- Tak się składa, że pańskie zdanie tu się nie liczy, doktorku. -
Michalina brnęła dalej, nie spuszczając z tonu. - Ani ja stąd nie wyjdę,
ani pan nie będzie mi wydawał rozkazów!
- Co to za krzyki? - Cała trójka obróciła się w stronę drzwi. Julia
przedstawiła się i uścisnęła dłonie lekarzy. - Michalina, może
wyjaśnisz, o co chodzi? Słychać was na korytarzu.
- Może ja wyjaśnię - zaczął starszy z lekarzy. - Doktor Grodner od
dobrych kilku minut próbuje przekonać tę młodą osobę do opuszczenia
sali. Przeprowadziliśmy już większość badań, czekamy teraz na wyniki z laboratorium. Pozostaje jednak jeszcze jedno, bardzo ważne. Badanie
ginekologiczne jest niezbędne w tego typu przypadkach. Nie możemy go
przeprowadzić w obecności osób trzecich. Sama pani rozumie.
Julia zmierzyła Michalinę przeszywającym wzrokiem. Złapała ją za rękaw i wyprowadziła na korytarz.
- Odjęło ci rozum? - Julia rozejrzała się, czy nikt ich nie obserwuje,
po czym zbliżyła twarz tak blisko, że Michalina poczuła żutą przed
godziną miętówkę. - Chciałaś trzymać tej dziewczynie nogi w górze?!
W ciszy usiadły na stołkach stojących po przeciwnych stronach korytarza.
- Znalazłaś coś na asfaltówce? - zaczęła niepewnie Michalina.
Julia pokręciła głową. Przymknęła powieki, żeby oczy odpoczęły choć
kilka chwil.
- Na drodze nie było żadnej wskazówki, która mogłaby dać nam punkt
zaczepienia. Żadnego śladu palonych opon, żadnego śladu bieżnika.
Kompletnie nic. Chłopcy z ekipy Zasępy przeczesują krzaki w promieniu
kilkuset najbliższych metrów. Nie zadzwonili ani razu, odkąd ich tam
zostawiłam.
- Trochę to dziwne. Uczyli nas, że nie ma zbrodni doskonałej.
- Dobrze was uczyli. Nie ma. Przestępca zawsze coś zostawia na miejscu
zbrodni. Ale też zawsze z niego coś zabiera. Wpisz tę złotą myśl do
swojego pamiętnika i wykuj na blachę. Posłuży ci za każdym razem,
ilekroć będziesz prowadziła dochodzenie.
- Myślisz, że dostanę swoją sprawę? - Policzki Michaliny oblały się
rumieńcem.
- Długo jeszcze nie dostaniesz. - Julia szybko rozwiała jej marzenia. -
I możesz mi wierzyć lub nie, ale im dłużej będziesz stała obok i nie
czuła na sobie obowiązku dorwania jakiegoś sukinsyna, tym lepiej dla
ciebie.
- Nie zależy mi na tym, żeby się oszczędzać.
- W tym zawodzie nikt cię nie będzie oszczędzał, tego możesz być pewna
jak śmierci i podatków. Prawdziwą gorycz poczujesz, gdy policyjna
machina przeżuje cię i wypluje jak gumę do żucia, kiedy stracisz swój
świeży smak. Na koniec dadzą ci pamiątkowy zegarek z dedykacją i emeryturę, za którą kupisz worek żwirku dla kota. Ale na puszki już cię
nie będzie stać.
- To po co ty to robisz? Jaki jest sens?
- Taki, że chcę złapać za dupę drania, który tak załatwił tę dziewczynę.
- Julia podniosła się z miejsca i zapukała do drzwi sali, w której
leżała Paula. - Tylko taki.
* * *
Eryk otworzył powoli oczy. Kwarcowe wskazówki zegarka pokazywały
jedenastą. Wyciągnął rękę, próbując znaleźć włącznik lampy. Błyśnięcie
stuwatowej żarówki po oczach było jak uderzenie kijem bejsbolowym.
Zawartość żołądka podeszła mu do gardła. W ostatnim momencie wychylił
głowę i zwymiotował na leżący przy łóżku chodnik. Patrzył na wylewające
się z ust wymiociny, nie mogąc powstrzymać targających nim skurczów.
Wyrzucił z żołądka resztki jedzenia, po czym sięgnął po podkoszulek.
Otarł nim usta i rzucił obok cuchnącej kałuży. Podszedł do okna i otworzył je na oścież. Mimo dopływu powietrza smród świeżych rzygowin
unosił się w każdym kącie pokoju. Zwinął chodnik i zapakował go do worka
po zaręczynowym garniturze. Wystawił tobołek za drzwi. Spojrzał w stronę
pokoju brata. O tej godzinie zazwyczaj przez szyby w drzwiach widać było
jasne błyski rzucane przez włączony telewizor. Karol lubił usypiać z pilotem w ręku. Teraz w jego pokoju było zupełnie ciemno.
Otworzył drzwi, chcąc sprawdzić, czy brat mimo zgaszonego światła jest u siebie. Cały wieczór miał grać z chłopakami z klubu w koszykówkę, jedyny
sport, jakim był zainteresowany. Może jednak wrócił wcześniej i jest u siebie? Co prawda nie słyszał, aby wracał z treningu, ale po takiej
dawce wódki nie usłyszałby nawet eksplodującej nad głową bomby.
Już miał zrezygnować, kiedy przypomniał sobie o podręcznym barku z miniaturowymi buteleczkami kolorowych alkoholi, który Karol od czasu do
czasu uzupełniał bardziej jako niegroźne hobby niż w ramach regularnej
konsumpcji.
Zapalił górne światło i wsunął się do pokoju. Zazwyczaj nie zaglądał do
cudzych szafek, jednak perspektywa spędzenia nocy o suchym pysku nie
była mu w smak. Przekręcił kluczyk w barku. Tak jak się tego spodziewał,
buteleczki stały w równym rzędzie i odbijały się w lustrze wbudowanym w tylną ściankę szafki. Chwiejąc się na nogach, wyciągnął rękę po wódkę.
Pierwsze trzy butelki wylądowały za gumą od bokserek. Kolejne dwie
chwycił w rękę. Ostatni rzut oka na niemal ogołoconą szafkę potwierdził,
że dokonał dobrego wyboru.
Jego wzrok padł na małą, białą kartkę, która leżała odwrócona spodem.
Częściowo przykrywały ją rzucone niedbale w kącie barku pudełka z prezerwatywami. Łapiąc równowagę, oparł się o regał i wyciągnął rękę.
Pewnie zdjęcie jakiejś nowej cizi Karola. W przypływie dobrego nastroju
pomyślał o przysłudze w postaci zakupu przyzwoitej ramki. Może nawet
zrobi większy zapas, w końcu kolekcja dziewczyn zawsze może się
rozrosnąć.
Eryk oderwał ramię od regału i stanął na środku pokoju, przy lampie, aby
lepiej przyjrzeć się twarzy ze zdjęcia.
Czarne plamy nadal wirowały mu przed oczami. Potarł je kciukami i na
nowo skoncentrował na fotografii. Trzymane w ręce dwie butelki alkoholu
wypadły na miękki dywan. Ze zdjęcia patrzyła na niego uśmiechnięta twarz
Pauliny.
* * *
Julia weszła do sali pierwsza. Tuż za nią wepchnęła się Michalina.
Lekarze nadal stali przy łóżku Pauli i wymieniali szeptem uwagi o wynikach badań. Dziewczyna leżała na wznak, wpatrując się w okrąg, jaki
rzucało światło kinkietu przytwierdzonego do przeciwległej ściany.
Na widok wchodzących kobiet lekarze umilkli. Gestem głowy dali znak,
żeby wyjść.
- Nie chcieliśmy rozmawiać przy niej - powiedział młodszy, zamykając za
sobą drzwi. - Dziewczyna jest nadal w szoku, ale przypuszczalnie
wszystko słyszy i rejestruje.
- Została zgwałcona? - Julia wpatrywała się uporczywie w usta
ginekologa. - Muszę to wiedzieć.
Lekarz pokręcił głową.
- Nic na to nie wskazuje. Stan pochwy jest nienaruszony. Nie ma śladów
spermy ani żadnych zasinień czy choćby otarć w okolicach intymnych.
Julia sapnęła z wyraźną ulgą.
- Czyli mam rozumieć, że pod tym względem wszystko z nią w porządku?
Lekarze wymienili ze sobą spojrzenia.
- O co chodzi? Chcę zajrzeć do opisu badania. - Wyciągnęła rękę po
kartki trzymane przez jednego z nich pod pachą.
- Tak jak wspomniałem, nie ma śladów gwałtu...
- Ale?
- Znaleźliśmy na jej ciele coś, co może panią zainteresować. - Młody
ginekolog wyciągnął jedną z kartek i nakreślił na niej coś długopisem.
- Co to jest? - Julia wspięła się na palce, próbując zajrzeć mu przez
ramię.
- Pominę fakt, że na rękach i nogach widoczne są ślady zadrapań,
najprawdopodobniej spowodowanych przedzieraniem się przez las, o czym
przeczyta pani w ogólnym raporcie. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z badaniem ginekologicznym. Zszokowało mnie natomiast to, co zobaczyłem na
jej pośladku. - Podał Julii skończony rysunek. - Na podstawie stanu
skóry mogę stwierdzić, że okaleczono ją najdalej dwa dni temu.
Julia wpatrywała się w poruszające się usta lekarza. W końcu przeniosła
wzrok na kartkę.
- Okolice rany nadal są bardzo zaognione. Wygląda na to, że ktoś obszedł
się z nią w okrutny sposób. Musimy podać jej antybiotyk, aby nie doszło
do infekcji w głębszych warstwach skóry.
Lekarze pożegnali się i odeszli. Michalina stała wciśnięta w ścianę,
przewracając przerażonymi oczami. Julia przysiadła na krześle i położyła
kartkę na kolanach. Rysunek był niewielki, o średnicy kobiecego kciuka.
Przedstawiał gwiazdę otoczoną okręgiem.
* * *
- Za dwa dni wyjeżdżasz. - Emilia wychyliła głowę z kuchni i spojrzała
znacząco na córkę. - To, co mogłam, poprałam i poprasowałam. Dla ciebie
i dla Sylwii. Ty masz tylko pamiętać o lekarstwach dla dziecka. Nie może
wyjechać bez inhalatora, miej to na uwadze.
Julia siedziała na kanapie, wpatrując się w czarny ekran telewizora.
Czuła, jak coś ściska jej gardło tak mocno, że zaraz wypłyną z niej
wszystkie soki. Przez głowę przelatywały wydarzenia z dzisiejszego dnia.
Wciąż widziała leżącą na poboczu Paulę z wypalonym na ciele znamieniem,
rozerwane zwłoki ptaków powciskane w tekturowe pudełka i wśród tego
wszystkiego małą Sylwię oczekującą na beztroską zabawę nad morzem.
- Nie mogę jechać. - Starała się wymówić te słowa najpierw szeptem,
zanim zbierze się na odwagę i wypowie je na głos.
- Powtórz to jeszcze raz, bo boję się, że źle usłyszałam. - Szum wody w zlewie ustał. Emilia stanęła w drzwiach pokoju, otrzepując z dłoni
resztki kropel. - No, dalej, powiedz mi to prosto w oczy. A właściwie
powiedz to swemu dziecku. Zaraz je obudzę i przyprowadzę, żebyś nie
przegapiła ani jednej łzy, która popłynie z jej oczu.
- To nie jest śmieszne. - Julia podkuliła pod siebie nogi. - Poza tym
szantaż emocjonalny na mnie nie działa, powinnaś już o tym widzieć.
- W takim razie może przemówi do ciebie to. - Emilia podeszła do
szuflady i wyjęła z niej kopertę z urzędową pieczęcią.
- Co to jest?
- Przyszło dziś pocztą. Powiadomienie o wpłynięciu wniosku o pozbawienie
cię władzy rodzicielskiej. Miałam wstrzymać się z pokazaniem ci go do
momentu powrotu z wakacji. Nie pozostawiłaś mi jednak wyboru.
Julia czuła, jak jej ciało rozpada się na tysiące kawałków. Z zamarłym
sercem wpatrywała się w równe rzędy liter: "...nie wykazuje należytej
troski o córkę... małoletnia często pozbawiona jest opieki... matka jest
uzależniona od alkoholu...". Litery rozmazywały się wraz ze spadającymi
spod rzęs łzami.
Emilia odebrała pismo z rąk Julii i schowała z powrotem do szuflady.
Przysiadła na kanapie obok dygoczącej córki. Z wiszącego z toporem nad
głową kata zmieniła się w siostrę miłosierdzia.
- Wszystko się jakoś ułoży. - Pogłaskała ją po ramieniu. - Nie odbiorą
nam Sylwii, ja na to nie pozwolę.
- To jego robota.
- Tak, wiem. Daniel zrobi wszystko, żeby zabrać ci dziecko. Dzień, w którym stanął na twojej drodze, był chyba najgorszym, jaki mógł spotkać
całą naszą rodzinę.
- Pokaż jeszcze raz ten list. - Głos Julii łamał się i zanikał, jakby
nie należał do niej, tylko do słabnącego z sekundy na sekundę rannego
zwierzęcia.
- Nie teraz. Połóż się i odpocznij. Już po północy. A z tym... damy sobie
jakoś radę.
Wyciągnęła z szafy poduszkę i koc. Julia jak zahipnotyzowana poddawała
się ruchom matki układającej swoje trzydziestodwuletnie dziecko do snu.
Emilia pocałowała ją w rozgrzane czoło i powiedziawszy "dobranoc",
zamknęła za sobą drzwi.
Gdy kroki matki ucichły, Julia zrzuciła z siebie koc, który wgryzał się
w jej dłonie i stopy. Stanęła przed szafą i z górnej półki, spod sterty
swetrów wyjęła coś, na co zawsze w takich chwilach mogła liczyć. Butelka
lichego koniaku była jednak pusta, niezauważona podczas sprzątania
musiała zaplątać się w wełniany rękaw i przeleżeć aż do tej pory.
Odkręciła nakrętkę i wciągnęła w nozdrza znajomy zapach taniego
alkoholu. Żeby choć jedna kropla... Ze złością rzuciła butelkę na stół i zwinęła się w kłębek na kanapie, wtuliwszy twarz w poduszkę.
ROZDZIAŁ V
Po raz pierwszy od niedzieli słońce przebijało się przez rozrzucone po
niebie chmury. Gorące czerwcowe promienie osuszały zalegające na
chodnikach kałuże. Poranek zapowiadał się znakomicie. Dochodziła siódma,
gdy pracownica miejskiej biblioteki, dwudziestosześcioletnia Luiza
Nowicka, zamykała drzwi swojej kawalerki, wsuwając chwilę później klucz
pod stojącą na parapecie doniczkę z nasturcjami.
Sprawdziła, czy buty do joggingu są mocno zawiązane, nastawiła ulubioną
płytę w mp3 i wybiegła z klatki schodowej prosto do parku sąsiadującego
przez ogrodzenie z osiedlem. Część ścieżek była już wyasfaltowana,
pozostałe odcinki, oddalone o dwieście metrów od bloków, nadal były
bardziej dzikie niż miejskie. Wolała właśnie te piaszczyste, mimo że
biegało się po nich z większym trudem, zwłaszcza po kilkudniowych
opadach deszczu. Zapach mokrych igieł i liści, jaki parował teraz pod
wpływem wstającego słońca, wart był jednak zachodu.
Rozpoczęła rozgrzewkę od skłonów i przysiadów. Jeszcze tylko kilka
wymachów nogą i można rozpocząć bieg dokoła parku. Godzina była na tyle
wczesna, że spacerowicze jeszcze się nie pojawili, jedynie przemykający
właściciele psów pozdrawiali ją uśmiechem, po czym czmychali w stronę
domów, ciągnąc na smyczach opierające się czworonogi.
Dobiegła do miejsca, w którym wierzby płaczące malowniczo pochylały się
ku ziemi, tworząc cudowne miejsce na odpoczynek. Kilka ustawionych ławek
zachęcało do relaksu wśród zieleni i śpiewu ptaków, które rozpoczęły
dzień wyjątkowo głośnymi trelami. Wyjęła butelkę wody i przysiadła na
jednej z ławek. Spojrzała na maszerujące rzędem kaczki chyboczące się na
żółtych płetwach. Odprowadziła je wzrokiem aż za niewielki wzgórek,
gdzie zniknęły jej z oczu. Uśmiechnęła się na myśl o kaczej rodzince.
Zbierała się do dalszej części joggingu, kiedy dobiegł ją rwetes
dochodzący zza pagórka. Po chwili kacza gromada wyskoczyła i popędziła w przeciwnym kierunku. W parku zdarzały się przypadki, że widziano kunę
lub lisa, jednak oprócz ptaków nie było tam teraz żadnego innego
zwierzęcia. Popychana ciekawością podeszła do miejsca, z którego chwilę
temu dobiegały ptasie wrzaski. Rozejrzała się wokoło. Oprócz
szeleszczących wierzb nic nie zakłócało ciszy.
Spojrzała w dół na niewielki rów, który niemal całkowicie wypełnił się
deszczówką po ostatnich ulewach. Na powierzchni wody pływały naniesione
wiatrem liście.
Pod liśćmi, zwrócone twarzą do dołu, unosiło się nagie ciało.
* * *
Julia otworzyła oczy i zobaczyła siedzącą na łóżku matkę. Od dłuższej
chwili szarpała ją za rękę, próbując wyrwać ze snu.
- Stało się coś?
Matka wzrokiem wskazała na stojącą w drzwiach Michalinę. Dopiero teraz
Julia zauważyła, że ktoś zagląda przez framugę. Emilia nachyliła się nad
głową córki i ze ściśniętą szczęką wycedziła:
- Znowu to zrobiłaś?! Znalazłam to świństwo na stole. Obiecałaś, że z tym skończysz! - Jej gniew przeradzał się w furię. Trzymana za szyjkę
butelka o mało nie pękła pod naciskiem palców Emilii. - Zapomniałaś już,
jak o mały włos nie zrobiłaś z Sylwii sieroty?!
- To nie jest dobry moment. - Julia dyskretnie dała matce znać, żeby nie
robiła scen przy Michalinie. - Zostaw nas same.
Rzuciły sobie wściekłe spojrzenia. Julia wygrzebała się z pościeli i sięgnęła po leżący na poręczy łóżka sweter. Michalina stała nieruchomo,
obserwując poranną domową scenę.
- Przyszłam w złym momencie? - spytała nieśmiało.
- Mało mam ostatnio tych dobrych. Raczej nie udałoby ci się w taki
trafić. O co chodzi? Nie mogłaś zadzwonić?
- Dzwoniłam. Wiele razy.
Julia popatrzyła na wyświetlacz telefonu. Pięć nieodebranych połączeń.
- Kilka minut po siódmej znaleziono w parku zwłoki młodej kobiety. Na
miejscu jest już ekipa Zasępy i Stawczyka. Brakuje tylko ciebie. -
Michalina z wyrzutem spojrzała na zwijającą się jak w ukropie Julię. Z prędkością światła wciągała na siebie wczorajsze ciuchy. Do ust wrzuciła
gumę do żucia i sprawdziwszy świeżość oddechu, dmuchając w zwiniętej
dłoni, dała znak do wyjścia.
Ciało nadal leżało w wodzie, tak jak je znaleziono. Technicy usunęli
jedynie z powierzchni stawu pływające liście.
- Wyciągnijcie ją, tylko ostrożnie. - Julia przykucnęła nad taflą wody.
Ciało kobiety było śnieżnobiałe, jej ręce opadały pod swym ciężarem na
dno stawu. Jedynie nabrzmiały gazami korpus wystawał nieznacznie ponad
powierzchnię.
Dwóch mężczyzn weszło po kolana w pokrytą glonami maź i chwyciło ciało
pod ramiona. Pociągnęli je po trawie i ułożyli na równym gruncie. Julia
nie mogła oderwać oczu od ogolonej głowy, na której widoczne były cięcia
od żyletki. Wsunęła na dłonie rękawiczki i przekręciła na bok głowę
ofiary, aby móc zobaczyć choć część jej twarzy. Dziewczyna miała
obrzmiałe oczy i lekko rozwarte usta. Julia spojrzała na stojącą w oddaleniu Michalinę. Bodnar podeszła bliżej i przykucnęła przy Julii.
- To ona?
Krawiec niepewnie kiwnęła głową i zwróciła się w kierunku notującego coś
w zeszycie Zasępy.
- Obawiam się, że to nasza druga zaginiona, Laura Majcher. Spróbuj
skontaktować się z Warszawą, potrzebujemy szybkiej sekcji zwłok. Spójrz
na to - powiedziała do Michaliny.
- Poznajesz to znamię? Takie samo, jakie wypalono na ciele Pauliny.
- Gwiazda wpisana w okrąg. - Michalina wyciągnęła dłoń do rany, ale
zaraz ją cofnęła z wyraźnym przerażeniem.
- Pomóż mi. - Julia szarpnęła zwłoki, chcąc przewrócić je na wznak. -
Nie bój się, trupy zazwyczaj nie rzucają się na żywych.
Plamy opadowe przybrały sinoczerwony kolor. Michalina odwróciła oczy,
nie mogła znieść tego widoku. Julia w skupieniu gładziła palcami
powierzchnię szyi i twarzy Laury. Mimo stosunkowo niskiego stanu wody
skóra wydawała się być nieuszkodzona przez zalegające na dnie bajora
patyki i wystające z ziemi korzenie.
- Wygląda na to, że ciało nie było przenoszone. Na pierwszy rzut oka nie
widzę przerwania naskórka. Zasępa - ponownie zwróciła się do
kryminologa. - Przyjrzyj się dłoniom. Co o tym sądzisz?
Zasępa chwycił leżącą na trawie rękę Laury i zaczął ugniatać ją palcami.
- Tkanki zaczynają powoli tracić łączność z resztą ciała. Widzisz ten
odwarstwiony naskórek? Przypuszczam, że leżała w wodzie ponad dwie doby.
Zmiany objęły całość dłoni, nie tylko palców i paznokci. To oznacza, że
rozkład jest już zaawansowany.
- Uda się sfotografować linie papilarne?
Zasępa wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Są ledwie widoczne.
- Posmaruj jej palce tuszem, zanim oddasz ciało w ręce patologa. Może to
nam coś da. - Julia z niedowierzaniem kręciła głową. - Tak czy inaczej,
musimy mieć je w kartotece.
Alex Stawczyk machnięciem ręki dał znać, aby odsunęli się od zwłok.
Obszedł leżące na ziemi ciało, robiąc serię zdjęć.
Od strony głównej alei podjechał w ich stronę minivan do przewożenia
zwłok. Lekarz sądowy wykonał kilka obowiązkowych badań potwierdzających
zgon i wypisał standardowy dokument. Chwilę później dwóch mężczyzn
sprawnymi ruchami zapakowało nagie ciało dziewczyny do czarnego worka.
- Zbierzcie tyle śladów, ile się da - rzuciła w stronę Zasępy Julia,
odprowadzając wzrokiem odjeżdżające auto. Na ścieżkach zaczynało kręcić
się coraz więcej ludzi węszących tanią sensację. - Co z sekcją? Kiedy
się nią zajmą?
Zasępa odchrząknął, zasłaniając pięścią usta.
- Będziemy musieli trochę poczekać. Mają pełne obłożenie. Wisła
obrodziła w topielców. W sobotę wyciągnięto z wody dwójkę chłopaków,
którzy próbowali siłować się z nurtem. Do tego drogówka podrzuciła kilka
ofiar z ostatniego wypadku pod miastem. Trójka pijanych małolatów plus
kierowca forda. Auto chłopaków zawinęło się wokół drzewa, nie było co
zbierać...
- Nie pieprz, Zasępa. - Julia była wyraźnie niezadowolona z takiego
obrotu sprawy. - Nie ma mowy o czekaniu tydzień albo dłużej, aż biegły
zrobi przegląd wesołej gromadki pijanych chłopców. Panie, bez względu na
to, czy żywe czy martwe, powinny mieć pierwszeństwo.
Zasępa popukał się palcem w czoło. Odpowiedziała mu tym samym.
- Założymy się, że badanie będzie wykonane najpóźniej do piątku? - Julia
wyciągnęła rękę. - O stówę?
- Chcesz się wzbogacić kosztem nieboszczyka? Nieładnie... - Zasępa z ociąganiem potrząsnął delikatną dłonią Julii.
* * *
Wszedł do pokoju brata i zatrzasnął za sobą drzwi. Karol naciągnął na
głowę poduszkę i odkręcił się do ściany. Eryk stanął nad nim i jednym
szarpnięciem ściągnął z niego kołdrę. Spadła na podłogę podobnie jak
wyrwana spod głowy Karola poduszka.
- Co z tobą? Całkiem ci odbiło?! - Karol leniwym ruchem poprawił
wpijające się w pośladki slipki. Zmęczona twarz zdradzała całonocne
balowanie poza domem. - Jeśli chodzi ci o nową dostawę wódki, to
wybrałeś sobie kiepską porę. - Sięgnął po kołdrę, próbując na nowo
ułożyć się na materacu.
- Skąd to masz? - Eryk w jednej ręce trzymał zdjęcie Pauliny, drugą
chwycił brata za szyję, aż pojawił się na niej czerwony odcisk. - Ty
zboczony gnojku!
Karol jednym ruchem wywinął się z uścisku i stanął twarzą w twarz z bratem. Nikt nie będzie go w ten sposób traktował, a już na pewno nie
ten niewydarzony aktorzyna. Potarł szyję i rozluźnił naprężone do granic
możliwości mięśnie szyi. Przełknął ślinę, grdyka przesunęła się do góry
i wróciła na swoje miejsce.
- Chcesz wojny, frajerze?! - Karol spojrzał na brata nabiegłymi krwią
oczami. - Nie mam zwyczaju brudzić sobie rąk takimi jak ty. Jesteś dla
mnie za cienki. I odpuść sobie te aktorskie sztuczki. Tu nie teatr w Zapierdziewie. A zdjęcie? - Rzucił okiem na fotografię. - Pewnie zostało
w szafce po tym, jak zamieniliśmy się pokojami kilka miesięcy temu. Co?
Już i pamięć nie ta? - Wykrzywił twarz w ironicznym uśmiechu. - Wóda
przepaliła ci mózg?
Mierzyli się wzrokiem, czekając na to, który pierwszy odpuści. Do pokoju
zapukała Irena Kornatowska. Delikatnie otworzyła drzwi i wsunęła głowę.
- Zaniepokoiły mnie odgłosy z piętra, myślałam, że dzieje się coś
złego...
- Wyjdź! - wycedził przez zaciśnięte zęby Eryk, nie odwracając się w stronę drzwi.
Kornatowska skurczyła się w sobie. Zatrzymała pytający wzrok na stojącym
do niej przodem Karolu.
- Nic się nie dzieje, mamo. Wszystko w porządku. - Uspokoił ją łagodnym
uśmiechem.
Odpowiedziała mu smutnym kiwnięciem głowy, po czym wycofała się na
korytarz.
- Kreujesz się na ukochanego synka mamusi? - Eryk nie dawał za wygraną.
- Nic ci to nie da. Znasz zasady i znasz swoje miejsce w stadzie. Zawsze
będę dwa kroki przed tobą, pamiętaj o tym, złamasie. Ja zgarniam
wszystko.
O tym, że Eryk gra pierwsze skrzypce, nie pozwalano mu zapomnieć.
Zwłaszcza że sam Eryk przypominał mu przy każdej sposobności, który z nich jest ważniejszy. Bycie tym drugim przydawało mu się jedynie w sytuacjach kryzysowych. Wówczas zwracano oczy w kierunku starszego i zrównoważonego Karola, licząc na to, że po raz kolejny stanie na
wysokości zadania i zajmie się młodszym bratem. To, że wyciągał Eryka z kłopotów, było dla wszystkich czymś tak naturalnym jak oddychanie. Tylko
wtedy mógł się z nimi równać. Był potrzebny i doceniany.
Do matki właściwie nic nie miał. Nic oprócz żalu, że od momentu, kiedy
przyniosła ze szpitala zawiniętego w koc Eryka, ograniczyła czułości
względem starszego czteroletniego syna. Myślał wtedy, że to normalne,
gdy w domu pojawia się kolejne dziecko. O tym, że został adoptowany jako
kilkumiesięczne niemowlę, dowiedział się zaraz po swoich osiemnastych
urodzinach. Eryk triumfował. Ojciec nigdy nie wybaczył matce, że bez
jego wiedzy zdecydowała się powiedzieć o tym Karolowi. Zrobiła to w chwili kolejnego załamania nerwowego. Ale Karol to rozumiał. Wolał
wiedzieć. Przynajmniej miał świadomość, kim jest. A właściwie, kim nie
jest. Nie jest ich synem.
- Nigdy więcej nie próbuj mnie oszukiwać. - Eryk uderzył go w tył głowy,
po czym wyszedł z pokoju na chwiejnych nogach.
Karol potarł potylicę. Ostatni raz mnie uderzyłeś, niewdzięczny
sukinsynu. Decydujący cios należy teraz do mnie. Koniec z kryciem
twojego frajerskiego tyłka.
Sięgnął po komórkę. Usłyszał sygnał, po czym w słuchawce odezwał się
dawno niesłyszany, ale dobrze znany mu głos.
* * *
Julia kręciła się niespokojnie po gabinecie. Co chwila przystawała i otwierała usta, by po chwili znów bez słowa powrócić do krążenia od
ściany do ściany. Michalina oparta brodą o poręcz krzesła obserwowała z zaciekawieniem tę zmierzającą donikąd wędrówkę.
- Jest coś, o czym muszę z tobą porozmawiać. - Julia usiadła wreszcie za
biurkiem. - Chodzi o jutrzejszy dzień i... o kilka następnych. Jednym
słowem, jutro wyjeżdżam z córką na obiecane wakacje i będziesz musiała
sama poprowadzić dalsze dochodzenie.
Widząc rozszerzające się oczy Michaliny, dorzuciła pośpiesznie:
- Rozmawiałam już z komisarzem, będzie cię wspierał, a przynajmniej nie
będzie przeszkadzał. Zasępa też ma głowę nie od parady. Jestem pewna, że
dacie sobie radę.
- Chcesz mi zostawić na łbie trupa i przypaloną żywcem dziewczynę? -
Bodnar zmarszczyła czoło jak szczeniak z reklamy kremów na zmarszczki. -
Zdajesz sobie sprawę, w co mnie pakujesz?!
- Nie mogę inaczej. - Julia spojrzała na nią błagalnym wzrokiem. - Ten
drań, Daniel, wystąpił do sądu o pozbawienie mnie władzy rodzicielskiej.
Jeśli nie przyłożę się bardziej do opieki nad Sylwią, przegram sprawę.
Nie mam wyboru.
Michalina myślała jednak w tej chwili tylko o sobie. Zaczęła
niespokojnie wiercić się na krześle.
- Co będzie, jeśli schrzanię to śledztwo? Wiesz przecież, że jestem
zero, jeśli chodzi o doświadczenie. Klasyczne, okrągłe zero! Wystawianie
mnie na pierwszą linię frontu to jakieś kosmiczne nieporozumienie!
- Musisz dać sobie radę. - Julia widziała, jak Bodnar zaczyna dyszeć ze
strachu. - Nie mam komu tego zostawić. Całkowicie ci ufam i wiem, że
tego nie spieprzysz. Będziesz dzwoniła do mnie codziennie i na bieżąco
relacjonowała, co się tutaj dzieje. Każdego dnia dostaniesz ode mnie
wskazówki, co masz dalej robić. Wspólnymi siłami dokończymy tę sprawę.
- Wspólnymi siłami? - Bodnar poderwała się z krzesła. - Ośmieszę się
tylko przed komisarzem i wyleje mnie na zbity pysk. Nikt mi już nigdy
nie powierzy żadnej sprawy.
Julia otworzyła metalową szafę i wyjęła leżące w niej dokumenty.
- "Nikt", "nigdy", "żadnej"? Nie za dużo tego optymizmu? Spróbujmy może
przejść przez to bez egzaltacji i histerii. Tu masz wszystkie dane,
jakie do tej pory udało nam się zebrać. - Rzuciła teczkę na biurko. -
Przejrzyj to bardzo dokładnie. Do tego dojdzie opis z autopsji Laury,
który wyślesz mi faksem na numer, który ci podam.
- Będziesz robić zamki z piasku, czytając raport z sekcji zwłok? -
Michalina powoli otrząsała się po pierwszym szoku.
- Taki mam zamiar - przytaknęła Julia - Prawdę mówiąc, zamki nie kręcą
mnie tak jak lektura spisana ręką patologa, ale nie mogę pozwolić sobie
na zniszczenie mi życia przez tego łajdaka, który ma czelność wyciągać
łapska po moje dziecko.
Bodnar z ociąganiem pokiwała głową. W kwestii Sylwii była po jej
stronie. Zostanie na placu boju sama jedynie z możliwością wykonania
"telefonu do przyjaciela". Sytuacja awaryjna w końcu musiała się
wydarzyć.
Julia zaczęła zbierać się do wyjścia.
- Jeszcze jedno. - Stanęła w drzwiach i obróciła się w stronę wertującej
teczkę z aktami Michaliny. - Jadę teraz do rodziców Laury. Trzeba ich
powiadomić o śmierci dziewczyny. Ty natomiast zgłosisz się na ochotnika
do odwiedzenia Kornatowskich. Powiesz im, że Paula żyje. Nie podawaj
jednak żadnych szczegółów, choćby nalegali. Obserwuj bacznie reakcję obu
braci. Mam przeczucie, że jeden z nich zareaguje bardziej emocjonalnie.
I chyba nawet wiem który.
ROZDZIAŁ VI
Sylwia swoim zwyczajem podskakiwała, ciągnąc za rękę matkę taszczącą
wielką jak szafa walizkę. W drugiej dłoni ściskała swoje żółte wiaderko
zabezpieczone delikatną siatką, która przytrzymywała grabki i szpadelek
przed wypadnięciem. Julia, pakując do walizki dobytek córki,
niepostrzeżenie odkładała co drugą parę spodni i nadmiar sukienek,
jednak przyłapana przez małą na tym procederze, z pokorą wkładała z powrotem to, co właśnie przed chwilą wyjęła. Przed czujnym wzrokiem
Sylwii nic nie dało się ukryć. Swoich rzeczy Julia wzięła niewiele. Dwie
pary spodni, kilka podkoszulków i sweter na chłodniejsze wieczory.
Resztę walizki wypełniały skarby córki.
- Na pewno spakowałaś Basię? - Sylwia przystanęła i spojrzała z lękiem
na matkę.
Podróż bez ukochanej lalki nie mogła się odbyć. Była nieodłącznym
elementem matematycznego równania "Sylwia + Basia = WM". Julia trzy razy
sprawdzała, czy lalka leży bezpiecznie na dnie walizki, żeby nie stanąć
przed koniecznością powrotu po zapomnianą zabawkę.
Uspokojona zapewnieniem, że Basia przebrana w strój plażowy leży między
zwiniętymi w rulony ręcznikami, Sylwia znów zaczęła podrygiwać,
wymachując wiaderkiem.
Ruchomymi schodami zjechały na drugi peron. Do odjazdu pociągu pozostało
pół godziny. Julia rozejrzała się po zalanej betonem platformie,
szukając wolnej ławki. Wszystkie były zajęte przez rozgadanych
podróżnych.
- Bolą mnie nogi. - Sylwia uwiesiła się matce na ręce. - Pić.
Julia wyjęła z torby kartonik soku pomarańczowego i podała córce. Mała
zaczęła chciwie ciągnąć sok przez słomkę. Obie czekały na ten wyjazd,
potrzebowały go jak powietrza, żeby wreszcie móc zająć się tylko sobą.
Tak, to był dobry pomysł, Julia uśmiechnęła się do siebie w myślach.
Zostawić wszystko za plecami i zaszyć się w głuszy. Powinna czuć
podniecenie na myśl o spacerach wzdłuż plaży i o wspólnym zbieraniu
białych muszelek. Zdecydowanie powinna.
Pociąg przyjechał planowo. Uprzejmy pracownik kolei chwycił Sylwię pod
pachy i bezpiecznie wniósł do wagonu. Na pomoc we wniesieniu walizy nie
miał już czasu. Julia przerzuciła bagaż przez schodki i przepychając się
między innymi pasażerami wąskim korytarzem, dobrnęła do właściwego
przedziału. Nie miała siły, aby umieścić walizę na górnej półce,
położyła ją więc pod nogami i udała, że nie zauważa ganiących spojrzeń
ładujących się do przedziału pasażerów.
Usiadły naprzeciw siebie, przy oknie. Pociąg ruszył i potoczył się z miarowym stukotem w stronę Gdańska. Prawie siedem godzin jazdy plus
przesiadka do Stegny. Po kilku minutach Sylwia przytuliła się do
zagłówka i usnęła. Julia wyjęła książkę. Wszystko, byle nie myśleć o panikującej Michalinie. Na pewno sobie poradzi, będą przecież w kontakcie.
Odruchowo spojrzała na komórkę. Jeszcze nie dzwoniła, to dobrze czy źle?
Musi wykonać krótki telefon do patologa. Przypomnieć, że jej sprawa jest
najważniejsza, że nie może czekać.
Na korytarzu mimo zakazu palenia ktoś uchylił okno, wystawiając na wiatr
usta pełne dymu. Czemu Lipski nie podnosi słuchawki? Spróbowała jeszcze
raz. Przerywany sygnał.
Spojrzała na chłopaka z papierosem. Wyciągnął w jej stronę paczkę
czerwonych marlboro. Skontrolowała, czy Sylwia nadal śpi, i sięgnęła po
fajkę.
- Zazwyczaj tego nie robię... - Czuła, że musi się przed kimś
usprawiedliwić, zwłaszcza przed samą sobą. - Dzięki za papierosa.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Jedziesz do Gdańska czy gdzieś dalej?
- Do Stegny. - Julia zaciągnęła się dymem i rozejrzała, czy nie ma w pobliżu konduktora. - Krótki odpoczynek od pracy.
- Nauczycielka?
Roześmiała się. Chłopak wyrzucił niedopałek przez okno.
- Nie. Glina.
- Akurat. Gliny nie wyglądają jak ty. Czyli nauczycielka?
Pokręciła głową.
- Nadal glina.
Chłopak parsknął śmiechem i oparł się o szklane drzwi przedziału.
- Jesteś za ładna na glinę.
- Powinnam być szpetna, żeby być wiarygodna?
- Uhm. Sekretarka? - zgadywał dalej.
- Bingo. Jestem szkolną sekretarką.
Poczuła wibrowanie w kieszeni. Dzwonił Lipski. Sekcja zwłok Laury
została przełożona na piątek. Na stół jako pierwsze musiały trafić
zaduszone przez matkę dwuletnie bliźnięta.
Zaczynało zmierzchać, gdy postawiła walizkę na środku pokoju. Domek był
skromny, parterowy, z małym tarasem, na którym stał plastikowy stół i dwa krzesła.
Sylwia przelewała się przez ręce po całodziennej podróży. Julia położyła
ją do łóżka po ekspresowym myciu zębów. Rozpakowanie walizki zajmie co
najmniej pół godziny. To zbyt długo, zrobi to z samego rana. Wstawiła
wodę na herbatę i wyszła na ganek. Michalina nadal nie dawała znaku
życia. Zaniepokojona wystukała numer na komisariat. Przełączono ją na
komórkę Bodnar.
- Dobrze, że dzwonisz. - Julia usłyszała dyszący głos w słuchawce. - Jak
zapewne wiesz, zostałam z tym bałaganem zupełnie sama. - Michalina była
wyraźnie zdezorientowana i przerażona, jednak mimo to kąśliwa. -
Stefaniakowi coś się stało z sercem i wylądował w szpitalu.
Prawdopodobnie zawał.
Julia przygryzła wargi. Tego właśnie brakowało do kompletu.
- Przejrzałaś akta, jak cię prosiłam? To ważne, żebyś znała każdy
szczegół śledztwa. Są tam zapiski, o których ci nie mówiłam. Musisz
wszystko dokładnie przeczytać.
- Zapiski? - Michalina wydała z siebie jęk rozpaczy. - Cały dzień tkwię
w szpitalu przy Pauli. Po tym, jak zabrali komisarza, zajrzałam do niej
do pokoju. Chciałam z niej wyciągnąć szczegóły z tamtej nocy, kiedy
zniknęła.
- No i?
- Nie odezwała się ani słowem. Jak zaczarowana wpatrywała się w ścianę
za moimi plecami.
- Nadal jest w szoku. Podejrzewam, że nie rejestruje tego, co się do
niej mówi.
W słuchawce zapanowała cisza.
- Michalina? Stało się coś? - Julia czuła przez skórę, że coś jest nie
tak.
- Powiedziałam jej o Laurze - ściszyła głos, czekając na chłostę. -
Wiem, że nie powinnam, ale...
- ...ale postanowiłaś sprawdzić, czy szpital poradzi sobie z dwoma
zawałami naraz? Oszalałaś?! - Krawiec krzyknęła zbyt głośno. Rozejrzała
się wokół, czy nie odsłania się żadna firanka w oknach sąsiadujących
domków. - Chciałaś ją dobić wiadomością o śmierci najbliższej
przyjaciółki?! Co ci strzeliło do głowy?
Michalina łapała szybko powietrze. Pierwszy dzień zastępstwa musiał się
tak skończyć. Słyszała, jak Julia krąży po podeście ganku. Kroki
odbijały się od drewnianych desek i rozchodziły w leśnej głuszy.
- Trudno, stało się. - Julia była już spokojna. - Jak na to zareagowała?
- Wpadła w szał. Powyrywała z rąk igły do kroplówek. Krzyczała i szarpała się. To było straszne. - Michalina znów zamilkła. - Lekarze
przypięli ją pasami do łóżka, żeby nie zrobiła sobie krzywdy.
Zaaplikowali jej dodatkowe leki. Po nich wreszcie zasnęła.
- Trzymają ją poprzypinaną pasami?! - Julia nie wierzyła własnym uszom.
Po takiej traumie, po tym, co przeszła? Trzeba być albo idiotą, albo
kimś całkowicie pozbawionym serca. - Oddzwonię do ciebie, bądź pod
telefonem.
Przerwała rozmowę. Biła się z myślami, czy powinna zrobić to, co właśnie
przyszło jej do głowy. Stary przyjaciel nie powinien jednak odmówić w potrzebie.
- Mamo! - doszło ją wołanie Sylwii z głębi domku. - Chodź, przytul!
Zaczęła nerwowo szukać w spisie telefonów jednego numeru. Powinien nadal
tam być. Klawisze zdawały się celowo wyślizgiwać spod spoconych palców.
- Mamo! - Sylwia nie przestawała zawodzić z wnętrza domu. Pomachała jej
przez szybę i wróciła do wybierania numeru.
Jest. Nacisnęła zielony przycisk. Po trzech sygnałach usłyszała jego
głos. Zabrzmiał jak zwykle subtelnie i ciepło.
- Gdybym cię nie znał i nie wiedział, że za mną szalejesz, to
pomyślałbym, że dzwonisz, bo masz jakiś interes.
Cały on. Zdążyła już zapomnieć o tym, jak bardzo jej go brakowało. Kilka
miesięcy walczyła ze sobą, żeby stłumić w głowie myśli, jakie krążyły na
jego temat. Wiedziała, że na tembr aksamitnego głosu jej kolana
zareagują drżeniem. Tymczasem do drżenia doszło jeszcze walenie serca.
Była zła na siebie, że reaguje, jakby miała siedemnaście lat i po raz
pierwszy zakochała się w przystojnym mężczyźnie. Ile sił kosztowało ją,
aby wydobyć z gardła obojętny ton, o tym on nigdy się nie dowie.
- I szaleję, i mam interes.
- Chcę słyszeć tylko o tym pierwszym. - Miękkość w jego głosie sprawiła,
że zakręciło jej się w głowie. - Okej, wiem, że swoim zwyczajem mnie
oszukujesz i jedyne, co zmusza cię do rozmowy ze mną, to jakaś szalenie
ważna sprawa. Mów, o co chodzi.
Gdy skończyła, serce waliło jej jak młotem. Uparcie trzymała przed nim
formę, nie dając poznać po sobie, jak bardzo jej na nim zależy. Spodobał
jej się już w chwili, gdy na komisariacie bezradnie szukał gabinetu
komisarza Stefaniaka. Już wtedy była o włos, aby rzucić mu się na szyję
i zostać tak uwieszona do końca życia. Postanowiła jednak stłumić to
uczucie, zanim przyniesie jej kolejne rozczarowanie. Dlatego pilnowała
się z każdym gestem i wypowiedzianym słowem, aby nie zdradzić się ze
swym sekretem. I tak będzie nadal. Tak już musi pozostać.
- Michalina? - Sprawdziła, czy jest zasięg. - Chcę, żebyś została w szpitalu jeszcze godzinę. Przyjedzie tam inny lekarz. To specjalista od
chorób psychicznych. Zajmie się Paulą i umieści ją w swojej klinice na
obrzeżach miasta. Tak, załatwi przeniesienie. Tak, wszystkim się zajmie.
Zapamiętaj jego nazwisko. Doktor Artur Maciejewski.
Zamknęła za sobą drzwi i sprawdziła, czy moskitiery w oknach nie mają
dziur. Zawsze woziła ze sobą paczkę rozwijanych siatek, na wszelki
wypadek. Upewniła się, że żaden komar nie jest w stanie przedrzeć się
przez szczelinę w oknie, i dopiero wtedy zrzuciła z siebie przepocony
podkoszulek. Przez chwilę mocowała się z zaciętym suwakiem dżinsów, w końcu zamknęła się na kwadrans w łazience.
Rozcierała ramiona, czekając, aż z rur poleci wystarczająco ciepła woda.
Weszła do wanny i namydliła włosy.
Nie mogła pozbyć się myśli o Arturze. Odganiane wracały i wwiercały się
w jej głowę bez szansy na zapomnienie. Może pospieszyła się z decyzją o umieszczeniu Pauli w jego ośrodku? W ten sposób będzie musiała spotykać
się z nim dopóty, dopóki dziewczyna tam będzie. To nieuniknione. Z drugiej strony tylko on może pomóc Pauli dojść do siebie. To znakomity
lekarz, będzie miał ją stale na oku. Poza tym ośrodek jest zamknięty,
nikt obcy nie powinien się tam prześlizgnąć. Tak, dla Pauliny to
zdecydowanie najlepsza opcja. Kilka dni odpoczynku i tabletki na
uspokojenie dobrze jej zrobią. To jedyna szansa, aby dziewczyna wróciła
do pełni władz umysłowych. Jest jedynym świadkiem, który może
zidentyfikować mordercę.
Wytarła plecy szorstkim ręcznikiem. Zanim przytuli się do ciepłych
plecków Sylwii, wyśle jeszcze SMS do Michaliny. Na jutro musi zdobyć ten
cholerny raport z badania tekturowego pudełka po martwym ptaku. No i odciski palców z poręczy schodów prowadzących do pokoju Laury. Zasępa,
jak widać, nie śpieszy się z wyciągnięciem tych danych z laboratorium.
Trzeba wziąć wszystkich do galopu. Śledztwo musi wreszcie nabrać tempa.
* * *
Michalina dopijała kolejną tego dnia kawę z automatu. Małe papierowe
kubeczki wyrzucane z maszyny stojącej na szpitalnym korytarzu napełniały
się jedynie do połowy. Oszczędność wody i kawy dotarła już i tu,
pomyślała. Dobrze, że nie wyłączyli połowy żarówek, pacjenci mieliby
zapewniony klubowy nastrój.
Wycelowała zużytym kubkiem do kosza. Mimo rzędu pustych krzeseł usiadła
na podłodze i oparła się plecami o ścianę. SMS od Julii. Chce wyników
badań od Zasępy. W ogóle go dziś nie widziała. Pewnie zwietrzył, że szef
leży unieruchomiony w szpitalu, i dał nogę z komisariatu. Wspominał coś
o przyjeździe kuzynki z Wrocławia. Pewnie poderwał jakąś małolatę i zaszył się z nią w domu.
Spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Maciejewski powinien
już tu być. Poczeka jeszcze dwadzieścia minut. Ani chwili dłużej.
Zamknęła na chwilę oczy. Obudziło ją lekkie szarpnięcie za ramię.
Podniosła powieki i zobaczyła przyglądającego się jej z ciekawością
trzydziestoparoletniego mężczyznę z twarzą Bradleya Coopera. Podał jej
rękę, pomagając podnieść się z podłogi. Przejechała plecami wzdłuż
ściany. Blond jeż odruchowo stanął na baczność.
- Dobrze zgaduję, że mam przyjemność z Michaliną? - Nie wypuszczając jej
dłoni, potrząsnął nią kilkakrotnie. Bodnar zarejestrowała, że dłoń była
ciepła i miękka.
- Michalina Bodnar. - Dziewczyna wyswobodziła rękę i sięgnęła do
kieszeni. Jej ulubiona czynność, czyli miganie policyjną legitymacją,
zaczynała przeobrażać się w pasję.
- Nie trzeba, Julia opisała mi ciebie wystarczająco dokładnie. - Artur
puścił zawadiacko oko. Z przyjemnością zauważył rumieniec na jej twarzy.
- Gdzie leży pacjentka?
Zaróżowiona Michalina wskazała brodą drzwi obok. Od strony windy jechały
nosze popychane przez dwie pielęgniarki. Tuż za nimi podążał lekarz
prowadzący. Odciągnął Maciejewskiego na bok.
- Chcę do niej zajrzeć, zanim ją stąd zabiorę - powiedział Artur,
chowając kopie dokumentów do teczki. Razem z lekarzem weszli do sali, w której leżała Paula. Gdy wyszli po chwili, szczęka Maciejewskiego była
zaciśnięta.
- To nie było konieczne - warknął z wyrzutem w stronę lekarza. -
Wystarczyło dać jej silny środek uspokajający. Potraktowaliście ją zbyt
brutalnie, krępując ręce. Widział pan jej oczy? To są oczy zwierzęcia
prowadzonego na rzeź. Ta dziewczyna jest przerażona. O to wam chodziło?
Nie czekając na odpowiedź, kiwnął na asystujące pielęgniarki. Nosze
ponownie podskoczyły na niewielkim progu i wjechały do środka. Michalina
w milczeniu przypatrywała się, jak przenoszą drobne ciało Pauliny na
błyszczące, metalowe tragi. Dziewczyna miała zaciśnięte powieki.
Oswobodzonymi dłońmi zasłaniała ogoloną głowę. Nie szarpała się, była
spokojna. Jakby to, co się wokół niej działo, dotyczyło kogoś innego.
Maciejewski dotknął przegubu jej ręki. Puls był nieregularny.
- Zabieramy cię stąd - szepnął jej do ucha. - Teraz będziesz już
bezpieczna.
* * *
Mimo wyjątkowo chłodnego wieczoru Irena Kornatowska usiadła w ogrodzie,
trzymając w ręku kieliszek z czerwonym winem. Światło w pokoju Eryka
nadal się paliło. Widziała jego sylwetkę, jak przesuwała się
niespokojnie od ściany do ściany. Zamoczyła usta w winie. Poczuła
cierpki smak. Wiadomość o odnalezieniu Pauli zaskoczyła ich wszystkich.
Nie żeby nie wierzyli w szczęśliwy finał, jednak nie mogła oprzeć się
wrażeniu, że każdy z rodziny przyjął tę informację zupełnie inaczej.
Ta dziwna dziewczyna z komisariatu wpadła podczas wczorajszej kolacji i przekazała, że Paulina żyje. Potem powiedziała o Laurze. Biedna,
niewinna Laura... Irena poczuła ucisk w gardle. Przechyliła kieliszek i duszkiem dopiła wino. Odkaszlnęła mocno, aż w oczach zakręciły jej się
łzy. Wróciła myślami do synów.
Eryka wczorajsza wiadomość całkowicie wytrąciła z równowagi. Jego twarz
wyglądała na zakłopotaną, nie mogła jednak rozpoznać, co bardziej go
poruszyło. Odnalezienie Pauli balansującej na granicy życia i śmierci
czy wyciągnięcie zwłok Laury ze stawu. Patrzył na tę pyskatą
policjantkę, jakby zobaczył ducha. Nie uśmiechnął się, nie dał po sobie
poznać, że to, co usłyszał, przyniosło mu ulgę. Biedny chłopak. Tyle
przeszedł, że nie potrafił wyrazić radości z faktu, że jego dziewczyna
żyje. Jeszcze na to za wcześnie. Zapytał tylko, czy może ją zobaczyć.
Gdy spotkał się z odmową, poszedł do swojego pokoju i jak zwykle zaszył
się w nim na resztę dnia.
Karol tym razem nie poszedł za nim. Po raz pierwszy od lat zostawił go
samego. Właściwie nie odezwał się tego wieczoru ani słowem. Stał oparty
o ścianę i kiwał głową, wpatrując się w profil Eryka. Sprawiał wrażenie
kogoś, komu zupełnie nie zależy na tym, co dzieje się w domu. A może to
tylko zwykłe złudzenie? Tak, tak pewnie było. Lubił przecież Paulę. Gdy
Eryk wyjeżdżał, zaszywali się razem w pokoju na długie godziny. Jednak
czemu tak bacznie przyglądał się swemu bratu? Nie spuszczał z niego
oczu. Patrzył na każdy gest, każdy grymas twarzy. Próbował doszukać się
w niej emocji. Tylko jakich?
Zygmunt? Nie nocował w domu. Jeszcze nie wie o tym, że Paula żyje.
Światło w pokoju Eryka zgasło. Z sypialni Karola słychać było stłumioną
rozmowę telefoniczną. Podszedł do okna. Widząc obserwującą go z ogrodu
matkę, zamknął je szybkim ruchem. Żadne słowo nie mogło wydostać się na
zewnątrz.
ROZDZIAŁ VII
Plaża była niemal pusta. Tylko kilka osób wylegiwało się na kocach i grzało w czerwcowym słońcu. Ktoś szedł brzegiem morza z psem i ciskał do
wody poczerniały od ognia patyk. Pies z impetem rzucał się na fale i brnąc przez słoną pianę, wyłaniał się po chwili z badylem w pysku. Potem
padał na piach i tarzał się bez opamiętania. Wyglądał jak panierowany w bułce kotlet.
Julia wbiła paliki od parawanu i naciągnęła kolorowy materiał. Mimo
palącego słońca wiatr od morza był silny i nieprzyjemny. Sylwia wysypała
foremki z zamiarem budowania podniebnego zamku. Co chwila podbiegała do
wody i wyszukiwała połamane białe muszelki, które miały jej służyć za
ozdoby do okien.
- Tu będzie fosa, a tu zrobimy kładkę. - Zamek po pół godzinie wyglądał
jak zminiaturyzowany kopiec Kościuszki.
Julia spojrzała niespokojnie na telefon. Obiecała sobie, że nie zadzwoni
na komisariat przed południem. Dochodziła dopiero dziesiąta. Podniosła
się z dmuchanego materaca i pomogła córce nosić wodę do fosy. Ku
rozpaczy Sylwii woda nieubłaganie wsiąkała w piach. Z zapamiętaniem
rzuciła się do pogłębiania rowu. Po kilkunastu machnięciach łopatką na
dnie wykopu pojawiła się błotnista maź.
Dziesiąta trzydzieści. Pierwszy soczek, baton, ciepłe lody. Dziesiąta
pięćdziesiąt. Powtórne smarowanie kremem. Jedenasta.
- Michalina, to ja. - Julia czuła się jak narkoman na przymusowym
odwyku. - Wiem, że wcześnie i że urlop. Co z informacjami od Zasępy?
Zrobiłaś to, o co cię prosiłam? Pudełko...? Odciski zamazane? Sprawca
się postarał, właściwie mogłam się tego spodziewać. Strzęp pióra...?
Tak, niech odda jak najszybciej do analizy. A poręcz, rama drzwi
balkonowych...? Co z tego, że dużo...Wprowadźcie wszystkie dane do bazy.
Tak, wszystkie co do jednego! Chcę mieć w komputerze skan każdego palca,
jaki odcisnął się pod balkonem Laury, bez względu na to, czy będzie to
palec matki Laury, czy zeszłorocznej turystki z dalekiej Szwecji.
Sylwia zaczęła szarpać Julię za rękę. Nadchodził czas na zbieranie
wronich piór na czubek zamku.
- Jeszcze jedno. - Julia powstrzymała wzrokiem grymaszącą córkę. - Chcę,
żebyś znalazła w moim biurku numer do współlokatorki Laury z akademika.
Dziewczyna nazywa się Maria Mazur. Muszę z nią porozmawiać. Coś ważnego
przyszło mi do głowy.
* * *
Doktor Artur Maciejewski, założywszy nogę na nogę, siedział od dłuższego
czasu na małym, metalowym stołku i obserwował śpiącą Paulinę. Po podaniu
środków uspokajających oddychała miarowo, ruchy gałek ocznych pod
powiekami były nieznaczne. Od wczorajszego wieczoru, odkąd zabrał ją z miejskiego szpitala, nie zanotował nasilających się nerwowych odruchów.
Tylko z rzadka podczas snu naprężała wszystkie mięśnie, bezwiednie,
niemal automatycznie. Wtedy puls przyspieszał, jednak po paru minutach
wszystko wracało do normy. Wyciągnął ją stamtąd w ostatniej chwili.
Leżała na lewym boku. Wypalona rana po drugiej stronie ciała wciąż
musiała parzyć. Przylepiec wielkości dłoni zakrywał ją szczelnie, jednak
wokół niego nadal widoczny był czerwonosiny obrzęk.
Artur czekał, aż otworzy oczy. Z pobieżnych wyjaśnień Michaliny wiedział
tylko, że znaleziono ją wyczerpaną i nieprzytomną na skraju lasu, na
biegnącej od Warszawy wylotówce. Od tamtej chwili nie odezwała się ani
słowem. Liczył na to, że podane leki przeciwbólowe i uspokajające
przyniosą jej ulgę.
Otworzył na oścież okno. Z zewnątrz dobiegał radosny śpiew czyżyka.
Odwrócił głowę i spojrzał na Paulę. Powoli otworzyła oczy. Nie patrzyła
jednak ani na idącego w jej stronę lekarza, ani na poruszane letnim
wiatrem wierzchołki drzew.
- Jak się czujesz? - Artur wrócił na stołek i łagodnie dotknął wierzchu
jej dłoni. Obserwował bladą twarz, która wyglądała, jakby odpłynęło z niej życie.
- Pamiętasz coś z tamtego wieczoru?
Wydawało mu się, że lekko drgnęła. Zamknęła na chwilę oczy, jednak nie
odczytał tego jako znak, lecz raczej jak naturalny odruch organizmu
broniącego się przed deszczem pytań.
- Leżałaś na drodze. - Maciejewski nie dawał za wygraną. - Przypominasz
sobie, jak się tam znalazłaś?
Tym razem Paula wykonała nieznaczny ruch głową. Zwróciła ku niemu twarz
i wbiła wzrok w niestarannie ogoloną twarz lekarza. Otworzyła usta.
Szeptała niewyraźnie, robiąc przerwy na nabranie oddechu. Nachylił się
nad nią, aby nie uronić ani słowa. Z trudem podniosła głowę, chciała,
żeby ją usłyszał.
- Ogień i krzyże. Ogień i... - Zemdlona opadła ponownie na poduszkę.
* * *
Smażalnia ryb usytuowana była na wydmie. Taras, na którym ustawiono
stoliki i długie, drewniane ławy, oblegany był przez wczasowiczów.
Porozkładali się z plażowymi torbami na całej długości siedzisk.
Julia rozejrzała się, szukając wolnego miejsca dla Sylwii. Starsze
małżeństwo z wnukiem właśnie szykowało się do opuszczenia tarasu po
skończonym obiedzie. Wystartowała do stojącego pod parasolem stolika,
ciągnąc za rękę opierającą się córkę. W ostatniej chwili wyprzedziła
czyhającą na to samo miejsce parkę zakochanych nastolatków. Chłopak,
wyraźnie oburzony zagrabieniem stołu przez matkę z blond pociechą,
zaklął pod nosem. Usiedli dwa stoliki dalej. W stronę Julii wysunął się
środkowy palec. Tylko obecność dziecka przytrzymała ją na miejscu.
Patrzyły na spienione fale, czekając na zamówione dania. Tuż obok
właściciel przygotowywał niewielkich rozmiarów wędzarnię, układał na
ruszcie przyprawione ryby. Zapach palonego drewna olchowego zawirował w powietrzu i rozniósł się nad tarasem.
Z głośnika zamontowanego nad drzwiami wejściowymi smażalni wywołano
numer zamówienia Julii. Po chwili na stole wylądowały talerze z dorszem
i flądrą, z ziemniakami i surówką z kapusty.
Po obiedzie Julia i Sylwia z pełnymi żołądkami wyruszyły na poszukiwanie
gofrów. Gorący, cieknący karmel oblepiał im palce i włosy. Dawno się tak
nie bawiły, podgryzając sobie wzajemnie chrupiące wafle i wytykając
palcami miejsca na twarzy oblepione słodką masą.
- Kup mi balon z myszką! - Sylwia zaparła się nogami przy stoisku z fruwającymi zabawkami. - I drugi dla Basi. Pojedziemy wagonikami? - Rząd
białych meleksów zapełniał się powoli umęczonymi po całodziennym
wylegiwaniu się na plaży turystami. Julia odciągnęła małą na bok i próbowała zainteresować straganową wyprzedażą książek.
- Kup mi tę książeczkę i tę. - Palec wskazujący Sylwii beztrosko
przesuwał się wzdłuż kolejnych tytułów. - I tę o piesku. Możemy mieć
pieska? Obiecałaś...
- Rozmawiałyśmy przecież. - Julia czuła, że jej silna wola wystawiana
jest na wielką próbę. - Na pieska jesteś jeszcze za mała. Poza tym twoja
astma może tego nie wytrzymać.
- Kocham pieski. Pojedziemy wagonikami? - Julia nigdy nie przypuszczała,
że siła mięśni siedmioletniej, chorej na astmę dziewczynki może być tak
wielka. Nie było sensu opierać się dłużej. Przecież obiecała małej
superwakacje. Wysupłała z portfela ostatni banknot. Te nadprogramowe
szaleństwa muszą się skończyć, westchnęła pod nosem. Jak tak dalej
pójdzie, najdalej za tydzień zostanę bez grosza. Mała rozkręca się
niczym obrotowy bąk na cienkiej nóżce.
Podróż meleksem była krótka, ale dała Sylwii wiele radości. Machała
wszystkim mijanym przechodniom, jakby odbywała podróż w kosmos i żegnała
się z ziemianami. Balony obijały się rytmicznie o sufit wózka. Z buzi
Sylwii nie schodził uśmiech. W drugiej ręce ściskała torbę załadowaną
swoimi nowymi książkami.
- Udany dzień? - Julia przekręciła klucz w zamku i postawiła na podłodze
torbę z plażowym kocem. Sięgnęła do lodówki po sok. - Wreszcie jesteśmy
razem, co, kochanie?
Sylwia rzuciła się matce na szyję i przytuliwszy swój policzek do jej
twarzy, wyszeptała:
- Zostańmy tu na zawsze.
* * *
Majcherowa otworzyła szafę i wyjęła złożoną czarną chustę. Przez chwilę
układała jej brzeg palcami, wyrównując materiał, po czym narzuciła na
głowę i zawiązała nad karkiem w gruby supeł. Powoli, z nabożeństwem
wsuwała pod nią każdy kosmyk siwych włosów, aby nie zwisał swobodnie na
szyi.
Weszła do pokoju Laury i usiadła na łóżku. W domu panowała cisza. Mimo
to w jej uszach ciągle brzmiało jedno zdanie: "Z ogromnym smutkiem muszę
przekazać państwu złą wiadomość". Potem już nie słyszała, co mówiła do
niej ta młoda policjantka. Poruszała ustami, nawet wyciągnęła ręce, aby
pomóc osuwającej się na podłogę kobiecie. Mąż chwycił ją w ostatniej
chwili. Stali w drzwiach, tak jak wtedy, gdy odwiedziła ich za pierwszym
razem. To było tuż przed tym, jak Robert zbiegł ze schodów ze spakowaną
torbą przed powrotem do więzienia. Torba upadła na ziemię i potem już
nic się nie działo. Powietrze stało martwe, nawet ptaki zamilkły w ogrodzie. W głowach kołatało tylko "martwa, utopiona". Najdroższa
Laura...
Wyciągnęła rękę i pogładziła biel poduszki. Odruchowo otarła oczy. Były
ciemne i puste, jak pokój jej ukochanej córki. Z półek plastikowymi
ślepiami spoglądały na nią uśmiechnięte drwiąco smoki. Laura trzymała je
na szczęście, wierząc, że przy nich nic złego ją nie spotka. Kobieta
podeszła do gipsowych figurek i jednym ruchem zrzuciła wszystkie na
podłogę. Podeszwą buta rozgniotła je kolejno, aż pokruszone starły się
całkowicie na pył.
Czarna sukienka. Jedyna, jaką miała Laura. Kupiły ją przed egzaminami na
studia. Prosta, skromna i nijaka. Wisiała w szafie, zawsze w tym samym
miejscu, na samym końcu, aby inne ubrania nie niszczyły jej poprzez
ciągłe ocieranie. Czekała na kolejną ważną okazję.
Sięgnęła po sukienkę i zsunęła ją z wieszaka. Oparła się plecami o szafę
i przytuliła miękki materiał do piersi. Jeszcze buty. Czarne lakierki na
niewielkim słupku też miały swoją premierę podczas egzaminu.
Położyła sukienkę na łóżku. Pod nią ustawiła równo lakierki. Chyba Laura
nie będzie miała jej za złe, że chce ubrać ją do trumny w używane
rzeczy. Zawirowało jej w głowie. Serce uderzało coraz mocniej. Za kilka
dni złoży ciało swojego najukochańszego dziecka do grobu.
Przez szyby przebijały się złociste promienie słońca, tańcząc na czerni
żałobnej wyprawki Laury.
* * *
Michalina wsunęła nieśmiało głowę do wymalowanego na bladożółty kolor
pokoju. Po jego obu stronach w rzędach stały łóżka zajęte przez mężczyzn
w średnim wieku. Jeden z nich nasunął na nos okulary i z zaciekawieniem
przyjrzał się blondynce z natapirowanym jeżem. Obdarzyła go
nienaturalnie miłym uśmiechem, po czym wróciła do namierzania wzrokiem
znajomej sylwetki.
Komisarz Stefaniak leżał odwrócony twarzą do okna. Po cichu podeszła do
jego łóżka i wyciągniętym palcem trąciła unoszące się w trakcie snu
ramię. Stefaniak wypuścił nagromadzony bąbel powietrza spod policzka.
- Panie komisarzu. - Michalina przysunęła usta do jego lewego ucha.
Podskoczył, mając przed twarzą rozmazany obraz uśmiechającej się Bodnar.
Odruchowo chwycił się za serce.
- Wszelki duch! - Naciągnął wyżej kołdrę. - Kto cię tu wpuścił? Tu nie
ma odwiedzin.
- Sama się wpuściłam. Wpadłam sprawdzić, jak miewa się nasz komisarz
Columbo.
- Wyjątkowo dowcipne. - Stefaniak niby obruszony rozejrzał się po
pokoju, próbując wychwycić uznanie w oczach współtowarzyszy. - Columbo
to przy mnie amator - dodał już głośniej. - No, jak ci idzie? Śledztwo
posunęło się do przodu?
Michalina wyjrzała przez okno, wystawiając piegi do słońca.
- Długo jeszcze będą tu pana trzymać? - rzuciła od niechcenia.
- Chcesz mi w ten sposób dać do zrozumienia, że sprawa leży? -
Podciągnął się na łokciach. - Nie radzisz sobie? No tak. To było
oczywiste. Jedna bezradna, druga na wczasach. Posłuchaj mnie uważnie. -
Jego oczy przestały się uśmiechać. - Nie wyjdę stąd przez najbliższe dwa
tygodnie. Nie wiem, jak to załatwicie z Julią, ale daję wam czas do
mojego powrotu. I ani minuty dłużej.
* * *
Siostra Mira namoczyła gąbkę, po czym wycisnęła z niej nadmiar mydła.
Delikatnym ruchem odgarnęła koc i podciągnęła płócienną, białą koszulę,
w którą ubrana była Paulina. Dziewczyna szarpnęła się i na powrót
przykryła nogi, zasłaniając się przed jej dotykiem.
- Już dobrze, nic złego ci nie zrobię. - Łagodny wyraz twarzy
pielęgniarki uspokoił ją na tyle, że pozwoliła kobiecie musnąć gąbką
łydki. - Nie chcesz, aby cię dotykano, prawda?
Paula milcząco kiwnęła głową. Wyciągnęła rękę po gąbkę i ruchem oczu
dała znać, że chce zostać sama. Mira przysunęła miednicę bliżej łóżka.
- Zawołaj mnie, jak skończysz.
Zamknęła za sobą drzwi i usiadła na skajowym fotelu w cieniu korytarza.
Od strony skrzydła z gabinetami lekarzy szedł w jej stronę Maciejewski.
Zatrzymała jego dłoń sięgającą do klamki.
- Teraz nie można. Czas kąpieli - mrugnęła porozumiewawczo okiem. - Na
długo zostanie u nas?
Odpowiedziało jej wzruszenie ramion.
- Nadal jest w szoku, potrzebuje czasu. Policja chce ją przesłuchać, ale
na to jeszcze za wcześnie. Nie znam całej sprawy, ale z tego, co mi
wiadomo, dziewczyna przeszła swoje. Detektyw Krawiec zależy na tym, aby
miała zapewniony spokój.
Siostra Mira poruszyła się nerwowo.
- Znowu ona? Dawno o niej nie słyszałam. Myślałam, że wyjechała z miasta... - Z jej twarzy można było czytać jak z otwartej księgi.
- Owszem, wyjechała - przytaknął. Błysk w oku siostry pojawił się na
nowo. - Ale na urlop. Jak ją znam, to już przebiera nogami, żeby tu
wrócić i zanurzyć się po szyję w jakiejś mrocznej zabawie.
- Pan ją lubi... doktorze?
- Wiesz przecież, ile przeszliśmy w zeszłym roku. Pomogłem jej stanąć na
nogi w pewien zimowy wieczór, a ona z kolei uratowała mnie przed
zawodową kompromitacją. - Artur spojrzał na zegarek. - Muszę tam wejść.
Bądź tak dobra i sprawdź, czy pacjentka skończyła się myć.
Mira posłusznie zajrzała do pokoju. Paula leżała w czystej koszuli i zerkała na zainstalowany w rogu pokoju telewizor.
- Już można. - Otworzyła szerzej drzwi i wpuściła Artura do środka.
Taszcząc pod pachą miednicę z szarymi mydlinami, widziała, jak doktor
łagodnym ruchem kładzie dłoń na czole Pauli i gładzi ją po pokaleczonej
żyletką głowie.
* * *
Julia przysiadła na niewielkiej werandzie i położyła przed sobą magazyn
z krzyżówkami. Odpoczywać. Oddychać spokojnie i odpoczywać. Przygryzła
końcówkę długopisu i skoncentrowała się na sześć poziomo. Michalina nie
dzwoni. Powinna już dawno podać numer telefonu do Marii Mazur.
Otworzenie szuflady i wyjęcie kartki z numerem chyba nie zajmuje dwóch
godzin. Pewnie gdzieś ją poniosło. Telefon na jej biurku nie odpowiadał
od przedpołudnia. Pozostała jeszcze komórka, jak zwykle wyciszona.
Zerknęła przez szybę na oglądającą bajkę Sylwię. Córka miała policzki
mocno zaróżowione od nadmorskiego słońca.
Po czterech sygnałach usłyszała podniecony głos Bodnar.
- Matka Laury zgłosiła, że jej syn nie stawił się na Białołęce po
przepustce. Dzwonili do niej do domu, nawet przysłali patrol. Jest
przerażona...
Julia poczuła, jak krew napływa do jej rozgrzanych skroni.
- Znam ten schemat. Chłopak będzie teraz szukał zemsty za śmierć
siostry. Niepotrzebnie poszłam do Majcherów przed jego powrotem do
aresztu. Słyszał całą naszą rozmowę.
- Co mam robić? - Michalina była bliska rozpaczy. - Komisarz zacisnął mi
dziś pętlę na szyi. Mamy zamknąć sprawę do jego powrotu ze szpitala.
Ze słuchawki dochodziło ciche chlipanie.
- Jak sytuacja z Paulą? - Julia zmieniła temat. - Zaczyna wracać do
żywych?
- To wszystko dzieje się zbyt wolno. Ten twój przystojniaczek obchodzi
się z nią jak z jajkiem. Nie naciska, czeka.
Julia pokiwała głową. Artur zawsze umiał znaleźć się w każdej sytuacji.
- To bardzo dobrze. Do momentu mojego przyjazdu Paula wyciszy się na
tyle, że będzie mogła złożyć zeznania.
- Jak to: do twojego przyjazdu? - Michalina odzyskała dawną werwę. -
Planowałam zabrać się za nią najdalej jutro. Kartoteka świeci pustkami!
- Nie wolno ci rozmawiać z Paulą. Żadnych nacisków, dopóki nie wrócę.
Żadnych podchodów i kombinowania, żeby coś z niej wydusić. Masz trzymać
się od niej z daleka, rozumiesz? To nasz jedyny świadek. A propos, co z numerem do Marii Mazur?
Dziewięć cyfr zostało zapisanych na brzegu magazynu z krzyżówkami. Julia
rozłączyła się i wystukała podany numer. Kilka kolejnych prób połączenia
za każdym razem kończyło się tak samo. Włączała się automatyczna
sekretarka.
Julię ogarnęło nieprzyjemne uczucie obawy przed czymś bliżej
nieokreślonym. Nie mogła pozbyć się z głowy słów, które Maria
wypowiedziała podczas ich spotkania w akademiku. Wówczas nie zwróciła na
nie uwagi, zwłaszcza że dziewczyna zanosiła się co chwila duszącym
kaszlem. Maria pakowała wtedy walizkę. W pewnej chwili podniosła głowę
znad sterty ciuchów i jakby przerażona tym, co właśnie sobie
uświadomiła, powiedziała cicho: "My z Laurą wiemy o sobie wszystko".
* * *
Pociąg Intercity relacji Warszawa-Kraków zatrzymał się na peronie
trzecim. Wysiadający pasażerowie napierali na siebie, chcąc jak
najszybciej wydostać się z dusznych przedziałów. Na platformie zaroiło
się od walizek, wózków z rozwrzeszczanymi dziećmi i palaczy kręcących
się nerwowo za miejscem, gdzie mogliby wreszcie puścić dymka. Ekipa
sprzątająca, składająca się z kilku dorabiających studentów, miała
zaledwie dwadzieścia minut na uprzątnięcie śmieci po podróżnych. Pociąg
miał być za chwilę przestawiany na zwrotnicę kierującą go do Zakopanego.
Wagon z numerem 228 był ostatni. Ruda dziewczyna ubrana w bordowy
służbowy uniform z wyszytym emblematem "IC" szarpnęła rozsuwanymi
drzwiami przedziału. Wyjęła z kosza papierki po kanapkach i wciśnięte w pojemnik puste kubki po napojach. Już miała opuścić pomieszczenie, kiedy
poczuła, że coś muska jej włosy. Na górnej półce, przygnieciony podróżną
torbą, leżał damski sweter. Jego rękaw opadał luźno poruszany lekkim
wiatrem dobywającym się z otwartego okna przedziału. Ktoś tak się
śpieszył, że zapomniał zabrać ze sobą bagaż, pomyślała z rozbawieniem.
Wychyliła głowę przez okno i zamachała na konduktora. Jeszcze jeden grat
do przechowalni. Usiadła na kanapie i wyciągnęła przed siebie nogi,
kładąc je na sąsiednim siedzeniu. Pod plecami wyczuła zgrubienie.
Sięgnęła ręką pod łopatkę. Jeszcze i to: termos z kawą. Postawiła go na
rozkładanym stoliku pod oknem. Gdzie się podziewa ten konduktor?
Wyjrzała na korytarz.
W przejściu między wagonami zauważyła grupkę osób w takich samych jak
ona uniformach. Ktoś krzyknął, ktoś nerwowo zapalił papierosa. Podeszła
bliżej. Zza głów gapiów dojrzała jedynie leżące na podłodze czyjeś nogi.
Przecisnęła się dalej, rozpychając się łokciami. Zakryła ręką usta na
widok kałuży wymiocin.
W toalecie, oparta twarzą o obskurny metalowy sedes, leżała martwa tęga
dziewczyna.
ROZDZIAŁ VIII
Julia nachylała się nad umywalką, żeby wypłukać usta, kiedy w drzwiach
łazienki stanęła Sylwia. Wyciągała w jej stronę rękę z telefonem. Pod
pachą trzymała Basię i przecierała zaspane oczy. Julia dała małej znak,
aby wróciła jeszcze na chwilę do łóżka. Odprowadziła ją wzrokiem i przymknęła drzwi łazienki.
- Krawiec, słucham.
- Moje nazwisko nic pani nie powie. - Głos w słuchawce był bardzo
tajemniczy. - Poproszono mnie o kontakt z panią i przekazanie pewnej
informacji o Eryku Kornatowskim. Zgodziłam się dla dobra dziewczyny, z którą się spotyka. Mam na myśli Paulinę Fogel.
- Kim pani jest? - Julia nie znosiła anonimowych rozmówców. - I co wiąże
panią z rodziną Kornatowskich?
- Nic oprócz tego, że mam do opowiedzenia pewną historię, ale nie chcę
mówić o tym przez telefon. Będę rozmawiać tylko z panią, i to w cztery
oczy.
Julia miała mętlik w głowie. Ciekawość mieszała się z bezradnością.
Utknęła pośrodku lasu, ponad trzysta kilometrów od miejsca, w którym
powinna się teraz znajdować. Szlag by to wszystko...
- Może jednak...
- Nie. Albo zobaczymy się w Warszawie, albo wcale. - Głos był stanowczy.
- Jak się pani zdecyduje, proszę zadzwonić na numer, który się
wyświetlił.
- Niech chociaż pani powie, jak ma na imię. Nie wiem, jak mam się do
pani zwracać. - W słuchawce odpowiedziała jedynie cisza, a potem kobieta
przerwała połączenie.
Julia stała dłuższą chwilę, wpatrując się w swoją nowiutką motorolę.
Poczuła nadciągający atak furii. Co ona tu w ogóle robi? Lepi pieprzone
babki z piasku, zamiast dorwać tego psychola, który kaleczy i zabija
młode dziewczyny. Gdyby nie ten drań Daniel, wszystko wyglądałoby
inaczej.
- Jesteś zła, mamusiu? - Sylwia wygrzebała się spod kołdry i stanęła na
wprost Julii.
- Wszystko w porządku, kochanie. - Kucnęła i przytuliła córkę z całej
siły. - Jakoś sobie poradzę z tą moją złością. - Przykleiła uśmiech do
twarzy. - No, biegnij do łazienki. Czeka nas kolejny dzień robienia
zamków z piasku. - Westchnęła, patrząc na znikające w toalecie plecy
Sylwii.
* * *
Berta kończyła przygotowywać śniadanie. W piątki nakrywała stół
kraciastym obrusem, w przeciwieństwie do pozostałych dni tygodnia, gdy
serweta musiała być gładka. Tak życzyła sobie pani domu. Berta nie
rozumiała tego zwyczaju, traktowała go jak zwykłe dziwactwo. Dla
pozostałej trójki domowników ten zwyczaj w ogóle nie był zauważalny.
Zygmunt Kornatowski zbiegł po schodach, zapinając mankiety koszuli. Był
markotny. Odruchowo pocałował żonę w skroń, po czym usiadł na stojącym
obok krześle. Kobieta obserwowała go dyskretnie. Od wielu tygodni mijali
się jak obcy sobie ludzie. Uroczystość zaręczynowa Eryka miała być
ostatnią próbą zbliżenia ich do siebie, jednak udawana euforia związana
ze ślubem syna szybko zamieniła się w tak dobrze im znaną obojętność.
Nawet odnalezienie Pauli nie potrafiło rozbudzić w nich emocji. Przez
chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Zygmunt pierwszy spuścił wzrok.
Sięgnął po wyjętą przed chwilą z pieca pszenną bułkę.
- Wyglądasz blado. - Ponownie spojrzał na żonę podpierającą rękami
brodę. - Przecież wszystko wróciło do normy. Ślub odbędzie się zgodnie z planem, tak jak sobie życzył nasz syn.
- Nasz syn nie jest w stanie rozróżnić prawdy od fikcji - mruknęła
Kornatowska. - Zupełnie nie zdaje sobie sprawy ze stanu Pauli ani z tego, co się wokół niego dzieje.
- Czyżby zrobiło ci się jej żal? - W głosie Zygmunta wyczuwało się
drwinę. - Przecież robiłaś wszystko, aby ten ślub...
- Eryk nie jest gotowy na małżeństwo! - przerwała mu w pół zdania.
Widział, jak zaciska palce na nożu. - A ty, jako ojciec, powinieneś
wybić mu z głowy te plany przynajmniej do czasu, gdy nie stanie mocniej
na nogach.
- Właśnie o to mi chodzi! - Zygmunt nachylił się nad żoną. - Małżeństwo
zrobi z niego mężczyznę.
- Raczej go zabije! - Krzyk Kornatowskiej dobiegł aż do kuchni. Berta z zaciekawieniem wychyliła głowę. - On ma przed sobą karierę, jest taki
młody! Nie mogę wprost uwierzyć, że nie jesteś w stanie tego zrozumieć!
Od razu widać, że nie znasz swojego własnego syna. Poza tym Eryk jest
inny, rozumiesz?! Inny!
Zygmunt pokręcił głową. Końcówką języka dotknął przednich zębów,
wypychając wargi do przodu. Zdawał się być głuchy na argumenty żony.
Wytarł usta serwetką i odłożył ją obok talerza.
- Paula wie, co robi. Przy niej się zmieni. To silna dziewczyna. Znałem
jej matkę.
- Jak wiele innych. - Kąśliwość w głosie Ireny była zamierzona. Rzuciła
wyzwanie i czekała, aż Zygmunt podniesie rękawicę. Nie doczekała się
riposty.
- Najważniejsze, że będziemy mieć Paulę z powrotem - powiedział bez
większego przekonania. Spojrzała na niego podejrzliwie. Złożył palce w trójkąt i zaczął przyglądać się swoim paznokciom. - Kto by pomyślał, że
da radę...
- Przeżyć? - dokończyła za niego Irena. - Czyżbyś wolał widzieć ją na
miejscu Laury?
Wzdrygnął się na jej słowa. Poprawił sygnet na małym palcu i potarł nim
o nogawkę spodni. Pierścień błysnął wypolerowanym złotem.
- Nie ma o czym mówić. Wszystko wraca na swoje miejsce. - Westchnął
ciężko. - Musisz na nowo zająć się przygotowaniami do ślubu.
- Ślub! - Irena zaśmiała się złowieszczo. - O nie, mój drogi. Wreszcie
przejrzałam na oczy. Żadnego ślubu nie będzie. Nie przekonacie mnie. -
Wstała gwałtownie od stołu i ruszyła w stronę wyjścia z jadalni. - Ani
ty, ani Eryk. Żaden z was nie myśli racjonalnie.
- Dokąd idziesz?! - Kornatowski ruszył za żoną do przedpokoju. Chwyciła
torebkę i klucze od auta. Zrzuciła z nóg poranne pantofle i wsunęła
stopy w połyskujące szpilki. Pośliniwszy koniuszki palców, poprawiła
włosy.
- Złożę Pauli krótką wizytę. W końcu powinno się odwiedzać chorych,
nieprawdaż? - odrzekła i przymrużyła oczy, przeglądając się w lustrze.
- Nie powinnaś jej niepokoić w takim stanie. - Poczuła ucisk na
ramieniu. Ponownie roześmiała się i zrzuciła jego dłoń.
- Ty mi mówisz, co powinnam robić? Ty?
Trzasnęła drzwiami. Zygmunt zawahał się na moment, rozpamiętując jej
słowa. Wybiegł za nią, jednak była szybsza. Patrzył, jak wyjeżdża swoim
volvo za bramę posesji.
* * *
Emilia szykowała się do wyjścia na targ, gdy usłyszała walenie do drzwi.
Zaniepokojona odłożyła siatkę na stół i ruszyła do przedpokoju. Odsunęła
metalową osłonę judasza. Trzy kolejne uderzenia przyprawiły ją o mocniejsze bicie serca.
- Otwieraj! Otwieraj, bo rozwalę te cholerne drzwi!
Przekręciła zamek. Uchyliła odrobinę drzwi, jednak mężczyzna pchnął je
tak silnie, że się zachwiała.
- Julii nie ma. Wyjechała razem z Sylwią. - Stanęła z nim oko w oko,
próbując zagrodzić wejście do mieszkania.
Spojrzał na nią z taką samą wyższością, z jaką patrzył na Julię. Nie
mogła sobie darować, że przez tyle lat hołubiła tego drania. Nawet gdy
rozstał się z jej córką, trzymała jego stronę. Jak mogła być tak ślepa!
Robił z nią, co chciał. Podżegał przeciw jej własnemu dziecku. Tak długo
mu wierzyła. Za długo!
- Po co tu przyszedłeś? Powiedziałam ci już, że Julia wyjechała.
Przecisnął się przez wąski przedpokój i wpadł do sypialni Sylwii.
Otworzył szafę i sprawdzał ilość pozostawionych ubrań i zabawek. Poczuła
od niego smród alkoholu wymieszanego z tytoniem.
- Przekaż swojej ukochanej córeczce, że to jej ostatnie wspólne wczasy z moim dzieckiem - wysapał jej wprost do ucha. - Niech nacieszy się małą,
póki jeszcze może.
- Jeśli myślisz, że Julia odda ci Sylwię, to mocno się rozczarujesz! -
Emilia założyła ręce pod obfitymi piersiami. Dusiło ją w gardle od
goryczy, jaka wzbierała w niej na widok byłego zięcia plądrującego
mieszkanie.
- Pismo z sądu powinno już wpłynąć. - Ocenił wyraz twarzy kobiety. -
Tak, widzę po spojrzeniu szanownej mamusi, że dotarło. - Jego chichot
był nie do wytrzymania. - Niech no zgadnę. Którą z was bardziej
zabolało, że wkrótce zabiorę małą?
- Nigdy jej nie dostaniesz, rozumiesz?! - Matka Julii złapała się za
serce. - Nigdy!
Daniel ostentacyjnie oparł się plecami o framugę drzwi. Wyjął z pomiętej
paczki papierosa i przypalił zapałką. Machnął nią w powietrzu i z nonszalancją rzucił na podłogę. Wydmuchał duszący dym wprost w twarz
kobiety.
- Zła wiadomość dla was jest taka, że mam zbyt dobre znajomości, żeby
przegrać sprawę. - Z niesmakiem spojrzał na skromne chodniki z Ikei. -
Dobra, że nie będziecie musiały włóczyć się po sądach w nieskończoność.
Załatwię was na pierwszej rozprawie. Nikt nie będzie się liczył ze
zdaniem tej lafiryndy. O, pardon, mojej byłej żony.
- Jesteś podły!
- Podły, ale skuteczny. - Wdeptał niedopałek w chodnik. Nacisnął klamkę.
- Widzimy się na rozprawie.
- Obyś się smażył w piekle, ty szczurze!
Słyszała, jak zbiega po schodach. Nalała do szklanki zimnej wody i wysypała na dłoń tabletki uspokajające. Łyknęła dwie pigułki.
Obserwowała przez szybę, jak Daniel siada za kierownicą. Odkręcił szybę
i coś do niej krzyknął. Przejeżdżający samochód zagłuszył jego słowa.
Życzyła mu, żeby rozbił się na pierwszym lepszym słupie. Tak, życzyła mu
śmierci. Po raz pierwszy w swoim życiu chciała, żeby kogoś spotkało
najgorsze. Nie myślała tak nawet o swoim byłym mężu.
Ciśnienie rozsadzało jej głowę. Sięgnęła po jeszcze jedną pigułkę.
Czuła, jak robi jej się słabo. Resztką sił doszła do łóżka i położyła
głowę na flauszowym wałku.
Jak przez mgłę słyszała dzwoniący w drugim pokoju telefon.
* * *
Stały pośrodku lasu, rozglądając się za krzewami jagód. O tej porze roku
większość krzaków była już ogołocona przez turystów. Sylwia z ustami
wykrzywionymi w podkówkę pokazywała matce niemal pusty koszyk.
- Nie wystarczy na pierożki - westchnęła.
Julia, która do tej pory nie miała okazji bawić się w lepienie pierogów,
pogładziła małą po głowie.
- Posypiemy je cukrem. Zobaczysz, jakie będą pyszne.
Co chwila zerkała na wyświetlacz komórki. Dziś miała się odbyć sekcja
zwłok Laury, telefon milczał jednak jak zaklęty. Liczba kresek w prawym
górnym rogu ekranu zmniejszyła się do minimum. Mogła się tego
spodziewać, niemal całkowity brak zasięgu. Brak kontaktu z Michaliną,
brak wiadomości o wynikach autopsji. Do tego telefon matki milczy od
ponad dwóch godzin.
- Musimy wracać - powiedziała i skierowała się z powrotem w stronę
ośrodka.
- Nazbierajmy szyszek. - Sylwia podskoczyła z kucek i z zapałem zaczęła
buszować między drzewami. - Wieczorem porobimy z nich ludziki.
- Ludziki robi się z żołędzi, głuptasie. - Zdziwiona mina Sylwii
rozbroiła Julię. - Nie pamiętasz, jak wbijałaś w nie zapałki? A potem
robiłaś z babcią koniki?
- Z tobą nigdy nie robiłam ani ludzików, ani koników. - Podkówka wróciła
na usta.
- Obiecuję. Daję ci moje słowo, że jak tylko pojawią się żołędzie,
zrobimy z nich cały zwierzyniec. Zaniesiesz do szkoły i pokażesz innym
dzieciom. Może nawet pani zrobi z nich wystawę. A teraz pozbieraj tyle
szyszek, żeby wystarczyło na zrobienie misiowej rodziny.
Przystanęła, obserwując, z jakim zapałem córka zabrała się do szukania
materiału na wieczorną zabawę z mamą. Tak mało czasu jej poświęca. Źle
się z tym czuła. Co gorsza, zaczynała przyzwyczajać się do ciągle
gryzącego ją sumienia.
- Pokaż, ile tego masz. Powinno wystarczyć. - Zanurzyła rękę w koszyku.
- Powąchaj, jak pięknie pachną lasem.
Koszyk z szyszkami postawiły na stoliku na werandzie. Julia ponownie
sprawdziła telefon. Nie może już dłużej czekać. To nie na jej nerwy.
- Michalina? - Zeszła ze schodków, łapiąc nikły sygnał. - Co się tam
dzieje? Czemu nie dzwonisz? Przysłali wyniki sekcji? Jasna cholera, ile
można czekać?! Dziś nie przyślą?
Tłumaczenie Bodnar było mętne, tak samo jak jej głos. Zmęczony i pełen
rezygnacji. W słuchawce ciągle szumiało. Julia wybiegła na niewielką
asfaltową uliczkę pozbawioną drzew.
- Powtórz, bo nie usłyszałam. Co z Marią Mazur? Ciało? W pociągu?
Dalsza rozmowa nie miała sensu. Julia rozłączyła się i po raz kolejny
tego dnia wybrała numer do domu.
- Mamo, na miłość boską, odbierz wreszcie...
Recepcja ośrodka wczasowego "Na Wydmie" mieściła się w parterowym,
betonowym baraku z lat siedemdziesiątych. Plakaty informujące o miejscowych dyskotekach i wieczorkach przy grillu wisiały na szklanych
drzwiach, służąc jednocześnie za kotarę przeciwsłoneczną.
Julia posadziła córkę na ławce pod tablicą ogłoszeniową. Podeszła do
recepcjonistki, która zajęta była oglądaniem kolejnego odcinka Mody na
sukces. Brooke Logan po raz dwunasty wychodziła za Ridge'a Forrestera.
Chrząknęła dyskretnie. Kobieta z natapirowanymi włosami odwróciła się w jej stronę z wyraźnym ociąganiem.
- Słucham - rzuciła, nadal zerkając na pocałunki w telewizji. - W czym
mogę pomóc.
- Muszę skorzystać z internetu. Jest dostęp w ośrodku?
- Bywa. - Tapir całkowicie zwrócił się w jej stronę. - Ale zanika.
Sygnał znaczy się zanika. Najlepiej mieć swój, bezprzewodowy.
- Gdybym miała swój, nie stałabym tu i nie pytała o dostęp. - Julia
nadal starała się być miła. - Gdzie mogę skorzystać z sieci?
Kobieta przewróciła oczami. Scena miłosna umknęła. Ridge odebrał telefon
od przedostatniej żony swojego ojca i wyszedł z domu.
- Trzeba jechać do centrum, do biblioteki. Pojedzie pani do gminnego
ośrodka kultury i tam zapyta.
Wyprawa meleksem do centrum Stegny kosztowała Julię przyzwoity obiad.
Sylwia szła chodnikiem, zajadając zapiekankę obficie polaną keczupem.
Nie wyglądała na poszkodowaną, jeden dzień bez ryby pełnej ości był do
zaakceptowania.
Stanęły przed piętrowym, pomalowanym na jasny kolor budynkiem. Duże,
niebieskie litery oznajmiały, że dotarły do miejscowego ośrodka kultury.
Keczup spłynął po wyjściowej sukience Sylwii. Rozmazała go ręką i spojrzała na matkę z poczuciem winy.
- Kocham cię, moja mała elegantko. - Julia wyjęła z torebki chusteczkę.
Sylwia odwdzięczyła się jej uśmiechem okraszonym roztopionym,
przylepionym do zębów żółtym serem.
Biblioteka zrobiła na Julii dobre wrażenie. Rzędy regałów mieściły
setki, jeśli nie tysiące książek. Całkiem nieźle jak na nadmorskie
miasteczko, pomyślała. Pomieszczenie było jasne i przestronne. Duże,
uchylne okna wpuszczały nagrzane powietrze. Między regałami unosiły się
drobinki kurzu, które wirowały w rzucanych przez słońce promieniach.
Raźnym krokiem szła w ich kierunku starsza kobieta. Ubrana w kwiecistą
sukienkę przywoływała na myśl disneyowską nianię, która założywszy na
nos okulary, pochylała się nad opasłymi tomami pełnymi tajemniczych
baśni. Zauroczona Sylwia patrzyła na nią z otwartymi ustami. Julia
szybkim ruchem domknęła rozdziawioną buzię córki. Mała tym razem
uśmiechnęła się, ukazując zamiast sera przerwę po mleczaku.
- Dział z bajkami znajduje się na lewo. - Kobieta z dobroduszną miną
wskazała regał pod oknem. - Pani zapewne chciałaby wypożyczyć coś dla
córki? Na pewno coś znajdziemy. Mamy również doskonałe pozycje dla
dorosłych, gdyby tylko zechciała pani przejrzeć katalog z tytułami.
Julia, powstrzymując Sylwię wyrywającą się do działu dla dzieci,
pokręciła przecząco głową.
- Słyszałam, że można tu skorzystać z internetu. Skierowano mnie z ośrodka nad morzem, potrzebuję zajrzeć na kilka stron. To bardzo ważne.
Bibliotekarka westchnęła i skierowała się do części z gazetami, obok
której znajdowało się stanowisko z komputerem.
- Młodzi nie czytają już tyle, co kiedyś. Internet zabiera nam
czytelników. Nawet dzieciaki wolą uderzać w klawisze, zamiast skupić się
na czytaniu. To takie smutne. Proszę, niech pani korzysta. Na monitorze
jest napisane hasło do logowania. Chodź, kochanie - zwróciła się do
kręcącej się niecierpliwie Sylwii. - Tu jest kącik małego artysty,
możesz przez ten czas namalować mamie pięknego motyla.
Sylwia ochoczo zabrała się do roboty. Julia kątem oka widziała, jak mała
podczas rysowania wysunęła język do połowy brody. Moje dziecko opóźnia
się w rozwoju, pomyślała z trwogą.
Załadowanie przeglądarki trwało zaledwie chwilę. Odczekała, aż
bibliotekarka zniknie za regałem z książkami zajęta obsługiwaniem
czytelników. Wpisała kilka wyrazów i nacisnęła "enter". Na ekranie
zaroiło się od odnośników i opisów. W skupieniu przewijała strony, nie
mogąc uwierzyć w to, co widzi.
* * *
- Odwiedziny możliwe tylko dla najbliższej rodziny. - Strażnik stanął w drzwiach i zagrodził Kornatowskiej wejście do budynku. Wyrwany ze
szponów panującego bezrobocia robił wszystko, aby ponownie nie wylecieć
z pracy. - Nie wpuszczę bez zgody ordynatora.
Rozejrzał się, szukając przy okazji świadków swojej wzorowej postawy.
Jego poprzednik został zwolniony zaledwie kilka tygodni temu, bynajmniej
nie za nadgorliwość.
- Jestem dla tej dziewczyny jedną z najbliższych osób. Można śmiało
rzec, że zastępuję jej matkę. To narzeczona mojego syna, widział pan
może informacje w gazetach? - Irena Kornatowska postanowiła dotrzeć do
Pauli za wszelką cenę.
Strażnik ani nie wiedział, ani nie miał zamiaru dowiedzieć się, kim jest
wystrojona w jedwabie kobieta. Wiedział tylko, że jego żona, z którą był
od siedemnastu lat, wygląda i pachnie trochę inaczej.
- Jestem pewna, że ordynator nie miałby nic przeciw temu, abym zajrzała
do niej na kwadrans i upewniła się, że wszystko jest w porządku. Pan,
jak mniemam, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak ważne jest
wsparcie bliskich w tym ponurym miejscu. Widać po pana twarzy, że jest
pan nie tylko wrażliwy, ale i nad wyraz bystry.
Ochroniarz wypiął dumnie pierś i błysnął zębami w szczerym zachwycie nad
swoją osobą, ale nie ruszył się ani na krok od wejścia.
- Nie mogę, takie przepisy. Tylko rodzina.
Kornatowska zdjęła z głowy kapelusz i zaczęła wachlować się, wymachując
nim przed nosem mężczyzny.
- Co za potworny upał. - Musnęła palcami dekolt. - Od tej spiekoty
kropelki potu spływają mi aż za sukienkę. Niech pan spojrzy, palce mam
całkiem mokre.
Wzrok strażnika powędrował za ruchem jej palców, które zagłębiły się
między piersiami.
- Trochę mi słabo. Od zawsze źle znoszę taką pogodę. Jeszcze chwila, a zemdleję. - Na potwierdzenie tych słów przymknęła oczy i zaczęła
gwałtownie łapać ustami powietrze. - Proszę mi podać rękę, czuję, że
zaraz osunę się na ziemię.
Widok falujących pod sukienką piersi unoszonych szybkimi oddechami
wywołał w nim chęć natychmiastowego niesienia pomocy tej słaniającej się
na nogach, niesłychanie atrakcyjnej kobiecie. Jej zroszone potem czoło
umocniło go w przekonaniu, że jeśli jej w tej chwili nie pomoże,
niezbędna będzie interwencja lekarska. Poprawił szybkim ruchem czapkę z napisem "ochrona" i otworzył drzwi kliniki. We wnętrzu było przyjemnie
chłodno. Podprowadził ją do niewielkiej poczekalni i usadził na jednej z dwóch welurowych kanap, na których zwykle oczekują rodziny chorych lub
interesanci.
Irena, nadal z przymrużonymi powiekami, oddychała szybko, lecz miarowo.
Zsunęła ze stóp pantofle i wyciągnęła nogi na kanapie. Oblizała usta,
dając do zrozumienia, że z chęcią napiłaby się wody.
- Byłby pan tak uprzejmy?
Kiwnął pośpiesznie głową i oddalił się w kierunku kuchni. Po chwili
wrócił, niosąc szklankę i butelkę zimnej wody mineralnej. Kanapa była
pusta.