Judasz - Amos Oz

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Oto histo­ria, która zda­rzyła się zimą na prze­ło­mie roku pięć­dzie­sią­tego dzie­wią­tego i sześć­dzie­sią­tego. Będą w niej pomyłka i namięt­ność, zawód miło­sny i pewna kwe­stia reli­gijna, która pozo­sta­nie tu nie­roz­wią­zana. Na nie­któ­rych budyn­kach znać jesz­cze ślady wojny, która dzie­sięć lat wcze­śniej prze­cięła mia­sto nas pół. W tle usły­szy­cie dale­kie dźwięki akor­de­onu lub tęskną melo­dię har­mo­nijki ust­nej, dobie­ga­jące pod wie­czór zza zamknię­tych okien­nic.

W wielu jero­zo­lim­skich miesz­ka­niach można zna­leźć na ścia­nie salonu gwiaź­dzi­ste wiry Van Gogha albo jego kipiące cyprysy, na pod­ło­dze w małych poko­jach wciąż roz­ło­żone są sło­miane maty, a na kana­pie z gąb­ko­wym mate­ra­cem, przy­kry­tej płó­cienną narzutą w orien­tal­nym guście ze sto­sem hafto­wa­nych podu­szek, leży grzbie­tem do góry otwarta książka - Dni Siklag albo Dok­tor Żywago. Przez cały wie­czór jarzy się nie­bie­ski pło­mień naf­to­wego pie­cyka. Z arty­le­ryj­skiej łuski w kącie pokoju wyra­sta sty­lowo uło­żony bukiet z gałęzi cier­ni­stych krze­wów.

Na początku grud­nia Szmuel Asz prze­rwał stu­dia na uni­wer­sy­te­cie i posta­no­wił opu­ścić Jero­zo­limę, ze względu na miło­sny zawód, na bada­nia, które utknęły w mar­twym punk­cie, a przede wszyst­kim dla­tego, że zban­kru­to­wała firma jego ojca i Szmuel zmu­szony był poszu­kać sobie jakiejś pracy.

Był to postawny, bro­daty, mniej wię­cej dwu­dzie­sto­pię­cio­letni męż­czy­zna, nie­śmiały, uczu­ciowy ast­ma­tyk, socja­li­sta o sło­mia­nym zapale. Miał masywne ramiona, krótką i sze­roką szyję, podob­nie jak palce: grube i krót­kie, jak gdyby każ­demu z nich bra­ko­wało jed­nego knyk­cia. Ze wszyst­kich porów na twa­rzy Szmu­ela Asza pusz­czał się bez hamul­ców krę­cony zarost przy­po­mi­na­jący sta­lową watę. Zarost ten łączył się z kędzie­rzawą czu­pryną i z gęstwą wło­sów na piersi. Z daleka zawsze, latem czy zimą, Szmuel wyda­wał się roz­go­rącz­ko­wany i zlany potem. Z bli­ska jed­nak, co było miłym zasko­cze­niem, oka­zy­wało się, że jego skóra nie wydziela przy­krego zapa­chu potu, lecz, o dziwo, deli­katną woń pudru dla nie­mow­ląt. Z miej­sca zachły­sty­wał się nowymi ide­ami, byleby tylko zostały podane w inte­li­gent­nej for­mie i miały w sobie coś prze­wrot­nego. Ale też prędko się męczył, czy to z winy powięk­szo­nego serca, czy przez dole­gli­wo­ści zwią­zane z astmą.

Nader łatwo do oczu napły­wały mu łzy, co było dla niego powo­dem zakło­po­ta­nia, a nawet wstydu: w zimową noc mały kotek miau­czy pod pło­tem, być może zgu­bił mamę, unosi ku Szmu­elowi żało­sne spoj­rze­nie, łasząc się deli­kat­nie do jego nóg, a jemu już oczy zacho­dzą mgłą. Albo na końcu jakie­goś prze­cięt­nego filmu o samot­no­ści i roz­pa­czy w kinie "Edi­son" oka­zuje się rap­tem, że aku­rat naj­bar­dziej bez­względna z postaci zdolna jest jed­nak oka­zać wiel­ko­dusz­ność, i zaraz zbiera mu się na płacz i ści­ska w gar­dle. Jeśli zoba­czył przy wyj­ściu ze szpi­tala Sza­arej Cedek wychu­dzoną kobietę i dziecko, zupeł­nie mu obcych, któ­rzy stoją przy­tu­leni, zano­sząc się pła­czem - w tej samej chwili i jemu udzie­lał się płacz.

W tam­tych cza­sach zwy­kło się uwa­żać płacz za rzecz kobiecą. Zalany łzami męż­czy­zna budził nie­smak, a nawet nie­ja­kie obrzy­dze­nie, mniej wię­cej tak jak kobieta z zaro­stem na bro­dzie. Szmuel bar­dzo się wsty­dził tej swo­jej sła­bo­ści i sta­rał się nad nią zapa­no­wać, jed­nak bez powo­dze­nia. W głębi serca sam przy­łą­czał się do drwin, jakie wywo­ły­wała ta czu­łost­ko­wość, a nawet godził się z myślą, że nie jest peł­no­war­to­ścio­wym męż­czy­zną, przez co zapewne przej­dzie przez życie na próżno, nie osią­ga­jąc żad­nego celu.

Ale co robisz - pytał cza­sami sam sie­bie ze wstrę­tem - co ty wła­ści­wie robisz poza lito­wa­niem się? Prze­cież tego kotka, na przy­kład, mogłeś wsa­dzić za pazu­chę i przy­nieść do swo­jego pokoju. Kto ci bro­nił? A do tej pła­czą­cej kobiety z dziec­kiem mogłeś po pro­stu podejść i spy­tać, jak można im pomóc. Albo posa­dzić chło­paka z jakąś książką i ciast­kami na bal­ko­nie, pod­czas gdy ty z kobietą usie­dli­by­ście obok sie­bie na łóżku w twoim w pokoju i usta­lili szep­tem, co się jej przy­da­rzyło i co mógł­byś spró­bo­wać dla niej zro­bić.

Kilka dni przed odej­ściem od niego Jar­dena powie­działa: "Albo jesteś takim roz­go­rącz­ko­wa­nym psem, co robi dużo hałasu, biega, łasi się, i nawet kiedy sie­dzisz na krze­śle, to jak­byś się krę­cił za wła­snym ogo­nem, albo na odwrót - całymi dniami tkwisz w łóżku jak nie­prze­wie­trzona zimowa pie­rzyna".

Mówiąc to, Jar­dena miała na myśli z jed­nej strony cią­głe zmę­cze­nie Szmu­ela, a z dru­giej - pewien ładu­nek nad­ru­chli­wo­ści widoczny w jego spo­so­bie cho­dze­nia, za któ­rym zawsze skry­wał się nie­wi­doczny bieg: schody Szmuel zdo­by­wał sztur­mem, po dwa. Ruchliwe ulice prze­ci­nał na skos, w pośpie­chu, z nara­że­niem życia, nie patrząc na prawo ani na lewo, jakby rzu­cał się w wir walki. Jego kędzie­rzawa głowa wysu­wała się mocno do przodu, jakby ruszała do boju, całe ciało się pochy­lało, zawsze spra­wiało to wra­że­nie, jakby nogi pędziły za tuło­wiem, który gonił głowę, i bały się zostać w tyle, by Szmuel nie znik­nął im gdzieś za rogiem, zosta­wia­jąc je za sobą. Bie­gał przez cały dzień, zzia­jany, roz­go­rącz­ko­wany, nie z obawy przed spóź­nie­niem na zaję­cia albo na poli­tyczne spo­tka­nie, lecz dla­tego, że nie­ustan­nie, rano czy wie­czo­rem, dążył do tego, by dokoń­czyć wszystko, co do niego należy, odha­czyć każdy punkt z listy spraw do zała­twie­nia na dany dzień i wró­cić wresz­cie do ciszy wła­snego pokoju. Każdy dzień życia wyda­wał mu się męczą­cym, koli­stym torem prze­szkód, od snu, z któ­rego został wyrwany rano, aż do powrotu pod pie­rzynę.

Uwiel­biał dawać wykłady każ­demu, kto go słu­chał, a zwłasz­cza kole­gom z Koła Odnowy Socja­li­stycz­nej: lubił wyja­śniać, odpie­rać, oba­lać, wno­sić coś nowego. Roz­wo­dził się długo, z zado­wo­le­niem, prze­ni­kli­wo­ścią i polo­tem. Kiedy jed­nak otrzy­my­wał odpo­wiedź i przy­cho­dziła pora, by on z kolei wysłu­chał cudzych pomy­słów, Szmuel naraz popa­dał w znie­cier­pli­wie­nie, sta­wał się roz­ko­ja­rzony, zmę­czony, aż oczy same mu się zamy­kały, a kudłata głowa osu­wała się na poro­śniętą pierś.

Nawet przed Jar­deną z lubo­ścią wygła­szał pło­mienne mowy, burzył uprze­dze­nia, kwe­stio­no­wał utarte normy, wypro­wa­dzał wnio­ski z prze­sła­nek i prze­słanki z wnio­sków. Ale kiedy ona mówiła, powieki prze­waż­nie opa­dały mu po dwóch, trzech minu­tach. Zarzu­cała mu, że wcale jej nie słu­cha, czemu on zaprze­czał, wtedy ona pro­siła, żeby powtó­rzył, co wła­śnie powie­działa, na co on zmie­niał temat i mówił o błę­dach Ben Guriona. Był dobro­duszny, szczo­dry, pełen dobrej woli i miękki jak weł­niana ręka­wiczka, wycho­dził ze skóry, aby zawsze być pomoc­nym dla wszyst­kich, ale przy tym był roz­trze­pany i nie­cier­pliwy: zapo­mi­nał, gdzie dokład­nie powie­sił drugą skar­petkę, czego wła­ści­wie chciał od niego wła­ści­ciel domu albo kto poży­czał od niego notatki z wykła­dów. Ni­gdy się jed­nak nie pogu­bił, gdy trzeba było pre­cy­zyj­nie zacy­to­wać, co powie­dział Kro­pot­kin o Nie­cza­je­wie po ich pierw­szym spo­tka­niu, a co dwa lata póź­niej. Albo który z apo­sto­łów Jezusa był bar­dziej mało­mówny od pozo­sta­łych.

Mimo że lubiła jego nad­po­bu­dliwe uspo­so­bie­nie, jego bez­rad­ność i to, co jej w nim przy­po­mi­nało przy­ja­ciel­skiego psa, któ­rego roz­pie­rają emo­cje, dużego psiaka, który zawsze gar­nie się i łasi do czło­wieka, zosta­wia­jąc ślinę na kola­nach - Jar­dena posta­no­wiła roz­stać się z nim i przy­jąć oświad­czyny jed­nego ze swo­ich wcze­śniej­szych chło­pa­ków, pra­co­wi­tego i mil­czą­cego hydro­loga Neszera Szer­szew­skiego, spe­cja­li­sty od gro­ma­dze­nia wód desz­czo­wych, który pra­wie zawsze umiał odgad­nąć jej następne życze­nie. Neszer Szer­szew­ski kupił jej ładną apaszkę na uro­dziny według daty gre­go­riań­skiej, by następ­nie kupić jej też zie­lon­kawą orien­talną matę zgod­nie z datą żydow­ską przy­pa­da­jącą dwa dni póź­niej. Pamię­tał nawet o uro­dzi­nach jej rodzi­ców.

2.

Jakieś trzy tygo­dnie przed ślu­bem Jar­deny Szmuel zarzu­cił osta­tecz­nie swoją pracę magi­ster­ską, Jezus w oczach Żydów , do któ­rej z początku pod­cho­dził z ogrom­nym entu­zja­zmem, cały zelek­try­zo­wany śmiałą intu­icją, jaka olśniła go przy wybo­rze tematu. Kiedy jed­nak zaczął badać szcze­góły i wgry­zać się w tek­sty źró­dłowe, szybko stwier­dził, że w jego olśnie­wa­ją­cej myśli nie ma w zasa­dzie nic odkryw­czego, poja­wiła się nawet w druku, zanim przy­szedł na świat, na początku lat trzy­dzie­stych, w przy­pi­sie do nie­wiel­kiego arty­kułu, jaki opu­bli­ko­wał jego wielki nauczy­ciel, pro­fe­sor Gustav Jom-Tow Eisen­schloss.

Rów­nież w Kole Odnowy Socja­li­stycz­nej nastą­pił kry­zys: spo­ty­kało się ono regu­lar­nie w każdą środę o ósmej wie­czo­rem w zakop­co­nej kawiarni o niskim stro­pie w jed­nej z bocz­nych uli­czek dziel­nicy Jegia Kapa­jim. Rze­mieśl­nicy, hydrau­licy, elek­trycy, mala­rze i dru­ka­rze uma­wiali się tu cza­sem na par­tyjkę tryk­traka i dla­tego człon­kom koła kawiar­nia ta wydała się miej­scem mniej wię­cej pro­le­ta­riac­kim. Co prawda szpa­chla­rze i radioelek­trycy nie przy­sia­dali się do człon­ków koła, ale cza­sami któ­ryś z nich o coś pytał albo robił uwagę na odle­głość dwóch sto­li­ków, a cza­sami na odwrót, któ­ryś z człon­ków koła wsta­wał i pod­cho­dził bez obaw do sto­lika z tryk­tra­kiem, żeby popro­sić klasę robot­ni­czą o papie­rosa.

Po dłu­gich kon­tro­wer­sjach nie­mal wszy­scy człon­ko­wie koła pogo­dzili się z usta­le­niami XX Zjazdu KPZR w spra­wie sta­li­now­skich rzą­dów ter­roru, jed­nak była też grupa nie­po­kor­nych, któ­rzy doma­gali się od towa­rzy­szy zre­wi­do­wa­nia nie tylko ich przy­wią­za­nia do Sta­lina, ale także samych fun­da­men­tów dyk­ta­tury pro­le­ta­riatu, w kształ­cie nada­nym jej przez Lenina. Dwoje człon­ków posu­nęło się wręcz do uży­cia mło­dzień­czych idei Marksa jako oręża prze­ciw jego póź­niej­szej, doj­rza­łej teo­rii. Kiedy Szmuel Asz pró­bo­wał zatrzy­mać ero­zję, czworo z sze­ściorga człon­ków koła ogło­siło roz­łam i utwo­rze­nie osob­nej komórki. Wśród czworga roz­łamowców były też obie nale­żące do koła dziew­czyny, bez któ­rych nie miało to już sensu.

W tym samym mie­siącu ojciec Szmu­ela prze­grał ape­la­cję po kil­ku­let­nim spo­rze sądo­wym w kilku instan­cjach ze swoim wie­lo­let­nim wspól­ni­kiem w małej spółce z Hajfy (Sza­chaf Sp. z o.o. Rysu­nek Tech­niczny, Kar­to­gra­fia i Zdję­cia Lot­ni­cze). Rodzice Szmu­ela nie mogli dłu­żej przy­sy­łać mu co mie­siąc pie­nię­dzy, z któ­rych utrzy­my­wał się od początku stu­diów. Zszedł zatem na podwó­rze, zna­lazł za wiatą śmiet­nika trzy, cztery uży­wane kar­tony, zaniósł je do swo­jego wyna­ję­tego pokoju w dziel­nicy Tel Arza i codzien­nie upy­chał w nich w nie­ła­dzie po tro­chu swoje książki, ubra­nia i resztę dobytku. Na­dal jed­nak nie miał poję­cia, dokąd wła­ści­wie mógłby się stąd udać.

Przez kilka wie­czo­rów Szmuel, oszo­ło­miony niedź­wiedź, któ­rego wyrwano z zimo­wego snu, snuł się po desz­czo­wych uli­cach. Swoim cięż­kim kro­kiem na gra­nicy biegu prze­orał cen­trum mia­sta, nie­mal opu­sto­szałe ze względu na chłód i wiatr. Kil­ka­krot­nie przy­sta­wał, tkwiąc w desz­czu po zmroku na jed­nej z uli­czek dziel­nicy Nacha­lat Sziwa, i wpa­try­wał się w żela­zną bramę domu, w któ­rym nie miesz­kała już Jar­dena. Nie­kiedy nogi pro­wa­dziły go do pogrą­żo­nych w zimo­wej aurze, nie­zna­nych mu dziel­nic - Nachlaot, Bejt Israel, Achawa albo Musrara. Bro­dził w kału­żach, mija­jąc prze­wró­cone przez wiatr kubły na śmieci. Dwa, trzy razy omal nie ude­rzył kudłatą głową, wyry­wa­jącą się do przodu, jakby zaraz miał bóść, w beto­nowy mur oddzie­la­jący Jero­zo­limę izra­el­ską od jor­dań­skiej.

Zatrzy­my­wał się, by w roz­tar­gnie­niu rzu­cić okiem na pogięte tablice ostrze­ga­jące go spo­mię­dzy pordze­wia­łych zasie­ków: "Stój!", "Gra­nica pań­stwa!", "Uwaga, miny!", "Nie­bez­pie­czeń­stwo - zie­mia niczyja!", a także "Ostrze­że­nie - teren wysta­wiony na ogień snaj­per­ski nie­przy­ja­ciela!". Patrząc na nie, Szmuel wahał się, jak gdyby miał przed sobą bogatą kartę dań, z któ­rej miał wybrać coś, co przy­pad­nie mu do gustu.

Wędro­wał tak pra­wie co wie­czór, prze­ma­ka­jąc do suchej nitki. Wybu­jała broda ocie­kała mu wodą, a on drżał z zimna i znie­chę­ce­nia, aż wresz­cie czła­pał wyczer­pany z powro­tem do łóżka, kulił się w nim i leżał aż do następ­nego wie­czoru. Łatwo się męczył, być może z winy powięk­szo­nego serca. I znów o zmroku zwle­kał się z pościeli, ubie­rał, wkła­dał kurtkę, która nie zdą­żyła wyschnąć po wędrówce poprzed­niego dnia, i znów nogi nio­sły go aż na przed­mie­ścia, do Tal­pi­jot, Arnony. Dopiero gdy natknął się na war­tow­nię przy bra­mie kibucu Ramat Rachel i podejrz­liwy straż­nik oświe­tlił go latarką, Szmuel odwró­cił się na pię­cie i skie­ro­wał z powro­tem do domu ner­wo­wym, zama­szy­stym kro­kiem, jakby rzu­cił się do ucieczki. Po powro­cie jadł w pośpie­chu dwie kromki chleba i jogurt, zdej­mo­wał mokre ubra­nie, po czym znów zagrze­by­wał się pod pie­rzyną i długo, bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał się ogrzać. Wresz­cie zasy­piał i spał aż do kolej­nego wie­czoru.

Któ­re­goś razu przy­śniło mu się spo­tka­nie ze Sta­li­nem. Doszło do niego w niskim pomiesz­cze­niu na zaple­czu okop­co­nej kawiarni Koła Odnowy Socja­li­stycz­nej. Sta­lin pole­cił pro­fe­so­rowi Gusta­vowi Eisen­schlos­sowi wyra­to­wać ojca Szmu­ela ze wszyst­kich tara­pa­tów, nato­miast Szmuel z jakie­goś powodu poka­zał Sta­linowi z daleka, z punktu wido­ko­wego na dachu kościoła Zaśnię­cia Maryi Panny na górze Syjon, frag­ment Ściany Pła­czu, który pozo­stał w nie­woli, za gra­nicą, w jor­dań­skiej czę­ści Jero­zo­limy. W żaden spo­sób nie umiał wyja­śnić uśmie­cha­ją­cemu się pod wąsem Sta­linowi, dla­czego wła­ści­wie Żydzi odrzu­cili Jezusa i dla­czego wciąż trwają w swoim bun­cie, odwró­ceni do niego tyłem. Sta­lin nazy­wał Szmu­ela Juda­szem. Na końcu snu zama­ja­czyła też na chwilę chuda syl­wetka Neszera Szer­szew­skiego, który podał Sta­linowi skom­lą­cego pie­ska w bla­sza­nym pudle. Przez to skom­le­nie Szmuel obu­dził się z przy­krym poczu­ciem, że jego zawiłe wyja­śnie­nia jedy­nie pogor­szyły sytu­ację, bo wzbu­dziły w Sta­linie nie tylko drwinę, ale i podejrz­li­wość.

Deszcz i wiatr dobi­jały się do okna jego pokoju. Nad ranem, gdy wzmo­gła się zawie­ru­cha, bla­szana balia wisząca na kra­cie bal­konu bęb­niła o poręcz. Dwa psy z dala od jego domu, a może też odda­lone od sie­bie, przez całą noc nie prze­sta­wały szcze­kać, coraz ciszej i ciszej, aż ich szcze­ka­nie prze­szło w sko­wyt.

Wpadł zatem na pomysł, żeby wyje­chać z Jero­zo­limy i spró­bo­wać zna­leźć jakąś nie­zbyt ciężką pracę w odle­głym miej­scu, może jako stróż nocny na wzgó­rzach Ramon, gdzie, jak sły­szał, powstaje nowe pustynne mia­steczko. Tym­cza­sem jed­nak przy­szło zapro­sze­nie na wesele Jar­deny: wygląda na to, że jej i Nesze­rowi Szer­szew­skiemu, temu jej posłusz­nemu hydro­lo­gowi, spe­cja­li­ście od gro­ma­dze­nia desz­czówki, bar­dzo się śpie­szyło pod ślubny bal­da­chim. Nie mogli z tym pocze­kać cho­ciażby do końca zimy. Szmuel posta­no­wił zatem ich zasko­czyć, zasko­czyć całe towa­rzy­stwo, i przy­jąć zapro­sze­nie. Pro­szę bar­dzo, wbrew wszel­kim kon­we­nan­som po pro­stu ni stąd, ni zowąd się tam zjawi, roze­śmiany, gło­śny, uśmie­cha­jąc się do wszyst­kich i pokle­pu­jąc ich po ramie­niu. Wpad­nie jak nie­pro­szony gość w samym środku obrzędu zaślu­bin, w któ­rym powinno uczest­ni­czyć tylko naj­bliż­sze grono rodziny i przy­ja­ciół, a następ­nie przy­łą­czy się ocho­czo do wesel­ni­ków, będzie się z nimi bawił, a nawet, w ramach pro­gramu arty­stycz­nego, urzą­dzi pokaz swo­ich zna­ko­mi­tych paro­dii, naśla­du­jąc akcent i maniery pro­fe­sora Eisen­schlossa.

Jed­nakże ran­kiem w dniu ślubu Jar­deny Szmuel dostał cięż­kiego ataku astmy i powlókł się do przy­chodni, gdzie na próżno usi­ło­wano mu przy­nieść ulgę za pomocą inha­la­tora i róż­nych leków prze­ciw­aler­gicz­nych. A ponie­waż było z nim coraz gorzej, prze­wie­ziono go z przy­chodni do szpi­tala Bikur Cho­lim.

Czas ślubu i wesela Jar­deny Szmuel spę­dził w izbie przy­jęć. Następ­nie, przez całą jej poślubną noc, nie odkła­dał ani na chwilę maski tle­no­wej. Naza­jutrz posta­no­wił bez zwłoki opu­ścić Jero­zo­limę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki