Prolog
Jomsborg - Wolin - Jomsborg
Wszystko zaczęło się od legendarnej, niesamowicie walecznej drużyny wikingów - Jomsvikingów, mających swoją siedzibę w Jomsborgu w X i XI wieku. Wiedza o niej pochodzi głównie dzięki przekazom islandzkiej Jomsvikingsagi i Olav Tryggvasons sagi. Współcześnie badaniem dziejów Jomsvikingów zajmują się polscy mediewiści, historycy i archeolodzy. Na popularności zyskuje twier dzenie, że Jomsvikingowie mieli duży wpływ na kształtowanie państwa w okresie Piastów. Można spierać się o to, czy drużyna powstała dzięki norweskiemu królowi Haraldowi Sinozębnemu, czy też jarlowi Palnatokiemu. Jednak bezdyskusyjna pozostaje niezwykła odwaga i determinacja drużyny, którą obowiązywał wyjątkowy kodeks honorowy. Za najważniejszą bitwę z udziałem Jomsvikingów uznaję się bitwę w zatoce Hjorungavagr, która niestety oznaczała również zmierzch znaczenia i siły tych wojów.
Współczesna, nieco popkulturowa fascynacja wikingami w Wolinie rozpoczęła się w od zorganizowania Festiwalu Słowian i Wikingów. Pierwsze takie wydarzenie odbyło się w Wolinie 2 lipca 1993 roku. Na początku siermiężnych przecież jeszcze lat 90. impreza miała charakter raczej lokalny i odbywała się na miejskich błoniach a jej największą atrakcją nie byli wikingowie tylko kucyki sprowadzone z Danii. Jednak z kolejnymi, corocznymi wydaniami festiwal rozrósł się do tysiąca pięciuset uczestników grup rekonstrukcyjnych. Co za tym idzie w sąsiadującym z Wolinem Recławiu na Wyspie Ostrów powstał skansen, by jak najdokładniej odwzorować życie wojów i zachęcić turystów do odwiedzin przez cały rok, a nie tylko na trzy festiwalowe dni. Po ponad dwudziestu edycjach okazało się jednak, że wyspa przeznaczona na skansen jest zdecydowanie za mała i nie jest w stanie pomieścić nawet niemieckich entuzjastów a co dopiero Skandynawów, czy rodzimych grup rekonstrukcyjnych. Turyści przechadzali się coraz mniej chętnie, ponieważ w ścisku podczas festiwalu można było zgubić nie tylko portfel, ale i własne dzieci. Rozwiązaniem było przeniesienie imprezy oraz odbywających się cyklicznie rozmaitych warsztatów archeologicznych bezpośrednio do miasta na Wyspę Wolin. Od teraz całe miasteczko miało stać się skansenem, a grupą rekonstrukcyjną wszyscy jego mieszkańcy. Przed włodarzami miasta stanęło nie lada wyzwanie. Sprzeciw zgłaszali zarówno lewacy jak i prawicowi aktywiści, swoją negatywną opinie wystawili także niezrzeszeni obrońcy swobód obywatelskich, jednak w mieście nie było dużych zakładów pracy, a wizja tego, że będzie można z turystów żyć cały rok wydawała się mieszkańcom nad wyraz kusząca. Referendum trafiło na podatny grunt, za sprawą przede wszystkim przemawiającej kampanii społecznej. Z dnia na dzień w kilkutysięcznym miasteczku pojawiły się reklamy zachwalające to niekonwencjonalne rozwiązanie. Główne hasła: "My wolinianie to my Słowianie", "A co Ty zrobiłaś dzisiaj dla swojego Wikinga" oraz "We can do it!" opatrzone były przemawiającymi grafikami euro i dolarów wysypujących się ze skórzanego mieszka przystojnego, ale nieco podstarzałego modela, znanego z francuskiej kampanii "polskiego hydraulika". Referendum połączono z ogromnym festynem dla mieszkańców, na którym to wybrano pierwszą "Miss Wikinga", co zaowocowało bardzo wysoką frekwencją i ostatecznym przechyleniem szali na rzecz zamiany miasteczka w najokazalszy i najwierniej odwzorowany skansen Europy. Pomysł spodobał się nie tylko mieszkańcom i włodarzom, ale także marszałkowi województwa, który widział już oczyma wyobraźni jak piękne grafiki będą mogły być puszczane na wyświetlaczach w pociągach PKP Regio, oraz samej Unii Europejskiej, dla której projekt okazał się idealny do dotowania dosłownie ze wszystkich możliwych programów operacyjnych - od "Czystego Powietrza", przez "Jedz Ryby" na "Dziedzictwie Kulturowym" kończąc. I tak Wolin powrócił do historycznej nazwy Jomsborg a jego mieszkańcy, zależnie od swoich osobistych upodobań zostali Słowianami lub wikingami. Rada języka polskiego przy tej okazji uznała oficjalnie słowo "wikingwica", tak aby Panie przynależne do społeczności wikińskiej nie były gorsze od Słowianek.
Rozdział IV
niedziela, 5 izok, X rok po dechrystianizacji Jomsborga
"... tym co mamaaa w genaaach dała!" - Natarczywy dźwięk dzwonka obudził Andrzeja Bogusza, po namyśle zszedł więc na dół i odebrał telefon na komendzie.
- Slava Jomsborgowi! - W ustach technika powitanie zabrzmiało jak naprawdę dobry żart, toteż medyk sądowy po drugiej stronie zachichotał.
- Serwus? Tak się na to odpowiada? Słuchaj Andrzeju, dobrze, że odebrałeś, jestem już po sekcji, masz wszystko na mailu. Pewne moje wątpliwości rozwieje jeszcze toksykologia, ale na to potrzebujemy jeszcze chwile poczekać. Od początku przypuszczałem, że sprawa nie jest jednoznaczna wiesz?
- Wiem, wiem. Wszystko wiem - przerwał mu technik - Już włączam komputer, powinno się udać, od dwóch dni mam tu problem z zasięgiem Internetu.
- A słuchaj. To prawda, że oni tam jedzą surowe mięso?
- Jeśli ktoś kupi mielone w Stonce, i zrobi sobie tatar to tak. Daj spokój tu nie ma aż takiej dziczy.
- Aaaa. - Doktor był wyraźnie zawiedziony odpowiedzią. - To trzymaj się tam i Sławek Jomsborgowi, czy jak wy się tam żegnacie.
- Sławek Jomsborgowi. - Andrzej z westchnięciem odłożył telefon i zabrał się za czytanie raportu z sekcji.
Dokument wskazywał na to, że denat najpierw został otruty substancją o na razie niezidentyfikowanym pochodzeniu, która doprowadziła do problemów z oddychaniem. Zmarł jednak na skutek włożenia do gardła papierowej kulki. Dopiero po śmierci został powieszony na Wzgórzu Wisielców. Najciekawszym fragmentem była dla Andrzeja informacja o tym, czym była owa kulka w gardle Kacpra. Kartka przedstawiała grafikę z rysunkiem przedstawiającym mężczyznę z jednym skrzydłem i gołębicą z rozpostartymi skrzydłami na jego plecach. Patrząc na załączony do maila skan rysunku Andrzej poczuł niepokój. Zastanawiał się nad znaczeniem grafiki. Dlaczego skrzydło było tylko jedno? Co morderca chciał przez to przekazać? Postanowił, że pokaże rysunek Boguszowi i Astrydowi, bo może jest to graficzne przedstawienie jakiegoś tutejszego przysłowia.
Komendant dotarł do pracy późnym popołudniem w nienajlepszym nastroju, gdyż w swoim życiu kierował się chrześcijańskim przysłowiem, którym posługiwała się jego była żona: "pamiętaj, aby dzień święty święcić.". Przed nikim nie przyznałby się do tego w pogańskim grodzie, ale naprawdę uwielbiał leniwe niedziele i nie był zwolennikiem jakiejkolwiek aktywności zawodowej w ten dzień. Niestety przebieg zdarzeń, który przedstawił mu telefonicznie Andrzej daleki był od wizji spokojnego dnia bez pracy.
Bez słowa powitania wszedł do budynku i skierował swe kroki prosto do tablicy, którą do południa przygotowywał Astryd, a która miała ułatwić im pracę nad rozpoczynającym się śledztwem, czyli czymś, czego Burysław naprawdę się obawiał. Nie miał żadnego doświadczenia ani obycia w świecie kryminalnym i przestępstw. Jak porównać kradzież paliwa do jakiegoś morderstwa? I jak niby miał ująć sprawcę? Widział co prawda kilka seriali kryminalnych w telewizji, nie tylko tych zagranicznych, ale i rodzimych produkcji. Ale w takich "Detektywach" czy "Gliniarzach" mieli sprzęt, możliwości, informatyków, namierzali numery i nade wszystko takie akcje zdarzały im się co odcinek. Mistrzem rozwiązywania zagadek był dla Śmiałego jednak Ojciec Mateusz.
- W takim Sandomierzu, to sprawy kryminalne były na porządku dziennym i nawet jego gosposia potrafiła je rozwiązać. Jednak nikt nie zgodzi się ściągnąć do Jomsborga księdza, przecież nawet taki technik kryminalny to jest i tak dużo jak na gród. - Podzielił się uwagą z Astrydem, który w odpowiedzi mimowolnie prychnął.
- Może jednak mój pomysł nie jest taki głupi i nasz prorok Jutrowoj ma taki talent jak Ojciec Mateusz, fach niby podobny i też dysponuje rowerem... - Próbował jeszcze przekonać do swoich racji Śmiały.
Tablica była de facto prawie pustą, obdrapaną ścianą, którą Astryd podzielił mazakiem na sekcję. Była raptem ubogą krewną tablic z Netflixowych, skandynawskich serii kryminalnych. Po prawej stronie policjant umieścił nazwiska Jomsvikingów, nieco poniżej znajdowało się zdjęcie ofiary i kartki, którą miał w gardle a także ściągnięte z Internetu zdjęcie wózka widłowego. Lewa strona były to zdjęcia Astryda, Andrzeja i Burysława oznaczone hasłem "zadania".
To na tej części w pierwszej kolejności zawiesił oko komendant, wydając pomruk niezadowolenia na widok swojego ujęcia pełnej, pękatej sylwetki zestawionej z eleganckimi fotografiami towarzyszy pasującymi wypisz- wymaluj do biznesowego CV składanego do korporacji. Pierwszy po lewej Astryd - rudowłosy, z ogromną, gęstą brodą uśmiechał się w wyprasowanym policyjnym mundurze. Nadmienić należy, że w grodzie rudy kolor włosów, podobnie jak gęsta broda były bardzo pożądanymi cechami, ponieważ świadczyły o dużej płodności posiadacza. Ale śmietanką na torcie było wydrukowane na błyszczącym papierze zdjęcie technika - przystojnego blondyna o krótkim zaroście, który miał na nim tajemniczą minę, pokazującą niewiastom, że łobuz kocha najbardziej, co podbijały wystające znad kołnierzyka bielusieńkiej koszuli zmyślne tatuaże. Zawieszenie komendanta przerwał Astryd:
- Zastanawia się komendant, nad tym co robił symbol Nemizy w gardle naszej ofiary? Sam się nad tym od dłuższego czasu głowię.
- Cooo? Eee tak. Faktycznie. Dodaj tu opis, co ten symbol oznacza, bo nasz pogański technik nie będzie miał bladego pojęcia co to jest a im szybciej stąd wyjedzie, tym lepiej.
- Nie spieszy mi się aż tak. Nawet zaczęło mi się tu podobać. - Andrzej wyłapał sens ostatnich słów Śmiałego. - A co on tak w zasadzie oznacza?
- To nasz bóg nieszczęścia. Kojarzy się ze śmiercią, bo przecina nić życia. Ale jeśli w życiu się cierpi to on to cierpienie szczęśliwie kończy. Jak to mówią może szczęście, może pech - odpowiedział Burysław.
- Może szczęście, może pech? Nie rozumiem takiego podejścia - powiedział technik.
- Jest taka anegdota, którą opowiedziała mi moja była żona, i dzięki temu wiem, że skutki wydarzeń mogą być pozytywne albo negatywne, ale nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje nam się, że coś będzie niosło za sobą jednoznacznie dobre albo złe następstwa. Odpowiedź daje dopiero czas, jaki upłynął od danego wydarzenia. I ta opowiastka idzie tak - Nie czekając na akceptację pozostałej dwójki komendant kontynuował: - Pewien prawy wiking w wieku nie pozwalającym już na dalsze zamorskie wyprawy i bitwy, osiadł z rodziną w skromnej chacie, obok której był kawałek pola i zaczął je uprawiać. Ziemia, którą wybrał była wyjątkowo żyzna, toteż inni mieszkańcy grodu wróżyli mu dobre plony. Na to wiking odpowiedział, że ta ziemia to dla jego rodziny: "może szczęście, może pech". I kiedy już wydawało się, że pole wyżywi nie tylko jego rodzinę, ale nadwyżkę będzie można oddać na okręt, aby dzielni wojowie mieli czym się żywić podczas wyprawy, na jego pole wpadło stado rozpędzonych dzikich koni i stratowało plony. Na to współmieszkańcy grodu zaczęli zawodzić, że spotkało go wielkie nieszczęście. A on patrząc się w ogień odrzekł im, że: "może to szczęście a może pech". Kolejnego dnia syn prawego wikinga splątał i ujął jednego z tych koni. Był to niebywale piękny ogier, który odtąd miał być chlubą ich stada. Widząc osiodłanego konia wiking powiedział do swojego syna, że: "może to wielkie szczęście, a może wielki pech". Jego syn próbował ujeździć ogiera, jednak niefortunnie spadł z niego i dostał poważnych obrażeń na skutek których zaczął kuleć. Mieszkańcy grodu plotkowali, jak wielkie nieszczęście spotkało rodzinę wikinga, gdyż jego potomek nie będzie już mógł pomagać w obejściu jak dawniej. Słysząc to wiking rzekł do swojej żony: "może mamy wielkie szczęście a może ogromny pech". Z kolei kolejnego tygodnia jarl zapowiedział największą zamorską wyprawę i bitwę o jakiej jeszcze w grodzie nie słyszeli. Zgłosić się miał każdy młodzian powyżej 16. roku życia. Jednak ominęło to syna naszego wikinga i może to szczęście a może to pech.
- Czyli rozwód komendanta z Częstowojną może był szczęściem a może pechem? - zagaił aspirant.
- Był jednoznacznie szczęśliwym wydarzeniem! - odburknął Burysław.
- Może nasze szczęście, może pech, ale czas na rozdzielenie zadań. - Bogusz podniósł wściekle różowy, brokatowy marker i pod fotografią Astryda napisał "przesłuchać Sigvaldiego" a pod swoją i Burysława "przesłuchać Thorkella". Przy sztaplarce postawił duży znak zapytania. Podczas opisu symbolu Nemizy na myśl przyszła mu jedna rzecz.
- Czy Nemiza ma jeszcze jakieś inne oznaczenia?
- Tak - pospieszył z odpowiedzią Astryd - Czasami jest pokazana jako naga kobieta z orłem u boku, i jest jeszcze graficzny symbol, który wygląda mniej więcej tak - Golczewski namalował zgniłozielonym markerem znak:
- Ciekawe, dlaczego sprawca wziął się za rysowanie tak skomplikowanego wzoru mężczyzny, zamiast po prostu narysować ten znak, który tu przedstawiłeś. I co chciał nam przez to powiedzieć? - rozważał na głos technik.
- Oby nie to, że jest seryjnym złodziejem hełmów i tego typu wydarzeń będzie w naszym grodzie więcej - westchnął przeciągle komendant.
Rozdział VI
wtorek 7 izok, X rok po dechrystianizacji Jomsborga
- No hello kochana, nie uwierzysz co się stało!
- Cześć! - Dźwięk telefonu obudził Czesię jeszcze przed budzikiem, więc potrzebowała chwili na pozbieranie myśli.
- Co się mogło wydarzyć w tym waszym skansenie, jakiś Słowianin ześlizgnął się po pijaku do rowu?
- Eeee, o tym nie słyszałam, przejrzę "Wieści Jomsborga" i dam ci znać.
- Żartowałam, mówże co się stało.
- Aa. No kochanieńka twój były mąż ma prawdziwe dochodzenie. Ludzie giną. Znaczy na razie jeden, ale Thorkell mówił, że poleci więcej łbów a najlepiej jakby rozjebało tę radę plemienia.
- Jakie łby? Mów jeszcze raz spokojnie co się dzieje.
- Mieliśmy wisielca na Wzgórzu Wisielców. Ale wiesz, nie taką kukiełkę tylko takiego prawdziwego. Nom. I się tam bujał chyba z dwa dni, a teraz latają szukają jakiś hełmów, koparek mówię ci cyrk. Ja to przez moment się bałam na paznokcie iść, ale mój Torkuś rzecze: idź niewiasto, przecież tobie na tę tapetę to nikt hełmu nie wciśnie, bo zaraz się te wszystkie mazidło na stali szlachetnej odbije i szkoda oręża. To poszłam, nom. Bo ten trup to miał hełm, ale to nie był wiking. Czaisz? Czy nie czaisz?
- Rozumiem.
- Rozumisz. To przyjeżdżaj, pośmiejemy się. Co ty tam w tym Toruniu masz wielkiego do roboty, z resztą mam ci coś nom innego do powiedzenia. Petarda. Ale będziesz się dziwić, łał. Naprawdę wielkie łał.
- Jutro zaczynam urlop w pracy więc może faktycznie przyjadę na kilka dni. Planowałam wykupić gdzieś wczasy last minute, ale z drugiej strony tak dawno się nie widziałyśmy.
- To będziesz? Bo ja już nie wiem.
- Tak. Trzymaj się kochana - mówiąc to Czesia zastanawiała się, jak niesprawiedliwy jest czy to pogański czy chrześcijański Bóg, który tak dzieli pulą genów, że jej siostra bliźniaczka mimo zauważalnie ładniejszej prezencji, nie dostała daru poprawnego wysławiania się. Czesława wolała z dwojga złego, gdy Niepełka dzwoniła, bo jej wiadomości SMS w stylu: "Brajanek był w szkole i pojawil się kaszlom, nie wiem o co ho luba ale to dzieci się smiejom z niego co mam teras zrobic przecie to konflikt dzicka nie mogem go teraz przejąć obawiam się przejecia jakihs szkodliwych zachowan i opowiadjom ze ma adhd czy jakies inne daj rade rozumisz. to jak on torkusiowi rece do ogniska wkłada to ja już nie wiem nom pozdro" sprawiały, że poważnie myślała o napisaniu słownika "Z madki na nasze".
- Dzisiaj wyjdę wcześniej, bo musze poprasować te pogańskie przyodziewki, żebym nie wyglądała jak ladaco. Pamiętaj, że jak tylko pojawi się jakiś problem, to możesz śmiało do mnie pisać - powiedziała na koniec dnia swojej pracownicy Czesława.
Sama przed sobą musiała przyznać, że cieszyła się na wizytę w grodzie. Od rozwodu minął nieco ponad rok i od tej pory nie pojawiała się tam, ale teraz uznała, że odwiedziny u siostry są naprawdę dobrą wymówką, żeby pojechać do Jomsborga i na własnej skórze przekonać się, czy tęskni za takim trybem życia.
- To co, uderzamy dzisiaj do Bui i kończymy sprawę? Do zamknięcia potrzebujemy jeszcze kilku świstków a przede wszystkim informacji czy coś z tym wózkiem widłowym się nie zgadza, ale to już niech się tym zajmie jakiś mechanik i sprawdzi tę sztaplareczkę. Macie tu jakiegoś? - zapytał Andrzej jednocześnie dopijając niesłodzoną kawę. Zawsze w gościach nie słodził, ani nie jadł niezdrowo, chcąc pokazać, że dba o siebie i żyje tak na co dzień. W rzeczywistości jego Kalina poświęcająca się wychowaniu dwójki bąbli nie miała czasu na fit gotowanie, a jego pensja nie pozwalała na dobrodziejstwo płynące z diet pudełkowych, dlatego najczęściej obżerał się na mieście czym popadnie, czego nie umiał wybaczyć sam sobie.
- Tak, pojedziemy do Bui i dowiemy się wreszcie wszystkiego. Potem nawiedzę jarla Haralda, bo sprawa jest niewątpliwie delikatna i wymaga jego akceptacji gdybyśmy chcieli przesłuchać Jomsvikinga na komendzie albo nie daj Dadźbog zamknąć - powiedział zdecydowanym tonem Burysław.
- To może dzisiaj dla odmiany autem? Na zewnątrz pada, aura nie sprzyja konnym wycieczkom - zaproponował nieśmiało Astryd.
- Dobra, schodzę i palę golfa. Zbierajcie się.
- Co ty mi tu kurwa ładujesz? - zapytał Burysław widząc Astryda usiłującego zmieścić się na tylną kanapę, co było nie lada wyczynem w związku ze szwankującym mechanizmem odsuwania przedniego fotela, oraz tym co aspirant oburącz trzymał.
- To luksusowe dobra, koszyk prezentowy, nie wypada przecież tak do Jomsvikinga z pustymi rękoma. Moja luba sama zrobiła! - pochwalił się Astryd.
- Trzymajcie mnie wszyscy pogańscy bogowie w tym grodzie, bo za moment go wyrzucę za kartonowe mury miasta! - Andrzej włączył się do rozmowy: - Przecież jedziemy do podejrzanego!
- Ale... - Usiłował nieśmiało przerwać aspirant.
- Nie ma żadnego "ale". Daj mi to, ja to zjem. Albo nie. Nie jem takich rzeczy, ale moja Kalina z pewnością się ucieszy z prezentu jak będę wreszcie mógł stąd spadać - odpowiedział nieco łagodniej technik.
Podróż na miejsce zamieszkania Bui zajęła dosłownie chwilę, bo mimo że gród był dużych rozmiarów jak na skansen, to w pojęciu miasta mieścił się raczej wielkością między wsią a mieściną, więc dosłownie po dwóch minutach przejażdżki zespół najdzielniejszych śledczych w Jomsborgu parkował już czerwoną i lekko muśniętą rdzą strzałę przy ulicy Światowida.
- Co tu było przed ustawą? - Bogusz odwrócił się w stronę Astryda.
- Dziury, to było Konopnickiej, najbardziej dziurawa ulica w Wolinie. Teraz na szczęście po dechrystianizacji jest położony ten brukowy trakt i wreszcie da się tu przejechać nie zostawiając kołpaków na poboczu.
- No ja to mam tutaj eleganckie felgi - wtrącił się dumny z auta komendant.
Chata Bui nie była tak okazała jak ta Sigvaldiego, czy mieszkanie Thorkella. W dachu krytym strzechą widoczne były prześwity, a deski na elewacji prawie całkowicie pokrył mech.
Cała trójka władowała się bez zaproszenia do niewysokiej i niedoświetlonej izby, gdyż gospodarz jako Jomsviking nie kłopotał się posiadaniem drzwi, i od zewnątrz jedynym zabezpieczeniem była jedynie tkana ręcznie makatka.
- Slava Jomsborgowi woju!
- Slava! Co sprowadza tułaczy w me skromne progi?
- Jak zapewne woj wie, w grodzie wydarzyły się rzeczy dotąd niespotykane, bogowie widocznie się na nas gniewają, bo sprowadzili nam do Jomsborga tego oto chrześcijanina, który bezustannie próbuje rozwikłać zagadkę najpewniej przypadkowej śmierci dresiarza na Wzgórzu Wisielców - odezwał się Astryd, mając jeszcze w pamięci świeżą obrazę, jakiej doznał od Bogusza.
- Tak tak, zaiste bogowie nam nie sprzyjają tego lata. Nic to, aby do równonocy się wszystko szczęśliwie poskładało. Może tej Nocy Kupały znajdę wreszcie niewiastę godną Jomsvikinga, która doprowadzi to obejście do porządku. Nie ustaję w składaniu darów Mokosz i wierzę, że niedługo to nastąpi na sławę i chwałę Jomsborgowi, abym spłodzić mógł mężnych wojów na moje podobieństwo.
- Slava Jomsborgowi! - odezwał się Burysław, i natychmiast się zarumienił, wiedząc, że nie powinien tego czynić w kontekście tego jak reaguje technik, ale nic nie mógł poradzić na to, że każda wzmianka o jego ukochanym grodzie tak na niego działała.