Józef Jerzy Hordyński-Fedkowicz. Poeta rusiński na Ukrainie - Abgar Sołtan

Kup ebooka

5.50 zł
4.73 zł (5,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I.

 

"Smutno! Oh i bardzo smutno było na Bukowinie; zdawać się mogło, jakby życie narodowe i umysłowe miało zamrzeć tam na wieki." Tak zaczyna prof. Emilian Ogonowski - w swej książce o ruskiej literaturze - ustęp traktujący o Fed'kowiczu. Mówi to o czwartym dziesiątku naszego stulecia, o latach ucisku i despotyzmu centralistycznego, który tak się był wówczas rozpanoszył w habsburskiej monarchii. Polacy, Węgrzy, Czesi, Kroaci i Rusini, wraz nimi mieli - z woli systemu rządzącego - zapomnieć raz na zawsze o tem, o czem tradycye narodowe pamiętać im nakazywały, a mieli stać się wprost - Niemcami. Gnieciono i prześladowano brutalnie; nie uderzyła jednak wówczas jeszcze owa smutnej pamięci dla nas godzina, w której macchawielsko przewrotny pomysł miał w myśl szatańskiej zasady divide et impera, wrzucić pomiędzy dwa bratnie narody zarzewie długiej niezgody, nie powołano jeszcze natenczas do życia doktrynersko wymyślonej narodowości: austryackich Ruthenów - Polacy i Rusini dzielili wspólne losy jak dawniej, przez cały czas trwania wspólnej historyi.

W opoce tego bolesnego uśpienia, tego chorobliwego letargu, urodził się i podrósł chłopak, który miał w przyszłości naciągnąć nowe struny na opuszczoną, zakurzoną gęśl Bojanową, chłopiec, który wyrosłszy na męża, miał przy dźwięku tej nadszczerbionej liry, przypomnieć pobratymcom, że słowiańska krew w ich żyłach płynie, że liczne miliony ludu mówią takimsamym językiem jak oni, że mowa ta rozlega się na przestrzeni od nurtów Cisy po fale Dniepru i dalej, po smutne brzegi tęsknego Donu.

We wsi Storonka-Putyłów w r. 1843 urodził się nasz poeta. Ojciec jego był polskim szlachcicem, nazywał się Hordyński5 i pochodził ze szlacheckiej osady w Samborskiem, Hordyni; Hordyńscy z powodu wielkiego rozrodzenia, używają rozmaitych przydomków; otóż ojciec poety używał przydomku Fed'kowicz. - Stary Hordyński należał do tak zwanej "palestranckiej" szlachty i zajmował stanowisko rządowego mandataryusza w Putyłowskich górach. Matka poety była córką schizmatyckiego popa Hanickiego, proboszcza sąsiedniej parafii, a wdową po Dańkiewiczu, również duchownym, oryentalnego wyznania. Młodego Józefa ochrzcił był łaciński ksiądz, a ojciec miał zamiar wychowywać go na Polaka; ciężkie jednak losy i koleje życia skierowały tego "syna szlacheckiego" w inną stronę, a przeprowadziwszy go przez kręto wijące się aż po nad przepaście ścieżyny, na których krzewiły się bujnie osty i ciernie życia, zrobiły zeń rusińskiego narodowego poetę. Nie mamy potrzeby zazdrościć Rusinom tego nabytku - my z łatwością możemy przeboleć stratę jednego liryka, u nich zaś zajął on drugie zaraz miejsce po Szewczence.

Stary Hordyński nie był dobrym i troskliwym ojcem dla młodego poety. Hardy i wietrzny..........................

JÓZEF JERZY HORDYŃSKI-FED'KOWICZ.

SZKIC LITERACKI1.

 

Wprowadzenie

 

Słońce kryło się już za góry, mgłą białą otulone; wiatr ostry a chłodny giął i miotał młodocianem, jodłowem zaroślem; u stóp naszych szumiał gniewnie wezbrany, rwący Czeremosz...

Schodziliśmy właśnie wązką ścieżyną, wijącą się po nad straszliwą przepaścią, a drogą wiodącą ze szczytów Sokulskiego pasma - w doliny, ku brzegom Czeremoszu. Ścieżyna stawała się coraz węższą i bardziej stromą; słońce chyliło się coraz to niżej, a Czeremosz huczał z każdą chwilą groźniej i uroczyściej... Wspaniały strumień górski zdawał się być zaledwie o krok od nas, zdawał się podmywać ścieżkę, po której szliśmy - a płynął w rzeczy samej co najmniej o jakie dwieście metrów poniżej.

Huculi, nasi przewodnicy, zachęcali nas do pośpiechu, i czynili to słusznie, opóźnienie bowiem mogło pociągnąć za sobą smutne następstwa: droga była bardzo niebezpieczna, a miejscowe ustne kroniki wspominają o niejednym wypadku śmierci na dnie przepaści, roztwierającej się u naszych stóp. Czułem się jednak tak znużonym po całodziennej pieszej wędrówce, a równocześnie tak silnie oczarowywał mnie potężny i dziki widok, na który patrzałem, że mimo przestróg starego przewodnika, usiadłem na omszałym kamieniu, tuż po nad brzegiem przepaści.

Obok mnie ulokował się młody student filozofii czerniowieckiego uniwersytetu, Rusin z pochodzenia; był to śliczny dwudziestokilkoletni chłopak o klassycznym profilu i dużych, czarnych, rozmarzonych oczach... Spotkałem go w czasie wycieczki na Czarnohorskie szczyty, i od tego czasu przyłączył się on do naszej karawany; rad z tego byłem, bo miałem w nim miłego towarzysza. Siedząc tak obok siebie, zadumani wpatrywaliśmy się w kipiące dno przepaści.

Dziwne myśli opanowywać mnie zaczynały... Myślałem o miejscowem podaniu, żyjącem wśród ludu huculskiego, a głoszącem, jakoby tam na dnie, w nurtach Czeremoszowej głębi, mieszkała psotna a niegodziwa Rusałka i cudnemi swojemi oczami wabiła ku sobie nieopatrznych wędrowców; równocześnie stanęły mi żywo w pamięci: smutki w życiu, doświadczone rozczarowania, bolesne zawody... Każda otchłań nęci ku sobie, modra toń Czeremoszu własność tę posiada w najwyższym ponoś stopniu; po chwili takiego wpatrywania się zacząłem uczuwać zawrót głowy... Z niebezpiecznej tej zadumy wyrwał mnie nagle głos mego młodego towarzysza, który jakby odgadując stan mej duszy, zaczął deklamować miękkim, bukowińskim akcentem następującą strofę:

 

Ne znaju bratia, czom nyni

Takij obhortaje mia sum;

I ta Sokilaka kniahinia

W odno ne schodyt my z dum;

I sonce za dił wre sidaje

I merkne nebo skłon;

 

Łysz szpyl Sokilskoji sijaje

Jak zołotyj szołom...

 

Słuchałem z dziwną przyjemnością słów nieznanego mi podówczas poety, wygłaszanych z uczuciem przez rozentuzyazmowanego młodzieńca; słowa te, zlewając się z pogwizdem wichru karpackiego i szumem górskiej rzeki, tworzyły całość wspaniałą, piękną.

Wszyscy obecni zamilkli; huculscy przewodnicy oparci na toporkach, zdawali się łowić słowa w przelocie; a młody zapaleniec coraz ogniściej deklamował: ...jak to młody i piękny Kiermanycz2, wioślarz sławny i nieustraszony, płynąc po rzece, u stóp "Sokulskiej" skały, tak zasłuchał się w śpiew zaczarowanej na szczytach księżniczki, że zapomniał o całym otaczającym go świecie, aż tu nagle zdarzyło mu się nieszczęście:

 

A tojże Kiermanycz w dołyni

Zabuw... za derabu3 - za swit,

W odno sia łysz dywyt d' kniahyni

Szczo tam na Sokilskim stoit.

A Czeremusz bratia hlibokyj,

A Czeremusz bratia - jak bis,

A Czeremusz bratia po skokach

Rozbytu derabu ponis.

 

Student skończył deklamować tę prześliczną i dziwnie do miejscowości zastosowaną przeróbkę Heinowskiej ballady; skończył, lecz czar nie zaraz prysł i dość długo jeszcze byliśmy pod wrażeniem jego słów. Po dłuższej dopiero chwili znagleni przez przewodników, ruszyliśmy w dalszą drogę. Szliśmy wązką ścieżką, jeden za drugim - gęsiego; z powodu bardzo niebezpiecznej i przykrej przeprawy nie mogliśmy do siebie słowa przemówić. Dopiero minąwszy najgłębszy parów, który był najtrudniejszym do przebycia, znaleźliśmy się na szerokim, nawet dla koni przystępnym płaju4. Obejrzałem się wówczas poza siebie i ujrzałem tuż obok ruskiego studenta; czuł on jakąś sympatyę ku mnie i szukał zawsze sposobności rozmawiania ze mną.

- Kto jest autorem wiersza, któryś pan deklamował przed chwilą? - spytałem młodzieńca.

- Juryj Fed'kowicz!... Nasz nieodżałowany kobzarz, natchniony piewca zielonej Bukowiny!... - odpowiedział student, a w głosie jego drgał smutek prawdziwy, dźwięczała szczera boleść.

- Niema go już między żyjącymi - mówił dalej - pochowano strudzonego śpiewaka w rodzinnej, bukowińskiej ziemi, w cieniu buku zielonego... Dobrze, lekko być mu tam musi, pod tą ziemią, którą kochał za życia tak serdecznie, tak namiętnie... Śpij, śpij, Synu Bojana!

 

.....................................................................................

.....................................................................................

.....................................................................................

 

Zszedłem z gór w doliny bukowińskie, a pieśń bukowińskiego barda, którą słyszałem nad Sokulską przepaścią, szła wraz ze mną, dźwięczała mi w duszy, niedawała spokoju i zmuszała do zebrania bliższych wiadomości o życiu i czynach tego nieznanego mi poety. Zacząłem więc pilnie dopytywać się o szczegóły biografii Fed'kowicza i o jego wpływ na Rusinów bukowińskich.

Pytałem zrazu tradycyi, później sięgnąłem do źródeł drukowanych; a przed mojemi oczami roztaczał się coraz szerzej piękny obraz człowieka, który poświęcił całe życie na rozbudzenie poczucia narodowego w sercach współbraci, który budził do życia plemię ugniecione przez dawne centralistyczne rządy i schizmatycki rumuński konsystorz czerniowiecki. Postać ta natchniona, występuje nadzwyczaj wyraziście na tle ponurego obrazu, jakiś blask ją otacza; osobistość Fed'kowicza ma w sobie coś z tego czaru, który unosił się w koło wielkich poetów, wielkich patryotów, wielkich bohaterów; pomimo, że pisał pokrewnym tylko językiem, wielkie podobieństwo ducha patryotycznego i smutku dziwnego łączy go z plejadą naszych poetów, z którymi i krwią był złączony.

Śpiewak Juryj, jak bard bohaterski, kobzarz, lirnik z legendy, chodził tam po szczytach i połoninach, odwiedzał cerkwie i chaty włościańskie, wstępował i do karczem nawet i wykradał z ust ludu pieśń żywą, drgającą krwią tego ludu; wsłuchiwał się w szepty grobów dawnych i z pod mogiły wydobywał stare podania i wcielone w żywe obrazy podawał czytelnikom.

Z dziwną i trudną do wytłómaczenia obojętnością, traktowaliśmy dotychczas objawy życia i kultury pobratymczego, a tradycyą historyczną tak ściśle z nami związanego rusińskiego narodu. Nie mamy dotychczas jasnego pojęcia o piśmiennictwie ruskiem, o poetach i uczonych. Nie wspominając już o francuskiej, angielskiej, niemieckiej literaturze, ale nawet - dzięki ostatnim pracom p. Porębowicza - znamy lepiej literaturę hiszpańską i prowensalską, niż pobratymczą - ruską.

Nie mam zamiaru twierdzić tu, że obeznanie się z piśmiennictwem ruskiem, przyniesie komu takie korzyści, jak znajomość którejkolwiek z powyżej wymienionych literatur wielkich narodów zachodnich; nie znajdziemy bowiem, wtem do życia zaledwie budzącem się piśmiennictwie utworów genialnych, wszechświatową wartość mających; nie wzniósł się jeszcze duch twórczy tego narodu do poziomu będącego udziałem innych narodowości - silnych, możnych i od wieków ukształconych. Pomimo to jednakże uważam, że jest naszym obowiązkiem zapoznać się z budzącym się tam duchem narodowym, z kiełkującą twórczością literacką - zapoznać się i ku objawom tym pomocną rękę wyciągnąć i starać się goić rany, zadawane sobie nawzajem przez ciąg wieków, w kainowej walce. Rusini na Bukowinie osiedli, stojący zdala od walk domowych, toczących się w Galicyi, nie drażnieni ustawicznie przez dzienniki i pseudo-patryotów z liberalnego obozu - rankoru do nas w sercach nie mają i skłonni są przyjazną dłoń ku Polsce wyciągnąć; czują bowiem w niej wyższego ducha i szlachetne dążności dziejowe. Zmarły przed kilku laty ruski poeta Fed'kowicz, był też właśnie jednym z przedstawicieli tego pokojowego, ugodowego kierunku.