Józef Balsamo część III - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

LXX

POWRÓT

Wśród tych tysiącznych nieszczęść i wypadków pan Taverney ocalał jakby cudem.

Niezdolny oprzeć się unoszącemu go tłumowi, zdołał utrzymać się w samym środku jakiejś uciekającej gromadki i szczęśliwie wydostał się na bulwar, wolny od wszelkiego niebezpieczeństwa. To, co teraz mamy powiedzieć, wydałoby się przesadą, potwornością, gdybyśmy już oddawna nie byli nakreślili, z całą prawdą i dokładnością, głównych cech charakteru pana Taverney. Otóż, przez cały czas trwania niebezpieczeństwa, pan de Taverney myślał tylko o sobie; drżał tylko o całość swojej osoby. Ale znalazłszy się już na bulwarze, gdy uczuł zupełną swobodę ruchów, gdy minęła pierwsza chwila zadowolenia, baron przypomniał sobie córkę i krzyknął boleśnie: - Gdzie córka moja! Moja córka!... Stanął nieruchomy, jak skamieniały, starając się zebrać w pamięci wszystkie zdarzenia, od początku katastrofy i rozstania się z dziećmi. - Biedny człowiek! - szepnęło kilka litościwych głosów kobiecych. Wkrótce baron został otoczony przez ludzi, gotowych żałować go szczerze, a przedewszystkiem ciekawych historji wypadku. Pan de Taverney spojrzał na otaczających, wyrwał się z ich koła i postąpił parę kroków zpowrotem, w stronę placu. Ale ruch ten machinalny, spowodowany prawie bezwiednie przywiązaniem ojcowskiem, natychmiast zwalczony został przez rozsądek. Baron zatrzymał się. Widział zupełne niepodobieństwo powrotu na miejsce niebezpieczeństwa. Zresztą mógł-że kto rozpoznać i odnaleźć jedną kobietę wśród stutysięcznego tłumu. Nakoniec nadzieja, nie opuszczająca nigdy serca człowieka, zaczęła mu ukazywać nieszczęście w jaśniejszych kolorach. Wszak sam znalazł się tu bez szwanku, on, starzec słaby, bez niczyjej pomocy; Andrea zaś nie była przecie sama, był przy niej Filip, bronił jej i niezawodnie musiał ją obronić. Baron, jak każdy samolub, w tej chwili zdobił Filipa we wszystkie cnoty, których sam nie posiadał, w szaloną odwagę, poświęcenie bez granic i bez cienia nawet samolubstwa. Każdy egoista poczuwa się sam tylko do tej wady, zawsze gotów korzystać, a nawet domagać się od każdego dowodów poświęcenia. Za chwilę, zupełnie uspokojony, baron zwrócił kroki w stronę ulicy Coq-Héron, przekonany, że Filip najprzód ocalił Andreę, poczem rzucił się w tłum, starając się odnaleźć ojca, następnie wrócił do siostry i prawdopodobnie oboje już w domu być muszą. Ale gdy zbliżał się do domu, spotkał na ulicy Nicolinę, która w najwyższym niepokoju oczekiwała powrotu państwa. Rzuciła się do barona. - Gdzie panna Andrea, pan Filip?... - O mój Boże! Czyż niema ich jeszcze w domu? - zapytał przerażony. - Nie, nie, panie, nikt ich dotąd nie widział. - Może zostali gdzie zatrzymani, lub też poszli dalszą drogą - rzekł baron i pozostał na ulicy, oczekując powrotu dzieci, obok Nikoliny, zanoszącej się od płaczu. - Pan Filip idzie! - ze strachem krzyknęła Nicolina, widząc, że wraca sam, bez siostry. Filip stanął zadyszany i zrozpaczony. - Czy jest Andrea? - krzyknął zdaleka. - O! mój Boże! - zawołał baron przerażony. - Andrea! Andrea! - powtarzał młody człowiek, głosem rozpaczliwym. - Gdzie jest Andrea? - Nie widzieliśmy jej! niema jej tu panie Filipie! - odpowiedziała Nicolina, zanosząc się od płaczu. - Wróciłeś bez niej! - krzyknął baron w gniewie. W odpowiedzi Filip zbliżył się i ukazał zakrwawioną twarz i złamaną rękę, która wisiała bezwładnie przy jego boku. - O Boże! mój Boże! moja biedna Andrea! - jęczał boleśnie baron. - Znajdę ją ojcze, żywą czy umarłą - odrzekł Filip posępnie. I zawrócił z gorączkowym pośpiechem, dążąc na plac. Nieczuły na ból, wsunął za kamizelkę złamaną lewą rękę, a gdyby miał w tej chwili siekierę, bez namysłu byłby ją odrąbał, aby mu już nie przeszkadzała. Wtedy to właśnie błądząc po placu, spotkał Rousseau i odnalazł Gilberta. Gdy się Rousseau oddalił, zostawiając mu latarnię, Filip dalej czynił poszukiwania, trzymając w ręku ów kawałek sukni Andrei, wyjęty z rąk wpółumarłego Gilberta. Nakoniec o wschodzie słońca Filip, bezsilny, upadający, bledszy od trupów, leżących na placu, chwiejnym krokiem zwrócił się ku ulicy Coq-Héron. Przed domem ujrzał stojącego ojca i służbę i pojął w tej chwili, że siostry dotąd nie było. Baron poznał wracającego. - I cóż? - zapytał. - Czy Andrea nie wróciła? - zapytał Filip. - Niestety, niema jej! - odpowiedziały mu trzy głosy razem. - Więc nic, żadnej wiadomości?... żadnej nadziei! - jęknął Filip, padając na kamienną ławkę; baron krzyknął przeraźliwie. W tejże chwili, przed domem ukazała się dorożka, a w oknie widać było bladą twarz omdlałej kobiety. Drzwiczki się otwarły, wysiadł mężczyzna, niosąc na rękach bezwładne ciało Andrei. Filip rzucił się ku niej. - Nieżywa! Trupa jej nam odwożą - zawołał boleśnie. - Nieżywa?... Panie, czy ona doprawdy już nie żyje? - pytał trwożnie baron. - Zdaje mi się, że panowie jesteście w błędzie, panna de Taverney jest tylko omdlałą, - odrzekł człowiek, trzymający na rękach Andreę. - A! czarownik! czarnoksiężnik! - Hrabia Balsamo! - szepnął Filip. - Tak, to ja sam, panie baronie, bardzo szczęśliwy, że udało mi się poznać i uratować pannę de Taverney z tego strasznego niebezpieczeństwa. - Gdzie ją pan znalazł? - zapytał Filip. - Niedaleko muru. - Rozumiem. Potem, przechodząc z radości w niedowierzanie, zapytał: - Dlaczegóż to dopiero teraz odwozisz ją nam, panie hrabio? Balsamo odrzekł spokojnie: - Gdy wyniosłem z tłumu nieprzytomną panną de Taverney, udałem się do mieszkania margrabiny de Savigny, tuż obok stajni królewskich. Wtedy ten zacny człowiek, który pomagał mi przenieść panienkę... Proszę cię, przyjdź tu, Comtois... Z dorożki wysiadł i zbliżył się człowiek w dworskiej liberji. - Wtedy ten zacny człowiek, należący do służby stajennej królewskiej, poznał panienkę, gdyż odwoził ją kiedyś do domu z dworskiej uroczystości. Posłałem po dorożkę i zabrawszy go z sobą dla wskazania mi drogi, odwożę państwu pannę de Taverney, może mniej cierpiącą niż państwo sądzicie. To mówiąc, ostrożnie składał w ręce ojca i Nicoliny bezwładne ciało Andrei. Baron pierwszy raz w życiu poczuł łzę rozczulenia pod powieką, nie otarł jej i stoczyła się zwolna po zmarszczkach twarzy. Filip podał zdrową rękę hrabiemu, mówiąc: - Panie hrabio, wiesz, gdzie mieszkam i jak się nazywam, uważać będę za największe szczęście, jeśli kiedykolwiek pozwolisz mi uiścić się choć w części z zaciągniętego dziś długu wdzięczności. - Spełniłem tylko obowiązek - skromnie odrzekł Balsamo. I, skłoniwszy się, chciał już odejść, nie zwracając uwagi na barona, który zapraszał go, aby zechciał wejść do domu. Wtem zwrócił się jeszcze do Filipa i rzekł: - Zapomniałem zostawić panom adresu margrabiny de Savigny; mieszka w swoim pałacu, ulica Saint-Honoré. Może panna de Taverney, przyszedłszy do zdrowia, uzna za stosowne odwiedzić ją. Dokładność i ścisłość tych wszystkich szczegółów dowodziły takiej delikatności w postępowaniu, że Filip, a nawet i stary baron, był nią rozczulony. - Panie - rzekł baron - córka moja zawdzięcza ci życie. - Wiem o tem! i jestem z tego dumny i szczęśliwy zarazem. Skłoniwszy się raz jeszcze, Balsamo wyszedł, za nim Comtois, który nie przyjął sakiewki, ofiarowanej mu przez Filipa. W chwili gdy zniknął Balsamo, Andrea otworzyła oczy. Pozostała przez chwilę w milczeniu, oczy miała obłąkane, straszne. - Czyżby Bóg miał nam ją oddać tylko w połowie, byłażby obłąkaną? - szepnął Filip przerażony. Zdawało się, że Andrea usłyszała te słowa, mimo to jednak nie mówiła nic, wstrząsnęła tylko przecząco głową. Wzrok jej błądził dalej w przestworzu, jakby gonił za jakiemś zjawiskiem. Stała z ręką wyciągniętą w stronę ulicy, w której zniknął Balsamo. - Filipie, podaj rękę siostrze i chodźmy do pokoju. Tu dopiero powróciła jej mowa. - Filip!... Mój ojciec! - zawołała. - Poznaje nas, poznaje nas, ojcze! - Naturalnie, że was poznaję. Ale powiedzcie mi, proszę, co się ze mną stało? Andrea zamknęła w tej chwili oczy i zasnęła snem spokojnym. Służąca rozebrała Andreę i położyła ją do łóżka. Gdy Filip wszedł do swego pokoju, zastał tam już doktora, którego zawezwał służący, dbały o zdrowie pana. Ręka Filipa nie była złamana, lecz wybita ze stawu; doktór nastawił ją dość prędko, choć nie bez bólu. Opatrzył potem ranę na czole; a Filip, niespokojny o siostrę, poprowadził doktora do jej łóżka. Doktór, zbadawszy puls i oddech Andrei, rzekł do Filipa: - Siostra pańska śpi spokojnie, w jej stanie nic niema zatrważającego. Niechaj się wyśpi, widać bardzo potrzebuje spoczynku.

LXXI

PAN DE JUSSIEU

A teraz wrócimy na ulicę de la Plâtri?re, dotąd pan de Sartines miał wysłać jednego ze swoich najzręczniejszych agentów.

Gilbert, słaby i nieprzytomny, spoczywał na materacu Teresy; wokoło niego krzątali się Rousseau z żoną i kilkoma sąsiadami, przyglądającymi się tej małej próbce wczorajszej katastrofy. Gilbert otworzył oczy. Zdawało mu się widać, że jest na placu, bo ciekawie patrzył przed siebie. W rysach jego, najprzód odmalował się wielki niepokój, potem wielka radość, potem smutek głęboki i ten pozostał już na jego twarzy. - Czy cierpisz? - zapytał Rousseau, z czułością biorąc go za rękę. - I któż to mnie uratował? Kto myślał o mnie biednem, samotnem stworzeniu? - Uratowało cię to, że znaleziono cię, żywym jeszcze, między trupami, a myślał o tobie ten, który nie zapomina o nikim. - Zawsze jednak to głupota leźć w taki tłum! - mruczała pod nosem Teresa. Sąsiedzi powtórzyli po niej: - Tak, to wielka głupota! - Nie jest niedorzecznością iść tam, gdzie nie grozi wyraźne niebezpieczeństwo, a tego przecież nikt się nie spodziewa, gdy idzie patrzyć na sztuczne ognie. W takim razie, gdy zdarzy się niebezpieczeństwo i ugodzi, nie jest się niedorzecznym, ale nieszczęśliwym; wszak to samo mogło się i nam wydarzyć. Gilbert, poznawszy, że się znajduje w pokoju pana Rousseau, chciał coś powiedzieć. Ale, zamiast głosu, krew rzuciła mu się nosem i ustami, stracił na nowo przytomność. Rousseau, uprzedzony przez Marat'a, że to mogło nastąpić, nie przestraszył się wcale tym razem; w przewidywaniu, że tak będzie, przyniósłszy go do domu, zamiast położyć do łóżka, umieścić kazał na materacu. - Teraz - rzekł do Teresy - będziemy mogli położyć do łóżka tego chłopca. - Gdzie? - Tu, na mojem łóżku. Gilbert usłyszał te słowa; nadzwyczajne osłabienie nie pozwalało mu przemówić zaraz, po chwili dopiero rzekł: - Nie, nie tu, na górę! - Chcesz wrócić do swojej izdebki? - Tak, tak, proszę o to. Rousseau, posuwający do przesady tkliwość, zrozumiał zapewne myśl Gilberta, gdyż rzekł do niego łagodnie: - Dobrze, dobrze, moje dziecko, przeniesiemy cię zaraz na górę. Boi się, aby nam tu nie zawadzał, poczciwy chłopczyna, - dodał, zwracając się do Teresy. Odniesiono tedy Gilberta na strych i ułożono, jak się dało najwygodniej. Około południa przyszedł Rousseau i usiadł przy chorym; ten, wypocząwszy trochę, słabym głosem opowiadał mu szczegóły katastrofy. Zamilczał jednak, co go pociągnęło na plac, składał wszystko na zwykłą ciekawość. Rousseau ze swej strony nie podejrzewał go o nic innego, nie wspomniał ani słowa o Filipie i kawałku białej sukni, znalezionym w jego ręku. Ale choć obydwaj pomijali przedmioty najważniejsze, rozmowa jednak żywo ich zajmowała. Wtem głos Teresy dał się słyszeć na schodach. - Jakóbie! Jakóbie! - wołała. - Czego tam chcesz ode mnie? - odezwał się Rousseau. - Może to jaki książę przychodzi dowiedzieć się o moje zdrowie! - z bladym uśmiechem powiedział Gilbert. - Jakóbie, zejdźże prędzej, pan Jussieu, dowiedziawszy się, że cię wczoraj widziano na placu, przyszedł zapytać, czy ci się tam co złego nie przytrafiło. - Poczciwy Jussieu! tak jak wszyscy ludzie, których wrodzona skłonność ciągnie do badania natury, ma serce tkliwe i zdolne do przyjaźni. Leż spokojnie, nie ruszaj się mój chłopcze, niebawem wrócę do ciebie. - Rousseau wyszedł. Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, młody chłopiec wstał i, wlokąc się powoli, podszedł do okna, aby spojrzeć co się działo w pokoju Andrei, ale, gdy z trudnością - dostał się na stołek, zaszumiało mu w uszach, krew rzuciła mu się ustami i ciężko upadł na podłogę. W tejże chwili właśnie Rousseau otwierał drzwi izdebki, prowadząc z sobą swego przyjaciela, pana Jussieu. - Przyszliśmy cię odwiedzić, Gilbercie! Ale gdzież on się podział? Wstał widać? Wtem spostrzegł otwarte okienko i Gilberta leżącego na ziemi. Już miał go zburczeć po przyjacielsku, gdy Gilbert, zbierając wszystkie siły, rzekł: - Brak mi było powietrza. Niepodobna było się gniewać, cierpienie wyryte było na bladej twarzy młodzieńca. - W istocie jest tu bardzo gorąco i duszno; pokaż-no mi twój puls, przyjacielu. Ja także jestem doktorem. - I lepszym może od wielu innych - rzekł Rousseau gdyż, lecząc ciało, nie zapominasz o duszy. - Zbyt wielki to dla mnie zaszczyt, panie!... rzekł Gilbert, starając się ukryć w łóżku przed wzrokiem doktora. - Pan Jussieu sam ofiarował się ze swoją przysługą - mówił Rousseau. - Co mówisz o stanie piersi tego chłopca, doktorze? Znakomity anatomista dotykał kości i opukiwał starannie chorego. - Nic niema złamanego! Ale powiedz mi, mój przyjacielu, któż to ściskał cię tak silnie? - Zapewne śmierć, panie, - odpowiedział Gilbert. Rousseau, zdziwiony, popatrzył na młodego człowieka. - Tak, jesteś zgnieciony i zmęczony, mój chłopcze; trzeba ci spokoju, wypoczynku, a wszystko przejdzie niedługo. - Tylko nie mówmy o wypoczynku, nato nie mam czasu... - mówił Gilbert, patrząc na pana Rousseau. - Co to ma znaczyć? - zapytał Jussieu. - Gilbert jest pilnym pracownikiem - odrzekł Rousseau. - Tak, ale któż mówi o pracy, w takim stanie? - Ten, kto z pracy żyć musi, nie może wypoczywać. - Jeść niewiele będziesz, a ziółka nie będą drogo kosztowały. - Choćby najmniej kosztowały, jałmużny przyjąć nie mogę. - Oszalałeś, Gilbercie! dumę posuwasz do przesady. A ja ci mówię, że będziesz musiał zastosować się do przepisów doktora. Wyobraź pan sobie, że błagał o to, abym nie wzywał nikogo. - Dlaczego? - Bo nie chce mnie na najmniejszy narażać wydatek. Jest strasznie dumny. - Ale, przyjacielu - rzekł Jussieu, z przyjemnością wpatrując się w piękne, pełne wyrazu rysy młodzieńca - pomimo największej odwagi i dumy, niepodobna jest robić tego, na co nam brak siły. Czyż możesz myśleć o jakiejś pracy wtedy, gdy jesteś tak osłabiony, że upadasz, chcąc okno otworzyć? - To prawda - rzekł Gilbert - czuję, że jestem bardzo osłabiony. - A więc wypoczywaj, potrzeba ci najbardziej moralnego spokoju, zresztą masz szczęście być gościem człowieka, z którym wszyscy liczyć się muszą, prócz tego kto u niego mieszka. Rousseau, zadowolony ze słów, pełnych delikatności, w milczeniu uścisnął rękę przyjaciela. - Zresztą teraz staniesz się przedmiotem starań ojcowskich króla i książąt. - Kto? ja? - zawołał Gilbert. - Tak jest, ty, przyjacielu, który jesteś jedną z ofiar tego nieszczęśliwego wypadku. Delfin wpadł w zupełną rozpacz, gdy się o tem dowiedział; żona jego, która miała jechać do Marly, pozostaje w Trianon, aby być bliżej i w pogotowiu niesienia pomocy nieszczęśliwym. - Doprawdy? - rzekł Rousseau. - Tak jest, a teraz wszyscy mówią o liście, napisanym przez delfina do pana de Sartines. - Nie słyszałem o tem. - Oto jak się rzecz miała: Delfin pobiera miesięcznie dwa tysiące skudów. Dziś spóźniał się posłaniec z pieniędzmi; delfin pytał o niego kilkakrotnie; przybył nakoniec i oddał je księciu, który natychmiast odesłał je panu de Sartines z poleceniem, ażeby je użył na wsparcie dla nieszczęśliwych. Czytałem to przed chwilą. - Widziałeś się pan dziś z panem de Sartines? - rzekł Rousseau, mierząc podejrzliwym wzrokiem swojego gościa. - Tak, tylko co wyszedłem od niego, obiecał mi dać nasion - mówił trochę pomieszany Jussieu - arcyksiężniczka tedy pozostaje w Wersalu, gdzie zajęta jest pilnowaniem swoich chorych i rannych. - Swoich chorych i rannych? - zapytał zdziwiony Rousseau. - Tak jest - odpowiedział Jussieu - tym razem nie sam lud ucierpiał; wiele osób między szlachtą zostało w tej katastrofie poranionych, a nawet pozabijanych. Gilbert słuchał chciwie i z natężoną uwagą. Zdawało mu się, że lada chwila dowie się czegoś o pannie de Taverney; nadzieja zawiodła go tym razem. Jussieu powstał i zaczął się żegnać. - Więc już skończona porada lekarska? - zapytał Rousseau. - Jak na teraz nauka nic innego przepisać mu nie może, tylko spokój, wypoczynek, trochę ruchu, powietrze leśne. Ale... omal nie zapomniałem... - O czem? - Czy nie zechciałbyś mi towarzyszyć w niedzielę, w stronę Marly, chciałbym zbadać roślinność tego lasu. Nasz chory pewno będzie dość silny, aby ci towarzyszyć, zabierz go z sobą, będzie to bardzo dobre dla niego. - Tak daleko? - Zajadę po was... dojedziemy gościńcem książęcym do Luciennes, a stamtąd do Marly; wysiądziemy w lesie, my będziemy zbierali rośliny a chory napełni tymczasem płuca świeżem powietrzem leśnem. - Jesteś pan pełen dobroci i uprzejmości! - rzekł Rousseau, bardzo zadowolony z projektu. - Ależ pozwól, panie Rousseau, ja mam w tem także własny interes; wiem, że pan posiadasz już pewną klasyfikację mchów, a ja jeszcze dotąd postępuję na ślepo; będziesz pan moim przewodnikiem. - O! - rzekł Rousseau, okazując więcej zadowolenia, niżby sobie życzył. - W lesie przygotują nam skromne śniadanie, będziemy mieli powietrze, cień, prześliczne kwiaty. Mogę liczyć na pewno? - Na pewno, panie! cieszę się już naprzód na tę przyjemność - mówił Rousseau uradowany, jak dziecko. - A ty, młody przyjacielu, postaraj się wzmocnić swe siły do niedzieli. I dwaj botanicy wyszli razem, pozostawiając Gilberta, pogrążonego w myślach i trwodze.