John Adderley (tom 3). Cichy ptak - Peter Mohlin, Peter Nyström

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

9.

John włą­czył prawy kie­run­kow­skaz i pod­je­chał pod sta­dion spor­towy w Grums. Choć był wcze­sny sobotni pora­nek, na par­kingu już stało kilka samo­cho­dów. Na skraju lasu, gdzie zaczy­nało się oświe­tlone sztucz­nym świa­tłem pole, dwóch star­szych spor­tow­ców pró­bo­wało roz­grzać swoje wyraź­nie zesztyw­niałe ciała.

Zatrzy­mał się przy siłowni ple­ne­ro­wej, kawa­łek od pozo­sta­łych pojaz­dów. Chry­slera kupił z czy­stej fru­stra­cji, by unik­nąć manu­al­nej skrzyni bie­gów, która w cywil­nych pojaz­dach szwedz­kiej poli­cji w dal­szym ciągu sta­no­wiła stan­dard. Pojazd był ogromny. John nie chciał ryzy­ko­wać, że jakiś napęcz­niały od kwasu mle­ko­wego miesz­ka­niec Grums zary­suje mu lakier.

Wyłą­czył sil­nik, wysiadł i poszedł na sta­dion. Był week­end, więc roz­wa­żał, czy zabrać Nicole ze sobą do Grums. Mogła pocze­kać w samo­cho­dzie, gdy będzie roz­ma­wiał z orni­to­lożką z gminy. W końcu mimo wszystko posta­no­wił zosta­wić bra­ta­nicę z table­tem w domu. W końcu miało go nie być zale­d­wie parę godzin, a wolał unik­nąć pytań, które obec­ność dziew­czynki nie­wąt­pli­wie by wzbu­dziła.

Orni­to­lożkę Marielle Berg­man nie­trudno było zna­leźć. Miała na sobie prak­tyczny strój i cze­kała na jed­nej z drew­nia­nych ławek przy krót­szym boku boiska. Była młod­sza, niż przy­pusz­czał, kiedy roz­ma­wiali przez tele­fon. Mogła mieć dwa­dzie­ścia pięć -?trzy­dzie­ści lat.

-?Dzię­kuję, że zna­la­złaś czas -?powie­dział, kiedy już się sobie przed­sta­wili.

-?Nie ma pro­blemu -?odparła. -?Wczo­raj całe popo­łu­dnie prze­sie­dzia­łam na zebra­niach, a nie chcia­łam kazać poli­cji cze­kać aż do ponie­działku.

Ruszyli razem w kie­runku nie­bie­sko-bia­łej taśmy drżą­cej na wie­trze na skraju lasu.

-?Co chcesz wie­dzieć? -?zapy­tała, kiedy już weszli na ogro­dzony teren.

-?Na począ­tek: jaki ptak tutaj miesz­kał? -?zapy­tał John, wska­zu­jąc na zde­mo­lo­wane gniazdo na ziemi.

Orni­to­lożka przy­kuc­nęła przy sple­cio­nych gałąz­kach i liściach.

-?Powie­dzia­ła­bym, że rybo­łów. Roz­miar gniazda się zga­dza, a w tych oko­li­cach mamy cał­kiem sporą popu­la­cję.

-?Okej -?odparł John. -?Jesteś pewna?

-?Raczej tak. Nie wiem, co innego mogłoby to być.

John ski­nął głową. Jak wszy­scy poli­cjanci, lubił jed­no­znaczne odpo­wie­dzi, o ile były zgodne z prawdą, a wyglą­dało na to, że Marielle Berg­man zna się na pta­kach.

-?Tak jak mówi­łem przez tele­fon, to gniazdo inte­re­suje nas z róż­nych powo­dów.

-?Domy­ślam się, że cho­dzi o tamtą kość -?odparła orni­to­lożka, wsta­jąc. - Jestem świeżo po lek­tu­rze arty­kułu na stro­nie "Nya Werm­lands-Tid­nin­gen". Naprawdę jest to kość jed­nego z zagi­nio­nych bliź­nia­ków?

John zesztyw­niał. Naj­wi­docz­niej lokalna gazeta już wyniu­chała histo­rię o odkry­ciu w pta­sim gnieź­dzie i połą­czyła je z Bro­di­nami. Ander­berg z pew­no­ścią będzie zestre­so­wany i zanie­po­ko­jony pre­sją opi­nii publicz­nej. Uwaga mediów nie musi być jed­nak nie­ko­rzystna dla śledz­twa, pomy­ślał John. Czło­wiek, który zabił chło­pa­ków, ukry­wał to ponad trzy­dzie­ści lat, a teraz nim wstrzą­sną.

-?Nie­stety nie mogę tego komen­to­wać -?powie­dział i zabrzmiał dokład­nie tak ofi­cjal­nie, jak wska­zy­wa­łoby na to jego samo­po­czu­cie. -?Ale mimo wszystko dla dobra sprawy załóżmy, że w gnieź­dzie była ludzka kość.

-?Czy­sto hipo­te­tycz­nie, tak? -?spy­tała z uśmie­chem Marielle.

-?Zga­dza się -?odparł. -?Skąd w takim razie mogła się wziąć?

Spoj­rzała na niego roz­ba­wiona.

-?Jeśli myślisz, że potra­fię roz­ma­wiać z pta­kami, muszę cię roz­cza­ro­wać.

John się roze­śmiał.

-?Tego nie ocze­kuję. Ale może wiesz mniej wię­cej, jak daleko odla­tuje rybo­łów po mate­riały do budowy gniazda.

Orni­to­lożka pocią­gnęła za gumkę, która spi­nała w kitkę jej blond włosy.

-?Oczy­wi­ście trudno powie­dzieć dokład­nie -?odparła. -?Jed­nak rybo­łowy są jak wszyst­kie inne zwie­rzęta. Gro­ma­dzą zapasy i nie mar­nują ener­gii.

-?Czyli ta kość została zna­le­ziona gdzieś tutaj w oko­licy? -?spy­tał John, gestem ręki obej­mu­jąc las.

Nie potra­fił sobie tego wszyst­kiego poukła­dać. Dla­czego sprawca miałby zako­pać chłop­ców na otwar­tym tere­nie, na któ­rym w week­endy bie­gała połowa miesz­kań­ców Grums? John odro­bił pracę domową z histo­rii, korzy­sta­jąc ze strony inter­ne­to­wej gminy. Teren wokół sta­dionu był miej­scem tre­nin­gów i rekre­acji na długo przed zagi­nię­ciem bliź­nia­ków.

-?To nie musiało być dokład­nie tutaj. Rybo­łowy czę­sto budują gniazda kilka kilo­me­trów od zbior­ni­ków wod­nych, ale ich poży­wie­niem są pra­wie wyłącz­nie ryby. Tu mamy jeziora z róż­nych stron. Ptak mógł zna­leźć tę kość pod­czas polo­wa­nia.

-?To zna­czy, że się uno­siła na wodzie?

-?Tak. Albo leżała na brzegu. Mógł ją też zna­leźć po dro­dze do lub z gniazda. Tak jak mówi­łam, trudno dokład­nie powie­dzieć.

John wyjął mapę Grums z wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki.

-?Rozu­miem, że trudno tu o pre­cy­zję. Ale potrze­buję two­jej pomocy do zawę­że­nia obszaru poszu­ki­wań.

John pró­bo­wał roz­wi­nąć mapę, ale szar­pał nią wiatr. Posta­no­wili, że wrócą na par­king, bo było tam bar­dziej zacisz­nie. Poło­żył arkusz na jed­nym ze sto­łów pik­ni­ko­wych i podał dłu­go­pis Marielle, ta zaś zazna­czyła gniazdo zna­kiem X. Spraw­dziła skalę i wokół miej­sca zna­le­zie­nia kości wyty­czyła okrąg o śred­nicy około pię­ciu kilo­me­trów. Obej­mo­wał las i linie nabrzeża po obu stro­nach auto­strady.

-?Sądzę, że ten ptak nie prze­no­siłby mate­riału na więk­szą odle­głość.

John przyj­rzał się mapie.

-?To dość roz­le­gły obszar. Gdzie według cie­bie powin­ni­śmy roz­po­cząć poszu­ki­wa­nia?

Orni­to­lożka wyraź­nie się zasta­na­wiała.

-?Na pierw­szym miej­scu posta­wi­ła­bym teren naj­bli­żej gniazda i w pobliżu wody. Od linii brze­go­wej i, powiedzmy, do pięć­dzie­się­ciu metrów w głąb.

John dostał z powro­tem dłu­go­pis i scho­wał go do wewnętrz­nej kie­szeni razem z mapą. Przez świst wia­tru prze­bił się dzwo­nek tele­fonu. Docho­dził od strony uchy­lo­nej szyby chry­slera. John prze­pro­sił i pod­biegł do samo­chodu. Pomy­ślał, że może to Nicole pró­buje się do niego dodzwo­nić.

-?Halo -?powie­dział do apa­ratu.

Nie dzwo­niła jego bra­ta­nica, lecz Ander­berg. Znowu. Tego dnia roz­ma­wiali już dwu­krot­nie.

-?Dla­czego nie odbie­rasz? -?padło pyta­nie.

-?Wła­śnie ode­bra­łem.

-?Tak, ale czy to musi tyle trwać?

John prze­wró­cił oczami. Komen­dant nie żar­to­wał, kiedy mówił, że chce być bli­sko śledz­twa. Jego oddech na karku zaczy­nał być tro­chę iry­tu­jący.

-?O co cho­dzi? -?zapy­tał John, spo­dzie­wa­jąc się wście­kłej tyrady o żąd­nych sen­sa­cji dzien­ni­ka­rzach.

-?Uwaga, trzy­maj się -?odparł z powagą. -?Wła­śnie przy­szedł mail z ana­lizą NCK. Oboj­czyk ma trzy­dzie­ści pięć lat, mar­gi­nes błędu wynosi dwa lata. To pasuje do hipo­tezy o Bro­di­nach. Mało tego. -?Komi­sarz zro­bił efek­towną pauzę i kon­ty­nu­ował: -?Geniu­szom z Linköping udało się pozy­skać całe jądro komór­kowe. Mamy DNA.

10.

Letni festyn w ?lvikshöjden był praw­dziwą insty­tu­cją. Dorocz­nym przy­po­mnie­niem, że nie jest to tylko ano­ni­mowa ulica, przy któ­rej stoją wille, lecz miej­sce z duszą. Tor­gny znał jego histo­rię. Ojciec opo­wia­dał ją wie­lo­krot­nie. Grupa zapa­leń­ców posta­no­wiła zbu­do­wać na naj­pięk­niej­szym przy­lądku Grums stok sla­lo­mowy. W ?lvikshöjden był dar­mowy widok na jezioro Wener z jed­nej, a fabrykę i osadę z dru­giej strony.

Ivar oczy­wi­ście ukró­cił te głu­poty. Jako przed­sta­wi­ciel związ­ków zawo­do­wych i aktywny czło­nek par­tii socjal­de­mo­kra­tycz­nej argu­men­to­wał, że należy zbu­do­wać miesz­ka­nia dla robot­ni­ków, a nie ośro­dek wypo­czyn­kowy dla przed­sta­wi­cieli klasy śred­niej. Jeśli oni chcieli łamać nogi, mieli już od tego Hovfjället i Sälen.

Plany zago­spo­da­ro­wa­nia tego terenu były coraz więk­sze wraz ze wzro­stem pew­no­ści sie­bie Ivara i jego wpływu na lokalną poli­tykę. Szcze­gó­łowy plan, który prze­pchnął przez radę gminy, zakła­dał zbu­do­wa­nie w ?lvikshöjden ponad osiem­dzie­się­ciu małych dom­ków.

W poło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych koparki wbiły zęby w zie­mię. Tor­gny był wtedy jesz­cze dziec­kiem, ale pamię­tał, że tata zmu­sił całą rodzinę do sta­nia przy siatce i obser­wo­wa­nia pierw­szego etapu budowy.

Potem nastą­pił kry­zys. W fabryce zwal­niano pra­cow­ni­ków, a rynek miesz­ka­niowy w Grums się zawa­lił. Kiedy nastały lep­sze czasy, o ?lvikshöjden zapo­mniano. Miej­sco­wość roz­ro­sła się w innym kie­runku. Po impo­nu­ją­cej wizji Ivara pozo­stała tylko prze­ro­śnięta droga wjaz­dowa i szes­na­ście domów dwu­po­zio­mo­wych, roz­rzu­co­nych po obu stro­nach śle­pej uliczki. Ulica miała nazwę, ale nie znali jej nawet listo­no­sze. Ponie­waż w oko­licy nie wybu­do­wano żad­nych innych dróg, na koper­cie wystar­czyło napi­sać ?lvikshöjden.

Tor­gny niósł torbę ter­miczną z obia­dem przy­go­to­wa­nym przez Beatrice: pie­cze­nią wołową z domo­wej roboty sałatką ziem­nia­czaną. Stoły i ławki na traw­niku przed wyna­ję­tym od gminy budyn­kiem były już zajęte przez sąsia­dów. Stwier­dził, że jeśli ciemne chmury na hory­zon­cie speł­nią obiet­nicę, impreza będzie musiała się prze­nieść pod dach. Na pięć­dzie­siątce Tor­gny'ego w lokalu sie­działo pra­wie sto osób, a nie było ani tro­chę cia­sno. Zbu­do­wano go, by pomie­ścił dwa razy wię­cej.

-?Tu sie­dzimy!

Tor­gny mimo szumu usły­szał głos sio­stry i zoba­czył, że Halil macha ręką. Zro­bił krok w kie­runku ich sto­lika, ale poczuł, że Beatrice się opiera. Żona obró­ciła głowę i wyraź­nie szu­kała innego towa­rzy­stwa. Kiedy Sus­sie zauwa­żyła, że stoją na tra­wie, wstała i pode­szła.

-?Czy­ta­li­ście gazetę? -?zapy­tała.

Tor­gny ski­nął głową. Jasne, że czy­tali. Infor­ma­cja o zna­le­zio­nej kości roz­nio­sła się wśród miesz­kań­ców ?lvikshöjden lotem bły­ska­wicy.

-?Prę­dzej czy póź­niej prawda zawsze wyj­dzie na jaw. Latar­nik tam w górze pew­nie się teraz boi -?cią­gnęła Sus­sie, wska­zu­jąc głową dziwną wieżę, wysta­jącą z dachu domu bez­po­śred­nio sąsia­du­ją­cego z domem Tor­gny'ego i Beatrice.

Beatrice zdjęła mężowi torbę z ramie­nia i demon­stra­cyj­nie posta­wiła ją na wol­nym stole. Sus­sie nie chciała zro­zu­mieć alu­zji. Dała tylko znak Hali­lowi, by dotrzy­mał im towa­rzy­stwa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

-?Prze­cież mówi­łem, że macie prze­stać!

Sły­sząc wście­kły męski głos, John odwró­cił wzrok od boiska. Na pola­nie pną­cej się pod górę do lasu dwóch małych blon­da­sków uśmie­chało się sze­roko do męż­czy­zny w jaskra­wo­żół­tej czapce z dasz­kiem -?jak się domy­ślał, ich ojca. Trzy­mali w dło­niach kamie­nie i nie­zra­żeni pró­bo­wali tra­fić w gniazdo na jed­nej z brzóz. John pokrę­cił głową. Gdyby on w taki spo­sób igno­ro­wał swo­jego ojca, ten by go spo­licz­ko­wał i dał mu szla­ban.

John prze­stał zwra­cać uwagę na nie­wy­cho­wane dzie­ciaki i z powro­tem sku­pił się na meczu. Gra­jąca u sie­bie dru­żyna Grums IK mie­rzyła się z dziew­czę­tami z karl­stadz­kiej dru­żyny QBIK. Spo­tka­nie w dal­szym ciągu było bez­bram­kowe.

Nicole dostała piłkę i ruszyła z nią na połowę prze­ciw­ni­czek. Mię­dzy nią a bram­karką były tylko dwie obroń­czy­nie z Grums. Odbiła w prawo i oddała nie­zły strzał, ale piłka prze­le­ciała tuż nad poprzeczką. Roz­cza­ro­wana Nicole padła na kolana i scho­wała twarz w dło­niach.

-?Dobra próba, Nicole! Następ­nym razem będzie gol! -?krzyk­nął ze swo­jej ławki tre­ner.

Nicole obrzu­ciła spoj­rze­niem sto­ją­cego przy bocz­nej linii Johna. Kiw­nął jej głową na zachętę, a ona się pod­nio­sła. Kiedy bie­gła po tra­wie, jej chude nogi przy­po­mi­nały wiru­jące pałeczki per­ku­syjne.

John lubił patrzeć na swoją bra­ta­nicę gra­jącą w piłkę. Coś się wtedy działo w jej oczach. Nagle była w nich pew­ność sie­bie, zmie­nia­jąca ją w kogoś innego. Albo wła­śnie w praw­dziwą Nicole, pomy­ślał. Taką, jaka była naprawdę. Zdrową, rado­sną dzie­wię­cio­latkę z ape­ty­tem na życie.

Od śmierci jej ojca minęło osiem mie­sięcy, a żal i tęsk­nota za nim w dal­szym ciągu były ogromne. Wszę­dzie, tylko nie tu. Na boisku zda­wało się nie ist­nieć nic oprócz piłki i bramki, do któ­rej ma zostać posłana.

John popra­wił oku­lary prze­ciw­sło­neczne, które lekko mu się zsu­nęły z nosa. Po ponad dwu­dzie­stu latach w Sta­nach Zjed­no­czo­nych zapo­mniał, jak bez­względne w pół­ro­czu let­nim potrafi być nor­dyc­kie słońce. Jego pro­mie­nie wcze­snym ran­kiem każ­dego dnia wpa­dały do miesz­ka­nia przez pano­ra­miczne okna, prze­ry­wa­jąc mu sen. Firma, która obie­cała zało­żyć zasłony zaciem­nia­jące, już dwa razy prze­kła­dała ter­min. Jeśli się nie poja­wią w przy­szłym tygo­dniu, zamie­rzał zagro­zić, że naśle na nich biuro zwal­cza­nia prze­stęp­czo­ści gospo­dar­czej.

-?Prze­pra­szam, jest pan poli­cjan­tem, prawda?

John spoj­rzał na kobietę, która do niego pode­szła. Była to mama jed­nej z dziew­czy­nek z dru­żyny.

-?Tak, zga­dza się -?odparł.

-?Myślę, że powi­nien pan się cze­muś przyj­rzeć.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, kobieta ruszyła pod górę. John poszedł za nią, omi­ja­jąc puste koce pik­ni­kowe. Był zajęty meczem i nie zauwa­żył, że rodziny zawod­ni­czek zosta­wiły ter­mosy z kawą i sta­nęły w okręgu na skraju lasu.

-?Co się stało? -?zapy­tał, kiedy pode­szli do grupy.

Jak zwy­kle pośród wszyst­kich ludzi w dre­sach czuł się zbyt ele­gancki w gar­ni­tu­rze. Był zwy­kły czwar­tek pod koniec maja, nie wybiła jesz­cze nawet sie­dem­na­sta, a jed­nak wyglą­dało na to, że wszy­scy zdą­żyli się prze­brać po powro­cie z pracy.

-?Pta­sie gniazdo -?wyja­śniła kobieta, wska­zu­jąc wysoką brzozę. -?Spa­dło.

Jeden czło­wiek w ścia­nie z ple­ców odwró­cił się do niego twa­rzą. Był to męż­czy­zna w jaskra­wo­żół­tej czapce.

-?To moi syno­wie, łobuzy, rzu­cali w nie kamie­niami -?powie­dział. -?Pan jest poli­cjan­tem?

John ski­nął głową.

Facet w czapce go prze­pu­ścił. Na ziemi, przy górce ze sple­cio­nych gałą­zek, kucała siwo­włosa kobieta. Mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym trzy­mała pożół­kły, długi na dzie­sięć cen­ty­me­trów przed­miot, o gru­bo­ści solid­niej­szego dłu­go­pisu.

-?Co to jest? -?zapy­tał.

-?Kość -?wyja­śniła kobieta ści­szo­nym gło­sem. -?Ptak zapewne uży­wał jej jako budulca. Ale to tro­chę dziwne.

-?Okej -?odparł John, cze­ka­jąc na dal­szy ciąg.

Kobieta wyglą­dała na zakło­po­taną.

-?Nie wiemy, do jakiego zwie­rzę­cia nale­żała -?dodał męż­czy­zna w czapce. -?Lena pra­cuje jako lekarka wete­ry­na­rii, a ja jestem zapa­lo­nym myśli­wym. Jed­nak w tej kwe­stii oboje mamy pro­blem.

-?Może dzia­ła­nie warun­ków atmos­fe­rycz­nych ją uszko­dziło -?pod­su­nął John.

-?Raczej nie -?odparła kobieta.

Wstała i wycią­gnęła rękę w jego stronę. John pod­szedł bli­żej i przyj­rzał się kości. Struk­tura powierzchni wyda­wała się nie­tknięta, kość nie wyglą­dała na zwie­trzałą.

-?Nie jestem pewna, czy to kość zwie­rzęca -?oznaj­miła kobieta.

John spoj­rzał na nią nie­uf­nie.

-?Czyli sądzi pani, że ludzka? Tak mam to rozu­mieć?

-?Jestem lekarką wete­ry­na­rii, nie oste­olożką. Uwa­żam jed­nak, że powinno się ją prze­ka­zać poli­cji do badań.

Spoj­rze­nia wszyst­kich zatrzy­mały się na Joh­nie. To, co twier­dziła kobieta, naprawdę wyda­wało się sza­lone. Już sły­szał śmie­chy w pokoju dla per­so­nelu komi­sa­riatu w Karl­stad, gdy kole­dzy spy­tają go, jak tam idzie sprawa zabój­stwa Bambi. Jed­no­cze­śnie nie mógł zigno­ro­wać głosu auto­ry­tetu. Kobieta zda­wała się wie­dzieć, co mówi.

-?Oczy­wi­ście. Mogę ją zabrać do naszego tech­nika -?powie­dział.

Męż­czy­zna z psem podał mu foliowy wore­czek. John wło­żył go na dłoń jak ręka­wiczkę, chwy­cił kość, którą podała mu lekarka, i zawią­zał wore­czek na supeł.

Chwilę póź­niej od strony boiska dobiegł gło­śny okrzyk.

John gwał­tow­nie się odwró­cił.

Piłka spo­czy­wała w siatce bramki dru­żyny gospo­da­rzy, a przy linii pola kar­nego stała Nicole, uno­sząc rękę w geście zwy­cię­stwa.

2.

Poja­wie­nie się pra­cow­ni­ków noc­nej zmiany spo­wo­do­wało krót­kie, lecz inten­sywne oży­wie­nie na par­kingu dla per­so­nelu Gruvön. Tor­gny Hammarström ski­nął głową, widząc zna­jome twa­rze kole­gów. Oni wjeż­dżali przez bramę, a on wyjeż­dżał.

Trzy zmiany. Przez całą dobę. Okrą­gły rok.

Ta fabryka jest jak per­pe­tuum mobile, pomy­ślał. Z jed­nej strony wkła­dano suro­wiec -?pulpę drzewną z lasu -?a z dru­giej wycho­dziły koń­cowe pro­dukty: papier i kar­ton.

Tor­gny pamię­tał swój pierw­szy dzień pracy. Miał dzie­więt­na­ście lat i był świeżo po ogól­niaku. Tam­tego dnia mama zapa­ko­wała dwa pudełka z jedze­niem -?jedno dla niego, a dru­gie dla taty. W Gruvön był "chło­pa­kiem od Ivara". A kole­dzy już od samego początku nie pozo­sta­wili wąt­pli­wo­ści, że będzie miał wysoko posta­wioną poprzeczkę.

Kiedy tylko Ivar odszedł na tyle, by ich nie sły­szeć, zaczęli opo­wia­dać o jego wyczy­nach jako prze­wod­ni­czą­cego Działu Papieru 96. Jak w kom­bi­ne­zo­nie robo­czym wszedł do biura i wysrał się w toa­le­cie zarządu, gdy w szatni robot­ni­ków doszło do zatka­nia odpływu. I jak gro­ził dzi­kim straj­kiem, jeśli pra­cow­nicy ze sta­żem dłuż­szym niż trzy­dzie­ści lat nie otrzy­mają pię­ciu dodat­ko­wych dni urlopu.

Osiem lat temu, po śmierci ojca, kole­dzy z pracy uczcili jego pamięć minutą ciszy. Dodat­kowy urlop dla pra­cow­ni­ków z dłu­gim sta­żem na­dal funk­cjo­no­wał i nazwano go iva­ro­wym. W tym roku Tor­gny zamie­rzał wyko­rzy­stać dni iva­ro­wego na wymianę drew­nia­nej pod­łogi werandy.

Wsiadł do samo­chodu i prze­krę­cił klu­czyk. Cho­ciaż wymie­nił wszyst­kie zapłony, volvo nie chciało czy­sto pra­co­wać na jało­wym biegu. Dodał gazu, żeby sil­nik nie zgasł, i wrzu­cił jedynkę. Grat pod­sko­czył i udało mu się wyje­chać z par­kingu.

Pra­wie wszy­scy kole­dzy skrę­cali w lewo, by trasą E18 poje­chać do Grums. On skrę­cił w prawo, w kie­runku ?lvikshöjden. Szes­na­ście iden­tycz­nych willi było poło­żo­nych wysoko na przy­lądku i roz­ło­żo­nych po równo po obu stro­nach jedy­nej ulicy. Tor­gny miesz­kał tam od uro­dze­nia i znał każde drzewo w dro­dze do domu.

Po nie­ca­łych dwóch kilo­me­trach jazdy przez las drzew igla­stych zwol­nił. Beatrice jak zwy­kle stała w ogro­dzie przed domem, pochy­lona nad rabatką. Sły­sząc chrzęst opon na wysy­pa­nym żwi­rem pod­jeź­dzie, wypro­sto­wała się i odwró­ciła. W jed­nej ręce trzy­mała bukiet tuli­pa­nów, a w dru­giej seka­tor. Jej krę­cone rude włosy były roz­pusz­czone i zdą­żyła już się prze­brać w sukienkę.

Tor­gny wysiadł z samo­chodu, pod­szedł do niej i poca­ło­wał ją lekko w poli­czek. Skórę miała cie­płą od słońca i pach­nącą per­fu­mami, które sobie od niego zaży­czyła pod cho­inkę.

-?Cuch­niesz potem -?powie­działa i go ode­pchnęła. -?Pod prysz­nic, ale już. Za pięt­na­ście minut mamy być u two­jej sio­stry. Powie­si­łam ci w przed­po­koju czy­stą koszulę.

-?Spo­koj­nie, zdą­żymy -?odparł i dwoma susami poko­nał schodki przed drzwiami.

W łazience wrzu­cił ubra­nia do kosza na pra­nie i wszedł do kabiny prysz­ni­co­wej. Odkrę­cił wodę, spłu­kał z sie­bie woń fabryki, namy­dlił dło­nie i prze­cią­gnął nimi po pła­skim brzu­chu. Nie mógł się pochwa­lić kalo­ry­fe­rem, ale mimo to był w lep­szej for­mie niż więk­szość jego rówie­śni­ków. Jako ope­ra­tor pro­cesu pra­co­wał na sie­dząco, więc nie mógł jeść jak drwal. Z szam­po­nem dał sobie spo­kój. Fry­zura na Elvisa zawsze była jego naj­więk­szym atu­tem, a trudno ją uzy­skać ze świeżo umy­tymi wło­sami.

Wytarł się, owi­nął ręcz­nik wokół pasa i poszedł wło­żyć koszulę. Ze zdzi­wie­niem pomy­ślał, że po tych wszyst­kich latach na myśl o tym, że Beatrice czeka na niego w ogro­dzie, na­dal robi mu się cie­pło w środku. Kiedy inne kobiety z sąsiedz­twa z każ­dym rokiem wyglą­dały na bar­dziej znisz­czone, jego żona tylko pięk­niała.

Jak wino, które doj­rzewa, aż osią­gnie dosko­na­łość.

Tor­gny sam tego nie wymy­ślił -?takiego porów­na­nia do opi­sa­nia Beatrice użył jeden z mów­ców na przy­ję­ciu z oka­zji jego pięć­dzie­sią­tych uro­dzin. Impreza odbyła się przed dwoma laty w gmin­nej świe­tlicy w ?lvikshöjden i uczest­ni­czyła w niej cała ulica. Mimo że to on był jubi­la­tem, więk­szość prze­mów doty­czyła Beatrice. A raczej tego, jak wiel­kie szczę­ście ma Tor­gny, że tra­fił na taką żonę.

Po pew­nych szcze­gól­nie przy­chyl­nych sło­wach na jej cześć wstała i zawo­łała: "To ja mia­łam szczę­ście, że mogłam wyjść za Tor­gny'ego!".

Goście wybuch­nęli grom­kim śmie­chem. Ale zgo­dzili się z nią pew­nie nie­liczni. Nawet sam Tor­gny do nich nie nale­żał. Miał pełną świa­do­mość, że Beatrice tak naprawdę jest dla niego za dobra.

Poza tym w duchu pro­te­sto­wał prze­ciwko stwier­dze­niu, że jest szczę­ścia­rzem, skoro udało mu się ją zło­wić. Jego zaloty były pełne deter­mi­na­cji, któ­rej poza tym w jego życiu zwy­kle bra­ko­wało. Wyka­zał więk­szą cier­pli­wość niż pozo­stali zalot­nicy i to się opła­ciło. Nawet Ivar, zazwy­czaj prze­wra­ca­jący oczami na widok dziew­czyn, które Tor­gny zapra­szał do domu, wyra­żał się o niej pochleb­nie. "Mocno się jej trzy­maj" -?powie­dział już po pierw­szym nie­dziel­nym obie­dzie.

Tor­gny drgnął na dźwięk otwie­ra­nych drzwi. Do przed­po­koju weszła Beatrice, poło­żyła seka­tor na małym sto­liku pod lustrem i wska­zała zega­rek.

-?Tak, wiem -?powie­dział Tor­gny. -?Włożę tylko pozo­stałe ciu­chy.

Odwró­cił się i wszedł po scho­dach do sypialni.

-?Krzywo się zapią­łeś! -?krzyk­nęła za nim.

Tor­gny przy­sta­nął i spoj­rzał na swoją koszulę. Miała rację -?guziki były nie­równo zapięte.

-?Zajmę się tym -?odparł i znów pomy­ślał o sło­wach swo­jego ojca.

"Mocno się jej trzy­maj".

Poszedł za radą Ivara i zamie­rzał to kon­ty­nu­ować.

3.

John odsu­nął puste kar­to­nowe pudło. To była trze­cia pizza w tym tygo­dniu -?zjadł co naj­mniej o dwie za dużo. Wtar­gnię­cie Nicole w jego codzien­ność prze­rwało zwy­czaj zama­wia­nia tapas z pobli­skiej hisz­pań­skiej restau­ra­cji. Pikantna kieł­basa i kal­mary zostały zamie­nione na nie­koń­czący się sze­reg krąż­ków cia­sta z paskami szynki i ana­na­sem.

Ran­kiem, czu­jąc, że spodnie cisną go w pasie, posta­no­wił zakoń­czyć to sza­leń­stwo. A jed­nak nie potra­fił odmó­wić, gdy bra­ta­nica chciała uczcić zwy­cię­stwo w meczu z Grums. Po krót­kim przy­stanku w komi­sa­ria­cie poje­chał do piz­ze­rii przy Romstadsvägen i zamó­wił jesz­cze jedną hawaj­ską do podziału.

Nicole prze­żu­wała gorącz­kowo z otwar­tymi ustami, wpa­tru­jąc się w tablet. Jedy­nymi sło­wami, które wypo­wia­dała pod­czas posiłku, były prze­kleń­stwa w chwi­lach, gdy ani­mo­wana piłka nie chciała podą­żać za jej ruchami na ekra­nie.

-?Masz zbyt lep­kie palce -?powie­dział John, poda­jąc jej rolkę ręcz­nika papie­ro­wego.

Wstał ze skrzynki po owo­cach, która przy znisz­czo­nym stole peł­niła funk­cję krze­sła. Wła­ści­ciel miesz­ka­nia, które wynaj­mo­wał, był ist­nym przed­sta­wi­cie­lem bohemy. Mie­ściło się ono na naj­wyż­szym, dwu­dzie­stym pię­trze nie­dawno wybu­do­wa­nego wie­żowca, w dziel­nicy Bryg­gud­den. Praw­do­po­dob­nie nale­żało do naj­droż­szych w Karl­stad, ale zostało wypo­sa­żone w meble, które rów­nie dobrze mogłyby stać w noc­le­gowni na Bronk­sie.

Układ miesz­ka­nia był rów­nie eks­cen­tryczny jak wystrój. Dwie­ście metrów kwa­dra­to­wych bez ścia­nek dzia­ło­wych. Gigan­tyczny pokój, czy raczej ate­lier, jak to było ujęte w ogło­sze­niu, miał dopływ świa­tła ze wszyst­kich czte­rech stron. Jedy­nymi w całym miesz­ka­niu miej­scami do prze­cho­wy­wa­nia rze­czy były dwie szafy, które John wła­sno­ręcz­nie wsta­wił, gdy miał już dość tego, że wszę­dzie wiszą ubra­nia.

Otwo­rzył wyjęte z lodówki piwo i spoj­rzał na Nicole. Dziew­czynka była tak pozba­wiona ener­gii, jakby pra­wie wszystko robiła i mówiła na auto­pi­lo­cie. Z tego letargu budziła się jedy­nie wtedy, gdy miała mię­dzy sto­pami piłkę.

John musiał szcze­rze przy­znać, że nie wie, jak do niej podejść. Pew­nie powi­nien ogra­ni­czyć jej czas spę­dzany przed ekra­nem i na jedze­niu pizzy, ale co dalej? Nie był psy­cho­lo­giem i nie miał doświad­cze­nia w zaj­mo­wa­niu się dziećmi z traumą. Bra­ta­nica widziała ciało zamor­do­wa­nego ojca. John nie potra­fił sobie nawet wyobra­zić, jakiego rodzaju ślady takie wyda­rze­nie pozo­sta­wia w psy­chice dziecka.

Upił pokaźny łyk piwa. Sły­szał, że Nicole pod­śpie­wuje przy stole. Przy­po­mniał sobie, że Billy robił podob­nie. Nie­zli­czone godziny słu­chał brata wyda­ją­cego oso­bliwe dźwięki pod­czas roz­mon­to­wy­wa­nia sta­rego radia albo maj­stro­wa­nia przy rowe­rze przed domem.

Podo­bień­stwa mię­dzy ojcem a córką na tym się nie koń­czyły. Były jesz­cze krę­cone czarne włosy, nadą­sana mina i spo­sób, w jaki dziew­czynka bie­gła, młó­cąc nogami powie­trze. To wszystko odzie­dzi­czyła po Bil­lym.

Zrzu­ca­jąc na Nicole winę za to, że został w Karl­stad, John czuł się jak zły czło­wiek. Jed­nak fakt pozo­sta­wał fak­tem: kiedy zoba­czył ją sto­jącą na mro­zie przed drzwiami jego miesz­ka­nia, całą w sinia­kach, miał już spa­ko­wane walizki, ponie­waż zamie­rzał wyje­chać do Ber­lina. Oka­zało się, że ucie­kła od rodziny zastęp­czej w Sna­ver­srud, w któ­rej ją umiesz­czono krótko po śmierci Billy'ego.

John nie miał innego wyj­ścia, jak tylko pozwo­lić jej się wpro­wa­dzić do Empire State. Już pierw­szego wie­czoru wyja­śnił, że nazywa tak swój wie­żo­wiec na cześć dra­pa­cza chmur o tej samej nazwie, znaj­du­ją­cego się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

Było to pra­wie pięć mie­sięcy wcze­śniej, a opieka spo­łeczna w dal­szym ciągu nie zna­la­zła dziew­czynce nowego miej­sca zamiesz­ka­nia. Cza­sami się zasta­na­wiał, czy w ogóle pró­buje.

-?Może któ­re­goś razu sami zro­bi­li­by­śmy pizzę? -?ode­zwała się Nicole mię­dzy jed­nym kęsem a dru­gim.

Odwró­cił się do niej.

-?Dla­czego? Prze­cież sma­kują ci te, które zama­wiamy.

-?Tak, ale sły­sza­łam, że nie­które osoby z mojej klasy same robią pizzę. W domu. Takie z uśmiech­nię­tymi buziami i w ogóle.

John zmu­sił się do uśmie­chu.

-?Mogę popro­sić chło­pa­ków z piz­ze­rii, żeby następ­nym razem zro­bili dla cie­bie buźkę. Może być?

-?Tak. Chyba tak.

Nicole znów zaczęła grać na table­cie. John usły­szał w jej gło­sie roz­cza­ro­wa­nie. Dopiero po chwili zro­zu­miał, skąd się wzięło. Nie cho­dziło o twarz na pizzy. Dziew­czynka chciała, by zro­bili coś razem, coś faj­nego.

John wes­tchnął cicho i pomy­ślał, że musi z nią poroz­ma­wiać. Wyja­śnić raz a dobrze, że ona mieszka u niego tylko tym­cza­sowo, w ocze­ki­wa­niu na praw­dziwy dom. Nicole musi zro­zu­mieć, że on nie ma czasu goto­wać i się bawić. Wystar­czy, że pod­wozi ją na boisko, na wię­cej nie może sobie pozwo­lić.

Zaczął dzwo­nić tele­fon, ładu­jący się w gniazdku nad zle­wem. John spoj­rzał na wyświe­tlacz. Dzwo­nił Bengt Ander­berg. Co zaska­ku­jące, komen­dant z Värmlandii wyzna­czył samego sie­bie na peł­nią­cego obo­wiązki szefa okrę­go­wej poli­cji kry­mi­nal­nej, w ocze­ki­wa­niu na obsa­dze­nie wol­nego sta­no­wi­ska.

John odchrząk­nął i przy­ci­snął tele­fon do ucha.

-?Halo -?ode­zwał się.

-?O ile wiem, byłeś dzi­siaj w Grums -?oznaj­mił Ander­berg w typowy dla sie­bie bez­po­średni spo­sób.

-?Zga­dza się. Prze­pra­szam, że pod­rzu­ci­łem ci wore­czek na biurko. Ale sły­sza­łem, że dziś wie­czo­rem masz być w pracy. Więc jeśli zdą­żysz, prze­każ, pro­szę, tech­ni­kom ten kawa­łek kości.

-?Już to zro­bi­łem -?odparł Ander­berg. -?Kar­teczka, którą napi­sa­łeś, wzbu­dziła cie­ka­wość moją i Bos­sego.

Bosse, a wła­ści­wie Bo Hof­f­man, był sze­fem tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych värmlandzkiej poli­cji. W ostat­nim roku wypo­ży­czyło go Naro­dowe Cen­trum Kry­mi­na­li­styczne w Linköping, ale był już z powro­tem w Karl­stad.

-?Zdą­żył ją zba­dać? -?spy­tał John.

-?Tak, i dla­tego dzwo­nię -?odparł Ander­berg i umilkł.

John odsta­wił szklankę piwa na blat. Kiedy usły­szał powagę w gło­sie komen­danta, zro­biło mu się nie­przy­jem­nie.

-?Twier­dzi, że to oboj­czyk dziecka -?cią­gnął Ander­berg. -?Zadzwo­ni­li­śmy też do leka­rza sądo­wego i powie­dział to samo.

-?O cho­lera -?wykrztu­sił jedy­nie John.

Wyszedł do łazienki, żeby Nicole nie mogła pod­słu­chać roz­mowy. Tylko tu w całym miesz­ka­niu dało się zamknąć za sobą drzwi.

-?Wiemy coś wię­cej?

-?Nie­wiele -?przy­znał Ander­berg. -?Ale mimo wszystko chciał­bym na chwilę się z tobą zoba­czyć. Jesteś w domu?

-?Tak.

-?To dobrze. Spo­tkajmy się na par­kingu przy skle­pie spo­żyw­czym przed twoim domem. Będę za dzie­sięć minut.

Ander­berg zakoń­czył połą­cze­nie. John stał przed lustrem z komórką w dłoni. Miał trzy­dzie­ści cztery lata i roz­wią­zy­wał sprawy zabójstw po obu stro­nach Atlan­tyku, ale ni­gdy nie miał do czy­nie­nia z taką, w któ­rej ofiarą było dziecko. Jeden star­szy kolega z Nowego Jorku ostrze­gał go, jak może się poczuć, gdy ten dzień nadej­dzie. "To coś zupeł­nie innego - powie­dział. -?Wcho­dzi czło­wie­kowi pod skórę".

John prze­mył twarz zimną wodą i patrzył na kro­ple ście­ka­jące po policz­kach. Nie chciał nawet myśleć, co spo­tkało dzie­ciaka, do któ­rego nale­żał ten oboj­czyk.

4.

Tor­gny, obej­mu­jąc ramie­niem Beatrice, szedł jedyną ulicą w ?lvikshöjden. Tem­pe­ra­tura była ide­alna. Słońce majo­wego wie­czoru przy­grze­wało na tyle, że mógł nie wkła­dać bluzy na koszulę, a powie­trze miało w sobie wio­senną rześ­kość.

Zwol­nił, żeby prze­dłu­żyć krótki spa­cer. I tak byli już spóź­nieni, więc minuta wię­cej nie zrobi róż­nicy. Sio­stra miesz­kała w domu znaj­du­ją­cym się w głębi osie­dla, przy placu manew­ro­wym, a od celu dzie­liło ich już tylko kil­ka­set metrów.

Tor­gny nie rozu­miał, dla­czego żona się stre­suje. Prze­cież wcale jej się nie spie­szyło do tego towa­rzy­stwa. Obie z Sus­sie pra­co­wały w domu opieki, a atmos­fera mię­dzy nimi była na tyle chłodna, że szef musiał od nowa uło­żyć plan, żeby unik­nęły wspól­nych zmian.

Puścił ramię Beatrice i popra­wił fry­zurę. Sio­stra sie­działa na scho­dach przed domem, z papie­ro­sem w ustach. Wpa­try­wała się w stopy i w wiel­kim sku­pie­niu malo­wała paznok­cie lakie­rem w kolo­rze wiśnio­wym. Tor­gny odchrząk­nął, żeby przy­cią­gnąć jej uwagę.

-?No pro­szę, jeste­ście. Ele­ganc­kie towa­rzy­stwo przy­cho­dzi spóź­nione.

Sus­sie zakrę­ciła małą szklaną bute­leczkę i wsu­nęła ją do kie­szeni spodni dre­so­wych w masku­jący wzór. Wstała i wrzu­ciła nie­do­pa­łek do sło­ika z wodą, sto­ją­cego na porę­czy scho­dów.

-?Pro­szę -?ode­zwała się Beatrice, wrę­cza­jąc jej kwiaty z ogrodu. - Tuli­pany są teraz takie piękne, że nie mogłam się powstrzy­mać i kilka dla cie­bie zerwa­łam.

Sus­sie wzięła bukiet bez podzię­ko­wa­nia.

-?Widzę, że ty też coś przy­nio­słeś -?powie­działa, ruchem głowy wska­zu­jąc kar­ton wina w ręce Tor­gny'ego.

-?Tak, prze­cież pro­si­łaś, żebym to kupił -?odparł i wrę­czył jej wino.

-?Ale to nie jest to z kotem.

Sus­sie obrzu­ciła scep­tycz­nym spoj­rze­niem opa­ko­wa­nie ozdo­bione pięk­nym pej­za­żem z wino­ro­ślami na pierw­szym pla­nie.

Tor­gny wzru­szył ramio­nami.

-?Kot już się skoń­czył, więc kupi­łem takie. To prze­cież bez róż­nicy.

Sus­sie mruk­nęła coś nie­zro­zu­miale i weszła pierw­sza do domu. Rzu­ciła kwiaty na stół w kuchni i otwo­rzyła pie­kar­nik, żeby obró­cić łódeczki ziem­nia­czane. Tor­gny zauwa­żył w oczach Beatrice zło­wrogi błysk. Dla niej nie­wła­ściwe trak­to­wa­nie roślin było równe znę­ca­niu się nad zwie­rzę­tami.

Rozej­rzał się po kuchni. Odwie­dziny u sio­stry były jak podróż w prze­szłość. Sprzęt AGD był wymie­niony, ale poza tym wszystko wyglą­dało jak wtedy, gdy on i Sus­sie byli mali i bawili się w berka na brą­zo­wej wykła­dzi­nie.

Beatrice kilka razy zwra­cała Tor­gny'emu uwagę, że nazywa swój rodzinny dom domem Sus­sie. Może nie było to aż takie dziwne, bo tam miesz­kała, ale w sen­sie praw­nym willa w jed­na­ko­wym stop­niu nale­żała zarówno do niego, jak i do niej. A raczej w jed­na­kowo małym. Mama na­dal żyła i figu­ro­wała jako jedyna wła­ści­cielka, nawet jeśli obec­nie doży­wała swo­ich dni w dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w Grums.

Histo­ria o tym, w jaki spo­sób Sus­sie prze­jęła dom i wysiu­dała -?to było okre­śle­nie Beatrice, nie jego -?mamę, była tro­chę nie­ja­sna w szcze­gó­łach. Tak jak wiele innych kwe­stii zwią­za­nych z roz­wo­dem jego sio­stry w Krit­sti­ne­hamn. Jasne było w każ­dym razie to, że nagle cała czwórka dzieci w wieku szkol­nym została bez dachu nad głową i w sprawę musiała zostać zaan­ga­żo­wana opieka spo­łeczna.

-?A gdzie masz Halila? -?zapy­tał Tor­gny, gdy Sus­sie owo­rzyła kar­ton, wysu­nęła kra­nik i szczo­drze napeł­niła winem trzy kie­liszki.

-?Stoi przy grillu -?odparła i z podejrz­li­wo­ścią spró­bo­wała wina. -?To gówno ledwo da się pić. Jest kwa­śne, nie sądzisz?

Tor­gny nie odpo­wie­dział, lecz wyniósł kie­li­szek na werandę. Tam, w chmu­rze dymu, stał nowy mąż jego sio­stry. W sumie nie taki nowy, popra­wił się w myślach Tor­gny. Byli mał­żeń­stwem już od ponad dzie­się­ciu lat.

-?Nie chce się zapa­lić? -?zapy­tał.

Szwa­gier zakasz­lał.

-?Tak, chyba za mało pod­pałki.

Jego szczu­płe ciało z wyraź­nym brzusz­kiem było ledwo widoczne wśród dymu. Tor­gny chwy­cił pismo plot­kar­skie, które leżało na leżaku Sus­sie, i zaczął gwał­tow­nie wachlo­wać bry­kiet. Dzięki dosta­wie tlenu ogień zapło­nął i dymie­nie ustało.

Halil spoj­rzał na niego z wdzięcz­no­ścią.

-?Dwa­dzie­ścia pięć lat w Szwe­cji, a ja na­dal nie potra­fię roz­pa­lić grilla -?powie­dział z uśmie­chem.

Tor­gny odwza­jem­nił uśmiech. Halil w póź­nym wieku nasto­let­nim przy­je­chał sam z Tur­cji, a mówił pra­wie bez obcego akcentu. Gril­lo­wa­nie było chyba jedy­nym aspek­tem życia w Szwe­cji, któ­rego nie opa­no­wał. Był mistrzem gry w kubb, uwiel­biał pro­gram Alls?ng p? Skan­sen i wie­dział wię­cej na temat hoke­istów z Färjestad niż pozo­stali męż­czyźni z ?lvikshöjden razem wzięci.

-?Co się dzi­siaj dzieje z Sus­sie? -?zapy­tał Tor­gny. -?Cho­dzi jak chmura burzowa.

-?Ee, nie ma się czym przej­mo­wać. Pew­nie jest po pro­stu głodna.

Halil otwo­rzył puszkę i pod­su­nął mu w wycią­gnię­tej ręce.

-?Nie, dzięki, mam -?odpo­wie­dział Tor­gny i wzniósł toast w powie­trzu swoim kie­lisz­kiem.

Upił tro­chę wina i potrzy­mał je w ustach. Nie ma się do czego przy­cze­pić, pomy­ślał. Sus­sie chciała mieć tylko powód do narze­ka­nia.

-?Mar­kus się do was odzy­wał? -?zapy­tał Halil. -?Jak się czuje na wycieczce?

-?Chyba dobrze. Wysłał wczo­raj ese­mesa do Beatrice, że wylą­do­wał.

-?Jest w Nowej Zelan­dii, tak?

-?Tak, zga­dza się. Spę­dzi tam całe lato.

Tor­gny'emu podo­bało się, że Halil pyta go o syna. Robił to prak­tycz­nie przy każ­dym ich spo­tka­niu. Nie miał swo­ich dzieci i może dla­tego tak bar­dzo się anga­żo­wał, gdy cho­dziło o Mar­kusa i dzieci Sus­sie. Teraz już wszyst­kie wypro­wa­dziły się z domu i wyglą­dało na to, że to Halil naj­bar­dziej za nimi tęskni.

Tor­gny wypił kolejny łyk wina i wyj­rzał przez okno do ogrodu. Jabłonki, które Ivar zasa­dził, kiedy on i Sus­sie byli dziećmi, roz­kwi­tły różem i bielą. W ubie­głym roku Halil ściął kilka z nich, żeby wybu­do­wać mały domek wol­no­sto­jący, ale te, które zostały, mimo wszystko wystar­czyły do zaopa­try­wa­nia ich wszyst­kich w świeże owoce.

Mię­dzy pniami było widać kominy fabryki. Być może wielu ludzi uzna­łoby, że psują kra­jo­braz, jed­nak Tor­gny'ego ten zna­jomy widok napa­wał wiel­kim spo­ko­jem. Fabryka znaj­do­wała się w tym samym miej­scu od lat trzy­dzie­stych, dawała pracę i utrzy­ma­nie całym poko­le­niom miesz­kań­ców Grums.

Halil się­gnął po mięso leżące na desce do kro­je­nia, obok grilla. Uło­żył pokaźne kawałki polę­dwicy woło­wej na kratce nad war­stwą bry­kietu, który wła­śnie skoń­czył się palić.

-?Porządne mięso -?pochwa­lił Tor­gny.

W tej samej chwili podmuch wia­tru na nowo wznie­cił ogień. Z otwo­rów w kratce wystrze­liły wyso­kie pło­mie­nie.

-?O kurwa -?zaklął Halil i zaczął szu­kać szczy­piec.

Tor­gny usi­ło­wał prze­nieść mięso rękami, ale bez powo­dze­nia. Za bar­dzo parzyło i poczuł, że włosy na przed­ra­mio­nach zaczy­nają mu się przy­pa­lać.

Pośród cha­osu Sus­sie otwo­rzyła drzwi na werandę i sta­nęła w nich, trzy­ma­jąc bla­chę z pie­czo­nymi ziem­nia­kami.

-?Co ty wypra­wiasz, Halil? -?wykrzyk­nęła. -?Znisz­czysz jedze­nie!

Dla Tor­gny'ego było to już zbyt wiele.

-?Daj już spo­kój -?powie­dział, wbi­ja­jąc wzrok w sio­strę. -?Co z tobą?

-?Nic -?wark­nęła, wytrzy­mu­jąc jego spoj­rze­nie.

Jej oczy były rów­nie ogni­ste jak bry­kiet na grillu.

-?Daj spo­kój, widzę, że coś się dzieje. Dla­czego jesteś taka nabur­mu­szona?

Sus­sie wes­tchnęła i opa­dła na jedno z krze­seł. Złość jakby natych­miast z niej uszła, a w jej miej­sce poja­wiło się pełne rezy­gna­cji zmę­cze­nie.

-?Wiesz, o co cho­dzi -?mruk­nęła. -?P?l Kratz wró­cił.

5.

John wsiadł do czar­nego mer­ce­desa Ander­berga. Takie spo­tka­nie poza godzi­nami pracy nale­żało do rzad­ko­ści. Komen­dant trak­to­wał obo­wiązki szefa poli­cji kry­mi­nal­nej jako doda­tek do zwy­kłych zajęć i nie poświę­cał im wielu godzin w tygo­dniu. W prak­tyce część ope­ra­cyjną pracy wydziału prze­ka­zy­wał Joh­nowi.

-?Że też przed urlo­pem tra­fia się czło­wie­kowi takie cho­ler­stwo - powie­dział. -?Gdzie dokład­nie zna­la­złeś tę kość?

-?To nie ja ją zna­la­złem -?uści­ślił John i odsu­nął fotel pasa­żera, żeby mieć miej­sce na stopy.

Zało­żył, że w tym miej­scu sie­działa zwy­kle pani Ander­berg. Jeśli tak, to nie była zbyt wysoka.

-?A kto?

John opo­wie­dział o meczu Nicole i chłop­cach, któ­rzy zrzu­cili pta­sie gniazdo.

-?Nie mogli z tym zacze­kać, aż powo­łam nowego szefa? -?maru­dził dalej Ander­berg.

-?Co Hof­f­man mówił na temat wieku dziecka? -?spy­tał John.

Skó­rzana tapi­cerka zaskrzy­piała, gdy komen­dant zmie­nił pozy­cję w fotelu. Ze swoim cięż­kim wrze­cio­no­wa­tym ciel­skiem i nastro­szo­nymi wąsami mocno przy­po­mi­nał morsa.

-?Od dzie­wię­ciu do dwu­na­stu lat, w zależ­no­ści od wzro­stu.

-?Podej­rze­wam, że płci nie da się usta­lić?

-?Gołym okiem nie, ale z tym pew­nie będzie mogło nam pomóc Naro­dowe Cen­trum Kry­mi­na­li­styczne. Hof­f­man już z nimi roz­ma­wiał. Przy odro­bi­nie szczę­ścia może się oka­zać, że w kości jest mate­riał bio­lo­giczny.

-?Czyli DNA?

Ander­berg ski­nął głową.

-?Tak, ale to nic pew­nego. Tech­nicy roz­poczną ana­lizy jutro rano. Przy­da­łoby im się wię­cej czę­ści szkie­letu, to zwięk­sza praw­do­po­do­bień­stwo zna­le­zie­nia nie­na­ru­szo­nego jądra komór­ko­wego.

John wyj­rzał przez szybę samo­chodu. Ze sklepu spo­żyw­czego wycho­dziła kobieta, która pchała wyła­do­wany do pełna wózek, a za nią szło maru­dzące dziecko.

-?Skoro ptak wyko­rzy­stał tę kość do budowy gniazda, powinna pocho­dzić z oko­licy -?stwier­dził i po raz kolejny spoj­rzał na szefa.

-?Tak, to brzmi roz­sąd­nie -?odparł Ander­berg. -?Jak daleko latają ptaki po budu­lec?

John pokrę­cił głową. Nie miał poję­cia.

-?Na pewno wygląda to róż­nie u róż­nych gatun­ków -?powie­dział. -?Jeśli chcemy zna­leźć wię­cej szcząt­ków tego dziecka, musimy zawę­zić teren poszu­ki­wań. Chyba trzeba zadzwo­nić do orni­to­loga.

Komen­dant odchy­lił się na zagłó­wek.

-?O ile to jest dziecko -?mruk­nął.

-?Co? Myśla­łem, że zarówno Hof­f­man, jak i lekarz sądowy byli pewni, że...

-?Nie rozu­miesz -?prze­rwał Ander­berg. -?Mia­łem na myśli, że może to nie tylko jedno.

John spoj­rzał na niego sko­ło­wany.

-?Nie nadą­żam. Dla­czego mia­łoby ich być wię­cej?

Ander­berg wes­tchnął i prze­cią­gnął dło­nią po kilku wło­skach, które rosły nad jego wargą.

-?Dopóki Naro­dowe Cen­trum Kry­mi­na­li­styczne nie ukoń­czy ana­liz, nie będziemy wie­dzieli, jak stary jest ten oboj­czyk -?stwier­dził. -?Może mieć pięć lat albo sto. Ale chyba możemy się zgo­dzić, że to dziecko nie zgi­nęło wczo­raj, prawda?

John ski­nął głową. Obaj widzieli pożół­kłą kość. Ptak nie mógłby jej zabrać do gniazda, gdyby ciało, któ­rego kie­dyś była czę­ścią, nie ule­gło roz­kła­dowi.

-?Rozu­miem, jeśli nic ci to nie mówi -?cią­gnął Ander­berg. -?Jed­nak my, któ­rzy jeste­śmy tu już od jakie­goś czasu, od razu przy­po­mi­namy sobie bliź­nia­ków z Grums. Sły­sza­łeś o nich?

-?Nie.

-?Naprawdę paskudna histo­ria. Jens i Jonas Bro­di­no­wie. Jesie­nią tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego szó­stego roku zagi­nęli w ?lvikshöjden nie­opo­dal Grums. Wiek się zga­dza, mieli wtedy po dzie­sięć lat.

Wró­ciło nie­przy­jemne uczu­cie, które dopa­dło Johna wcze­śniej w miesz­ka­niu. Jedno mar­twe dziecko to wystar­cza­jąca tra­ge­dia, ale na myśl o dwojgu zaczy­nał się zasta­na­wiać nad doko­na­nym wybo­rem zawodu.

-?O ile to oni -?odparł. -?Dla­czego ciała nie zostały odkryte wcze­śniej? Kość oboj­czyka musiała leżeć płytko, skoro zna­lazł ją ptak.

-?Można to wyja­śnić roz­ma­icie -?stwier­dził Ander­berg. -?Może zwłoki zostały spusz­czone na dno jeziora i czę­ści szkie­letu wypły­nęły dopiero teraz. Albo zie­mia przez lata stop­niowo ule­gała ero­zji, aż grób został odsło­nięty. Ulewa w dniu Wnie­bo­wstą­pie­nia Pań­skiego też mogła się do tego przy­czy­nić.

John przy­po­mniał sobie desz­czową pogodę sprzed tygo­dnia. Tre­ning Nicole został prze­ło­żony, więc nie musiał zestre­so­wany pędzić po pracy do domu, żeby ją pod­wieźć.

-?Jeśli ludziom z NCK uda się wyod­ręb­nić mate­riał DNA, czy wciąż mamy mate­riał gene­tyczny od bliź­nia­ków, żeby doko­nać porów­na­nia? -?zapy­tał.

-?Nie­stety nie. Krew odkryto na tere­nie lasu, bli­sko miej­sca, w któ­rym chłopcy zagi­nęli, ale po usta­le­niu grupy została zuty­li­zo­wana. W tam­tych cza­sach nie mie­li­śmy obec­nej wie­dzy.

Komen­dant wyglą­dał na zawsty­dzo­nego, choć prze­cież to nie z jego winy tech­no­lo­gia pobie­ra­nia DNA dotarła do Värmlandii dopiero póź­niej.

-?Czyli musimy pobrać nowe próbki do porów­na­nia? -?zapy­tał John. - Rodzice żyją?

Anders uniósł ręce.

-?Powoli, spo­koj­nie -?odparł. -?Zanim wło­żymy im do ust patyczki i znów wywró­cimy ich życie do góry nogami, musimy otrzy­mać pozy­tywną infor­ma­cję z Linköping.

-?Jasne, rozu­miem. Wiemy, czy na­dal miesz­kają w oko­licy?

-?Tak, miesz­kają. Matka prze­pro­wa­dziła się do Hammarö z nowym part­ne­rem, ale ojciec na­dal mieszka pod tym samym adre­sem w ?lvikshöjden.

John zwró­cił uwagę, że Ander­berg jest dobrze zorien­to­wany w nazwi­skach, które się poja­wiły w toku śledz­twa. Przy­po­mniał sobie, że komen­dant nie zawsze sie­dział w papie­rach. Daw­niej pra­co­wał rów­nież w tere­nie i czę­sto musiał ubru­dzić sobie ręce.

-?Mło­dzi Bro­di­no­wie zagi­nęli nie­długo po tym, jak dosta­łem pracę w poli­cji -?oznaj­mił, jakby czy­tał Joh­nowi w myślach. -?Ni­gdy nie pra­co­wa­łem przy tej spra­wie, ale w tam­tym roku poja­wiała się w roz­mo­wach, a ja pró­bo­wa­łem być na bie­żąco.

-?Mieli rodzeń­stwo? -?zapy­tał John.

-?Nie, byli tylko oni dwaj.

Ander­berg z wysił­kiem się­gnął po kar­to­nowe pudło leżące na tyl­nym sie­dze­niu.

-?Pro­szę bar­dzo -?powie­dział, poda­jąc je Joh­nowi. -?To są mate­riały ze śledz­twa. Nie ist­nieją w postaci cyfro­wej, więc trzeba korzy­stać z papieru. Chcę, abyś to przej­rzał.

John uchy­lił pokrywę.

-?Jedno pudło. To wszystko? -?zapy­tał.

-?Tak. Prawdę powie­dziaw­szy, kole­dzy nie­źle z tym utknęli.

-?Czyli zrzu­casz mi na głowę bez­na­dziejną sprawę?

-?Jeśli ktoś może popchnąć ją do przodu, to wła­śnie ty, Fre­drik.

Ander­berg posłał mu uśmiech. Był jedną z nie­wielu osób w szwedz­kiej poli­cji, które wie­działy, że Fre­drik Adams­son to przy­krywka byłego agenta FBI.

Po wnik­nię­ciu w sze­regi nige­ryj­skiej siatki nar­ko­ty­ko­wej w Bal­ti­more i zakoń­cze­niu pro­cesu sądo­wego John otrzy­mał nową toż­sa­mość i został objęty pro­gra­mem ochrony świad­ków. Łamiąc zasady obo­wią­zu­jące w Biu­rze, jako miej­sce swo­jego pobytu wybrał Karl­stad -?mia­sto, w któ­rym prze­żył pierw­szych dwa­na­ście lat życia, przed sepa­ra­cją rodzi­ców i prze­pro­wadzką z ojcem do Nowego Jorku.

Ni­gdy nie zamie­rzał długo zostać w Szwe­cji. Naj­wy­żej trzy mie­siące, żeby roz­wią­zać kilka kwe­stii z prze­szło­ści. Sprawy jed­nak nie poto­czyły się po jego myśli, a teraz sie­dział w samo­cho­dzie Ander­berga, miał na gło­wie moż­liwe podwójne mor­der­stwo i dzie­wię­cio­let­nią bra­ta­nicę cze­ka­jącą w domu.

Nicole nawet nie wie­działa, że jest jej wuj­kiem -?do tego stop­nia trzy­mał wszystko w tajem­nicy. W oczach tej dziew­czynki był jedy­nie zaan­ga­żo­wa­nym poli­cjan­tem, któ­rego poznała w związku z tra­giczną śmier­cią ojca.

-?Muszę już iść -?powie­dział, bio­rąc pudło z mate­ria­łami pod pachę.

-?Jasne, bie­gnij do Nicole.

Ander­berg naci­snął przy­cisk obok deski roz­dziel­czej, uru­cha­mia­jąc sil­nik.

-?Jesz­cze tylko jedno...

John, który zdą­żył już wysiąść z samo­chodu, nachy­lił się i wsu­nął głowę przez drzwi po stro­nie pasa­żera.

-?Tak?

Komen­dant posłał mu poważne spoj­rze­nie.

-?Infor­muj mnie na bie­żąco o tym, co się dzieje. Ze szcze­gó­łami. Tym razem chcę być bli­sko wyda­rzeń. Jeśli to jest kość jed­nego z bliź­nia­ków z Grums, roz­pęta się cho­lerny cyrk. Dzien­ni­ka­rze rzucą się na nas.

-?Pew­nie, nie ma pro­blemu -?odparł John i zamknął drzwi.

Odpro­wa­dził wzro­kiem mer­ce­desa, który powoli sunął asfal­tową drogą w stronę wyjazdu z par­kingu.

6.

Tor­gny patrzył na sio­strę nale­wa­jącą sobie kolejny kie­li­szek wina z kar­tonu. Naj­wy­raź­niej dosko­nale się nada­wało do picia, choć na kar­to­nie nie było kota. Wał­ko­wała histo­rię, którą Tor­gny sły­szał aż do znu­dze­nia. Cho­dziło o P?la Kratza i jego powrót do ?lvikshöjden.

Tor­gny znał kon­tekst, bo była to część jego dora­sta­nia. Po sąsiedzku z ich domem rodzin­nym miesz­kała Solveig z synem P?lem i córką Lin­neą, z nie­peł­no­spraw­no­ścią w stop­niu znacz­nym. Z "mon­go­łem", jeśli posłu­żyć się sło­wem, które Tor­gny i pozo­stałe dzie­ciaki z ulicy wykrzy­ki­wały za tą biedną dziew­czyną. Zawsze jed­nak tak, by nie sły­szała tego Solveig. Matka Lin­nei miała grube ramiona i trzy­mała w przed­po­koju trze­paczkę do dywa­nów wypo­sa­żoną w gwóźdź.

Dzieci bały się Solveig, a doro­śli szep­tali, że należy jej współ­czuć. Ojciec dzieci zwi­nął manatki, jak tylko się oka­zało, że córka nie jest taka jak trzeba.

Tor­gny pamię­tał, że kilka razy pró­bo­wał się bawić z jej star­szym bra­tem, P?lem. Byli rówie­śni­kami i w gim­na­zjum w Grums cho­dzili do rów­no­le­głych klas. Chło­pak nie radził sobie naj­le­piej. Był bez­na­dziejny w nogę, nie potra­fił nawet dzie­sięć razy pod­bić piłki stopą. Był skryty i naj­czę­ściej chciał po pro­stu sie­dzieć sam ze swo­imi komik­sami.

Jako nasto­la­tek P?l raczej nie zwra­cał na sie­bie uwagi. Zada­wał się z młod­szymi chło­pa­kami z ulicy i rzadko bywał na szkol­nych impre­zach. Naj­czę­ściej nazy­wano go po pro­stu bra­tem Mongo Lin­nei.

Aż do tygo­dnia po matu­rze.

Wów­czas wyszedł z cie­nia i tam­tego lata stał się głów­nym tema­tem roz­mów w ?lvikshöjden. P?l bez słowa wyje­chał z Grums. Kartka, którą według legendy zosta­wił na stole w kuchni, zapew­niła mu kul­towy sta­tus wśród rówie­śni­ków.

"Spa­dam stąd!" -?brzmiała podobno wia­do­mość.

Istny James Dean, który w nasy­co­nym siar­cza­nami poran­nym świe­tle pozo­sta­wiał za sobą bryłę budynku fabryki. Trudno być bar­dziej cool.

Tor­gny pamię­tał, że na ojcu nie zro­biło to rów­nie wiel­kiego wra­że­nia. "Solveig i bez tego ma ciężko jak cho­lera" -?mruk­nął i poszedł do sąsied­niego domu z worecz­kiem bułek, który wyjął z zamra­żal­nika. Został tam tak długo, że matka musiała wysłać Tor­gny'ego jako posłańca z infor­ma­cją, że kola­cja już gotowa.

Ivar dawał zbie­gowi tydzień. Twier­dził, że po tym cza­sie chło­pak wróci głodny i zawsty­dzony. Tor­gny też chyba był tego zda­nia. Ale P?l nie wró­cił.

O ile Tor­gny wie­dział, syn Solveig przez ponad trzy­dzie­ści lat nie poja­wił się w ?lvikshöjden. Zmie­niło się to przed kil­koma tygo­dniami. Wtedy nagle uru­cho­mił kosiarkę na sąsied­niej pose­sji, czym wystra­szył Sus­sie opa­la­jącą się na weran­dzie.

-?Pew­nie sku­sił go spa­dek -?stwier­dziła sio­stra i odkro­iła kawa­łek polę­dwicy na tale­rzu.

Halil doko­nał ope­ra­cji ratun­ko­wej i wyło­żył kawałki mięsa na bla­sze w pie­kar­niku. W rezul­ta­cie były czarne z wierz­chu i prze­pie­czone w środku.

-?O ile wiem, Solveig nie ma pie­nię­dzy. Całe życie prze­sie­działa w swoim skle­pie, szy­jąc zasłony -?powie­dział Tor­gny i odło­żył sztućce.

Najadł się ziem­nia­kami i nie­zdro­wymi ilo­ściami sosu bear­neń­skiego.

-?Jest wła­ści­cielką domu -?dodała Sus­sie. -?Sły­sza­łeś, ile Göran i Bir­gitta dostali za swój?

Tor­gny sły­szał. Ludzie z ?lvikshöjden o niczym innym nie mówili. Jakby cała ulica wygrała w lote­rii kodów pocz­to­wych.

-?A co na to Solveig? -?spy­tała Beatrice. -?Rozu­mie, że syn przy­je­chał w odwie­dziny?

-?W odwie­dziny? -?powtó­rzyła Sus­sie i posta­wiła kie­li­szek na cera­cie z taką siłą, że aż wychla­pała tro­chę wina. -?On się, kurde, wpro­wa­dził. Kto robi coś takiego sta­rej matce? Ukrywa się tak długo, a potem wraca jakby ni­gdy nic?

-?Nie sądzę, by potra­fiła go roz­po­znać -?odparł Halil, kiedy pyta­nie Beatrice zawi­sło w powie­trzu. -?Jej demen­cja jest coraz gor­sza.

-?Mnie roz­po­znaje.

Sio­stra Tor­gny'ego posłała mężowi bojowe spoj­rze­nie.

-?Tak, ale to co innego -?stwier­dził Halil. -?Zaglą­da­łaś tam codzien­nie przez kilka lat.

-?Otóż to -?odparła. -?Zaj­mo­wa­łam się nią i Lin­neą. Byłam w kon­tak­cie z opieką domową, pła­ci­łam rachunki i pil­no­wa­łam, by dom był w miarę czy­sty. Czyli robi­łam wszystko to, co powi­nien robić P?l, a tym­cza­sem trak­tuje mnie jak intruza.

-?Znowu się pokłó­ci­li­ście? -?zapy­tał Tor­gny.

Sus­sie ski­nęła głową.

-?Poszłam tam wczo­raj przed pracą, żeby zoba­czyć, czy wszystko w porządku. No i oczy­wi­ście się oka­zało, że ten idiota źle roz­ło­żył tabletki w dozow­niku Solveig. Alen­dro­nat ma dosta­wać we wtorki, a nie w czwartki. Krzyk­nę­łam więc do P?la, że ma się zwlec z łóżka, i zapy­ta­łam, czy chce pozba­wić życia swoją matkę.

Tor­gny patrzył, jak Halil zdej­muje oku­lary i zawsty­dzony masuje sobie nasadę nosa.

-?Myśli­cie, że mi podzię­ko­wał? -?cią­gnęła Sus­sie. -?O nie. Obra­ził się, że go obu­dzi­łam, i powie­dział, że muszę pukać przed wej­ściem.

Tak mocno kro­iła suchy kawa­łek mięsa, że nóż zary­so­wał talerz.

-?Nie bierz tego do sie­bie, Sus­sie -?kon­ty­nu­owała Beatrice -?ale to chyba nie takie dziwne, że w ten spo­sób reaguje. P?l rze­czy­wi­ście tam mieszka i musisz to usza­no­wać. Zaj­mo­wa­nie się Solveig i Lin­neą to teraz jego powin­ność, a nie twoja.

-?Ale on sobie nie radzi! Mam usiąść spo­koj­nie i pozwo­lić cioci umrzeć? To chcesz powie­dzieć?

-?Nie sądzę, by umarła, jeśli dosta­nie alen­dro­nat nie w ten dzień co trzeba -?powie­działa Beatrice. -?Daj P?lowi tro­chę czasu, a sama zoba­czysz, że nabie­rze wprawy.

Sus­sie roz­ło­żyła ręce w dra­ma­tycz­nym geście.

-?A skąd pew­ność, że znowu nie uciek­nie? Gdy pomy­ślę o tych wszyst­kich latach, w cza­sie któ­rych miał w nosie matkę i sio­strę, a całą robotę zrzu­cił na nas. Niech go szlag trafi. Nie tylko mnie to dotknęło, cie­bie rów­nież.

Ski­nęła głową w stronę Halila, a on nasu­nął oku­lary z powro­tem na nos.

-?Kosi­łem trawę i odśnie­ża­łem -?odparł. -?Nic wiel­kiego.

-?A co za to dosta­li­śmy? -?zapy­tała Sus­sie. -?Za to, że pil­no­wa­li­śmy, by wszystko było u niej w porządku? Nic, nawet podzię­ko­wa­nia.

-?To chyba nie­moż­liwe, że ode­szli­ście tak zupeł­nie z niczym? - zaopo­no­wała Beatrice. -?Za opiekę dostaje się prze­cież pie­nią­dze od gminy.

Sus­sie prych­nęła.

-?Takie gro­sze, że szkoda gadać.

-?Ale przy­naj­mniej samo­chód Solveig wygląda na wygodny. Jeź­dzi­li­ście nim w zeszłe waka­cje. Wokół jeziora Sil­jan, o ile dobrze pamię­tam.

Tor­gny poło­żył dłoń na ramie­niu żony. On też był zmę­czony zrzę­dze­niem Sus­sie, ale wie­dział, że pro­wo­ko­wa­nie sio­stry, gdy jest w takim nastroju, może się skoń­czyć tylko w jeden spo­sób. Nauczyło go tego doświad­cze­nie. Tyle razy trza­skała drzwiami swo­jego daw­nego dzie­cię­cego pokoju, że klamka na­dal była oblu­zo­wana.

-?Solveig nie ma nic prze­ciwko temu, byśmy cza­sem poży­czali audi - wyce­dziła Sus­sie.

-?Ale może P?l ma -?odparła Beatrice. -?Tu cię boli. W prze­ciw­nym razie samo­chód stałby na waszym pod­jeź­dzie gara­żo­wym, jak zwy­kle. Ale już nie stoi tam, tylko u Solveig.

-?Gdzie stoi czy nie stoi to nie twój zasrany inte­res.

Sus­sie zerwała się z krze­sła, pocią­ga­jąc za sobą sztućce. Nóż i wide­lec obiły się o jej spodnie i zosta­wiły na nich ślady sosu bear­neń­skiego, a potem wylą­do­wały na deskach. Wbie­gła do domu. Tor­gny'emu zro­biło się żal Halila, który musiał za nią poczła­pać, żeby ją uspo­koić.

-?Musisz być taka ostra? -?wyszep­tał do Beatrice, kiedy zostali sami na weran­dzie. -?Sus­sie naprawdę wiele zro­biła dla Solveig i Lin­nei. Bóg jeden wie, co by było, gdyby nie ona.

-?No tak, to oczy­wi­ście było głu­pie -?przy­znała Beatrice. -?Ale dener­wuje mnie, kiedy robi z sie­bie Flo­rence Nigh­tin­gale, a jed­no­cze­śnie sępi od nich samo­chód.

-?To prze­cież nie koniec świata, jeśli cza­sem go poży­czy.

-?Nie cho­dzi tylko o to. Przej­rzyj na oczy, Tor­gny. Stać nas na kupo­wa­nie polę­dwicy woło­wej w środku tygo­dnia? Jestem pewna, że to cio­cia płaci.

-?Nie mów o spra­wach, o któ­rych nie masz poję­cia -?odparł.

Beatrice wes­tchnęła.

-?Nie rozu­miem, dla­czego zawsze musisz brać stronę Sus­sie.

-?A ja nie rozu­miem, dla­czego zawsze musisz się na niej wyży­wać.

Na weran­dzie zapa­dła cisza. Nie ten pozba­wiony słów spo­kój, który Tor­gny nauczył się doce­niać, kiedy on i żona pili kawę w kuchni. Raczej jej dokucz­liwy wariant, który prę­dzej czy póź­niej musi zostać prze­rwany.

-?Czy ona cho­ciaż płaci czynsz? -?zapy­tała w końcu Beatrice.

-?Mama twier­dzi, że tak.

-?Ja wiem swoje. Ni­gdy cię nie dener­wuje, że po pro­stu się tu wpro­wa­dziła z dzie­cia­kami i prze­jęła to miej­sce?

-?Możemy o tym poroz­ma­wiać innym razem? -?popro­sił Tor­gny.

Wstał, zdra­pał zaschnięte resztki z tale­rzy i usta­wił je w stos na stole. Wrzu­cił nie­zje­dzone mięso do formy, w któ­rej były ziem­niaki, i pod przy­kry­ciem posta­wił ją na grillu, żeby do resz­tek nie dobrały się ptaki. Beatrice pozbie­rała kie­liszki i wylała nie­do­pite wino na traw­nik.

-?Nie wnie­siemy do środka naczyń? -?zapy­tała, kiedy skoń­czyli.

-?Nie, zosta­wimy to Hali­lowi. Lepiej chodźmy już do domu.

7.

W pią­tek John dotarł do komi­sa­riatu o wpół do dzie­wią­tej rano, po pod­wie­zie­niu Nicole do szkoły. Na kola­nach miał pudło z mate­ria­łami ze śledz­twa w spra­wie bliź­nia­ków z Grums, które dał mu Ander­berg. Zamie­rzał zacząć je czy­tać już poprzed­niego wie­czoru, ale bra­ta­nica miała kło­poty ze snem i popro­siła, żeby się poło­żył w swoim łóżku po dru­giej stro­nie skła­da­nej ścianki. Skoń­czyło się tak, że John zasnął pierw­szy, a obu­dził się z powodu prze­klę­tego słońca -?jak zwy­kle o nie­ludz­kiej porze.

Wje­chał windą na pierw­sze pię­tro, gdzie mie­ścił się wydział kry­mi­nalny. Drzwi więk­szo­ści pokoi w kory­ta­rzu były zamknięte. Przez szyby widział, że kole­dzy stu­kają w kla­wi­sze, żeby nad­go­nić biu­rową robotę, która zale­gała w ciągu tygo­dnia.

John zosta­wił pudło z doku­men­tami w swoim gabi­ne­cie i poszedł do auto­matu z kawą w pokoju socjal­nym. Maszyna jak zwy­kle syczała i pry­chała, jakby każda przy­go­to­wana przez nią kawa miała być tą ostat­nią. Nie na darmo opa­trzono ją tabliczką z napi­sem: Uwaga na poli­cyjną kawę.

-?Sma­kuje nie za dobrze, co? -?usły­szał za sobą głos.

John odwró­cił się i zoba­czył w drzwiach Ulfa Törnera, zwa­nego Zawod­nym. Miał na sobie strój, który wyglą­dał jak wio­senna kolek­cja dla funk­cjo­na­riu­szy poli­cji kry­mi­nal­nej w Karl­stad: nie­fo­remne dżinsy, koszulkę polo i pod­róbki butów Bir­ken­stock.

Miał oka­zję bli­sko współ­pra­co­wać z kolegą przy kilku śledz­twach i rozu­miał, dla­czego prze­zwi­sko tak się przy­jęło. Facet nie był głupi, wręcz prze­ciw­nie. Chęt­nie za to wyko­ny­wał robotę po łeb­kach, jeśli dzięki temu mógł pójść do domu kilka godzin wcze­śniej. Za Ulfem cią­gnął się cały sznur nie­sta­ran­nie prze­pro­wa­dzo­nych docho­dzeń, przez które pro­ku­ra­to­rzy w sądzie mieli kło­poty. O ile w ogóle docho­dziło do tego etapu. Naj­czę­ściej Ulf "zawo­dził" wcze­śniej. Poza tym prze­zwi­sko odno­siło się do jego dzia­łal­no­ści w związ­kach zawo­do­wych. Kiedy głosy kry­tyki z powodu nie­uda­nego śledz­twa sta­wały się zbyt gło­śne, wyszu­ki­wał jakąś kon­fe­ren­cję o pra­wie pracy i na kilka dni ucie­kał z pola bitwy.

-?Dopóki zawiera kofe­inę, prze­żyję -?powie­dział John i wypił łyk kawy.

-?Wkrótce nastąpi koniec męczarni -?oznaj­mił Ulf z dumą w gło­sie. - Ander­berg pozwo­lił mi zamó­wić nowy auto­mat.

-?Poważ­nie? -?zdzi­wił się John.

Komen­dant był znany z trzy­ma­nia pie­nię­dzy mocno w gar­ści.

-?No tak, tutej­sza kawa jest pro­ble­mem BHP, a zatem jako przed­sta­wi­ciel per­so­nelu muszę się wyka­zać sta­now­czo­ścią. Przy odro­bi­nie szczę­ścia dostar­czą go już w przy­szłym tygo­dniu.

-?Brzmi dobrze -?stwier­dził John i wyszedł z kawą na kory­tarz.

Doświad­cze­nie nauczyło go, że z kolegą należy roz­ma­wiać krótko, bo w prze­ciw­nym wypadku ist­niało ryzyko, że nie prze­sta­nie gadać.

Po powro­cie do swo­jego gabi­netu John roz­siadł się na krze­śle. Uło­żył notatki śled­cze, wydruki prze­słu­chań i raporty tech­niczne z pudła w schludne rzędy na biurku i zaczął prze­glą­dać mate­riały.

Bra­cia Jens i Jonas Bro­di­no­wie wyszli z willi w ?lvikshöjden tuż po sie­dem­na­stej siód­mego paź­dzier­nika tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego szó­stego roku. Ich matka, Hil­levi, kazała im być w pobliżu i wró­cić do domu na kola­cję o dzie­więt­na­stej. Kiedy się nie poja­wili, wyszła ich poszu­kać. Dzwo­niła do drzwi sąsia­dów, któ­rzy mieli dzieci w tym samym wieku, żeby pytać, czy nie ma u nich Jensa i Jonasa, ale oni tylko krę­cili gło­wami. Chwilę póź­niej przy placu zabaw zna­la­zła ich BMX-y i wtedy zaczęła się naprawdę mar­twić. Wie­działa, że syno­wie kochali swoje rowery i ni­gdy by ich nie zosta­wili.

John wyjął brą­zową kopertę z pry­wat­nymi zdję­ciami, które matka braci udo­stęp­niła śled­czym. Musieli być bliź­nię­tami jed­no­ja­jo­wymi, pomy­ślał. Wyglą­dali nie­mal iden­tycz­nie -?mieli pro­ste jasno­brą­zowe włosy, psotne spoj­rze­nia i odsta­jące uszy. Jens i Jonas Bro­di­no­wie w chwili zagi­nię­cia mieli dzie­sięć lat, o rok wię­cej niż Nicole teraz.

John czy­tał dalej. Tele­fon pod numer alar­mowy został wyko­nany o dwu­dzie­stej pierw­szej sie­dem­na­ście. Radio­wóz przy­je­chał na miej­sce pół godziny póź­niej. Poli­cjanci spi­sali zezna­nia Hil­levi. Według nota­tek matka chłop­ców była zroz­pa­czona, ale na pyta­nia odpo­wia­dała skład­nie i jasno. Syno­wie ni­gdy wcze­śniej nie zagi­nęli, nikt nie gro­ził, że zrobi im coś złego. Ojciec chłop­ców, Ken­neth Bro­din, był w podróży służ­bo­wej w Fin­lan­dii i miał wró­cić do domu jak naj­szyb­ciej.

Po roz­mo­wie z dowódcą do ?lvikshöjden wysłano jesz­cze jeden wóz, żeby wspo­móc poszu­ki­wa­nia. Sąsie­dzi rodziny rów­nież poma­gali. O dru­giej trzy­dzie­ści prace zostały prze­rwane. Chłop­ców na­dal nie zna­le­ziono.

John poczuł ten sam nara­sta­jący nie­po­kój, co wcze­śniej kole­dzy po fachu. W przy­pad­kach zagi­nięć czas był czyn­ni­kiem decy­du­ją­cym. Szanse na szczę­śliwe zakoń­cze­nie malały z każdą godziną.

Następ­nego ranka wzno­wiono poszu­ki­wa­nia ze świeżą inten­syw­no­ścią. Do akcji włą­czono psy i w nie­dłu­gim cza­sie jeden z nich wska­zał kon­kretny punkt w lesie, nie­całe sto metrów na pół­noc od placu zabaw.

Poli­cjanci zna­leźli tam ślady krwi na ziemi. Ilość krwi trudno było osza­co­wać, bo czę­ściowo została wchło­nięta przez pod­łoże. Obsta­wiali, że może to być mniej wię­cej dwie­ście mili­li­trów.

John spoj­rzał na raport tech­ni­ków. Krew z lasu miała tę samą grupę co chłop­ców: A Rh+. Zna­le­zi­sko mocno wska­zy­wało na to, że padli ofiarą prze­mocy. Nie dało się stwier­dzić, czy obaj stra­cili krew, czy tylko jeden z nich. Zgod­nie z przy­pusz­cze­niem Johna, byli bliź­nia­kami jed­no­ja­jo­wymi i mieli tę samą grupę krwi.

Następny krok w śledz­twie pole­gał na zaan­ga­żo­wa­niu pro­ku­ra­tora. To była stan­dar­dowa pro­ce­dura przy tak poważ­nych podej­rze­niach. Roz­po­czy­nano postę­po­wa­nie przy­go­to­waw­cze pod kątem upro­wa­dze­nia lub zabój­stwa.

Dzięki pomocy świadka, który po połu­dniu widział bliź­nia­ków, spo­rzą­dzono linię czasu. John z całych sił sta­rał się ją roz­szy­fro­wać. Naj­wy­raź­niej kiedy trzy­dzie­ści cztery lata wcze­śniej dru­ko­wano doku­ment, koń­czył się tusz. Im niżej na stro­nie, tym bled­sze były litery.

17.10. Chłopcy opusz­czają miesz­ka­nie w ?lvikshöjden.

18.00. Chłopcy zostają zauwa­żeni na placu zabaw przez parę eme­ry­tów, któ­rzy wybrali się na wie­czorny spa­cer. Plac zabaw mie­ści się przy wjeź­dzie na osie­dle miesz­ka­niowe.

18.15. Chłopcy są ponow­nie widziani na placu zabaw, tym razem przez pięt­na­sto­latka, który jechał moto­ro­we­rem do mia­sta.

Tam ślad Jensa i Jonasa Bro­di­nów się ury­wał. Przez kolejne tygo­dnie trwały inten­sywne poszu­ki­wa­nia, ale dzieci nie udało się zna­leźć. John zwró­cił uwagę, że notatki śled­czych sta­wały się coraz bar­dziej zwię­złe w miarę utraty nadziei, że chłop­ców uda się odna­leźć żywych.

Śled­czy oczy­wi­ście przyj­rzeli się bli­żej oso­bom z oto­cze­nia bliź­nia­ków. Szcze­gólną uwagę poświę­cili rodzi­com. Hil­levi Bro­din pra­co­wała w Grums jako eks­pe­dientka. Jej wer­sja wyda­rzeń z feral­nego popo­łu­dnia i wie­czoru została potwier­dzona przez sąsia­dów.

Ken­neth Bro­din przy­je­chał do ?lvikshöjden dzień po zagi­nię­ciu i został prze­słu­chany w domu. Zeznał, że prze­by­wał za gra­nicą, tak też wcze­śniej mówiła jego żona. Pra­co­wał jako kon­ser­wa­tor w fabryce papieru Gruvön i czę­sto był wysy­łany do innych pla­có­wek nale­żą­cych do kon­cernu, żeby poma­gać. Na brzegu wydruku z trans­kryp­cją ktoś dopi­sał ręcz­nie: "Spraw­dzić fabrykę". John zaczął szpe­rać w doku­men­tach i zna­lazł notatkę z tego samego dnia, w któ­rej lokalny kie­row­nik Gruvön potwier­dzał wyjazd do Fin­lan­dii.

Żadne z rodzi­ców nie figu­ro­wało w reje­strze kar­nym. To samo można było powie­dzieć o innych doro­słych -?nauczy­cie­lach i tre­ne­rach spor­to­wych - któ­rzy mieli regu­larny kon­takt z chłop­cami. Poza tym więk­szość przed­sta­wiła alibi na czas, o który cho­dziło.

Kiedy naj­bliż­sze oto­cze­nie zostało spraw­dzone, śled­czy zaczęli zata­czać coraz szer­sze kręgi w poszu­ki­wa­niu sprawcy. Na prze­słu­cha­nie wezwano ludzi ska­za­nych w Värmlandii za pedo­fi­lię, ale żaden z nich nie mógł zostać powią­zany z ?lvikshöjden ani nie zacho­wy­wał się w spo­sób uza­sad­nia­jący pod­ję­cie wobec niego dal­szych czyn­no­ści.

John nie­mal sły­szał prze­kleń­stwa rzu­cane pod nosem przez kole­gów, gdy każda kolejna ini­cja­tywa koń­czyła się ślepą uliczką. Bez postę­pów machina śled­cza zwal­niała. Prze­rwy mię­dzy kolej­nymi akcjami detek­ty­wów były coraz dłuż­sze, a w grud­niu tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego ósmego roku -?nieco ponad dwa lata po zagi­nię­ciu chłop­ców -?śledz­two umo­rzono.

John wstał z krze­sła i roz­pro­sto­wał plecy. Dopiero wtedy się zorien­to­wał, jak bar­dzo był zesztyw­niały po kilku godzi­nach sie­dze­nia. Jeśli plan Ander­berga pole­gał na spra­wie­niu, że ta sprawa go pochło­nie, oka­zał się sku­teczny.

Pro­blem ze sta­rymi śledz­twami, które nale­żało wzno­wić, czę­sto pole­gał na braku natu­ral­nego punktu star­to­wego. Nie było żad­nego miej­sca zbrodni do zba­da­nia ani nowych świad­ków, z któ­rymi dałoby się poroz­ma­wiać. Jed­nak sprawa bliź­nia­ków z Grums wyglą­dała ina­czej, a John mógł to zawdzię­czać pta­kowi.

Ten oboj­czyk musiał skądś się wziąć, pomy­ślał, wyj­mu­jąc tele­fon komór­kowy z wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki.

Naj­bliż­szego orni­to­loga dzie­liło od niego zale­d­wie jedno wyszu­ki­wa­nie w inter­ne­cie.

8.

Tor­gny wes­tchnął. Piąt­kowe wia­do­mo­ści w tele­wi­zji nie róż­niły się od tego, co można było obej­rzeć w inne dni tygo­dnia. To samo gówno, wał­ko­wane każ­dego wie­czoru, dzień po dniu. Strze­la­niny, inte­resy nar­ko­ty­kowe i poważne kra­dzieże popeł­niane przez ludzi, któ­rych ni­gdy nie powinno się wpu­ścić do kraju. Przed­mie­ścia dużych miast to był praw­dziwy Dziki Zachód, rzą­dzony przez gangi, które robiły tam, co chciały.

Nawet Grums miało swoje pro­blemy. Tor­gny pamię­tał aferę sprzed kilku lat, gdy grupa mło­dych imi­gran­tów ter­ro­ry­zo­wała całe osie­dle. Naj­bar­dziej krewcy kole­dzy z fabryki mówili, że trzeba powo­łać straż oby­wa­tel­ską.

?kesson miał rację od początku, pomy­ślał Tor­gny, gdy lider Szwedz­kich Demo­kra­tów poja­wił się na ekra­nie. Na długo przed­tem, nim któ­ry­kol­wiek inny poli­tyk nabrał odwagi do mówie­nia o pro­ble­mie z dużą liczbą imi­gran­tów, on mówił, jak jest. Że Szwe­dzi stają się obco­kra­jow­cami we wła­snym kraju.

W Grums była cukier­nia, którą on i Beatrice odwie­dzali, gdy Mar­kus był dziec­kiem. Synek lubił liczyć ciastka księż­niczki, maza­rynki i dani­sze, usta­wione w ide­al­nych rzę­dach w szkla­nej gablo­cie. Dziś to miej­sce nosiło nazwę Mały Dama­szek i gdyby Tor­gny'emu przy­szło do głowy napić się tam kawy, byłby jedy­nym Szwe­dem w lokalu.

Obcym, tak jak mówił ?kesson.

Mimo to Tor­gny nie gło­so­wał na niego w ostat­nich wybo­rach. Chło­paki z roboty mogły sobie robić, co chciały, ale on zamie­rzał się trzy­mać socja­li­stów. Gdyby zawiódł tę par­tię, ojciec nie prze­wra­całby się w gro­bie, a wiro­wał w nim jak koło łopat­kowe statku w Borgviksälven.

Tor­gny wyłą­czył tele­wi­zor i poszedł do kuchni pod­grzać zapie­kankę rybną, którą przy­go­to­wała mu Beatrice. Pra­wie nie zdą­żyli poroz­ma­wiać po pracy, zamie­nili tylko parę słów, kiedy pod­wo­ził ją do auto­busu.

Wie­czory klubu książki w Karl­stad były święte i wpi­sane do wspól­nego kalen­da­rza czer­wo­nym dłu­go­pi­sem. Kole­żanki spo­ty­kały się przez cały okres stu­diów na uczelni, obec­nie noszą­cej nazwę uni­wer­sy­tetu. Beatrice prze­rwała socjo­lo­gię w trak­cie dru­giego seme­stru, bo zaszła w ciążę, ale na­dal utrzy­my­wała z nimi kon­takt.

Tor­gny wie­dział, że jest małost­kowy, ale nie potra­fił się nie zło­ścić na te ich całe Książki i Bąbelki. Tak się nazy­wał ich klub. Samo to, że miał nazwę, było tak śmieszne i nadęte, że aż mu się chciało rzy­gać. On cho­dził na mecze gra­ją­cej u sie­bie dru­żyny Färjestad z Hali­lem i kil­koma innymi chło­pa­kami z ulicy, ale z tego powodu nie musieli sobie robić koszu­lek z napi­sem "Hoke­jowe chło­paki z ?lvikshöjden".

Mężo­wie mieli ści­sły zakaz przy­cho­dze­nia na spo­tka­nia klubu książki. Z jed­nym wyjąt­kiem: dorocz­nego spo­tka­nia bożo­na­ro­dze­nio­wego u Lin­de­rów, któ­rzy mieli w Hammarö dużą willę z wła­snym pomo­stem i sauną. Męż­czyźni pocili się na ław­kach, pijąc piwo, a kobiety w salo­nie dys­ku­to­wały o lite­ra­tu­rze. Potem wszy­scy spo­ty­kali się w pokaź­nej wiej­skiej kuchni i wci­nali pokusę Jans­sona, szynkę i żeberka.

Tor­gny nie­na­wi­dził świą­tecz­nych spo­tkań u Lin­de­rów. Czuł się nie na miej­scu w sau­nie z innymi męż­czy­znami, któ­rzy roz­ma­wiali tylko o biz­ne­sie i wspól­nych zna­jo­mych. Przy jedze­niu tematy roz­mów były bar­dziej zróż­ni­co­wane, ale wtedy miał już za sobą tak dłu­gie mil­cze­nie, że dziw­nie byłoby się ode­zwać.

Jego spo­łeczna nie­po­rad­ność i tak nie była jesz­cze naj­gor­sza, mógł z nią żyć. Tor­gny czuł się źle przez kilka dni po tych spo­tka­niach, bo widział, że Beatrice bawiła się na nich tak dobrze. Jaśniała takim bla­skiem jak świece na stole, z entu­zja­zmem i ener­gią rzu­cała się na każdy poru­szany temat. W samo­cho­dzie w dro­dze do domu zawsze mil­czała, a on z nie­po­ko­jem zasta­na­wiał się, o czym myśli.

Mikro­fa­lówka brzęk­nęła i Tor­gny wyjął z niej talerz -?przez ście­reczkę do naczyń, żeby się nie popa­rzyć. Poszedł z jedze­niem na kanapę i rozej­rzał się po salo­nie. Cie­kawe, jakie kosz­towne plany remontu miesz­ka­nia przy­nie­sie ze sobą z klubu książki tym razem, pomy­ślał. Pie­nią­dze ni­gdy jej się nie trzy­mały. Komi­nek był u nich od zimy, a rok wcze­śniej Tor­gny poma­lo­wał ściany na kolor, który sam uwa­żał za brą­zowy, ale Beatrice wyja­śniła, że to caff? latte.

Jedy­nym meblem pozo­sta­ją­cym poza strefą zagro­że­nia wymianą było pia­nino Mar­kusa. Któ­re­goś razu Tor­gny zapro­po­no­wał, by prze­nie­śli je w inne miej­sce pokoju. Beatrice się nie zgo­dziła. Miało stać tam gdzie zawsze i cze­kać na zręczne paluszki syna, gdy tylko przyj­dzie w odwie­dziny.

Tor­gny wes­tchnął, wyjął z kie­szeni komórkę i wszedł na stronę inter­ne­tową Lexusa. Odbył jazdę próbną mode­lem RX tyle razy, że szef salonu zaczął mam­ro­tać pod nosem, że dar­mowa kawa jest dla klien­tów. Fan­ta­stycz­nie byłoby pew­nego dnia zamknąć gębę temu męczą­cemu sukin­sy­nowi, wyj­mu­jąc czek na wyma­ganą sumę i kła­dąc mu go przed nosem.

Zazwy­czaj Tor­gny prze­ry­wał marze­nia w tym miej­scu. Przy­po­mi­nał sobie, że sześć­set tysięcy koron to astro­no­miczna suma, i zaczy­nał prze­glą­dać uży­wane samo­chody na stro­nie Bloc­ket. Tego wie­czoru było jed­nak ina­czej. Cho­dził do pracy od dzie­więt­na­stego roku życia, nie korzy­stał z urlopu ojcow­skiego i pra­wie nie bywał na zwol­nie­niu lekar­skim. Coś mu się w końcu nale­żało.

Wziął notat­nik, dłu­go­pis i praw­dziwy kal­ku­la­tor -?ten w tele­fo­nie był do niczego -?i wró­cił na kanapę. Wkład w gotówce wyno­sił dwa­dzie­ścia pro­cent. Czyli gdzieś około stu dwu­dzie­stu, stu trzy­dzie­stu tysięcy, w zależ­no­ści od opcji. Resztę poży­czyłby w fir­mie moto­ry­za­cyj­nej. Na swo­jej stro­nie inter­ne­to­wej zapew­niali, że udzie­lają poży­czek na korzyst­nych warun­kach. Otwo­rzył konto inter­ne­towe i spraw­dził saldo konta oszczęd­no­ścio­wego. Nieco ponad czter­dzie­ści tysięcy. Nawet gdyby udało mu się sprze­dać volvo za dwa­dzie­ścia, i tak byłby dopiero w poło­wie drogi. Chyba że...

Jego wzrok padł na dru­gie konto, które otrzy­mało nazwę "Oszczęd­no­ści dla Mar­kusa". Zało­żył rachu­nek przy oka­zji chrztu Mar­kusa i tego samego dnia doko­nał pierw­szej wpłaty. Od tam­tego czasu co mie­siąc prze­le­wał trzy­sta koron z wypłaty. Miał to być fun­dusz na pierw­sze miesz­ka­nie Mar­kusa. Ivar zro­bił coś podob­nego z myślą o Tor­gnym. Wła­śnie dzięki tym wpła­tom ojca on i Beatrice mogli sobie pozwo­lić na kupno wła­snego domu w ?lvikshöjden.

Pro­blem -?o ile można było tak powie­dzieć -?pole­gał na tym, że Mar­kus nie potrze­bo­wał pie­nię­dzy. Był z wykształ­ce­nia infor­ma­ty­kiem i już na stu­diach zaczął zara­biać jako fre­elan­cer w fir­mach kra­jo­wych i zagra­nicz­nych. Kiedy przed dwoma laty kupił miesz­ka­nie w Sztok­hol­mie, Tor­gny dowie­dział się o tym dopiero po jakimś cza­sie. Syn nie chciał, by "nakrę­cał się licy­ta­cją".

Kiedy Tor­gny wresz­cie poznał koszt tego trzy­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia na Oden­plan, wszystko stało się jasne. Kapi­tał, któ­rego uzbie­ra­nie zajęło mu kil­ka­dzie­siąt lat, wystar­czyłby zale­d­wie na kilka metrów kwa­dra­to­wych.

On i Mar­kus ni­gdy nie roz­ma­wiali ze sobą o pie­nią­dzach. Prze­lew w wyso­ko­ści trzy­stu koron na­dal wycho­dził dwu­dzie­stego szó­stego dnia każ­dego mie­siąca. Z odset­kami kwota wyno­siła obec­nie pra­wie sto pięć­dzie­siąt tysięcy.

Wię­cej niż wyma­gany wkład wła­sny za samo­chód.

Tor­gny upu­ścił dłu­go­pis na notat­nik, nic nie zapi­saw­szy. Mate­ma­tyka nie sta­no­wiła pro­blemu. Pie­nią­dze były dostępne, musiał tylko zadzwo­nić do Mar­kusa i popro­sić o pozwo­le­nie na ich uży­cie. I poni­żyć się, dodał cicho w myślach. Nawet jeśli syn dobrze sobie radził sam i z pew­no­ścią nie żało­wałby sta­remu ojcu nowego samo­chodu, taka prośba wyda­wała się nie­sto­sowna. Zwłasz­cza że Mar­kus aku­rat był na waka­cjach na dru­gim końcu świata.

Zde­ner­wo­wany Tor­gny wyszedł z kuchni, zdra­pał resztki z tale­rza i wło­żył go do zmy­warki. Otwo­rzył lodówkę, wyjął piwo, ale wsta­wił je z powro­tem. Naj­wy­raź­niej nawet w tak pro­stej kwe­stii nie potra­fił pod­jąć decy­zji.

Trzy godziny póź­niej do domu weszła Beatrice. Oka­zało się, że na przy­stanku w Grums wpa­dła na sąsiadkę, która pod­wio­zła ją do ?lvikshöjden. Tor­gny wyszedł jej na spo­tka­nie w przed­po­koju. Pró­bo­wał scho­wać do kie­szeni swoją nie­chęć do Ksią­żek i Bąbel­ków.

-?Jak było, kocha­nie? -?spy­tał, wie­sza­jąc jej płaszcz.

-?Super­miło -?odpo­wie­działa i zdjęła jeden but.

Tor­gny zauwa­żył, że ma kło­poty z utrzy­ma­niem rów­no­wagi.

-?Yvonne dostała nową pracę, sta­no­wi­sko kie­row­ni­cze w gmi­nie. Kupiła z tej oka­zji trzy butelki praw­dzi­wego szam­pana.

Tor­gny odru­chowo się roze­śmiał. Zawsze to podej­rze­wał. Bąbelki były waż­niej­sze od ksią­żek.

-?Boże, ależ on był dobry -?cią­gnęła Beatrice. -?Nie taki słodki jak...

Tor­gny dokoń­czył za nią:

-?...jak to tanie gówno, które pijemy w Grums.

-?Prze­stań. Nie to chcia­łam powie­dzieć.

Beatrice minęła go i weszła do kuchni. Usły­szał, że odkrę­ciła kran i cze­kała, aż woda zrobi się zimna.

-?Nie obra­żaj się, tylko żar­to­wa­łem! -?krzyk­nął.

-?Wcale nie żar­to­wa­łeś. Idę się poło­żyć.

Weszła po scho­dach do sypialni, trzy­ma­jąc w ręce dużą szklankę z wodą.

Niech to szlag, pomy­ślał Tor­gny.

Beatrice była w domu naj­wy­żej trzy minuty, a już zdą­żyli się przez niego pokłó­cić.

Usły­szał klik­nię­cie drzwi łazienki na górze. Zazwy­czaj nie zamy­kała się na zamek, ale tym razem tak zro­biła. Był to jasny komu­ni­kat dla Tor­gny'ego, że przed spa­niem musi się umyć w łazience na dole.

Jego spoj­rze­nie padło na torebkę Beatrice sto­jącą na pod­ło­dze w przed­po­koju. Suwak był uchy­lony, ze środka wysta­wał błysz­czący kata­log. Z biura podróży Tic­ket.

Tor­gny wyjął go i zauwa­żył, że żona zagięła róg jed­nej ze stron. Otwo­rzył i prze­czy­tał nagłó­wek:

Wybierz się z nami na wyprawę do magicz­nych lasów desz­czo­wych Bor­neo.

Wybór celu podróży nie był dla niego zaska­ku­jący. Odkąd wiele lat temu Beatrice obej­rzała film doku­men­talny, mówiła, że chce się wybrać na tę wyspę.

Tor­gny poszedł do kuchni i wyrzu­cił kata­log do kosza na śmieci. Czy ona nie rozu­miała, że są w zupeł­nie innej lidze niż reszta kobiet z klubu książki? On co prawda nie­źle zara­biał, ale jej pen­sja w domu opieki to była kpina. Wspólny port­fel naprawdę nie pozwa­lał na podróż do dżun­gli po dru­giej stro­nie świata.

Znów otwo­rzył lodówkę i wziął butelkę piwa. Pierw­sze łyki upił na sto­jąco. Piwo się spie­niło i spły­nęło mu po bro­dzie. Wytarł ją grzbie­tem dłoni i usiadł przy stole.

Beatrice była jego naj­więk­szym osią­gnię­ciem i wszy­scy wyda­wali się co do tego zgodni. Nie wolno mu było jej stra­cić. Raz już do tego doszło, a wtedy grunt usu­nął mu się spod nóg.

Zostali parą, gdy ona cho­dziła do dru­giej klasy liceum, a on wła­śnie dostał pracę w fabryce. Kiedy zaczęła stu­dia, Tor­gny zapro­po­no­wał, by kupili razem miesz­ka­nie w Grums. Beatrice się opie­rała. Chciała miesz­kać w aka­de­miku w Karl­stad.

Odwie­dzał ją tak czę­sto, jak mógł, ale już po mie­siącu poczuł dystans mię­dzy nimi. Beatrice była wyco­fana, wolała spę­dzać czas z nowymi przy­ja­ciółmi. Zanim liście spa­dły z drzew, zerwała z nim.

W Boże Naro­dze­nie nie chciał iść na imprezę w hotelu pra­cow­ni­czym. Kum­pel zacią­gnął go tam, mówiąc, że czas wyjść z dołka i zacząć się oglą­dać za innymi dziew­czy­nami. Pokrze­piony kil­koma gro­gami Tor­gny sta­nął w dłu­giej kolejce. Kiedy ochro­niarz po chwili waha­nia wpu­ścił go do środka, oka­zało się, że przy barze stoi Beatrice.

Tor­gny poczuł się, jakby prze­szył go prąd. W pierw­szym odru­chu chciał wybiec na zimowy wie­czór i scho­wać się w zaspie śnież­nej. Byle tylko nie widzieć jej wyobra­żo­nego chło­paka z Karl­stad, któ­rego tutaj pew­nie zapro­siła na egzo­tyczny wie­czór w opa­rach siar­cza­nów.

Nie zro­bił tego jed­nak, lecz obser­wo­wał ją z daleka. Sko­czył do toa­lety, gdzie ochla­pał sobie twarz zimną wodą i prze­cze­sał dłońmi włosy. Potem odwa­żył się do niej podejść.

Po kilku nie­zręcz­nych fra­zach grzecz­no­ścio­wych zde­ner­wo­wa­nie minęło. Rze­czy­wi­ście miała chło­paka. Ale nie można było na niego liczyć. Beatrice powie­działa, że też nie chciała iść do hotelu, ale i ją prze­ko­nała przy­ja­ciółka. Śmiali się, a kiedy stwier­dziła, że to na pewno prze­zna­cze­nie, Tor­gny poczuł, że mrozi go od środka. Może mimo wszystko miał szansę.

W nocy poszli ze sobą do łóżka w jego miesz­ka­niu.

Po wszyst­kim -?kiedy zasnęła obok niego -?posta­no­wił, że znów będą razem. Będzie przy niej, ale bez narzu­ca­nia się. Po pro­stu poczeka na odpo­wied­nią oka­zję i wyj­dzie na pro­wa­dze­nie. Oczy­wi­ście wtedy nie wie­dział, że pomoże mu w tym embrion, który wkrótce zacznie rosnąć w jej brzu­chu.

Dopił resztkę piwa i otwo­rzył szafkę pod zle­wem. Wyjął kata­log biura podróży z kosza na śmieci i oczy­ścił okładkę ście­reczką do naczyń. Kawa­łek zapie­kanki ryb­nej przy­kleił się do lazu­ro­wego morza, które zachę­cało czy­tel­ni­ków do odwie­dze­nia "nie­zna­nych raj­skich wysp Kara­ibów".

Wszedł do toa­lety, opróż­nił pęcherz i umył zęby. Wysi­lił się na swój naj­lep­szy uśmiech i wszedł po scho­dach z kata­lo­giem w ręce. Pomy­ślał, że przy odro­bi­nie szczę­ścia może uda mu się zamie­nić podróż na Bor­neo na tydzień lub dwa na Kana­rach.