A teraz wrócimy na ulicę de
la Plâtri?re, dotąd pan de Sartines miał wysłać jednego ze swoich
najzręczniejszych agentów.
Gilbert, słaby i nieprzytomny, spoczywał na materacu Teresy;
wokoło niego krzątali się Rousseau z żoną i kilkoma sąsiadami,
przyglądającymi się tej małej próbce wczorajszej katastrofy.
Gilbert otworzył oczy. Zdawało mu się widać, że jest na
placu, bo ciekawie patrzył przed siebie.
W rysach jego, najprzód odmalował się wielki niepokój, potem
wielka radość, potem smutek głęboki i ten pozostał już na jego
twarzy.
- Czy cierpisz? - zapytał Rousseau, z czułością biorąc go za
rękę.
- I któż to mnie uratował? Kto myślał o mnie biednem,
samotnem stworzeniu?
- Uratowało cię to, że znaleziono cię, żywym jeszcze, między
trupami, a myślał o tobie ten, który nie zapomina o nikim.
- Zawsze jednak to głupota leźć w taki tłum! - mruczała pod
nosem Teresa.
Sąsiedzi powtórzyli po niej:
- Tak, to wielka głupota!
- Nie jest niedorzecznością iść tam, gdzie nie grozi wyraźne
niebezpieczeństwo, a tego przecież nikt się nie spodziewa, gdy
idzie patrzyć na sztuczne ognie. W takim razie, gdy zdarzy się
niebezpieczeństwo i ugodzi, nie jest się niedorzecznym, ale
nieszczęśliwym; wszak to samo mogło się i nam wydarzyć.
Gilbert, poznawszy, że się znajduje w pokoju pana Rousseau,
chciał coś powiedzieć.
Ale, zamiast głosu, krew rzuciła mu się nosem i ustami,
stracił na nowo przytomność.
Rousseau, uprzedzony przez Marat'a, że to mogło nastąpić,
nie przestraszył się wcale tym razem; w przewidywaniu, że tak
będzie, przyniósłszy go do domu, zamiast położyć do łóżka, umieścić
kazał na materacu.
- Teraz - rzekł do Teresy - będziemy mogli położyć do łóżka
tego chłopca.
- Gdzie?
- Tu, na mojem łóżku.
Gilbert usłyszał te słowa; nadzwyczajne osłabienie nie
pozwalało mu przemówić zaraz, po chwili dopiero rzekł:
- Nie, nie tu, na górę!
- Chcesz wrócić do swojej izdebki?
- Tak, tak, proszę o to.
Rousseau, posuwający do przesady tkliwość, zrozumiał zapewne
myśl Gilberta, gdyż rzekł do niego łagodnie:
- Dobrze, dobrze, moje dziecko, przeniesiemy cię zaraz na
górę. Boi się, aby nam tu nie zawadzał, poczciwy chłopczyna, -
dodał, zwracając się do Teresy.
Odniesiono tedy Gilberta na strych i ułożono, jak się dało
najwygodniej.
Około południa przyszedł Rousseau i usiadł przy chorym; ten,
wypocząwszy trochę, słabym głosem opowiadał mu szczegóły
katastrofy.
Zamilczał jednak, co go pociągnęło na plac, składał wszystko
na zwykłą ciekawość.
Rousseau ze swej strony nie podejrzewał go o nic innego, nie
wspomniał ani słowa o Filipie i kawałku białej sukni, znalezionym w
jego ręku.
Ale choć obydwaj pomijali przedmioty najważniejsze, rozmowa
jednak żywo ich zajmowała.
Wtem głos Teresy dał się słyszeć na schodach.
- Jakóbie! Jakóbie! - wołała.
- Czego tam chcesz ode mnie? - odezwał się Rousseau.
- Może to jaki książę przychodzi dowiedzieć się o moje
zdrowie! - z bladym uśmiechem powiedział Gilbert.
- Jakóbie, zejdźże prędzej, pan Jussieu, dowiedziawszy się,
że cię wczoraj widziano na placu, przyszedł zapytać, czy ci się tam
co złego nie przytrafiło.
- Poczciwy Jussieu! tak jak wszyscy ludzie, których wrodzona
skłonność ciągnie do badania natury, ma serce tkliwe i zdolne do
przyjaźni. Leż spokojnie, nie ruszaj się mój chłopcze, niebawem
wrócę do ciebie. - Rousseau wyszedł.
Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, młody chłopiec wstał i,
wlokąc się powoli, podszedł do okna, aby spojrzeć co się działo w
pokoju Andrei, ale, gdy z trudnością - dostał się na stołek,
zaszumiało mu w uszach, krew rzuciła mu się ustami i ciężko upadł
na podłogę.
W tejże chwili właśnie Rousseau otwierał drzwi izdebki,
prowadząc z sobą swego przyjaciela, pana Jussieu.
- Przyszliśmy cię odwiedzić, Gilbercie! Ale gdzież on się
podział? Wstał widać?
Wtem spostrzegł otwarte okienko i Gilberta leżącego na
ziemi. Już miał go zburczeć po przyjacielsku, gdy Gilbert,
zbierając wszystkie siły, rzekł:
- Brak mi było powietrza.
Niepodobna było się gniewać, cierpienie wyryte było na
bladej twarzy młodzieńca.
- W istocie jest tu bardzo gorąco i duszno; pokaż-no mi twój
puls, przyjacielu. Ja także jestem doktorem.
- I lepszym może od wielu innych - rzekł Rousseau gdyż,
lecząc ciało, nie zapominasz o duszy.
- Zbyt wielki to dla mnie zaszczyt, panie!... rzekł Gilbert,
starając się ukryć w łóżku przed wzrokiem doktora.
- Pan Jussieu sam ofiarował się ze swoją przysługą - mówił
Rousseau. - Co mówisz o stanie piersi tego chłopca, doktorze?
Znakomity anatomista dotykał kości i opukiwał starannie
chorego.
- Nic niema złamanego! Ale powiedz mi, mój przyjacielu, któż
to ściskał cię tak silnie?
- Zapewne śmierć, panie, - odpowiedział Gilbert.
Rousseau, zdziwiony, popatrzył na młodego człowieka.
- Tak, jesteś zgnieciony i zmęczony, mój chłopcze; trzeba ci
spokoju, wypoczynku, a wszystko przejdzie niedługo.
- Tylko nie mówmy o wypoczynku, nato nie mam czasu... -
mówił Gilbert, patrząc na pana Rousseau.
- Co to ma znaczyć? - zapytał Jussieu.
- Gilbert jest pilnym pracownikiem - odrzekł Rousseau.
- Tak, ale któż mówi o pracy, w takim stanie?
- Ten, kto z pracy żyć musi, nie może wypoczywać.
- Jeść niewiele będziesz, a ziółka nie będą drogo
kosztowały.
- Choćby najmniej kosztowały, jałmużny przyjąć nie mogę.
- Oszalałeś, Gilbercie! dumę posuwasz do przesady. A ja ci
mówię, że będziesz musiał zastosować się do przepisów doktora.
Wyobraź pan sobie, że błagał o to, abym nie wzywał nikogo.
- Dlaczego?
- Bo nie chce mnie na najmniejszy narażać wydatek. Jest
strasznie dumny.
- Ale, przyjacielu - rzekł Jussieu, z przyjemnością
wpatrując się w piękne, pełne wyrazu rysy młodzieńca - pomimo
największej odwagi i dumy, niepodobna jest robić tego, na co nam
brak siły. Czyż możesz myśleć o jakiejś pracy wtedy, gdy jesteś tak
osłabiony, że upadasz, chcąc okno otworzyć?
- To prawda - rzekł Gilbert - czuję, że jestem bardzo
osłabiony.
- A więc wypoczywaj, potrzeba ci najbardziej moralnego
spokoju, zresztą masz szczęście być gościem człowieka, z którym
wszyscy liczyć się muszą, prócz tego kto u niego mieszka.
Rousseau, zadowolony ze słów, pełnych delikatności, w
milczeniu uścisnął rękę przyjaciela.
- Zresztą teraz staniesz się przedmiotem starań ojcowskich
króla i książąt.
- Kto? ja? - zawołał Gilbert.
- Tak jest, ty, przyjacielu, który jesteś jedną z ofiar tego
nieszczęśliwego wypadku. Delfin wpadł w zupełną rozpacz, gdy się o
tem dowiedział; żona jego, która miała jechać do Marly, pozostaje w
Trianon, aby być bliżej i w pogotowiu niesienia pomocy
nieszczęśliwym.
- Doprawdy? - rzekł Rousseau.
- Tak jest, a teraz wszyscy mówią o liście, napisanym przez
delfina do pana de Sartines.
- Nie słyszałem o tem.
- Oto jak się rzecz miała: Delfin pobiera miesięcznie dwa
tysiące skudów. Dziś spóźniał się posłaniec z pieniędzmi; delfin
pytał o niego kilkakrotnie; przybył nakoniec i oddał je księciu,
który natychmiast odesłał je panu de Sartines z poleceniem, ażeby
je użył na wsparcie dla nieszczęśliwych. Czytałem to przed chwilą.
- Widziałeś się pan dziś z panem de Sartines? - rzekł
Rousseau, mierząc podejrzliwym wzrokiem swojego gościa.
- Tak, tylko co wyszedłem od niego, obiecał mi dać nasion -
mówił trochę pomieszany Jussieu - arcyksiężniczka tedy pozostaje w
Wersalu, gdzie zajęta jest pilnowaniem swoich chorych i rannych.
- Swoich chorych i rannych? - zapytał zdziwiony Rousseau.
- Tak jest - odpowiedział Jussieu - tym razem nie sam lud
ucierpiał; wiele osób między szlachtą zostało w tej katastrofie
poranionych, a nawet pozabijanych.
Gilbert słuchał chciwie i z natężoną uwagą.
Zdawało mu się, że lada chwila dowie się czegoś o pannie de
Taverney; nadzieja zawiodła go tym razem.
Jussieu powstał i zaczął się żegnać.
- Więc już skończona porada lekarska? - zapytał Rousseau.
- Jak na teraz nauka nic innego przepisać mu nie może, tylko
spokój, wypoczynek, trochę ruchu, powietrze leśne. Ale... omal nie
zapomniałem...
- O czem?
- Czy nie zechciałbyś mi towarzyszyć w niedzielę, w stronę
Marly, chciałbym zbadać roślinność tego lasu. Nasz chory pewno
będzie dość silny, aby ci towarzyszyć, zabierz go z sobą, będzie to
bardzo dobre dla niego.
- Tak daleko?
- Zajadę po was... dojedziemy gościńcem książęcym do
Luciennes, a stamtąd do Marly; wysiądziemy w lesie, my będziemy
zbierali rośliny a chory napełni tymczasem płuca świeżem powietrzem
leśnem.
- Jesteś pan pełen dobroci i uprzejmości! - rzekł Rousseau,
bardzo zadowolony z projektu.
- Ależ pozwól, panie Rousseau, ja mam w tem także własny
interes; wiem, że pan posiadasz już pewną klasyfikację mchów, a ja
jeszcze dotąd postępuję na ślepo; będziesz pan moim przewodnikiem.
- O! - rzekł Rousseau, okazując więcej zadowolenia, niżby
sobie życzył.
- W lesie przygotują nam skromne śniadanie, będziemy mieli
powietrze, cień, prześliczne kwiaty. Mogę liczyć na pewno?
- Na pewno, panie! cieszę się już naprzód na tę przyjemność
- mówił Rousseau uradowany, jak dziecko.
- A ty, młody przyjacielu, postaraj się wzmocnić swe siły do
niedzieli.
I dwaj botanicy wyszli razem, pozostawiając Gilberta,
pogrążonego w myślach i trwodze.