Nastała cisza uroczysta.
Nieznajomy zdawał się namyślać. Nareszcie odezwał się:
- Panowie! złóżcie broń niepotrzebną i słuchajcie uważnie;
wiele się dowiedzieć możecie z kilku słów moich.
Uwaga się podwoiła.
- Źródła wielkich rzek są prawie zawsze mityczne, a zatem
nieznane. O Nilu, Gangesie, Amazonce, wiemy dokąd dążą, lecz nie
wiemy skąd płyną! I ja wiem gdzie jestem, ale nie wiem skąd
pochodzę. Przypominam sobie tylko, że w dniu, gdy oczy duszy mej
ujrzały przedmioty zewnętrzne, znajdowałem się w Medynie, mieście
świętem, w pysznych ogrodach mufty Saladyma. Był to starzec godzien
szacunku, kochałem go jak ojca, choć mi nim nie był. Ale patrzył na
mnie z czułością, ale mówił do mnie z powagą. Trzy razy na dzień
opuszczał mnie, a wtedy inny starzec, którego imię wymawiam z
wdzięcznością, a zarazem ze strachem, przychodził do mnie. Posiadał
on wszystkie wiadomości, wyćwiczony przez siedm duchów wyższych w
tem, czego się uczą aniołowie, aby rozumieć Boga. Nazywał się
Althotas. Był to mój nauczyciel, mój mistrz, obecnie jest moim
przyjacielem czcigodnym, a dwa razy starszym jest od najstarszego z
was.
Gdy dobiegłem lat piętnastu, dano mi już przeniknąć główne
tajemnice natury. Znałem botanikę, nie tę ograniczoną, którą bada
każdy uczony na kawałku ziemi, gdzie mieszka. Ja znałem
sześćdziesiąt tysięcy grup roślin, rosnących na całym świecie. Gdy
mistrz mój kładł mi ręce na czoło i rozkazywał zejść do oczu moich
zamkniętych promieniom światła boskiego, pogrążony w kontemplacji
nadnaturalnej umiałem zapuścić wzrok na dno morskie; widziałem
fantastyczną roślinność, okrywającą olbrzymiemi porosty gniazda
potworów szkaradnych, bezkształtnych, jakich oko ludzkie nie
oglądało nigdy.
Poświęciłem się także językom umarłym i żyjącym. Znałem
wszystkie narzecza od Dardanelów do cieśniny Magelońskiej. Czytałem
tajemnicze hieroglify na Piramidach. Zgłębiałem umiejętności
ludzkie od czasów Sanchoniatona do Sokratesa, od Mojżesza do Ś-go
Hieronima, od Zoroastra aż do Agrippy. Studjowałem medycynę nie z
pomocą Hipokratesa, Galena, Averrhoësa, - mistrzem w tej nauce była
mi natura. Podchwyciłem tajemnicę Koftów i Druidów. Zbierałem
nasiona niedoli i szczęścia. Gdy simun i huragan przelatywały nad
głową moją, miałem moc powierzać im ziarna, które niosły w dal
śmierć lub życie, stosownie do tego, czym potępił lub pobłogosławił
okolicę w którą zwróciłem twarz zagniewaną lub uśmiechniętą.
Pośród tych nauk, prac i podróży, doszedłem lat dwudziestu.
Pewnego dnia mistrz mój wszedł do groty marmurowej, gdzie
się schroniłem przed upałem. Twarz miał surową, a jednocześnie
uśmiechniętą; w ręku trzymał flakon.
- Acharacie - rzekł do mnie - mówiłem ci zawsze, że nic się
nie rodzi i nic nie umiera na świecie; że kolebka i grób to bracia,
a człowiekowi, ażeby widział jasno swoje minione egzystencje, brak
tylko jasnowidzenia, które go równym Bogu uczyni. Od chwili bowiem,
gdy posiądzie jasnowidzenie, stanie się jak Bóg nieśmiertelnym. Ja,
zanim znajdę napój, zwyciężający śmierć samą, znalazłem napój,
który rozprasza ciemności. Acharacie, wypiłem wczoraj tyle, ile
brak w tej buteleczce - ty wypij dzisiaj resztę.
Miałem nieograniczoną ufność, miałem szacunek najwyższy dla
mistrza, a jednak ręka mi drżała za dotknięciem flakonu, podawanego
mi przez Althotasa; tak musiała drżeć ręka Adama, gdy brał jabłko
od Ewy.
- Wypij! - rzekł, uśmiechając się.
Położył mi ręce na głowie, jak zwykle, gdy chciał na chwilę
obdarzyć mnie wzrokiem podwójnym.
- Śpij - rzekł - i pamiętaj.
Usnąłem zaraz. Śniło mi się, że leżę na stosie z drzewa
sandałowego i aloesowego; anioł, przelatujący ze Wschodu na Zachód
z rozkazami Boga, musnął skrzydłem drzewo i stos mój buchnął
płomieniem. Zamiast wzruszyć się, przestraszyć, zamiast bać się
płomieni, wyciągnąłem się rozkosznie pośród języków ognistych, jak
feniks, czerpiący nowe życie w zagładzie. Wtedy wszystko, co było
we mnie materją, znikło, dusza jedynie pozostała, zachowując formy
ciała, przezroczyste, niepochwytne, lżejsze od atmosfery, w jakiej
żyjemy, i ponad którą się uniosła. I jak Pytagoras pamiętał, iż był
obecny przy oblężeniu Troi, tak ja objąłem pamięcią trzydzieści dwa
istnienia, które już przeżyłem. Widziałem przesuwające się wieki,
jak szereg wzniosłych starców. Poznawałem się pod różnemi imionami,
jakie nosiłem od pierwszych narodzin, do ostatniego zgonu. Wszak
wiecie, bracia, bo to jest podstawą naszej wiary, że dusze, to
niezliczone cząstki bóstwa, które z każdem tchnieniem ulatają z
piersi Boga, napełniają powietrze i dzielą się na przeróżne
kategorje. Są dusze wzniosłe i upośledzone. Człowiek w chwili
urodzenia wciąga w siebie, przypadkowo może, jedną z tych dusz
błądzących, a oddaje ją z siebie w chwili śmierci, na nowe
błądzenie i dalsze przemiany.
Nieznajomy mówił tak przekonywująco - oczy wznosił w niebo z
wyrazem tak pełnym wiary w to co wykładał, że szmer uwielbienia
rozszedł się po sali; zdziwienie ustąpiło zachwytowi, jak gniew
wprzód ustąpił zdziwieniu.
Po zbudzeniu się - mówił wtajemniczony czułem się więcej niż
człowiekiem; zrozumiałem, że Bogiem prawie jestem.
Wtedy postanowiłem nietylko istnienie obecne, lecz
wszystkie, jakie mi zostają do przeżycia, poświęcić dla szczęścia
ludzkości.
Nazajutrz Althotas, jakgdyby odgadł myśl moją, rzekł do
mnie:
- Synu mój, dwadzieścia lat upływa odkąd matka twoja umarła,
dając ci życie; od dwudziestu lat przeszkoda nieprzezwyciężona nie
pozwala znakomitemu ojcu twojemu dać ci się poznać; teraz udamy się
w podróż. Ojciec twój będzie się znajdował pomiędzy tymi, których
spotkamy; weźmie cię w objęcia, ucałuje, lecz ty nie będziesz
wiedział, że to twój ojciec.
Wszystko więc we mnie, jak u wybrańców Boga, musi być
tajemnicze: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.
Pożegnałem muftę Saladyma - pobłogosławił mnie i obsypał
darami, następnie przyłączyliśmy się do karawany zmierzającej do
Suezu.
Wybaczcie, panowie, wzruszeniu memu. Pewnego dnia człowiek
jakiś poważny uściskał mnie, i dziwne drżenie przejęło całą mą
istotę, gdy uczułem bicie jego serca. Był to szeryf Mekki, książę
nader wspaniały i sławny. Dużo on wojen widział i za jednem
skinieniem jego ręki trzy miljony głów ludzkich chyliło się ku
ziemi.
Zapuściliśmy się w głąb Azji; szliśmy w górę Tygru,
zwiedziliśmy Palmirę, Damaszek, Smyrnę, Konstantynopol, Wiedeń,
Berlin, Drezno, Moskwę, Sztokholm, Petersburg, Nowy-York,
Buenos-Ayres, Aden i znów znaleźliśmy się prawie w tem miejscu z
któregośmy wyruszyli. Następnie udaliśmy się do Abisynji z biegiem
Nilu; wylądowaliśmy w Rodos; dalej na Maltę, gdzie okręt wypłynął
na nasze spotkanie i dwóch kawalerów zakonu powitało nas; uścisnęli
Althotasa i zaprowadzili nas triumfalnie do pałacu wielkiego
mistrza Pinto.
Dziwi was zapewne, panowie, dlaczego muzułmanin Acharat,
przyjmowany był z honorami przez tych właśnie, którzy zaprzysięgają
zagładę niewiernym.
Althotas był katolikiem i kawalerem maltańskim. Mówił mi
zawsze o Bogu potężnym, jedynym, utrzymującym z pomocą aniołów
swoich harmonję ogólną, o Bogu, który nadał tej całości zgodnej
piękne, wielkie miano: "Wszechświat". Stałem się deistą.
Podróże moje skończyły się, lecz widok tych miast o nazwach
przeróżnych, obyczajach najrozmaitszych, nie wywarł na mnie
wrażenia. Nic nowego nie było dla mnie pod słońcem. Przez ciąg
trzydziestu dwóch istności, zwiedziłem już był wszystko; tylko
jedna rzecz mnie uderzyła: ludzie się zmienili. Unosząc się duchem
ponad wypadkami i dążąc za pochodem ludzkości, widziałem, że umysły
zmierzały do postępu, a postęp prowadził do wolności. Widziałem, że
zjawiali się prorocy, natchnieni przez Boga, aby wspierać chwiejny
pochód ludzkości, która, ślepa od urodzenia, w ciągu wieku czyni
krok jeden ku światłu, a wiek - to dzień jeden ludzkości.
Rzekłem sobie, że nie poto odkryto mi tyle rzeczy
nadprzyrodzonych, ażebym je w sobie zagrzebał. Napróżno góra zamyka
w swem wnętrzu żyły złota, napróżno ocean na dnie perły ukrywa;
górnik wytrwały rozedrze łono góry, nurek zstąpi w głębiny morza...
Lepiej więc naśladować nie górę i morze, lecz słońce, lepiej
roztaczać światło nad ziemią!
Rozumiecie mnie teraz?...
Nie dla dopełnienia obrzędów masońskich przybyłem ze
Wschodu.
Przybyłem, aby rzec: Bracia!... pożyczcie skrzydeł i oczu od
orłów, wznieście się ponad świat, stańcie wraz ze mną na szczycie
góry, gdzie szatan zaniósł Chrystusa, i rzućcie wzrokiem na ziemię.
Ludy to olbrzymie, zrodzone w różnych epokach i w warunkach
odmiennych, idą swym torem i przybyć muszą do celu, dla którego
stworzone zostały.
Postępują bezustannie, choć zdają się odpoczywać, a gdy się
cofają jakimś trafem niespodzianym, nie znaczy to, aby szły wstecz;
przeciwnie, nabierają wtedy rozpędu do przebycia lub złamania
przeszkody.
Francja stoi w przedniej straży narodów, włóżmy jej w rękę
pochodnię, a choćby nawet sama od niej spłonęła, pożar to będzie
zbawienny, bo oświeci świat cały.
Oto, dlatego brakuje tu przedstawiciela Francji, że cofa się
on przed swem posłannictwem!... Trzeba człowieka, nie cofającego
się przed niczem... ja więc pójdę do Francji!...
- Pójdziesz do Francji? - powtórzył przewodniczący.
- To najważniejszy posterunek... biorę go na siebie; to
dzieło najniebezpieczniejsze... podejmuję je zatem!
- Wiesz więc, co się dzieje we Francji? - zapytał
przewodniczący.
- Wiem, bo sam to przygotowałem. Stary, niedołężny, zepsuty
król, mniej jednak niedołężny i beznadziejny od monarchji, którą
reprezentuje, zasiada na tronie Francji. Zostaje mu zaledwie kilka
lat życia. Na dzień śmierci jego trzeba przygotować odpowiednio
przyszłość, Francja jest kluczem i podporą gmachu; niech sześć
miljonów rąk podniesie się na znak Koła najwyższego, niech wyrwą
podporę, a gmach monarchiczny runie. W dniu, w którym zginie król
Francji, na całą Europę spłynie błogosławieństwo przewrotu.
- Wybacz mistrzu, - odezwał się jeden z przewódców, którego
akcent zdradzał pochodzenie szwajcarskie - czy wszystko zbadałeś? -
- Wszystko! - odrzekł wielki Kofta.
- Mistrzu! na szczytach gór naszych, w głębinach dolin i nad
brzegami jezior naszych - przyzwyczajeni jesteśmy mówić otwarcie,
więc powiem ci - chwila źle jest wybrana...
Widziałem córkę Marji-Teresy, zmierzającą do Francji.
Widziałem ją, w całym blasku urody i bogactwa dążącą, aby połączyć
krew siedemnastu Cezarów z krwią spadkobiercy sześćdziesięciu dwóch
królów. Ludy się cieszą, jak zawsze, gdy im rozluźniają lub złocą
kajdany. Powtarzam, czas nie nadszedł jeszcze!...
Ogólne zapanowało milczenie, wszyscy zwrócili oczy na
śmiałego mówcę.
- Mów dalej, bracie, - rzekł wielki Kofta. My, wybrańcy
nieba, nie odrzucamy rad dobrych.
Szwajcar mówił dalej:
- Nauka i życie dały mi doświadczenie i moc odgadywania
charakterów z fizjognomji ludzkiej.
Napróżno człowiek łagodzi wzrok, napróżno każe się ustom
uśmiechać, charakter przebija się mimowoli w jego twarzy.
Czytałem więc na czole młodej dziewicy, mającej panować nad
Francją, dumę, odwagę i tkliwe miłosierdzie dziewcząt niemieckich;
twarz młodego człowieka, mającego zostać jej mężem, wyraża zimną
krew, słodycz i zmysł spostrzegawczy. Naród francuski, niepomny
złego, a dobrego niezapominający; naród, któremu wystarczał Karol
Wielki, Ludwik Święty i Henryk IV przy dwudziestu monarchach
podłych i okrutnych, jakżeby nie miał pokochać królowej młodej,
pięknej i dobrej, króla łagodnego, skromnego i dobrze rządzącego?
Marja-Antonina przekracza właśnie granicę Francji - ołtarz i
łoże przygotowują w Wersalu; czyż to chwila, aby zacząć działać we
Francji?
- Skończyłem, mistrzu, do ciebie należy osądzić, czy miałem
słuszność.
Po tych słowach apostoł z Zurichu usunął się, a szmer
uznania rozległ się dokoła.
Wielki Kofta odpowiedział:
- Bracie! ty czytasz w obliczach ludzkich, ja zaś czytam w
przyszłości.
Marja-Antonina jest dumną, zechce więc walczyć i padnie pod
ciosami; Ludwik jest dobrym, łagodnym, osłabnie zatem w walce z
nami i zginie przez żonę i wraz z nią. Obecnie czują przyjaźń dla
siebie; nie dopuścimy aby się pokochali, a za rok nienawidzieć się
będą. Zresztą, na co się zdało radzić z której strony nadejdzie
światło; jasność jest we mnie, który idę ze Wschodu, a prowadzi
mnie, jak pastuszków gwiazda, zwiastująca powtórne odrodzenie.
Od jutra biorę się do dzieła. Z waszą pomocą za lat
dwadzieścia będzie ono uwieńczone powodzeniem. Czasu tego starczy,
jeżeli złączeni i silni pójdziemy wytrwale do celu.
- Dwadzieścia lat! - powtórzyły widma, to bardzo długo.
Wielki Kofta zwrócił się do niecierpliwych:
- Tak jest, długi to przeciąg czasu! Lecz idei nie zabijesz
nożem, jak zabijesz człowieka. Myślicie, że to tak łatwe zadanie
wymazać imię królewskie z serc trzydziestu miljonów? Myślicie, że
łatwo zohydzić Francji kwiat lilji cudowny? Spróbujcie bracia: ja
nie dwadzieścia lat, ale wiek cały wam daję!
Stoicie odosobnieni i drżący, nic nie wiedząc o sobie... Ja
jeden znam was i oceniam wasze zdolności; ja jestem łańcuchem,
wiążącym was w wielkie braterstwo. Otóż ja chcę ażeby za
dwadzieścia lat - to, o czem myślicie i co półgłosem opowiadacie
dzieciom waszym, to, za co wtrąceni bylibyście do więzień
strasznych - ażeby za lat dwadzieścia było to obwoływane głośno po
ulicach. Chcę, aby armje walczyły tylko za wolność i braterstwo
ludów, aby dzieci nasze igrały na gruzach Bastylji i inych więzień.
To stać się może nie po śmierci monarchy, lecz po zgonie
monarchizmu, po wytępieniu arystokratów i po równym podziale ziemi.
Żądam dwudziestu lat na odbudowanie świata.
- A teraz, bracia, idę wyzwać lwa w jaskini jego, poświęcam
życie tej sprawie.
A wy co dla niej uczynicie?
Pytam was, powiedzcie?
Cisza głęboka zapanowała w ponurej sali.
Sześciu naczelników wystąpiło.
Przewodniczący powiedział:
- Jako przedstawiciel Szwecji, ofiaruję pomoc górników i sto
tysięcy sztuk srebra.
Wielki Kofta zapisał te słowa.
- Ja reprezentuję biedną Irlandję i Szkocję - rzekł drugi; w
imieniu Anglji mówić nie mogę, ale w imieniu Szkocji i Irlandji
obowiązuję się dostarczyć trzech tysięcy ludzi i sumę trzech
tysięcy koron rocznie.
- A ty? - zapytał Kofta trzeciego.
- Jestem Amerykaninem - odparł mężczyzna silnie zbudowany o
posępnej twarzy - i powiadam, że dopóki starczy złota, dawać je
będziemy, krew zaś przelejemy do ostatniej kropli.
Lecz od nas zacznij, wielki mistrzu, nas oswobodź
przedewszystkiem od najazdu obcych...
- Bóg rzekł: "Pomagajcie sobie wzajemnie" - dokończył wielki
Kofta - wy pierwsi wolność odzyskacie, a Francja wam do tego
dopomoże.
- Ja zaś od siebie dodaję - rzekł wysłaniec szwajcarski - że
kraj mój zawsze sprzyjał Francji, zawsze jej wiernym pozostanie.
- Dobrze!... - odpowiedział Kofta.
- Na ciebie kolej przedstawicielu Hiszpanji.
- Ubogi jestem - trzy tysiące braci moich oddaję.
Potem inni się zbliżali wysłańcy, każdy przyrzekał ofiary,
podług możności, wielki zaś Kofta spisywał.
- A teraz - rzekł - hasło, godło trzech liter, po których
poznaliście mnie, niech ogarnie świat cały. Niech każdy
stowarzyszony nosi je w sercu wyryte.
My! wielki mistrz loży Wschodu i Zachodu nakazujemy zagładę
lilji!
Okrzyk, podobny do szmeru morza wzburzonego, rozległ się po
sali i odbił o wierzchołki gór niebotycznych.
- W imię Ojca i mistrza, rozejdźcie się! zstąpcie w porządku
w podziemia Piorunowej Góry i jedni wodą, inni lasem lub doliną
rozpierzchnijcie się przed wschodem słońca.
Ujrzycie mnie raz jeszcze w dzień triumfu!
Zakończył przemowę znakiem masońskim, zrozumiałym tylko
przez sześciu starszych, którzy też zostali z nim jeszcze.
Potem usunął się ze Szwedem na stronę.
- Swedenborgu! tyś człowiek natchniony, Bóg ci dziękuje
przez usta moje. Wyślij pieniądze do Francji pod adresem, który ci
wskażę.
W ten sposób, pożegnawszy wszystkich kolejno, wielki Kofta
sam pozostał.
Dziwny ten człowiek w tym dramacie będzie postacią główną.
Gdy sam pozostał, zapiął ubranie aksamitne, włożył kapelusz,
nacisnął sprężynę drzwi bronzowych, które się za nim zamknęły,
zapuścił się lekkim krokiem w załamy góry, jakgdyby znał ją
wybornie, przeszedł las pomimo ciemności i, prowadzony niewidzialną
ręką, znalazł się w miejscu, gdzie wczoraj konia zostawił. Dało się
słyszeć rżenie oddalone, gwizdnął pocichu, a za chwilę Dżerid
nadbiegł, wierny i jak pies posłuszny. Podróżny lekko wskoczył na
siodło i obydwaj w szalonym pędzie zniknęli w ciemnych zaroślach,
ciągnących się pomiędzy Danenfels a szczytem Góry Piorunowej.