Johnny Panika i Biblia Snów oraz inne opowiadania - Sylvia Plath

Kup ebooka

55.90 zł
45.28 zł (44,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ame­ryko! Ame­ryko!

Uczęsz­cza­łam do szkół pu­blicz­nych - na­prawdę pu­blicz­nych. Cho­dził tam każdy: zu­chwali, nie­śmiali, cie­niasy i gru­basy, przy­szły pro­fe­sor elek­tro­niki i przy­szły gli­niarz, który miał kie­dyś sko­pać cu­krzyka na śmierć w błęd­nym prze­ko­na­niu, że ma do czy­nie­nia z na­rwa­nym ochla­pu­sem; biedni, cuch­nący ski­słą wełną i za­si­ka­nym dziec­kiem, wy­ło­wieni z wie­lo­ję­zycz­nego gu­la­szu; bo­gatsi, z wy­li­nia­łymi fu­trza­nymi koł­nie­rzami, ho­ro­sko­pową bi­żu­te­rią z opali i ta­tu­siami, co mieli sa­mo­chody ("A twój tatu to co ro­bia?". "Mój tatu nic nie ro­bia, aw­to­bu­sem ke­ruje". Śmiech). Oto ona - Edu­ka­cja - por­cjo­wana zu­peł­nie bez opłaty dla na­szej gro­mady, dla tego uro­czego pla­stra za­ła­ma­nego ame­ry­kań­skiego spo­łe­czeń­stwa. My­śmy oczy­wi­ście za­ła­mani nie byli. To zo­sta­wia­li­śmy na­szym ro­dzi­com, któ­rzy wy­su­płali z sie­bie dziecko albo dwoje, a po pracy i pod­łej ko­la­cji fla­czeli głu­cho przy ra­diu, by po­słu­chać wia­do­mo­ści o "oj­czyź­nie" i o czar­no­wą­sym panu, co się na­zy­wał Hi­tler.

Po­nad wszystko czu­li­śmy się Ame­ry­ka­nami w roz­ja­zgo­ta­nym nad­mor­skim mia­steczku, gdzie jak kłaczki do ubra­nia przy­le­piło się do mnie pierw­sze dzie­sięć lat szkoły - a wraz z nim wrza­skliwy kłąb ir­landz­kich ka­to­li­ków, nie­miec­kich Ży­dów, Szwe­dów, Mu­rzy­nów i Wło­chów, choć by­wało też, że skap­nęła mię­dzy nas ta rzadka, czy­sta kro­pla z "May­flo­wer", ktoś z An­glii. I na ca­łym tym po­dró­żu­ją­cym trze­cią klasą to­wa­rzy­stwie ząb­ku­ją­cych oby­wa­teli na­le­żało, za sprawą dar­mo­wych szkół pu­blicz­nych, od­ci­snąć dok­tryny Wol­no­ści i Rów­no­ści. I choć mo­gli­śmy się pra­wie na­zy­wać bo­stoń­czy­kami (miej­skie lot­ni­sko, za­wsze oto­czone chmarą pięk­nych sa­mo­lo­tów i srebr­nych ste­row­ców, war­czało i lśniło po dru­giej stro­nie za­toki), to iko­nami zdo­bią­cymi ściany na­szej klasy były no­wo­jor­skie wie­żowce, Nowy Jork i wielka zie­lona kró­lowa z lampką nocną, która miała sym­bo­li­zo­wać Wol­ność.

Co­dzien­nie rano z dło­nią na sercu przy­się­ga­li­śmy wier­ność fla­dze z pa­sków i gwiazd wi­szą­cej nad biur­kiem na­uczy­ciela ni­czym ob­rus na­po­wietrz­nego oł­ta­rza. I do nie­moż­li­wych, roz­chwia­nych so­pra­nów śpie­wa­li­śmy hymny pełne dymu, pro­chu i pa­trio­ty­zmu. Był je­den taki, wy­soki i szla­chetny - "Pnie się ma­je­stat gór­ski nad ży­zną rów­niną" - przy któ­rym za­wsze czu­łam, że jest we mnie ma­leńki po­eta, nie więk­szy od kre­wetki, który szlo­cha ze wzru­sze­nia. Nie umia­ła­bym wy­ja­śnić róż­nicy mię­dzy ży­zną do­liną a gór­skim ma­je­sta­tem, my­li­łam Pana Boga z Je­rzym Wa­szyng­to­nem (któ­rego ja­gnięca, bab­cina twarz oko­lona ża­lu­zjami schlud­nych bia­łych lo­ków oświe­tlała nas swym bla­skiem z kla­so­wej ściany), a mimo to z ca­łym za­stę­pem ma­łych za­smar­ka­nych ro­da­ków świer­go­ta­łam: "Ame­ryko! Ame­ryko! Ła­ską cię oto­czył Pan i do­bro twe w bra­ter­stwie cne wśród mórz na chwałę nam".

O mo­rzu coś nie­coś wie­dzie­li­śmy. Było sta­cją koń­cową nie­mal każ­dej ulicy, wierz­gało, chlu­pało i ci­skało się na boki, wy­plu­wa­jąc ze swej sza­rej bez­kształt­no­ści por­ce­la­nowe ta­le­rze, drew­niane małpki, gu­stowne muszle i buty mar­twych lu­dzi. Mo­kre słone wia­try bez końca szar­pały na­szymi pla­cami za­baw - tymi go­tyc­kimi kom­po­zy­tami żwiru, ma­ka­damu, gra­nitu i ły­sej, wy­młó­co­nej ziemi, zło­śli­wie za­pro­jek­to­wa­nej tak, by szo­ro­wać i odzie­rać ze skóry de­li­katne dzie­cięce ko­lana. Tam wy­mie­nia­li­śmy się kar­tami do gry (wa­lutą były wzory na ko­szul­kach) i ma­ka­brycz­nymi hi­sto­riami, ska­ka­li­śmy przez sznur do pra­nia, gra­li­śmy w kulki i od­gry­wa­li­śmy scenki ze słu­cho­wisk i ko­mik­sów na­szych cza­sów ("Kto wie, co się czai w ludz­kich ser­cach? Cień, ta­jem­ni­czy mści­ciel! Mua ha, ha, ha!" albo "Czy to ptak? Czy to sa­mo­lot? Nie, to Su­per­man!"). Może i było nam pi­sane ja­kieś wy­jąt­kowe za­koń­cze­nie - pi­sane, obie­cane, ogra­ni­czane, wy­ro­ko­wane - ale my­śmy tego nie czuli. Od­bi­ja­li­śmy się i prze­le­wali ze szkol­nych ła­wek na bo­isko do gry w dwa ognie, otwarci i pełni na­dziei jak to mo­rze tuż za ro­giem.

W końcu mo­gli­śmy się stać każ­dym. Wy­star­czyło się po­sta­rać. Wy­star­czyło się dość pil­nie uczyć. Nie li­czyły się na­sze ak­centy, pie­nią­dze, ro­dzice. Bo czyż nie wy­ra­stali praw­nicy z lę­dźwi gór­ni­ków, dok­to­rzy z ku­błów śmie­cia­rzy? Klu­czem było wy­kształ­ce­nie i Bóg je­den wie, jak nam ono przy­cho­dziło. We wcze­snych la­tach chyba ja­kimś nie­wi­dzial­nym spo­so­bem, jakby za sprawą mi­stycz­nego pro­mie­nio­wa­nia w pod­czer­wieni prze­ni­kały nam do głów ta­bliczki mno­że­nia z wy­mię­to­szo­nych stro­nic ze­szy­tów, po­nure wier­sze wy­chwa­la­jące rześ­kie paź­dzier­ni­kowe po­ranki oraz cały świat hi­sto­rii, za­czy­na­ją­cej się i koń­czą­cej plus mi­nus na her­batce bo­stoń­skiej - piel­grzymi i In­dia­nie zaś ma­ja­czyli w mro­kach pra­dzie­jów rów­nie da­leko jak eohip­pus.

Póź­niej miała nas ogar­nąć ob­se­sja na punk­cie col­lege'u, nie­uchwytny, prze­ra­ża­jący wi­rus. Każdy mu­siał się do ja­kie­goś do­stać, tego czy in­nego. Biz­ne­so­wego, za­wo­do­wego, se­kre­tar­skiego, Ligi Blusz­czo­wej, dla ho­dow­ców świń. Naj­pierw do ksią­żek, po­tem do pracy. A kiedy wy­strze­li­li­śmy (za­równo przy­szły gli­niarz, jak i mózg od elek­tro­niki) pro­sto do świet­nie pro­spe­ru­ją­cego po­wo­jen­nego li­ceum, do­radcy za­wo­dowi w cią­gle kur­czą­cych się in­ter­wa­łach su­szyli nam głowę i wy­py­ty­wali o mo­ty­wa­cję, na­dzieje, ulu­bione przed­mioty, wy­ma­rzone za­wody, pracę - i col­lege. Zna­ko­mici na­uczy­ciele ob­sy­py­wali nas wie­dzą jak desz­czami me­te­ory­tów: bio­lo­dzy po­ka­zy­wali ludz­kie mó­zgi, an­gli­ści z ide­olo­gicz­nym za­pa­łem roz­wo­dzili się nad dzie­łami Toł­stoja i Pla­tona, pla­stycy za­bie­rali na spa­cery po bo­stoń­skich slum­sach, a na­stęp­nie sa­dzali przed szta­lu­gami, za­chę­ca­jąc, by­śmy w słusz­nym gnie­wie uświa­do­mio­nej spo­łecz­nie mło­dzieży ci­skali w nie ku­pio­nym za pu­bliczne pie­nią­dze gwa­szem. Za to wszel­kie prze­jawy eks­cen­trycz­no­ści, aso­cjo­wane z jed­nost­kami nadto wy­jąt­ko­wymi, pró­bo­wano nam ła­god­nie wy­per­swa­do­wać, jak od­ucza się dziecko ssa­nia kciuka.

Do­rad­czyni dla dziew­cząt od razu zdia­gno­zo­wała mój pro­blem. By­łam po pro­stu nie­bez­piecz­nie by­stra. Sznu­re­czek do­sko­na­łych ocen mógł, nie­utem­pe­ro­wany od­po­wied­nio skom­po­no­wa­nym ze­sta­wem za­jęć po­za­lek­cyj­nych, wcią­gnąć mnie w ot­chłań. Co­raz wię­cej uczelni ży­czyło so­bie Stu­den­tów Wszech­stron­nie Wy­kształ­co­nych. Do tam­tej pory zdą­ży­łam za­pi­sać się na za­ję­cia z prze­ja­wów ma­kia­we­li­zmu w hi­sto­rii naj­now­szej. Zro­zu­mia­łam alu­zję.

Na­leży tu­taj do­dać, że do­rad­czyni miała - o czym nie mo­głam wie­dzieć - iden­tyczną bia­ło­włosą bliź­niaczkę, którą co rusz spo­ty­ka­łam u den­ty­sty czy w su­per­mar­ke­cie. Tejże bliź­niaczce zwie­rza­łam się ze swych co­raz sze­rzej za­kro­jo­nych wy­sił­ków. Żu­łam cząstki po­ma­rań­czy pod­czas kwart me­czów ko­szy­kówki (do­sta­łam się do żeń­skiej dru­żyny), ma­lo­wa­łam mon­stru­alne syl­wetki L'il Ab­nera i Da­isy Mae na kla­sowe po­tań­cówki, kle­iłam o pół­nocy ma­kiety szkol­nej ga­zetki, pod­czas gdy mój bez­tro­ski współ­re­dak­tor czy­tał na głos żarty w "New Yor­ke­rze". Pu­sty, dziw­nie przy­tłu­miony wy­raz twa­rzy bliź­niaczki spo­ty­ka­nej na ulicy w ogóle mnie nie znie­chę­cał, po­dob­nie jak amne­zja jej bia­ło­wło­sej so­bo­wtórki w szkol­nym ga­bi­ne­cie. Zmie­ni­łam się w to­czącą pianę z ust na­sto­let­nią prag­ma­tyczkę.

- Uży­tecz­ność jest Prawdą, a Prawda Uży­tecz­no­ścią - mam­ro­ta­łam na przy­kład pod no­sem, po­pra­wia­jąc skar­petki do ko­stek, żeby wy­glą­dały jak u ko­le­ża­nek. W szkole niby nie było mun­dur­ków, ale tak na­prawdę były: włosy na pa­zia, czy­ste do po­ły­sku, spód­niczka i swe­te­rek, do tego pan­to­fle - po­ob­cie­rane ko­pie in­diań­skich mo­ka­sy­nów. Na­wet w na­szym de­mo­kra­tycz­nym gma­chu do­kar­miało się dwa re­likty sno­bi­zmu w po­staci dwóch sto­wa­rzy­szeń sio­strzeń­skich: Sub­deb i Su­gar'n'Spice. Na po­czątku każ­dego roku szkol­nego stare człon­ki­nie roz­sy­łały za­pro­sze­nia no­wym - tym ład­nym, po­pu­lar­nym, które w ta­kim czy in­nym sen­sie mo­gły ucho­dzić za ry­walki. Na­sze pod­lane so­sem sa­mo­za­do­wo­le­nia do­łą­cze­nie do grona uję­tych w na­wias upra­gnio­nej Normy po­prze­dzał ty­dzień ini­cja­cji. Na­uczy­ciele kry­ty­ko­wali ten zwy­czaj, chłopcy pry­chali, ale nikt nie mógł na to za­ra­dzić.

Przy­dzie­lono mi, jak każ­dej no­wi­cjuszce, Star­szą Sio­strę, która za­częła me­to­dycz­nie nisz­czyć mi sa­mo­ocenę. Do­sta­łam za­kaz ma­lo­wa­nia się przez cały ty­dzień, nie mo­głam się myć, cze­sać, zmie­niać ubra­nia na świeże ani roz­ma­wiać z chło­pa­kami. Bla­dym świ­tem szłam do domu Star­szej Sio­stry, ście­li­łam jej łóżko i ro­bi­łam śnia­da­nie. Na­stęp­nie dźwi­ga­łam ra­zem ze swo­imi jej pie­kiel­nie cięż­kie książki i szłam kilka kro­ków za nią, jak pies, do szkoły. Po dro­dze mo­gła mi wy­zna­czać różne za­da­nia: wleźć na drzewo i zwi­sać z ga­łęzi, aż spadnę, za­dać nie­grzeczne py­ta­nie prze­cho­dniowi albo krę­cić się przed skle­pem i że­brać o zgniłe wi­no­grona czy sple­śniały ryż. Je­śli się uśmiech­nę­łam - to zna­czy oka­za­łam, że mam do swo­jego nie­wol­nic­twa sto­su­nek choćby mgli­ście iro­niczny - mu­sia­łam uklęk­nąć na chod­niku i ze­trzeć so­bie uśmie­szek z twa­rzy. Od pierw­szego do ostat­niego dzwonka Star­sza Sio­stra miała nade mną wła­dzę. Wie­czo­rem śmier­dzia­łam i wszystko mnie bo­lało; praca do­mowa bzy­czała mi gdzieś w tyle otę­pia­łego, za­mglo­nego mó­zgu. By­łam stop­niowo przy­ci­nana do Zno­śnych Wy­mia­rów.

Ja­kimś cu­dem to wpro­wa­dze­nie do pustki przy­na­leż­no­ści się jed­nak nie przy­jęło. Może od po­czątku by­łam zbyt wiel­kim dzi­wa­dłem. Co te sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wane kwietne pączki ame­ry­kań­skiej ko­bie­co­ści ro­biły na ze­bra­niach sio­strzeń­stwa? Ja­dły cia­sto. Ja­dły cia­sto i plot­ko­wały o so­bot­nich rand­kach. Przy­wi­lej by­cia kim­kol­wiek od­sła­niał swą drugą twarz: pre­sji by­cia każ­dym, ergo ni­kim.

Zaj­rza­łam ostat­nio przez szybę do klasy ame­ry­kań­skiej szkoły pod­sta­wo­wej: dzie­cięce ła­weczki i krze­sełka z czy­stego, ja­snego drewna, za­baw­kowe ku­chenki i ma­leń­kie dys­try­bu­tory wody. Cała anar­chia, dys­kom­fort i za­cię­tość, które tak cie­pło wspo­mi­na­łam, zo­stały przez ćwierć wieku za­ła­go­dzone na śmierć. Jedna z klas cały po­ra­nek spę­dziła w au­to­bu­sie na na­uce pła­ce­nia za prze­jazd i py­ta­nia o wła­ściwy przy­sta­nek. Czy­ta­nie (moje rocz­niki uczyły się tej sztuki w wieku czte­rech lat na skrzyn­kach po my­dle) stało się sztuką ta­jemną i tak trau­ma­tyczną w przy­swa­ja­niu, że szczę­ście miał ten, kto dał jej radę przed dzie­sią­tymi uro­dzi­nami. Tyle że usa­dzone w kó­łeczku dzieci się uśmie­chały. I czyż­bym w szafce z przy­bo­rami do pierw­szej po­mocy do­strze­gła po­ły­sku­jące fiolki - uspo­ka­ja­cze i uci­sza­cze dla za­lążka bun­tow­nika, ar­tystki, dzi­wa­dła?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Johnny Pa­nika i Bi­blia Snów

Co­dzien­nie od dzie­wią­tej do sie­dem­na­stej sie­dzę przy biurku, zwró­cona do drzwi, i za­pi­suję sny róż­nych lu­dzi. Nie że wy­łącz­nie sny. Dla mo­ich prze­ło­żo­nych to by­łoby za mało prak­tyczne. Dla­tego wy­stu­kuję też bo­lączki jawy: pro­blemy z matką, z oj­cem, z flaszką, z łóż­kiem, z nie­wy­tłu­ma­czal­nym bó­lem wa­lą­cym przez łeb aż do urwa­nia filmu. Do na­szego biura nie przy­cho­dzą lu­dzie bez pro­ble­mów. I to mowa o pro­ble­mach, któ­rych nie wy­star­czy po­trak­to­wać was­ser­man­nem czy we­chsle­rem-bel­le­vue.

Kto wie, może mysz szybko się orien­tuje, że ca­łym świa­tem rzą­dzą gi­gan­tyczne stopy. No cóż, z mo­jej per­spek­tywy rzą­dzi nim jedna i tylko jedna rzecz. Pa­nika: z psim py­skiem, z mordą dia­bła, z twa­rzą dziwki czy sta­rej baby, pa­nika dru­ko­wa­nymi li­te­rami i w ogóle bez żad­nej fa­cjaty - za­wsze ten sam Johnny Pa­nika, we śnie czy na ja­wie.

Jak ktoś mnie pyta o pracę, to mó­wię, że je­stem asy­stentką se­kre­tarki w przy­chodni jed­nej z kli­nik przy szpi­talu miej­skim. To brzmi tak wy­czer­pu­jąco, że rzadko kiedy roz­mówcy chce się drą­żyć, czym się tam wła­ści­wie zaj­muję, a zaj­muję się prze­pi­sy­wa­niem na ma­szy­nie kart pa­cjen­tów. Bez wspar­cia ja­kie­go­kol­wiek ze­społu - i bar­dzo po ci­chu - cią­gnę jed­nak drugi etat, taki, że na­szym le­ka­rzom by pi­kawa sta­nęła. W za­ci­szu swo­jej ka­wa­lerki je­stem bo­wiem se­kre­tarką ni­kogo in­nego jak sa­mego Johnny'ego Pa­niki.

Kształcę się, sen po śnie, by zo­stać tą rzadką po­sta­cią, rzad­szą, po­wiedzmy to so­bie wprost, niż któ­ry­kol­wiek z człon­ków In­sty­tutu Psy­cho­ana­lizy: ko­ne­serką snów. Nie kimś, kto sny prze­rywa czy ob­ja­śnia, wy­ko­rzy­stuje do za­spo­ka­ja­nia przy­ziem­nych po­trzeb ta­kich jak szczę­ście czy do­bre zdro­wie, lecz zu­peł­nie nie­znik­czem­niałą ko­lek­cjo­nerką snów dla sa­mych snów. Mi­ło­śniczką snów ze względu na Johnny'ego Pa­nikę, Twórcę ich wszyst­kich.

Nie ma ta­kiego snu, któ­rego bym nie znała na pa­mięć i nie za­no­to­wała kie­dyś w na­szej ewi­den­cji. Nie ma ta­kiego snu, któ­rego bym nie prze­pi­sała w domu do Bi­blii Snów Johnny'ego Pa­niki.

To moje praw­dziwe po­wo­ła­nie.

Cza­sem nocą jadę windą na dach mo­jego bu­dynku. Cza­sami, tak koło trze­ciej. Nad drze­wami po dru­giej stro­nie parku pło­mień po­chodni Uni­ted Fund opada i od­żywa za sprawą ja­kie­goś cza­row­nic­twa, tu i tam do­strze­gam świa­tło w bry­łach z ce­gły i ka­mie­nia. Przede wszyst­kim jed­nak czuję, jak mia­sto śpi. Śpi od rzeki na za­cho­dzie do oce­anu na wscho­dzie, jak nie­za­ko­twi­czona wy­spa ko­ły­sząca się w zu­peł­nej pu­stce.

Zda­rza się, że je­stem na­pięta i wraż­liwa jak naj­moc­niej na­cią­gnięta struna skrzy­piec, a mimo to je­stem go­towa do snu, gdy tylko niebo za­czyna błę­kit­nieć. To myśl o wszyst­kich tych śnią­cych i o tym, co im się śni, mę­czy mnie tak bar­dzo, że w końcu sama za­pa­dam w go­rącz­kowy le­targ. Od po­nie­działku do piątku nic nie ro­bię, tylko spi­suję wła­śnie te sny. Pew­nie, nie do­bi­jam na­wet do ułamka wszyst­kich noc­nych wi­zji tego mia­sta, ale za­peł­niam księgi: strona po stro­nie, sen po śnie, a kartki pasą się na nich i ob­cią­żają półki w szafce wzdłuż wą­skiego przej­ścia, bie­gną­cego rów­no­le­gle do głów­nego ko­ry­ta­rza, z któ­rego otwie­rają się drzwi do wszyst­kich cia­snych ga­bi­ne­tów le­kar­skich.

Mam taki szcze­gólny zwy­czaj, że roz­po­znaję przy­cho­dzą­cych lu­dzi po ich snach. Jakby mnie kto py­tał, to sny od­róż­niają ich od sie­bie wy­raź­niej niż ja­kie­kol­wiek imię. Dajmy na to ta­kiego pana pra­cu­ją­cego w fa­bryce ku­lek do ło­żysk: co noc śni mu się, że leży na ple­cach, a na piersi ma ziarnko pia­sku, które po tro­szeczku so­bie ro­śnie, ro­śnie, aż osiąga roz­miary spo­rego domu i fa­cet nie może za­czerp­nąć po­wie­trza. Ko­ja­rzę też czło­wieka z na­wra­ca­ją­cym snem, prze­ży­wa­nym, od­kąd w dzie­ciń­stwie po­dano mu eter i wy­cięto mig­dałki pod­nie­bienne i gar­dłowy. W tym śnie chłop utkwił mię­dzy szpu­lami w przę­dzalni i wal­czy o ży­cie. O, nie on je­den, cho­ciaż tak mu się wy­daje. W dzi­siej­szych cza­sach wielu lu­dziom śni się, że są roz­jeż­dżani albo po­że­rani przez ma­szyny. To ci po­dejrz­liwi, co za­wsze sze­ro­kim łu­kiem omi­jają me­tro i windy. Czę­sto ich mi­jam, gdy wra­cam po prze­rwie lun­cho­wej ze szpi­tal­nej sto­łówki, jak czła­pią za­sa­pani po ka­mien­nych scho­dach do na­szej przy­chodni na trze­cim pię­trze. Cza­sami się za­sta­na­wiam, o czym śnili lu­dzie przed wy­na­le­zie­niem ło­żysk i za­kła­dów włó­kien­ni­czych.

Ja mam swój wła­sny sen. Szcze­gólny. Sen nad sny.

Wi­dzę w nim wiel­kie, na wpół przej­rzy­ste je­zioro roz­cią­ga­jące się na wszyst­kie strony, zbyt wiel­kie, bym mo­gła do­strzec brzegi, o ile ja­kieś w ogóle ist­nieją; wi­szę nad nim i pa­trzę w dół przez szklane pod­brzu­sze ja­kie­goś he­li­kop­tera. Na dnie toni - tak głę­boko, że mogę tylko zga­dy­wać, co się dzieje w skłę­bio­nej mrocz­nej ma­sie - kryją się praw­dziwe smoki. Te, które żyły na Ziemi, za­nim lu­dzie za­miesz­kali w ja­ski­niach, za­częli go­to­wać mięso na ogniu, roz­pra­co­wy­wać bu­dowę koła i po­rzą­dek al­fa­betu. Słowo "mon­stru­alne" to przy nich za mało; mają wię­cej zmarsz­czek niż sam Johnny Pa­nika. A jak po­śnisz o nich dość długo, to stopy i dło­nie ci zwiędną od pa­trze­nia z bli­ska. Słońce kur­czy się do roz­mia­rów po­ma­rań­czy, tylko zim­niej­szej, i od­kry­wasz, że od ostat­niej epoki lo­dow­co­wej miesz­kasz w Ro­xbury. Nie ma dla cie­bie miej­sca in­nego niż po­kój o ścia­nach tak mięk­kich jak pierw­sze po­miesz­cze­nie, które w ży­ciu po­zna­łaś, w któ­rym można śnić i pły­wać, pły­wać i śnić, aż wresz­cie je­steś znów po­śród tych wiel­kich pier­wot­nych i żadne sny nie są w ogóle po­trzebne.

To do tego je­ziora spły­wają nocą ludz­kie my­śli, wszyst­kie po­toki i ścieki z rynsz­to­ków do jed­nego bez­gra­nicz­nego wspól­nego zbior­nika. Nie ma on nic wspól­nego z mi­go­czą­cymi błę­kit­nymi źró­dłami wody pit­nej, które miesz­kańcy przed­mieść cho­wają za la­sami so­sno­wymi i za­sie­kami z drutu kol­cza­stego i strzegą za­zdro­śniej niż dia­mentu Hope.

To wieczny ściek, tyle że przej­rzy­sty.

Woda w tym je­zio­rze oczy­wi­ście cuch­nie i dymi od snów, które na­ma­kają w nim od stu­leci. Aby ja­koś to so­bie uzmy­sło­wić, wy­star­czy zwi­zu­ali­zo­wać so­bie ogrom re­kwi­zy­tów sen­nych wy­twa­rza­nych jed­nej nocy przez jedną osobę w jed­nym mie­ście, które sta­nowi prze­cież za­le­d­wie punk­cik na ma­pie świata, a na­stęp­nie prze­mno­żyć zaj­mo­waną w wo­dzie prze­strzeń przez całą świa­tową po­pu­la­cję i przez liczbę nocy, które upły­nęły od na­dej­ścia pierw­szych ły­sie­ją­cych małp, cio­sa­ją­cych so­bie to­porki z ka­mie­nia. Oso­bi­ście nie mam głowy do ma­te­ma­tyki: do­staję mi­greny już na wy­so­ko­ści liczby snów śnio­nych jed­nej nocy w sta­nie Mas­sa­chu­setts.

Na tym eta­pie wi­dzę już, że na po­wierzchni je­ziora wiją się kłę­bo­wi­ska węży i ko­ły­szą się mar­twe ciała, na­puch­nięte jak roz­dymki. Ludz­kie płody pod­ska­kują w la­bo­ra­to­ryj­nych fiol­kach jak nie­prze­li­czone nie­do­koń­czone wia­do­mo­ści od wiel­kiego Je­stem. Wi­dzę całe ma­ga­zyny sprzę­tów: noży, roz­ci­na­czy do pa­pieru, tło­ków, kó­łek zę­ba­tych, dziad­ków do orze­chów; tu i tam wy­ła­niają się lśniące ma­ski sa­mo­cho­dów o szkli­stych śle­piach i pa­skud­nych zę­bach. Gdzieś da­lej ma­ja­czy czło­wiek-pa­jąk i bło­nia­sto­stopy lu­dzik z Marsa, a przy nich pro­sta, smętna ludzka twarz, wiecz­nie od­wra­ca­jąca się na bok, wbrew wszyst­kim przy­się­gom i ob­rącz­kom, ku ostat­niemu z ko­chan­ków.

Je­den z naj­częst­szych kształ­tów, ja­kie na­po­ty­kam w tym ba­jo­rze, jest tak po­wszechny, że aż głu­pio o nim wspo­mi­nać. To grudka ziemi. Woda jest od nich aż za­wie­si­sta. Prze­ni­kają we wszystko inne i ob­ra­cają się za sprawą wła­snej dzi­wacz­nej siły, mętne i wszech­obecne. Można to miej­sce na­zy­wać we­dle woli: Je­zioro Kosz­ma­rów, Ba­gno Obłędu; to w nim leżą i mio­tają się śpiący, za­nu­rzeni wśród re­kwi­zy­tów swo­ich naj­gor­szych kosz­ma­rów. Sta­no­wią jedną wielką wspól­notę, choć każdy po prze­bu­dze­niu wie­rzy, że jest wy­jąt­kowy i zu­peł­nie sa­mo­rządny.

Tak wy­gląda mój sen. Nie znaj­dzie­cie go w żad­nym stu­dium. I te­raz tak: w na­szej przy­chodni pa­nują zu­peł­nie inne za­sady niż w in­nych kli­ni­kach, na przy­kład der­ma­to­lo­gicz­nej czy on­ko­lo­gicz­nej. Inne kli­niki są do sie­bie bar­dzo po­dobne, żadna nie przy­po­mina na­szej. W na­szej kli­nice le­cze­nia się nie prze­pi­suje. Jest nie­wi­dzialne. Od­bywa się w tych ma­lut­kich ga­bi­ne­ci­kach, z któ­rych każdy ma swoje biurko, dwa fo­tele, swoje okno i drew­niane drzwi z mlecz­nym szkla­nym kwa­dra­ci­kiem. W tym ro­dzaju prak­tyki le­kar­skiej jest pewna du­chowa czy­stość. Mam po­czu­cie, że jako asy­stentce se­kre­tarki w przy­chodni psy­chia­trycz­nej dla do­ro­słych przy­padł mi w udziale szcze­gólny przy­wi­lej. Moje po­czu­cie dumy pod­sy­cane jest fak­tem, że w nie­które dni ty­go­dnia pra­cow­nicy in­nych od­dzia­łów bez­ce­re­mo­nial­nie pa­kują się do na­szych po­miesz­czeń, bo u nich bra­kuje miej­sca; ten bu­dy­nek jest bar­dzo stary i nie roz­ra­stał się wraz z za­po­trze­bo­wa­niem. We wspólne dni daje się od­czuć kon­trast mię­dzy nami a resztą.

We wtorki i czwartki rano na przy­kład w jed­nym z na­szych ga­bi­ne­tów wy­ko­ny­wane są punk­cje lę­dź­wiowe. Je­śli pie­lę­gniarka aku­rat zo­stawi uchy­lone drzwi, jak to ma w zwy­czaju, mogę do­strzec ko­niec bia­łej le­żanki i brud­no­żółte po­de­szwy bo­sych stóp wy­sta­jące spod prze­ście­ra­dła. Mimo obrzy­dze­nia, ja­kie bu­dzi we mnie ten wi­dok, nie mogę ode­rwać wzroku od tych stóp i mi­mo­wol­nie spo­glą­dam znad ma­szyny do pi­sa­nia, aby się upew­nić, czy na­dal tam są, czy choć odro­binę zmie­niły po­zy­cję. Chyba ła­two zro­zu­mieć, jak bar­dzo mnie to roz­pra­sza. Czę­sto mu­szę czy­tać tekst kilka razy, niby tak się upew­niam, czy nie zro­bi­łam żad­nego błędu, ale tak na­prawdę pró­buję za­pa­mię­tać sny, które dyk­to­wał mi z na­gra­nia głos le­ka­rza.

Po są­siedzku mamy przy­chod­nię cho­rób ner­wo­wych, taką bar­dziej nie­smaczną i po­zba­wioną wy­obraźni od­nogę na­szej spe­cja­li­za­cji, która czę­sto prze­szka­dza nam we wcze­snych go­dzi­nach pracy. My po­po­łu­dniami wy­ko­rzy­stu­jemy ich ga­bi­nety do pro­wa­dze­nia te­ra­pii, bo oni przyj­mują tylko rano, ale słu­cha­nie, jak ci u nich pła­czą, śpie­wają albo traj­ko­czą na cały głos po wło­sku czy chiń­sku, jak to tam mają w zwy­czaju, i to co­dzien­nie przez cztery go­dziny bez prze­rwy - to może roz­pra­szać, de­li­kat­nie rzecz uj­mu­jąc.

Mimo że inne kli­niki tak nam prze­szka­dzają, moja praca po­stę­puje w im­po­nu­ją­cym tem­pie. Już dawno prze­sta­łam tylko ko­pio­wać to, co roz­lega się po zda­niu: "Pa­nie dok­to­rze, mie­wam taki sen". Do­szłam do po­ziomu od­twa­rza­nia snów, które na­wet nie zo­stały za­pi­sane. Snów rzu­ca­ją­cych za­le­d­wie cień, choć same po­zo­stają w ukry­ciu jak po­sąg przy­kryty czer­wo­nym ak­sa­mi­tem przed ce­re­mo­nią od­sło­nię­cia.

Zi­lu­struję. Raz do szpi­tala przy­szła ko­bieta ze spuch­nię­tym ję­zy­kiem, wy­sta­ją­cym z ust tak bar­dzo, że mu­siała na­tych­miast je­chać na po­go­to­wie i opu­ścić przy­ję­cie, które wy­dała dla dwa­dzie­ściorga zna­jo­mych swo­jej fran­cu­sko-ka­na­dyj­skiej te­ścio­wej. My­ślała, że nie chce cho­dzić z wy­sta­ją­cym ję­zy­kiem i - prawdę po­wie­dziaw­szy - była to dla niej sprawa co­raz bar­dziej krę­pu­jąca. Tej fran­cu­sko-ka­na­dyj­skiej te­ścio­wej nie­na­wi­dziła jak psa i ję­zyk się tej opi­nii kon­se­kwent­nie trzy­mał, na­wet je­śli reszta pa­cjentki już nie. Ta pani na żadne sny się nie po­wo­ły­wała. Mam do dys­po­zy­cji tylko kilka wy­mie­nio­nych wy­żej su­chych fak­tów, a jed­nak do­strze­gam pod nimi to szcze­gólne wy­brzu­sze­nie, za­po­wiedź snu.

Za­bra­łam się za­tem do wy­wa­bia­nia snu z przy­tul­nego schro­nie­nia pod ję­zy­kiem ko­biety.

Bez względu na to, jaki sen od­ko­puję - pracą, ciężką pracą, a na­wet swego ro­dzaju mo­dli­twą - za­wsze gdzieś w rogu do­strze­gam pod­pis ar­ty­sty, per­fidny de­tal na prawo od środka, bez­cie­le­sny uśmiech Kota z Che­shire za­wie­szony w po­wie­trzu, zdra­dza­jący, że całe to dzieło po­wstało za sprawą ge­niu­szu Johnny'ego Pa­niki i ni­kogo in­nego. Jest prze­bie­gły, sub­telny, na­gły jak grzmot, ale za czę­sto się zdra­dza. Po pro­stu nie umie so­bie od­mó­wić tej me­lo­dra­ma­tycz­nej przy­jem­no­ści. Tej w naj­star­szym, naj­bar­dziej oczy­wi­stym ga­tunku.

Tra­fił się nam raz taki je­den przy­sa­dzi­sty chłop w na­bi­tej ćwie­kami czar­nej skó­rze. Przy­le­ciał pro­sto z me­czu bok­ser­skiego w Me­cha­nics Hall, a Johnny już dep­tał mu po pię­tach. Ten pa­cjent, do­bry ka­to­lik, do­dajmy, młody i po­rządny, po­twor­nie bał się śmierci. Wię­cej, wpa­dał w po­płoch na myśl, że pój­dzie do pie­kła. Pra­co­wał na akord w fa­bryce świe­tló­wek. Roz­ba­wiło mnie to ze względu na jego lęk przed ciem­no­ścią. Johnny Pa­nika umie pod­szyć tę ro­botę po­ezją, jaką rzadko kiedy idzie zna­leźć w in­nych miej­scach. I za to je­stem mu do­zgon­nie wdzięczna.

Pa­mię­tam dość wy­raź­nie sce­na­riusz snu, który udało mi się w tym fa­ce­cie wy­tro­pić: go­tyc­kie wnę­trze piw­niczki w ja­kimś klasz­to­rze, cią­gnące się w nie­skoń­czo­ność, per­spek­tywa jak w tych ko­ry­ta­rzach z lu­ster, fi­lary oraz ściany były zro­bione w ca­ło­ści z ludz­kich cza­szek i ko­ści, w każ­dym za­ka­marku wy­ło­żono nie­bosz­czy­ków, i oka­zało się, że to Sala Czasu, zwłoki z przodu jesz­cze nie wy­sty­gły, te nieco da­lej już się prze­bar­wiały i za­czy­nały gnić, spod mięsa wy­ła­niały się bie­luś­kie, czy­ściut­kie ko­ści. W od­dali ma­ja­czył taki fu­tu­ry­styczny biały blok. Pa­mię­tam, że całe miej­sce so­bie roz­ja­śni­łam dla więk­szej do­kład­no­ści, nie świecz­kami, ale lo­do­wato ja­snymi świe­tlów­kami, od któ­rych skóra na­biera zie­lon­ka­wej barwy, a ró­żowe i czer­wone ru­mieńce wy­glą­dają jak tru­pie czar­no­fio­le­towe sińce.

Za­py­ta­cie: skąd wiem, że to był sen fa­ceta w czar­nej skó­rza­nej kurtce. Nie wiem. Ja tylko wie­rzę, że on to wy­śnił, a wie­rze tej po­świę­cam wię­cej sił, łez i bła­gań niż od­twa­rza­niu sa­mego snu.

Moja przy­chod­nia ma oczy­wi­ście swoje ogra­ni­cze­nia. Pani z wy­sta­wio­nym ję­zy­kiem, fa­cet z Me­cha­nics Hall - to na­sze naj­dziw­niej­sze przy­padki. Lu­dzie, któ­rzy na­prawdę opa­dli na dno ba­gni­stego je­ziora, przy­cho­dzą tylko raz, po czym wy­syła się ich do miej­sca o cha­rak­te­rze bar­dziej per­ma­nent­nym niż na­sza kli­nika, przyj­mu­jąca pa­cjen­tów tylko przez pięć dni w ty­go­dniu od dzie­wią­tej do sie­dem­na­stej. Na­wet ci, któ­rzy le­dwo są w sta­nie cho­dzić po uli­cach i ja­koś pra­co­wać, ci, co nie zna­leźli się na­wet w po­ło­wie je­ziora, tra­fiają do szpi­tala spe­cja­li­zu­ją­cego się w po­waż­niej­szych przy­pad­kach. U nas mogą co naj­wy­żej po­sie­dzieć przez mie­siąc na ob­ser­wa­cji. Ni­gdy tam nie by­łam.

Wi­dzia­łam jed­nak se­kre­tarkę stam­tąd. Już to, jak pa­liła pa­pie­rosa i piła kawę w sto­łówce na prze­rwie o dzie­sią­tej, tak mnie od­strę­czyło, że ni­gdy wię­cej koło niej nie usia­dłam. Ma dziwne na­zwi­sko, któ­rego za nic nie mogę się na­uczyć, ta­kie na­prawdę po­krę­cone, coś jak pani Mil­le­ra­vage. Bar­dziej jak żart słowny z miej­sco­wo­ści Mil­l­town i Ra­vage niż co­kol­wiek, co da­łoby się zna­leźć w książce te­le­fo­nicz­nej. Cho­ciaż jak ktoś czy­tał książkę te­le­fo­niczną, to wcale się spe­cjal­nie nie zdziwi, bo fi­gu­rują tam Pan­ta­leon Ko­no­ma­to­peja czy Wal­burga Bom­bel. Raz prze­czy­ta­łam całą, nie­istotne, w ja­kich oko­licz­no­ściach, i za­spo­ko­iłam swoją głę­boką po­trzebę od­kry­cia, jak wielu lu­dzi nie na­zywa się Smith.

Wra­ca­jąc do te­matu, ta pani Mil­le­ra­vage to duża ko­bieta, nie gruba, ale so­lid­nie umię­śniona i jesz­cze do tego wy­soka. Im­po­nu­jącą syl­wetkę przy­odziewa w siwą gar­sonkę, nieco ko­ja­rzącą się z ja­kimś uni­for­mem, choć szcze­góły kroju nie mają w so­bie nic, co przy­da­wa­łoby jej woj­sko­wego sznytu. Twarz tej pani, grubo cio­sana jak u byka, cała jest po­kryta zdu­mie­wa­jącą ilo­ścią ma­leń­kich pla­mek, jakby prze­le­żała ja­kiś czas pod wodą, aż przy­warły do niej różne drobne algi i po­zna­czyły jej skórę rzu­ci­kiem w zie­le­niach i ty­to­nio­wych brą­zach. Te pie­przyki przy­cią­gają wzrok głów­nie dla­tego, że skóra wo­kół nich jest tak upior­nie blada. Cza­sami się za­sta­na­wiam, czy pani Mil­le­ra­vage miała kie­dyś oka­zję wyjść na cie­płe świa­tło dnia. Ani tro­chę bym się nie zdzi­wiła, gdyby od ko­ły­ski wy­cho­wy­wała się wy­łącz­nie w bla­sku ża­ró­wek.

Berna, se­kre­tarka z przy­chodni za­bu­rzeń al­ko­ho­lo­wych z prze­ciw­nej strony ko­ry­ta­rza od nas, przed­sta­wia­jąc mnie pani Mil­le­ra­vage, za­ry­zy­ko­wała otwar­cie in­for­ma­cją, że ja też by­łam w An­glii.

Jak się oka­zało, pani Mil­le­ra­vage naj­lep­sze lata ży­cia spę­dziła w lon­dyń­skich szpi­ta­lach.

- Przy­ja­ciółkę mia­łam - huk­nęła oso­bli­wym, nieco psim ba­sem, nie za­szczy­ca­jąc mnie przy tym bez­po­śred­nim spoj­rze­niem - pie­lę­gniarkę w Bar­tło­mieju. Pró­bo­wa­łam się do niej ode­zwać po woj­nie, ale od­dzia­łowa się zmie­niła, wszy­scy się po­zmie­niali i nikt o niej nie sły­szał. Pew­nie ją przy­wa­liło w bom­bar­do­wa­niach ra­zem ze starą od­dzia­łową i ca­łym tym ich śmie­ciem - skwi­to­wała z sze­ro­kim uśmie­chem.

Na­pa­trzy­łam się w ży­ciu na stu­den­tów me­dy­cyny roz­ci­na­ją­cych zwłoki - czte­rech sztyw­nych na salę, każdy o ry­sach rów­nie ludz­kich co Moby Dick - jak rzu­cali so­bie wą­troby nie­bosz­czy­ków. Sły­sza­łam żarty o obłą­ka­nym po­zszy­wa­niu ko­biety na po­ro­dówce dla ubo­gich. Ale na pewno nie chcia­ła­bym wi­dzieć tego, co pani Mil­le­ra­vage uzna­łaby za naj­za­baw­niej­szą hecę wszech cza­sów. Nie, dzię­kuję, po­stoję. Jakby jej czło­wiek po­skro­bał oko szpilką, toby mu tylko kwar­cem zgrzyt­nęło.

Moja prze­ło­żona też ma po­czu­cie hu­moru, tyle że ła­godne. Jest szczo­dra jak Mi­ko­łaj w Wi­gi­lię.

W kli­nice je­stem pod pa­nią Tay­lor, ko­bietą w śred­nim wieku, która pełni funk­cję głów­nej se­kre­tarki na­szej przy­chodni od czasu jej po­wsta­nia trzy­dzie­ści trzy lata temu - co cie­kawe, w roku mo­ich na­ro­dzin. Pani Tay­lor zna każ­dego le­ka­rza, każ­dego pa­cjenta, każdy wy­co­fany wzór kwit­ków na wi­zytę, skie­ro­wa­nie i ra­chu­nek za pro­ce­durę, z ja­kiego szpi­tal kie­dy­kol­wiek ko­rzy­stał albo choćby ko­rzy­stać za­mie­rzał. Pla­nuje trzy­mać się kli­niki, do­póki nie wy­pusz­czą jej na zie­lone pa­stwi­sko co­mie­sięcz­nych cze­ków z eme­ry­turą. W ży­ciu nie wi­dzia­łam ko­biety bar­dziej od­da­nej swo­jej pracy. Trak­tuje sta­ty­styki tak, jak ja sny: gdyby w bu­dynku wy­buchł po­żar, wy­rzu­ci­łaby stra­ża­kom przez okno wszyst­kie te ze­szyty co do jed­nego, na­wet gdyby miała po­waż­nie ry­zy­ko­wać wła­sną skórę.

Z pa­nią Tay­lor do­ga­du­jemy się do­sko­nale. Jed­nego tylko pil­nuję, a mia­no­wi­cie żeby ni­gdy nie przy­ła­pała mnie na czy­ta­niu sta­rych za­pi­sów wi­zyt. Mam na to zresztą bar­dzo mało czasu. W na­szej przy­chodni jest gwar­niej niż na gieł­dzie, dwu­dzie­stu pię­ciu le­ka­rzy kręci się tam i siam, a to stu­denci me­dy­cyny na prak­tyce przy­cho­dzą, a to pa­cjenci, ich krewni, a to wi­zyty spe­cja­li­stów z in­nych kli­nik, któ­rzy nam przy­pro­wa­dzają ko­lej­nych cho­rych, tak że na­wet je­śli zaj­muję się re­cep­cją sama, gdy pani Tay­lor idzie na prze­rwę na kawę albo lunch, rzadko kiedy mam czas skrob­nąć wię­cej niż jedną czy dwie no­tatki.

Taka cha­otyczna żon­glerka wy­kań­cza czło­wieka, nie przy­mie­rza­jąc. Wielu z naj­lep­szych śnią­cych jest w sta­rych ze­szy­tach, mowa o tych, co przy­cho­dzą do nas na ba­da­nie tylko raz czy dwa, za­nim się ich wy­śle gdzie in­dziej. Oko­licz­no­ści mi nie sprzy­jają, nie mam szans roz­wi­jać so­bie nie­spiesz­nie swo­jego rze­mio­sła. Praca w ta­kich wa­run­kach oczy­wi­ście do­daje czło­wie­kowi re­zonu, ale ma­rzy mi się luk­sus do­stępny praw­dzi­wym ko­ne­se­rom, co sycą noz­drza nad kie­lon­kiem brandy przez go­dzinę, za­nim po­zwolą, by pierw­sza kro­pla do­tknęła ję­zyka.

Ostat­nimi czasy zbyt czę­sto so­bie wy­obra­żam, jaka by­łaby to ulga: przy­nieść do pracy ak­tówkę tak dużą, by po­mie­ściła je­den z tych gru­bych, wy­pcha­nych snami nie­bie­skich ze­szy­tów w płó­cien­nej opra­wie. Mo­gła­bym po pro­stu od­cze­kać do chwili, gdy pani Tay­lor pój­dzie na lunch i za­pad­nie chwi­lowa ci­sza przed po­po­łu­dnio­wym tło­kiem le­ka­rzy i stu­den­tów, scho­wać jedną z tych ksiąg, taką sprzed dzie­się­ciu czy pięt­na­stu lat, i od­sta­wić ją pod biurko na resztę dnia, do sie­dem­na­stej. Oczy­wi­ście por­tier kli­niki spraw­dza wszyst­kie po­dej­rza­nie wy­glą­da­jące ba­gaże i to­bołki, w do­datku nasz bu­dy­nek i szpi­tal mają wła­sną ochronę przed naj­róż­niej­szymi po­peł­nia­nymi u nas kra­dzie­żami, ale na li­tość bo­ską, prze­cież nie za­mie­rzam ucie­kać z ma­szyną do pi­sa­nia ani z he­ro­iną. Tylko bym so­bie po­ży­czyła je­den ze­szyt i od­sta­wiła go z sa­mego rana na pó­łeczkę, za­nim kto­kol­wiek by się zja­wił. No ale tak czy siak, gdyby mnie przy­ła­pali na wy­no­sze­niu do­ku­men­tów, to za­pewne stra­ci­ła­bym pracę, a wraz z nią ma­te­riały do ba­dań.

Wi­zja wczy­ta­nia się w za­pi­ski z wi­zyt pa­cjen­tów w za­ci­szu wła­snego miesz­ka­nia, na­wet gdy­bym mu­siała w tym celu za­ry­wać noc za nocą, jest tak ku­sząca, że mam co­raz mniej cier­pli­wo­ści do swo­jej spraw­dzo­nej me­tody po­le­ga­ją­cej na pod­czy­ty­wa­niu snów mi­nutkę tu, mi­nutkę tam, pod­czas pół­go­dzin­nej nie­obec­no­ści pani Tay­lor.

Kło­pot w tym, że ni­gdy nie wiem, kiedy prze­ło­żona wróci. Tak bar­dzo za­leży jej na pracy, że gdyby nie ku­lała, to za­pewne uci­na­łaby so­bie koń­cówkę pół­go­dzin­nego lun­chu i dwu­dzie­sto­mi­nu­to­wej prze­rwy na kawę. Cha­rak­te­ry­styczny od­głos jej kro­ków na ko­ry­ta­rzu służy mi za ostrze­że­nie: dzięki temu mogę na czas zgar­nąć czy­tany wła­śnie rocz­nik do szu­flady i uda­wać, że za­ma­szy­ście no­tuję ostatni de­tal dyk­to­wa­nej mi przez te­le­fon wia­do­mo­ści, albo skle­cić na­prędce ja­kieś po­dobne alibi. Je­dyny kru­czek i kło­pot dla mo­ich ner­wów jest taki, że tuż za ro­giem, po prze­ciw­nej stro­nie kli­niki cho­rób ner­wo­wych, znaj­duje się kli­nika dla pa­cjen­tów po am­pu­ta­cji koń­czyn, więc przez nad­miar fał­szy­wych alar­mów te­raz pod­ska­kuję na dźwięk kro­ków każ­dego in­wa­lidy z drew­nianą nogą, bo wy­daje mi się, że to pani Tay­lor się zbliża.

W naj­czar­niej­sze dni, kiedy le­dwo zdążę wy­ci­snąć ze sta­rych ksią­żek je­den stary sen, a wszystko, co udało mi się sko­pio­wać, to pła­cze li­ce­ali­stów od­rzu­co­nych w na­bo­rze do głów­nej roli w Ca­mino Real, czuję, jak Johnny Pa­nika od­wraca się, ska­mie­niały jak Eve­rest, od­le­glej­szy niż Orion, a motto wiel­kiej Bi­blii Snów, "Do­sko­nały strach wszystko inne wy­pę­dzi", po­krywa mi wargi po­pio­łem i wodą cy­try­nową. Je­stem gli­sto­watą pu­stel­nicą w kraju kon­kur­so­wych wie­prz­ków tak ob­żar­tych ku­ku­ry­dzą, że nie do­strze­gają rzeźni na końcu drogi. Użą­dlo­nym wi­zją Je­re­mia­szem w Kra­inie Pa­si­brzu­chów.

Co gor­sza: dzień w dzień wi­duję tych psy­cho­dok­to­rów, uczą­cych się pil­nie, jak wy­ry­wać Johnny'emu wy­znaw­ców pod­stę­pem, spo­so­bem i ga­da­niem, ga­da­niem, ga­da­niem. Ci ko­lek­cjo­ne­rzy snów, o prze­past­nych oczach i krza­cza­stych bro­dach, moi hi­sto­ryczni po­przed­nicy i ich współ­cze­śni spad­ko­biercy w bia­łych ki­tlach, w ga­bi­ne­tach z ko­stro­patą so­snową bo­aze­rią i skó­rza­nymi ka­na­pami, prak­ty­ko­wali i do dziś prak­ty­kują gro­ma­dze­nie tego ma­te­riału dla ziem­skich ko­rzy­ści: zdro­wia i pie­nię­dzy, pie­nię­dzy i zdro­wia. Tyle że, aby zo­stać praw­dzi­wym człon­kiem wspól­noty Johnny'ego Pa­niki, czło­wiek musi za­po­mnieć o śnią­cym i pa­mię­tać tylko sen: śniący to za­le­d­wie nie­trwały we­hi­kuł dla wiel­kiego Tka­cza Snów. Oni jed­nak tego nie zro­bią. Johnny Pa­nika to złoto w kisz­kach, a oni pró­bują go wy­do­być du­cho­wym płu­ka­niem żo­łądka.

Weźmy na przy­kład Harry'ego Bilbo. Pan Bilbo przy­szedł do na­szej przy­chodni aż zgar­biony pod łapą Johnny'ego, cią­żącą mu na ra­mie­niu jak oło­wiana trumna. Miał cie­kawe prze­my­śle­nia na te­mat brudu w świe­cie. Spo­dzie­wa­łam się, że wy­pełni istotną część Bi­blii Snów, a kon­kret­nie Trze­cią Księgę Lęku, roz­dział dzie­wiąty: O Bru­dzie, Cho­ro­bach i Ogól­nym Roz­kła­dzie. Harry miał w dzie­ciń­stwie przy­ja­ciela, który grał na trąbce w or­kie­strze skau­tów. Harry Bilbo też grał na trąbce tego chłopca. Wiele lat póź­niej ko­lega za­cho­ro­wał na raka i umarł. Aż pew­nego dnia, nie tak dawno temu, dok­tor od raka za­pu­kał do domu Harry'ego, usiadł w fo­telu, za­mie­nił kilka uprzej­mo­ści o po­go­dzie z jego matką, a na od­chodne uści­snął jej dłoń i sam so­bie otwo­rzył drzwi. Na­gle oka­zało się, że Harry Bilbo nie jest w sta­nie dmuch­nąć w trąbkę, usiąść w fo­telu czy po­dać ko­muś ręki, choćby na­wet zje­chali się z Rzymu wszy­scy kar­dy­na­ło­wie i bło­go­sła­wili go na zmianę dzień i noc - tak się bał do­stać raka. Matka mu­siała mu prze­krę­cać gałki od te­le­wi­zora, kurki w kra­nie i klamki w drzwiach. Wkrótce Harry prze­stał cho­dzić do pracy, bo nie mógł znieść my­śli o plwo­ci­nach i psich ku­pach mi­ja­nych po dro­dze. Naj­pierw się to czło­wie­kowi przy­lepi do buta, po­tem przy zdej­mo­wa­niu przej­dzie na ręce, a stam­tąd już pro­sta droga do ust przy obie­dzie i re­ak­cji łań­cu­cho­wej nie za­trzyma już na­wet sto zdro­wa­siek.

Wresz­cie kro­pla prze­lała czarę: Harry po­rzu­cił ćwi­cze­nia na si­łowni pu­blicz­nej, kiedy zo­ba­czył tam ja­kie­goś ka­lekę z han­tlami. A prze­cież nie wia­domo, ja­kie za­razki taki ka­leka może mieć za uszami i pod pa­znok­ciami. Dzień i noc za­no­sił Harry Bilbo mo­dły do Johnny'ego Pa­niki, od­dany mu jak ka­płan po­śród ka­dzi­deł i sa­kra­men­tów. Miał coś pięk­nego tylko dla sie­bie.

No cóż, pa­no­wie mą­dra­liń­scy w bia­łych ki­tlach zdo­łali stad­nym wy­sił­kiem prze­ko­nać Harry'ego do włą­cza­nia so­bie te­le­wi­zora, od­krę­ca­nia wody, otwie­ra­nia drzwi do szafy, do domu, do baru. Jesz­cze za­nim z nim skoń­czyli, sia­dał w fo­te­lach ki­no­wych, na ław­kach w ca­łym parku i co­dzien­nie cho­dził dźwi­gać cię­żary na si­łowni, i to po­mimo faktu, że inny ka­leka za­czął ćwi­czyć na wio­śla­rzu. Po za­koń­cze­niu le­cze­nia Bilbo przy­szedł uści­snąć dłoń dy­rek­to­rowi kli­niki. Stał się, we­dle wła­snych słów, "in­nym czło­wie­kiem". Czy­ste świa­tło Pa­niki opu­ściło jego twarz. Wy­szedł z przy­chodni ska­zany na nie­smaczny los, który ci le­ka­rze na­zy­wają zdro­wiem i ra­do­ścią ży­cia.

Mniej wię­cej w cza­sie wy­le­cze­nia pana Bilbo do mo­jego mó­zgu za­czyna się prze­bi­jać nowa idea, rów­nie trudna do zi­gno­ro­wa­nia co bose stopy wy­sta­jące spod prze­ście­ra­dła w ga­bi­ne­cie. Je­śli nie chcę ry­zy­ko­wać utraty po­sady za wy­no­sze­nie ze szpi­tala za­pi­sów roz­mów z pa­cjen­tami - co wią­za­łoby się z koń­cem mo­ich ba­dań raz na za­wsze - mogę znacz­nie przy­spie­szyć pracę, zo­sta­jąc w bu­dynku na noc. Na­wet się nie zbli­ży­łam do wy­czer­pa­nia za­so­bów przy­chodni, a te stro­niczki, do któ­rych mam do­stęp pod­czas krót­kich chwil nie­obec­no­ści pani Tay­lor, to nic w po­rów­na­niu z ilo­ścią ma­te­riału, jaki mo­gła­bym prze­ro­bić w kilka nocy so­lid­nego prze­pi­sy­wa­nia. Mu­szę przy­spie­szyć, choćby po to, by zrów­no­wa­żyć po­stępy le­ka­rzy.

Nie zdą­ży­łam tego na­wet do­brze prze­my­śleć, a już wkła­dam o sie­dem­na­stej płaszcz, ży­czę do­brego wie­czoru pani Tay­lor, która zwy­kle zo­staje w pracy kilka mi­nut dłu­żej, by upo­rząd­ko­wać do­ku­menty z ca­łego dnia, i prze­my­kam do dam­skiej to­a­lety. Pu­sto. Cho­wam się w ustę­pie dla pa­cjen­tów, za­my­kam drzwi od środka i cze­kam. Jesz­cze mi sprzą­taczki spró­bują wy­wa­żyć wej­ście, bo po­my­ślą, że to ja­kaś pa­cjentka ze­mdlała na klo­ze­cie. Trzy­mam kciuki, żeby tak się nie stało. Ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej ktoś wcho­dzi, po­ko­nu­jąc ku­lawo próg ni­czym kur­czak chro­niący chromą koń­czynę. To pani Tay­lor, po­znaję po zre­zy­gno­wa­nym wes­tchnie­niu, które roz­lega się, gdy jej wzrok na­po­tyka prze­żół­kłe oko ła­zien­ko­wego lu­stra. Na­stęp­nie chwila po­stu­ki­wa­nia róż­nych ak­ce­so­riów do ma­ki­jażu na umy­walce, chlu­po­ta­nie wody, szu­ra­nie grze­bie­nia po na­pu­szo­nych wło­sach i drzwi za­my­kają się z po­wol­nym stę­kiem za­wia­sów.

Mam szczę­ście. Kiedy o osiem­na­stej wy­cho­dzę z to­a­lety, świa­tła na ko­ry­ta­rzu są po­ga­szone, a hol na trze­cim pię­trze pu­sty jak ko­ściół w po­nie­dzia­łek. Mam wła­sny klucz do re­cep­cji; przy­cho­dzę rano pierw­sza, więc to nie kło­pot. Ma­szyny do pi­sa­nia są po­za­my­kane w biur­kach, te­le­fony za­klu­czone, wszystko jak być po­winno.

Za oknem ga­sną ostatki zi­mo­wego słońca. Ja się jed­nak nie za­po­mi­nam i nie za­pa­lam świa­tła. Nie chcę, żeby mnie tu do­strzegł ja­kiś by­stro­oki le­karz czy woźny z bu­dynku szpi­tala po prze­ciw­nej stro­nie ma­łego po­dwórka. Szafka z za­pi­sami wi­zyt stoi w po­zba­wio­nym okien przej­ściu pro­wa­dzą­cym do ga­bi­ne­tów, z któ­rych roz­ciąga się wi­dok na po­dwórko. Upew­niam się, że wszyst­kie drzwi są po­za­my­kane. Na­stęp­nie za­pa­lam ża­rówkę w ko­ry­ta­rzu, zie­mi­ste dwu­dzie­sto­pię­cio­wa­towe mi­ze­rac­two czer­nie­jące na gó­rze. W tym mo­men­cie to jed­nak lep­sze niż oł­tarz pe­łen świec. Nie po­my­śla­łam, żeby przy­nieść so­bie ka­napkę. Mam w szu­fla­dzie biurka jabłko z lun­chu, trzy­mam je na głód, który może mnie ści­snąć koło pierw­szej w nocy. Wy­cią­gam no­tes kie­szon­kowy. W domu co wie­czór mam w zwy­czaju wy­ry­wać z niego strony za­pi­sane za dnia w przy­chodni i ukła­dać na kupkę do prze­pi­sa­nia. W ten spo­sób za­cie­ram ślady - gdyby ktoś w pracy się na niego na­tknął i za­czął od nie­chce­nia kart­ko­wać, nie od­gadłby, nad czym pra­cuję i w ja­kim za­kre­sie.

Za­czy­nam me­to­dycz­nie, od naj­star­szych ksiąg na naj­niż­szej półce. Daw­niej nie­bie­skie okładki są te­raz bez­barwne, kartki zmie­niły się w roz­mytą bi­bułę, ale ja aż wi­bruję, od stóp do koczka: w dniu mo­ich na­ro­dzin ta księga snów była no­wiu­teńka. Kiedy się już po­rząd­nie zor­ga­ni­zuję, będę na ciemne zi­mowe noce so­bie przy­no­sić go­rącą zupę w ter­mo­sie, pla­cek z in­dy­kiem, eklery z cze­ko­ladą. Będę so­bie przy­no­sić lo­kówki i cztery bluzki na zmianę - w po­nie­działki, żeby nikt nie zwró­cił uwagi na moją po­gar­sza­jącą się apa­ry­cję, bo jesz­cze by mnie za­częto po­dej­rze­wać o nie­szczę­śliwy ro­mans czy ko­mu­ni­styczne sym­pa­tie, albo na przy­kład o pracę nad księ­gami szpi­tal­nymi cztery noce w ty­go­dniu.

Mija je­de­na­ście go­dzin. Do­szłam już do ogryzka, na­sion jabłka i mie­siąca maja roku ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego pierw­szego, w któ­rym za­trud­niona do pry­wat­nej opieki pie­lę­gniarka śni o chwili, kiedy otwiera wo­rek na brudną bie­li­znę w sza­fie pa­cjenta i znaj­duje tam pięć ucię­tych ludz­kich głów, wśród nich tę na­le­żącą do swo­jej matki.

Chłodne po­wie­trze liże mnie po karku. Ze swo­jego miej­sca na pod­ło­dze, gdzie sie­dzę po tu­recku przed szafką, za­uwa­żam ką­tem oka, że zza drzwi ga­bi­netu obok wy­lewa się cie­niutka smużka nie­bie­skiego świa­tła. I to nie tylko do­łem, ale też z boku. Dziwne, bo prze­cież od razu po przyj­ściu się upew­ni­łam, że wszyst­kie po­miesz­cze­nia są za­mknięte. Szcze­lina się roz­sze­rza, a ja nie mogę ode­rwać wzroku od sto­ją­cej nie­ru­chomo w progu pary bu­tów, skie­ro­wa­nych czub­kami w moją stronę.

Są z brą­zo­wej skóry, za­gra­nicz­nej pro­duk­cji, na gru­bej, unie­sio­nej po­de­szwie. Wy­żej pną się czarne je­dwabne skar­petki, przez które prze­świ­tuje blade ciało. Do­cie­ram spoj­rze­niem do sza­rych prąż­ko­wa­nych za­kła­dek spodni.

- Ts, ts, ts - karci mnie nie­skoń­cze­nie ła­godny głos, gdzieś z chmur­nych wy­żyn nad moją głową. - Jaka nie­wy­godna po­zy­cja! Pew­nie już pani dawno zdrę­twiały nogi. Pani się na mnie po­de­prze. Za­raz wschód słońca.

Dwie ręce wśli­zgują mi się od tyłu pod ra­miona i uno­szę się, roz­chwiana jak nie­stę­żały bu­dyń, do po­zy­cji sto­ją­cej, czego zresztą nie czuję, bo rze­czy­wi­ście zdrę­twia­łam. Otwarta księga szpi­talna leci na pod­łogę.

- Pro­szę tak chwilkę po­stać - głos dy­rek­tora kli­niki owiewa mi pła­tek pra­wego ucha. - Wróci pani krą­że­nie.

Krew w nie­obec­nych no­gach już mnie kłuje mi­lio­nem igie­łek jak od ma­szyny do szy­cia, a wi­zja dy­rek­tora wy­tra­wia mi się na mó­zgu. Nie mu­szę się na­wet oglą­dać: pę­katy brzuch za­pa­ko­wany w szarą prąż­ko­waną ka­mi­zelkę, zęby żółte i wy­sta­jące jak u świ­staka, oczy do­wol­nej barwy za gru­bymi so­czew­kami oku­la­rów, zwinne jak płotki.

Ści­skam no­tes. Ostatni uno­szący się na wo­dzie od­prysk "Ti­ta­nica".

Co on wie, co on wie?

Wszystko.

- Wiem, gdzie może pani te­raz zjeść mi­skę pysz­nego go­rą­cego ro­sołu. - Jego głos sze­le­ści jak koty z ku­rzu pod łóż­kiem, jak my­szy w sia­nie. W ge­ście oj­cow­skiej tro­ski wtyka mi rękę pod lewe ra­mię. Księgę z za­pi­sem wszyst­kich snów, śnio­nych w mie­ście mo­ich na­ro­dzin pod­czas mo­jego pierw­szego hau­stu po­wie­trza na tym świe­cie, trąca czub­kiem wy­pa­sto­wa­nego pan­to­fla.

Na po­grą­żo­nym w pół­mroku świ­ta­nia ko­ry­ta­rzu nie spo­ty­kamy ży­wej du­szy. Ni­kogo nie ma też na chłod­nych ka­mien­nych scho­dach pro­wa­dzą­cych do piw­nicz­nych ko­ry­ta­rzy, gdzie Billy z ar­chi­wum roz­wa­lił so­bie kie­dyś głowę, gdy dla cze­goś pil­nego zbie­gał pew­nej nocy po dwa stop­nie na­raz.

Drep­czę co­raz szyb­ciej, żeby so­bie nie po­my­ślał, że mnie za sobą cią­gnie.

- Nie wy­rzu­ci­cie mnie - mó­wię spo­koj­nie. - Sama re­zy­gnuję.

Z opię­tego na za­kładkę brzu­szy­ska wy­do­bywa się świsz­czący śmiech.

- Nie mo­żemy pani tak szybko stra­cić. - Jego szept peł­znie po bie­lo­nych piw­nicz­nych za­ka­mar­kach, od­bija się echem od ko­la­nek, wóz­ków i no­szy za­par­ko­wa­nych na noc pod ścia­nami po­pla­mio­nymi wy­kwi­tami pary. - Wi­dzi pani, jest nam pani po­trzebna bar­dziej, niż to się pani wy­daje.

Wę­dru­jemy i krę­cimy się po ko­ry­ta­rzach, a ja trzy­mam równo rytm jego kro­ków, aż wresz­cie do­cie­ramy w tych na­gich szczu­rzych tu­ne­lach do ca­ło­noc­nej windy, którą ope­ruje jed­no­ręki Mu­rzyn. Wsia­damy, krata za­myka się za nami jak drzwi w wa­go­nie by­dlę­cym, i ru­szamy w górę, wy­żej, wy­żej. Roz­kle­ko­tany gru­cho­to­waty dźwig to­wa­rowy nie­wiele ma wspól­nego z wy­god­nymi win­dami, do ja­kich przy­wy­kłam w po­li­kli­nice.

Do­cie­ramy na nie­okre­ślone pię­tro. Dy­rek­tor pro­wa­dzi mnie ko­lej­nym go­łym ko­ry­ta­rzem, oświe­tlo­nym roz­miesz­czo­nymi w rów­nych in­ter­wa­łach ża­rów­kami w ma­łych dru­cia­nych kla­tecz­kach na su­fi­cie. Po obu stro­nach cią­gną się rzędy za­mknię­tych na klucz drzwi z siat­ko­wymi okien­kami. Mam za­miar po­że­gnać się z dy­rek­to­rem przy pierw­szym czer­wo­nym znaku wyj­ścia, ale przez całą drogę żad­nego nie mi­jamy. Zna­la­złam się na ob­cym te­ry­to­rium, mój płaszcz zo­stał na wie­szaku w biu­rze, to­rebka i pie­nią­dze w gór­nej szu­fla­dzie biurka, no­tes ści­skam w dłoni, i tylko Johnny Pa­nika może mnie ogrzać w ten lo­do­waty po­ra­nek.

Przed nami świa­tło wzbiera, ja­śnieje. Dy­rek­tor, nieco za­sa­pany od dłu­giego żwa­wego mar­szu w tem­pie, do ja­kiego ewi­dent­nie nie jest przy­zwy­cza­jony, cią­gnie mnie za za­kręt i do za­la­nego bla­skiem świe­tló­wek kwa­dra­to­wego po­miesz­cze­nia.

- Oto i ona.

- Mała wiedźma!

Pani Mil­le­ra­vage dźwiga swój po­tężny cię­żar zza sta­lo­wego biurka zwró­co­nego do drzwi.

Ściany i su­fit wy­glą­dają tu jak ni­to­wane me­ta­lowe płyty we­wnątrz okrętu wo­jen­nego. Nie ma okien.

W nie­wiel­kich za­kra­to­wa­nych ce­lach wzdłuż ścian po­miesz­cze­nia do­strze­gam ka­pła­nów Johnny'ego Pa­niki, ga­pią się na mnie z dłońmi sple­cio­nymi za ple­cami, wszy­scy w bia­łych od­dzia­ło­wych ko­szu­lach noc­nych, z oczami czer­wień­szymi od wę­gla, roz­pa­lo­nymi gło­dem.

Wi­tają mnie se­rią oso­bli­wych skrze­ków i po­mru­ków, jakby ję­zyki mieli po­za­my­kane w szczę­kach na klucz. Bez wąt­pie­nia sły­szeli o mo­jej pracy za sprawą sieci kon­tak­tów Johnny'ego i chcą wie­dzieć, jak jego apo­sto­ło­wie roz­kwi­tają w świe­cie.

Pod­no­szę ręce, żeby za­ła­go­dzić ich nie­po­kój, po­ka­zuję im no­tes, mó­wię gło­śno, zmie­niam głos w or­gany Johnny'ego Pa­niki, dmę we wszyst­kie mie­chy.

- Po­kój wam! Oto przy­no­szę...

Księgę.

- Wy­star­czy tych wy­głu­pów, ko­cha­niutka. - Pani Mil­le­ra­vage prze­stę­puje z nogi na nogę jak słoń w cyrku.

Dy­rek­tor kli­niki za­myka drzwi do po­koju.

Kiedy tylko pani Mil­le­ra­vage wy­cho­dzi zza biurka, wi­dzę, co ukry­wała za swoją ma­mu­cią osobą - białą ko­zetkę wy­soką do pasa z ma­te­ra­cem przy­kry­tym bia­łym prze­ście­ra­dłem, nie­ska­zi­tel­nie czy­stym i na­pię­tym jak skóra na bęb­nie. U wez­gło­wia znaj­duje się sto­lik, na któ­rym stoi me­ta­lowa skrzynka, cała w tar­czach i po­krę­tłach.

Mam wra­że­nie, że skrzynka mi się przy­gląda, ły­piąc ni­czym grze­chot­nik z gniazda ka­bli elek­trycz­nych; naj­now­szy mo­del za­bój­ców Johnny'ego Pa­niki.

Przy­go­to­wuję się do uskoku na bok. Kiedy pani Mil­le­ra­vage pró­buje mnie po­chwy­cić tłu­stym łap­skiem, za­ci­ska palce w po­wie­trzu. Po­wta­rza ma­newr, uśmiech ma ciężki jak po­wie­trze w sierp­niu.

- Bez ta­kich. Tylko mi bez ta­kich, i po­pro­szę tę czarną ksią­żeczkę.

Bie­gnę ile sił wo­kół le­żanki, ale ko­bieta pę­dzi za mną jak na wrot­kach. Jesz­cze je­den za­mach i już mnie ma. Ło­mo­czę pię­ściami w jej ciel­sko, w mon­stru­alne bez­mleczne piersi, aż wresz­cie chwyta moje nad­garstki w że­la­zny uścisk i uci­sza mnie słod­ka­wym za­pasz­kiem od­de­chu, obrzy­dliw­szym niż smród w kost­nicy.

- Moje ma­leń­stwo, moje dzie­ciątko wła­sne do mnie wró­ciło...

- Na­sza młoda dama - od­zywa się dy­rek­tor, smutno i su­rowo - znowu od­da­wała się za­ba­wom z John­nym Pa­niką.

- Brzydko, brzydko.

Ko­zetka już jest go­towa. Pani Mil­le­ra­vage z po­tworną de­li­kat­no­ścią zdej­muje mi z nad­garstka ze­ga­rek, usuwa pier­ścionki z pal­ców, spinki z wło­sów. Za­czyna mnie roz­bie­rać. Kiedy je­stem już naga, zo­staję na­masz­czona na skro­niach i odziana w szaty biel­sze od dzie­wi­czego śniegu.

Wtedy to z czte­rech ką­tów po­koju i zza drzwi za mo­imi ple­cami wy­ła­nia się pię­ciu fał­szy­wych ka­pła­nów w ki­tlach chi­rur­gicz­nych i ma­skach na twa­rzach, ka­pła­nów, któ­rych je­dy­nym dzie­łem ży­cia jest ze­pchnąć Johnny'ego Pa­nikę z tronu. Roz­cią­gają mnie na pła­sko na le­żance. Na gło­wie skła­dają mi dru­cianą ko­ronę, a na ję­zyku opła­tek za­po­mnie­nia. Ka­płani bez twa­rzy ru­szają na swoje miej­sca i chwy­tają: je­den za lewą nogę, je­den za prawą, za prawą rękę, za lewą. Je­den staje mi za głową, przy me­ta­lo­wej skrzynce, któ­rej w tej po­zy­cji nie wi­dzę.

Wy­znawcy w cia­snych ce­lach pod ścianą wsz­czy­nają pro­test. Skan­dują po­bożną in­to­na­cję:

Je­dyne, co po­ko­chać na­leży, to sam Strach.

Uko­cha­nie Stra­chu to po­czą­tek mą­dro­ści.

Je­dyne, co po­ko­chać na­leży, to sam Strach.

Nie­chaj się wszę­dzie sta­nie Strach, Strach, Strach.

Pani Mil­le­ra­vage, dy­rek­tor i ka­płani nie mają czasu ich za­kne­blo­wać.

Dano sy­gnał.

Ma­szyna go­tuje im zdradę.

W chwili kiedy już my­ślę, że prze­pa­dłam, na su­fi­cie po­ja­wia się twarz Johnny'ego Pa­niki, oko­lona chmurą wy­ła­do­wań. Drżę jak liść w szpo­nach jego chwały. Brodę ma z pio­ru­nów. Pio­run w oku. Jego Słowo zmie­nia i roz­świe­tla wszech­świat.

Po­wie­trze trzesz­czy od jego anio­łów o błę­kit­nych ję­zy­kach i bu­rzo­wych au­re­olach.

Jego mi­łość to skok z dwu­dzie­stego pię­tra, sznur na gar­dle, nóż w serce.

On nie za­po­mni o swo­ich.