Józef Balsamo część IV - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CXXI

WZROK PODWÓJNY

Andrea po odejściu Nicoliny ocknęła się ze swej głębokiej zadumy, a gdy kochankowie uciekali z Trianon, właśnie uklękła i modliła się gorąco za Filipa, jedyną istotę, którą kochała prawdziwie. Modliła się z gorącą wiarą, nie ustami ale sercem, błagała Boga o pomyślność brata, jak rozbitek, który, straciwszy nadzieję ocalenia, modli się za żonę i dzieci, pozostawione gdzieś daleko.

Dziwna rzecz, od chwili odjazdu Filipa, młoda dziewczyna czuła jakieś zawieszone nad sobą nieszczęście, serce pękało jej z bólu, lubo zupełnie nie wiedziała dlaczego. Nie mogła zdać sobie sprawy z tego co odczuwała, lecz gdy zostawała sama, była wprost nieprzytomną. Przezwyciężyła się i podniosła z klęcznika. Wyjęła z bibljoteczki jakąś książkę, zapaliła świecę, stojącą na nocnym stoliczku i położyła się do łóżka. Spać jej się nie chciało, książka jej nie zajmowała również, odłożyła ją więc na bok i usiadła na pościeli. Jakaś mgła zasłoniła jej oczy, jakieś drżenie przebiegło ciało; siłą woli wyciągnęła rękę po szklankę wody, przygotowaną przez Nicolinę, podniosła ją do ust, lecz nie wypiła ani kropelki, tak jej ręka strasznie dygotała. Dreszcz febryczny wstrząsnął nią powtórnie, postawiła szklankę na miejscu, straciła przytomność i padła na poduszki jak martwa, lub piorunem rażona. Trwało to zaledwie sekundę. Z trupa przemieniła się w ożywiony marmurowy posąg; otworzyła oczy z przerażającą bezmyślnością i powstała z łóżka. Po chwili przeszła pokój, otworzyła drzwi oszklone, przebiegła korytarz i schody i, bez wahania, stanęła na tarasie. W chwili, gdy zaczęła schodzić ze schodów, Gilbert, wchodzący z ogrodu, wstępował na pierwszy stopień. Ujrzawszy bladą, milczącą kobietę, schodzącą w nocy, w bieliźnie tylko, do ogrodu, przeraził się okropnie. Zdawało mu się, że ducha zobaczył, bo Andrea rzeczywiście bardziej była podobną do ducha, niżeli do ludzkiej istoty. Gilbert przypomniał sobie, że raz widział ją już w równie dziwny sen pogrążoną; było to w zamku Taverney. Zeszedł z drogi, baronówna przeszła obok niego nic nie widząc. Odważny młody chłopak drżał ze strachu wobec tego widma. Nie wiedział, co może znaczyć ta nocna wycieczka, ale wytężył wzrok, aby nie stracić z oczu idącej. W głowie mu się mąciło, krew tętniła w skroniach, skrył się pośród gałęzi i śledził pannę de Taverney, jak czynił to zwykle, od czasu, gdy ogarnęła go ta nieszczęśliwa miłość. - Andrea nie jest jednakże ani szalona ani w malignie, idzie więc widocznie na schadzkę! - pomyślał Gilbert. Naraz, przy bladem świetle błyskawicy, która przeleciała po niebie, spostrzegł stojącego człowieka z bladą twarzą i ubraniem w nieładzie. Andrea podążyła wprost ku temu człowiekowi. Gilbert zaparł dech w piersiach, załamał ręce i, ażeby lepiej widzieć, przykląkł na trawie. Druga błyskawica przecięła w tej chwili obłoki. Gilbert poznał w nieznajomym doktora Balsamo. Dziwnym jakimś sposobem dostał się on w nocy do Trianon i przyciągał do siebie baronównę, jak wąż ptaszka. Zbliżywszy się na dwa kroki, młoda dziewczyna zatrzymała się nagle. Balsamo wziął ją za rękę, a ona drgnęła całem ciałem. - Czy widzisz? - zapytał. - Tak - odrzekła - ale ty, ściągając mnie tutaj w ten sposób, wyrządzasz mi straszną krzywdę, zabijasz mnie. - Przebacz, przebacz - zawołał Balsamo - com ja winien, kiedy straciłem zupełnie głowę i nie jestem już panem siebie. Warjuję, umieram. - Rzeczywiście cierpisz strasznie - odezwała się młoda kobieta. - O! cierpię męki nadludzkie i ty jedna możesz mnie pocieszyć, ty jedna, Andreo, możesz mnie uratować, ty jedna tylko... - Pytaj więc. - Widzisz więc myślą? - Doskonale. - Możesz iść za mną wszędzie? - Mogę. - Chodź zatem. - Dobrze!... - zawołała Andrea - jesteśmy w Paryżu, przechodzimy bulwary... jesteśmy na małej uliczce, oświeconej jedną latarnią. - Tak... tak... wejdźże z łaski swej do mego mieszkania. - Owszem, jesteśmy już w przedpokoju i oto schody, po prawej stronie jakaś ściana, a! znowu schody. - Idź po nich! prędzej! prędzej! - Jestem w pokoju; widzę skóry lwie i zbroje. Co to? otwiera się blacha od kominka. - Przechodźmy; gdzie teraz jesteś? - W jakimś bardzo oryginalnym pokoju, w pokoju, którego okna są zakratowane... O! jakiż tu nieład straszliwy. - Pusty pokój? nieprawdaż? - Pusty. - Czy mogłabyś dojrzeć osobę, która go zamieszkiwała? - Gdybym miała jakąś rzecz, do niej należącą. - Oto masz jej włosy. Andrea przycisnęła włosy do piersi. - O! widziałam już raz przedtem tę kobietę, gdy pędziła w stronę Paryża. - Czy możesz mi powiedzieć, w jaki sposób uciekła i co robi od dwóch godzin? - Czekaj, czekaj; leży na sofie z odkrytą piersią, w której ma ranę głęboką. - Proszę cię, Andreo, nie opuszczaj jej. - Śpi... budzi się... szuka czegoś wokoło siebie, wyciąga chustkę, wskakuje na krzesło; przeciąga chustkę przez kratę okna... O! mój Boże! - Chce się więc powiesić? - Tak, zdecydowana jest zupełnie na śmierć. Przestraszyła się, wyciąga chustkę... schodzi z krzesełka... och! biedna kobieta!... Jak ona płacze! jak ona cierpi, jak załamuje ręce! szuka miejsca, o które mogłaby roztrzaskać głowę. - Boże Wszechmogący! Wielki Boże! - szeptał Balsamo. - Zbliża się do kominka. Kominek zdobią dwa lwy marmurowe, biedna, chce zabić się o ten marmur. - Dalej?... co dalej?... patrz! patrz, Andreo! - Zatrzymała się... Balsamo odetchnął. - Patrzy... - Na co? - spytał Balsamo. - Spostrzegła krew na oku lwa. - Boże! Boże! - szepnął Balsamo. - Tak, to krew, skąd ona jednak się tu wzięła? wszak kobieta nie zraniła się jeszcze: O! to pańska krew! - Moja krew! moja! - wyjąkał Balsamo z rozpaczą. - Twoja!... skaleczyłeś się w palec nożem, nie, nie nożem... to był sztylet, potem oparłeś rękę na oku lwa. Widzę to. - Prawda, prawda, ale jak ona uciekła? - Poczekaj Przypatruje się tej krwi, namyśla się, opiera rękę na skrwawionem miejscu. A!... oko lwa się usuwa i blacha się otwiera. - Co za lekkomyślny, co za straszny głupiec ze mnie. Sam się zdradziłem. Więc ona tą drogą uciekła? - Przebacz jej, to taka nieszczęśliwa istota! - Gdzie jest?... dokąd dąży?... Idź za nią, żądam tego. - Czekaj; zatrzymała się w zbrojowni, szuflada jakaś stoi tu otworem; na stole widzę szkatułkę, której schować zapomniałeś. Poznaje tę szkatułkę, bierze ją... - Co zawiera ta szkatułka, Andreo?... - Papiery twoje. - Jak wygląda?... - Cała pokryta niebieskim aksamitem, ozdobiona srebrnymi liśćmi, okuta w srebro. - Więc ona skradła tę szkatułkę?... - krzyknął Balsamo, tupnąwszy nogą. - Tak, ona. Teraz schodzi ze schodów, idzie do przedpokoju, otwiera drzwi, pociąga za sznur, i drzwi, prowadzące na ulicę, otwierają się przed nią. Wyszła. - Czy to późno już było?... - Noc. - Wyszła więc na chwilę przed mym powrotem, tem lepiej, może ją dogonię... idź za nią Andreo!... - Wyszła już, pędzi przez ulicę, jak szalona, jest na bulwarze... pędzi... pędzi bez odpoczynku. - Gdzie jest?... - Obok Bastylji. - Czy wciąż ją widzisz? - Prawie że obłąkana, ludzie oglądają się za nią. O, pyta, gdzie się znajduje. - Co mówi?... Słuchaj, słuchaj, na litość boską, nie strać ani słówka, Andreo. Kogo zapytała?... - Człowieka w czarnem ubraniu. - O co?... - O adres naczelnika policji. - I co, Andreo? czy otrzymała ten adres?... - Otrzymała. - Co dalej?... - Wraca i wychodzi na wielki plac. - Na plac Królewski. Czytaj w jej myślach. - Biegnij prędko!... natychmiast!... ta kobieta chce cię zadenuncjować. Jeśli dostanie się do pana de Sartines, będziesz zgubiony!... Balsamo krzyknął przeraźliwie, w jednej chwili przebiegł aleję parku, bramę Trianon ktoś mu otworzył, wskoczył na konia, a Dżerid pomknął, jak wicher. Tętent konia oddalał się coraz bardziej i w parę sekund zapanowała głucha cisza. Andrea stała chwilę nieruchoma i niema, jakby Balsamo zabrał ze sobą jej życie, potem, jak martwa osunęła się na ziemię. Balsamo, przerażony ucieczką Lorenzy, zapomniał obudzić Andrei.

CXXII

KATALEPSJA

Dziewczyna, opuszczona, zaczęła drżeć nerwowo, jak trzęsą się zwykle epileptycy przed atakiem.

Gilbert stał obok, jakby przykuty do miejsca i pożerał wzrokiem baronównę. Nie wiedział o żadnym śnie magnetycznym i jego objawach; stał za daleko, aby mógł był posłyszeć rozmowę kobiety z czarownikiem Balsamo. Wszak Andrea już po raz drugi przybywała na rozkaz tego człowieka, widocznie więc ma on wielką nad nią przewagę. Gilbert wyrozumował sobie, iż panna de Taverney ma kochanka, któremu wyznacza w nocy schadzki. Rozmowa, jaką prowadzili, musiała być sprzeczką jakąś. Balsamo, odjeżdżający galopem i jakby nieprzytomny, wyglądał na zrozpaczonego kochanka. Andrea, nieruchoma i niema, zdawała się opuszczoną kochanką. W tej chwili biedaczka zaczęła wydawać straszne, głuche krzyki, odpychała coś od siebie, zapewne to coś, co uwięziło duszę i rozum - magnetyzm. Pomimo wysilenia, nie mogła zwalczyć wpływu magnetyzera i wpadła w konwulsje podobne do tych, jakim podlegały Pythie na trójnogu. Potem straciła do reszty siły. Grzmoty i szum wichru przerwały ciszą. Szła burza. Gilbert, ze zwinnością tygrysa, podbiegł do Andrei i schwycił ją w ramiona. Nie namyślając się ani chwili, niósł ją do jej pokoju; zastał drzwi stojące otworem, złożył martwą na kanapie; świeca stała jeszcze na stoliczku, obok szklanki z wodą. Chłopak zadrżał febrycznie, dotknąwszy ciała ukochanej, lecz pierwsza myśl jego była prawa i czysta; chciał za jaką bądź cenę powrócić do życia tę piękną statuę i szukał oczyma karafki, ażeby ją ocucić. W tej chwili, gdy wyciągnął rękę po wodę, dał się słyszeć. jakiś szelest. Zdawało mu się, iż ktoś idzie po schodach. Nie mogła to być Nicolina, boć uciekła z oficerem, nie mógł być tembardziej Balsamo, który popędził, jak szalony, do Paryża. Musi to być zatem ktoś obcy. - Gdyby mię tu ten ktoś zobaczył, wypędzonoby mnie natychmiast - pomyślał chłopak. A kroki, tłumione burzą, szalejącą na dworze, zbliżały się ciągle. Gilbert miał tyle przytomności, że zgasił świecę i wybiegł do sąsiedniego pokoju, zajmowanego dotąd przez Nicolinę. Pokój ten sąsiadował z pokojem Andrei, a miał drzwi oszklone; w przedpokoju paliła się lampka. Miał ją zamiar także zgasić, ale już nie starczyło mu czasu, kroki dały się słyszeć tuż, mężczyzna jakiś wszedł na korytarz i drzwi na klucz zamknął za sobą. Gilbert ukrył się pospiesznie w pokoiku Nicoliny, przyłożył oczy do szyby i patrzył. Burza szalała, deszcz kroplisty bił w szyby okna Andrei, wicher targał okiennicami korytarza, których zamknąć zapomniano. Gilbert na nic nie zwracał uwagi, cała dusza jego skupiła się w oczach, a oczy wpatrywały się w człowieka, który się zbliżał. Człowiek ten, bez wahania, wszedł do pokoju Andrei. Gilbert patrzył z przerażeniem na nieznajomego; ten podszedł do łóżka, a dotknąwszy rękami pościeli, zobaczył, że jest próżne, cofnął się zdumiony i zawołał półgłosem: - Nicolino!... Nicolino!... - Jakto, Nicolino?... - pomyślał Gilbert - wszak o Andreę chodzi, nie o Nicolinę?... Żaden głos nie odpowiedział na to wołanie; mężczyzna wziął świecę ze stolika i wrócił do przedpokoju, gdzie zapalił ją od małej lampki. Gilbert zatrząsł się cały; w nieznajomym poznał króla. Wtedy zrozumiał wszystko: zrozumiał ucieczkę Nicoliny i jej pieniądze, zrozumiał drzwi otwarte, barona de Taverney i Richelieu'go, zrozumiał całą tę ohydną intrygę, jaką oplątano biedną Andreę. Na myśl, iż król jest w tym pokoju, krew uderzyła mu do głowy. Chciał krzyknąć, ale zamknął mu usta strach, a raczej przesąd; człowiek ten by i jednak królem Francji. Ludwik XV powrócił ze świecą w ręku do pokoju. Zaledwie przeszedł próg, spostrzegł Andreę na sofie. Leżała okryta białym peniuarem muślinowym, z głową zwieszoną, z rozpuszczonymi włosami. Król uśmiechnął się, świeca rzuciła zielonawe światło na leżącą piękność. Ludwik XV szepnął słów kilka, postawił lichtarz na stoliku, ukląkł przy Andrei i ucałował jej zwieszoną rękę, lecz uczuł, że jest zimna i sztywna. Gilbert otarł pot z czoła. Andrea ani drgnęła. Król pogłaskał delikatnie młodą dziewczynę i nachylił się nad nią; twarz była lodowata, jak ręka. Podniósł się szybko, spojrzał na małą bosą nóżkę, godną legendowego kopciuszka. Ujął to cacko w obie ręce, aby rozgrzać i drgnął znowu: noga zimna była jak marmur. Gilbert ścisnął rękojeść noża ogrodowego, który nosił zawsze w kieszeni. Ale król puścił w tej chwili nogę uśpionej i stanął przed nią, zdumiony tym snem dziwnym i niewytłumaczonym, który z początku brał był za kokieterję. Postanowił się przekonać, czy piękna dziewczyna żyje, zbliżył się do niej powtórnie, rozerwał peniuar i przyłożył rękę do serca; serce nie biło, ciało wyglądało jak posąg z alabastru, miało jego białość i piękność. Gilbert wcisnął się we drzwi z nożem otwartym w ręku. Oczy mu pałały, zęby dzwoniły, przysiągł sobie, że zabije najpierw króla, a potem siebie, gdyby król ośmielił się dalej prowadzić swoje badania. W tej chwili straszny grzmot wstrząsnął ziemią, zdawało się, że cały pałac zachwiał się w posadach; błysnęło, a przy fjoletowem świetle, leżąca kobieta wydała się martwą zupełnie. Ludwik XV przybliżył świecę do uśpionej i przerażony tą bladością zawołał: - Doprawdy, ona nie żyje! Dreszcz go przebiegł na myśl, że całował trupa. - Tak - szeptał - te sine usta, te oczy nawpół otwarte, te włosy w nieładzie, a szczególniej ta nieruchomość... Boże wielki! ona nie żyje!... Krzyknął, upuścił palącą się świecę na dywan i zataczając się, jak pijany, wyszedł do przedpokoju i rzucił się na schody; przeraźliwy świst wiatru stłumił jego kroki. Wtedy Gilbert zamknął nóż, stanął o dwa kroki od Andrei i przez kilka minut przypatrywał się pięknej, uśpionej dziewczynie. Świeca paliła się jeszcze na dywanie i oświetlała klasyczne kształty Andrei. Gilbert zachwiał się, oparł o stoliczek i patrzył. Trwało to chwilę; powoli wrócił na korytarz, zagasił lampę, zamknął drzwi na klucz, wszedł do pokoju Andrei, zagasił nogą świecę. Szatański uśmiech twarzy mu wykrzywił. - Andreo! Andreo! - szepnął nieprzytomnie - poprzysiągłem ci kiedyś, że gdy po raz trzeci wpadniesz w moc moją, nie ujdziesz mi, dumna dziewczyno! Podszedł do sofy, na której leżała nieprzytomna baronówna.