ROZDZIAŁ 2
PONIEDZIAŁEK
Z salonu dobiegał ryk telewizora. Josie słyszała go z sypialni na piętrze, choć drzwi do pokoju były zamknięte. Kiedy wybrzmiały pierwsze nuty dżingla zapowiadającego lokalne wiadomości, westchnęła, poskładała leżące na szafce nocnej magazyny z modą ślubną i ruszyła na dół.
Jej narzeczony Luke leżał na kanapie, a jego umięśniona postać zajmowała prawie całą dostępną przestrzeń. Na kolanach trzymał rozłożone styropianowe pudełko, w którym przywieziono zamówione jedzenie, i co jakiś czas wyjmował zeń kilka frytek. Stopy miał oparte na stoliku, a tuż obok leżały próbne wzory zaproszeń na ślub. Josie od dwóch tygodni nie mogła się doprosić, by je przejrzał. Luke nie odrywał wzroku od telewizora, w którym akurat nadawano popołudniowe wiadomości. Od rana media huczały o sprawie Mordercy z Autostrady.
- Luke, możesz to ściszyć?
Nawet na nią nie spojrzał. Josie położyła czasopisma na stoliku i usiadła obok narzeczonego, dotykając udem jego nogi. Mężczyzna nadal wpatrywał się w telewizor. Na ekranie pojawiła się reporterka Trinity Payne - stała przed budynkiem Sądu Okręgowego Hrabstwa Alcott. Delikatny wiatr unosił jej ciemne włosy, kiedy kobieta stanowczym głosem relacjonowała do mikrofonu:
- Dzisiaj rano miały zostać wygłoszone mowy wstępne obrony i oskarżenia w sprawie Mordercy z Autostrady, Aarona Kinga. Niestety, podano, że kilka godzin temu King upadł w swojej celi, uderzył się o zlew i rozciął sobie wargę. Pracownicy służby więziennej twierdzą, że nie obędzie się bez kilku szwów.
Luke prychnął i wrzucił sobie do ust kolejną frytkę.
- Upadł. Akurat.
- Założę się, że któryś ze strażników maczał w tym palce - odezwała się Josie, próbując zagaić rozmowę. Sprawa Kinga była ostatnio ulubionym tematem Luke'a, lecz mężczyzna zachowywał się tak, jakby nie słyszał jej słów. Josie rozejrzała się po pokoju i zapytała:
- Zamówiłeś mi cheeseburgera?
Cisza. Luke wyjął pilota spomiędzy poduszek kanapy. Po chwili telewizor ryczał jeszcze głośniej.
- Luke? - zagadnęła znów, ale zbył ją machnięciem ręki. W niebieskich oczach Trinity Payne pojawił się błysk, kiedy relacjonowała dalszą część wiadomości:
- Uważa się, że Aaron King odpowiada za serię zabójstw, w wyniku których mogło zginąć nawet trzydzieści osób. Przestępstwa zostały popełnione w stanie Pensylwania na przestrzeni ostatnich czterech lat. Śledczym udało się powiązać materiał DNA Kinga jedynie z ośmioma z tych morderstw. Do ostatniego z nich doszło tutaj, na terenie hrabstwa Alcott.
- I pomyśleć, że to ja mogłem go zatrzymać - wymamrotał pod nosem Luke. To zabrzmiało jak znany już refren. Rok wcześniej Mordercę z Autostrady złapał przypadkiem przedstawiciel policji stanowej podczas rutynowej kontroli drogowej. King przekroczył prędkość, jadąc drogą międzystanową numer 80 w środkowej części stanu Pensylwania, przy szosie, którą zwykle patrolował Luke. Tamtej nocy jednak zamienił się z innym funkcjonariuszem, żeby zjeść urodzinową kolację z Josie i jej babcią Lisette - dostojną jubilatką. I tak współpracownik Luke'a zebrał pochwały za zatrzymanie seryjnego zabójcy, który od prawie czterech lat terroryzował okolicę.
- A ja się cieszę, że to nie ty go zatrzymałeś. Mógłbyś zginąć. - Josie delikatnie ścisnęła udo Luke'a, który momentalnie szarpnął nogą, odsuwając się od niej. Cofnęła rękę. Poczuła pod powiekami palące, lecz znajome już łzy. Zamrugała szybko, by się nie rozpłakać. Nie powinna czuć się odrzucona - taki stan rzeczy utrzymywał się już od kilku miesięcy - ale nie mogła nic poradzić na to, że wciąż było jej przykro.
- Luke. - Wyjęła pilota z dłoni mężczyzny i ściszyła telewizor.
- Hej! - zaprotestował i po raz pierwszy tego dnia zaszczycił ją spojrzeniem. Zmusiła się do uśmiechu.
- Myślałam, że spędzimy dzisiaj trochę czasu razem. Tylko ty i ja. Bez pracy, żeby nic nas nie rozpraszało.
- No to przecież jestem - odparł.
"Nie, nie ma cię", pomyślała. Mężczyzna znów patrzył w telewizor. Josie podniosła jedno z leżących na stoliku zaproszeń.
- Pomyślałam, że porozmawiamy o ślubie. Twoja siostra przysłała nam próbne wzory zaproszeń, żebyśmy je przejrzeli.
- Naprawdę? - burknął Luke.
- Ale nie musimy wybierać żadnego z tych, które proponuje Carrieann. Znajdziemy inne w internecie. Pójdę po laptop.
- Proszę cię, Josie, nie teraz.
Spojrzała na niego. Poczuła, jak jej ciało się spina.
- No dobrze. To możemy...
- Posłuchaj, chciałem odpocząć, dobra?
- No jasne - zgodziła się. - Ostatnio niewiele mamy okazji do wspólnego odpoczynku.
Obowiązki komendanta policji w Denton zajmowały Josie więcej czasu, niż początkowo sądziła. Żyła w ciągłym poczuciu winy. Wiedziała, że to, przez co przechodzi Luke, nie ma z nią nic wspólnego, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że gdyby miała dla niego więcej czasu, być może nie oddalałby się od niej z każdym dniem.
Przysunęła się do niego, chcąc się przytulić, jednak on odsunął się i sięgnął do pojemnika po ostatnią porcję frytek. Puste pudełko rzucił na kanapę. Josie uniosła brew.
- Mam to wyrzucić? - zapytała wymownie.
- Zamówiłem ci burgera - powiedział, jak gdyby nie słyszał, co mówiła przez ostatnie pięć minut. - Jest w kuchni. A teraz cicho. - Wskazał na telewizor. - Prowadzą go do sądu.
Josie westchnęła ciężko i spojrzała na ekran. Luke cicho jęknął, kiedy ludzie szeryfa prowadzili Kinga z samochodu do sądu. Mężczyzna miał głowę zasłoniętą kurtką.
- Nie chcą pokazywać tej rozciętej wargi - skomentował Luke.
Lokalna stacja telewizyjna wyświetliła w rogu ekranu zdjęcie, jakie zrobiono Kingowi po zatrzymaniu. Mężczyzna był młody, raptem dwudziestotrzyletni, miał ziemistą cerę, niesforne brązowe włosy i zwichrzoną brodę. Wąski nos był nieco haczykowaty, a ciemne oczy wydawały się przewiercać na wylot obiektyw aparatu. Za każdym razem, kiedy Josie widziała to zdjęcie, przechodziły ją ciarki. Cieszyła się, że to nie Luke zatrzymał zabójcę.
King zaatakował maczetą funkcjonariusza, który dokonał zatrzymania. Luke jakoś o tym nie wspominał za każdym razem, kiedy utyskiwał na swojego pecha. W ostatnim czasie sporo przeszedł, a atak maczetą na pewno by mu nie pomógł w dochodzeniu do siebie. Półtora roku wcześniej został postrzelony i omal nie zginął, kiedy pomagał rozwiązać sprawę zaginięć młodych dziewcząt z okolicy.
Ale to nie to przeistoczyło go z kochającego, wesołego, energicznego mężczyzny w apatycznego człowieka, którego Josie z trudem rozpoznawała. Cztery miesiące wcześniej Luke wybrał się do swojego znajomego, żeby oglądać rozgrywki ligi hokeja. Kiedy dotarł na miejsce, okazało się, że ów kolega - Brady Conway - zastrzelił swoją żonę Evę, a następnie odebrał sobie życie. Conwayowie mieszkali w miasteczku Bowersville, znajdującym się poza jurysdykcją komendantki, która nie widziała miejsca zdarzenia. Wiedziała jedno: od tamtej pory Luke nie był już taki jak dawniej. Zupełnie jakby Brady Conway zabrał ze sobą część Luke'a. Josie nie była pewna, czy kiedykolwiek uda się ją odzyskać. Z każdym dniem narzeczony coraz bardziej się od niej oddalał, a ona miała wrażenie, że nie potrafi już do niego dotrzeć. Każdy dzień zwiększał nie tylko dystans między nimi, ale też smutek i niepewność Josie.
- Prawdziwy seryjny zabójca - odezwał się Luke. - I to ja mogłem go aresztować. Ilu policjantów może się pochwalić, że zatrzymało seryjnego mordercę?
Josie mogła.
- To wcale nie takie fajne - odparła. Znów sięgnęła po pilota i tym razem wyłączyła telewizor. - Luke, mamy okazję, by spędzić trochę czasu razem. Naprawdę myślałam, że...
Luke się wyprostował. Na jego policzkach pojawił się rumieniec.
- Hej, ja to oglądałem.
Wyjął pilota z dłoni Josie i z powrotem włączył telewizor, po raz kolejny zwiększając głośność.
- Luke, próbuję z tobą porozmawiać.
Narzeczony nie odrywał wzroku od ekranu.
- O czym?
- O czym będziesz chciał.
Luke zerknął na stolik, a potem spojrzał narzeczonej w oczy.
- Proszę cię, Josie, jestem zmęczony.
Chciała coś odpowiedzieć, ale mężczyzna znów skupił całą uwagę na wiadomościach. Choć siedzieli obok siebie, dzieliły ich lata świetlne. Josie nie po raz pierwszy zastanawiała się, co się stało z tym człowiekiem. Zawsze pociągały ją w nim czułość, opiekuńczość i ta jego ujmująca normalność. Wiedziała, że nie chciał być wobec niej taki oschły. Rozumiała, przez co przechodzi. Jednak nie była pewna, ile jeszcze zdoła znieść.
Proponowała mu terapię. Chyba nie pogodził się z tym, co spotkało jego przyjaciół, i Josie podejrzewała, że może się o to obwiniać. Gdyby dotarł na miejsce parę minut wcześniej, być może zapobiegłby tragedii.
Dzielącą ich ciszę przerwał dzwonek jej telefonu. Oboje odwrócili się w stronę, z której dochodził - Josie zostawiła komórkę na stoliku w przedpokoju.
- Muszę odebrać. - Wstała, podniosła telefon i przyłożyła go sobie do ucha. Dzwonił jej zastępca, inspektor Noah Fraley.
- Szefowo - rzucił do słuchawki. - Mamy tu pewien problem. Chyba będziesz musiała jak najszybciej przyjechać.
- Dobra. - Nie pytała o szczegóły.
Noah podał jej adres, który powinna skojarzyć, ale w tej chwili jakoś nie mogła. Zakończyła połączenie i sięgnęła do szafy po kurtkę.
- Josie? - zawołał z salonu Luke.
- Muszę jechać do pracy - rzuciła w odpowiedzi.