Josie Quinn (tom 6). Cichy płacz - Lisa Regan

Kup ebooka

35.90 zł
28.00 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nałuHer Si­lent Cry
Pro­jekt okładki MA­RIUSZ BA­NA­CHO­WICZ
Fo­to­gra­fie na okładceAr­chi­wum M. Ba­na­cho­wicz
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuNA­TA­LIA STECKA-KU­BA­NEK, KA­LINA KO­NA­RZEW­SKA
Re­dak­cjaUR­SZULA ŚMIE­TANA
Ko­rektaALEK­SAN­DRA WIĘK-RUT­KOW­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Co­py­ri­ght ? Lisa Re­gan, 2019 First pu­bli­shed in Great Bri­tain in 2019 by Sto­ry­fire Ltd tra­ding as Bo­oko­uture. Po­lish edi­tion ? Pu­bli­cat S.A. MMXXIV (wy­da­nie elek­tro­niczne) (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved
ISBN 978-83-271-6702-6
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl

ROZ­DZIAŁ 2

Pi­ski ma­łego Har­risa Qu­inna nio­sły się po placu za­baw w parku miej­skim w Den­ton, prze­szy­wa­jąc uszy Jo­sie. Pę­dząc za nim od huś­ta­wek do zjeż­dżalni, roz­glą­dała się, żeby spraw­dzić, czy któ­re­muś z po­zo­sta­łych do­ro­słych nie prze­szka­dzają jego prze­ni­kliwe od­głosy ra­do­ści, ale nikt nie zwra­cał na nie uwagi. Wszy­scy byli po­dob­nie sku­pieni na swo­ich dzie­ciach, bie­ga­ją­cych jak na­krę­cone i wy­da­ją­cych pod­eks­cy­to­wane okrzyki.

- Mamo! Patrz na mnie!

- Nie zła­piesz mnie!

- Chcę na huś­tawkę!

Jo­sie i Har­ris po­de­szli do znaj­du­ją­cego się po­środku placu za­baw mał­piego gaju. Miał kształt zamku z dłu­gim łu­ko­wa­tym most­kiem, wio­dą­cym od ni­sko za­wie­szo­nych stopni do wiel­kiej zjeż­dżalni po dru­giej stro­nie. Har­ris prze­szedł po stop­niach i po­biegł przez mo­stek.

- Uwa­żaj! - za­wo­łała za nim Jo­sie, ale był już na szczy­cie zjeż­dżalni. Pra­wie prze­wró­ciła dwa ma­lu­chy, pę­dząc, by zdą­żyć go zła­pać, za­nim spad­nie na zie­mię. Zgar­nęła go w po­wie­trzu przy pod­sta­wie zjeż­dżalni, a on krzyk­nął:

- Dżo Dżo!

Po­ca­ło­wała go w czu­bek głowy, a Har­ris za­czął się wier­cić.

- Dżo Dżo, ziuuu! Jesz­cze!

Nie­chęt­nie po­sta­wiła go na ziemi i pa­trzyła, jak bie­gnie z po­wro­tem do stopni. Uznała, że naj­le­piej bę­dzie zo­stać w tym sa­mym miej­scu, żeby go zła­pać. Na mostku Har­ris na kilka se­kund znik­nął jej z oczu. Po­czuła przy­spie­szone bi­cie serca, które trwało, do­póki na szczy­cie zjeż­dżalni nie mi­gnęła blond czu­pryna i ja­sno­nie­bie­ska ko­szulka w di­no­zaury. Kiedy usiadł i pchnął się do przodu, mała dziew­czynka wci­snęła się przed Jo­sie i za­częła się wspi­nać na me­ta­lowy zjazd. Jo­sie oczami wy­obraźni zo­ba­czyła zde­rze­nie. Dziew­czynka, na oko sze­ścio-sied­mio­let­nia, była dwa razy więk­sza od Har­risa. Miała białe trampki, nie­bie­skie ge­try i błysz­czący ró­żowy top z wi­ze­run­kiem jed­no­rożca. No­siła ple­ca­czek w kształ­cie mo­tyla. Jej ja­sne włosy, przy­po­mi­na­jące je­dwab ku­ku­ry­dziany, były zwią­zane w kitkę. Jo­sie otwo­rzyła usta, chcąc coś po­wie­dzieć, za­trzy­mać ją albo za­wo­łać do Har­risa, żeby nie zjeż­dżał, ale słowa uwię­zły jej w gar­dle.

Po­de­szła do zjeż­dżalni i wy­cią­gnęła ręce, żeby zła­pać ma­łego, za­nim wpad­nie na dziew­czynkę z mo­ty­lem. Na­gle po dru­giej stro­nie zjeż­dżalni po­ja­wiła się ko­bieta.

- Lucy - po­wie­działa ostro. - Wiesz, że tędy nie wolno wcho­dzić na zjeż­dżal­nię. Zejdź, za­nim ko­muś sta­nie się krzywda.

Mała Lucy nie prze­stała się wspi­nać, ale ko­bieta bły­ska­wicz­nie wy­cią­gnęła rękę, chwy­ciła ją za ra­mię i za­trzy­mała.

- Lucy, spójrz na mnie. Co po­wie­dzia­łam?

Dziew­czynka za­marła i pod­nio­sła wzrok na ko­bietę. Jo­sie na­tych­miast do­strze­gła po­do­bień­stwo - obie miały twarz w kształ­cie serca, nie­bie­sko­fio­le­towe oczy i wą­ski nos, ład­nie roz­sze­rza­jący się w oko­li­cach noz­drzy. Włosy ko­biety były może o dwa od­cie­nie ciem­niej­sze niż u dziew­czynki, ale Jo­sie wie­działa, że z całą pew­no­ścią pa­trzy na matkę i córkę.

Lucy przy­gry­zła dolną wargę, otwo­rzyła dłoń, którą ści­skała rant zjeż­dżalni, i plą­cząc pa­ty­ko­wate ręce i nogi, za­częła po­woli zjeż­dżać na brzu­chu.

- Prze­pra­szam, mamo - mruk­nęła. Kiedy do­tarła na sam dół, jej matka wzięła ją za rękę i od­cią­gnęła, ro­biąc miej­sce Har­ri­sowi. Zje­chał kilka se­kund póź­niej. Jo­sie szybko zła­pała go po­now­nie i mocno trzy­mała wy­ry­wa­ją­cego się ma­lu­cha.

Matka Lucy na­po­tkała spoj­rze­nie Jo­sie i się uśmiech­nęła.

- Prze­pra­szam.

- Nie szko­dzi - od­parła Jo­sie. - Do­brze, że ni­komu nic się nie stało.

Ko­bieta wy­buch­nęła śmie­chem.

- Kto by po­my­ślał, że place za­baw mogą być ta­kie nie­bez­pieczne, prawda?

- No wła­śnie - przy­tak­nęła Jo­sie. Tak na­prawdę cho­dze­nie z Har­ri­sem na plac za­baw skra­cało jej ży­cie o całe lata. Było tu sta­now­czo zbyt wiele oka­zji do tego, aby ma­luch się po­tknął i ude­rzył w coś głową, spadł z wy­so­ko­ści i się po­ła­mał. Mo­gło mu też nie­chcący zro­bić krzywdę inne dziecko bie­gnące za szybko albo wspi­na­jące się na zjeż­dżal­nię z nie­wła­ści­wej strony.

- Ile ma lat? - spy­tała ko­bieta. Lucy szar­pała ją za rękę, pró­bu­jąc od­cią­gnąć do in­nej czę­ści placu za­baw.

- Dwa - od­parła Jo­sie. - Pra­wie trzy.

- O, pa­mię­tam, kiedy moja miała dwa lata - po­wie­działa ko­bieta z tę­sk­nym uśmie­chem. - Świetny wiek.

- Aha, ale on nie... - Jo­sie już za­częła wy­ja­śniać, że nie jest matką Har­risa, a tylko go pil­nuje w ra­mach przy­sługi dla przy­ja­ciółki, ale w tej sa­mej chwili Lucy za­ję­czała:

- Mamo, ja chcę na ka­ru­zelę!

Har­ris prze­stał się wić w jej rę­kach.

- Ja też! - za­wo­łał. - Dżo Dżo, na ko­niki!

Jo­sie pod­nio­sła go wy­żej.

- Znowu? - po­wtó­rzyła. - By­li­śmy już tam trzy razy.

Na samą myśl prze­wra­cało jej się w żo­łądku. Przez ostatni ty­dzień raz na ja­kiś czas ogar­niało ją osła­bie­nie, a trzy prze­jażdżki na ka­ru­zeli z całą pew­no­ścią nie po­mo­gły.

- Maa-moo! - ma­ru­dziła Lucy, pró­bu­jąc od­cią­gnąć matkę od zjeż­dżalni w stronę prze­ciw­nego krańca placu za­baw, gdzie dzięki dzia­ła­niom bur­mi­strzyni, Tary Char­le­ston, kilka ty­go­dni wcze­śniej za­mon­to­wano błysz­czącą nową ka­ru­zelę.

Po­bli­skie we­sołe mia­steczko zban­kru­to­wało i Tara Char­le­ston do­strze­gła szansę, by "ulep­szyć piękny pu­bliczny park w Den­ton", jak to ujęła, prze­ko­nu­jąc radę miej­ską do wy­da­nia astro­no­micz­nej sumy na roz­mon­to­wa­nie ka­ru­zeli, prze­trans­por­to­wa­nie jej do Den­ton i od­bu­do­wa­nie w miej­skim parku. Przy­naj­mniej mia­sto za­osz­czę­dziło, a to dzięki za­trud­nie­niu do re­no­wa­cji stu­den­tów sztuki z miej­sco­wego uni­wer­sy­tetu. Ja­skrawe jar­marczne ko­lory lśniły w po­po­łu­dnio­wym słońcu, gdy ka­ru­zela wi­ro­wała, a ko­nie uno­siły się i opa­dały w takt ra­do­snej mu­zyki. Sto­ją­cej na placu za­baw Jo­sie od sa­mego pa­trze­nia ro­biło się nie­do­brze.

- Dżo Dżo, pro­szę! - spró­bo­wał znowu Har­ris, wier­cąc się w jej ob­ję­ciach.

Za­nim zdą­żyła go prze­ko­nać, że to nie naj­lep­szy po­mysł, roz­legł się mę­ski głos:

- Pani Jo­sie Qu­inn?

Lucy i jej matka przy­sta­nęły i się od­wró­ciły. Ob­ser­wo­wały, jak zza ple­ców ko­biety wy­ła­nia się męż­czy­zna i wy­ciąga rękę. Jo­sie do­strze­gła go już w parku, kiedy przy­je­chali. Krą­żył po placu za­baw i roz­ma­wiał przez ko­mórkę. Był szczu­pły i opa­lony, miał ciemne, przy­pró­szone si­wi­zną włosy. W nie­bie­skiej ko­szulce polo, szor­tach w ko­lo­rze khaki i mo­ka­sy­nach wy­glą­dał ra­czej na by­walca pól gol­fo­wych niż pla­ców za­baw, ale późny kwie­cień uspra­wie­dli­wiał taki lekki strój.

- Na­zy­wam się Co­lin Ross - przed­sta­wił się, wciąż trzy­ma­jąc przed sobą wy­cią­gniętą rękę.

Jo­sie prze­ło­żyła so­bie Har­risa na bio­dro, żeby się przy­wi­tać. Lucy z mamą po­de­szły bli­żej. Ko­bieta prze­no­siła wzrok z Co­lina na Jo­sie i z po­wro­tem.

- Co­lin - ode­zwała się. - Znasz tę pa­nią?

Od­wró­cił się do niej i uśmiech­nął.

- Amy. Nie po­zna­jesz pani Qu­inn z wia­do­mo­ści?

Jo­sie po­czuła na­pię­cie w ło­pat­kach. Jako funk­cjo­na­riuszka po­li­cji w Den­ton roz­wią­zała kilka naj­bar­dziej szo­ku­ją­cych spraw w kraju, wiele z nich oma­wiano w kra­jo­wych ser­wi­sach in­for­ma­cyj­nych, ale na­dal nie przy­wy­kła do sławy. Lub nie­sławy.

Amy wbiła w nią nie­pewne spoj­rze­nie, aż w końcu, by roz­ła­do­wać na­pię­cie, Jo­sie wy­cią­gnęła rękę.

- To prawda. Jo­sie Qu­inn, śled­cza z po­li­cji w Den­ton.

Amy za­kryła usta dło­nią.

- O mój Boże, prze­cież to pani nie­dawno roz­wią­zała sprawę Drew Pratta!

De­tek­tywka ski­nęła głową, za­uwa­ża­jąc, że Co­lin sze­roko się do niej uśmie­cha.

- Roz­wią­zała ją moja ekipa, zga­dza się.

- Świetna po­li­cjantka - do­dał Co­lin. - Wiesz, czyją jest córką?

Jo­sie już otwo­rzyła usta, by po­wie­dzieć, że jej oj­ciec nie żyje, ale za­nim zdą­żyła, Co­lin do­koń­czył:

- Chri­stiana Payne'a.

Rok wcze­śniej Jo­sie od­kryła, że jako nie­mowlę zo­stała po­rwana. Jej praw­dziwa ro­dzina wie­rzyła, że zgi­nęła w po­ża­rze. Do­piero nie­dawno na­stą­piło po­nowne spo­tka­nie. Trudno było się przy­zwy­czaić do no­wej ro­dziny.

- Zna go pan? - spy­tała Jo­sie.

Co­lin się uśmiech­nął.

- Obaj pra­cu­jemy w Qu­ar­marku.

- No tak. Big Pharma. Pan też się zaj­muje mar­ke­tin­giem?

- Nie, pra­cuję w dziale opra­co­wu­ją­cym struk­tury cen no­wych le­ków, które Qu­ar­mark wy­pusz­cza na ry­nek.

- Czy­sta frajda - wtrą­ciła Amy.

- Ta­tu­siu - jęk­nęła Lucy. - Chcę na ka­ru­zelę.

- Dżo Dżo - upo­mniał się Har­ris, stu­ka­jąc Jo­sie w ra­mię. - Huś­tawki!

Po­czuła ulgę, że zmie­nił zda­nie.

- Chwi­leczkę, ko­lego.

Amy po­ło­żyła dłoń na ple­cach męża.

- Ko­cha­nie, Lucy chce na ka­ru­zelę. Pój­dziesz z nią, czy ja mam iść?

Co­lin z uśmie­chem spu­ścił wzrok na córkę.

- Może mo­gli­by­śmy pójść we troje.

- Któ­rego ko­nia wy­bie­rzesz, ta­tu­siu? - spy­tała Lucy.

- Nie wiem. Mu­szę się im do­brze przyj­rzeć, za­nim wy­biorę - od­parł i po­słał jej ko­lejny uśmiech. - Miło było pa­nią po­znać.

- Pana rów­nież - od­parła Qu­inn. Ros­so­wie ode­szli w kie­runku ka­ru­zeli, a Jo­sie po­sta­wiła Har­risa na tra­wie. Po­biegł do huś­ta­wek. Kiedy po­mo­gła mu się usa­do­wić i za­częła de­li­kat­nie po­py­chać, zo­ba­czyła, że Amy i Lucy Ross już są na ka­ru­zeli. Co­lin stał za ogro­dze­niem i znowu roz­ma­wiał przez ko­mórkę. "Tyle z ro­dzin­nej prze­jażdżki ka­ru­zelą", po­my­ślała.

- Wy­żej! - krzyk­nął Har­ris. - Dżo Dżo, pro­szę.

Jo­sie z uśmie­chem spoj­rzała na blond czu­prynę i po­pchnęła nieco moc­niej, choć na­wet odro­binę wyż­szy lot huś­tawki wzma­gał jej nie­po­kój. Nie wie­działa, jak Mi­sty, matka Har­risa, może go tu cią­gle przy­pro­wa­dzać. Te­ren wy­da­wał się na­je­żony nie­bez­pie­czeń­stwami, a chłop­czyk wciąż był w jej oczach taki mały i de­li­katny. Nie mo­gła prze­stać my­śleć ze stra­chem, że je­den nie­for­tunny upa­dek na­raża go na zła­ma­nie ko­ści czy uraz czaszki. Sły­szała w gło­wie głosy Mi­sty, swo­jej matki Shan­non i babci Li­sette. Wszyst­kie się z niej na­śmie­wały, że tak bar­dzo się trzę­sie nad Har­ri­sem. I wszyst­kie mó­wiły to samo: "Dzieci są bar­dziej wy­trzy­małe, niż się wy­daje".

Po­czuła ko­lejną falę mdło­ści i za­częła roz­my­ślać nad tym, jak ko­biety ra­dzą so­bie z ma­cie­rzyń­stwem. Im bar­dziej sa­mo­dzielny sta­wał się Har­ris, tym wię­cej prze­ra­ża­ją­cych rze­czy do­strze­gała. Pa­trzyła, jak ma­lec ści­ska łań­cuch po obu stro­nach huś­tawki i do­piero po chwili do­tarł do niej do­bie­ga­jący z od­dali głos Amy. Ko­bieta wo­łała córkę.

- Lucy? Lucy!

Jo­sie spoj­rzała w stronę ka­ru­zeli i spo­strze­gła, że Amy na­dal na niej sie­dzi, a po­zo­stali wolno scho­dzą z plat­formy i prze­cho­dzą przez furtkę w me­ta­lo­wym ogro­dze­niu.

Wo­ła­nie stało się gło­śniej­sze i bar­dziej prze­ni­kliwe.

- Lucy! Lucy!

Co­lin prze­stał spa­ce­ro­wać, lekko od­su­nął te­le­fon od ucha i wy­glą­dał, jakby się do­stra­jał do pa­niki w gło­sie żony.

- Lucy!

Amy bie­gała w kółko po plat­for­mie, prze­my­kała mię­dzy końmi, z każdą se­kundą co­raz bar­dziej spa­ni­ko­wana.

Jo­sie bez­wied­nie za­trzy­mała huś­tawkę.

- Dżo Dżo? - ode­zwał się chło­piec, pod­no­sząc na nią wzrok.

- Wszystko w po­rządku, ko­lego - mruk­nęła, pod­nio­sła go z sie­dzi­ska i ru­szyła w stronę ka­ru­zeli.

Lu­dzie wciąż opusz­czali ka­ru­zelę, gdy Co­lin pró­bo­wał się prze­ci­snąć przez furtkę wyj­ściową. Sto­jący przy bramce na­sto­la­tek, który nad­zo­ro­wał prze­jażdżki, ga­pił się na Amy. Tak samo jak lu­dzie gru­pu­jący się za nim w ko­lejce do wej­ścia. Ko­bieta jakby wy­czuła na so­bie wiele par oczu, bo znie­ru­cho­miała i spoj­rzała w ich kie­runku.

- Czy ktoś wi­dział moją córkę? - za­wo­łała. - Przed chwilą tu była. Na nie­bie­skim ko­niu. Ja sie­dzia­łam na fio­le­to­wym. Ze­szła, za­nim jazda się skoń­czyła. Czy ktoś wi­dział, jak zsiada? Lucy?

Nikt nie od­po­wie­dział. Co­lin, wciąż z te­le­fo­nem w ręce, był już na plat­for­mie. Cho­dził od jed­nego ko­nia do dru­giego, zaj­rzał też do dwóch ka­roc. Na­prze­ciwko sie­bie usta­wiono tam dwa sie­dze­nia obite czer­wo­nym ak­sa­mi­tem.

- Gdzie ona się po­działa, do cho­lery? - za­wo­łał.

- Wi­dzia­łeś, jak scho­dziła? - za­py­tała Amy.

- Nie, nic nie wi­dzia­łem - od­parł Co­lin. - Roz­ma­wia­łem przez te­le­fon.

Amy znów się zwró­ciła do cze­ka­ją­cych w ko­lejce:

- Czy ktoś z pań­stwa wi­dział małą dziew­czynkę scho­dzącą z ka­ru­zeli? Ma sie­dem lat, włosy blond, ja­skra­wo­ró­żową ko­szulkę z jed­no­roż­cem i ple­cak w kształ­cie mo­tylka.

Kilka osób po­krę­ciło gło­wami, ale nikt nic nie po­wie­dział. Jo­sie stała przy ogro­dze­niu, bacz­nie ob­ser­wu­jąc ka­ru­zelę. Na­prawdę nie było się tam gdzie scho­wać. Wró­ciła my­ślami do mo­mentu, w któ­rym głos Amy po raz pierw­szy przy­cią­gnął jej uwagę. Przez furtkę wy­le­wał się wtedy tłum lu­dzi. Jo­sie nie przy­po­mi­nała so­bie, by wi­działa wśród nich Lucy, ale dziew­czynka mo­gła wy­biec, za­nim spoj­rzała.

- Amy - zwró­cił się do żony Co­lin, idąc w jej stronę - Gdzie ona jest?

- Nie wiem! - od­krzyk­nęła - Była ze mną. Je­chała obok. Od­wró­ci­łam się tylko na chwilę. Mój Boże! - krzyk­nęła, a po chwili jej głos prze­szedł w pisk. - Niech ktoś coś zrobi!

Jo­sie po­pra­wiła usa­dzo­nego na jej bio­drze Har­risa i prze­szła przez bramkę. Na­po­tkała sko­ło­wany wzrok na­sto­let­niego pra­cow­nika ob­sługi.

- Wy­łącz ka­ru­zelę - na­ka­zała.

- Słu­cham?

- Wy­łącz ka­ru­zelę. Niech nikt się stąd nie ru­sza, do­póki mała się nie znaj­dzie.

Zwró­ciła się do Ros­sów:

- Je­śli nie ma jej tu­taj, musi być gdzieś in­dziej na placu za­baw.

Matka Lucy za­częła prze­szu­ki­wać wzro­kiem skwe­rek za ple­cami Jo­sie.

- Nie wi­dzę jej. Nie ma jej tam.

- Pro­szę na mnie po­pa­trzeć, pani Ross.

Amy spoj­rzała jej w oczy.

- Roz­dzielmy się i sprawdźmy resztę placu za­baw - za­rzą­dziła Qu­inn. - Może Lucy jest w mał­pim gaju?

Co­lin i Amy, gło­śno na­wo­łu­jąc córkę, wy­bie­gli poza te­ren ka­ru­zeli. Kilka osób z ko­lejki po­dą­żyło ich śla­dem. Jo­sie prze­rzu­ciła wier­cą­cego się Har­risa z jed­nego bio­dra na dru­gie.

- Na nóżki, Dżo Dżo - po­pro­sił Har­ris.

- Chwi­leczkę, ko­cha­nie - po­wie­działa. - Pró­bu­jemy zna­leźć małą dziew­czynkę, wiesz?

- Ja po­mogę? - za­py­tał.

Uśmiech­nęła się do niego.

- Trzy­maj się bli­sko mnie. W ten spo­sób naj­le­piej mi po­mo­żesz.

Amy po­ka­zy­wała zdję­cie Lucy, które zro­biła za­le­d­wie kilka mi­nut wcze­śniej, gdy córka wsia­dała na ko­nia na ka­ru­zeli. Jo­sie mocno cią­żyło już ciałko uwie­szo­nego na niej Har­risa, ale nie­po­kój nie po­zwa­lał jej po­sta­wić go na ziemi. Prze­ra­że­nie wsią­kało jej w skórę, spra­wia­jąc, że czuła się nie­przy­jem­nie lepka.

- Pew­nie po pro­stu gdzieś so­bie po­szła - zwró­ciła się do hi­ste­ry­zu­ją­cej już Amy, jed­nak z każdą chwilą sama co­raz moc­niej prze­czu­wała, że stało się coś o wiele gor­szego.

Obe­szła plac za­baw. Za ka­ru­zelą roz­cią­gało się wy­so­kie siat­kowe ogro­dze­nie, od­dzie­la­jące plac za­baw od bo­iska do so­ft­ballu. Kilku gra­czy ćwi­czyło rzuty na polu ze­wnętrz­nym. Jo­sie prze­szła wzdłuż ca­łego ogro­dze­nia, żeby się upew­nić, że nie ma w nim dziur. Tam, gdzie siatka się koń­czyła, się­ga­jące do pasa za­ro­śla od­dzie­lały park od chod­nika i ulicy. Po dru­giej stro­nie w sen­nym sze­regu stały ni­ja­kie do­mo­stwa. Przy chod­niku za­par­ko­wano wiele sa­mo­cho­dów, ale ruch uliczny był pra­wie ze­rowy. De­tek­tywka ru­szyła wzdłuż za­ro­śli do wej­ścia na plac za­baw - sze­ro­kiego dep­taka pod łu­kiem, na któ­rym wid­niał na­pis "Plac Za­baw Parku Miej­skiego w Den­ton". Da­lej ko­lejne pasy krze­wów od­dzie­lały plac od chod­nika, aż w końcu się ury­wały i za­stę­po­wały je drzewa. Jo­sie wie­działa, że po dru­giej stro­nie wy­ty­czono ścieżki do jog­gingu, wio­dące przez gę­sty par­kowy las. Dziecko mo­głoby z ła­two­ścią się tam wśli­zgnąć. Li­nia drzew są­sia­do­wała z resztą placu za­baw, a jesz­cze da­lej prze­cho­dziła w po­czą­tek ogro­dze­nia po dru­giej stro­nie. Żeby po­biec do lasu, Lucy mu­sia­łaby zejść z ka­ru­zeli i prze­mie­rzyć spory od­ci­nek drogi. Ktoś na pewno by ją za­uwa­żył.

Kiedy Jo­sie spoj­rzała uważ­niej na drzewa, po­czuła na­ra­sta­jący ucisk w pier­siach. Te­ren na ty­łach placu za­baw był bar­dzo roz­le­gły i pa­gór­ko­waty. Wiódł głę­biej do parku, roz­cią­ga­ją­cego się na kilka mil w każdą stronę.

Zbyt wielki ob­szar, by mo­gła go prze­cze­sać, na­wet z po­mocą ro­dzi­ców dziew­czynki.

Wolną ręką wy­cią­gnęła z kie­szeni ko­mórkę i za­dzwo­niła do cen­trali.

- De­tek­tyw Qu­inn - po­wie­działa, gdy ode­brał funk­cjo­na­riusz dy­żurny. - Po­trze­buję jed­nego lub dwóch wo­zów na plac za­baw w miej­skim parku. Chyba mamy za­gi­nię­cie dziecka.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki