Julia i pytanie: czego chcą chłopcy? - Franca Düwel

Reflow text when sidebars are open.
Plusy
1) Na bukszpanie przy wejściu do naszego domu leży już pięciocentymetrowa śniegowa czapa! White Christmas - we're coming!
2) Na krótkiej przerwie zebrałam się na odwagę i powiedziałam naszemu stażyście, że według mnie rezygnacja z projektu jest nie fair wobec innych uczniów z naszej klasy, tych, którzy nic złego nie zrobili. Zehra i ja tak bardzo się cieszyłyśmy, że będziemy mogły napisać artykuł do gazety, bo obie chcemy w przyszłości zostać dziennikarkami10, a pan Jansen odparł, że też o tym myślał (nie o tym, że chcemy zostać dziennikarkami, tylko o tym, że to niesprawiedliwe) i dlatego dzisiaj rano jeszcze raz rozmawiał na ten temat z panią Horrowitz. Może dopisze nam szczęście i jednak ten projekt wypali!
3) W szkole Ben wręczył mi mikołajkowy prezent. Bardzo się ucieszyłam i właściwie wszystko byłoby cudownie, gdyby nie...
Minusy
1) ...gdyby nie mega kłopotliwe pytanie, które mi przy tym zadał. Cholera!
No więc dzisiaj na przerwie Ben zadał mi to zakichane pytanie i właśnie próbowałam złapać na Facebooku Sarinę, Franzi albo Jette, żeby o tym pogadać, ale żadnej akurat tam nie było. Jak zwykle. Kiedy człowiek potrzebuje z kimś porozmawiać, to oczywiście nie ma z kim. (Z Sophie nie chciałam, bo ona i tak nie umiałaby mi pomóc, jest w tych sprawach kompletnie zielona.)
Byłam tak rozkojarzona, że poczułam nagłą potrzebę zjedzenia czekolady i dobrałam się do drogich pralinek z adwentowego kalendarza taty. Teraz czuję się jeszcze gorzej. Nie tylko dlatego, że tata na pewno się na mnie pogniewa, kiedy zobaczy, co zrobiłam, ale jest mi po prostu niedobrze. Poza tym czuję, jak te czekoladki właśnie przekształcają się w moim żołądku w galaretowaty tłuszcz! Uch! Dlaczego, jeśli chodzi o czekoladę, nie potrafię być tak zdyscyplinowana jak Franzi albo Sophie? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
Okej, Julia, spokojnie. Najlepiej będzie, jak opowiesz wszystko po kolei. No więc to było tak...
Na szczęście mikołajkowa niespodzianka nie była płytą z indie punkiem, tylko samodzielnie wykonaną przez Bena odjazdową torebką z płyt winylowych. Kiedy odwinęłam papier, z początku nie wiedziałam, co to jest, ale Ben pokazał mi zamek błyskawiczny pomiędzy płytami i powiedział, że można tam przechowywać komórkę, portmonetkę i tak dalej, i wtedy ucieszyłam się, jak nie wiem co. Po pierwsze, sama nigdy nie wpadłabym na pomysł, żeby zrobić coś takiego (jeśli chodzi o kreatywne rękodzieło, Ben ma najwidoczniej kilka więcej fałd w mózgu niż ja), a po drugie, od razu się zorientowałam, że musiał nad tym długo siedzieć. I kiedy sobie to wszystko uświadomiłam, nagle zrobiło mi się głupio za wyrzuty o spotkania z kolegami z zespołu i brak czasu dla mnie (tak, wiem, jeszcze o tym nie pisałam, ale ostatnio często się o to sprzeczamy), i od razu go do siebie przytuliłam i pocałowałam.
Ben wyglądał na trochę zaskoczonego, ale też mnie pocałował i dopiero wtedy zobaczyłam, że moja wychowawczyni, pani Horrowitz, stoi dwa metry dalej i spogląda na nas z niesmakiem. O RANY! HORROR! W ścisłym znaczeniu tego słowa! Tak się wystraszyłam, że w pierwszej chwili miałam zamiar odskoczyć od Bena i z pewnością jeszcze niedawno po prostu uciekłabym czerwona jak burak, ale nagle przypomniałam sobie, jak parę miesięcy temu Franzi omal nie wyleciała przez nią ze szkoły i jak bardzo nie znoszę, kiedy traktuje nas jak małe dzieci, które nie mają pojęcia o życiu. I wtedy coś się we mnie zbuntowało i na widok jej zszokowanej miny pomyślałam tylko: "Zemsta jest słodka" i po prostu całowałam się dalej. Tak jakby w ogóle jej tam nie było. No i wtedy się wściekła. Widać to było wyraźnie, więc specjalnie przyłożyłam się do roboty. Najchętniej dołożyłabym dodatkowo jeszcze jeden element, wsunęłabym ręce pod bluzę Bena i poczekałabym, aż Horrowitz dostanie białej gorączki (w końcu przytulanie się na dziedzińcu szkolnym nie jest zabronione, nawet jeśli Horrowitz tego nie lubi), ale niestety Bena dopadł atak kaszlu i Horrowitz z obrzydzeniem pokręciła głową i odwróciła się. Szkoda.
- Wszystko w porządku?
Popatrzyłam z troską na Bena, bo kaszlał tak, jakby miał wypluć płuca. Dysząc z wysiłku, pokiwał głową.
- Tak, to tylko...
Kaszlnął jeszcze raz, więc spojrzałam na niego pytająco.
- Przynieść ci szklankę wody?
- Nie. Daj spokój. Już dobrze. Byłoby jednak miło, gdybyś...
Ben potrząsnął głową, z trudem łapiąc oddech, i nagle, kiedy spojrzałam na niego z niepokojem, jego kaszel przeszedł w szeroki uśmiech.
- Gdybyś następnym razem, zanim nagle zaczniesz mnie całować, najpierw wyjęła z buzi gumę do żucia.
- Gumę? O, kurczę...
Flash!!!
Rany! Chyba zrobiłam się czerwona jak burak. Okropne. Dziesięć sekund wcześniej wydawało mi się, że jestem taką wspaniałą uwodzicielką, a teraz...
- O, Boże! Przepraszam! Tak bardzo się ucieszyłam z tego prezentu, że całkiem zapomniałam, że Sophie dała mi tę głupią gumę...
- W porządku. Nie ma sprawy. Przecież jeszcze żyję.
Ben objął mnie z uśmiechem i powiedział, że poważnie się zastanawia, czy od tej pory nie całować się tylko z gumą w ustach, bo było to nadzwyczaj interesujące doświadczenie. Zrobiłam się jeszcze bardziej czerwona, ale to go zachęciło do dalszych wywodów.
- A może następnym razem spróbujemy z lizakiem w buzi. Na pewno będzie fajnie. Albo z paroma żelkami... Ej, nie bij mnie!
- Głupek!
Dałam Benowi kuksańca w bok, a on ze śmiechem się odsunął, a potem zaczął mnie łaskotać.
- Nie, Ben, przestań...
Chciałam mu zwiać, ale Ben ma z wuefu szóstkę, a ja ostatnio tylko czwórkę minus (minus przez ten głupi wymyk na drążku), więc oczywiście dopadł mnie na końcu korytarza.
- Wiesz, co cię teraz czeka?
- Dostanę po głowie?
- Właśnie tak. Albo zostaniesz poćwiartowana. Będę miał cię wtedy w kilku kawałkach...
Ben powoli się nachylił i delikatnie odgarnął mi z twarzy kosmyk włosów.
- Julio Ahlberg, czy już mówiłem, że cię kocham?
Spojrzałam na dołeczek w lewym policzku Bena, który pojawia się zawsze, kiedy Ben się uśmiecha, i nieoczekiwanie odezwałam się ochrypłym głosem.
- Chyba tak.
- To dobrze.
Ben długo na mnie patrzył tymi swoimi niebieskimi oczami z małymi żółtymi plamkami i od tego spojrzenia zrobiło mi się gorąco, i w tej samej chwili uświadomiłam sobie, że jestem z najmądrzejszym, najmilszym, najzdolniejszym i najprzystojniejszym chłopakiem na świecie. Ale potem ten najmądrzejszy, najmilszy, najzdolniejszy i najprzystojniejszy chłopak na świecie powiedział coś, co wytrąciło mnie z równowagi.
- Aha, zanim zapomnę... W weekend mama jedzie w odwiedziny do mojej cioci do Berlina, a ojciec wyjechał służbowo, więc chciałbym cię zapytać...
Ben urwał w pół zdania i przez moment miał bardzo dziwną minę.
- Właściwie nie mam ochoty na imprezę, zrobiłem ją przecież niedawno na szesnaste urodziny. Może chciałabyś spędzić ze mną miły wieczór. Ugotujemy coś wspólnie, obejrzymy jakiś dobry film albo dwa, a rano zjedlibyśmy razem śniadanie, tak całkiem na luzie...
Chyba powiedział jeszcze coś o rogalikach w zamrażarce i o tym, żeby oszczędzić zmartwienia rodzicom i powiedzieć im, że będzie u niego nocować jeszcze parę osób, ale dokładnie nie pamiętam, bo w uszach zaczęło mi tak głośno szumieć, jakbym stała tuż obok wodospadu.
O, matko! Musiałam wyglądać jak ktoś, komu właśnie ukazał się Voldemort. Ben jednak niczego nie zauważył. Na szczęście. Kilka sekund później zadzwonił dzwonek na lekcję i Ben zaproponował jeszcze, byśmy w sobotę ugotowali jakąś indyjską potrawę, bo niedawno znalazł przepis na fajne wegetariańskie danie. Potem pobiegł do klasy, bo mieli pisać sprawdzian z geografii, a ja stałam w miejscu jak skamieniała. W głowie tłukła mi się tylko jedna myśl: o, cholera.
Po jakimś czasie odwróciłam się i chwiejnym krokiem wróciłam do klasy. W sali czekały na mnie Sophie i Jette, bo miały jakieś pytanie w sprawie pracy domowej z matematyki i musiałam zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Po kilku minutach na szczęście sobie poszły i zostałam sama z szumem w uszach i mętlikiem w głowie.
Kurczę! Gdybym napisała, że propozycja Bena mnie zmroziła, to tak jakbym nic nie napisała. W chwili, kiedy staliśmy tam w korytarzu i Ben zadał mi to pytanie, natychmiast wiedziałam, o co on tak naprawdę pyta. Pytał, czy chcę u niego zostać na noc. O to samo parę miesięcy temu zapytał Franzi jej były chłopak Noah, a dwadzieścia lat temu tata też zapytał mamę, czy zamiast wracać rowerem do domu podczas ulewy, nie chciałaby u niego przenocować.
I oczywiście nocowanie nie oznaczało wtedy tylko nocowania. To chyba jasne. Czy jednak nie??? O, shit! A może Ben naprawdę miał na myśli nocowanie w sensie "nocowanie u przyjaciela"?
Tylko dlaczego był taki zdenerwowany? A może jednak wcale nie był, tylko ja się zdenerwowałam, bo źle sobie to wszystko wytłumaczyłam? Uhhhh! Kto zrozumie chłopaka! Jasne, jesteśmy razem już ponad półtora roku, oczywiście przytulamy się (i nawet troszkę więcej, przecież wiesz), ale... Przecież nie mogę z nim pójść do łóżka! Mam dopiero czternaście lat! Co z tego, że znamy się od przedszkola i że on był wtedy dużym Benem w fajnych trampkach, a ja małą Julią w ogrodniczkach, i że już wtedy koniecznie chciałam wyjść za niego za mąż (zwłaszcza że wepchnął do kosza na śmieci tego podłego Tilla z pomarańczowej grupy, który stale mi dokuczał). Nie mogę i już! Nie jestem na to gotowa! Rozmawiałam o tym niedawno z Jette, Sariną, Franzi i Sophie i powiedziałam im, że najwcześniej pójdę z kimś do łóżka w wieku szesnastu lat. O ile w ogóle. No, a o co innego chodzi przy tym zaproszeniu? O, Boże...
Boję się, że jeśli wkrótce nie przyjdzie do mnie któraś z przyjaciółek, to w końcu zwariuję. Przedtem mogłam przynajmniej pogadać o takich rzeczach z Sariną, ale od kiedy Sarina dowiedziała się o siostrze, to seks kojarzy jej się wyłącznie z ciążą, więc z takiej rozmowy nie będzie żadnego pożytku. Od razu jednak przyszło mi do głowy, że jeżeli zdecyduję się spać u Bena, to muszę sobie zorganizować pigułkę. Co z kolei oznacza, że będę musiała pójść do ginekologa. Uhhh! (Franzi twierdzi, że bez recepty nie można jej kupić, a jej ginekolog to facet, a do faceta na pewno nie pójdę. Never ever!) Jeśli już, to do kobiety, ale niestety, nie znam żadnej ginekolożki (poza matką Bena, cha, cha, cha). A poza tym w ogóle nie chcę tam pójść i wchodzić na ten okropny fotel i pozwalać, żeby zaglądała mi tam jakaś obca kobieta. I nie chcę łykać żadnych pigułek tylko po to, żeby móc się przespać z chłopakiem, tyje się od nich, a poza tym i tak tego nie chcę. A prezerwatywy nie wydają mi się zbyt pewne. Uhhhhh! Nie chcę tego wszystkiego!
Chciałabym, żeby się okazało, że wymyśliłam sobie tę całą historię. I żeby było tak, że Ben zaproponował mi to nocowanie, bo uważa, że byłoby miło zjeść razem rano pyszne rogaliki. Tak! Myślę, że właśnie o to mu chodziło. Obejrzymy parę fajnych filmów, pośmiejemy się, zaśniemy, trzymając się za ręce, a rano zjemy gorące rogaliki z dżemem truskawkowym i nutellą. I tylko tego chcę!!!!
Plusy
1) Spadł śnieg!
2) Jeszcze tylko osiemnaście dni do świąt!
3) Dzisiaj mikołajki. Już od paru tygodni mówiłam rodzicom, że chcę w prezencie czapkę St. Pauli1, więc wczoraj wieczorem grzecznie wystawiłam za drzwi moje kozaki...
Minusy
1) ...ale mam totalnie zakręconą matkę i dziś rano znalazłam je zamarznięte na kość, lodowato zimne i kompletnie puste. Powiem tylko tyle: ręce opadają!
DROGI PAMIĘTNIKU,
czy inne matki w przedmenopauzalnej fazie też miotają się w życiu bez żadnego planu? Raczej nie.
Pół godziny temu wniosłam moje puste buty z powrotem do domu i postawiłam pod kaloryferem. I właśnie pojawiły się na nich paskudne zacieki, które pewnie już nigdy nie zejdą. A na kuchennym blacie znalazłam kartkę od mamy: "Skończyło się mleko. Możesz kupić? Ja na pewno znowu nie będę miała przerwy obiadowej. Do zobaczenia wieczorem. Całusy.
Żadnych tam "Droga Julio!". Nic z tych rzeczy. Po prostu: "Skończyło się mleko".
Co to w ogóle za powitanie! I ani słowa o mikołajkach! Typowe dla mamy! Matki Sophie i Jette na pewno stanęły na głowie, żeby obdarować swoje córki mnóstwem czekoladowych Mikołajów, marcepanowymi serduszkami i pierniczkami w czekoladowej polewie, a moja matka z moją siostrą na tylnym siedzeniu pewnie pędzi teraz do żłobka albo do księgarni i nie ma bladego pojęcia, jaki dzisiaj jest dzień. Mimo że wczoraj po południu specjalnie jej o tym przypominałam!
Mam ochotę złapać za telefon i wygarnąć jej, że jest fatalnym opiekunem prawnym, ale niestety wiem, jak by się to skończyło. Na sto procent mama zaczęłaby zdławionym głosem godzinami opowiadać mi o tym, że ostatnio jest zestresowana, bo przed świętami w księgarni zawsze mają pełne ręce roboty, i że moja mała siostra Otti2 nie chce zostawać w żłobku, i że teraz bardzo potrzebuje mojej pomocy, bo tata ciągle siedzi w Monachium, a ona nie radzi sobie z tym wszystkim. Na to jednak w ogóle nie mam ochoty! Zapomniała o mikołajkach, zużyła całe mleko i jeszcze mam jej współczuć? O, nie! Są jakieś granice!
A czy mnie ktoś pyta, jak ja sobie ze wszystkim radzę? NIKT!!! Od kiedy tata został Mr Hairy (co znaczy, że reklamuje nowy środek na porost włosów i że mnóstwo ludzi ciągle gapi się na jego potylicę), to właściwie tak jakby przepadł. A Mumi, moja ukochana babcia, mówi tylko o planowanym ślubie z tym swoim lepiącym w glinie Thorwaldem, co zważywszy na fakt, że wspomniany Thorwald jest ojcem Jannika, mojego kolegi z klasy, też nie wprawia mnie w zachwyt. W końcu ile czternastolatek ma babcię z hipisowską przeszłością, która musiała się zakochać akurat w ojcu kolegi z klasy i w dodatku - wbrew swoim wcześniejszym poglądom - postanowiła go poślubić? Na pewno nie aż tak wiele! Wystarczy sobie tylko uprzytomnić, że przez ten ślub Jannik, hobbit z kręconymi włosami, który na wycieczce szkolnej w szóstej klasie obudził mnie rankiem akordeonową wersją "Dancing Queen" (i była to najokropniejsza pobudka, jaką dane mi było przeżyć), zostanie moim oficjalnym wujkiem! To się nie mieści w głowie!
No dobra, przyznaję, że w ostatnich miesiącach Jannik bardzo urósł i z tym swoim wzrostem metr osiemdziesiąt nie przypomina już tak bardzo Froda jak kiedyś, ale mimo wszystko... I nawet jeśli Sarina i Jette zupełnie serio mówią, że jest podobny do Teda z serialu Jak poznałem waszą matkę, to naprawdę chętnie zrezygnuję z czternastoletniego wujka, który na angielskim, chrapiąc, zsuwa się z krzesła, bo do późnej nocy grał w jakieś strzelanki. A poza tym dzisiaj w szkole był dla mnie okropny. Zamienił się nawet miejscami z rudym Oliverem, byle tylko nie siedzieć ze mną w jednej ławce. Nie rozumiem, o co mu chodzi. To nie moja wina, że jego tata zakochał się w mojej babci.
A u Sariny, która nadal jest moją najlepszą przyjaciółką (chociaż ostatnio częściej robię różne rzeczy z Jette i Sophie), też dzieje się niemało. Od kiedy jej mama zaszła w ciążę, Sarina nie tylko przejęła połowę jej pracy przy sprzątaniu, ale też bez przerwy gada o małych dzieciach, co powoli zaczyna mnie wnerwiać. Oczywiście rozumiem, że mama jej teraz potrzebuje, bo wychowuje ją sama i do tej pory nikt nie wie (nawet Sarina), kto jest ojcem tego dziecka, ale przecież musi mieć też własne życie. A jej mama stale o tym zapomina. Na przykład w zeszłym tygodniu umówiłyśmy się do kina i w ostatniej chwili Sarina powiedziała, że nie przyjdzie, bo jej mamę nagle rozbolało podbrzusze. Najchętniej zapytałabym Sarinę, czy według niej to normalne, że czternastoletnia dziewczyna wolny czas spędza przed gabinetem ginekologicznym i na kursie rodzenia. W końcu jednak ugryzłam się w język. Przez to sprzątanie i dużo nieobecności w szkole Sarina i tak ma już kłopoty, więc jako najlepsza przyjaciółka nie będę jeszcze jej truła: "Masz się ze mną spotkać, bo jak nie, to się pogniewam". (Chociaż czasami mam ochotę tak właśnie zrobić.)
Nie wiem, co się ze mną dzieje. Byłoby miło, gdyby znowu ktoś się zaczął zajmować mną, a nie tylko moją siostrą, łysieniem starszych panów, ciążą matki czy lepiącym w glinie Thorwaldem. Kurczę, zaraz się rozryczę. A to wszystko dlatego, że nie dostałam paru czekoladowych Mikołajów! Dobry Boże! Przypuszczam, że skłonność do użalania się nad sobą jest dziedziczna. Jeśli chodzi o te sprawy, to stanowimy z mamą Dreamteam.
Ale na razie wystarczy, Julia! Pomyśl o plusach.
Okej, to może coś takiego: w innych rodzinach na pewno jest podobnie, a pojutrze Ben wraca z wycieczki do Berlina! Wczoraj podczas rozmowy przez telefon dwa razy wspominał o jakiejś mikołajkowej niespodziance! Hura! (Szczerze mówiąc, obawiam się, że to będzie płyta z muzyką indie punk, która tak mu się podoba i o której powiedziałam, że też mi się podoba, chociaż to było wierutne kłamstwo3.) Ale jak mawia babcia: Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Trzymaj się, kochany pamiętniku, do jutra!
PS: Właśnie przeczytałam to, co napisałam, i nagle stwierdziłam, że te słowa o prezencie od Bena i darowanym koniu są totalnie bezduszne. Ja mam dla Bena tylko samodzielnie zrobione na drutach etui na telefon, które zresztą - zdaniem Sariny - wygląda jak skurczona skarpetka4. O wiele ważniejsze od tych prezentów jest przecież to, że nadal jesteśmy razem, mimo że uchodzimy za parę z najdłuższym stażem w całej szkole, a chłopaki z zespołu Bena zrobili zakład, czy nasz związek będzie obchodził drugą rocznicę. Co za idioci!
PPS: Chciałam wkleić tutaj aktualne zdjęcie Bena, ale większość zdjęć mam w telefonie i ciągle zapominam je wydrukować. Zresztą aż tak bardzo się nie zmienił5. Tyle że ostatnio dwa razy w tygodniu gra z Fietem w piłkę wodną i Franzi uważa, że latem powinnam schować wszystkie koszulki Bena, żeby i ona mogła sobie popatrzeć na coś ładnego. (Oczywiście nie ma mowy! Jego tors jest tylko mój!!!)
Plusy
1) Na dworze wciąż leży śnieg. Może święta będą białe. (Uwielbiam białe święta.) Wczoraj wieczorem mama ze sto razy mnie przeprosiła i podarowała mi czapkę z trupią czaszką, książkę o jakichś życzeniach do Wszechświata i całą torbę słodyczy. A w południe przyszła z Monachium paczka od taty, w której znalazłam piernikowe serce z napisem Odszpuntowana!6.
2) Wieczorem dopadła mnie straszna tęsknota za Benem, niestety miał wyłączoną komórkę. Już zaczęłam sobie wyobrażać różne rzeczy, ale potem przysłał mi esemesa z wiadomością, że w Reichstagu jest tak nudno, jak przypuszczał, i że okropnie za mną tęskni. Naprawdę bardzo go kocham!
Minusy
1) Nasz nowy nauczyciel stażysta, pan Jansen (Franzi uważa, że jest bardzo seksowny, bo z wyglądu przypomina jej francuskiego arystokratę), wpadł dzisiaj na lekcję niemieckiego bardzo zdenerwowany i powiedział, że możemy zapomnieć o naszej akcji My w pracy dziennikarskiej. A to wszystko dlatego, że paru chłopaków z naszej klasy zachowało się jak bałwany. Wspaniale! Przez wygłupy Hubertusa, Cema i spółki nie przeprowadzimy najfajniejszego projektu w tym roku. Jeśli to nie jest nie fair, to już sama nie wiem.
2) Mama znowu pokłóciła się przez telefon z babcią. Bez komentarza! Uważam, że trzydziestosiedmioletni człowiek nie powinien już dawać się wyprowadzić z równowagi przez kaprysy swojej matki. Też nie jestem zachwycona tym ślubem, ale czy od razu trzeba wpadać w histerię? Nie! Mama chyba nie rozumie, że wpaja mi złe wzorce. Kto tu jest w okresie dorastania? Ona czy ja?
Kiedy zeszłam na dół zobaczyć, czy Geli7 już wróciła z księgarni i czy mogę już brać się za robienie obiadu (ostatnio to ja gotuję w piątki, żeby miała mniej stresu), mama z grobową miną siedziała przy stole. Spojrzałam na leżącą obok słuchawkę telefonu i od razu wiedziałam, że to znowu przez babcię. I miałam rację.
- Co tym razem?
W salonie Otti robiła porządek na półce z płytami taty (odkąd wie, że nie wolno jej się tam bawić, robi to z jeszcze większym zapałem), a ja rzuciłam mamie pytające spojrzenie. Potrząsnęła głową i wymamrotała, że powoli zaczyna poważnie myśleć o tym, żeby w ogóle nie pójść na ten ślub.
- Serio! Wcale nie mam na to ochoty! Szkoda, że jej nie słyszałaś, kiedy wychodziłam za twojego ojca. Całymi miesiącami truła, że popełniam błąd i że tylko kołtunki wychodzą za mąż. Ale teraz, kiedy sprawa dotyczy jej i tego całego dziwnego Thorwalda, to oczywiście co innego.
Mama wygrzebała z kieszeni dżinsów zmiętą chusteczkę i tak głośno wytarła nos, że rozległ się dźwięk, jakby Benjamin Blümchen miał zaparcie (zawsze tak robi, kiedy ma katar, okropność!), a potem zapytała, czy słyszałam już o najnowszym pomyśle babci. Oczyma wyobraźni zobaczyłam balony w kształcie serca, karetę i absurdalnie drogą, designerską suknię ślubną i odparłam, że to wszystko już było w zeszłym tygodniu.
- No, nie wiem. Białe gołębie? - zapytałam i z westchnieniem wzruszyłam ramionami, bo w całej tej ślubnej historii babci już nic nie było mnie w stanie zdziwić. (Która inna babcia bierze ślub w obcisłej białej sukni z welonem?) Mama jednak zrobiła dramatyczną pauzę i powiedziała, że tym razem chodzi o czteropiętrowy tort ozdobiony złotem płatkowym.
- Sprowadzany z Wiednia. No bo Thorwald tak bardzo lubi tort Sachera. Mój Boże! Przez trzydzieści lat wmawiała mi, że ślub to początek końca, a teraz, kiedy jest już po sześćdziesiątce, planuje nagle megawesele dla ponad stu pięćdziesięciu gości! Stu pięćdziesięciu! Pomijając już fakt, że to wszystko jest absurdalne, czy ty w ogóle wiesz, ile to będzie kosztować?
Mama odwróciła się do mnie, parskając ze złości. Ostrożnie powiedziałam: "Kilka tysięcy euro?", ale tylko gorzko się zaśmiała. Potem dowiedziałam się, że aby wyprawić wesele, Mumi wzięła w banku kredyt na ponad pięćdziesiąt tysięcy euro. Pięćdziesiąt tysięcy euro! To jest naprawdę masa pieniędzy! Do tej pory próbowałam jakoś usprawiedliwiać ślubne pomysły babci, ale fakt, że nagle bierze taki ogromny kredyt tylko po to, by świętować coś, co od lat uważała za żałosne, zwłaszcza że zawsze nienawidziła długów, tak samo jak polityków i swoich żylaków, nawet ja uważam za zastanawiający.
- Pięćdziesiąt tysięcy! Jesteś pewna? To w ogóle nie pasuje do babci...
Spojrzałam na mamę z konsternacją, ale nie zdążyła odpowiedzieć, bo nagle z salonu doleciał ryk Otylii, więc mama skoczyła jak oparzona i pobiegła do niej.
- Och, Myszko! Co się stało? Zrobiłaś sobie "ał"?
- Smok!
- Zgubiłaś smoka? Gdzie jest smoczek? Gdzie mała Myszka go położyła?
Jęknęłam cicho, bo a) Myszka jest określeniem, które chyba najmniej ze wszystkich innych pasuje do mojej małej grubej siostry (lepiej pasowałby Rolmops) i b) dziecinny sposób mówienia mamy powoli zaczyna mi działać na nerwy8, ale oczywiście nic sobie z tego nie robiąc, mama natychmiast padła na kolana i jak głupia zaczęła pełzać po podłodze.
- Gdzie jest smok, Evcia? Gdzie jest smok?
Otti pokazała palcem dziurę między komodą a ścianą i z wyrzutem powiedziała "Smok tam!". I mama gorączkowo zaczęła szukać zgubionego smoczka. W duchu przewróciłam oczami. O, ludzie. Jeśli moja siostra potrafi coś zrobić dobrze, to na pewno sprawić, by wszyscy tańczyli tak, jak im zagra. Przede wszystkim mama, która do tej pory nie zdążyła się zorientować, że Otti akurat wtedy "gubi" smoczek, gdy mama na pięć minut przestaje się nią zajmować. Zresztą, nieważne, po co mam się tym denerwować. I tak mama znowu powie, że jestem zazdrosna, więc nie mam ochoty kolejny raz wysłuchiwać mów pod tytułem "Nie bądź taka!" albo "Kocham cię przecież tak samo!".
Po jakimś czasie mama wyłowiła z kłębów kurzu za komodą ten głupi smoczek Otylii, a ja odgrzałam zamrożone wegetariańskie szpecle9, które zgodnie z informacją na opakowaniu miały tylko 387 kalorii. I jak na razie nic więcej się nie wydarzyło. (Tylko nie mogę przestać myśleć o tym kredycie babci. Ale i tak nic nie można w tej sprawie zrobić. Mumi nie będzie mnie słuchać, tak samo jak nie chce słuchać mamy. A odkąd tata podjął nową pracę, jest dla niej tylko "modelem". Wymawia to słowo z takim samym obrzydzeniem jak "kaletka maziowa" czy "odchody roztoczy".)
Mam nadzieję, że Sarina znajdzie czas i przyjdzie do mnie, bo musimy dokończyć model Empire State Building na plastykę, a poza tym pilnie potrzebuję nowego zdjęcia na Facebooka, a Sarina robi świetne fotki. Najpierw jednak muszę przetłumaczyć ten głupi tekst z łaciny, chociaż i tak go nie rozumiem, i... O, na dole dzwoni telefon. Może to Ben. Do jutra. (Albo do pojutrza, gdybym jutro nie dała rady.)