Jude - Paulina Jurga

-
Proszę czekać

Spis treści

Od autorki

1 * LEPIEJ, ŻEBYŚ TO WYGRAŁ, KNOX *

2 * TO BYŁO EPICKIE *

3 * KTO RZĄDZI?! FLYERS! *

4 * PO PROSTU BĄDŹ SOBĄ *

5 * TO GÓWNO, NIE PRACA! *

6 * COŚ CIĘ GRYZIE, SYNU *

7 * BÓG CIĘ ZA TO UKARZE *

8 * CZEŚĆ, APRIL. TU TATA *

9 * KOCHAMY CIĘ, TATUSIU *

10 * PO PROSTU PRZYJEDŹ *

11 * NIE CHCĘ TYCH PIENIĘDZY *

12 * NIE BĘDZIE POWTÓRKI *

13 * TAK, DAJĘ RADĘ *

14 * TO MA BYĆ SPRAWIEDLIWOŚĆ? *

15 * GOTOWY? *

16 * TO MOJA CHOLERNA WINA *

17 * BÓG WYPUŚCIŁ KRĄŻEK *

18 * SKORO MUSZĘ *

19 * CZEŚĆ, GWIAZDO *

20 * ZASKOCZYŁAŚ MNIE *

21 * MYŚLISZ, ŻE SIĘ UDA? *

22 * POCAŁUJ KRÓLOWĄ LODU *

23 * BOGA W TO NIE MIESZAJ *

24 * NIE JESTEM NASZĄ MATKĄ! *

25 * NADAL MNIE KRĘCI *

26 * ROZMIENIŁBYŚ MI PIĄTAKA? *

27 * SŁOWO SKAUTA *

28 * AMY WŁAŚNIE TEGO BY CHCIAŁA*

29 * NIE "ILE", TYLKO "CO" *

30 * TAJEMICA ZAWODOWA *

31 * A WIĘC JESTEŚ GRZECZNĄ DZIEWCZYNKĄ? *

32 * RANDKING *

33 * TY NIC NIE ROZUMIESZ! *

34 * RUBY SIĘ ZNALAZŁA *

35 *KNOXOBSESJA*

36 * ZASŁUGUJESZ NA SZCZĘŚCIE, JUDE *

37 * DAM CI FORY *

38 * ZA CHOLERĘ NIE UMIESZ W MARKETING *

39 * TY TEŻ JESTEŚ FAJNY *

40 * TO JA TU JESTEM OD OBRONY, KRÓLEWNO *

41 * TYLKO NIE TAM *

42 * TY TEŻ SIĘ PRZYGOTUJ *

43 * BĘDĘ MIAŁ CIĘ NA OKU *

44 * ŁĄCZY NAS MOJA SIOSTRA *

45 * MAMY PEWNĄ MISJĘ *

46 *CZYLI TO NA POWAŻNIE? *

47 *NAZYWA SIĘ MERCER*

48 * A CO BY TO ZMIENIŁO?! *

49 * PIĘĆ MINUT *

50 QUINN * PRZEPRASZAM, KRÓLEWNO *

EPILOG

Podziękowania

Playlista

1JUDE* LEPIEJ, ŻEBYŚ TO WYGRAŁ, KNOX *

Siedem lat temu

– Flyers! Flyers!

Żołądek zaciska mi się boleśnie, a po karku spływa kropla otrzeźwiającego potu. Ciarki przebiegają po kręgosłupie. Kolano podskakuje nerwowo. Spoglądam na oparty o ławeczkę nowy kij hokejowy, który i tak pewnie nie dotrwa nawet do końca pierwszej tercji2. Odszukuję maleńki medalik Świętego Sebastiana wsunięty za koszulkę z numerem 13. Chwytam go w pięść. Przymykam oczy i w myślach recytuję:

Święty Sebastianie, oto staję do rywalizacji. Ty znasz mój trud włożony w treningi, w zmaganie z przeciwnościami. Ty wiesz, jak dużo czasu poświęciłem, aby należycie przygotować się do tego dnia. Proszę Cię, Boże, pozwól mi osiągnąć jak najlepszy wynik. Tak wielu ludzi patrzy na mnie z nadzieją, że ich nie zawiodę. Panie, proszę Cię też w imieniu moich rywali. Nie daj mi zapomnieć, że to moi bliźni. Pomóż mi oddać im należny szacunek, także wtedy, gdy okażą się ode mnie lepsi. Pomóż mi panować nad sobą, zachowaj od kontuzji i wszelkiego niebezpieczeństwa. Amen.

Wsuwam go za bodik3, wypuszczam wstrzymywany oddech i unoszę powieki. Nadal czekamy na trenera, który wyznaczy wyjściową formację w pierwszej tercji, a potem omówi z nami strategię. Chwytam leżącą na ławeczce owijkę oraz kij. Przyglądam się patce4 – jest czysta i sucha. Ostrożnie przejeżdżam palcem wskazującym po jej krawędzi. To taki mój rytuał. Pozwala mi się wyciszyć. Czuję na sobie wzrok Jace'a Heata – kapitana. Siedzi po przeciwnej stronie i wbija we mnie spojrzenie. Pewnie próbuje oszacować, jak bardzo dam ciała. Kiedy wszedłem do szatni, usłyszałem tylko pogardliwe: "Och, świeżak".

– Jak cię trener zobaczy na meczu z tą przyłbicą – kpi teraz Heat – to zamiast na lód wyśle cię na stoisko z watą cukrową.

Zlewam go. Od początku było im nie na rękę, że tu trafiłem. Poprzedni sezon mieli kiepski i liczyli pewnie na jakiś dobry transfer, a nie na dzieciaka z farmerskiej5. I to w zasadzie z zaskoczenia. Zdążyłem odbyć z nimi dwa treningi, dlatego traktują mnie jak zbędny balast. I idealny obiekt do drwin. Począwszy od tego, że jako jedyny mam pełną przyłbicę. Cóż – lubię swoje zęby.

Staram się tym nie dekoncentrować. To nie ja pchałem się do NHL. Jeszcze tydzień temu byłem środkowym farmerskiego Phantoms, a dziś? Mimo nieprzyjaznej atmosfery nadal nie dowierzam, że jestem członkiem Flyers.

Zaczynam powolny, precyzyjny proces owijania patki. Ręce mi drżą. Próbuję to zamaskować, ale kiedy od strony Heata dobiega drwiące prychnięcie, wiem, że to zauważył.

– Może chcesz klej, co, Knox? Żebyś przypadkiem nie zgubił kija podczas meczu.

Słyszę śmiech, a moje policzki robią się gorętsze, ale nie reaguję. Owijka jest gotowa w chwili, kiedy do szatni jak burza wpada trener. Podrywam się do pionu. Kij wyślizguje mi się z dłoni i upada z trzaskiem. Mam wrażenie, że ten dźwięk słychać na trybunach. Pozostali zawodnicy komentują to złośliwymi parsknięciami. Staram się je ignorować, ale mimo to takie zachowanie boli. Zasycha mi w ustach, a ze stresu aż mdli, bo traktują mnie jak intruza. Jakbym próbował ich wygryźć.

– No dobra, panienki. Jak nastroje? – Trener staje przed tablicą taktyczną i klaszcze głośno.

Bije od niego pozytywna energia. Dobrze. Podnoszę kij i w tym momencie nasze spojrzenia się krzyżują. Puszcza do mnie oczko i unosi kciuk. Jest po mojej stronie. To dodaje mi wiary w siebie. Następnie uderza markerem o tablicę, by skupić na sobie uwagę pozostałej dziewiętnastki.

– Dobra, słuchać mnie. Penguins grają dziś w chuj agresywnie. Przy bandach. Zależy im na zwycięstwie. Będą nas próbować zamknąć w tercji neutralnej.

Rysuje na tablicy kilka strzałek. Przyglądam się temu uważnie.

– Dlatego gramy prosto. Dwa podania i wyjazd z tercji. Bez popisywania się, Carson. I bez bohaterstwa. Maksymalnie czterdzieści sekund i zmiana w locie. Jasne? I żadnych slew-footingów6, Boogard!

– Szkoda – mamrocze obrońca, nie kryjąc zawodu w głosie.

Kilku chłopaków parska śmiechem. Nawet trener nie umie ukryć rozbawienia.

– Pierwsza piątka zaczyna ostro. Macie ostro cisnąć od pierwszej zmiany. Nie oddajemy środka.

Wtem spogląda na mnie.

– Knox.

Prostuję się odruchowo.

– Tak, trenerze?

– Wchodzisz na pierwszy face-off7 w pierwszej tercji.

Na sekundę robi się zupełnie cicho. W uszach słyszę własny oddech i coraz szybsze kołatanie serca.

Ktoś gwiżdże za moimi plecami.

– Świeżak do face-offa?! – rzuca Heat pogardliwie.

Trener wzrusza ramionami.

– W Phantoms miał ponad sześćdziesiąt procent wygranych wznowień.

Spogląda prosto na mnie. W jego oczach dostrzegam nieme ostrzeżenie: "Nie spierdol tego".

Jasne, trenerze, zero presji.

Moja dłoń odruchowo wędruje do miejsca, gdzie pod bodikiem ukryłem medalik. Serce nie chce się uspokoić. Mam wrażenie, że za chwilę połamie mi żebra i wyskoczy z piersi. Łopatki aż bolą od chronicznego napięcia.

– Knox!

– Hmm?

– Twoje zadanie jest proste. – Trener robi krótką pauzę. – Wygrywasz krążek i ciśniesz na bramkę, a potem zjeżdżasz na zmianę.

Kiwam głową. Tylko to jestem w stanie zrobić. Czuję na sobie wzrok wszystkich zawodników w szatni. Wwierca się we mnie, powodując dyskomfort. Czuję się jak intruz, który chciałby co najmniej wygryźć kapitana z jego pozycji w drużynie.

Chcę być doceniony, owszem, ale za zasługi.

Nie dlatego, że mam plecy. Bo nie mam, ale oni pewnie myślą inaczej.

Trener dodaje coś jeszcze o strzelaniu z każdej pozycji i że Penguins lubią wjeżdżać środkiem.

– Tylko dobrze nasuń tę przyłbicę – słyszę szyderczy szept za plecami. – Żeby nie było widać łez, jak przerżniesz pierwszego face-offa.

Nie wiem, kto był autorem tego komentarza, bo trener każe nam się pospieszyć. Siadam na ławce, ciągle w szoku, że wystawiono mnie w pierwszej formacji. Wsuwam stopę w łyżwę i naciągam sznurówki. Powoli, oczko po oczku. Kostki muszą być dobrze usztywnione. Nagle wyczuwam czyjąś obecność. Unoszę głowę i z trudem się powstrzymuję, by się gwałtownie nie cofnąć. Twarz Heata jest tak blisko, że niemal stykamy się nosami. Facet wali końcem swojego kija o drzwi szafki po mojej prawej. Metal wydaje zgrzytliwy trzask.

– Lepiej, żebyś to wygrał, Knox – cedzi, po czym się prostuje i wraca na swoją ławeczkę, by również założyć łyżwy.

Nic nie mówię. Chwytam kij i podnoszę się z miejsca. Zaczyna zżerać mnie stres. Wtedy drzwi się otwierają i w szparze pojawia się głowa trenera.

– Gotowi?

– Tak, trenerze!

– Dzisiaj lód należy do nas!

Czuję ekscytujące mrowienie na karku, a potem razem z chłopakami uderzamy patkami o podłogę i wydajemy z siebie bojowy okrzyk.

Wchodzimy do tunelu. Dudnienie muzyki i okrzyki publiczności z każdym krokiem narastają. Brama otwiera się z irytującym skrzypnięciem, które dociera do mnie mimo panującej wrzawy. Wchodzimy na lód. Penguins już się rozgrzewają.

Kiedy tylko stawiam pierwszy krok na zamarzniętej tafli, coś się zmienia. Jakby nagle potulny, wycofany Jude otworzył klatkę i wypuścił żądną rywalizacji bestię. Okrążam lodowisko kilka razy, potem rozgrzewam nogi i nadgarstki. Entuzjastyczne okrzyki publiczności docierają do mnie odrobinę przytłumione. Wzrokiem szukam rodziców. Staram się zignorować zawód, który osiada na piersi niczym smoła i utrudnia oddychanie.

Nie przyszli.

Żadna nowość, a za każdym razem boli tak samo mocno.

Nigdy mi nie kibicowali, chociaż tata namiętnie ogląda mecze NHL w telewizji. Już dawno przestałem próbować pojąć ich logikę. Swojego czasu matka wysunęła argumenty o pogańskich igrzyskach, kulcie ciała i próżności, a potem rzuciła tekstem o wyższości modlitwy nad brutalnością sportu.

A mimo to liczyłem, że chociaż tata się pojawi. Ogarnia mnie zniechęcenie, a potem nagle dostrzegam wielki transparent: "KNOX THE PUCK IN!"8. Trzyma go dwójka dzieciaków. Moje usta mimowolnie rozciągają się w uśmiechu. Rudej czupryny nie pomyliłbym z żadną inną: Jay. I Ruby. Machają jak szaleni, kiedy się orientują, że ich zauważyłem. Towarzyszą im bracia Szach Mat, a także Ray i Roxanne. Wzruszenie na moment odbiera mi dech.

Na nich zawsze mogę liczyć.

Szkoda tylko, że ten, który pokazał mi, czym jest hokej, nigdy się nie zjawia.

Nie ma z nimi także Primrose. Smutek rozlewa się w gardle nieprzyjemną goryczą. Ona jedyna zawsze wybiera stronę mamy. Ziarenko wątpliwości zaczyna kiełkować do rozmiaru orzecha włoskiego.

Mama nie pochwala drogi, którą obrałem.

Sprzeciwiam się jej.

To grzech przeciwko...

Z zamyślenia wyrywa mnie gwizdek sędziego. Niepewność odpływa w nicość. Zamiast niej czuję liźnięcia płomyków strachu, ale je akurat potrafię zignorować. Znam swoją wartość. I nie zawiodę drużyny. Nawet jeśli jej członkowie we mnie nie wierzą.

Seba, zerkam w sufit, przyciskając medalik Świętego Sebastiana do ciała, nie spieprz tego!

Staję na środku. Środkowy Penguinsów zatrzymuje się naprzeciwko. W tym sezonie grają bardzo agresywnie. Oglądałem wszystkie ich mecze i wiem, że nie zważają na nic, byle zdobyć bramkę.

Szyderczy uśmieszek rozciąga usta przeciwnika, kiedy stajemy na wprost siebie na środkowej linii, gotowi na znak sędziego.

– Flyersi już naprawdę tak nisko upadli, że wystawiają świeżaka do pierwszego face-offa?

Nie odpowiadam. Nie uciekam spojrzeniem, dopóki on pierwszy tego nie zrobi. Skupiam się na jego postawie. Obserwuję. O zwycięstwie nie decydują tylko umiejętności czy siła fizyczna, ale przede wszystkim analityczny umysł. I wówczas to dostrzegam. Zbliża prawy łokieć do tułowia, nieznacznie przenosi ciężar ciała na tę stronę, a jego wzrok na ułamek sekundy wędruje w lewo.

Będzie tam zagrywał.

Wszystko cichnie – poza szumem krwi w uszach i dudniącym sercem.

Mam wrażenie, że nawet ono skanduje: "Knox! Knox!".

Obrońcy cofają się w stronę bramki, skrzydłowi ustawiają na pozycjach, a ja skupiam uwagę na najważniejszym: na krążku.

Słyszę tylko swój własny oddech i czekam na sygnał. Nieruchomo. To jest moment, dla którego wstaję każdego ranka o piątej, by iść pobiegać. Chwila, dla której wyciskam siódme poty na siłowni. Sekundy, dla których daję z siebie wszystko na każdym treningu.

Bo chcę być zwycięzcą.

Ten face-off należy do mnie!

Pochylam się. Chwytam kij w połowie.

Sędzia unosi krążek.

Wszystko cichnie.

Dokładnie widzę, kiedy rozluźnia palce.

Guma9 spada, czas zwalnia. Lecz zanim krążek dotyka lodu, już wiem, że go przechwycę. Uderzam kijem o zmrożoną taflę i jednym ruchem posyłam gumę do tyłu.

Tłum ryczy. Ten entuzjazm działa na mnie lepiej niż wypicie przedtreningówki. Napędza mnie do działania. Jest niczym paliwo w samochodzie. Wygrywam wznowienie i już mam zjeżdżać na zmianę, ale krążek wraca do mnie szybciej, niż się spodziewam. Podaję go na skrzydło i ruszam w kierunku bramki przeciwnika. Obrońca Penguinsów wpada na mnie z impetem. Boli, ale udaję, że mnie to nie obeszło. Oglądam się w lewo, uderzając trzy razy patką w taflę, by dać znać skrzydłowemu, że nikt mnie nie kryje. Ten bez zastanowienia oddaje krążek do mnie. Obrona nie próżnuje. Chce go przejąć. Ale jestem szybszy. Wjeżdżam gwałtownie w przeciwnika, w wyniku czego ląduje on na glebie, i z całej siły wybijam gumę w stronę siatki. Bramkarz nie ma szans, kiedy posyłam krążek w kanał – prosto do bramki, centralnie między jego nogami.

Tak!

Satysfakcja aż zapiera mi dech. Tłum wiwatuje, a pozostała czwórka podjeżdża, by zbić ze mną żółwika. Odruchowo spoglądam na trybuny, by zobaczyć uznanie w oczach ojca. A potem nagle do mnie dociera, że przecież go tu nie ma.

Zjeżdżamy na zmianę. Nie tracąc czasu, przeskakujemy przez bandę. Kibice to lubią. Dobrze, że nie puszczam krawędzi bandy, bo bez wątpienia bym upadł i zrobił z siebie pośmiewisko. Ona jest ostatnią osobą, której się tu spodziewałem.

Amelie O'Harra.

Kocham się w niej od czwartej klasy podstawówki, ale ona nigdy mnie nie zauważała. A ja nie miałem na tyle odwagi, by zrobić pierwszy krok. Im starsza była, tym piękniejsza się stawała, a ja przez to jeszcze bardziej nieśmiały.

A teraz stoi tu, z izotonikiem w dłoni, i się do mnie uśmiecha.

Policzki zaczynają mi płonąć. A ona... O cholera!

Ona. Tu. Idzie!

Ściskam mocniej kij, a palcami drugiej ręki mocniej trzymam się bandy. Dłonie pocą mi się w rękawiczkach.

– Proszę. – Podaje mi butelkę.

Zmuszam się, by puścić krawędź, ale na odpowiedź już nie starcza mi sił. A może odwagi. W zasadzie obu tych rzeczy. Biorę od dziewczyny izotonik, ale zanim pryskam napojem do ust, czyjeś łapsko zdusza butelkę i ciecz zachlapuje mi całą twarz. Dobiega mnie rechot kolegów z drużyny.

– Już się spuściłeś?

– Krótkodystansowiec...

Robię się coraz bardziej czerwony. Amelie marszczy gniewnie brwi i zerkając ponad moim ramieniem, rzuca:

– Mówisz o sobie, Bounce?

Rozlega się pełne rozbawienia buczenie, ale nikt już nie drwi.

– Jedyny, który ma mózg na właściwym miejscu i ceni swoje uzębienie – dodaje dziewczyna, ponownie spoglądając na mnie, i uśmiecha się przyjaźnie. Jej dłonie wędrują do zaczepów po bokach kasku. Unosi moją przyłbicę, a potem wyjmuje chusteczkę i wyciera mi twarz.

– Nie ma za co, Knox. – Mruga i odchodzi.

Zasycha mi w gardle, a mój system nerwowy chyba doznaje paraliżu. Amelie wraca do zgrzewek z napojami, bo właśnie kolejni zawodnicy się zmieniają, a ja nadal stoję i się gapię.

– Knox! Zaraz wchodzisz! – dobiega mnie głos trenera.

Otrząsam się z szoku. Pryskam napojem do ust, rzucam butelkę pod ławkę i zapinam przyłbicę w momencie, kiedy nadjeżdża mój zmiennik, a potem jednym susem wybijam się nad bandę.

2 Tercja – w zależności od kontekstu: jedna z trzech części lodowiska (obronna, neutralna i ataku), wyznaczona przez linie niebieskie, które oddzielają tercję neutralną od tercji obrony i ataku; przez środek lodowiska przebiega dodatkowo linia czerwona, dzieląca tercję neutralną na pół. Tercją określamy także jedną z trzech części meczu (1., 2. i 3. tercja).

3 Bodik – ochraniacz na tułów hokeisty, zabezpieczający klatkę piersiową i barki.

4 Patka – w hokejowym slangu dolna, płaska część łopatki kija hokejowego, używana do prowadzenia krążka, podnoszenia go oraz wykonywania strzałów.

5 Drużyna farmerska – zespół z niższej ligi, stanowiący zaplecze kadrowe dla klubu NHL i służący rozwojowi zawodników.

6 Slew-footing – niebezpieczny faul polegający na podcięciu przeciwnika od tyłu.

7 Face-off – w hokejowym slangu pierwsze wrzucenie krążka rozpoczynające mecz lub tercję; kolejne wznowienia gry, np. po zdobytej bramce czy faulu, zawodnicy zwykle określają po prostu jako wznowienia.

8 Gra słów z ang. knock the puck in, czyli "wbij krążek do bramki". Nazwisko Knox brzmi podobnie do czasownika knock.

9 Guma – krążek w slangu hokejowym.

2JUDE* TO BYŁO EPICKIE *

Przeskakujemy z moim zmiennikiem przez bandę niemal jednocześnie. Łyżwy zgrzytają w zetknięciu z taflą. Jest remis. Zmierzam na środek, a po wznowieniu od razu dostaję krążek. Posyłam go w bok, kiedy niespodziewanie ktoś celowo na mnie wpada. Uderzam plecami w zaporę, przyduszony potężnym ciałem zawodnika Penguins.

– To za face-offa – słyszę, kiedy zamroczony siłą uderzenia tracę równowagę i padam na lód.

– Odpierdol się od niego – dobiega mnie wkurzony głos Heata.

Chyba dość ostro się przepychają, bo kątem oka rejestruję zamieszanie. Robi mi się niedobrze, ale nie mogę sobie pozwolić na słabość. Wstaję. Kolana mi drżą, a przed oczami tańczą mroczki. Nie mam pojęcia, gdzie może być krążek.

– W porządku, Knox? – pyta sędzia.

Kiwam głową, bo nie jestem w stanie wydusić słowa. Boję się, że się porzygam. Podnoszę kij i patrzę z wdzięcznością na swojego kapitana. Sędzia unosi ramię, wskazując ławkę kar, i zarządza wznowienie. Kapitan Penguins schodzi na dwie minuty, a zanim zajmuję miejsce na buliku10 w tercji ataku, Heat rzuca:

– Zapamiętaj jego numer, świeżaku. Nikt nie będzie bezkarnie faulował naszych!

Przez moment krzyżujemy spojrzenia. W jego oczach dostrzegam uznanie. Uśmiecham się kącikiem ust i przyjmuję pozycję do wznowienia. Skupiam się na dłoni sędziego. Trzymam kij w połowie, z patką tuż przy tafli. Rywal wykorzystuje moje rozkojarzenie po faulu i z łatwością odbiera mi krążek. Posyła go do ich środkowego. Pędzę w kierunku naszej bramki, ale obrońcy skutecznie odpierają atak przeciwników. Nasz bramkarz przechwytuje gumę i potężnym wybiciem posyła ją w stronę drugiej bramki. Mam ułamek sekundy na podjęcie decyzji, bo krążek pędzi wprost na mnie, na wysokości kolan. Zdaję się na instynkt. Podskakuję, nie wiedząc nawet, czy ma to jakiś sens. Guma przemyka pod łyżwą, uderza w taflę tuż przede mną, zaskakując bramkarza Penguins. Trybuny eksplodują entuzjastycznym rykiem, kiedy krążek przelatuje pod pachą bramkarza i ląduje centralnie w siatce. Kibice szaleją, a nasza linia zjeżdża na zmianę. Kapitan klepie mnie w ramię.

– To było epickie, Knox. – Nachyla się jeszcze na moment i dodaje ciszej: – Witaj we Flyers.

Zwalniam i wpatruję się w plecy Heata z niedowierzaniem. Wzruszenie tak mocno ściska mi gardło, że aż boli. Zjeżdżam jako ostatni. Amelie znów do mnie podchodzi z izotonikiem.

Jezu, jest taka ładna...

Nie wiem, jak się zachować. Boję się nawet odezwać, żeby nie palnąć czegoś głupiego. Zwłaszcza kiedy się tak do mnie uśmiecha.

Ponownie sama podnosi mi przyłbicę kasku.

– Proszę – mówi.

Milczę.

Robi mi się duszno.

Nie jestem przyzwyczajony do zainteresowania ze strony dziewczyn. I mimo iż Amelie mnie onieśmiela, nie potrafię oderwać od niej wzroku. Pryskam napojem do ust, cały czas patrząc jej w oczy. Tęczówki ma szare, z granatowymi obwódkami. Kiedy krzyżuje ze mną spojrzenie, zapominam, jak się oddycha. Długie blond włosy zaplotła w dwa warkocze. Teraz zwisają swobodnie po obu stronach jej klatki piersiowej. Z trudem unoszę wzrok i czuję, jak moje policzki wybuchają gorącem.

Piję jeszcze trochę, bo jej obecność jakimś cudem wysusza mi gardło na wiór. Jak przez mgłę dociera do mnie gwizdek sędziego kończący pierwszą tercję. Nasi zjeżdżają do szatni, ktoś mnie trąca, ale ledwo to zauważam. Gdzieś w oddali rozlega się taneczna muzyka. I jakby warkot silnika Rolby11. Hipnotyzujące spojrzenie dziewczyny trzyma mnie w swoich okowach. Wtedy słyszę głośne: "Kiss! Kiss!".

A potem jeden z kolegów z drużyny rzuca:

– Ziemia do Knoxa!

– Mamy ci pokazać, jak się to robi, świeżaku?

Robi co?

Otrząsam się z otępienia i wówczas zauważam telebim, który wyświetla mnie i Amelie.

O cholera! – to wszystko, co jestem w stanie pomyśleć, bo nagle dziewczyna staje przede mną, zaplata mi dłonie na karku, a potem nie istnieje już nic poza jej miękkimi, ciepłymi ustami. Smakuje truskawkami. Przymykam powieki. Upuszczam izotonik. Przez sekundę nie wiem nawet, co zrobić z rękami, a potem ostrożnie przyciągam ją do siebie. Bo nadal nie dowierzam, że oto w końcu trzymam ją w ramionach.

A to zdecydowanie nie jest buziak dla kiss cam12.

Amelie z ociąganiem przerywa pocałunek, po czym spogląda mi w oczy. W tym momencie nie istnieje nic poza nami. A potem zbliża twarz do mojego ucha i szepcze:

– To był najlepszy pocałunek w moim życiu, Knox. Liczę, że nie ostatni.

Odsuwa się, a ja mam wrażenie, jakby nagle gdzieś znikła część mnie. Durzyłem się w tej dziewczynie od tak dawna. A teraz wpadłem po uszy.

– Knox! Do szatni! Zaproszenie ci wysłać?! – warczy trener.

Amelie chichocze i mnie przepuszcza. Nim znikam w tunelu, odwracam się jeszcze i zerkam na nią. Zbiera puste butelki po napojach i wkłada je do skrzynki. Prostuje się, odrzuca warkocze na plecy i spogląda w moją stronę. Brakuje mi powietrza, kiedy przygryza dolną wargę, a potem jej usta rozciąga delikatny uśmiech.

– Knox!

Odwracam wzrok, chociaż bardzo tego nie chcę, i pospiesznie udaję się do szatni, ściągając w biegu rękawice i kask. Na miejscu drużyna wita mnie salwą uderzeń kijami o podłogę. A potem czuję czyjąś dłoń na barku.

– No, Knox... nie dość, że zgarniasz face-offy, to jeszcze najlepsze laski.

Zapada cisza, a oczy wszystkich zwrócone są na mnie. Nadal jestem w szoku po tym, co się wydarzyło. I robię się jeszcze bardziej czerwony.

– J-ja... – Nie wiem, co powiedzieć.

– Już nie udawaj skromnego... Chociaż może to jest sposób! – drwi Heat. – Zarywam do niej od roku i nic. A tu przychodzi "nieśmiały" – palcami robi w powietrzu cudzysłów – świeżak i od razu zgarnia pocałunek przed kamerą!

– Ty jesteś po prostu dla niej za stary – odzywa się chłopak z dziewiętnastką na koszulce. Chyba Brooke.

– Dobra! – Trener przerywa tę żenującą scenę. – Został nam niecały kwadrans i to nie jest pora na pierdolenie o amorach!

Gromadzimy się wokół tablicy taktycznej i milkniemy.

– Jest dobrze, mamy remis – chwali.

– Od kiedy remis to dla trenera "dobrze"? – wtrąca zdziwiony kapitan.

– W meczu z Penguins to dobrze. Zwłaszcza że jesteśmy już po pierwszej tercji. I zwłaszcza po poprzednim fatalnym sezonie. Kawał dobrej roboty, chłopaki. Byle to utrzymać! Na pewno nie spodziewali się naszego czarnego konia.

Wszyscy spoglądają na mnie.

– Ale że mnie? – wyduszam zaskoczony.

– Nie, kurwa, Rainbow Dash13 – rzuca bramkarz, Bounce.

– Sądząc po częstotliwości fauli, zdecydowanie nie podoba im się ten transfer – śmieszkuje Heat.

Znów ktoś mnie klepie po plecach, a słowa kapitana drużyna przyjmuje pozytywnie.

– Knox, do końca meczu wszystkie wznowienia z twojej linii należą do ciebie – informuje trener. – Mają słabych centrów, ale mocne skrzydła. Bramkarz świetnie pracuje kijem, a motylek14 to jego konik. Nie walicie między nogi, bo jego słabe punkty to przestrzeń pod pachami. I wiem, że podczas meczu trudno jest się skupić na tyle, by uderzać właśnie tam. Zwłaszcza jak obrona dyszy ci w kark.

Drużyna przyjmuje to z ogólnym rozbawieniem. Trener przerzuca notatki, po czym dodaje:

– Bounce – zwraca się do bramkarza – to zagranie z naszej bramki... mega! Knox, myślę, że w połączeniu z twoim podskokiem będzie to najczęściej komentowany strzał w tym sezonie. Nie powtarzamy tego. Raz udało się ich zaskoczyć. Drugi raz już się nie nabiorą.

Nagle drzwi do szatni się uchylają i słychać stanowcze:

– Dwie minuty!

– Dobra, koniec opierdalania, panienki. Wracamy na lód.

Łapiemy kaski, wsuwamy rękawice i sięgamy po kije. Heat staje przodem do nas:

– Kto rządzi?!

– FLYERS! – odkrzykujemy, uderzając kijami o podłogę, a potem pospiesznie opuszczamy szatnię. Czuję zew adrenaliny i przyjemne dreszcze przebiegające po skórze. To już nie jest to uczucie niepewności i obawa, że tu nie pasuję albo że nie dam rady. To ekscytacja, która pcha do działania i szepcze: "Rządzisz, Knox!".

Rządzę!

Na lodzie jestem nie do pokonania!

Matka uznałaby to za przechwałki i kazała z tego powodu iść do spowiedzi, ale hokej to jedyna przestrzeń, w której znam swoją wartość. I nikt mi tego nie odbierze.

Wychodzimy z tunelu. Trybuny szaleją, muzyka dudni w uszach i rezonuje w piersi. Spoglądam na tablicę wyników. Remis aż kłuje w oczy.

– Pierwsza piątka! – krzyczy trener. – Knox, wznowienie!

Nie mogę się powstrzymać. Zajmując środkowy bulik, kątem oka wypatruję Amelie. Na samo jej wspomnienie mrowią mnie usta, a serce nierównomiernie przyspiesza.

Skup się!, ganię się w myślach.

Pojawia się mój przeciwnik. Ma ciemne, krzaczaste brwi i bujnego wąsa. Kojarzę go. Jego atutem jest szybkość, a skuteczność we wznowieniach to ponad osiemdziesiąt procent. Mogłem się spodziewać, że go wystawią. Ma jednak jedną słabość. Nim uderza w krążek, zawsze zezuje w stronę, w którą chce go podać. Wyłączam wszystkie zmysły poza wzrokiem, utkwionym jak zawsze w dłoni sędziego. Palce zaciskam na kiju, nadgarstki pozostają luźne.

Teraz.

Kiedy krążek spada, zerkam w kierunku zawodnika Penguins. Może i jest ode mnie szybszy, ale nim posyła gumę w lewo, patrzy w tamtym kierunku. Błyskawicznie blokuję jego podanie i odbieram krążek, podając na skrzydło. Dopiero wówczas dociera do mnie wrzask kibiców i komentarz spikera:

– Proszę państwa, to zagranie było kapitalne. Knox zaskakuje po raz kolejny w tym meczu!

Zjeżdżam na zmianę, jak kazał trener. Przeskakuję nad bandą i oglądam się za siebie, wypatrując rodzeństwa. Podskakujący w powietrzu transparent z moim nazwiskiem potwierdza, że na trybunach dają z siebie tak dużo jak ja na lodzie. Kiedy odwracam głowę, Amelie już jest przy mnie z butelką. Uśmiecham się do niej, tym razem pewniej niż za pierwszym razem, ale i tak się czerwienię. Dobrze, że tego nie widzi.

Po drugiej tercji przegrywamy jednym punktem. Trener w szatni nie zostawia na nas suchej nitki. Niemal czuję na barkach ciężar spadającego morale. Nim zakładam rękawice, wyjmuję medalik spod bodika, ściskam go w pięści i zanim schowam z powrotem, proszę w myślach:

Nie pozwól nam zawieść.

Na lód wyjeżdżamy zorani. Płuca mnie palą, uda drżą przy każdym odepchnięciu, a mięśnie bolą od nadmiernego wysiłku. To chyba najintensywniejszy mecz w mojej karierze. I bolesny. Nie zliczę, ile razy przygniatano mnie do bandy. Ustawiam się do wznowienia. Znów trafiam na kapitana Penguinsów.

– Na twoim miejscu, Knox, nie zbliżałbym się w okolice naszej bramki.

Milczę. Wiem, że próbuje mnie zdekoncentrować. Krew dudni mi w uszach, pot spływa po twarzy, ale ja skupiam się na najważniejszym.

Kiedy krążek ląduje na tafli, zgarniam go, lecz zamiast posłać dalej, z impetem wpadam na kapitana Penguinsów, przewracając go. Dopiero wówczas podaję na skrzydło i zjeżdżam na zmianę. Bark pulsuje ostrym bólem, ale satysfakcja z położenia tego gnoja na lodzie rekompensuje wszystko.

– Uważaj na niego – szepcze trener. – Upokorzyłeś go.

– Zasłużył – odpowiadam hardo.

Nie jestem zwolennikiem przemocy. W domu jestem tym najspokojniejszym synem. Bracia Szach Mat śmieją się nawet, że matka zamiast mlekiem poiła mnie Valium. A gdy byli młodsi, służyłem im za worek treningowy.

Ale dom to dom.

Tu, na lodzie, jestem po prostu sobą. Nie muszę zakładać maski opanowanego, grzecznego chłopca w obawie przed dezaprobatą mamy.

Ostatnia tercja jest bardzo wyrównana. Czuć napięcie i wszyscy popełniamy coraz więcej głupich błędów. Wiem, że trener będzie nam o to suszył głowę. Wtem skrzydłowy Penguinsów oddaje strzał. Krążek odbija się od kija i ląduje za bramką. Bounce pędzi, by go przejąć, i zostaje zepchnięty przez centra rywali. Widzę, jak guma odskakuje od bandy i mam wrażenie, że wszyscy wstrzymują oddech.

Bramka jest pusta.

A krążek sunie w sam środek siatki.

Nikt nie jest dostatecznie blisko, by go zablokować. Moje nogi decydują same. Odpycham się i nurkuję, wyciągając kij jak najmocniej w stronę pędzącego kawałka gumy. Wkładam wszystkie siły w to, by się nim zamachnąć. Czuję wibracje, kiedy patka zderza się z krążkiem.

Zrobiłem to! – pojawia się w mojej głowie na ułamek sekundy przed tym, jak ciało z impetem uderza w zmarzniętą taflę, a ja ląduję w bramce. Wbijam się w siatkę. Oszołomiony widzę zegar wskazujący ostatnie sekundy, ale skupiam się na krążku. Przejmuje go Heat. Penguins są w szoku i to daje nam kilka sekund przewagi, bo zanim na powrót włączają się w grę, ja już jestem na nogach. Nie zastanawiam się. Pozwalam ciału działać. Adrenalina przejmuje stery. Mknę ku bramce przeciwnika. Heat mnie zauważa. Odbija krążek w moją stronę. Mam go. Nie strzelam, bo widzę sunących w moim kierunku obrońców. Wiem, że będzie bolało, ale zwlekam z podaniem do ostatniej chwili. Ułamek sekundy przed konfrontacją posyłam gumę z powrotem do Heata.

Siła zderzenia na moment mnie otumania. Ląduję na lodzie, uderzając tyłem głowy o taflę. Kask amortyzuje upadek, ale i tak odczuwam jego skutki. Dlatego w pierwszej chwili nie rozumiem, dlaczego nagle koledzy z drużyny unoszą mnie w powietrze, a trybuny skandują moje nazwisko.

– Proszę państwa, cóż to była za akcja. Cóż za asysta. Bez wątpienia transfer Knoxa z Phantoms to była najlepsza decyzja, jaką Flyers podjęli w tym sezonie!

Trochę kręci mi się w głowie, więc dopiero po chwili dostrzegam tablicę z wynikiem.

Wygraliśmy.

Jednym punktem.

10 Bulik – potoczne określenie punktu wznowień w tercji ataku/obrony (kół wznowień), oznaczonego na lodzie, przy którym sędzia wznawia grę przez wrzut krążka.

11 Rolba – maszyna do czyszczenia i wygładzania lodu na lodowisku.

12 Kiss cam – popularna zabawa na wydarzeniach sportowych w USA, podczas której kamera pokazuje pary na trybunach lub przy ławce zawodników, zachęcając je do pocałunku.

13 Rainbow Dash – postać z animacji My Little Pony, pegaz, który uwielbia rywalizację sportową.

14 Motylek – technika obrony bramkarskiej (ang. butterfly), polegająca na opuszczeniu się na kolana i rozłożeniu parkanów na boki w celu zasłonięcia dolnej części bramki.

3JUDE* KTO RZĄDZI?! FLYERS! *

– Knox, kurwa! Zrobiłeś to! – Heat łapie mnie za kask i uderza przodem swojego o mój. Tkwimy tak przez moment. To znaczy dla mnie więcej niż słowa.

Kiedy się odsuwa, oczy błyszczą mu ze szczęścia. Zupełnie nie przypomina tego poirytowanego gbura sprzed pierwszej tercji.

– Zrobiliśmy! – próbuję przekrzyczeć wrzawę. – Zrobiliśmy to razem!

Uśmiecha się, klepie mnie po karku, a potem wraz z resztą chłopaków unosimy kije, odwracamy się w stronę naszych trybun i wraz z kibicami skandujemy:

– FLYERS! FLYERS!

Dostrzegam reprezentantów Knoxów. Bracia Szach Mat trzymają na barana Ruby i Jaya, którzy zawzięcie wymachują transparentem z moim nazwiskiem.

– Widzę, że masz silne wsparcie! – krzyczy Heat wprost do mojego ucha, powodując tym samym nieprzyjemny ból.

– Tak. – Uśmiecham się. – To moje rodzeństwo.

Staram się nie myśleć o tym, jak wiele bym dał, by dostrzec na trybunach tatę. To przecież on pierwszy zabrał mnie na lodowisko. To z nim stawiałem pierwsze kroki na łyżwach. Mam nawet zdjęcie. Stoję z takim śmiesznym balkonikiem, uśmiechnięty od ucha do ucha. To on wziął mnie na pierwszy mecz Flyers. Marzyłem, by kiedyś nosić pomarańczowe barwy. Teraz, kiedy to marzenie się ziściło, jego nie ma obok.

Coś kłuje mnie w piersi, a kąciki oczu nieprzyjemnie szczypią. Zagryzam usta, bo dolna warga niebezpiecznie drży. Ale wówczas chłopaki kierują się w stronę czerwonej linii. Zdejmujemy rękawice i podajemy sobie ręce z przeciwnikami. Kiedy przychodzi moja kolej na zbicie piątki z ich kapitanem, ten zdaje się wahać. Przekrzywia głowę, kącik jego ust wędruje do góry, nadając mu lekko kpiącego wyglądu, ale w końcu wyciąga w moim kierunku dłoń i rzuca:

– To była wyrównana walka, Knox. Liczę na rewanż u nas.

– Masz to jak w banku, Rowen. – Uśmiecham się.

W końcu zjeżdżamy do szatni. Uderzamy kijami o bandę, na trybunach nadal niedobitki naszych kibiców skandują: "Flyers!". Wyłapuję nawet swoje nazwisko. Odszukuję wzrokiem Amelie. Stoi przy ławeczce. Nie odrywa ode mnie spojrzenia, ale nie rusza się z miejsca, kiedy schodzimy z tafli. Nim znikam w tunelu, po raz ostatni ośmielam się zerknąć w jej kierunku. Puszcza oczko, a wtedy zalewa mnie nieznane dotąd ciepło. Jak zwykle jestem na samym końcu. Czuję każdy mięsień i każdy fragment obitego ciała, ale nigdy nie zamieniłbym tych doznań na nic innego. Nim docieram do szatni, odpinam kask. Uchylam drzwi i wówczas zostaję wciągnięty do środka, po czym dziewiętnastu chłopa niemal przygniata mnie do ziemi. Ktoś polewa mnie lodowatą wodą. Śmiejemy się w głos. Szczerze. W końcu naprawdę tu pasuję. Ktoś inny krzyczy:

– Kto wygrał?!

– FLYERS! – wydzieramy się na całe gardło.

Heat klepie mnie w ramię i z rozbawieniem rzuca do chłopaków:

– Cwaniak. Myślał, że jak poda zwycięską asystę, to się wkupi w nasze łaski. Nic z tego, Knox!

– Jutro stawiasz żarcie! – rzuca na wpół rozebrany Bounce.

Jego ochraniacze walają się po całej szatni. Zdążyłem zauważyć, że to największy bałaganiarz w drużynie.

– Spoko – odpowiadam.

– Lepiej weź pożyczkę. Lubimy dobrze zjeść – wtrąca Carson z rozbawieniem.

– A tak na serio – kapitan nachyla się tak, żebym tylko ja słyszał – dobra robota. Kiedy trener wystawił cię do pierwszego face-offa, myślałem, że upadł na głowę. Skurwiel jak zwykle miał nosa. – Odsuwa się i wyciąga w moją stronę rękę. – Witaj w drużynie.

Emocje nadal w nas buzują, ale zaczynamy się wyciszać. Biorę długi, gorący prysznic. Para unosi się pod sufitem, a zapach potu miesza z wonią żelu. Dopiero teraz zaczynam odczuwać potworne zmęczenie. Kiedy wracam, chłopaki wykłócają się o to, do jakiej knajpy pójdziemy jutro uczcić wygraną. Wtedy dobiega nas dość głośne pukanie do drzwi. Zanim ktokolwiek z nas reaguje, do środka wpadają Ruby i Jay. Rzucają się na mnie, o mały włos mnie nie przewracając. Za nimi wbiega Sam.

– Sorry! – rzuca, spoglądając przepraszająco na kapitana. – Spieprzyli mi w drodze do auta. Ruby się uparła, że musi cię przytulić jako pierwsza – dodaje w momencie, kiedy siostra wyciska na moim policzku mokrego buziaka.

Jay podskakuje, ciągnąc mnie za ramię. Muszę trzymać ręcznik wolną ręką, bo za chwilę mi go zsuną. Gdy do szatni wchodzi trener, wszyscy milkną. Nawet dzieciaki się wyciszają. Mężczyzna omiata spojrzeniem zebranych.

– Idziemy! – nakazuje Sam tonem policyjnego służbisty.

– Ale... – protestuje Ruby.

– Zaraz oddam ci brata, młoda damo. – Trener mruga do niej porozumiewawczo. – A teraz zostawcie nas samych.

Zanim drzwi szatni zamykają się za moim rodzeństwem, dostrzegam na korytarzu Amelie. Moje serce gubi rytm. Nie zliczę, który to już dziś raz.

Trener staje przy tablicy taktycznej. Milczymy, czekając na to, co ma nam do powiedzenia.

– Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się wygranej. A już na pewno nie w takim stylu. Jestem z was dumny. Za trzy tygodnie gramy rewanż w Pittsburghu. Czeka nas wiele pracy, by utrzymać obecną pozycję, ale wierzę w was. Zawsze wierzyłem, a po tym, co widziałem dziś, wiem, że w tym sezonie zajdziemy naprawdę wysoko. KTO RZĄDZI?!

– FLYERS!

– No. – Uśmiecha się z zadowoleniem. – Wyspać się, odpocząć i pojutrze szósta rano widzę was na lodzie.

– Coś czuję – rzuca Bounce, kiedy trener znika – że przez te trzy tygodnie będziemy wypluwać płuca. Sadysta nam nie odpuści.

– Świeżak jeszcze będzie żałował, że go przenieśli z Phantoms – żartuje jeden ze skrzydłowych.

Nie będę!, przebiega mi przez myśl.

Wychodzimy całą drużyną. Przed szatnią czekają nasi najbliżsi. Ruby i Jay rzucają się na mnie z głośnym piskiem, a kiedy kończą mnie ściskać, ich miejsce zajmują po kolei Roxanne, Ray oraz moi najstarsi bracia.

– To gdzie świętujemy? – dopytuje Jay.

– Ty przed telewizorem, oglądając wieczorynkę – oznajmia Sam poważnym tonem.

Jay obraca się z naburmuszoną miną i wali go piąstką prosto w żołądek.

– Ja pieprzę! – Sam zgina się wpół, na co Ray i Mat wybuchają śmiechem. Ewidentnie nie spodziewał się ciosu.

– Jay, nie wolno bić! – ruga go Roxanne.

Zawsze wszystkim matkuje.

– To nie bicie. – Braciszek pręży dumnie pierś. – To pięść sprawiedliwości.

– Uważaj, jak następnym razem w ramach sprawiedliwości zostawię cię w domu, gówniarzu! – warczy Sam.

– Samuelu! – oburza się Rox.

Obserwuję ich przekomarzanki i cieszę się, że mam osoby, na które zawsze mogę liczyć. Wiem, że nigdy mnie nie zawiodą.

I wówczas ją dostrzegam.

Moje serce przyspiesza, a oddech więźnie w gardle.

Amelie stoi nieopodal, oparta biodrem o ścianę, i przekrzywiając lekko głowę, obserwuje nas z wyraźnym rozbawieniem. Na jej ustach błąka się pełen rozczulenia uśmiech. Nagle spogląda wprost na mnie. Mam wrażenie, że świat momentalnie kurczy się do nas dwojga. Nie wiem, jak długo tak stoję i się gapię, ale nagle przed moimi oczami pojawiają się kluczyki od samochodu. Mrugam gwałtownie, wyrwany z transu. Mat uśmiecha się głupkowato i puszcza do mnie oczko.

– Na twoim miejscu bym się nie zastanawiał – rzuca.

– A-ale... nad czym? – dopytuję, totalnie zdezorientowany.

– Cały Jude. – Sam klepie mnie po plecach, a potem szepcze do ucha: – Weź ją na kolację albo ja to zrobię. Fajna jest...

Czuję, jak gorąco wypełza na moje policzki. Ale odczuwam coś jeszcze, pojawia się jakieś nieprzyjemne doznanie, które powoduje, że mam ochotę przywalić bratu za samą sugestię, że mógłby iść na kolację z Amelie.

– To jak będzie? – pyta Mat.

– A jak wrócicie do domu? – drążę, na co Sam przewraca oczami.

– Jeszcze nie zlikwidowano komunikacji miejskiej w Filly – sarka Mat. – Dalej, ferajna. Zbieramy się, bo Jude ma randkę.

– Co to randka? – dopytuje Jay.

– To jak chłopak zabiera dziewczynę do restauracji albo do kina i się całują – odpowiada Ruby.

– Fuuuj... – jęczy najmłodszy Knox, po czym wsuwa palec do ust i udaje, że wymiotuje.

A ja czerwienię się jeszcze bardziej.

Mat wciska mi kluczyki w dłoń, łapie Jaya za kark i zmusza do ruchu.

– Baw się dobrze, Jude. – Rox całuje mnie w policzek. – To był świetny mecz.

Chwyta dłoń Ruby i odchodzą. Ray przez moment na mnie patrzy, a potem zbliża się i mówi:

– Chciałbym być kiedyś taki jak ty, wiesz?

Rozczula mnie tymi słowami tak bardzo, że pod powiekami znów czuję łzy.

– Knox! – krzyczy Heat. – Jutro wieczorem w Xfinity Live!

W odpowiedzi unoszę kciuk. Korytarz pustoszeje, a ja coraz bardziej czuję w piersi ciężar tego, co za chwilę nastąpi. Serce trzepocze z emocji, oddech się rwie, a dłonie pocą. Amelie odpycha się od ściany i odważnie kroczy w moją stronę. Obserwuję, jak kusząco kołysze biodrami. Onieśmiela mnie. Nie rozumiem, dlaczego interesuje się kimś takim jak ja. Jest olśniewająca, a ja... Ja tylko gram w hokeja i jestem potwornie nieśmiały. Dziewczyny wolą pewnych siebie i...

– To dokąd idziemy? – pyta zdecydowanym tonem.

Zero zawahania, zero skrępowania.

Przełykam ślinę. Gardło mam ściśnięte z nerwów i ledwo wyduszam ciche:

– Może McGillin's Olde Ale House?

To pierwsze miejsce, które przychodzi mi do głowy. Nigdy tam nie byłem, ale słyszałem, że to najstarszy pub w mieście i jest bardzo klimatyczny. Twarz Amelie rozjaśnia uśmiech.

– Mega! – rzuca w odpowiedzi, po czym obejmuje palcami moje ramię.

Przebiega mnie przyjemny dreszcz. Nie zdążymy zrobić nawet kilku kroków, kiedy za plecami słyszę lekko drżący głos:

– Przepraszam!

Odwracam się.

Za mną stoi czarnowłosa nastolatka o niesamowicie zielonych oczach. Na czoło opada jej długa grzywka. Tkwi nieruchomo, miętosząc trzymaną w dłoni koszulkę.

– Idź – szepcze Amelie. – To chyba twoja fanka. Poczekam.

Puszcza moje ramię, a ja staję naprzeciw małej. Dziewczyna ucieka spojrzeniem, gryzie kciuk, po czym nieśmiało się upewnia:

– Jude Knox, prawda? Trzynastka?

– Tak?

– Bardzopanapodziwiamjestpanmoimidolem – wyrzuca z siebie potok słów. Chwilę trwa, zanim dociera do mnie ich sens.

Zaskakuje mnie.

Ja? Idolem?

Słyszę za plecami cichutki chichot Amelie. Sam również z trudem kryję rozbawienie, ale jestem w stanie zrozumieć podenerwowanie tej dziewczynki.

– To bardzo miłe, co mówisz. – Podchodzę bliżej. – Co mogę dla ciebie zrobić?

– J-ja... przyniosłam panu moją koszulkę. I chciałam... chciałabym kiedyś dojść tak daleko jak pan...

Wyciąga w moją stronę biało-granatowy materiał. Unoszę go. Dostrzegam numer 19, a nad nim napis "Ice Quinn"15.

– To liga szkolna. Królowa Lodu, taka gra słów – tłumaczy lekko zmieszana, po czym dodaje: – Mam na imię Quinn. I jestem kapitanką.

Słyszę dumę w jej głosie.

– Wow! Szacun!

To naprawdę duże wyróżnienie. Musi być dobra. I nagle w mojej głowie pojawia się genialna myśl.

– Wiesz co?

Dziewczynka wpatruje się we mnie z uwielbieniem. Chyba naprawdę mnie podziwia. Dlatego to, co chcę zrobić, uważam za dobry pomysł. Odkładam torbę i zdejmuję swoją zapasową koszulkę z numerem 13, którą założyłem po meczu, a następnie podaję ją nastolatce. Jej oczy robią się wielkie jak spodki. I jeszcze bardziej zielone.

– Zawodnicy wymieniają się koszulkami na znak szacunku – wyjaśniam.

Bierze ode mnie materiał, ostrożnie, niemal z czcią. W jej oczach pojawiają się łzy.

– Dziękuję! – wydusza drżącym ze wzruszenia głosem. – T-to będzie mój talizman. Dziękuję, panie Knox.

Ociera niesforną łzę, która wymknęła się z kącika oka i spłynęła po policzku, po czym odwraca się na pięcie i pędzi w stronę wyjścia. Na końcu korytarza dostrzegam mężczyznę. To pewnie jej ojciec, bo młoda podbiega do niego, a on otacza ją ramieniem.

– To był fajny gest, Jude – słyszę za plecami głos Amelie.

Odpinam torbę. Wyjmuję kolejną zapasową koszulkę i wciągam ją przez głowę.

– Tak myślisz? – pytam w końcu.

– Uhm... zostaniesz w jej pamięci na lata. A może na zawsze?

Uśmiecham się do siebie.

– A teraz chodźmy. Nie mogę się doczekać.

15 Ice Quinn – gra słów od ice queen, królowa lodu, czyli hokejowej tafli.