ROZDZIAŁ 1
[dwa tygodnie wcześniej;
10 grudnia 2019]
Breloczek z wieżą Eiffla niemal parzył ją w dłoń. Mimo to ściskała ten kawałek metalu jak jakąś relikwię, jakby ten wyimaginowany ból miał przynieść jej ukojenie.
Anna Maria Kier weszła na podwórko przed domem ojca i uśmiechnęła się do ochroniarzy. Jej spokój był kolosem na glinianych nogach, o czym doskonale wiedziała trzymająca ją pod rękę Wanda. Hakerka ściskała łokieć przyjaciółki, jakby ta miała ochotę uciec. Za wspólniczkami szedł Tristan, któremu ochroniarze ukłonili się, niemal salutując, a na końcu pojawił się Stańczyk z Haną Novą-Kraus, a właściwie Anną Nowak-Księżopolską, matką Anny Marii Kier, byłą właścicielką tego lokum. Ochroniarze zawiesili wzrok na Stańczyku, dawnym pracowniku Króla, porozumieli się na migi. Doskonale znali tego mężczyznę i nie mieli wątpliwości, że teraz on tu dowodzi.
- Kochani, zatrzymajmy się na chwilę. - Kier wstąpiła na pierwszy schodek i odwróciła się do zebranych. Grudniowy ziąb sprawił, że cała się trzęsła i z trudem powstrzymywała drżenie brody. Pomachała wesoło kluczami i siląc się na uśmiech, dodała, spoglądając na Hanę: - Mamo, chcesz wejść do swojego domu jako pierwsza?
- Nie, dziecko. - Starsza kobieta, otulona grubym kaszmirowym szalem, odkaszlnęła nerwowo w zaciśniętą pięść. - To już dawno nie jest mój dom. I chyba nigdy nie był, prowadź! - Wskazała ruchem brody wejście, przy okazji omiatając wzrokiem podwórko. Nie dostrzegła niczego podejrzanego.
Anna Maria sprawnie odryglowała zasuwy i po chwili otworzyła drzwi. Z wnętrza buchnęła woń kurzu, duchoty i naftaliny. Weszła odważnie, energicznie wytarła brązowe skórzane conversy na wycieraczce i pierwsze kroki skierowała do kuchni. Mimo chłodu na zewnątrz, otworzyła szeroko okno i zaczęła się krzątać po pomieszczeniu. Nastawiła wodę na herbatę, znalazła szklanki, które następnie opłukała, i nim wszyscy weszli do środka, dla każdego przygotowała krzesło. Nie cierpiała sytuacji, kiedy nie dla wszystkich było miejsce przy stole. Traktowała to jako wyraz jakiejś segregacji. Coś niedopuszczalnego.
Zebrani zajmowali w ciszy miejsca. Wszystkim udzieliło się trudne do określenia napięcie, jakby uczestniczyli w czymś w rodzaju przestępstwa. Choć byli tu legalnie, to mieli wrażenie, że przekroczyli Rubikon. Dom Króla, prokuratora Księżopolskiego, przez całe lata był twierdzą nie do zdobycia, a już na pewno nie był miejscem, gdzie leniwie popijało się herbatkę.
Tristan szybko dołączył do krzątającej się matki. Otworzył puszkę z herbatnikami, przyniósł z kredensu dużą paczkę ptasiego mleczka i delicje z nadzieniem pomarańczowym. Bez trudu znalazł serwetki w drugiej szufladzie szafki; wyraźnie czuł się jak u siebie. Hana Nova-Kraus siedziała sztywno i nie spuszczała oka z wnuka. Rejestrowała każdy jego ruch, a momentami z niedowierzaniem kręciła głową.
- Jaką lubisz herbatę... babciu? - spytał chłopak szeptem, otwierając dużą szafkę z pudełkami liściastego naparu. Imponująca kolekcja.
- Zwykłą earl grey. - Kobieta machnęła ręką. Miała łzy w oczach, nie mogła ukryć drżenia brody. - Jestem w tym domu po raz pierwszy od ponad czterdziestu lat - zaczęła cicho. - Myślałam, że nigdy tu nie wrócę. - Odruchowo dotknęła grubej ceraty, jakby ta miała ją uspokoić. - Nie mogłam zabrać swoich książek, pamiątek po rodzicach, nawet ulubionego czerwonego kubka, który zawsze wybierała moja córeczka... Mój Boże... - Westchnęła ciężko i zamilkła.
- Ocalałe rzeczy są w piwnicy i częściowo na strychu. - Wanda przerwała niezręczną ciszę, która zawisła nad nimi jak ciężkie nabrzmiałe chmury. - Tristek, pokażesz babci? - skierowała pytanie do chłopaka, który drżącymi dłońmi ustawił przed Haną duży czerwony kubas z parującą herbatą. Chłopak przytaknął i wrócił do obsługiwania.
- Macie inny problem, kobiety - odezwał się wreszcie Wojciech Błaznowski, pseudonim "Stańczyk", łysiejący żylasty mężczyzna w małych drucianych okularach, dawny pracownik Króla, cyngiel, który uratował życie matce Anny. Sfingował egzekucję i pozwolił żonie Księżopolskiego uciec: dał jej swoje oszczędności, by mogła wyjechać do Niemiec, później do Szwajcarii, i tam zacząć nowe życie pod zmienionym nazwiskiem. Zapaść się pod ziemię i raz na zawsze zniknąć z oczu prokuratorowi Tadeuszowi Księżopolskiemu.
Po wielu latach, gdy Król rzekomo zachorował na alzheimera, Hana postanowiła zbliżyć się do córki, w czym miała pośredniczyć Wanda. Jej zadanie polegało na doprowadzeniu do bezpiecznego spotkania z Anną. Miała też zyskać stuprocentową pewność, że Stańczyk się nie wygadał i nadal nie pracuje dla Króla.
Ta historia swój finał miała właśnie tutaj, przy kuchennym stole, w domu nieżyjącego prokuratora Księżopolskiego.
- Jaki problem? - zareagowała przytomnie Anna. Wbiła wzrok w Stańczyka i zmrużyła oczy. - Miałam nadzieję, że wraz ze śmiercią ojca skończyły się wszystkie nasze problemy. Raz na zawsze! - wysyczała, tłumiąc narastający wybuch wściekłości. Zacisnęła dłoń, powstrzymując się przed uderzeniem pięścią w stół. Nie, nie może pozwolić sobie na takie emocje. Musi trzymać nerwy na wodzy, inaczej zdominują jej analityczny umysł, a przecież samokontrola to prawdziwy skarb ewolucji.
- Szafa. - Błaznowski spojrzał na sufit i westchnął przeciągle. - Za kilka tygodni cała Polska będzie mówić o szafie Księżopolskiego - prychnął i pokręcił głową, okazując znużenie. - Przypominam wam - kontynuował, składając dłonie jak do modlitwy - że to jak bomba atomowa. Dokumenty z tego sejfu mogą zdetonować kilka pięknych karier, a nawet wyeliminować z tego łez padołu paru ustawionych dożywotnio gagatków. - Stańczyk spojrzał na Tristana. - Prawda, chłopaku?
Syn Kier przytaknął cicho. Usiadł obok matki, skulił ramiona i spojrzał na blat stołu. Tak, to prawda, dziadek szykował go na następcę. To prawda, że Tristan znał zawartość kilku teczek i znał mechanizmy ich tworzenia. No i dobrze wiedział, jak można by wykorzystać zebrane tam informacje. Wbrew temu, co zwykł mawiać dziadek, był pojętnym uczniem, tylko że wcale nie marzył o takiej schedzie. Wolałby wrócić do beztroskiego życia. Do książek, za którymi tęsknił. Do swojego starego ojca, którego zaniedbał i zostawił samego w dużym mieszkaniu w centrum miasta. Tak właśnie o tym wszystkim myślał. Nie chciał zawracać sobie głowy tą cholerną szafą. Nigdy więcej.
- Spalmy to wszystko - szepnął chłopak, nie podnosząc wzroku.
Tristan mimo trudnych chwil, jakie miał za sobą, wyglądał naprawdę dobrze. Przytył trochę, nabrał rumieńców, a ślad po ciężkiej chorobie wreszcie zaczął blednąć.
- Wykluczone! - odchrząknęła Anna. - Moim zdaniem musimy to oddać...
- Komu? - prychnął Stańczyk i sięgnął po ptasie mleczko. Włożył do ust dwie pianki. - Może do prokuratury? - Uśmiechnął się, pokazując pozostałości czekolady na zębach. - Nie pamiętacie, co się stało ze Stawickim? - Przeciągnął kciukiem w poprzek szyi.
- Kto to? - Matka Anny przeniosła zamyślone spojrzenie na Stańczyka.
- Prokurator, który miał wsadzić Króla, kiedy ten przebywał w ośrodku i symulował chorobę. Jakoś nie udało mu się tu dostać. - Błaznowski postukał nerwowo w blat stołu. - Z nakazem przeszukania. Przecież w sekundę mógł rozwalić te ściany! - dorzucił z lekkim poirytowaniem w głosie.
- Taaa, wiadomo, że sprawę umiejętnie zablokował Tobi - wtrąciła Anna, wzruszając ramionami. Doskonale znała te mechanizmy.
- Tobi? - Hana Kraus odstawiła kubek z herbatą i zmrużyła oczy - Czy mówicie o Tobiaszu Harpagonie?
- Tak, ale Juniorze. To on teraz decyduje o wszystkim w tym kraju - skwitowała Wanda. - Jak zwykle, prywatny folwark.
- Dopóki Tobiasz nie zajmie się tą sprawą osobiście, nikt tu nie przyjdzie, a to nastąpi dopiero za jakiś czas, sprawa musi przyschnąć. Albo załatwi to... no cóż, nieformalnie. Teczki z szafy Króla mogą obciążać pozostałych wspólników, w tym samego Harpagona. Ojca i syna - oświadczył Stańczyk tonem mędrca i ostatecznej instancji.
- No to co robimy? - Kier rozejrzała się nerwowo, szukając odpowiedzi u wspólniczki. - Przecież to wreszcie pozwoli ukarać tych, którzy na to zasłużyli, a innym pomoże odzyskać spokój. Mam tak się poddać? Bez walki? - kontynuowała z wyraźną nadzieją w głosie. - Macie kogoś zaufanego?
- Nie rozśmieszaj mnie! - Stańczyk wepchnął delicję do ust. - To tak, jakbyś przekazała Tobiaszowi biznes ojca. I przy okazji nieźle się podłożyła! Poza tym ci u rządów zrobią wszystko, żeby te dokumenty nie ujrzały światła dziennego.
- Tam są haki na każdego. Żadna władza tego nie upubliczni. Żadna opcja polityczna tego nie tknie, bo umoczeni są absolutnie wszyscy, od prawa do lewa - wtrącił drżącym głosem niepytany Tristan. - Po czubek głowy - szepnął, kończąc zdanie.
- No to co? Dziennikarze? Jakaś telewizja, Internet? - Kier gorączkowo szukała pomysłu, zerkając na zgromadzonych, ale nikt nie reagował.
- Spal to - wycedziła po dłuższej chwili Hana.
- Ale... przecież ja mogę zrobić z tego legalny użytek. Może wreszcie sprawiedliwość dosięgnie tych, którzy tyle lat przed nią uciekali. A może jest ktoś, kto siedzi niewinnie albo został uwikłany w jakieś machloje, odpowiada nie za swoje grzechy? - Anna Maria Kier wzruszyła ramionami. - Dlaczego nie mam pomóc tym, którzy na to zasługują? Tak łatwo mam po prostu wszystko spalić? Możemy uratować komuś życie! - bulwersowała się matka Tristana. Od zawsze uważała, że coś w rodzaju sprawiedliwości społecznej jest największą zdobyczą cywilizacji. Przez całe zawodowe życie była uważna, rzeczowa, ale też formalna i zasadnicza. Każdy powinien mieć prawo głosu i możliwość obrony, a wskazanie winnego nie może być wynikiem jedynie poszlakowego śledztwa w celu podkręcenia statystyk. Ona sama, jeśli już potrafiła udowodnić czyjąś winę, to oczekiwała sprawiedliwego procesu i odstraszającej kary. Bez wyjątków.
Tak, była pryncypialna aż do bólu i prawdopodobnie właśnie dlatego osiągała spore sukcesy w policyjnym mundurze, zanim przeszła na emeryturę i razem z Wandą założyła agencję detektywistyczną.
- Zgadzam się na to, pod jednym warunkiem. - Stańczyk wyprostował się nagle i odchrząknął, przyciskając pięść do ust. - Teczki, w których są jakiekolwiek moje dane, palicie bez dyskusji. Zauważcie, że żaden z tych dokumentów nie obciąża bezpośrednio Króla. - Błaznowski przycisnął mostek drucianych okularów do nosa. - Przecież w teczce Hany jest tylko moje oświadczenie, a wskazani świadkowie nie wiedzą nawet o istnieniu Księżopolskiego. Nie ma informacji, że zrobiłem to dla niego. Nigdzie nie znajdziecie prawdziwego zleceniodawcy. Ta i inne teczki obciążają tylko mnie i innych, którzy dla niego pracowali. Trzymał nas w szachu do końca życia. Swojego na szczęście - prychnął z satysfakcją.
- Dobre! - Kier pokiwała z uznaniem. - Cały tatuś. Święty i nieskazitelnie uczciwy.
- On nigdy niczego i nikogo się nie bał - dodała Hana, zerkając na córkę. - Był kolekcjonerem dowodów zbrodni wykonanych w jego imieniu. To był rodzaj jakiegoś trofeum i świadectwo panowania nad światem.
- Podobnie bezkarnie czują się sprawcy, którzy z miejsc przestępstw zabierają przedmioty należące do pokrzywdzonych i robią zdjęcia ofiar lub je filmują. Może się to wydawać niepojęte, ale jest nader częste. - Anna spojrzała na syna i poczuła silne ukłucie w dole brzucha. Narcyzm jej ojca rozrósł się do monstrualnych rozmiarów. On nie miał w sobie grama empatii, nie czuł lęku. Z każdym dniem bezkarności pycha coraz bardziej wypełniała jego serce, a nawet rozum.
- Wiem, że to, co mówię, brzmi nieprawdopodobnie, lecz zapewniam was, że nigdy nikogo nie skrzywdziłem. Jeszcze kiedyś to udowodnię. Ale z tym - Stańczyk wskazał brodą na sufit - teraz nie wygram.
Na piętrze, nad nimi, była ukryta szafa Króla.
Zapadła niezręczna cisza. Każdy z nich, zatopiwszy się w swoich myślach, popijał herbatę.
- No dobrze! - Grupowe milczenie przerwała zdecydowanym i donośnym głosem Wanda. - Teraz nie mamy żadnej sprawy, w ostatniej Baryłka dał dobry bonus, sypnął groszem. To może przejrzymy te dokumenty? - zaproponowała Lechicka, wiedząc, że przyjaciółka właśnie tego oczekuje. - Może uda nam się uratować kogoś niewinnego, tylko nie wiem, jak miałybyśmy to zrobić. - Westchnęła, tłumiąc wątpliwości i brak wiary w sens tego działania.
- Kobiety, to jest naprawdę niebezpieczna zabawa - wtrącił Stańczyk, zerkając na Hanę. - Nie bawcie się w Jamesa Bonda, życie to nie film.
- Okej, Wanda ma rację, przejrzyjmy szafę, przynajmniej... nie wiem... skatalogujemy nazwiska, sprawdzimy, choćby pobieżnie, czy można będzie komuś pomóc. - Anna potarła dłonie wyraźnie z siebie zadowolona.
- Albo zaszkodzić... - burknął Stańczyk i siorbnął spory łyk herbaty.
- Śledztwo w sprawie śmierci ojca jeszcze trochę potrwa, przez pewien czas wszyscy będą siedzieć cicho. A poza tym... cóż, ja się chyba już niczego nie boję. Chodźmy po twoje rzeczy, mamo, rozejrzysz się na spokojnie. - Kier wstała i położyła dłoń na ramieniu matki.
Ale nim starsza kobieta zdążyła zareagować, w kuchni pojawił się jeden z ochroniarzy. Facet z kitką i podgoloną głową w stylu wikinga. Anna tak go kiedyś nawet nazwała. Jej ulubieniec, jedyny, który z nią rozmawiał.
- Musimy pogadać - mruknął i kiwnął głową, dając jej znak, by podążyła za nim.
Kier ruszyła za mężczyzną, bo choć nie chciała wchodzić na teren zarządzany przez Króla, to wiedziała, że nie ma już wyjścia. Powinni zdecydować, co dalej.
- Wiem, że musimy się jakoś rozliczyć... - zaczęła niepewnie, gdy znaleźli się w gabinecie prokuratora Księżopolskiego.
- Ech, to jeszcze nie czas. Jesteśmy opłaceni do końca przyszłego kwartału. - Wiking machnął ręką... - Ale fakt, musisz zdecydować, co z biznesem. - Zniżył głos i zmarszczył brwi. - Zrobiło się naprawdę gorąco. Nie pamiętam tygodnia, byśmy nie mieli tu jakichś nieproszonych gości, począwszy od VIP-ów, mniej ważnych polityków przez dziennikarzy aż po, hm... - ochroniarz westchnął - podcasterów, youtuberów i innych dziwnych ludzi, którzy próbują uzyskać jakieś informacje, kręcą filmiki tymi swoimi telefonami i szukają sensacji, mendy jebane. Tu - wskazał ręką na laptop - rejestruje się każda wizyta, monitoring jest naprawdę wszędzie. Podłączyłem zastępczy laptop szefa, wgrałem nagrania co najmniej sprzed miesiąca, by zachować ciągłość, dla porządku, tak jak lubił. No i dla potwierdzenia rozliczenia, jakby co. No co się tak patrzysz? Przechowujemy to i owo, poprzedni sprzęt zabrali policjanci, kiedy pojawili się tu po jego śmierci. To było słabe przeszukanie, ale obawiam się, że za chwilę możesz dostać nakaz solidnego przetrzepania, do gołych murów, z ryciem ścian i... no cóż... Szafa szefa tylko na oko jest niedostępna. Niektórzy sięgną po wszelkie możliwe środki i moim zdaniem prędzej czy później na nią trafią. Raczej później, bo Król to sprytnie wymyślił, ale powtarzam, będziesz musiała coś z tym zrobić.
- Wiem, pamiętam tę skrytkę. - Anna pokiwała głową w skupieniu. Przypomniała sobie, jak jej ojciec siedział w areszcie, a ona znalazła szafę schowaną za podwójną ścianą w jej dawnym pokoju. Klasycznie ukryte drzwi. Śledczy mogą do nich dotrzeć, choć wcale nie muszą, ale dziś niczego nie była pewna. - A Tobiasz Harpagon? Był tu ostatnio? - Kier przechyliła głowę i podeszła do biurka ojca. Odruchowo poruszyła myszką. Laptop po dłuższej chwili wybudził się z hibernacji.
- Ten teoretycznie najważniejszy z ważnych? - Wiking się uśmiechnął. - Tak, kilka razy, ale miałem wrażenie, że raczej pilnuje, żeby nic tu się nie znalazło. Na tamtego laptopa rzucił się od razu jakiś technik, dlatego zabrali. Harpagon nie mógł zabronić. - Ochroniarz cmoknął. - Ale szału dostajemy z tą dwójką. - Wyjął z kieszeni starannie złożoną na cztery kartkę i podał Annie. - Raz prawie dałem się sprowokować. Nagrała mnie gówniara i pewnie puściła w Internecie.
- Kto? O czym ty mówisz? - Anna wbiła wzrok w rozmówcę, a po chwili rozłożyła karteczkę i przeczytała na głos: Tymon Zawadzki i Magdalena Dębska. Co to za ludzie? - Przeniosła spojrzenie na Wikinga. - Są parą?
- Nie, nie sądzę, pojawiają się zazwyczaj niezależnie. Dziennikarz śledczy i pożal się Boże podcasterka kryminalna. Tak się przedstawiła, ale ja nie wiem zbyt dobrze, co to znaczy... - Ochroniarz prychnął pogardliwie. - Namolna do wyrzygu! Zajmijcie się nimi w pierwszej kolejności, bo robią niepotrzebnie dużo szumu. Jakbyś czegoś potrzebowała, to jesteśmy u siebie, na dole. A tu - zerknął na rozświetlony ekran laptopa ze zdjęciem Tristana na wyświetlaczu monitora - trzeba podać hasło.
- Wanda się tym zajmie - odpowiedziała automatycznie Kier. Zerkając na wizerunek syna, poczuła silne ukłucie. Usiadła ciężko w fotelu ojca i odprowadziła wzrokiem Wikinga. Gdy usłyszała trzaśnięcie zamykanych drzwi w korytarzu, przeniosła spojrzenie na monitor.
To zdjęcie zrobiła Tristanowi, gdy jej ojciec przebywał w domu opieki. Tam, poddawany najlepszym zabiegom spowalniającym rozwój choroby Alzheimera, otoczony profesjonalną opieką, perfidnie oszukiwał świat i własną córkę, by uciec przed wymiarem sprawiedliwości. Właśnie w tamtym czasie Anna, miotana bez przerwy wyrzutami sumienia, wysyłała staruszkowi zdjęcia ukochanego wnuka. Tę fotkę zrobili przed pomnikiem Syrenki w upalny letni dzień, gdy jeszcze nie znali diagnozy. Wtedy wszystko wydawało się lekkie i proste. Ich życie miało być szczęśliwe. A potem guz mózgu, aresztowanie ojca, odkrycie tajemnicy byłego męża, odnalezienie matki - aż do tych ostatnich wydarzeń na polowaniu.
- Jak mogłam na to wszystko pozwolić? - Spojrzała na monitor, a po jej policzkach płynęły łzy. - Jak mogłam dopuścić do tego, by mój syn zlecił twoje zabójstwo? - szeptała Kier do zdjęcia, jakby z kimś naprawdę rozmawiała. - Jak śmiałeś mówić, że go kochasz? Myślałeś tylko o sobie, jak zawsze zresztą - prychnęła. - Co zrobiłeś z tym chłopakiem, że chciał cię zabić, swojego jedynego ukochanego dziadka? - Kier mówiła do ojca, jakby ten rzeczywiście mógł ją słyszeć. - I naprawdę to zlecił, kurwa mać! - Uderzyła pięścią w stół, aż zdjęcie na monitorze drgnęło. - Jak on ma z tym teraz żyć? - Pociągnęła nosem i zacisnęła dłonie tak mocno, że aż zbielały jej kostki.
- Pogadaj z Ursulą. - W pokoju rozległ się nagle głos Wandy. Hakerka stała w milczeniu, oparta o framugę, ze skrzyżowanymi ramionami na piersi. Anna drgnęła, wystraszona. - Przecież kiedyś pracowała jako psycholog dziecięcy, pomoże Tristanowi - kontynuowała Lechicka spokojnym tonem. - Tobie też przydałaby się jakaś terapia, wojowniczko! - Puściła oko do przyjaciółki i się uśmiechnęła.
- Ech, poradzę sobie! - Kier ukradkiem otarła łzę z policzka i na pozór beztrosko wyprostowała plecy. - Mam matkę, Aleksa, zdrowego syna... Poradzę sobie, naprawdę! - Wstała energicznie i z udawaną swobodą zbliżyła się do drzwi, jakby za chwilę miała zacząć tańczyć. - Ale z Ursulą to świetny pomysł, umówię Tristka. - Puściła oko do wspólniczki i próbowała ją wyminąć.
- Poczekaj. - Wanda wyciągnęła rękę, tamując przejście. - Kiedy im powiesz? - Hakerka pokazała brodą w głąb mieszkania. - Że sprzedajesz ten przybytek?
- Jeszcze nie pora, poczekajmy do końca śledztwa. Wciąż nie znaleziono sprawcy, ale nie wyklucza się też przypadkowego postrzelenia przez jakiegoś myśliwego. Na wszystko przyjdzie czas - dodała cicho Anna.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI