Godzina piąta rano. Po
wczorajszej podróży zapewne śpią jeszcze wszyscy? - Jakbyś zgadł:
już pół sali rozmawia, śmieje się, biega - niecierpliwie czeka na
hasło rannego wstania.
- Ty gdzie mieszkasz? - Ty jak się nazywasz? - Ty który raz na
kolonii?
Odbywa się ważna praca w tym szepcie, przerywanym śmiechem:
grupa rozgląda się po sobie, zapoznaje z sobą, - na złe, czy na
dobre?
Dylu - dylu na badylu,
Nie potrzeba smyczka.
Czarne oczy u dziewczyny,
Czerwona spódniczka.
Snać piosenka się spodobała, bo rozlega się śmiech głośniejszy. - Chłopaki cicho, pana obudzicie.
- No to co? Proszę pana, niech pan przyjdzie, co pan tak
długo śpi?
- Kukuryku, wstawajta chłopaki. Świeże bułeczki czekają.
Kukuryku!
Mocny sen pana, który nawet przez otwarte na salę okienko
nic nie słyszy, dobrze usposabia chłopców. Zgadły sosny kolonijne:
coraz weselej na sali. Teraz się pojedynek na ręczniki odbywa:
słychać głuche ich uderzenia.
- Poczekajcie, jak pan przyjdzie, to powiem, że nie dajecie
spać.
- Idź, powiedz. Patrzcie go: ubrał się w niebieską koszulę i
przewodzi. Minister: panu powie.
- Minister poczty.
- Lizuch! Skarżypyta!
Teraz jeden mówi półgłosem, coś ciekawego zapewne, bo cisza
zaległa: słuchają. Na sali, powtarzam, odbywa się ważna robota,
grupa zapoznaje się z sobą i nie wiedząc wcale, już wybiera tych,
którzy jej przewodniczyć będą, - tylko czy w dobrem, czy w złem?
- No, chłopcy, zaśpiewajcie; ja wam pozwalam.
- Cicho, bąki Wilanowskie.
- Ty sam bąk.
- Te, piąty tam przy drzwiach, czego spać nie dajesz?
Ktoś goni się po sali, inny klaszcze w ręce.
- Patrzcie chłopaki, na dole jest karuzela.
Wszyscy biegną do okien, żeby karuzelę zobaczyć.
- Idź głupi! To kierat od studni: konia się wprzęga i wodę
się kręci.
- A jakże: konia. - Może nie? Widzisz, tam ośka wisi, co się
konia przyprzęga. - To się nie ośka wcale nazywa. - A jak? - Ja sam
nie wiem. - Jak nie wiesz, to nie gadaj. - A wiem, bo ośka jest
przy kołach.
- Chłopcy, wróćcie do łóżek - ostrzega ktoś przezornie. -
Pan mówił, żeby nie wstawać, aż pan przyjdzie i powie dzień dobry.
- Dziś pierwszy dzień, to wolno.
Niezupełnie jednak są przekonani, że wolno, bo niechętnie
wprawdzie, ale powracają do łóżek.
- Proszę pana, niech pan wstanie, nam się przykrzy.
Trzy minuty trwa cisza, może zasną jeszcze?
Złudne nadzieje, - znów stanął któryś na środku sali i mówi
grubym głosem:
- Dzień dobry chłopcy, wstawajcie.
A inny, zapewne minister poczty:
- Poczekaj, pana przedrzeźniasz. Wszystko panu powiem.
Do szóstej brak wprawdzie dwudziestu minut, że jednak nikt
już nie śpi, a roboty pierwszego dnia dużo, więc można wcześniej
rozpocząć.
- Dzień dobry chłopcy.
- Dzień dobry.
Otwierają oczy, podnoszą głowy, - oto spali przykładnie, a
pan ich obudził. Zupełnie, jak w powiastce dla grzecznych dzieci. -
Ach, jaki ten pan głupi, że niczego się nie domyśla.
- A który to z was jest ministrem w niebieskiej koszuli?
Piorun z jasnego nieba! Pan udawał, że śpi i wszystko
słyszał. Co będzie teraz? Okropne, straszne, przerażające. Sam
nawet minister poczty się stropił.
Ale pan się śmieje. Wszystko słyszał, a śmieje się. Wszystko
słyszał i wcale się nie gniewa. - Pan chodzi po sali wesół,
tryumfujący, jak Napoleon po wygranej bitwie: jednym udanym atakiem
zdobył zaufanie dzieci, bez którego nietylko książki o dzieciach
napisać nie można, ale nie można ani ich kochać, ani wychowywać,
ani dozorować nawet.
Ośmiu chłopców, którzy śpią przy oknach, będą dyżurnymi
okien: obowiązkiem ich okna rano otwierać. Ci, którzy najlepiej
łóżka pościelą, będą dyżurnymi łóżek, - po jednym na każdy z pięciu
rzędów.
- No, wstawać i myć się porządnie, bo będę uszy oglądał.
Zygmunt Boćkiewicz przeciąga się leniwie, zapytuje sennym
głosem:
Czy ja mam także wstać? Bo jabym jeszcze trochę pospał.
Zbiegło się pół sali, by obejrzeć chłopca, któryby jeszcze
trochę pospał, - już wiedzą, jak się nazywa, - już Boćkiem go
przezwali - już Achcyk, przyszły woźny kolonijnego sądu, wyraża
przypuszczenie:
- On bocian, to pewnie się żabów najadł i taki teraz ciężki.
A Łazarkiewicz poprawia poważnie:
- Nie mówi się: żabów, tylko żab.
Kiedy pół sali skupiło się koło Boćka, drugie pół sali
słucha ciekawego opowiadania Olka Ligaszewskiego. Obok Olka śpi
Wiktor. Budzi się w nocy Olek, patrzy, a tu niema kołdry - i zląkł
się; myślał zapewne, że kołdra wyfrunęła przez okno, jak chustka do
nosa z pociągu. Zaczyna budzić Wiktora; Wiktor patrzy, a jego
kołdra leży po drugiej stronie łóżka. Kołdra spaść musiała, a on
był zaspany, ściągnął kołdrę z Olka i sam się w nią owinął.
- A ja, proszę pana, spadłem w nocy z łóżka.
- A mnie, proszę pana, komar ugryzł.
- To musiał być wściekły komar, proszę pana, bo mu taki duży
bąbel wyskoczył.
Biegną do umywalni, gdzie są dobre i złe krany, w złe krany
dmuchają, żeby więcej wody leciało.
- A moje uszy czyste, proszę pana?
- A moje czyste? Eee, pan jemu długo uszy oglądał, a mnie
tylko tak po łebku.
- Och, jak mi mokro w uszach, - wzdycha ktoś, otrząsając się
srodze.
Teraz każdy staje po prawej stronie łóżka, dozorca rozdaje
bieliznę, potem spodnie z szarego płótna, wreszcie szelki i bluzy.
- Oo, szelki z knota zrobione.
- Oo, jaka luźna dziurka.
- Proszę pana, - mówi smutnie mały Kosieradzki ze łzami w
oczach, - ta bluza na mnie za skąpa.
Zaremba nie czekał na bluzę, bez bluzy i czapki poleciał na
werandę. Sprowadzono zbiega, a pan taki czterowiersz ułożył:
Łobuz wielki imć Zaremba:
Złapał szelki i dał dęba.
Wiersz spotkał się z uznaniem, nie mniejszem, niż chustki do
nosa.
- O, chustki w tym roku ładniejsze, bo ze szlakiem.
- A moja bez szlaka.
- Ale twoja większa.
- Chcesz zamień się. - A twój jaki szlak? - Niebieski. - Ja
chcę czerwony. - Idź głupi: niebieski lepszy. - A nie, bo czerwony.
- A najlepiej bez szlaka.
Trąbka wzywa na modlitwę poranną.
- Na werandę - brzmi komenda.
Dyżurny sali zamyka drzwi na klucz.