Julia i rekin - Kiran Milwood Hargrave

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ocean kryje w sobie więcej tajemnic niż niebo. Mama powiedziała mi, że w te noce, gdy powierzchnia wody jest spokojna, spadające gwiazdy przekłuwają ją i w ten sposób sekrety nieba wpadają do oceanu. Kiedy mieszkaliśmy w latarni morskiej, czasem wystawiałam siatkę do łowienia krabów przez balustradę galeryjki i próbowałam je schwycić, ale nigdy mi się to nie udało.

W inne noce, kiedy sztormy wywracały wszystko do góry nogami, a woda i niebo zdawały się na siebie wrzeszczeć, pryskające z fal krople sięgały aż do wiązki światła latarni, wpadały przez kraty wysokich okien i rozchlapywały się po podłodze w gabinecie taty, tworząc kałuże. Rankiem przystawiałam do nich ucho, ale nie słyszałam niczego, żadnych sekretnych wiadomości, które przyszłyby z chmur. Być może zabierała je noc, jak ryby, które podczas takich burz ocean wyrzucał w powietrze.

Mam na imię Julia. To opowieść o lecie, gdy utraciłam mamę i odnalazłam rekina starszego niż najstarsze drzewa. Ale nie bójcie się, nie chcę wam zepsuć przyjemności czytania, zdradzając zakończenie.

Noszę imię po babci, której nigdy nie poznałam, ale też po programie komputerowym, który bardzo lubi mój tata. Mam dziesięć lat i dwieście trzy dni. Musiałam poprosić tatę, żeby to dla mnie policzył, bo nie przepadam za liczbami. Wolę słowa. Liczby można wyrazić słowami, a słów nie można wyrazić liczbami, zdaje się więc, że to słowa mają większą moc, prawda?

Tata się z tym nie zgadza. Cała jego praca to liczby. To dlatego znaleźliśmy się w starej latarni morskiej na Wyspach Szetlandzkich. Zadaniem taty było zaprogramowanie jej w taki sposób, żeby mogła działać automatycznie, świecąc dzięki tysiącwatowej żarówce wolframowej. Nie tak jak kiedyś, gdy mieszkał tu latarnik, który musiał dbać o to, żeby w latarni było paliwo i płonął ogień. Iskierki ognia. Jak gwiazdy.

Stąd jest bliżej do Norwegii niż do Anglii. Bliżej nawet do Norwegii niż do Edynburga, stolicy Szkocji. Jeśli chcecie znaleźć Szetlandy na mapie, zacznijcie od naszego domu w Hayle, w Kornwalii. Przesuńcie palec ukośnie do góry i trochę w prawo, aż dotrzecie do wysp rozproszonych po morzu jak kleksy atramentu. To Orkady. Jeszcze wyżej znajdziecie następny zbiór nieregularnym plam. To właśnie Szetlandy. Są archipelagiem, czyli grupą wysp, a my trafiliśmy na jedną z nich, która nazywa się Unst.

Unst, Szetlandy, Szkocja.

Sco-awt-lund. Szko-o-cja. Podoba mi się, że tam ludzie wymawiają tę nazwę tak, jakby było w niej więcej liter, niż naprawdę jest. To jeszcze lubię w słowach: jest w nich przestrzeń. Brzmią inaczej w zależności od tego, czyimi ustami są wypowiadane. W moich czasem zmieniają się tak bardzo, że stają się czymś zupełnie innym. Tata mówi, że to po prostu kłamstwa.

Z liczbami nie można robić niczego takiego. Nawet tak zwany język liczb, w którym pracuje mój tata, nazywa się kodem binarnym. Jeśli chcecie wiedzieć, co znaczy słowo "binarny", sprawdźcie w słowniku:

BINARNY - 'dotyczący czegoś, co ma dwie różne części, złożony z dwóch elementów'.

Dwa elementy. Tylko dwa. Dobro i zło. Prawda i fałsz. Gdzie jest w tym przestrzeń na cokolwiek innego?

Mama, podobnie jak ja, woli słowa, ale w swojej pracy potrzebuje też liczb. Jest naukowcem, więc musi lubić i to, i to. Liczby pomagają mieć kontrolę nad różnymi zjawiskami, ale tylko słowa pozwalają je wyjaśniać.

W Kornwalii mama badała algi, specjalny rodzaj alg, które potrafią oczyścić wodę z groźnych związków chemicznych. A może nawet kiedyś udałoby się ich użyć do oczyszczenia morza z plastiku? Pewnie widzieliście filmiki o żółwiach, których nozdrza zatkane były plastikiem? Ja niestety tak i nie mogę zapomnieć tego widoku, choć bardzo bym chciała. Nie wystarczy zamknąć oczu, pewne obrazy i tak nadal tkwią pod powiekami. Ale być może to jest właśnie dobre, że nie można ich zapomnieć?

Kiedy tata dostał propozycję pracy na Wyspach Szetlandzkich, mama zaproponowała, żebyśmy przenieśli się tam na lato. Chociaż nadal uważała, że jej praca nad algami jest ważna i bardzo potrzebna, szczególnie żółwiom, wiedziała, że pobyt na Unst zbliży ją do tego, czym chciała zająć się najbardziej: największych stworzeń żyjących w najzimniejszych przestrzeniach mórz.

Uczyła się o wielorybach w trakcie studiów, napisała wtedy bardzo długą pracę o jednym z nich, który opływa świat całkiem samotnie, bo wydaje dźwięki o innej częstotliwości niż osobniki tego samego gatunku. On je słyszy, one jego - nie. Myślę, że wiem, jak taki wieloryb może się czuć. Odkąd mama zachorowała, czasem mam wrażenie, że krzyczę, ale gdzieś w środku, po cichu, i mnie też nikt nie słyszy, jak tamtego wieloryba. Jednak ulubionym zwierzęciem mamy wcale nie był wieloryb, tylko rekin. Rekin grenlandzki. A skoro był dla niej tak ważny, to tamtego lata stał się taki i dla mnie.

Podoba mi się, że słowa są znacznie delikatniejsze niż liczby. Mogłabym po prostu rozwodzić się nad tym, co było kiedyś, w przeszłości, gdyby oczywiście nie to, że pragnę opowiedzieć całą historię. Co do liczb - cóż, teraz mamę określają głównie te, które można znaleźć na jej szpitalnej bransoletce. 93875400. Tyle że te liczby nic wam o niej nie mówią, to potrafią tylko słowa. Choć i one czasem mogą sprawić zawód.

Czasem plączę się w słowach. To jest w nich najgorsze, choć jednocześnie najlepsze. Mają tak wiele znaczeń, a każde z nich rozszczepia się jak drzewo w mnóstwo gałęzi i korzeni. Jeśli nie jesteś pewien, które znaczenie wybrać, możesz się w tym pogubić jak Czerwony Kapturek w lesie. Muszę więc troszkę się cofnąć, a jednocześnie cały czas pamiętać, dokąd właściwie chcę trafić. A właściwie do kogo. Do mamy.

Dotarcie na Szetlandy zajęło nam cztery dni. Znacznie dłużej niż trwałby lot do Australii tam i z powrotem, choć to po drugiej stronie kuli ziemskiej. Nigdy nie myślałam, że teraz, gdy mamy samoloty i superszybkie pociągi-pociski, jakakolwiek podróż może aż tyle trwać. Musieliśmy jechać samochodem, a to z powodu całego bagażnika książek zbyt ciężkich, żeby można było je przewieźć samolotem, i naszej kotki Kluski, która z kolei robi zbyt wiele hałasu, żeby mogła podróżować pociągiem.

Nazwaliśmy ją Kluska, bo jako kociak była tak malusieńka, że mieściła się do plastikowych pojemniczków po gotowych daniach z makaronem, które tata czasem jadał na obiad. Mama nigdy ich nie wyrzucała: myła je tylko i na przykład sadziła w nich pomidory, bo nie znosiła wyrzucać plastiku. Kluska przypomina koty, które piraci zabierali ze sobą na statki. Mama zawsze brała ją ze sobą na farmy alg: kotka siadywała wtedy na samym dziobie łodzi i syczała na morze.

Oczywiście nie było mowy o tym, żeby zostawić Kluskę w Kornwalii, kupiliśmy jej więc specjalne pudełko do transportu. W rzeczywistości był to duży transporter dla psa, zajął więc prawie całe tylne siedzenie, a ja ledwo wcisnęłam się obok, z trudem znajdując miejsce na stopy pomiędzy sadzonkami pomidorów.

W pudełku Kluski tata umieścił specjalne podesty, żeby kotka mogła się wspinać, oraz kuwetę zabudowaną deseczkami, żeby miała trochę prywatności.

- Mam nadzieję, że nie zrobi kupy - powiedziała mama. - Jej kupa strasznie śmierdzi.

- Każda kupa śmierdzi - odparł tata i w sumie miał rację.

Przepraszam, może to głupie, że gdy po raz pierwszy w tej historii pozwoliłam moim rodzicom coś powiedzieć, to akurat muszą gadać o kupie.

Kluska była jednak zbyt zajęta głośnym miauczeniem, żeby używać kuwety nawet do siusiania. To jedna z kocich supermocy: potrafią bardzo długo powstrzymywać się od skorzystania z toalety. Koty są pod tym względem zupełnie inne niż ludzie, zresztą nie tylko pod tym. My wciąż zatrzymywaliśmy się na siusiu i żeby rodzice mogli zmienić się za kierownicą. Puścili audiobooka, książkę Dicka Kinga-Smitha o chłopcu, który nie był całkiem normalny, ale za to miał specjalną zdolność komunikowania się ze zwierzętami. Książka była tak smutna, że wszyscy zaczęliśmy płakać już na samym początku.

Śledziłam trasę naszej podróży na mapie, której rodzice nie używali, bo woleli nawigację. Mnie mapy wydają się ciekawsze niż wgapianie się w mały ekran GPS-a. Widać na nich znacznie więcej, a drogi wyglądają na nich jak żyły albo rzeki.

Na pierwszą noc zatrzymaliśmy się w West Midlands, w pensjonacie prowadzonym przez pewne małżeństwo. Przyczepili się, że mamy kota, bo dozwolone były u nich tylko psy. Zrobiło się zbyt późno, żeby szukać innego noclegu, tata został więc na noc z Kluską w samochodzie, a ja spałam z mamą w łóżku. Okazało się, że materac wypełniony jest wodą, co chyba kiedyś było modne.

- To jak spać w brzuchu wieloryba - odezwała się mama, próbując umościć się na tym dziwnym legowisku. - Też tam tak burczy i bulgocze.

- Myślisz? - zdziwiłam się.

- Ja to wiem. Słyszałam, jakie są tam dźwięki. Jeden z wielorybów połknął nadajnik, którego używaliśmy, żeby nagrać ich śpiew. W jego brzuchu było głośniej niż na zewnątrz!

Oddech mamy nagle się uspokoił, jak zawsze wtedy, gdy mówiła o morzu.

- Pewnie nie możesz się doczekać, aż zobaczysz wieloryby na Szetlandach? - zapytałam.

- Tak! - Wyraźnie usłyszałam radość w jej głosie. - Jest tam mnóstwo gatunków. Balaenoptera musculus. Physeter macrocephalus, Monodon monoceros, Delphinapterus leucas.

- Czyli płetwal błękitny, kaszalot, narwal i białucha - przetłumaczyłam łacińskie terminy na nazwy, które byłam w stanie wymówić. - Brzmi, jakby to miejsce było stworzone dla ciebie.

- I ciebie - odparła. - Mówię ci, to będzie najlepsze lato w twoim życiu.

- Zobaczymy wydry?

- Może? - Na pytania tego rodzaju mama nigdy nie odpowiadała po prostu "tak" lub "nie". Była naukowcem, wierzyła więc, że nawet to, co prawie pewne, może się nie wydarzyć, i na odwrót. - Chociaż ja będę podróżować na północ, aż do Morza Norweskiego. Podobno widziano tam rekina grenlandzkiego.

Miałam nadzieję, że mi o nim opowie. Odkąd byłam malutka, snuła historie o morskich zwierzętach, a ja zapisywałam je w małym, żółtym notesie ze stokrotką na okładce, zupełnie jakbym nanizywała je na sznureczek, tworząc naszyjnik z ciekawostek, błyszczących i drogocennych. Ale ona znów ziewnęła. Zrozumiałam, że za chwilę zaśnie, bo przestała używać trudnych słów. Przekręciłam się i jedyne, co teraz widziałam, to jej zęby błyszczące w ciemności. Przez chwilę zdawało się, jakby cała reszta jej twarzy po prostu zniknęła i musiałam jej dotknąć, żeby się upewnić, że jest na miejscu. Gdy to wspominam, czuję ją pod palcami. Słowa naprawdę mają zdolność przenoszenia w czasie.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji