Józki, Jaśki i Franki - Janusz Korczak

Kup ebooka

11.49 zł
9.42 zł (5,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Podróż. - Nudne opowiadanie, którego nie warto słuchać. - Ot, jutro będzie wesoło.

Pierwszy rozdział "Mośków" poświęcony był opisowi, jak zbieraliśmy się na dworcu, ustawiali w pary, jak rodzice żegnali się z dziećmi, jak wreszcie ruszyliśmy w drogę.

Tam dozorca wywołuje z kajetu: - Frydman, Miller, Grinbaum, Bromberg. A tu: - Kowalski, Górski, Frankowski, Trelewicz. Pozatem wszystko tak samo. W wilię podróży zbierają się chłopcy w biurze na Ś-to Krzyskiej; bada ich lekarz, szewc przymierza kolonijne obuwie, fryzyer strzyże, gdy kto ma zbyt długie włosy. W dzień wyjazdu tak samo dozorcy ustawiają ich w pary i po dzwonku prowadzą do wagonów. Dozorca i tu zapytuje: - Czy kto z was worka nie zgubił? - Nie wychylajcie się z okien. A chłopcy tak samo pchają się w wagonie do okien, wołając: - Odsuń się, to moje okno. Nie pchaj się, bo ci po łbie nakładę. Inaczej w powrotnej drodze, kiedy wszyscy już dobrze się znają. Wtedy każde okno zajmuje grupa przyjaciół i wzajemnie sobie ustępować będą: - Ty teraz trochę popatrz, potem znów ja popatrzę. I tu również chłopcy oddają pocztówki, żeby co tydzień pisać do rodziców, że dobrze się bawią; i tu podróży towarzyszą liczne i nadzwyczajne przygody. Jednemu węgiel wpadł w oko; kazali mu pluć, żeby węgiel wyleciał; gdy jednak to nie pomogło, dozorca rogiem chustki wyłowił węgiel z oka i chwalił się potem: - A widzisz, a nie mówiłem, żeby się nie wychylać; wiedziałem, że tak będzie. Tomaszewski powiewał workiem dla uczczenia pastuszków, którzy kłaniają się albo język pokazują pociągowi; sąsiad pchnął go i worek wyleciał. Inny znów chustką do nosa żegnał mieszkańców Wołomina, i chustka mu wyfrunęła. - O wrony, wrony... Ooo, bocian... I ani się domyślają, że obok na ławce siedzi Zygmunt Boćkiewicz, którego już jutro nazwą Boćkiem - bocianem. - O, ule, ule! I zaraz ktoś opowiada, jak poszedł do ula, kiedy był na wsi u stryja i jak go pszczoły pogryzły; mały był jeszcze wtedy i głupi. W Tłuszczu, gdzie pociąg się cofa przechodząc na inną linię, kolonijni bywalcy straszą nowicyuszów: - Do Warszawy jedziemy, o, nazad wracamy. A im bliżej Goworowa, tem częściej rozlega się niecierpliwe pytanie: - Czy jeszcze daleko? Bo ciekawi są zobaczyć kolonię, i każdy inaczej ją sobie wyobraża. Jeden myśli, że mieszkać będą na wsi w chałupach, drugi, że kolonia podobna do domu w Warszawie, i z długiego korytarza prowadzą drzwi do małych pokoików, gdzie sypiać będą po kilku razem. A już nikt nie wie, co to jest weranda, o której tyle słyszeli. Leon Kopeć, którego Achcyk później nazywał Kopiejką, - poczuł głód srogi, Lewiński dał mu pięć obwarzanków; a Boćkiewicz zajada chleb z masłem i mówi trochę do siebie, a trochę na próbę i do dozorcy: - Ja nigdy jeszcze nie jechałem koleją. - A przyjemnie jechać koleją? - Przyjemnie, - mówi Boćkiewicz i zajada chleb z masłem. Mały Sulejewski, nie przeczuwając zgoła, że niezadługo będzie mężnym kapitanem okrętu - popłakuje z cicha i nos rękawem wyciera: siostra przyrzekła, że na kolonię go odprowadzi, tymczasem poszła, samego zostawiła. Och, losie, losie! - O, patrzcie, jak owies. - To żyto, ośle, nie owies. - A ty co? Pociąg z hukiem wielkim przez most przejeżdża - i zaraz ktoś zapytuje: "Jak się ta Wisła nazywa?" Słupy wiorstowe liczą, spierają się, czy mila ma siedm, czy czternaście wiorst - i coby się stało, gdyby tak chłopak wyleciał. - Stacya Goworów! Malcy siadają na fury; starsi pójdą pieszo, bo do Wilhelmówki niezbyt daleko. Słońce zachodzi, chłodny wietrzyk wieje. - Dalej w drogę. Kto ma w Zofiówce siostrę, albo kuzynkę, ten zapytuje, czy przechodzić będziemy koło Zofiówki i czy dziś jeszcze pójdziemy do dziewcząt. - Czy dziś jeszcze dostaniemy kolonijne ubrania? - Czy jutro listy będziemy pisali? - Kiedy pierwszy raz wydadzą łopaty do kopania? Bo o łopatach opowiadali chłopcy z poprzedniego sezonu. Pytają się panów, ale jeszcze nieśmiało, ale tylko na próbę, żeby zobaczyć, czy się nie obrażą. - Proszę pana, czy na kolonii są zmory? - Zmory? Cóż to ma być takiego? - A no, złe duchy... Bo mówią, że kolonia jest w lesie, a w lesie są zawsze duchy. - Nie, na kolonii niema złych duchów; są tylko dobre duchy, - wszystkie najłaskawsze i najdobrotliwsze. A w lesie są grzyby, poziomki, jagody - nie zmory. Z boku, trochę na lewo od szosy, czerwieni się gmach murowany. - Już? - Nie, to dopiero Zofiówka; tam są dziewczynki. Wybiegły przed las i zdaleka powiewają chustkami. - Wiwat! - krzyczą chłopcy. Chętnieby się zatrzymali, ale w domu czekają z kolacyą. Jeszcze mostek, kawałek lasu, łąka, polanka. Jesteśmy. - Patrzcie, piecuchy: wyście na furach jechali - a myśmy pieszo przywędrowali. - Kolacya, modlitwa - umyć się z drogi i jazda do łóżek. A wtedy opowie się, co będzie jutro. Spiesznie się myją i raz wraz któryś daje nurka do łóżka - bo ciekawi, co też im pan o dniu jutrzejszym opowie. Spiesznie się myją i spiesznie kładą, bo się jeszcze nie znają i nic nie mają sobie do powiedzenia. Spiesznie idą do łóżek, bo jeszcze są skrępowani i grzeczni, bo to pierwszy wieczór dopiero. Wprost nie wypada pierwszego zaraz wieczora wleźć pod łóżko i przechodzących łapać za nogi, albo ukryć się w szatni i udawać stracha, albo schować Tomkowi poduszkę, niby że mu ją skradziono. - Czy wszyscy już leżą? - Wszyscy. - A więc zaczynam. I zaczął pan opowiadać co będzie jutro. - Rano hałasować nie wolno, dopóki nie wejdę na salę i nie powiem dzień dobry; ubrania wydamy, ważyć was będziemy, paznokcie wam się obetnie, kolonię pokaże. Potem pan zaczął coraz nudniej mówić: - Trzeba sobie wzajemnie ustępować, nie bić się, przezwisk nie dawać, ubrań nie niszczyć, zwierząt nie męczyć, dziewczynkom nie dokuczać. - Zawsze w pierwszym tygodniu dużo broją chłopcy: i pocóż - czyż nie lepiej dobrze się sprawować? Ale że to co pan mówi, nie jest zajmujące, a chłopcy zmęczeni drogą, - więc coraz mniej tych co słuchają, a więcej tych, co zasnęli. Spostrzegł pan wreszcie, że wszystkich uśpił długą przemową; poszedł do swego pokoju, tylko na wszelki przypadek zostawił okienko na salę otwarte. A sosny już wiedzą, że nowa partya dzieci przyjechała i mówią: - Ot, jutro będzie wesoło.

II

Minister w niebieskiej koszuli. - Już znają Boćka. - Kosieradzki dostał skąpą bluzę, a Zaremba dał dęba.

Godzina piąta rano. Po wczorajszej podróży zapewne śpią jeszcze wszyscy? - Jakbyś zgadł: już pół sali rozmawia, śmieje się, biega - niecierpliwie czeka na hasło rannego wstania.

- Ty gdzie mieszkasz? - Ty jak się nazywasz? - Ty który raz na kolonii? Odbywa się ważna praca w tym szepcie, przerywanym śmiechem: grupa rozgląda się po sobie, zapoznaje z sobą, - na złe, czy na dobre?

Dylu - dylu na badylu, Nie potrzeba smyczka. Czarne oczy u dziewczyny, Czerwona spódniczka.

Snać piosenka się spodobała, bo rozlega się śmiech głośniejszy. - Chłopaki cicho, pana obudzicie. - No to co? Proszę pana, niech pan przyjdzie, co pan tak długo śpi? - Kukuryku, wstawajta chłopaki. Świeże bułeczki czekają. Kukuryku! Mocny sen pana, który nawet przez otwarte na salę okienko nic nie słyszy, dobrze usposabia chłopców. Zgadły sosny kolonijne: coraz weselej na sali. Teraz się pojedynek na ręczniki odbywa: słychać głuche ich uderzenia. - Poczekajcie, jak pan przyjdzie, to powiem, że nie dajecie spać. - Idź, powiedz. Patrzcie go: ubrał się w niebieską koszulę i przewodzi. Minister: panu powie. - Minister poczty. - Lizuch! Skarżypyta! Teraz jeden mówi półgłosem, coś ciekawego zapewne, bo cisza zaległa: słuchają. Na sali, powtarzam, odbywa się ważna robota, grupa zapoznaje się z sobą i nie wiedząc wcale, już wybiera tych, którzy jej przewodniczyć będą, - tylko czy w dobrem, czy w złem? - No, chłopcy, zaśpiewajcie; ja wam pozwalam. - Cicho, bąki Wilanowskie. - Ty sam bąk. - Te, piąty tam przy drzwiach, czego spać nie dajesz? Ktoś goni się po sali, inny klaszcze w ręce. - Patrzcie chłopaki, na dole jest karuzela. Wszyscy biegną do okien, żeby karuzelę zobaczyć. - Idź głupi! To kierat od studni: konia się wprzęga i wodę się kręci. - A jakże: konia. - Może nie? Widzisz, tam ośka wisi, co się konia przyprzęga. - To się nie ośka wcale nazywa. - A jak? - Ja sam nie wiem. - Jak nie wiesz, to nie gadaj. - A wiem, bo ośka jest przy kołach. - Chłopcy, wróćcie do łóżek - ostrzega ktoś przezornie. - Pan mówił, żeby nie wstawać, aż pan przyjdzie i powie dzień dobry. - Dziś pierwszy dzień, to wolno. Niezupełnie jednak są przekonani, że wolno, bo niechętnie wprawdzie, ale powracają do łóżek. - Proszę pana, niech pan wstanie, nam się przykrzy. Trzy minuty trwa cisza, może zasną jeszcze? Złudne nadzieje, - znów stanął któryś na środku sali i mówi grubym głosem: - Dzień dobry chłopcy, wstawajcie. A inny, zapewne minister poczty: - Poczekaj, pana przedrzeźniasz. Wszystko panu powiem. Do szóstej brak wprawdzie dwudziestu minut, że jednak nikt już nie śpi, a roboty pierwszego dnia dużo, więc można wcześniej rozpocząć. - Dzień dobry chłopcy. - Dzień dobry. Otwierają oczy, podnoszą głowy, - oto spali przykładnie, a pan ich obudził. Zupełnie, jak w powiastce dla grzecznych dzieci. - Ach, jaki ten pan głupi, że niczego się nie domyśla. - A który to z was jest ministrem w niebieskiej koszuli? Piorun z jasnego nieba! Pan udawał, że śpi i wszystko słyszał. Co będzie teraz? Okropne, straszne, przerażające. Sam nawet minister poczty się stropił. Ale pan się śmieje. Wszystko słyszał, a śmieje się. Wszystko słyszał i wcale się nie gniewa. - Pan chodzi po sali wesół, tryumfujący, jak Napoleon po wygranej bitwie: jednym udanym atakiem zdobył zaufanie dzieci, bez którego nietylko książki o dzieciach napisać nie można, ale nie można ani ich kochać, ani wychowywać, ani dozorować nawet. Ośmiu chłopców, którzy śpią przy oknach, będą dyżurnymi okien: obowiązkiem ich okna rano otwierać. Ci, którzy najlepiej łóżka pościelą, będą dyżurnymi łóżek, - po jednym na każdy z pięciu rzędów. - No, wstawać i myć się porządnie, bo będę uszy oglądał. Zygmunt Boćkiewicz przeciąga się leniwie, zapytuje sennym głosem: Czy ja mam także wstać? Bo jabym jeszcze trochę pospał. Zbiegło się pół sali, by obejrzeć chłopca, któryby jeszcze trochę pospał, - już wiedzą, jak się nazywa, - już Boćkiem go przezwali - już Achcyk, przyszły woźny kolonijnego sądu, wyraża przypuszczenie: - On bocian, to pewnie się żabów najadł i taki teraz ciężki. A Łazarkiewicz poprawia poważnie: - Nie mówi się: żabów, tylko żab. Kiedy pół sali skupiło się koło Boćka, drugie pół sali słucha ciekawego opowiadania Olka Ligaszewskiego. Obok Olka śpi Wiktor. Budzi się w nocy Olek, patrzy, a tu niema kołdry - i zląkł się; myślał zapewne, że kołdra wyfrunęła przez okno, jak chustka do nosa z pociągu. Zaczyna budzić Wiktora; Wiktor patrzy, a jego kołdra leży po drugiej stronie łóżka. Kołdra spaść musiała, a on był zaspany, ściągnął kołdrę z Olka i sam się w nią owinął. - A ja, proszę pana, spadłem w nocy z łóżka. - A mnie, proszę pana, komar ugryzł. - To musiał być wściekły komar, proszę pana, bo mu taki duży bąbel wyskoczył. Biegną do umywalni, gdzie są dobre i złe krany, w złe krany dmuchają, żeby więcej wody leciało. - A moje uszy czyste, proszę pana? - A moje czyste? Eee, pan jemu długo uszy oglądał, a mnie tylko tak po łebku. - Och, jak mi mokro w uszach, - wzdycha ktoś, otrząsając się srodze. Teraz każdy staje po prawej stronie łóżka, dozorca rozdaje bieliznę, potem spodnie z szarego płótna, wreszcie szelki i bluzy. - Oo, szelki z knota zrobione. - Oo, jaka luźna dziurka. - Proszę pana, - mówi smutnie mały Kosieradzki ze łzami w oczach, - ta bluza na mnie za skąpa. Zaremba nie czekał na bluzę, bez bluzy i czapki poleciał na werandę. Sprowadzono zbiega, a pan taki czterowiersz ułożył:

Łobuz wielki imć Zaremba: Złapał szelki i dał dęba.

Wiersz spotkał się z uznaniem, nie mniejszem, niż chustki do nosa. - O, chustki w tym roku ładniejsze, bo ze szlakiem. - A moja bez szlaka. - Ale twoja większa. - Chcesz zamień się. - A twój jaki szlak? - Niebieski. - Ja chcę czerwony. - Idź głupi: niebieski lepszy. - A nie, bo czerwony. - A najlepiej bez szlaka. Trąbka wzywa na modlitwę poranną. - Na werandę - brzmi komenda. Dyżurny sali zamyka drzwi na klucz.