1.
ŚRODA
Wyświetlacz zegarka pokazywał czwartą zero siedem, gdy ciszę przerwało
natrętne brzęczenie. Artur Maciejewski przekręcił się na bok, po czym
wyciągnął rękę, próbując namacać palcami leżącą na podłodze nokię. Nie
otwierając oczu, przyłożył aparat do ucha.
- Mówi komisarz Stefaniak z komendy głównej. Czy rozmawiam z doktorem
Maciejewskim?
Artur usiadł na łóżku i zapalił nocną lampkę.
- O co chodzi? Czy pan wie, która jest godzina?
- Kilka minut temu wpłynęło do nas zgłoszenie z pańskiego szpitala.
Wygląda na to, że jeden z pacjentów zbiegł dzisiejszej nocy. Proszę
stawić się w ośrodku jak najszybciej, nasi ludzie już tam jadą.
- Znacie nazwisko tego pacjenta?
Wyłapane skrawki rozmowy po drugiej stronie słuchawki nie wróżyły
niczego dobrego.
- Sądzę, że będzie lepiej, jeśli porozmawiamy na miejscu.
Maciejewskiego ogarnęło nieprzyjemne uczucie. Takie samo jak wtedy, gdy
usłyszał głos Niny tłumaczącej mętnie, że ma mu coś ważnego do
przekazania. Następnego dnia znalazł w skrzynce na listy komplet kluczy
od swego mieszkania.
Dźwignął się z łóżka i poszedł do łazienki. Zimna woda podziałała
ożywczo na zmęczone oczy. Mózg zaczynał pracować na przyspieszonych
obrotach.
Ucieczka ze strzeżonego zakładu? Albo to głupi żart, albo doszło do
tragedii. Te przeklęte trefne zamki miały być wymieniane w pokojach dziś
po południu. Pewnie jakiś gówniarz z obsługi wygadał się, że podważenie
zapadki z lewej strony zwalnia zamek. Zatrudnianie tych gnojków na
praktyki tak właśnie musiało się skończyć. Za paczkę fajek dadzą wynieść
pół szpitala i jeszcze pomogą złodziejom ładować towar.
Wciągnął spodnie od garnituru i narzucił na ramiona marynarkę. Biały
T-shirt służący tej nocy za piżamę pozostał na grzbiecie. W kieszeni
zabrzęczały klucze od srebrnego audi. Zajrzał jeszcze do kuchni.
Wczorajsza kawa miała posmak brudnej ścierki, wypluł ją do zlewu i przepłukał usta kranówką.
Droga do zakładu zajmowała mu nie więcej niż kwadrans. Za każdym razem,
gdy mijał granice miasta, miał wrażenie, że wyjeżdża na swoją prywatną
misję ratowania świata. To, że stał się specjalistą w dziedzinie
psychiatrii, nie przyniosło mu bynajmniej poklasku wśród rodziny. Woleli
go widzieć jako uznanego kardiologa czy choćby pediatrę. Tradycja w końcu do czegoś zobowiązuje. Ale psychiatra?
Gdy dwa lata temu otrzymał propozycję pracy w ośrodku imienia Świętego
Antoniego, nie wahał się ani minuty. Na taką okazję czekał, odkąd
ukończył studia. Koniec z błąkaniem się po niedofinansowanych
państwowych szpitalach. Teraz mógł wypłynąć na szersze wody. W głębi
ducha czuł się szczęściarzem, przynajmniej to jedno mu w życiu wyszło.
Szosa zmieniła się w żwirową drogę, skręcając tuż przed lasem. Jego
część wygospodarowano niegdyś na potrzeby ośrodka. Takiego widoku ze
szpitalnych okien mógł pozazdrościć niejeden ośrodek SPA.
Jego uszu dobiegło wycie policyjnych syren. Ściszył radio i uchylił
okno. Chłód listopadowego poranka przebiegł mu po karku.
Zaparkował tuż za bramą wjazdową. W stronę audi raźnym krokiem szedł
krępy funkcjonariusz, który kończył właśnie wydawać rozkazy przez
krótkofalówkę.
- To z panem miałem przyjemność rozmawiać przez telefon?
- Zgadza się. Jak wygląda sytuacja? - Artur lekko docisnął drzwi auta.
- Mamy już przygotowane akta tego pacjenta. Zaraz wszystkiego się pan
dowie.
Maciejewski nerwowo potarł dłonią usta. Nadal trudno mu było uwierzyć w to, co się stało. Ustawione rzędem trzy wozy policyjne odbierały jednak
nadzieję na pomyłkę.
Komisarz Stefaniak przerzucał kartki miniaturowego notatnika.
- Przyjrzeliśmy się zamkom. Nie widać śladu piłowania ani wyważania.
Wygląda na to, że ktoś mu to zadanie ułatwił. Musiał mieć wspólnika tu,
wewnątrz. Nie ma raczej mowy o działaniu w pojedynkę.
Artur wskazał ręką budynek szpitala, dyskretnie sugerując zmianę miejsca
rozmowy.
- Wejdźmy do środka. Nie potrzebuję tu żadnej sensacji.
Nie czekając na reakcję komisarza, skierował się w stronę głównego
wejścia.
Stefaniak ruszył za nim, z zazdrością obserwując jego wyprostowaną,
lekko muskularną sylwetkę. Tak młodego ordynatora jeszcze nie widział.
Zdecydowanie różnił się od podstarzałych, wyłysiałych doktorków, jakich
spotykał do tej pory. Ten szczęściarz niewątpliwie był obiektem
westchnień żeńskiej części personelu. Na dodatek pewny siebie i sprawiający wrażenie opanowanego. To nawet dobrze. Nie ma to jak
współpracować z konkretnym gościem.
Do głównych drzwi prowadziła prosta, ułożona z kostki brukowej ścieżka.
Ktokolwiek z niej korzystał, błogosławił kamieniarza za jej
funkcjonalność. Żadnych zbędnych zawijasów i udziwnień.
Komisarz Stefaniak ogarnął wzrokiem gmach ośrodka. Budynek wyglądał na
nowoczesny i dobrze dofinansowany. Składał się z dwóch bloków
połączonych ze sobą betonową plombą, którą tylko gdzieniegdzie
przeszklono w celu monitorowania przylegającego do budynku spacerniaka.
- Piękny obiekt. Robi wrażenie. - Komisarz wyraził uznanie, kiwając
głową.
- Jeszcze dwa lata temu był to zwykły szpital. Ale jak to ze szpitalami
bywa, nie wytrzymał próby czasu. Widzi pan ten oddzielony murem
pojedynczy pas okien? - Artur wysunął szyję z kołnierza, wskazując ledwo
widoczną zza drzew ścianę. - Pozwolono zatrzymać nam jedynie mały
oddział dla tak zwanych nagłych przypadków. Zwolniono większość z ówczesnego personelu, wysiedlono poprzednich pacjentów, a na ich miejsce
sprowadzono nowych.
- Ma pan na myśli tych ześwirowanych odmieńców? - Nieumiejętnie skryty
chichot doszedł do uszu doktora. Maciejewski gwałtownie odwrócił się na
pięcie.
- Ma pan prawo nazywać ich, jak się panu żywnie podoba. Zapewniam pana,
że to nieszczęśliwi ludzie. Niektórzy z nich pozostaną tu do końca
życia, próbując popadać w szaleństwo tak rzadko, jak to tylko możliwe.
Inni wyjdą, by po kilku tygodniach wrócić w znacznie gorszym stanie. W to miejsce nie trafia się z katarem czy bólem głowy.
Szarpnięcie masywnych drzwi ucięło pogawędkę. Pusty o tej porze dnia
korytarz odbijał głuchym echem miarowe kroki mężczyzn. W ciszy wjechali
na drugie piętro.
Gabinet Maciejewskiego przypominał klasyczne, nudne miejsce do pracy.
Biurko, trzy fotele i tyle samo metalowych szaf przeznaczonych na
dokumentację medyczną najwidoczniej rozczarowały komisarza, który z wydętymi ustami rozglądał się po pokoju. Jedyną rzeczą, jaka zrobiła na
nim wrażenie, była pokaźna biblioteka, na której piętrzyły się
podręczniki i wydawnictwa z zakresu psychiatrii. Pokój był przeznaczony
wyłącznie do pracy i nic, co miałoby charakter sentymentalny, nie miało
prawa się tu zawieruszyć. Okna gabinetu były zakratowane, podobnie
zresztą jak w pozostałych pomieszczeniach znajdujących się na terenie
zakładu.
- Czy możemy już przejść do konkretów? - Artur powiesił płaszcz na haku
i przygładził odstające rękawy. - Chcę wreszcie usłyszeć nazwisko tej
osoby.
Do biurka podszedł naprężony jak struna młodszy stopniem mundurowy
Nowak, kładąc szarą aktówkę.
- Jan Lasota - komisarz zatrzymał palec wskazujący przy danych z teczki.
- Kojarzy go pan?
Artur poczuł, jak mimo zimna panującego w pokoju drobinki potu występują
mu na czoło. Płuca w przedziwny sposób zaczęły filtrować tlen z trudnością, jak gdyby właśnie zakończył bieg na setkę z prędkością
światła. Potarł dłonią wilgotny kark. Szukał w głowie sposobu na
przekazanie informacji, która za chwilę postawi na nogi Warszawę i okolice.
Zniecierpliwiony Stefaniak wymienił znaczące spojrzenie z asystującym mu
Nowakiem.
- Doktorze, długo ma pan zamiar milczeć? Rozumiem, że sytuacja nie jest
łatwa, ale przeciąganie tej rozmowy nikomu nie pomoże. Pan tu jest
medycznym guru, ale nie trzeba mieć dyplomu, żeby wiedzieć, jak
odzyskana w sposób nieprzemyślany wolność może wpłynąć na psychikę
pacjenta.
Grymas na twarzy Maciejewskiego wskazywał na to, że sytuacja jest jednak
dużo bardziej skomplikowana, niż widzi to Stefaniak.
- Komisarzu! - Artur wypuścił nagromadzone w płucach powietrze, próbując
zapanować nad emocjami. - Widzę, że nie do końca odrobił pan pracę
domową. Lasota jest naszym gościem specjalnym. Zapewne według
oficjalnych danych, jakimi pan dysponuje, został tu przysłany na
leczenie ze względu na znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad
zwłokami, przy których pracował w zakładzie pogrzebowym. Z nieoficjalnych informacji wiem natomiast, że jest to jedynie wierzchołek
góry lodowej, która sięga dużo wyżej niż pana wyobraźnia. Dostaliśmy z Warszawy nakaz przechowania go do rozprawy. Nikt inny nie chciał go
wziąć. Był u nas na tymczasowej obserwacji i za dwa dni mieli go od nas
odebrać. Jak panu się wydaje, dlaczego trzymałem go w zamkniętej celi,
tak, aby nie miał kontaktu z innymi pacjentami? Dwadzieścia cztery
godziny na dobę pod kluczem. Nic to panu nie mówi? Jako policja
powinniście chyba mieć takie informacje w bazie.
Komisarz pominął ten komentarz milczeniem.
- Dlatego też - ciągnął dalej Artur - świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że dzisiejsza noc jest jego ostatnią szansą przed zapuszkowaniem
na dobrych kilka albo nawet kilkanaście lat. I mogę pana zapewnić, że
właśnie z tego powodu nie będzie czuł się zagubiony na tej, jak pan to
ładnie określił, odzyskanej wolności.
Po wyrzuceniu z siebie tych informacji doktor opadł na fotel i utkwił
oczy w wiszącym na ścianie dyplomie wystawionym przez gdańską Akademię
Medyczną. Czuł, jak ogarnia go zwykły ludzki strach. Strach przed
konsekwencjami tego, co się właśnie stało. W głowie przetwarzał obrazy,
które nie dawały mu spokoju.
Odkładana przez Stefaniaka teczka z historią choroby Lasoty uderzyła
plastikowym kantem o biurko.
- Wygląda zatem na to, doktorze, że mamy problem większy, niż pierwotnie
zakładaliśmy. Po pierwsze, musimy ustalić, jak doszło do ucieczki. Czy
ktoś mu w tym pomógł i jaka jest pańska rola w tym całym przedstawieniu.
Proszę tak na mnie nie patrzeć, musimy wziąć wszystkie okoliczności pod
uwagę. Musimy wiedzieć, kto i kiedy kontroluje nocne zabezpieczenia w pokojach tego typu pacjentów.
Zanim ordynator zdołał otworzyć usta, rozległ się odgłos kroków
dochodzących z korytarza. Drzwi gabinetu otworzyły się i pokazała się w nich niepozorna postać. Kryminolog Zasępa, nie przywitawszy się z Maciejewskim, kiwnął jedynie głową, pokazując wyjście.
- Panowie, pozwólcie ze mną. Muszę wam pokazać coś, co znalazłem w celi
Lasoty. To może być dla nas ważna wskazówka.
Cała trójka ruszyła szybkim krokiem za Zasępą. Jego biały fartuch unosił
się w miarowym tempie poruszany wyraźnie wyczuwalnym przeciągiem.
Plątanina wąskich korytarzy prowadziła do specjalnie wydzielonej części
szpitala, gdzie umieszczano pacjentów o wyjątkowo groźnych
skłonnościach. Utworzony naprędce oddział S miał pełnić rolę izolatki
dla przypadków szczególnych, o których ludzie z obrzydzeniem, ale i płonącymi policzkami czytają w gazetach, popijając poranną kawę. Mieli
tu swój azyl masochistyczni łysielce oblizujący się na widok małoletnich
chłopców czy też notoryczni dręczyciele własnych matek. Traktowano ich
odmiennie od reszty mieszkańców zakładu. Ich wyjścia na spacer były
limitowane i z zasady odbywały się w asyście ochrony. Osadzeni w tej
części bloku byli raczej uważani za pospolitych przestępców niż za
typowych pacjentów. Temu służyły odosobnione cele, nazywane tu celami
VIP-ów. Było ich cztery. Jedna z nich dzisiejszej nocy opustoszała.
Zasępa wszedł do pomieszczenia jako pierwszy. Zbliżył się do nocnej
szafki pokrytej wytartą kraciastą ceratą. Sprawnym ruchem włożył
lateksową rękawiczkę i uniósł przykrycie, ukazując oczom zgromadzonych
wyryte w drewnie bazgroły.
- Doktorze, widział pan to już wcześniej? - spytał Zasępa.
Ordynator podszedł nerwowym krokiem do szafki.
- Showtime - przeczytał na głos. - Mało oryginalne jak na taką kanalię.
Oczy pozostałej dwójki nadal wpatrywały się w Maciejewskiego.
- Spodziewałem się tego, że nie odejdzie bez ostatniego słowa - dodał
krótko.
- Po co miałby zawracać sobie głowę jakimiś gryzmołami?
- Wiedział, jaki mam do niego stosunek. Zwykły bandyta. Nigdy się z nim
nie cackałem i miał mi to za złe. Spodziewał się, że będę go głaskał po
głowie i traktował pobłażliwie, bo to szpital, a nie więzienie.
- Psychopata, który żąda równego traktowania. - Stefaniak niemal
przyłożył nos do wyskrobanego w drewnie przesłania.
- Był wściekły, gdy wsadziłem go do izolatki i zamknąłem na cztery
spusty. Teraz chce się zabawić moim kosztem. Nie ma na co czekać,
konieczna jest blokada dróg w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.
Najprawdopodobniej uciekł po północy. Wtedy właśnie ostatni strażnik
kontroluje pokoje pacjentów. Nie było żadnych zgłoszeń o niezgodnościach
w ich liczbie, co oznacza, że Lasota był wtedy jeszcze w swoim łóżku.
Musiało się to więc dziać między północą a czwartą rano, kiedy
dostaliście telefon ze szpitala. Jeśli ucieka przez las pieszo, nie
powinien być dalej niż dwadzieścia kilometrów stąd. W ciemności człowiek
porusza się znacznie wolniej niż za dnia.
- Chyba nie jest pan aż tak naiwny, żeby sądzić, że nie wydałem rozkazu
blokady, zanim wykonałem telefon do pana. - W głosie komisarza wyczuwało
się pobłażanie. - Moi ludzie są na nogach od dwóch godzin i przeczesują
okolicę. Póki co na nic nie natrafiliśmy, ale to tylko kwestia czasu.
Wystarczy, abyśmy sprawdzili, gdzie mieszka jego rodzina, matka,
kochanka, a zapewniam, że namierzymy tego pańskiego ulubieńca. Pewnie
wpadnie do domu na jajecznicę na boczku, a my już będziemy na niego
czekać z obrączkami.
Maciejewski spojrzał wściekłym wzrokiem na Stefaniaka. Ten człowiek
chyba nie do końca rozumie, co jest stawką w tej grze. Dla policji
sprawa ujęcia Lasoty to tylko kolejna zabawa w podchody. Najwyraźniej
chłopcy nie mieli do czynienia z wypuszczonymi na wolność psychopatami.
Ostatnie miesiące w zakładzie tylko zaostrzyły mu apetyt. Teraz ma wolne
ręce i zacznie swój proceder od nowa. Trzeba być całkowicie pozbawionym
wyobraźni, aby lekceważyć sytuację.
Artur wycofał się na korytarz. Nie wiedzieć czemu nikomu nie przyszło do
głowy, aby zabezpieczyć przed zadeptaniem ślady znajdujące się na
podłodze. Wzruszył ramionami. Nic tu po nim.
- Jeżeli nie jestem już do niczego potrzebny, wolałbym wrócić do swojego
gabinetu.
Stefaniak machnął ręką, dając znać, że do rozmowy wrócą, kiedy tylko
skończą oględziny celi.
Ordynator szedł w skupieniu, zbierając kołaczące się po głowie myśli.
Nerwowo uśmiechnął się do mijającej go salowej Walerii Kłys. Kobieta
mimo zaawansowanego wieku nie myślała nawet o przejściu na zasłużoną
emeryturę. Praca w zakładzie była jedynym sposobem na utrzymanie
kontaktu z ludźmi, nawet gdyby miało się to odbywać kosztem
pobolewającego kręgosłupa i problemów ze stawami.
Waleria przystanęła i odwróciła się za biegnącym ordynatorem.
- Skąd ten pośpiech, doktorze? Dawno nie widziałam pana w takim stanie.
Pewnie znowu jakiś pacjent narozrabiał?
- Nie teraz, pani Walerio. Proszę jak najszybciej zawołać do mojego
gabinetu doktor Dudczak. Bardzo pilnie.
- Jak pan sobie życzy. Pani Dudczak właśnie przyjechała, widziałam, jak
parkuje przed budynkiem.
Jakby na zawołanie z głębi korytarza rozległy się miarowe kroki, po
czym, łagodnie kołysząc biodrami, doktor Anna Dudczak podeszła do
wpatrzonych w nią Artura i Walerii. Ziewnęła przeciągle i wyciągnęła w kierunku salowej rękę z przewieszonym przez ramię płaszczem.
- Pani Walerio, będzie pani tak miła i zaniesie płaszcz do szatni? Ja
tylko skoczę po kawę i zaraz będę na posterunku.
Maciejewski chwycił za łokieć stawiającą opór Annę i pociągnął w stronę
swojego gabinetu. Usiadła swobodnie na rogu biurka i zaczęła machać
skrzyżowanymi w kostkach nogami. Obserwowała miotającego się po pokoju
Artura, czekając na dalszy ciąg akcji.
- Lasota uciekł tej nocy.
Twarz Anny pobladła. Wbiła oczy w ordynatora, naiwnie wierząc, że to, co
przed chwilą usłyszała, to jedynie kiepski żart.
Nie doczekawszy się sprostowania, zsunęła się z biurka i jak
zahipnotyzowana podeszła do okna. Starała się opanować emocje, jednak
Artur doskonale widział, jak pod cienką bluzką drętwieją mięśnie jej
karku.
- Stąd przecież nie ma ucieczki. Czy policja przejrzała już zapisy z monitoringu? Na miłość boską, powiedz mi, że to nieprawda, że to jakaś
cholerna pomyłka!
- Nie ma mowy o pomyłce. Policja zbiera ślady z jego celi. Zabrali taśmy
do przejrzenia. Poinformują mnie, gdy tylko coś na nich znajdą. Na tę
chwilę tkwimy w gównie po same uszy.
Pod okna szpitala zajechała granatowa furgonetka. Wyskoczyło z niej
dwóch młodych mężczyzn. Jeden z nich trzymał na ramieniu kamerę. Drugi,
wyciągając z pokrowca mikrofon, biegł już w kierunku głównego wyjścia.
- Tego mi jeszcze brakowało - wycedził przez zęby Maciejewski. - Kto był
takim idiotą i powiadomił media?! Ta sprawa nie może wyjść poza mury
szpitala.
Podniósł słuchawkę i wystukał 210.
- Nie wpuszczać kamer na teren budynku! Żadnych rozmów, żadnych
oświadczeń!
Wściekły trzasnął słuchawką o aparat. Usiadł za biurkiem, chowając twarz
w dłoniach.
Annę ogarnęło współczucie dla tego zazwyczaj silnego mężczyzny, który
teraz wyglądał niczym zranione zwierzę.
Patrzyła na skulonego w sobie Artura, jak patrzy się na kogoś, kto
chybocze się nad przepaścią z zawiązanymi przez chichoczący los oczami.
Zawiesiła wzrok na stojącym na biurku kalendarzu z zakreślonymi na
czerwono datami. Przypominały o planowanym zjeździe psychiatrów, na
który Artur tak czekał od wielu miesięcy. Dzisiejszy incydent może go
zabić, pozbawić autorytetu, na który pracował od tylu lat. Strach przed
ujadaniem mediów zaczął już w jego głowie zbierać żniwo.
Wyciągnęła rękę z zamiarem pogłaskania go po ramieniu, ale odepchnął ją
gwałtownym ruchem. Cofnęła się zaskoczona.
- Anno, oboje wiemy, co się może stać, kiedy on jest na wolności. Trzeba
go jak najszybciej powstrzymać i dlatego muszę cię prosić o pomoc. Byłaś
z nim najbliżej i najlepiej z nas wszystkich znasz podłoże jego
patologicznych zaburzeń. Podejrzewam, że oficjalne wpisy w aktach
pacjentów nie są kompletne i że masz swoje prywatne notatki ze spotkań i badań, jakie przeprowadzałaś w ciągu ostatnich tygodni. Mam rację?
Doktor Dudczak przechyliła na bok głowę i lekko przymknęła oczy.
- Jeśli tylko te zapiski mogą ci w czymś pomóc...
- Przynieś je do mnie jak najszybciej. Każda minuta jest cenna. Musimy
prześwietlić jego życie i to, czego dopuszczał się, zanim trafił do
naszego ośrodka. Potrzebujemy jakiegoś punktu zaczepienia.
Anna opuściła pokój. Maciejewski włożył ręce do kieszeni spodni, łapiąc
ukradkiem w lustrze swe odbicie, którego niemal nie rozpoznał. Ten ranek
był najbardziej upiornym w jego piętnastoletniej karierze. Miał
wrażenie, że to, co się dzisiaj dzieje, to motyw jakiegoś scenariusza z bohaterem wkraczającym na ring, na którym nigdy wcześniej nie walczył.
Że przeciwnik, choć dobrze mu znany, nie będzie grał według żadnych
reguł. Tych reguł po prostu nie ma. A on musi zrobić wszystko, żeby być
o pół kroku przed nim. Inaczej zostanie zjedzony żywcem.
Hałas dochodzący z dziedzińca skierował jego kroki ku oknu. Pchnął ręką
drewnianą ramę i wyjrzał na zewnątrz.
Obok granatowej furgonetki stały już dwie inne, a wymachujący rękami
dziennikarze próbowali komentować strzępy informacji wyrwane od żądnego
rozgłosu personelu. Kamerzyści omiatali szklanym okiem kamery okolicę,
robiąc co chwilę zbliżenia na zakratowane okna celi, która opustoszała
dzisiejszej nocy. Asystujący im komentatorzy z nieskrywanym podnieceniem
w głosie podsycali temat, zadając nieustannie pytanie, jak możliwa jest
ucieczka z tak dobrze strzeżonego ośrodka i jak zachowają się władze
szpitala w tej skandalicznej sytuacji.
Zniesmaczony tym widokiem Maciejewski już chciał cofnąć się w głąb
pokoju, kiedy w ostatniej chwili jakiś wścibski fotoreporter zdążył
zrobić mu zdjęcie. Tego jeszcze brakowało! Oczyma duszy widział siebie
na pierwszych stronach gazet, które krzyczały nagłówkami: "Spektakularna
ucieczka psychopaty!", "Pacjent przechytrzył ordynatora!", "Czyżby
ordynator Maciejewski nie panował nad swymi podopiecznymi?". Te pismaki
gotowe są zniszczyć mu karierę, wypuszczając kilka podłych artykułów.
Upokorzenie mieszało się z wściekłością. Tylko spokojnie, panika nie
należy do najlepszych doradców. Może powinien gdzieś w ciszy przeczekać
ten skandal, aż policja znajdzie zbiega. Gdyby tylko sumienie tak mocno
nie gryzło, można by udawać, że to nie jego wina.
Trzeba przetrwać ten cholerny dzień, uspokoić się i zacząć działać.
Sięgnął po paczkę marlboro i oparł się o biurko. Dwa ostatnie papierosy.
Żółty płomień zapalniczki rozpalił końcówkę bibułki. Dym zawirował w płucach i wolną smużką wydobył się z ust. Mocując się z samym sobą,
Artur na chwilę skierował myśli na inny tor.
Anna. Była głęboko skrywaną namiętnością, która niespodziewanie zaczęła
przeistaczać się w silniejsze uczucie. Bał się rozczarowań po ostatnich
przejściach z kobietami, nie chciał znów cierpieć. Pancerz ochronny,
jaki sam na siebie narzucił, miał go skutecznie osłaniać przed kolejnymi
porywami serca. Jednak Anna była inna. Nie tylko piękna i pociągająca,
ale też głęboko zaangażowana w sprawę ośrodka. I, jak mu się wydawało,
chyba też miała do niego słabość. Dobrze, że jest, pomyślał, wracając do
rzeczywistości, ale czemu tak długo nie wraca?
Pewnie szarpie się z jakąś zaciętą szufladą lub kartkuje akta Lasoty.
Przydusił niedopałek i skierował się w stronę drzwi.
Gabinet Anny mieścił się piętro niżej. Artur ostrożnie, unikając
ciekawskich spojrzeń personelu, przemknął się schodami na pierwszy
poziom. Tam, niezaczepiany przez nikogo, z lekko schyloną głową stanął
przed drzwiami z tabliczką ze starannie wygrawerowanym napisem "Dr Anna
Dudczak". Wysunął rękę, aby zapukać, ale drzwi były uchylone. Pchnął je
lekko i zobaczył siedzącą tyłem Annę, lekko zgarbioną nad blatem swojego
biurka.
- Anno, udało ci się znaleźć to, o co prosiłem?
Nie doczekawszy się odpowiedzi, podszedł kilka kroków bliżej, myśląc, że
nie dosłyszała jego pytania.
- Anno...?
Obrócił fotel, na którym siedziała. Kobieta nadal nie reagowała. Jej
ręce były skrępowane. Sine nadgarstki unieruchomione taśmą klejącą
zostały przytwierdzone do podłokietników. Włosy miała w nieładzie, po
jej twarzy spływały łzy pomieszane z rozmazanym tuszem do rzęs.
Ciszę panującą w gabinecie przerywał skowyt wydobywający się z pokaleczonych ust. Rzut oka wystarczył, aby zrozumieć, że język został w połowie wycięty. Anna ostatkiem sił połykała wypływającą z otwartej rany
krew, unikając udławienia.
Artur czuł, jak uginają się pod nim nogi. Rozdygotany chwycił leżący na
stole nożyk do listów i rozciął taśmę, oswabadzając ręce Anny. Jej
omdlałe dłonie uderzyły o siedzisko fotela.
Chwycił ją za ramiona, próbując postawić, jednak Anna runęła na podłogę,
całkowicie tracąc przytomność. Spod odchylonej spódnicy wystawały
zmasakrowane kolana.
Serce Artura stanęło na moment, by po chwili bić sto razy szybciej i mocniej. Chwycił Annę na ręce i biegł z nią plątaniną korytarzy do
części szpitalnej ośrodka.
Nigdy dotąd nie czuł w sobie takiej siły i tak wielkiej desperacji, aby
pomścić czyjąś krzywdę. Teraz patrzył na kochaną kobietę, w niczym
nieprzypominającą tej powabnej i słodkiej istoty, którą była jeszcze
godzinę temu. Wszystko, na czym mu do tej pory zależało, przestało mieć
jakiekolwiek znaczenie. Klinika, on sam, wszystko straciło sens. W głowie kołatała mu tylko jedna myśl - dopaść tego sukinsyna, zanim
zacznie zbierać dalsze żniwo. To nie powinno być trudne, nadal musi
znajdować się na terenie Świętego Antoniego.
2.
CZWARTEK
Fryderyk Sowa dopił ostatni łyk porannej kawy, po czym otarł wierzchem
dłoni wilgotne usta. Właśnie miał sięgnąć po pilota od telewizora, aby
obejrzeć poranną powtórkę turnieju szachowego, gdy usłyszał dźwięk
uderzenia gazetą o drzwi prowadzące na niewielki ganek.
- Eleonoro! O ile się nie mylę, to listonosz podrzucił nam właśnie "Głos
Miasta". Mogłabyś mi podać?
Przez dłuższą chwilę w domu panowała cisza, jednak po paru sekundach
dobiegł go głos dochodzący z piwnicy.
- Idę, już idę. Tylko otrzepię miał z butów, bo naniosę na dywan.
Fryderyk ożenił się z Eleonorą czterdzieści lat temu, bardziej z rozsądku niż z wielkiej miłości. Wymagały tego okoliczności, w tamtych
czasach sytuacja panny w ciąży nie należała do najlepszych. Do tego
naciski rodziny nie dawały mu wyboru co do podjęcia innej decyzji.
Mimo początkowych obaw rodziców małżeństwo okazało się zgodne.
Przynajmniej na takie wyglądało. Eleonora podporządkowała się całkowicie
wymagającemu charakterowi męża i latami, zaciskając zęby, znosiła jego
uwagi na temat nieuprzejmych sąsiadów, ich krzyczących dzieci i psów
załatwiających się na okolicznych trawnikach. Fryderyk nie przyjaźnił
się z nikim. Co więcej, celowo nie szukał znajomości, dopatrując się w tym samych problemów.
Jej natomiast brakowało plotek przy kawie, które mogłaby wymieniać z sąsiadkami, słuchając przy okazji opowieści o dzieciach czy wnukach.
Zanim mąż przeszedł na emeryturę, Eleonora, będąca całe życie gospodynią
domową, często spędzała przedpołudnia z sąsiadkami. Pozwalała sobie na
to jedynie wtedy, gdy Fryderyk był w pracy. Ukrywała przed nim swoje
przyjaźnie, unikając tym samym kolejnych spięć w domu. Nie pochwalał
tego sposobu marnotrawienia czasu z byle kim i na byle czym.
Wytarłszy dokładnie kapcie z czarnego pyłu, lekko utykając na prawą
nogę, sunęła w stronę przedpokoju. Górny zamek odblokował drzwi, które z cichym jęknięciem uchyliły się do wewnątrz. Schyliła się i podniosła
gazetę z wycieraczki. Zerknęła na zasnute chmurami niebo i mruknęła pod
nosem: "Znów zapowiada się na deszcz", po czym dokładnie docisnęła
klamkę.
- Chyba listonosz przez pomyłkę rzucił nam dwa egzemplarze, nie będzie
mu się zgadzać po przeliczeniu. Każde z nas będzie miało dziś swoją
gazetę.
Po chwili małżonkowie siedzieli naprzeciwko siebie, przeglądając
nagłówki artykułów. Eleonora zatrzymała się przy jednym z tytułów.
Przymrużyła oczy, jednak litery nadal zlewały się w niewyraźną plamę.
Ściskając w ręku gazetę, ruszyła do kuchni w poszukiwaniu okularów.
Odkładanie ich zawsze na to samo miejsce, tuż przy pojemniku na herbatę,
zdało egzamin. Sprawnym ruchem założyła je na nos. Jeszcze raz
przeczytała tytuł artykułu, po czym spojrzała na zamieszczone pod nim
zdjęcia.
Czuła, że robi jej się dziwnie gorąco w okolicach serca. Osunęła się na
kuchenne krzesło.
Każdej nocy, zasypiając, Julia Krawiec marzyła, żeby wyprowadzić się z tej dziury. Od dzieciństwa mieszkała w Warszawie, a teraz wylądowała z małą dwadzieścia kilometrów od miasta. Wszystko zaczęło się psuć już rok
po ślubie. Daniel starał się za wszelką cenę zostać wziętym architektem,
zarywał noce i harował za pół darmo, aby utrzymać zlecenia.
Oddalali się od siebie coraz bardziej, aż wreszcie ich małżeństwo
zaczęło być fikcją. Mąż bardzo szybko stwierdził, że jego kariera jest
najważniejsza i że tak naprawdę każda godzina spędzona poza biurem
projektowym jest czasem straconym.
Dla Julii babskie wieczory organizowane naprędce z dziewczynami ze
szkoły policyjnej przestały być w pewnym momencie zabawne. Zamieniła je
na samotność w czterech ścianach i nocne ślęczenie nad podręcznikami.
Daniel nawet nie zauważył, jak z wyróżnieniem ukończyła szkołę policyjną
i awansowała na oficera śledczego.
To, że nikt na początku nie traktował jej poważnie, doprowadzało ją do
szału. Dla kumpli z pracy była ładniutką lalunią, przez co jej
wiarygodność była bliska zeru. Filigranowa brunetka, na którą można z przyjemnością popatrzeć, i na tym koniec, tak ją odbierali. Nie wierzyli
własnym uszom, gdy szef powierzył jej sprawę, nad której rozwiązaniem
siedziała ekipa stołecznych ekspertów, nie mogąc wyjść z impasu.
Miesiącami pracowała nad odnalezieniem córki przemysłowca, który
sprzedał dziewczynę do Niemiec za intratne kontakty w branży. Parszywy
sukinsyn. Sprawa była nie do ugryzienia. Gdy przebijała się przez
betonową ścianę biznesu i polityki, nie wierzono, że da radę.
Przemysłowca posadzono, ale kurz po aferze unosił się jeszcze długo nad
miastem. Akcje Julii w policyjnym rankingu natychmiast skoczyły do góry.
Za szybko zdobytą karierę Julia zapłaciła jednak wygórowaną cenę. Po raz
kolejny poczuła gorycz samotności. I wtedy zaczęło się to, o czym teraz
musi zapomnieć.
Od tamtej pory minęły cztery lata.
Siedziała na dmuchanym materacu w swoim trzydziestopięciometrowym
mieszkaniu na siódmym piętrze osiedlowego wieżowca. W domu panowała
cisza. Wreszcie cisza.
Zegar u sąsiadów wybijał pełną godzinę. Spojrzała na swój zegarek.
Północ. Dźwignęła się z kucek, potrącając kubek z niedopitą kawą.
Brązowa plama rozlała się po podłodze. Patrzyła obojętnym wzrokiem, jak
podchodzi pod tekturowe kartony, które od kilku dni stały pośrodku
pokoju. Wpakowała w nie tony książek, ubrań, mniej lub bardziej
wygodnych butów oraz nieliczne pamiątki. Głównie stare fotografie, na
których razem z Danielem uśmiechali się do siebie czule. Spali je w piecu przy najbliższej okazji.
Teraz trzeba zacząć wszystko od nowa. Zamknąć za sobą ostatni rozdział i nigdy do niego nie wracać.
Po cichu zajrzała do malutkiej klitki za ścianą, gdzie także stały
kartony. Podeszła do łóżka, w którym nakryta kołdrą w myszki spała
Sylwia. Uśmiechnęła się na widok słodkiej buzi dziecka. Odkąd mała
skończyła pięć lat, stała się bardziej chorowita. To dobrze, że dziś
oddycha spokojnie. Julia pogłaskała ją po skroniach i zgasiła nocną
lampkę. Zamknęła za sobą drzwi najciszej, jak to było możliwe.
Jutro już na pewno weźmie się do rozpakowywania kartonów, dziecko musi
czuć się bezpiecznie. Wystarczy, że tak bardzo przeżyła rozwód rodziców
i wyprowadzkę do tego okropnego miejsca. Czas rozpocząć projekt Nowe
Życie. Tylko we dwie, Julia i Sylwia.
3.
PIĄTEK
Bystre oczy nerwowo obserwowały szpital od strony lasu. Jeszcze
kwadrans, dwa i zapadnie całkowita ciemność. Gąszcz gałęzi okazał się
doskonałą kryjówką.
Brama wejściowa była nadal obstawiona przez policję, jednak nie wszyscy
wiedzieli o tym, że furtka zainstalowana w lewym skrzydle jest
poluzowana. Wystarczy lekkie kopnięcie i pójdzie jak z płatka.
Oczy przymknęły się na ułamek sekundy, aby za chwilę ze zdwojonym
szaleństwem zlustrować po raz ostatni teren i upewnić się, czy można
zacząć działać.
Zapadał zmrok. Ciemna postać powoli podniosła się z kolan i z wypracowaną przez lata starannością naciągała na dłonie czarne
rękawiczki. Kilkadziesiąt bezszelestnych kroków i jest już furtka. Tak
mało wykorzystywana, że nikt nie pamiętał, aby zabezpieczyć ją przed
nieproszonymi gośćmi.
Trzeba z powrotem dostać się do szpitala. Rozkład pomieszczeń zna od tak
dawna, że nawet po wygaszeniu świateł się nie zgubi. Cel jest jeden:
wrócić i dokończyć to, co się zaczęło.
Furtka ustąpiła pod naporem silnego ciała. Cień przebiegł po ceglanym
murze szpitalnego skrzydła i przecisnął się przez drzwi od schodów
przeciwpożarowych.
Schody prowadziły prosto na oddział, na którym od wczoraj przebywała
Anna Dudczak.
Artur wsunął się do gabinetu Anny i zamknął drzwi od wewnątrz. Nie bywał
tu często, wolał spotkania na neutralnym gruncie. W jej pokoju czuł się
niezręcznie.
Podszedł do biurka i zapalił stojącą na nim lampę. Jego wzrok padł na
ozdobione posrebrzaną ramką zdjęcie. Pogładził palcem uśmiechniętą
twarz. Na fotografii Anna pozowała przebrana za Madame Pompadour.
Zeszłoroczny bal maskowy trwał do białego rana, przez co następnego dnia
leczyli kaca pigułkami ze szpitalnej apteczki.
Odstawił ramkę na miejsce. Tej kobiety już nie ma. Anna, choć otoczona
troskliwą opieką przez najlepszych lekarzy, stała się żywym trupem. To,
że karetka przyjechała z Warszawy w ciągu trzydziestu minut, było
prawdziwym błogosławieństwem. Operacja trwała kilka godzin, jednak jemu
zdawało się, że to była wieczność. Krążył pod drzwiami sali zabiegowej,
nie umiejąc wytłumaczyć sobie tego, co się wokół niego dzieje.
Chirurg, który operował Annę, nalegał, żeby została pod ich opieką przez
kolejne tygodnie, jednak świadomość, że nie będzie mógł do niej zaglądać
po kilka razy dziennie, była dla Artura nie do przyjęcia. Gdy wczoraj
poczuła się odrobinę lepiej po narkozie, przywiózł ją do kliniki i zainstalował na swoim oddziale. Tu będzie miał ją ciągle na oku. Poza
tym zespół jego lekarzy zapewni jej najlepszą opiekę pod słońcem. Już on
tego dopilnuje.
Dziś Anna nie czuła się dobrze. Powoli wracała jej świadomość tego, co
się stało. Podawane leki uspokajały ją, jednak zapadała w sen najwyżej
na pół godziny. Potem zrywała się, dysząc i płacząc w ciszy.
Artur starał się choć na chwilę odsunąć od siebie widok przykutej do
łóżka kobiety, lecz niechciany obraz wracał z niesłabnącą siłą. Rany na
jej ciele goiły się z trudem. Wylewy podskórne przybrały fioletową barwę
i przebijały niczym stara farba na wybielonej ścianie. Widział Annę
podpiętą do tuzina kroplówek, leżącą sztywno z oczami wbitymi w sufit.
Kręcący się wokół lekarze i pielęgniarki bezszmerowo wykonywali
maksymalnie skoordynowane czynności, nie odzywając się do niej słowem.
Od wczoraj nie reagowała na żaden zewnętrzny bodziec.
Kto i po co ją okaleczył? Musiała wiedzieć coś, co dla reszty personelu
pozostawało tajemnicą. Co było też tajemnicą dla niego. I co nie mogło
ujrzeć światła dziennego.
Artur zatrzymał wzrok na niewielkiej żaluzjowej szafce, w której Anna
przechowywała dane pacjentów.
Przypadek Lasoty interesował ją szczególnie, zatem musiała wiedzieć dużo
więcej, niż podawały oficjalne dane. Na pewno sporządzała drobiazgowe
raporty z sesji. Jest to obowiązek każdego lekarza, a Anna, choć nie
brała życia na serio, swą pracę wykonywała w dwustu procentach.
A ... C... D... teczka Lasoty była na miejscu. Maciejewski wyciągnął ją i zajrzał do środka. Można się było tego spodziewać. Rzucił o ścianę
pustym kawałkiem kartonu. Na co liczył? Że ten gnojek zostawi mu jak na
tacy swoje tajemnice i pozwoli się złapać jak pierwszy lepszy idiota?
Komputer! Anna zawsze wprowadzała dane najpierw do komputera, a potem
drukowała je i wkładała do teczki. Dziwna logika w dwudziestym pierwszym
wieku, ale to może uratować sytuację. Jeden przycisk i komputer zaczął
monotonnie szumieć.
Hasło. Tak... no to mamy problem. Mocnymi szarpnięciami zaczął otwierać
kolejne szuflady biurka w nadziei na znalezienie jakiegoś skrawka
papieru, notesu czy czegokolwiek, na czym mogła zanotować hasło. Na
pewno gdzieś je schowała. Dwie pierwsze szuflady nie zawierały nic
szczególnego, kilka długopisów, zapasowe zszywki, zeszłoroczny
kalendarz, szminka w złotej oprawce. Trzecia, ostatnia, była pusta.
Zatrzasnął ją lekko i w tym samym momencie usłyszał, że coś obija się o drewniane ścianki. Otworzył szufladę ponownie. Zobaczył dwa klucze
złączone metalowym kółkiem, do których przyklejona była taśma klejąca.
Zapewne Anna przytwierdziła klucze taśmą do tylnej ścianki szuflady i teraz pod wpływem szarpnięcia taśma puściła.
Wziął klucze do ręki, oderwał taśmę i już chciał wyrzucić ją do
śmietnika stojącego obok biurka, gdy coś białego przykuło jego uwagę.
Z kosza wyciągnął zmiętą w kulę kartkę papieru. Rozłożył ją starannie i przeczytał jedno zdanie. Było napisane odręcznie i bez wątpienia był to
charakter pisma Anny: Z dniem 23 listopada składam wymówienie w trybie
natychmiastowym z powodów osobistych.
Usiadł na podłodze koło biurka i ponownie przeczytał treść kartki.
Chciała odejść. Coś lub ktoś zmuszał ją do opuszczenia szpitala.
Niewiarygodne. Przecież tak kochała tę pracę. Nieraz rezygnowała z urlopu, żeby tylko być ze swoimi pacjentami bez przerwy.
Co to wszystko ma znaczyć, do ciężkiej cholery?
Ogarnęło go wrażenie, że gra w jakiejś tragikomedii, że ktoś pociąga za
sznurki, chcąc doprowadzić go do obłędu. Schował klucze do kieszeni
marynarki i sięgnął po słuchawkę telefonu.
- Proszę mnie połączyć z komisarzem Stefaniakiem.
Anna za wszelką cenę próbowała uwierzyć, że to tylko sen. Że zaraz ktoś
ją wybudzi z tego koszmaru, że wstanie z łóżka, przemyje twarz zimną
wodą i uczesze swoje piękne włosy. A potem włoży tę czarną obcisłą
sukienkę, pończochy i szpilki, które tak doskonale podkreślają smukłość
jej nóg. Zdrowych nóg. Bo one przecież są zdrowe, prawda? Tylko ten sen
ją tak wystraszył.
Trzeba już wstać, dość się należała. Boże drogi, to jednak nie sen. Nogi
przykute do łóżka, pokrojone przez skalpele i pozawijane w dziesiątki
metrów bandaży. Całkowicie bezwładne. I te puste usta.
Powoli powracała świadomość tego, kim się stała zaledwie trzy dni temu.
Serce zadudniło jej w piersiach. Czuła, jak obija się o żebra. Kim teraz
jest? Zmasakrowaną kukłą, która przez następne pół wieku będzie obracać
rękami koła wózka inwalidzkiego? W tej chwili może jedynie patrzeć na
podoczepiane do ciała rurki, sączki, wenflony i inne koszmarne sprzęty.
Nawet nie widać, co się dzieje za oknem.
Ze światem zewnętrznym łączył ją jedynie cichy stukot kropel deszczu
uderzających o parapet. Obserwowała na ścianie tańczące cienie drzew,
które już całkowicie pozbyły się liści. Upłynie jeszcze wiele miesięcy,
zanim będzie w stanie się pozbierać. Ale wytrwa, ten ból w końcu minie.
A potem, wraz z pierwszymi dniami wiosny, wystawi twarz ku ciepłym
promieniom słońca.
Rozmyślania przerwał dochodzący z korytarza niewyraźny szmer. To pewnie
Artur znów idzie, żeby ją pocieszyć. Lepiej niech już nic nie mówi,
jeśli ma to być kolejna próba przekonania jej, że jeszcze nie wszystko
stracone. Może chociaż poinformuje ją, czy jest jakiś postęp w śledztwie.
Czemu stoi przed drzwiami i nie wchodzi? Oczy Anny wypełniły się
strachem. Podciągnęła się na poduszce i bezradnie błądząc w mroku
rękami, próbowała namierzyć przycisk alarmowy.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie i ujrzała w nich znajomą postać. Drgnęła,
po czym nerwowo poruszyła się na prześcieradle. Chciała krzyknąć: "To
ty!", jednak wydała z siebie jedynie niezrozumiały bełkot.
Gość podszedł do łóżka i bez słowa usiadł na kołdrze. Dłoń w czarnej
rękawiczce powędrowała w kierunku jej twarzy. Poczuła znajomy, duszący
zapach.
W gabinecie panował półmrok, jedynie stojąca na biurku lampka z ciemnozielonym kloszem rozpraszała ciemność. Komisarz kiwał się sennie
za swoim biurkiem, kiedy terkoczący dzwonek telefonu bezlitośnie
przywołał go do stanu pełnej świadomości. Wyciągnął rękę po słuchawkę i przedstawił się zmęczonym głosem:
- Stefaniak, z kim mówię?
Przez kilka chwil słuchał rozmówcy, nie poruszając żadnym mięśniem
twarzy.
- Dobrze, zaraz przyjadę. Tak, będę za dwadzieścia minut.
Odłożył słuchawkę na widełki i przez chwilę końcówką długopisu wybijał
rytm na porysowanej politurze zniszczonego biurka.
Miał złe przeczucia. Sprawa nie posuwała się do przodu. Do tej pory nie
trafili na żaden znaczący ślad. Psy straciły trop zaledwie dwieście
metrów od szpitala. Taki gość jak Lasota nie jest w ciemię bity i będzie
się z nimi zabawiał na swoich warunkach.
Komisarz gorączkowo rozmyślał nad tym, co właśnie usłyszał przez
telefon. Anna Dudczak chciała odejść. I to już, natychmiast. Z relacji
Maciejewskiego wnioskował, że coś musiało mieć wpływ na jej decyzję.
Trzeba koniecznie jechać do szpitala i porozmawiać z ordynatorem, a jutro z rana jeszcze raz wysłać tam ekipę ze sprzętem i przetrzepać
wszystko centymetr po centymetrze.
Sięgnął po swoją policyjną czapkę. Pogładził delikatnie trzy gwiazdki
wyhaftowane na niebieskim tle i naciągnął na daszek foliową osłonkę od
deszczu. Za żadną cenę nie chciałby zniszczyć nakrycia głowy podczas
takiej pogody. Zgarnął kluczyki od opla i wychylił głowę na korytarz.
- Nowak! Czas na małą przejażdżkę, ruszaj się! Zanim wyjdziemy, zadzwoń
jeszcze do centrali, niech dadzą mi na jutro rano ekipę do ponownej
wizji w gabinecie Dudczak. Musieliśmy coś przeoczyć.
Dwie minuty później siedzieli w samochodzie. Posterunkowy nieśmiało
przerzucał kanały radiowe, kątem oka obserwując reakcję komisarza.
Spiker RadioNews sensacyjnym tonem podał najnowsze wiadomości. Witamy
naszych drogich radiosłuchaczy. Mamy dla państwa najnowsze wiadomości ze
szpitala psychiatrycznego imienia Świętego Antoniego. Kilka minut temu
zadzwonił do nas anonimowy słuchacz z sensacyjną informacją, jakoby na
terenie ośrodka słyszano dwa wystrzały. Niestety nie znamy szczegółów,
jednak w świetle ostatnich wydarzeń możemy podejrzewać, że zaszły jakieś
nowe okoliczności. Przypomnijmy, że poszukiwany jest...
Stefaniak przekręcił gałkę, wyłączając radio.
- Jeszcze tego nam brakowało, gaz do dechy!
Nowak wcisnął pedał w podłogę.
Biegli szpitalnym korytarzem w kierunku gabinetu doktor Dudczak. Drzwi
były otwarte na oścież. Widać było, że ktoś bardzo się spieszył,
pozostawiając gabinet bez zabezpieczeń.
W kieszeni płaszcza Stefaniaka zabrzęczała komórka. Odsłuchał wiadomość
i bez słowa pociągnął za sobą zdezorientowanego Nowaka do szpitalnej
części ośrodka.
W sali OIOM-u roiło się od ciekawskich salowych, przerażonych
pielęgniarek i lekarzy, którzy na darmo próbowali reanimować Annę.
Na wpół siedzące ciało przedstawiało koszmarny widok. Schylona do przodu
głowa, niczym niepodparta i całkowicie bezwolna, zwisała z ciepłego
jeszcze karku. Jasne włosy pozlepiane w niechlujne strąki niemal
całkowicie zasłaniały twarz ofiary. Błękitna koszula była rozerwana w dwóch miejscach kulami.
- Wszyscy natychmiast wyjść z sali! Nie chcę tu żadnych gapiów! To jest
miejsce zbrodni! Wynocha, do jasnej cholery! - Komisarz, sapiąc,
popychał widownię do wyjścia.
Gdy zostali sami, ponownie podszedł do łóżka, na którym leżały zwłoki
Anny. Spojrzał na jej ręce. Ułożono je w sposób, w jaki przedstawia się
na obrazach Chrystusa zdjętego z krzyża, którego poranione dłonie luźno
opadają wzdłuż ciała.
Delikatnie ujął zwisającą dłoń i położył na prześcieradle. Wygładził
pomarszczony materiał. Nie miał żadnych wątpliwości, że kilka minut temu
rozegrała się tu walka o życie między okaleczoną kobietą a jej oprawcą.
Walka, którą Anna przegrała.
Maciejewski wysunął spod skóry Anny wystającą krzywo igłę od kroplówki.
Przed szpital zajechał na sygnale wóz medyka sądowego.
- Co z tym zrobimy? Znowu o nim piszą. Zastrzelił lekarkę, którą
wcześniej okaleczył. Biedna kobieta, taka młoda. - Eleonora Sowa
podparła się łokciem o poręcz fotela i spojrzała w stronę męża. Wiele w życiu przeżyła, ale wydarzenia ostatnich dni całkowicie wytrąciły ją z równowagi. Nie chciała jednak, aby mąż widział, jak bardzo przeżywa to,
co się wokół nich działo. Bycie obiektem drwin już dawno się jej
przejadło.
Fryderyk wpatrywał się w artykuł, czytając go po raz kolejny z rzędu.
Zazwyczaj panował nad swoimi emocjami, jednak teraz i jemu nie szło z tym najlepiej. Zdjął okulary i jedną z końcówek włożył w kącik ust,
obracając ją w zwolnionym tempie.
- Jest na wolności. Tym razem nie dopuszczę, żeby ponownie nas
skrzywdził. Takie kanalie nie powinny się w ogóle rodzić, ale skoro już
chodzą po tym świecie, to jestem przekonany, że ten świat wybaczy nam,
jeśli usuniemy go spośród żywych. Jeszcze nam wszyscy za to podziękują.
- Proszę cię, żebyś nie zrobił jakiegoś głupstwa.
- Gdy tylko sobie przypomnę, jak obszedł się z naszym synem, to pięści
same mi się zaciskają. Wtedy nie mogłem go obronić, ale teraz nie mam
nic do stracenia i nie dam się ponownie upokorzyć. Tym razem będzie
inaczej. Odpłacę mu za te wszystkie lata, kiedy nasza rodzina żyła w hańbie. To nawet dobrze, że uciekł. Nie jest przez nikogo pilnowany.
Wróci na stare śmieci, a my będziemy już na niego czekać.
Fryderyk, lekko stęknąwszy, podniósł się z fotela. Rzucił gazetę z impetem o blat stolika i kierując się do swojej sypialni na piętrze,
jeszcze raz powtórzył:
- To naprawdę doskonale się składa...
Eleonora została w salonie sama. Pozbierała filiżanki po herbacie i włożyła do zlewu. Puściła strumień ciepłej wody. Patrzyła w panującą za
oknem ciemność. Ręce wprawnym ruchem namydlały naczynia, po czym
odstawiały je na drewnianą suszarkę.
Wytarła dłonie ścierką i wróciła do salonu. Z szuflady komody wyjęła
przetarty ze starości na brzegach album. Usiadła na kanapie i otworzyła
na stronie, która zaznaczyła jakiś czas temu amarantową tasiemką.
Ilekroć patrzyła na zdjęcia sprzed lat, przed oczyma stawał jej
dziesięcioletni syn, który zdmuchiwał na swym urodzinowym torcie okrągłą
liczbę świeczek.
Ubrany w ciemnoszary sweterek i sztruksowe spodnie wyglądał bardzo
elegancko, jak przystało na jubilata. Zazwyczaj chłopcy wolą bluzy i dżinsy, ale w ten wyjątkowy dzień Eleonora uparła się, żeby wyglądał
odpowiednio do sytuacji. Te fikuśne czapeczki z gumką pod brodą wybrał
jednak sam. Przedstawiały Zorro trzymającego za cugle czarnego jak noc
rumaka. Odkąd Adaś zaczął oglądać serial Zorro, też chciał zostać
superbohaterem. Marzył, żeby świat go podziwiał, żeby choć raz pokonać
jakiegoś czającego się w ciemnym zaułku bandytę.
Życie jednak było bardziej brutalne. Adam nie był dumą ojca. Fryderyk
nie umiał pogodzić się z faktem, że jego syn jest ułomny. Gdy lekarze
wykryli u chłopca schizofrenię, obsypał ich wyzwiskami i groził sądem za
nietrafną diagnozę, a kiedy badania u kolejnych specjalistów
potwierdziły chorobę, upił się do nieprzytomności i nie wychodził z garażu przez dwie doby. Dla niego był to cios w samo serce. Tylko matka
kochała syna miłością bezwarunkową.
Syn rósł, mijały lata, a symptomy schizofrenii dawały się rodzinie coraz
bardziej we znaki. Nie sposób było ukryć przed wścibskimi sąsiadami
krzyków Adama, jego ataków furii, wulgarnych odzywek czy gestów.
Rówieśnicy odsunęli się od niego, o dziewczynach nie było mowy. Na widok
biegającego po ulicy Zorro pukały się w czoło. Potem odwracały głowę i przechodziły szybkim krokiem na drugą stronę ulicy.
Eleonora przytuliła do piersi starą fotografię. Mimo smutnych wspomnień
uśmiechnęła się do tego, co było. Powędrowała wzrokiem po twarzach
gości, których fotograf uchwycił w momencie bicia braw po zdmuchnięciu
przez Adama świeczek. W tle, obok rodziny i przyjaciół, widniała postać
mężczyzny, który lata temu doprowadził do rodzinnego dramatu. Już wtedy
z jego oczu wyzierało szaleństwo. Nikt jednak nie przypuszczał, że
spokojnym dotąd miasteczkiem wstrząsną wydarzenia będące skutkiem
zabawy, jaką wymyślił dla syna Sowów ich sąsiad z naprzeciwka, Jan
Lasota.
Kobieta zamknęła album i odłożyła do szuflady. Poprawiła szydełkową
serwetę leżącą na komodzie i ruszyła w stronę drzwi sprawdzić, czy są
dobrze zamknięte. Robiła to o tej samej godzinie regularnie od
czterdziestu lat.
Komplet rygli dokładnie zablokował zamki. Eleonora już miała opuścić
przedpokój, gdy zawahała się i cofnęła do drzwi. Dodatkowo zasunęła
łańcuch. Niby nic, ale licho nie śpi. Pogasiła światła w całym domu i już po chwili leżała obok męża, który, udając, że śpi, w rzeczywistości
obmyślał plan zemsty.
Artur wszedł do mieszkania i zapalił lampę. Światło rozproszyło się po
ścianach. Rzucił klucze na stojącą pod lustrem komodę, zsunął z ramion
płaszcz i powiesił na metalowym haczyku. Wszedł do kuchni, wrzucił do
szklanki kilka kostek lodu i nalał whisky. Wypił duszkiem i nalał
jeszcze jedną porcję. Usiadł na kuchennym stołku i patrząc w przestrzeń,
próbował pozbyć się myśli, które kotłowały się w jego głowie.
Kolejny łyk, i jeszcze jeden. Poczekał, aż alkohol zadziała i pozwoli
wyłączyć całodniowy stres. Poczuł lekkie kołysanie w skroniach.
Przeniósł się do salonu z nadzieją na małą drzemkę, ale nerwy nie
pozwalały mu skierować myśli na spokojne wody.
Zapadł się w miękki fotel i włączył telewizor. NNC24 podawało do
publicznej wiadomości szczegóły dzisiejszego zdarzenia. Słyszano
strzały, znaleziono zwłoki, ktoś zemdlał na widok ciała wynoszonego w czarnym worku. Wszystko prawda. Kiedy te sępy kręciły swój materiał, on
cucił salową Walerię Kłys, która ujrzawszy przestrzelone ciało Anny,
osunęła się na podłogę.
Gdy odzyskała przytomność, usiadła skulona na szpitalnym korytarzu,
zawodząc i bijąc się w piersi tak mocno, że zachodziła obawa, iż zrobi
sobie krzywdę.
Musiała czuć się winna, że ktoś niepostrzeżenie wszedł na jej rewir i w tak okrutny sposób odebrał życie Annie, która zawsze miała dla niej tyle
ciepłych słów. Była niczym rodzona córka. Czasem przynosiła jakiś
drobiazg z perfumerii, na który Walerii nie było stać.
A teraz ona, stara, żyje, podczas gdy młoda i kochająca życie Anna
umarła. To jej wina, że tak nieudolnie pilnowała wejścia do izolatki.
Wyszła na chwilę i zostawiła ją samą. Jak będzie żyć z takim ciężarem na
sumieniu?
Maciejewski, widząc roztrzęsioną Walerię, dał jej zastrzyk uspokajający
i odprowadził do przybudówki przyszpitalnej, którą samotnie
zamieszkiwała. Był dziś u niej po raz pierwszy. Nie miał w zwyczaju
odwiedzać salowych lub innych osób z personelu w ich prywatnych
mieszkaniach, nawet jeśli były to mieszkania służbowe. Tym razem złamał
zasadę. Waleria wymagała opieki i on musiał ją jej zapewnić. Po
zastrzyku zaczęła oddychać równiej, pozwoliła położyć się na kanapie i po kwadransie zasnęła. Artur przykrył ją wełnianym kocem i przygasił
światło.
Na odchodne ogarnął jeszcze wzrokiem małe mieszkanko. Było tak skromne,
że zrobiło mu się przykro. Mimo ograniczonych funduszy Waleria starała
się wyczarować miły kącik, tak jak robią to wszystkie kobiety. Z wypłowiałymi od słońca obrazkami, z dzbankiem na kwiaty. Najciszej, jak
umiał, wymknął się z mieszkania i nie wracając już do szpitala, pojechał
prosto do siebie.
Wyłączył telewizor. Wciąż ten jazgot i szukanie sensacji. Potrzebuję
trochę spokoju. Spokoju i ciszy, powtarzał w myślach. Cisza panująca w czterech ścianach była dla niego wytchnieniem po całodziennej pracy,
oderwaniem od ustawicznych krzyków pacjentów niesionych przez demony
swego obłędu.
Teraz odnajdywał tę ciszę w inny sposób. Wisiała w niej trwoga i samotność. Anna odeszła, zostawiając zbyt wiele znaków zapytania.
Co aż tak ważnego mogła wiedzieć, że musiała zginąć? Dlaczego chciała
odejść z pracy? Co się, u diabła, dzieje w ośrodku?!
Trzeba zmyć z siebie ten cały dzień, zapomnieć choć na chwilę, odpłynąć...
Artur wszedł do łazienki i odkręcił gałkę od prysznica. Czekając na
strumień ciepłej wody, ściągnął z siebie przesiąknięte szpitalnym
zapachem ubranie.
Para zaczęła wypełniać łazienkę, ciepło dawało poczucie spokoju.
Wreszcie robiło się normalnie. Spodnie wylądowały na pralce, lecz po
chwili zsunęły się na podłogę. Niech leżą, podniesie je, gdy tylko
skończy brać prysznic.
Zasunął za sobą szklane drzwi kabiny i z ulgą poczuł, jak ciepłe krople
spływają mu po twarzy i ramionach. Kilka minut wystarczyło, aby spięte
mięśnie rozluźniły się pod wpływem miarowych uderzeń strumieni.
Zapomnieć. Choć na chwilę. Zaraz znajdzie jakiś kanał sportowy i zaśnie,
nastawiwszy telewizor na automatyczne wyłączenie. Tak będzie najlepiej,
niech ten dzień już się skończy.
Przewiązał biodra ręcznikiem i zgarnął z podłogi porozrzucane części
garderoby. Coś metalowego uderzyło o płytki. Rozluźniający kwadrans pod
prysznicem i całkiem o tym zapomniał. Na białej posadzce błyszczały
klucze zabrane z gabinetu Anny. Schylił się i podniósł je, chwytając za
metalowe kółko. Jeden z nich wyglądał na pasujący do zamku yale,
takiego, jaki ma w drzwiach trzy czwarte miasta. Drugi był
najprawdopodobniej kluczem od szafy, kredensu czy jakiegoś innego mebla
z mieszkania Anny.
Pojedzie tam jutro, sobota będzie dobrym dniem na dokopanie się do
prawdy. W sobotę w ośrodku zastępuje go doktor Synowiec, będzie miał
więc wolne ręce i poświęci tyle czasu, ile będzie trzeba, aby znaleźć
jakikolwiek punkt zaczepienia w tej dziwnej historii.
Jeszcze jedna szklaneczka whisky, aby móc usnąć. Chłód poduszki ostudził
rozgrzaną od kąpieli twarz. Naciągnął na siebie kołdrę i ułożył się
wygodnie na wznak. Ręce schował pod głowę i obserwując światła
przejeżdżających samochodów, które załamywały się na suficie, czuł, jak
powoli jego świadomość odpływa, jak bardzo jest zmęczony i jak bardzo
potrzebuje snu.
Zegar wybił drugą w nocy. Za dwadzieścia minut telewizor sam się
wyłączy.
4.
SOBOTA
Komisarz Stefaniak przyszedł do biura przed szóstą rano. Zalał wrzątkiem
kawę rozpuszczalną i zatrzymał wzrok na wiszącym na przeciwległej
ścianie orle w koronie. Tyle lat spokojnego urzędowania i nagle wszystko
postawione na równe nogi. Mimo swej dwudziestoparoletniej kariery nie
spotkał się z wieloma przypadkami zbrodniarzy i szaleńców. Mało
powiedziane. Wpadały mu sprawy typu zwykłe mordobicie lub, w najlepszym
razie, obwoźny handel samogonem. Takie problemy rozwiązywał od ręki.
Jeszcze kilka lat temu marzył, żeby pobawić się w porucznika Borewicza,
ale teraz? Oddałby wiele, żeby spokojnie doczekać emerytury. Czuł przez
skórę, że ta zbrodnia przysporzy mu mnóstwa kłopotów i dlatego musi to
rozegrać z głową.
Zebranie zespołu zaplanował na ósmą. Panująca od środy atmosfera z dnia
na dzień pogarszała się odpowiednio do wagi zdarzeń, jakie rozgrywały
się w podlegającym mu terenie, toteż nieprzyjemne uczucie bezradności
wgryzało się coraz głębiej w jego siwiejącą głowę. Z takim składem nie
ma mowy o wykryciu mordercy.
Co gorsza, każdy w komisariacie, począwszy od strażnika, a skończywszy
na nim, starym wydze, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie ma co
mydlić sobie oczu. Musi coś natychmiast przedsięwziąć, chyba nawet wie,
co. Trzeba tylko przekonać do tego pomysłu zespół. Te codzienne telefony
z góry domagające się raportów nie są już na jego nerwy.
Spojrzał na zegarek. Wpół do ósmej. Sięgnął po słuchawkę i wystukał
numer zamiejscowy.
Pół godziny później w gabinecie Stefaniaka pojawili się kryminolog
Zasępa z aspirantem Wilkiem.
- Jak już wiecie, wczoraj zamordowano Annę Dudczak. Nie muszę dodawać,
że stało się to w jej szpitalnym łóżku, w sali, przed którą, zgodnie z moim zarządzeniem, miał stać Wilk i pilnować cholernego wejścia.
Rozumiem, Wilk, że masz mi coś w tej sprawie do powiedzenia? Może
stwierdziłeś, że stanie na czujce jest poniżej twojej godności i kwalifikacji, co?
Wilk siedział na wydechu. Patrzył przed siebie, bojąc się nawet mrugnąć
powiekami. Zawalił sprawę i nie miał nic na swoje usprawiedliwienie.
- W związku z tym - ciągnął dalej Stefaniak - odsuwam Wilka od sprawy.
Chciałem powierzyć mu dochodzenie, ale teraz widzę, że chyba mi rozum
odjęło, kiedy podejmowałem tę decyzję. To nie przedszkole, żeby pozwalać
sobie na bagatelizowanie sprawy. Kto, do ciężkiej cholery, dał ci
odznakę? Pracujesz u mnie pół roku i mam wrażenie, że o pół roku za
długo. Śmierć tej kobiety to dla ciebie gwóźdź do trumny, możesz się
pakować i wracać, skąd przyszedłeś, rozumiesz?!
Widząc otwierające się usta podwładnego, odwrócił się do niego plecami,
dając sygnał, że rozmowa skończona. Wilk skulił się na krześle. Szef
miał w jednym rację, dał wczoraj ciała. Kiedy on spacerował po alejkach
szpitala, ktoś dopadł tę dziewczynę. Zdecydowanie tym razem się nie
wykazał. Jego poprzednia sprawa, kiedy szukano zaginionego studenta, też
nie poszła mu najlepiej. Zabawa w policjantów i złodziei nigdy go nie
pociągała. Ojciec wojskowy kazał mu iść do policji, to poszedł. Teraz to
już chyba koniec jego kariery.
Stefaniak jakby czytał w jego myślach.
- W związku z tym przyjmijcie do wiadomości, że miejsce Wilka zajmie
podkomisarz Krawiec. To młoda policjantka, ale ma dorobek, o jakim ty,
Wilk, możesz tylko pomarzyć. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli,
przyjedzie do nas w poniedziałek. Zrób jej miejsce, uprzątnij swoje
biurko, a ja się postaram, żebyś trafił do drogówki.
- Krawiec? - Zasępa zmarszczył czoło. - Ta sama, o której kilka lat temu
pisała prasa?
- Ta sama - potwierdził Stefaniak. - Komuś się coś nie podoba?
- Zawieszono ją przecież za picie. Zawaliła wtedy jakieś ważne śledztwo
w stołecznej. Pcha pan palce między drzwi, komisarzu. Nie uważa pan, że
powinniśmy znaleźć kogoś bardziej odpowiedniego? Kogoś, kto...
- Wstaje o szóstej, je lunch i zamyka biurko o piątej. To chciałeś
powiedzieć? Już kogoś takiego mamy. - Stefaniak wskazał brodą wijącego
się na krześle Wilka. - Z kimś takim nie ruszymy z miejsca.
- Sami damy radę. - Zasępa nalał sobie kawy i spojrzał wyzywająco na
przełożonego.
Komisarz zaszeleścił paczką marlboro.
- Naprawdę nie zdajecie sobie sprawy z tego, w czym tkwimy? W kostnicy
mamy trupa młodej lekarki i jako bonus zbiegłego psychopatę. Ile spraw o morderstwo prowadziłeś, Zasępa? A ty, Wilk? Zdejmowanie kotów z dachów
czy kradzieże w spożywczym to raczej nie ten kaliber. Kto więc według
was ma poprowadzić to śledztwo? No, słucham.
W gabinecie zapadła cisza. Komisarz wypuścił przez nos dwie smugi dymu,
po czym wytarł nagromadzoną w kącikach ust ślinę. Wilk skrzywił się z obrzydzeniem.
- Śledcza Krawiec wyszła z tego, jest czysta. Kilka miesięcy temu
przywrócono ją do zawodu. Dziś rano zadzwoniłem do niej z propozycją i mam nadzieję, że ją przyjmie. W przyszłym tygodniu zostanie
przeprowadzona sekcja zwłok Anny Dudczak, może wtedy dowiemy się czegoś
więcej. Nie wiem, jak patolog poradzi sobie z tak zmasakrowanym ciałem.
Wilk. - Niedopałkiem papierosa wycelował w głowę młodszego kolegi. -
Twoja ostatnia szansa. Na poniedziałek rano przygotujesz listę osób,
które mogą być świadkami w sprawie. Posadź przy telefonie na dwadzieścia
cztery godziny Nowaka na zmianę z Łabudą, niech spisują, kto i z czym
dzwoni. Ktoś się musi odezwać. Ludzie nie byliby sobą, gdyby nie
próbowali błysnąć informacją w lokalnym środowisku. A ! Jeszcze jedno.
Daj do prasy i telewizji informację, że policja wraz z władzami miasta
za wskazanie miejsca przebywania lub udzielenie wiarygodnych wskazówek o poszukiwanym oferuje nagrodę w wysokości dziesięciu tysięcy złotych. To
pomoże ludziom rozwiązać języki. I nie zapomnij załączyć zdjęcie Lasoty.
Wilk skrupulatnie odnotował zadania w pomiętym kapowniku.
- Zasępa - komisarz zwrócił się do drugiego z nich. - Mam nadzieję, że
przekazano ci koszulę znalezioną w leśniczówce. Nie wiem, na ile to jest
dowód w sprawie, ale dla porządku przeprowadź badania tkaniny, może uda
nam się uzyskać profil DNA. Proponuję, żebyś jeszcze dziś pojechał do
szpitala i pobrał próbki organiczne z celi Lasoty. Weź ekipę i znajdźcie
coś na kubku, poduszce, pobierzcie choćby szczyny z jego kibla.
Dodatkowo pozbierajcie co się da z gabinetu Dudczak. Nie wracajcie z pustymi rękami. Ruszajcie się, do roboty! To nie obóz wypoczynkowy!
Julia odłożyła słuchawkę i jeszcze przez chwilę wpatrywała się w nią z zaskoczeniem, jakby zobaczyła ducha. Oczywiście, że słyszała o słynnej
ucieczce z kliniki i o zabójstwie lekarki. Lokalne media szalały,
wymyślając coraz to bardziej niewiarygodne scenariusze tych wydarzeń.
Mając w tle szpital psychiatryczny, nie można wymarzyć sobie lepszego
materiału na pierwsze strony gazet.
W głębi duszy zafascynowała ją ta sprawa. Śledziła wszystkie artykuły,
jakie pojawiały się w prasie. Telewizja z racji makabrycznego tematu
podawała newsy jedynie w godzinach późnowieczornych.
Jeszcze wczoraj przez myśl by jej nie przeszło, że zostanie jej
powierzone rozwiązanie zagadki sprzed kilku dni. Do tej pory intensywnie
wspierała swoją wiedzą i szóstym zmysłem wiele policyjnych akcji, była
wręcz świetna w analizowaniu danych i dostarczaniu gotowych rozwiązań
swemu szefostwu, ale konfrontacja oko w oko z mordercą była nie lada
wyzwaniem.
Wstawiła ekspres i wrzuciła do młynka garść pachnących ziaren. Pobudka w sobotę o tak wczesnej porze musi zostać wynagrodzona mocną kawą. Teraz
już przecież nie zmruży oka. Wspięła się na palce i usiadła na jedynym w ciasnej kuchni barowym stołku.
Być może zbyt szybko nakręciła się na tę sprawę, może trzeba to wszystko
jeszcze raz przemyśleć. Czuła jednak ten przyjemny ucisk w żołądku na
samo wspomnienie rozmowy z komisarzem Stefaniakiem. Sprawa kusiła ją,
takie sytuacje wyzwalały w niej pokłady adrenaliny. Morderstwo. To może
jej zapewnić wielki powrót na szczyt. Dokładnie tam, gdzie jest jej
miejsce. Na taki dar od losu właśnie czekała.
Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Co z Sylwią? Mała dopiero niedawno
rozpakowała zabawki, pozbierała się po wyprowadzce od ojca i zaczyna się
uśmiechać po tym, co przeszła. Rozstanie rodziców było dla niej traumą i Julia starała się, jak to tylko możliwe, aby córka przystosowała się do
nowego życia tylko z mamą. Zostawić Sylwię z Danielem, w znanym jej
otoczeniu, w przedszkolu, które lubi, wśród ukochanych koleżanek? Może i miałaby u niego dobrze. Babcia zaglądałaby i sprawdzała, czy wszystko
okej, ale na miłość boską, jak ma oddać komuś swoje dziecko?! Sylwia
musi być przy mnie, nie wypuszczę jej z rąk po tym, jak ją wyszarpałam w sądzie spod opieki Daniela, powtarzała w myślach. A Daniel? Będzie robił
problemy, za nic w świecie nie pozwoli na wywiezienie małej do kolejnego
miasta. Szykuje się następna wojna o dziecko.
Julia zebrała porozrzucane po wczorajszej zabawie klocki i wrzuciła je
do wiklinowego kosza. Usiadła w głębokim fotelu, ogrzewając dłonie
gorącą filiżanką. Żeby ktoś pomógł jej podjąć tę decyzję. Żeby czyjeś
dobre ręce pchnęły ją we właściwym kierunku.
Na matkę nie mogła pod tym względem liczyć, znała jej zdanie. W kolejnych przenosinach upatrywałaby krzywdy dziecka. Ambicje jej własnej
córki nie miały tu żadnego znaczenia. Pracować można wszędzie,
powiedziałaby zapewne, nawet w takiej dziurze jak to miasteczko. A tam?
Wielka niewiadoma. Nowe mieszkanie, nowa praca, kolejna bitwa o pozycję
w stadzie. Na dokładkę szaleniec morderca. A ona? Drobna kobieta
samotnie wychowująca chorowite dziecko. Może i racja, może powinna
jednak odmówić? Przerost ambicji nie jest wskazany w jej sytuacji, musi
przecież myśleć przede wszystkim o córce.
W pokoju obok Sylwia cichutko przekręcała się na drugi bok. Uśmiechała
się przez sen tak, jak tylko niewinne dziecko może się uśmiechać. Julia
z rozrzewnieniem patrzyła na zatopioną w poduszce twarzyczkę córki.
Dziś oddychała spokojnie i miarowo. Po ostatnich infekcjach Julia drżała
o każde kolejne przeziębienie. Organizm Sylwii źle reagował na niskie
temperatury. Byle zimno powodowało u niej obniżoną odporność. Tyle razy
zaczynało się od zwykłego kaszlu, a kończyło na nocnych dusznościach.
Przed nimi cała seria badań, trzeba się tym zająć w pierwszej
kolejności.
Ale teraz, gdy tak spokojnie przesuwają się sny pod jej powiekami, można
na nią patrzeć bez końca i wierzyć, że to tylko przejściowe
przeziębienie, które złapała od dzieciaków z przedszkola.
Julia cmoknęła małą w rączkę i pomyślała, że trzeba szybko skoczyć po
świeże pieczywo na śniadanie. Sylwia tak lubi jajecznicę ze
szczypiorkiem i ze świeżutką bułką grubo posmarowaną masłem.
Naciągnęła kołdrę na chude ramiona córki. W głowie wciąż kołatała jej
myśl: przede wszystkim jesteś matką. Westchnęła głęboko i z rozczuleniem
pogładziła jasne loki dziecka rozrzucone po poduszce.
Już wie, co zrobi. Gdy tylko wróci z bułkami, zadzwoni do komisarza
Stefaniaka i powiadomi go o swojej decyzji.
Tej nocy Artur niemal nie zmrużył oka. Wyczekiwany sen okazał się krótką
drzemką pozwalającą jedynie na dwugodzinny relaks dla mózgu.
Pomarańczowy pojemnik z tabletkami nasennymi podpowiadał mu łatwe
rozwiązanie, jednak pomyślał, że mieszanka diazepamu z alkoholem nie
jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza dla kogoś dysponującego całkiem sporą
wiedzą z zakresu medycyny.
Ponownie spróbował zacisnąć powieki i wyrównać oddech.
Zobaczył Annę przykrytą od stóp do głów nieskazitelnie białym
prześcieradłem. Pochylał się nad nią tłum gapiów bez twarzy szepczących
między sobą niezrozumiałe zdania. Artur był pośród tego tłumu, stał
między ludźmi i jako jedyny nie mógł wydusić z siebie słowa. A przecież
tyle chciał jej powiedzieć.
Gapie coraz natarczywiej domagali się sensacji. Co chwila któraś z osób
przesuwała ręką po białym płótnie, chcąc się upewnić, że Anna naprawdę
nie żyje. Dotyk trupa wydawał się im fascynujący.
Z każdą minutą twarze zebranych zaczynały nabierać ostrości, rysy
stawały się konkretniejsze. Można było z całą pewnością stwierdzić, że
wszyscy zebrani to mężczyźni. Teraz już bez żadnego oporu i zażenowania
dotykali ciała spoczywającego pod prześcieradłem. Coraz bezczelniej i natarczywiej.
Płótno stanowiące cienką barierę między martwym ciałem kobiety a nabrzmiałymi rękami mężczyzn zaczęło marszczyć się i ściągać. Ktoś
próbował je zedrzeć i obnażyć zwłoki Anny przed oczami zebranych. Im
intensywniej obraz się wyostrzał, tym bardziej stawało się jasne, że
twarze mężczyzn zlewają się w jedną twarz należącą do Lasoty.
Artur próbował krzyczeć, protestować, jednak ciało nie poddawało się
jego woli. Patrzył na rozgrywającą się przed jego oczami scenę niczym
przez szklaną ścianę, nie mogąc wykonać żadnego ruchu.
Prześcieradło płynnym ruchem powędrowało na podłogę. Dziesiątki rąk
spragnionych dotyku zimnej skóry plątały się między sobą i kotłowały w powietrzu.
I wtedy Anna podniosła powieki. Podciągnęła się na materacu i po chwili
stanęła obok Artura, podpierając się o metalową ramę łóżka. Patrzyła
Arturowi prosto w twarz, całkowicie ignorując spojrzenia pozostałych
mężczyzn.
Trwała w tej pozycji jeszcze chwilę, a on próbował odczytać w jej oczach
choćby cień tęsknoty za dopiero co utraconym życiem. Nie zobaczył w nich
jednak bólu ani spodziewanego żalu. Na jej twarzy rysował się wstyd.
Patrzyła na niego w sposób, w jaki patrzą dzieci proszące matkę o wybaczenie.
Oczy Anny przepraszały.
Maciejewski zapalił lampkę i spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta. Za
oknem panowała listopadowa ciemność. Co za koszmar. Sięgnął po butelkę
mineralnej i wypił kilka łyków. Chłód przebiegł przez klatkę piersiową.
Wrócił kontakt z rzeczywistością. Co za ulga, że to tylko sen. Oby się
więcej nie powtórzył, bo przy większej częstotliwości kontaktu z zaświatami stanie się swoim własnym pacjentem.
Leżące na stole klucze przypominały o konieczności przejrzenia rzeczy
Anny. Nie ma na co czekać, trzeba się tam dostać. Artur utwierdził się w przekonaniu, że Anna nie miałaby nic przeciw temu, aby jej przełożony i przyjaciel zarazem zajrzał na kilka minut do mieszkania przy Lipowej.
Jeszcze tylko szybka wizyta w łazience i po chwili zatrzasnął za sobą
drzwi swojej kawalerki.
Nigdy nie był zapraszany przez Annę do domu. Nawet nie miał pewności, że
mieszkała sama. Teraz przyszło mu do głowy, że może się wpakować do
mieszkania, które dzieliła z jakimś mężczyzną, o którego istnieniu nie
wiedział. W takiej sytuacji o przeszukaniu nie będzie mowy.
Samochód stanął na małym parkingu. Artur zgasił światła i wyłączył
silnik. Istne mrowisko. Betonowe osiedle z lat siedemdziesiątych z balkonami niczym kościelne ambony.
Wyszedł z auta. Dwa piknięcia dały znać, że blokada zadziałała. Wszedł
do wieżowca, minął metalowe drzwi maszynowni dźwigu i poczekał na windę.
W palcach obracał klucze od mieszkania Anny, po raz setny zastanawiając
się, co zastanie po jego otwarciu.
Drzwi windy zatrzasnęły się za jego plecami, wydając głuchy pomruk.
Wybrał przycisk z numerem jedenaście. Metalowe liny zaskrzypiały i pociągnęły kabinę w górę. Na wysokości trzeciego piętra poczuł silne
szarpnięcie.
Winda stanęła między piętrami. Artur ponownie nacisnął guzik z numerem.
Żadnego ruchu. Po kilku sekundach zgasło światło. Nadstawił uszu,
nadsłuchując, czy ktoś nie plącze się po schodach. Na klatce panowała
jednak grobowa cisza.
Przyświecając sobie komórką, próbował znaleźć na ścianach windy numer
telefonu do serwisu. Nalepka przypalona z jednej strony zapalniczką nie
nadawała się do czytania.
Była sobota, szósta rano. Kto mógł, spał, wykorzystując dzień wolny od
pracy. Ani żywej duszy.
Po chwili usłyszał lekkie trzaśnięcie czegoś metalowego, szybkie kroki i uderzenie drzwi do klatki schodowej. Odgłosy wyraźnie dochodziły z niższych kondygnacji, może z parteru. Tak, na parterze były przecież
metalowe drzwi do maszynowni. Może ktoś próbuje uruchomić dźwig. Oby mu
się udało, przecież nie będzie tkwił w tej metalowej pułapce godzinami.
Odczekał kolejny kwadrans i jeszcze jeden. Czas działał na jego
niekorzyść. Każda minuta uwięzienia w windzie to mniejsza szansa na
wejście niezauważonym do mieszkania Anny. Zaraz zaczną się poranne
wypady po pieczywo, a wścibskie oczy sąsiadów będą wpatrywać się w judasza, kontrolując każdy ruch na klatce schodowej.
Anna nieraz opowiadała, jak baczni staruszkowie, przyczaiwszy się pod
drzwiami, łapali ją wchodzącą do mieszkania, przypominając, że teraz jej
kolej, żeby kupić nową żarówkę. Starsi ludzie nie mają nic innego do
roboty, niż obserwować lokatorów. Widzą i słyszą wszystko.
Artur miał świadomość tej lokalnej tradycji podglądania przez wizjer i świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że gdy tylko zazgrzyta klucz w zamku, usłyszy policyjne syreny radiowozów podjeżdżających pod blok. Tym
samym całkowicie straci szansę na przeszukanie mieszkania. Taką akcję
można przeprowadzić jedynie nocą lub wczesnym rankiem. Dziś sprawa jest
raczej przegrana.
Poświecił komórką na ścianę z przyciskami. Na samym dole umieszczano
zazwyczaj guzik alarmowy. Był. Nacisnął go energicznie, choć bez
zbytniej nadziei, że zadziała.
Płynęły kolejne minuty. Zniecierpliwiony zaczął przeglądać w telefonie
nazwiska znajomych, których mógłby poprosić o pomoc. Przeskakiwał po
liście w tę i z powrotem, po czym schował telefon do kieszeni płaszcza.
Nie miał do kogo zadzwonić.
W takich momentach uświadamiał sobie, jak bardzo jest samotny.
Całkowicie poświęcił się nauce i karierze. W drodze na szczyt mijał
ludzi, którzy chcieli go w tym marszu choć na chwilę zatrzymać,
sprowadzić z powrotem na ziemię. Ale on parł do przodu, widząc przed
sobą cel. Teraz, gdy osiągnął swój wymarzony szczyt, rozejrzał się i zrozumiał, że stoi na nim sam.
Z zamyślenia wyrwały go jakieś odgłosy. Ktoś wyszedł z mieszkania z popiskującym psem. Po chwili na klatce mrugnęło światło. Widać
mieszkańcy mają swoje sposoby na tego typu problemy.
Minęła siódma. Wreszcie pojawił się ziewający gospodarz. Na oko
sześćdziesięcioletni kościsty pan zaszurał nogami tuż nad głową Artura.
Zastukał w cienką szybkę windy. Skrzeczącym głosem zapewnił, że
najpóźniej za dwie godziny przyjedzie konserwator.
- Bardzo mi przykro, ale ktoś włamał się do pomieszczenia dźwigowego i wylał jakiś kwas na urządzenia w maszynowni. Wszystko popalone. Już
zawiadomiłem policję, niech złapią drania. Dobrze, że pan nie ucierpiał,
tylko pewnie nogi bolą, co?
Arturowi przez głowę przebiegła myśl, że ktoś celowo majstrował przy
dźwigu i odciął prąd po to, aby utrudnić mu wejście do mieszkania Anny.
Ogarnęło go dziwne uczucie, że jeśli to prawda, ktoś musiał go śledzić.
Być może ten ktoś chce go uprzedzić i spenetrować mieszkanie Anny, zanim
on się tam dostanie.
Patrol policji pod blokiem wypłoszy go zapewne na kilka dni. Dozorca też
będzie miał baczniejsze oko na kręcące się po osiedlu obce osoby, ale
gdy tylko sprawa windy ucichnie, ten ktoś tu wróci. Dlatego musi go
ubiec. Musi dostać się do mieszkania i znaleźć to, o co toczy się walka.
Od dnia zamordowania doktor Anny Dudczak szpital nie był już tym samym
miejscem. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że wszystko wróciło
do normy. Życie biegło utartym torem, pacjenci i terapeuci wrócili do
swoich zajęć, planowano grafiki, umawiano wizyty. Na korytarzach panował
ten sam co zwykle spokój, stołówka szpitalna wydawała posiłki jak co
dzień. Rano dostarczano żywność, wieczorami zaś odbierano brudną pościel
i wywożono błękitnym vanem za bramy ośrodka do znajdującej się nieopodal
pralni. Rytuał powtarzał się każdego dnia.
Jednak to, co niewidoczne dla oka, było aż nadto odczuwalne dla zmysłów.
Pacjenci, którzy zachowali umiejętność rozróżniania fikcji od
rzeczywistości i których chore mózgi mimo upośledzenia wyczuwały krążące
nad szpitalem zło, dla większego bezpieczeństwa starali się przebywać
razem. Przemykali po zimnych korytarzach parami lub w większych grupach,
trzymając się za dłonie lub poły szpitalnych szlafroków. Zawsze
bezszelestnie, zawsze ze spuszczonymi głowami. Nie patrzyli na nikogo
ani nie odzywali się w obawie przed potencjalnym atakiem czającego się
za każdym zakrętem mordercy.
Paradoksalnie w lepszej sytuacji byli ci, dla których życie i jego
sprawy były niczym długometrażowy film, w którym główną rolę grają
różowe tabletki podawane w plastikowych kubeczkach dwa razy dziennie.
Pozwalały wyłączyć się na długie godziny i bez większej świadomości
przeznaczyć każdy następny dzień na kiwanie się w rogu świetlicy. Ci nie
odczuwali nic.
Personel szpitala zaczął dziś swoją zmianę jak zwykle o szóstej rano. O siódmej rozdano pierwsze posiłki, do recepcji dowieziono świeżą poranną
prasę. Zanim pozbierano talerze po zupie mlecznej, pod szpitalne
skrzydło podjechał policyjny fiat ducato.
Była sobota, spodziewano się raczej odwiedzin rodzin pacjentów niż
wizyty policji. Tymczasem z furgonetki wyszły cztery osoby: kryminolog
Zasępa z dwoma asystentami oraz posterunkowy Nowak.
Waleria Kłys, widząc zbliżającą się grupkę mężczyzn obładowanych
torbami, otworzyła na oścież drzwi wejściowe.
- Panowie w jakiej sprawie?
- Mamy nakaz przeszukania celi Lasoty oraz gabinetu doktor Dudczak -
wyjaśnił spokojnym głosem Zasępa. - Proszę zawiadomić ordynatora o naszym przybyciu.
- Ordynatora dziś nie będzie. Zastępuje go doktor Synowiec, jest już w drodze do szpitala. Będziecie musieli, panowie, chwilę poczekać.
Zapraszam do środka, ale celi nie otworzę, dopóki doktor nie pozwoli.
Po chwili cała piątka siedziała na szpitalnym korytarzu w oczekiwaniu na
zastępcę ordynatora. Pani Waleria nie spuszczała ich z oka. Widać było,
że aż język ją świerzbi, żeby dowiedzieć się czegoś nowego.
- Jak postępy w śledztwie? Znaleźliście go? - Zasępa dojrzał błysk w jej
oczach i ciekawość połączoną z niepokojem.
- Robimy, co możemy, ale o postępach w śledztwie nie możemy nikogo
informować, przykro mi.
- To takie nieludzkie krzywdzić innych. Każdy ma przecież prawo do
życia, zgadza się pan ze mną? - Waleria nie dawała za wygraną. - A młodzi ludzie są tacy nierozważni, najpierw zrobią, potem pomyślą. Jak
się panu zdaje, co grozi Jankowi, kiedy go złapią?
- Jankowi?
- No, Lasocie. Ja mówię na niego Janek, bo znamy się od dłuższego czasu.
Właściwie to dobry chłopak, tylko życie mu w głowie namieszało. Nie miał
łatwo, swoje przeszedł. Zszedł na złą drogę i teraz przez niego ta
dziewczyna martwa leży. - Pani Waleria dyskretnie otarła oczy. - To ile
mu grozi?
Zasępa patrzył na tę drobną kobietę, na której twarzy czas i troski
bezlitośnie odcisnęły swe piętno.
- To zależy od kwalifikacji czynu. Może dostać nawet dożywocie, jeśli
sąd udowodni mu morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Nigdy nie
wyjdzie na wolność. Chyba że obrońca wykaże, że był niepoczytalny i nie
do końca świadomy tego, co zrobił.
- To znaczy, że sąd da mu szansę na poprawę?
- Pani wierzy w poprawę u takich popieprzeńców? - Zasępa aż podskoczył
na siedzeniu. - Od razu widać, że ma pani zbyt dobre serce. Niech mi
pani pokaże takiego, któremu pozwolono wrócić do społeczeństwa i który
rozpoczął uczciwe życie. Tacy jak Lasota nie powinni się w ogóle
urodzić. Są jak cholerne bakterie, które po cichu atakują zdrowy
organizm, zżerając go i obracając w perzynę. Co sezon nowa mutacja, nowe
perwersje i coraz bardziej wymyślne metody zabijania. Zwykłe morderstwo
już ich nie kręci, muszą kombinować, obcinać, katować, podpalać żywcem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki