9.
John włączył prawy kierunkowskaz i podjechał pod stadion sportowy w Grums. Choć był wczesny sobotni poranek, na parkingu już stało kilka
samochodów. Na skraju lasu, gdzie zaczynało się oświetlone sztucznym
światłem pole, dwóch starszych sportowców próbowało rozgrzać swoje
wyraźnie zesztywniałe ciała.
Zatrzymał się przy siłowni plenerowej, kawałek od pozostałych pojazdów.
Chryslera kupił z czystej frustracji, by uniknąć manualnej skrzyni
biegów, która w cywilnych pojazdach szwedzkiej policji w dalszym ciągu
stanowiła standard. Pojazd był ogromny. John nie chciał ryzykować, że
jakiś napęczniały od kwasu mlekowego mieszkaniec Grums zarysuje mu
lakier.
Wyłączył silnik, wysiadł i poszedł na stadion. Był weekend, więc
rozważał, czy zabrać Nicole ze sobą do Grums. Mogła poczekać w samochodzie, gdy będzie rozmawiał z ornitolożką z gminy. W końcu mimo
wszystko postanowił zostawić bratanicę z tabletem w domu. W końcu miało
go nie być zaledwie parę godzin, a wolał uniknąć pytań, które obecność
dziewczynki niewątpliwie by wzbudziła.
Ornitolożkę Marielle Bergman nietrudno było znaleźć. Miała na sobie
praktyczny strój i czekała na jednej z drewnianych ławek przy krótszym
boku boiska. Była młodsza, niż przypuszczał, kiedy rozmawiali przez
telefon. Mogła mieć dwadzieścia pięć -?trzydzieści lat.
-?Dziękuję, że znalazłaś czas -?powiedział, kiedy już się sobie
przedstawili.
-?Nie ma problemu -?odparła. -?Wczoraj całe popołudnie przesiedziałam na
zebraniach, a nie chciałam kazać policji czekać aż do poniedziałku.
Ruszyli razem w kierunku niebiesko-białej taśmy drżącej na wietrze na
skraju lasu.
-?Co chcesz wiedzieć? -?zapytała, kiedy już weszli na ogrodzony teren.
-?Na początek: jaki ptak tutaj mieszkał? -?zapytał John, wskazując na
zdemolowane gniazdo na ziemi.
Ornitolożka przykucnęła przy splecionych gałązkach i liściach.
-?Powiedziałabym, że rybołów. Rozmiar gniazda się zgadza, a w tych
okolicach mamy całkiem sporą populację.
-?Okej -?odparł John. -?Jesteś pewna?
-?Raczej tak. Nie wiem, co innego mogłoby to być.
John skinął głową. Jak wszyscy policjanci, lubił jednoznaczne
odpowiedzi, o ile były zgodne z prawdą, a wyglądało na to, że Marielle
Bergman zna się na ptakach.
-?Tak jak mówiłem przez telefon, to gniazdo interesuje nas z różnych
powodów.
-?Domyślam się, że chodzi o tamtą kość -?odparła ornitolożka, wstając. -
Jestem świeżo po lekturze artykułu na stronie "Nya Wermlands-Tidningen".
Naprawdę jest to kość jednego z zaginionych bliźniaków?
John zesztywniał. Najwidoczniej lokalna gazeta już wyniuchała historię o odkryciu w ptasim gnieździe i połączyła je z Brodinami. Anderberg z pewnością będzie zestresowany i zaniepokojony presją opinii publicznej.
Uwaga mediów nie musi być jednak niekorzystna dla śledztwa, pomyślał
John. Człowiek, który zabił chłopaków, ukrywał to ponad trzydzieści lat,
a teraz nim wstrząsną.
-?Niestety nie mogę tego komentować -?powiedział i zabrzmiał dokładnie
tak oficjalnie, jak wskazywałoby na to jego samopoczucie. -?Ale mimo
wszystko dla dobra sprawy załóżmy, że w gnieździe była ludzka kość.
-?Czysto hipotetycznie, tak? -?spytała z uśmiechem Marielle.
-?Zgadza się -?odparł. -?Skąd w takim razie mogła się wziąć?
Spojrzała na niego rozbawiona.
-?Jeśli myślisz, że potrafię rozmawiać z ptakami, muszę cię rozczarować.
John się roześmiał.
-?Tego nie oczekuję. Ale może wiesz mniej więcej, jak daleko odlatuje
rybołów po materiały do budowy gniazda.
Ornitolożka pociągnęła za gumkę, która spinała w kitkę jej blond włosy.
-?Oczywiście trudno powiedzieć dokładnie -?odparła. -?Jednak rybołowy są
jak wszystkie inne zwierzęta. Gromadzą zapasy i nie marnują energii.
-?Czyli ta kość została znaleziona gdzieś tutaj w okolicy? -?spytał
John, gestem ręki obejmując las.
Nie potrafił sobie tego wszystkiego poukładać. Dlaczego sprawca miałby
zakopać chłopców na otwartym terenie, na którym w weekendy biegała
połowa mieszkańców Grums? John odrobił pracę domową z historii,
korzystając ze strony internetowej gminy. Teren wokół stadionu był
miejscem treningów i rekreacji na długo przed zaginięciem bliźniaków.
-?To nie musiało być dokładnie tutaj. Rybołowy często budują gniazda
kilka kilometrów od zbiorników wodnych, ale ich pożywieniem są prawie
wyłącznie ryby. Tu mamy jeziora z różnych stron. Ptak mógł znaleźć tę
kość podczas polowania.
-?To znaczy, że się unosiła na wodzie?
-?Tak. Albo leżała na brzegu. Mógł ją też znaleźć po drodze do lub z gniazda. Tak jak mówiłam, trudno dokładnie powiedzieć.
John wyjął mapę Grums z wewnętrznej kieszeni marynarki.
-?Rozumiem, że trudno tu o precyzję. Ale potrzebuję twojej pomocy do
zawężenia obszaru poszukiwań.
John próbował rozwinąć mapę, ale szarpał nią wiatr. Postanowili, że
wrócą na parking, bo było tam bardziej zacisznie. Położył arkusz na
jednym ze stołów piknikowych i podał długopis Marielle, ta zaś
zaznaczyła gniazdo znakiem X. Sprawdziła skalę i wokół miejsca
znalezienia kości wytyczyła okrąg o średnicy około pięciu kilometrów.
Obejmował las i linie nabrzeża po obu stronach autostrady.
-?Sądzę, że ten ptak nie przenosiłby materiału na większą odległość.
John przyjrzał się mapie.
-?To dość rozległy obszar. Gdzie według ciebie powinniśmy rozpocząć
poszukiwania?
Ornitolożka wyraźnie się zastanawiała.
-?Na pierwszym miejscu postawiłabym teren najbliżej gniazda i w pobliżu
wody. Od linii brzegowej i, powiedzmy, do pięćdziesięciu metrów w głąb.
John dostał z powrotem długopis i schował go do wewnętrznej kieszeni
razem z mapą. Przez świst wiatru przebił się dzwonek telefonu. Dochodził
od strony uchylonej szyby chryslera. John przeprosił i podbiegł do
samochodu. Pomyślał, że może to Nicole próbuje się do niego dodzwonić.
-?Halo -?powiedział do aparatu.
Nie dzwoniła jego bratanica, lecz Anderberg. Znowu. Tego dnia rozmawiali
już dwukrotnie.
-?Dlaczego nie odbierasz? -?padło pytanie.
-?Właśnie odebrałem.
-?Tak, ale czy to musi tyle trwać?
John przewrócił oczami. Komendant nie żartował, kiedy mówił, że chce być
blisko śledztwa. Jego oddech na karku zaczynał być trochę irytujący.
-?O co chodzi? -?zapytał John, spodziewając się wściekłej tyrady o żądnych sensacji dziennikarzach.
-?Uwaga, trzymaj się -?odparł z powagą. -?Właśnie przyszedł mail z analizą NCK. Obojczyk ma trzydzieści pięć lat, margines błędu wynosi dwa
lata. To pasuje do hipotezy o Brodinach. Mało tego. -?Komisarz zrobił
efektowną pauzę i kontynuował: -?Geniuszom z Linköping udało się
pozyskać całe jądro komórkowe. Mamy DNA.
10.
Letni festyn w ?lvikshöjden był prawdziwą instytucją. Dorocznym
przypomnieniem, że nie jest to tylko anonimowa ulica, przy której stoją
wille, lecz miejsce z duszą. Torgny znał jego historię. Ojciec opowiadał
ją wielokrotnie. Grupa zapaleńców postanowiła zbudować na
najpiękniejszym przylądku Grums stok slalomowy. W ?lvikshöjden był
darmowy widok na jezioro Wener z jednej, a fabrykę i osadę z drugiej
strony.
Ivar oczywiście ukrócił te głupoty. Jako przedstawiciel związków
zawodowych i aktywny członek partii socjaldemokratycznej argumentował,
że należy zbudować mieszkania dla robotników, a nie ośrodek wypoczynkowy
dla przedstawicieli klasy średniej. Jeśli oni chcieli łamać nogi, mieli
już od tego Hovfjället i Sälen.
Plany zagospodarowania tego terenu były coraz większe wraz ze wzrostem
pewności siebie Ivara i jego wpływu na lokalną politykę. Szczegółowy
plan, który przepchnął przez radę gminy, zakładał zbudowanie w ?lvikshöjden ponad osiemdziesięciu małych domków.
W połowie lat siedemdziesiątych koparki wbiły zęby w ziemię. Torgny był
wtedy jeszcze dzieckiem, ale pamiętał, że tata zmusił całą rodzinę do
stania przy siatce i obserwowania pierwszego etapu budowy.
Potem nastąpił kryzys. W fabryce zwalniano pracowników, a rynek
mieszkaniowy w Grums się zawalił. Kiedy nastały lepsze czasy, o ?lvikshöjden zapomniano. Miejscowość rozrosła się w innym kierunku. Po
imponującej wizji Ivara pozostała tylko przerośnięta droga wjazdowa i szesnaście domów dwupoziomowych, rozrzuconych po obu stronach ślepej
uliczki. Ulica miała nazwę, ale nie znali jej nawet listonosze. Ponieważ
w okolicy nie wybudowano żadnych innych dróg, na kopercie wystarczyło
napisać ?lvikshöjden.
Torgny niósł torbę termiczną z obiadem przygotowanym przez Beatrice:
pieczenią wołową z domowej roboty sałatką ziemniaczaną. Stoły i ławki na
trawniku przed wynajętym od gminy budynkiem były już zajęte przez
sąsiadów. Stwierdził, że jeśli ciemne chmury na horyzoncie spełnią
obietnicę, impreza będzie musiała się przenieść pod dach. Na
pięćdziesiątce Torgny'ego w lokalu siedziało prawie sto osób, a nie było
ani trochę ciasno. Zbudowano go, by pomieścił dwa razy więcej.
-?Tu siedzimy!
Torgny mimo szumu usłyszał głos siostry i zobaczył, że Halil macha ręką.
Zrobił krok w kierunku ich stolika, ale poczuł, że Beatrice się opiera.
Żona obróciła głowę i wyraźnie szukała innego towarzystwa. Kiedy Sussie
zauważyła, że stoją na trawie, wstała i podeszła.
-?Czytaliście gazetę? -?zapytała.
Torgny skinął głową. Jasne, że czytali. Informacja o znalezionej kości
rozniosła się wśród mieszkańców ?lvikshöjden lotem błyskawicy.
-?Prędzej czy później prawda zawsze wyjdzie na jaw. Latarnik tam w górze
pewnie się teraz boi -?ciągnęła Sussie, wskazując głową dziwną wieżę,
wystającą z dachu domu bezpośrednio sąsiadującego z domem Torgny'ego i Beatrice.
Beatrice zdjęła mężowi torbę z ramienia i demonstracyjnie postawiła ją
na wolnym stole. Sussie nie chciała zrozumieć aluzji. Dała tylko znak
Halilowi, by dotrzymał im towarzystwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.
-?Przecież mówiłem, że macie przestać!
Słysząc wściekły męski głos, John odwrócił wzrok od boiska. Na polanie
pnącej się pod górę do lasu dwóch małych blondasków uśmiechało się
szeroko do mężczyzny w jaskrawożółtej czapce z daszkiem -?jak się
domyślał, ich ojca. Trzymali w dłoniach kamienie i niezrażeni próbowali
trafić w gniazdo na jednej z brzóz. John pokręcił głową. Gdyby on w taki
sposób ignorował swojego ojca, ten by go spoliczkował i dał mu szlaban.
John przestał zwracać uwagę na niewychowane dzieciaki i z powrotem
skupił się na meczu. Grająca u siebie drużyna Grums IK mierzyła się z dziewczętami z karlstadzkiej drużyny QBIK. Spotkanie w dalszym ciągu
było bezbramkowe.
Nicole dostała piłkę i ruszyła z nią na połowę przeciwniczek. Między nią
a bramkarką były tylko dwie obrończynie z Grums. Odbiła w prawo i oddała
niezły strzał, ale piłka przeleciała tuż nad poprzeczką. Rozczarowana
Nicole padła na kolana i schowała twarz w dłoniach.
-?Dobra próba, Nicole! Następnym razem będzie gol! -?krzyknął ze swojej
ławki trener.
Nicole obrzuciła spojrzeniem stojącego przy bocznej linii Johna. Kiwnął
jej głową na zachętę, a ona się podniosła. Kiedy biegła po trawie, jej
chude nogi przypominały wirujące pałeczki perkusyjne.
John lubił patrzeć na swoją bratanicę grającą w piłkę. Coś się wtedy
działo w jej oczach. Nagle była w nich pewność siebie, zmieniająca ją w kogoś innego. Albo właśnie w prawdziwą Nicole, pomyślał. Taką, jaka była
naprawdę. Zdrową, radosną dziewięciolatkę z apetytem na życie.
Od śmierci jej ojca minęło osiem miesięcy, a żal i tęsknota za nim w dalszym ciągu były ogromne. Wszędzie, tylko nie tu. Na boisku zdawało
się nie istnieć nic oprócz piłki i bramki, do której ma zostać posłana.
John poprawił okulary przeciwsłoneczne, które lekko mu się zsunęły z nosa. Po ponad dwudziestu latach w Stanach Zjednoczonych zapomniał, jak
bezwzględne w półroczu letnim potrafi być nordyckie słońce. Jego
promienie wczesnym rankiem każdego dnia wpadały do mieszkania przez
panoramiczne okna, przerywając mu sen. Firma, która obiecała założyć
zasłony zaciemniające, już dwa razy przekładała termin. Jeśli się nie
pojawią w przyszłym tygodniu, zamierzał zagrozić, że naśle na nich biuro
zwalczania przestępczości gospodarczej.
-?Przepraszam, jest pan policjantem, prawda?
John spojrzał na kobietę, która do niego podeszła. Była to mama jednej z dziewczynek z drużyny.
-?Tak, zgadza się -?odparł.
-?Myślę, że powinien pan się czemuś przyjrzeć.
Nie czekając na odpowiedź, kobieta ruszyła pod górę. John poszedł za
nią, omijając puste koce piknikowe. Był zajęty meczem i nie zauważył, że
rodziny zawodniczek zostawiły termosy z kawą i stanęły w okręgu na
skraju lasu.
-?Co się stało? -?zapytał, kiedy podeszli do grupy.
Jak zwykle pośród wszystkich ludzi w dresach czuł się zbyt elegancki w garniturze. Był zwykły czwartek pod koniec maja, nie wybiła jeszcze
nawet siedemnasta, a jednak wyglądało na to, że wszyscy zdążyli się
przebrać po powrocie z pracy.
-?Ptasie gniazdo -?wyjaśniła kobieta, wskazując wysoką brzozę. -?Spadło.
Jeden człowiek w ścianie z pleców odwrócił się do niego twarzą. Był to
mężczyzna w jaskrawożółtej czapce.
-?To moi synowie, łobuzy, rzucali w nie kamieniami -?powiedział. -?Pan
jest policjantem?
John skinął głową.
Facet w czapce go przepuścił. Na ziemi, przy górce ze splecionych
gałązek, kucała siwowłosa kobieta. Między kciukiem a palcem wskazującym
trzymała pożółkły, długi na dziesięć centymetrów przedmiot, o grubości
solidniejszego długopisu.
-?Co to jest? -?zapytał.
-?Kość -?wyjaśniła kobieta ściszonym głosem. -?Ptak zapewne używał jej
jako budulca. Ale to trochę dziwne.
-?Okej -?odparł John, czekając na dalszy ciąg.
Kobieta wyglądała na zakłopotaną.
-?Nie wiemy, do jakiego zwierzęcia należała -?dodał mężczyzna w czapce.
-?Lena pracuje jako lekarka weterynarii, a ja jestem zapalonym myśliwym.
Jednak w tej kwestii oboje mamy problem.
-?Może działanie warunków atmosferycznych ją uszkodziło -?podsunął John.
-?Raczej nie -?odparła kobieta.
Wstała i wyciągnęła rękę w jego stronę. John podszedł bliżej i przyjrzał
się kości. Struktura powierzchni wydawała się nietknięta, kość nie
wyglądała na zwietrzałą.
-?Nie jestem pewna, czy to kość zwierzęca -?oznajmiła kobieta.
John spojrzał na nią nieufnie.
-?Czyli sądzi pani, że ludzka? Tak mam to rozumieć?
-?Jestem lekarką weterynarii, nie osteolożką. Uważam jednak, że powinno
się ją przekazać policji do badań.
Spojrzenia wszystkich zatrzymały się na Johnie. To, co twierdziła
kobieta, naprawdę wydawało się szalone. Już słyszał śmiechy w pokoju dla
personelu komisariatu w Karlstad, gdy koledzy spytają go, jak tam idzie
sprawa zabójstwa Bambi. Jednocześnie nie mógł zignorować głosu
autorytetu. Kobieta zdawała się wiedzieć, co mówi.
-?Oczywiście. Mogę ją zabrać do naszego technika -?powiedział.
Mężczyzna z psem podał mu foliowy woreczek. John włożył go na dłoń jak
rękawiczkę, chwycił kość, którą podała mu lekarka, i zawiązał woreczek
na supeł.
Chwilę później od strony boiska dobiegł głośny okrzyk.
John gwałtownie się odwrócił.
Piłka spoczywała w siatce bramki drużyny gospodarzy, a przy linii pola
karnego stała Nicole, unosząc rękę w geście zwycięstwa.
2.
Pojawienie się pracowników nocnej zmiany spowodowało krótkie, lecz
intensywne ożywienie na parkingu dla personelu Gruvön. Torgny
Hammarström skinął głową, widząc znajome twarze kolegów. Oni wjeżdżali
przez bramę, a on wyjeżdżał.
Trzy zmiany. Przez całą dobę. Okrągły rok.
Ta fabryka jest jak perpetuum mobile, pomyślał. Z jednej strony wkładano
surowiec -?pulpę drzewną z lasu -?a z drugiej wychodziły końcowe
produkty: papier i karton.
Torgny pamiętał swój pierwszy dzień pracy. Miał dziewiętnaście lat i był
świeżo po ogólniaku. Tamtego dnia mama zapakowała dwa pudełka z jedzeniem -?jedno dla niego, a drugie dla taty. W Gruvön był "chłopakiem
od Ivara". A koledzy już od samego początku nie pozostawili wątpliwości,
że będzie miał wysoko postawioną poprzeczkę.
Kiedy tylko Ivar odszedł na tyle, by ich nie słyszeć, zaczęli opowiadać
o jego wyczynach jako przewodniczącego Działu Papieru 96. Jak w kombinezonie roboczym wszedł do biura i wysrał się w toalecie zarządu,
gdy w szatni robotników doszło do zatkania odpływu. I jak groził dzikim
strajkiem, jeśli pracownicy ze stażem dłuższym niż trzydzieści lat nie
otrzymają pięciu dodatkowych dni urlopu.
Osiem lat temu, po śmierci ojca, koledzy z pracy uczcili jego pamięć
minutą ciszy. Dodatkowy urlop dla pracowników z długim stażem nadal
funkcjonował i nazwano go ivarowym. W tym roku Torgny zamierzał
wykorzystać dni ivarowego na wymianę drewnianej podłogi werandy.
Wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk. Chociaż wymienił wszystkie
zapłony, volvo nie chciało czysto pracować na jałowym biegu. Dodał gazu,
żeby silnik nie zgasł, i wrzucił jedynkę. Grat podskoczył i udało mu się
wyjechać z parkingu.
Prawie wszyscy koledzy skręcali w lewo, by trasą E18 pojechać do Grums.
On skręcił w prawo, w kierunku ?lvikshöjden. Szesnaście identycznych
willi było położonych wysoko na przylądku i rozłożonych po równo po obu
stronach jedynej ulicy. Torgny mieszkał tam od urodzenia i znał każde
drzewo w drodze do domu.
Po niecałych dwóch kilometrach jazdy przez las drzew iglastych zwolnił.
Beatrice jak zwykle stała w ogrodzie przed domem, pochylona nad rabatką.
Słysząc chrzęst opon na wysypanym żwirem podjeździe, wyprostowała się i odwróciła. W jednej ręce trzymała bukiet tulipanów, a w drugiej sekator.
Jej kręcone rude włosy były rozpuszczone i zdążyła już się przebrać w sukienkę.
Torgny wysiadł z samochodu, podszedł do niej i pocałował ją lekko w policzek. Skórę miała ciepłą od słońca i pachnącą perfumami, które sobie
od niego zażyczyła pod choinkę.
-?Cuchniesz potem -?powiedziała i go odepchnęła. -?Pod prysznic, ale
już. Za piętnaście minut mamy być u twojej siostry. Powiesiłam ci w przedpokoju czystą koszulę.
-?Spokojnie, zdążymy -?odparł i dwoma susami pokonał schodki przed
drzwiami.
W łazience wrzucił ubrania do kosza na pranie i wszedł do kabiny
prysznicowej. Odkręcił wodę, spłukał z siebie woń fabryki, namydlił
dłonie i przeciągnął nimi po płaskim brzuchu. Nie mógł się pochwalić
kaloryferem, ale mimo to był w lepszej formie niż większość jego
rówieśników. Jako operator procesu pracował na siedząco, więc nie mógł
jeść jak drwal. Z szamponem dał sobie spokój. Fryzura na Elvisa zawsze
była jego największym atutem, a trudno ją uzyskać ze świeżo umytymi
włosami.
Wytarł się, owinął ręcznik wokół pasa i poszedł włożyć koszulę. Ze
zdziwieniem pomyślał, że po tych wszystkich latach na myśl o tym, że
Beatrice czeka na niego w ogrodzie, nadal robi mu się ciepło w środku.
Kiedy inne kobiety z sąsiedztwa z każdym rokiem wyglądały na bardziej
zniszczone, jego żona tylko piękniała.
Jak wino, które dojrzewa, aż osiągnie doskonałość.
Torgny sam tego nie wymyślił -?takiego porównania do opisania Beatrice
użył jeden z mówców na przyjęciu z okazji jego pięćdziesiątych urodzin.
Impreza odbyła się przed dwoma laty w gminnej świetlicy w ?lvikshöjden i uczestniczyła w niej cała ulica. Mimo że to on był jubilatem, większość
przemów dotyczyła Beatrice. A raczej tego, jak wielkie szczęście ma
Torgny, że trafił na taką żonę.
Po pewnych szczególnie przychylnych słowach na jej cześć wstała i zawołała: "To ja miałam szczęście, że mogłam wyjść za Torgny'ego!".
Goście wybuchnęli gromkim śmiechem. Ale zgodzili się z nią pewnie
nieliczni. Nawet sam Torgny do nich nie należał. Miał pełną świadomość,
że Beatrice tak naprawdę jest dla niego za dobra.
Poza tym w duchu protestował przeciwko stwierdzeniu, że jest
szczęściarzem, skoro udało mu się ją złowić. Jego zaloty były pełne
determinacji, której poza tym w jego życiu zwykle brakowało. Wykazał
większą cierpliwość niż pozostali zalotnicy i to się opłaciło. Nawet
Ivar, zazwyczaj przewracający oczami na widok dziewczyn, które Torgny
zapraszał do domu, wyrażał się o niej pochlebnie. "Mocno się jej
trzymaj" -?powiedział już po pierwszym niedzielnym obiedzie.
Torgny drgnął na dźwięk otwieranych drzwi. Do przedpokoju weszła
Beatrice, położyła sekator na małym stoliku pod lustrem i wskazała
zegarek.
-?Tak, wiem -?powiedział Torgny. -?Włożę tylko pozostałe ciuchy.
Odwrócił się i wszedł po schodach do sypialni.
-?Krzywo się zapiąłeś! -?krzyknęła za nim.
Torgny przystanął i spojrzał na swoją koszulę. Miała rację -?guziki były
nierówno zapięte.
-?Zajmę się tym -?odparł i znów pomyślał o słowach swojego ojca.
"Mocno się jej trzymaj".
Poszedł za radą Ivara i zamierzał to kontynuować.
3.
John odsunął puste kartonowe pudło. To była trzecia pizza w tym tygodniu
-?zjadł co najmniej o dwie za dużo. Wtargnięcie Nicole w jego
codzienność przerwało zwyczaj zamawiania tapas z pobliskiej hiszpańskiej
restauracji. Pikantna kiełbasa i kalmary zostały zamienione na
niekończący się szereg krążków ciasta z paskami szynki i ananasem.
Rankiem, czując, że spodnie cisną go w pasie, postanowił zakończyć to
szaleństwo. A jednak nie potrafił odmówić, gdy bratanica chciała uczcić
zwycięstwo w meczu z Grums. Po krótkim przystanku w komisariacie
pojechał do pizzerii przy Romstadsvägen i zamówił jeszcze jedną hawajską
do podziału.
Nicole przeżuwała gorączkowo z otwartymi ustami, wpatrując się w tablet.
Jedynymi słowami, które wypowiadała podczas posiłku, były przekleństwa w chwilach, gdy animowana piłka nie chciała podążać za jej ruchami na
ekranie.
-?Masz zbyt lepkie palce -?powiedział John, podając jej rolkę ręcznika
papierowego.
Wstał ze skrzynki po owocach, która przy zniszczonym stole pełniła
funkcję krzesła. Właściciel mieszkania, które wynajmował, był istnym
przedstawicielem bohemy. Mieściło się ono na najwyższym, dwudziestym
piętrze niedawno wybudowanego wieżowca, w dzielnicy Bryggudden.
Prawdopodobnie należało do najdroższych w Karlstad, ale zostało
wyposażone w meble, które równie dobrze mogłyby stać w noclegowni na
Bronksie.
Układ mieszkania był równie ekscentryczny jak wystrój. Dwieście metrów
kwadratowych bez ścianek działowych. Gigantyczny pokój, czy raczej
atelier, jak to było ujęte w ogłoszeniu, miał dopływ światła ze
wszystkich czterech stron. Jedynymi w całym mieszkaniu miejscami do
przechowywania rzeczy były dwie szafy, które John własnoręcznie wstawił,
gdy miał już dość tego, że wszędzie wiszą ubrania.
Otworzył wyjęte z lodówki piwo i spojrzał na Nicole. Dziewczynka była
tak pozbawiona energii, jakby prawie wszystko robiła i mówiła na
autopilocie. Z tego letargu budziła się jedynie wtedy, gdy miała między
stopami piłkę.
John musiał szczerze przyznać, że nie wie, jak do niej podejść. Pewnie
powinien ograniczyć jej czas spędzany przed ekranem i na jedzeniu pizzy,
ale co dalej? Nie był psychologiem i nie miał doświadczenia w zajmowaniu
się dziećmi z traumą. Bratanica widziała ciało zamordowanego ojca. John
nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jakiego rodzaju ślady takie
wydarzenie pozostawia w psychice dziecka.
Upił pokaźny łyk piwa. Słyszał, że Nicole podśpiewuje przy stole.
Przypomniał sobie, że Billy robił podobnie. Niezliczone godziny słuchał
brata wydającego osobliwe dźwięki podczas rozmontowywania starego radia
albo majstrowania przy rowerze przed domem.
Podobieństwa między ojcem a córką na tym się nie kończyły. Były jeszcze
kręcone czarne włosy, nadąsana mina i sposób, w jaki dziewczynka biegła,
młócąc nogami powietrze. To wszystko odziedziczyła po Billym.
Zrzucając na Nicole winę za to, że został w Karlstad, John czuł się jak
zły człowiek. Jednak fakt pozostawał faktem: kiedy zobaczył ją stojącą
na mrozie przed drzwiami jego mieszkania, całą w siniakach, miał już
spakowane walizki, ponieważ zamierzał wyjechać do Berlina. Okazało się,
że uciekła od rodziny zastępczej w Snaversrud, w której ją umieszczono
krótko po śmierci Billy'ego.
John nie miał innego wyjścia, jak tylko pozwolić jej się wprowadzić do
Empire State. Już pierwszego wieczoru wyjaśnił, że nazywa tak swój
wieżowiec na cześć drapacza chmur o tej samej nazwie, znajdującego się w Stanach Zjednoczonych.
Było to prawie pięć miesięcy wcześniej, a opieka społeczna w dalszym
ciągu nie znalazła dziewczynce nowego miejsca zamieszkania. Czasami się
zastanawiał, czy w ogóle próbuje.
-?Może któregoś razu sami zrobilibyśmy pizzę? -?odezwała się Nicole
między jednym kęsem a drugim.
Odwrócił się do niej.
-?Dlaczego? Przecież smakują ci te, które zamawiamy.
-?Tak, ale słyszałam, że niektóre osoby z mojej klasy same robią pizzę.
W domu. Takie z uśmiechniętymi buziami i w ogóle.
John zmusił się do uśmiechu.
-?Mogę poprosić chłopaków z pizzerii, żeby następnym razem zrobili dla
ciebie buźkę. Może być?
-?Tak. Chyba tak.
Nicole znów zaczęła grać na tablecie. John usłyszał w jej głosie
rozczarowanie. Dopiero po chwili zrozumiał, skąd się wzięło. Nie
chodziło o twarz na pizzy. Dziewczynka chciała, by zrobili coś razem,
coś fajnego.
John westchnął cicho i pomyślał, że musi z nią porozmawiać. Wyjaśnić raz
a dobrze, że ona mieszka u niego tylko tymczasowo, w oczekiwaniu na
prawdziwy dom. Nicole musi zrozumieć, że on nie ma czasu gotować i się
bawić. Wystarczy, że podwozi ją na boisko, na więcej nie może sobie
pozwolić.
Zaczął dzwonić telefon, ładujący się w gniazdku nad zlewem. John
spojrzał na wyświetlacz. Dzwonił Bengt Anderberg. Co zaskakujące,
komendant z Värmlandii wyznaczył samego siebie na pełniącego obowiązki
szefa okręgowej policji kryminalnej, w oczekiwaniu na obsadzenie wolnego
stanowiska.
John odchrząknął i przycisnął telefon do ucha.
-?Halo -?odezwał się.
-?O ile wiem, byłeś dzisiaj w Grums -?oznajmił Anderberg w typowy dla
siebie bezpośredni sposób.
-?Zgadza się. Przepraszam, że podrzuciłem ci woreczek na biurko. Ale
słyszałem, że dziś wieczorem masz być w pracy. Więc jeśli zdążysz,
przekaż, proszę, technikom ten kawałek kości.
-?Już to zrobiłem -?odparł Anderberg. -?Karteczka, którą napisałeś,
wzbudziła ciekawość moją i Bossego.
Bosse, a właściwie Bo Hoffman, był szefem techników kryminalistycznych
värmlandzkiej policji. W ostatnim roku wypożyczyło go Narodowe Centrum
Kryminalistyczne w Linköping, ale był już z powrotem w Karlstad.
-?Zdążył ją zbadać? -?spytał John.
-?Tak, i dlatego dzwonię -?odparł Anderberg i umilkł.
John odstawił szklankę piwa na blat. Kiedy usłyszał powagę w głosie
komendanta, zrobiło mu się nieprzyjemnie.
-?Twierdzi, że to obojczyk dziecka -?ciągnął Anderberg. -?Zadzwoniliśmy
też do lekarza sądowego i powiedział to samo.
-?O cholera -?wykrztusił jedynie John.
Wyszedł do łazienki, żeby Nicole nie mogła podsłuchać rozmowy. Tylko tu
w całym mieszkaniu dało się zamknąć za sobą drzwi.
-?Wiemy coś więcej?
-?Niewiele -?przyznał Anderberg. -?Ale mimo wszystko chciałbym na chwilę
się z tobą zobaczyć. Jesteś w domu?
-?Tak.
-?To dobrze. Spotkajmy się na parkingu przy sklepie spożywczym przed
twoim domem. Będę za dziesięć minut.
Anderberg zakończył połączenie. John stał przed lustrem z komórką w dłoni. Miał trzydzieści cztery lata i rozwiązywał sprawy zabójstw po obu
stronach Atlantyku, ale nigdy nie miał do czynienia z taką, w której
ofiarą było dziecko. Jeden starszy kolega z Nowego Jorku ostrzegał go,
jak może się poczuć, gdy ten dzień nadejdzie. "To coś zupełnie innego -
powiedział. -?Wchodzi człowiekowi pod skórę".
John przemył twarz zimną wodą i patrzył na krople ściekające po
policzkach. Nie chciał nawet myśleć, co spotkało dzieciaka, do którego
należał ten obojczyk.
4.
Torgny, obejmując ramieniem Beatrice, szedł jedyną ulicą w ?lvikshöjden.
Temperatura była idealna. Słońce majowego wieczoru przygrzewało na tyle,
że mógł nie wkładać bluzy na koszulę, a powietrze miało w sobie wiosenną
rześkość.
Zwolnił, żeby przedłużyć krótki spacer. I tak byli już spóźnieni, więc
minuta więcej nie zrobi różnicy. Siostra mieszkała w domu znajdującym
się w głębi osiedla, przy placu manewrowym, a od celu dzieliło ich już
tylko kilkaset metrów.
Torgny nie rozumiał, dlaczego żona się stresuje. Przecież wcale jej się
nie spieszyło do tego towarzystwa. Obie z Sussie pracowały w domu
opieki, a atmosfera między nimi była na tyle chłodna, że szef musiał od
nowa ułożyć plan, żeby uniknęły wspólnych zmian.
Puścił ramię Beatrice i poprawił fryzurę. Siostra siedziała na schodach
przed domem, z papierosem w ustach. Wpatrywała się w stopy i w wielkim
skupieniu malowała paznokcie lakierem w kolorze wiśniowym. Torgny
odchrząknął, żeby przyciągnąć jej uwagę.
-?No proszę, jesteście. Eleganckie towarzystwo przychodzi spóźnione.
Sussie zakręciła małą szklaną buteleczkę i wsunęła ją do kieszeni spodni
dresowych w maskujący wzór. Wstała i wrzuciła niedopałek do słoika z wodą, stojącego na poręczy schodów.
-?Proszę -?odezwała się Beatrice, wręczając jej kwiaty z ogrodu. -
Tulipany są teraz takie piękne, że nie mogłam się powstrzymać i kilka
dla ciebie zerwałam.
Sussie wzięła bukiet bez podziękowania.
-?Widzę, że ty też coś przyniosłeś -?powiedziała, ruchem głowy wskazując
karton wina w ręce Torgny'ego.
-?Tak, przecież prosiłaś, żebym to kupił -?odparł i wręczył jej wino.
-?Ale to nie jest to z kotem.
Sussie obrzuciła sceptycznym spojrzeniem opakowanie ozdobione pięknym
pejzażem z winoroślami na pierwszym planie.
Torgny wzruszył ramionami.
-?Kot już się skończył, więc kupiłem takie. To przecież bez różnicy.
Sussie mruknęła coś niezrozumiale i weszła pierwsza do domu. Rzuciła
kwiaty na stół w kuchni i otworzyła piekarnik, żeby obrócić łódeczki
ziemniaczane. Torgny zauważył w oczach Beatrice złowrogi błysk. Dla niej
niewłaściwe traktowanie roślin było równe znęcaniu się nad zwierzętami.
Rozejrzał się po kuchni. Odwiedziny u siostry były jak podróż w przeszłość. Sprzęt AGD był wymieniony, ale poza tym wszystko wyglądało
jak wtedy, gdy on i Sussie byli mali i bawili się w berka na brązowej
wykładzinie.
Beatrice kilka razy zwracała Torgny'emu uwagę, że nazywa swój rodzinny
dom domem Sussie. Może nie było to aż takie dziwne, bo tam mieszkała,
ale w sensie prawnym willa w jednakowym stopniu należała zarówno do
niego, jak i do niej. A raczej w jednakowo małym. Mama nadal żyła i figurowała jako jedyna właścicielka, nawet jeśli obecnie dożywała swoich
dni w dwupokojowym mieszkaniu w Grums.
Historia o tym, w jaki sposób Sussie przejęła dom i wysiudała -?to było
określenie Beatrice, nie jego -?mamę, była trochę niejasna w szczegółach. Tak jak wiele innych kwestii związanych z rozwodem jego
siostry w Kritstinehamn. Jasne było w każdym razie to, że nagle cała
czwórka dzieci w wieku szkolnym została bez dachu nad głową i w sprawę
musiała zostać zaangażowana opieka społeczna.
-?A gdzie masz Halila? -?zapytał Torgny, gdy Sussie oworzyła karton,
wysunęła kranik i szczodrze napełniła winem trzy kieliszki.
-?Stoi przy grillu -?odparła i z podejrzliwością spróbowała wina. -?To
gówno ledwo da się pić. Jest kwaśne, nie sądzisz?
Torgny nie odpowiedział, lecz wyniósł kieliszek na werandę. Tam, w chmurze dymu, stał nowy mąż jego siostry. W sumie nie taki nowy,
poprawił się w myślach Torgny. Byli małżeństwem już od ponad dziesięciu
lat.
-?Nie chce się zapalić? -?zapytał.
Szwagier zakaszlał.
-?Tak, chyba za mało podpałki.
Jego szczupłe ciało z wyraźnym brzuszkiem było ledwo widoczne wśród
dymu. Torgny chwycił pismo plotkarskie, które leżało na leżaku Sussie, i zaczął gwałtownie wachlować brykiet. Dzięki dostawie tlenu ogień
zapłonął i dymienie ustało.
Halil spojrzał na niego z wdzięcznością.
-?Dwadzieścia pięć lat w Szwecji, a ja nadal nie potrafię rozpalić
grilla -?powiedział z uśmiechem.
Torgny odwzajemnił uśmiech. Halil w późnym wieku nastoletnim przyjechał
sam z Turcji, a mówił prawie bez obcego akcentu. Grillowanie było chyba
jedynym aspektem życia w Szwecji, którego nie opanował. Był mistrzem gry
w kubb, uwielbiał program Alls?ng p? Skansen i wiedział więcej na
temat hokeistów z Färjestad niż pozostali mężczyźni z ?lvikshöjden razem
wzięci.
-?Co się dzisiaj dzieje z Sussie? -?zapytał Torgny. -?Chodzi jak chmura
burzowa.
-?Ee, nie ma się czym przejmować. Pewnie jest po prostu głodna.
Halil otworzył puszkę i podsunął mu w wyciągniętej ręce.
-?Nie, dzięki, mam -?odpowiedział Torgny i wzniósł toast w powietrzu
swoim kieliszkiem.
Upił trochę wina i potrzymał je w ustach. Nie ma się do czego
przyczepić, pomyślał. Sussie chciała mieć tylko powód do narzekania.
-?Markus się do was odzywał? -?zapytał Halil. -?Jak się czuje na
wycieczce?
-?Chyba dobrze. Wysłał wczoraj esemesa do Beatrice, że wylądował.
-?Jest w Nowej Zelandii, tak?
-?Tak, zgadza się. Spędzi tam całe lato.
Torgny'emu podobało się, że Halil pyta go o syna. Robił to praktycznie
przy każdym ich spotkaniu. Nie miał swoich dzieci i może dlatego tak
bardzo się angażował, gdy chodziło o Markusa i dzieci Sussie. Teraz już
wszystkie wyprowadziły się z domu i wyglądało na to, że to Halil
najbardziej za nimi tęskni.
Torgny wypił kolejny łyk wina i wyjrzał przez okno do ogrodu. Jabłonki,
które Ivar zasadził, kiedy on i Sussie byli dziećmi, rozkwitły różem i bielą. W ubiegłym roku Halil ściął kilka z nich, żeby wybudować mały
domek wolnostojący, ale te, które zostały, mimo wszystko wystarczyły do
zaopatrywania ich wszystkich w świeże owoce.
Między pniami było widać kominy fabryki. Być może wielu ludzi uznałoby,
że psują krajobraz, jednak Torgny'ego ten znajomy widok napawał wielkim
spokojem. Fabryka znajdowała się w tym samym miejscu od lat
trzydziestych, dawała pracę i utrzymanie całym pokoleniom mieszkańców
Grums.
Halil sięgnął po mięso leżące na desce do krojenia, obok grilla. Ułożył
pokaźne kawałki polędwicy wołowej na kratce nad warstwą brykietu, który
właśnie skończył się palić.
-?Porządne mięso -?pochwalił Torgny.
W tej samej chwili podmuch wiatru na nowo wzniecił ogień. Z otworów w kratce wystrzeliły wysokie płomienie.
-?O kurwa -?zaklął Halil i zaczął szukać szczypiec.
Torgny usiłował przenieść mięso rękami, ale bez powodzenia. Za bardzo
parzyło i poczuł, że włosy na przedramionach zaczynają mu się przypalać.
Pośród chaosu Sussie otworzyła drzwi na werandę i stanęła w nich,
trzymając blachę z pieczonymi ziemniakami.
-?Co ty wyprawiasz, Halil? -?wykrzyknęła. -?Zniszczysz jedzenie!
Dla Torgny'ego było to już zbyt wiele.
-?Daj już spokój -?powiedział, wbijając wzrok w siostrę. -?Co z tobą?
-?Nic -?warknęła, wytrzymując jego spojrzenie.
Jej oczy były równie ogniste jak brykiet na grillu.
-?Daj spokój, widzę, że coś się dzieje. Dlaczego jesteś taka
naburmuszona?
Sussie westchnęła i opadła na jedno z krzeseł. Złość jakby natychmiast z niej uszła, a w jej miejsce pojawiło się pełne rezygnacji zmęczenie.
-?Wiesz, o co chodzi -?mruknęła. -?P?l Kratz wrócił.
5.
John wsiadł do czarnego mercedesa Anderberga. Takie spotkanie poza
godzinami pracy należało do rzadkości. Komendant traktował obowiązki
szefa policji kryminalnej jako dodatek do zwykłych zajęć i nie poświęcał
im wielu godzin w tygodniu. W praktyce część operacyjną pracy wydziału
przekazywał Johnowi.
-?Że też przed urlopem trafia się człowiekowi takie cholerstwo -
powiedział. -?Gdzie dokładnie znalazłeś tę kość?
-?To nie ja ją znalazłem -?uściślił John i odsunął fotel pasażera, żeby
mieć miejsce na stopy.
Założył, że w tym miejscu siedziała zwykle pani Anderberg. Jeśli tak, to
nie była zbyt wysoka.
-?A kto?
John opowiedział o meczu Nicole i chłopcach, którzy zrzucili ptasie
gniazdo.
-?Nie mogli z tym zaczekać, aż powołam nowego szefa? -?marudził dalej
Anderberg.
-?Co Hoffman mówił na temat wieku dziecka? -?spytał John.
Skórzana tapicerka zaskrzypiała, gdy komendant zmienił pozycję w fotelu.
Ze swoim ciężkim wrzecionowatym cielskiem i nastroszonymi wąsami mocno
przypominał morsa.
-?Od dziewięciu do dwunastu lat, w zależności od wzrostu.
-?Podejrzewam, że płci nie da się ustalić?
-?Gołym okiem nie, ale z tym pewnie będzie mogło nam pomóc Narodowe
Centrum Kryminalistyczne. Hoffman już z nimi rozmawiał. Przy odrobinie
szczęścia może się okazać, że w kości jest materiał biologiczny.
-?Czyli DNA?
Anderberg skinął głową.
-?Tak, ale to nic pewnego. Technicy rozpoczną analizy jutro rano.
Przydałoby im się więcej części szkieletu, to zwiększa
prawdopodobieństwo znalezienia nienaruszonego jądra komórkowego.
John wyjrzał przez szybę samochodu. Ze sklepu spożywczego wychodziła
kobieta, która pchała wyładowany do pełna wózek, a za nią szło marudzące
dziecko.
-?Skoro ptak wykorzystał tę kość do budowy gniazda, powinna pochodzić z okolicy -?stwierdził i po raz kolejny spojrzał na szefa.
-?Tak, to brzmi rozsądnie -?odparł Anderberg. -?Jak daleko latają ptaki
po budulec?
John pokręcił głową. Nie miał pojęcia.
-?Na pewno wygląda to różnie u różnych gatunków -?powiedział. -?Jeśli
chcemy znaleźć więcej szczątków tego dziecka, musimy zawęzić teren
poszukiwań. Chyba trzeba zadzwonić do ornitologa.
Komendant odchylił się na zagłówek.
-?O ile to jest dziecko -?mruknął.
-?Co? Myślałem, że zarówno Hoffman, jak i lekarz sądowy byli pewni, że...
-?Nie rozumiesz -?przerwał Anderberg. -?Miałem na myśli, że może to nie
tylko jedno.
John spojrzał na niego skołowany.
-?Nie nadążam. Dlaczego miałoby ich być więcej?
Anderberg westchnął i przeciągnął dłonią po kilku włoskach, które rosły
nad jego wargą.
-?Dopóki Narodowe Centrum Kryminalistyczne nie ukończy analiz, nie
będziemy wiedzieli, jak stary jest ten obojczyk -?stwierdził. -?Może
mieć pięć lat albo sto. Ale chyba możemy się zgodzić, że to dziecko nie
zginęło wczoraj, prawda?
John skinął głową. Obaj widzieli pożółkłą kość. Ptak nie mógłby jej
zabrać do gniazda, gdyby ciało, którego kiedyś była częścią, nie uległo
rozkładowi.
-?Rozumiem, jeśli nic ci to nie mówi -?ciągnął Anderberg. -?Jednak my,
którzy jesteśmy tu już od jakiegoś czasu, od razu przypominamy sobie
bliźniaków z Grums. Słyszałeś o nich?
-?Nie.
-?Naprawdę paskudna historia. Jens i Jonas Brodinowie. Jesienią tysiąc
dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku zaginęli w ?lvikshöjden
nieopodal Grums. Wiek się zgadza, mieli wtedy po dziesięć lat.
Wróciło nieprzyjemne uczucie, które dopadło Johna wcześniej w mieszkaniu. Jedno martwe dziecko to wystarczająca tragedia, ale na myśl
o dwojgu zaczynał się zastanawiać nad dokonanym wyborem zawodu.
-?O ile to oni -?odparł. -?Dlaczego ciała nie zostały odkryte wcześniej?
Kość obojczyka musiała leżeć płytko, skoro znalazł ją ptak.
-?Można to wyjaśnić rozmaicie -?stwierdził Anderberg. -?Może zwłoki
zostały spuszczone na dno jeziora i części szkieletu wypłynęły dopiero
teraz. Albo ziemia przez lata stopniowo ulegała erozji, aż grób został
odsłonięty. Ulewa w dniu Wniebowstąpienia Pańskiego też mogła się do
tego przyczynić.
John przypomniał sobie deszczową pogodę sprzed tygodnia. Trening Nicole
został przełożony, więc nie musiał zestresowany pędzić po pracy do domu,
żeby ją podwieźć.
-?Jeśli ludziom z NCK uda się wyodrębnić materiał DNA, czy wciąż mamy
materiał genetyczny od bliźniaków, żeby dokonać porównania? -?zapytał.
-?Niestety nie. Krew odkryto na terenie lasu, blisko miejsca, w którym
chłopcy zaginęli, ale po ustaleniu grupy została zutylizowana. W tamtych
czasach nie mieliśmy obecnej wiedzy.
Komendant wyglądał na zawstydzonego, choć przecież to nie z jego winy
technologia pobierania DNA dotarła do Värmlandii dopiero później.
-?Czyli musimy pobrać nowe próbki do porównania? -?zapytał John. -
Rodzice żyją?
Anders uniósł ręce.
-?Powoli, spokojnie -?odparł. -?Zanim włożymy im do ust patyczki i znów
wywrócimy ich życie do góry nogami, musimy otrzymać pozytywną informację
z Linköping.
-?Jasne, rozumiem. Wiemy, czy nadal mieszkają w okolicy?
-?Tak, mieszkają. Matka przeprowadziła się do Hammarö z nowym partnerem,
ale ojciec nadal mieszka pod tym samym adresem w ?lvikshöjden.
John zwrócił uwagę, że Anderberg jest dobrze zorientowany w nazwiskach,
które się pojawiły w toku śledztwa. Przypomniał sobie, że komendant nie
zawsze siedział w papierach. Dawniej pracował również w terenie i często
musiał ubrudzić sobie ręce.
-?Młodzi Brodinowie zaginęli niedługo po tym, jak dostałem pracę w policji -?oznajmił, jakby czytał Johnowi w myślach. -?Nigdy nie
pracowałem przy tej sprawie, ale w tamtym roku pojawiała się w rozmowach, a ja próbowałem być na bieżąco.
-?Mieli rodzeństwo? -?zapytał John.
-?Nie, byli tylko oni dwaj.
Anderberg z wysiłkiem sięgnął po kartonowe pudło leżące na tylnym
siedzeniu.
-?Proszę bardzo -?powiedział, podając je Johnowi. -?To są materiały ze
śledztwa. Nie istnieją w postaci cyfrowej, więc trzeba korzystać z papieru. Chcę, abyś to przejrzał.
John uchylił pokrywę.
-?Jedno pudło. To wszystko? -?zapytał.
-?Tak. Prawdę powiedziawszy, koledzy nieźle z tym utknęli.
-?Czyli zrzucasz mi na głowę beznadziejną sprawę?
-?Jeśli ktoś może popchnąć ją do przodu, to właśnie ty, Fredrik.
Anderberg posłał mu uśmiech. Był jedną z niewielu osób w szwedzkiej
policji, które wiedziały, że Fredrik Adamsson to przykrywka byłego
agenta FBI.
Po wniknięciu w szeregi nigeryjskiej siatki narkotykowej w Baltimore i zakończeniu procesu sądowego John otrzymał nową tożsamość i został
objęty programem ochrony świadków. Łamiąc zasady obowiązujące w Biurze,
jako miejsce swojego pobytu wybrał Karlstad -?miasto, w którym przeżył
pierwszych dwanaście lat życia, przed separacją rodziców i przeprowadzką
z ojcem do Nowego Jorku.
Nigdy nie zamierzał długo zostać w Szwecji. Najwyżej trzy miesiące, żeby
rozwiązać kilka kwestii z przeszłości. Sprawy jednak nie potoczyły się
po jego myśli, a teraz siedział w samochodzie Anderberga, miał na głowie
możliwe podwójne morderstwo i dziewięcioletnią bratanicę czekającą w domu.
Nicole nawet nie wiedziała, że jest jej wujkiem -?do tego stopnia
trzymał wszystko w tajemnicy. W oczach tej dziewczynki był jedynie
zaangażowanym policjantem, którego poznała w związku z tragiczną
śmiercią ojca.
-?Muszę już iść -?powiedział, biorąc pudło z materiałami pod pachę.
-?Jasne, biegnij do Nicole.
Anderberg nacisnął przycisk obok deski rozdzielczej, uruchamiając
silnik.
-?Jeszcze tylko jedno...
John, który zdążył już wysiąść z samochodu, nachylił się i wsunął głowę
przez drzwi po stronie pasażera.
-?Tak?
Komendant posłał mu poważne spojrzenie.
-?Informuj mnie na bieżąco o tym, co się dzieje. Ze szczegółami. Tym
razem chcę być blisko wydarzeń. Jeśli to jest kość jednego z bliźniaków
z Grums, rozpęta się cholerny cyrk. Dziennikarze rzucą się na nas.
-?Pewnie, nie ma problemu -?odparł John i zamknął drzwi.
Odprowadził wzrokiem mercedesa, który powoli sunął asfaltową drogą w stronę wyjazdu z parkingu.
6.
Torgny patrzył na siostrę nalewającą sobie kolejny kieliszek wina z kartonu. Najwyraźniej doskonale się nadawało do picia, choć na kartonie
nie było kota. Wałkowała historię, którą Torgny słyszał aż do znudzenia.
Chodziło o P?la Kratza i jego powrót do ?lvikshöjden.
Torgny znał kontekst, bo była to część jego dorastania. Po sąsiedzku z ich domem rodzinnym mieszkała Solveig z synem P?lem i córką Linneą, z niepełnosprawnością w stopniu znacznym. Z "mongołem", jeśli posłużyć się
słowem, które Torgny i pozostałe dzieciaki z ulicy wykrzykiwały za tą
biedną dziewczyną. Zawsze jednak tak, by nie słyszała tego Solveig.
Matka Linnei miała grube ramiona i trzymała w przedpokoju trzepaczkę do
dywanów wyposażoną w gwóźdź.
Dzieci bały się Solveig, a dorośli szeptali, że należy jej współczuć.
Ojciec dzieci zwinął manatki, jak tylko się okazało, że córka nie jest
taka jak trzeba.
Torgny pamiętał, że kilka razy próbował się bawić z jej starszym bratem,
P?lem. Byli rówieśnikami i w gimnazjum w Grums chodzili do równoległych
klas. Chłopak nie radził sobie najlepiej. Był beznadziejny w nogę, nie
potrafił nawet dziesięć razy podbić piłki stopą. Był skryty i najczęściej chciał po prostu siedzieć sam ze swoimi komiksami.
Jako nastolatek P?l raczej nie zwracał na siebie uwagi. Zadawał się z młodszymi chłopakami z ulicy i rzadko bywał na szkolnych imprezach.
Najczęściej nazywano go po prostu bratem Mongo Linnei.
Aż do tygodnia po maturze.
Wówczas wyszedł z cienia i tamtego lata stał się głównym tematem rozmów
w ?lvikshöjden. P?l bez słowa wyjechał z Grums. Kartka, którą według
legendy zostawił na stole w kuchni, zapewniła mu kultowy status wśród
rówieśników.
"Spadam stąd!" -?brzmiała podobno wiadomość.
Istny James Dean, który w nasyconym siarczanami porannym świetle
pozostawiał za sobą bryłę budynku fabryki. Trudno być bardziej cool.
Torgny pamiętał, że na ojcu nie zrobiło to równie wielkiego wrażenia.
"Solveig i bez tego ma ciężko jak cholera" -?mruknął i poszedł do
sąsiedniego domu z woreczkiem bułek, który wyjął z zamrażalnika. Został
tam tak długo, że matka musiała wysłać Torgny'ego jako posłańca z informacją, że kolacja już gotowa.
Ivar dawał zbiegowi tydzień. Twierdził, że po tym czasie chłopak wróci
głodny i zawstydzony. Torgny też chyba był tego zdania. Ale P?l nie
wrócił.
O ile Torgny wiedział, syn Solveig przez ponad trzydzieści lat nie
pojawił się w ?lvikshöjden. Zmieniło się to przed kilkoma tygodniami.
Wtedy nagle uruchomił kosiarkę na sąsiedniej posesji, czym wystraszył
Sussie opalającą się na werandzie.
-?Pewnie skusił go spadek -?stwierdziła siostra i odkroiła kawałek
polędwicy na talerzu.
Halil dokonał operacji ratunkowej i wyłożył kawałki mięsa na blasze w piekarniku. W rezultacie były czarne z wierzchu i przepieczone w środku.
-?O ile wiem, Solveig nie ma pieniędzy. Całe życie przesiedziała w swoim
sklepie, szyjąc zasłony -?powiedział Torgny i odłożył sztućce.
Najadł się ziemniakami i niezdrowymi ilościami sosu bearneńskiego.
-?Jest właścicielką domu -?dodała Sussie. -?Słyszałeś, ile Göran i Birgitta dostali za swój?
Torgny słyszał. Ludzie z ?lvikshöjden o niczym innym nie mówili. Jakby
cała ulica wygrała w loterii kodów pocztowych.
-?A co na to Solveig? -?spytała Beatrice. -?Rozumie, że syn przyjechał w odwiedziny?
-?W odwiedziny? -?powtórzyła Sussie i postawiła kieliszek na ceracie z taką siłą, że aż wychlapała trochę wina. -?On się, kurde, wprowadził.
Kto robi coś takiego starej matce? Ukrywa się tak długo, a potem wraca
jakby nigdy nic?
-?Nie sądzę, by potrafiła go rozpoznać -?odparł Halil, kiedy pytanie
Beatrice zawisło w powietrzu. -?Jej demencja jest coraz gorsza.
-?Mnie rozpoznaje.
Siostra Torgny'ego posłała mężowi bojowe spojrzenie.
-?Tak, ale to co innego -?stwierdził Halil. -?Zaglądałaś tam codziennie
przez kilka lat.
-?Otóż to -?odparła. -?Zajmowałam się nią i Linneą. Byłam w kontakcie z opieką domową, płaciłam rachunki i pilnowałam, by dom był w miarę
czysty. Czyli robiłam wszystko to, co powinien robić P?l, a tymczasem
traktuje mnie jak intruza.
-?Znowu się pokłóciliście? -?zapytał Torgny.
Sussie skinęła głową.
-?Poszłam tam wczoraj przed pracą, żeby zobaczyć, czy wszystko w porządku. No i oczywiście się okazało, że ten idiota źle rozłożył
tabletki w dozowniku Solveig. Alendronat ma dostawać we wtorki, a nie w czwartki. Krzyknęłam więc do P?la, że ma się zwlec z łóżka, i zapytałam,
czy chce pozbawić życia swoją matkę.
Torgny patrzył, jak Halil zdejmuje okulary i zawstydzony masuje sobie
nasadę nosa.
-?Myślicie, że mi podziękował? -?ciągnęła Sussie. -?O nie. Obraził się,
że go obudziłam, i powiedział, że muszę pukać przed wejściem.
Tak mocno kroiła suchy kawałek mięsa, że nóż zarysował talerz.
-?Nie bierz tego do siebie, Sussie -?kontynuowała Beatrice -?ale to
chyba nie takie dziwne, że w ten sposób reaguje. P?l rzeczywiście tam
mieszka i musisz to uszanować. Zajmowanie się Solveig i Linneą to teraz
jego powinność, a nie twoja.
-?Ale on sobie nie radzi! Mam usiąść spokojnie i pozwolić cioci umrzeć?
To chcesz powiedzieć?
-?Nie sądzę, by umarła, jeśli dostanie alendronat nie w ten dzień co
trzeba -?powiedziała Beatrice. -?Daj P?lowi trochę czasu, a sama
zobaczysz, że nabierze wprawy.
Sussie rozłożyła ręce w dramatycznym geście.
-?A skąd pewność, że znowu nie ucieknie? Gdy pomyślę o tych wszystkich
latach, w czasie których miał w nosie matkę i siostrę, a całą robotę
zrzucił na nas. Niech go szlag trafi. Nie tylko mnie to dotknęło, ciebie
również.
Skinęła głową w stronę Halila, a on nasunął okulary z powrotem na nos.
-?Kosiłem trawę i odśnieżałem -?odparł. -?Nic wielkiego.
-?A co za to dostaliśmy? -?zapytała Sussie. -?Za to, że pilnowaliśmy, by
wszystko było u niej w porządku? Nic, nawet podziękowania.
-?To chyba niemożliwe, że odeszliście tak zupełnie z niczym? -
zaoponowała Beatrice. -?Za opiekę dostaje się przecież pieniądze od
gminy.
Sussie prychnęła.
-?Takie grosze, że szkoda gadać.
-?Ale przynajmniej samochód Solveig wygląda na wygodny. Jeździliście nim
w zeszłe wakacje. Wokół jeziora Siljan, o ile dobrze pamiętam.
Torgny położył dłoń na ramieniu żony. On też był zmęczony zrzędzeniem
Sussie, ale wiedział, że prowokowanie siostry, gdy jest w takim
nastroju, może się skończyć tylko w jeden sposób. Nauczyło go tego
doświadczenie. Tyle razy trzaskała drzwiami swojego dawnego dziecięcego
pokoju, że klamka nadal była obluzowana.
-?Solveig nie ma nic przeciwko temu, byśmy czasem pożyczali audi -
wycedziła Sussie.
-?Ale może P?l ma -?odparła Beatrice. -?Tu cię boli. W przeciwnym razie
samochód stałby na waszym podjeździe garażowym, jak zwykle. Ale już nie
stoi tam, tylko u Solveig.
-?Gdzie stoi czy nie stoi to nie twój zasrany interes.
Sussie zerwała się z krzesła, pociągając za sobą sztućce. Nóż i widelec
obiły się o jej spodnie i zostawiły na nich ślady sosu bearneńskiego, a potem wylądowały na deskach. Wbiegła do domu. Torgny'emu zrobiło się żal
Halila, który musiał za nią poczłapać, żeby ją uspokoić.
-?Musisz być taka ostra? -?wyszeptał do Beatrice, kiedy zostali sami na
werandzie. -?Sussie naprawdę wiele zrobiła dla Solveig i Linnei. Bóg
jeden wie, co by było, gdyby nie ona.
-?No tak, to oczywiście było głupie -?przyznała Beatrice. -?Ale
denerwuje mnie, kiedy robi z siebie Florence Nightingale, a jednocześnie
sępi od nich samochód.
-?To przecież nie koniec świata, jeśli czasem go pożyczy.
-?Nie chodzi tylko o to. Przejrzyj na oczy, Torgny. Stać nas na
kupowanie polędwicy wołowej w środku tygodnia? Jestem pewna, że to
ciocia płaci.
-?Nie mów o sprawach, o których nie masz pojęcia -?odparł.
Beatrice westchnęła.
-?Nie rozumiem, dlaczego zawsze musisz brać stronę Sussie.
-?A ja nie rozumiem, dlaczego zawsze musisz się na niej wyżywać.
Na werandzie zapadła cisza. Nie ten pozbawiony słów spokój, który Torgny
nauczył się doceniać, kiedy on i żona pili kawę w kuchni. Raczej jej
dokuczliwy wariant, który prędzej czy później musi zostać przerwany.
-?Czy ona chociaż płaci czynsz? -?zapytała w końcu Beatrice.
-?Mama twierdzi, że tak.
-?Ja wiem swoje. Nigdy cię nie denerwuje, że po prostu się tu
wprowadziła z dzieciakami i przejęła to miejsce?
-?Możemy o tym porozmawiać innym razem? -?poprosił Torgny.
Wstał, zdrapał zaschnięte resztki z talerzy i ustawił je w stos na
stole. Wrzucił niezjedzone mięso do formy, w której były ziemniaki, i pod przykryciem postawił ją na grillu, żeby do resztek nie dobrały się
ptaki. Beatrice pozbierała kieliszki i wylała niedopite wino na trawnik.
-?Nie wniesiemy do środka naczyń? -?zapytała, kiedy skończyli.
-?Nie, zostawimy to Halilowi. Lepiej chodźmy już do domu.
7.
W piątek John dotarł do komisariatu o wpół do dziewiątej rano, po
podwiezieniu Nicole do szkoły. Na kolanach miał pudło z materiałami ze
śledztwa w sprawie bliźniaków z Grums, które dał mu Anderberg. Zamierzał
zacząć je czytać już poprzedniego wieczoru, ale bratanica miała kłopoty
ze snem i poprosiła, żeby się położył w swoim łóżku po drugiej stronie
składanej ścianki. Skończyło się tak, że John zasnął pierwszy, a obudził
się z powodu przeklętego słońca -?jak zwykle o nieludzkiej porze.
Wjechał windą na pierwsze piętro, gdzie mieścił się wydział kryminalny.
Drzwi większości pokoi w korytarzu były zamknięte. Przez szyby widział,
że koledzy stukają w klawisze, żeby nadgonić biurową robotę, która
zalegała w ciągu tygodnia.
John zostawił pudło z dokumentami w swoim gabinecie i poszedł do
automatu z kawą w pokoju socjalnym. Maszyna jak zwykle syczała i prychała, jakby każda przygotowana przez nią kawa miała być tą ostatnią.
Nie na darmo opatrzono ją tabliczką z napisem: Uwaga na policyjną
kawę.
-?Smakuje nie za dobrze, co? -?usłyszał za sobą głos.
John odwrócił się i zobaczył w drzwiach Ulfa Törnera, zwanego Zawodnym.
Miał na sobie strój, który wyglądał jak wiosenna kolekcja dla
funkcjonariuszy policji kryminalnej w Karlstad: nieforemne dżinsy,
koszulkę polo i podróbki butów Birkenstock.
Miał okazję blisko współpracować z kolegą przy kilku śledztwach i rozumiał, dlaczego przezwisko tak się przyjęło. Facet nie był głupi,
wręcz przeciwnie. Chętnie za to wykonywał robotę po łebkach, jeśli
dzięki temu mógł pójść do domu kilka godzin wcześniej. Za Ulfem ciągnął
się cały sznur niestarannie przeprowadzonych dochodzeń, przez które
prokuratorzy w sądzie mieli kłopoty. O ile w ogóle dochodziło do tego
etapu. Najczęściej Ulf "zawodził" wcześniej. Poza tym przezwisko
odnosiło się do jego działalności w związkach zawodowych. Kiedy głosy
krytyki z powodu nieudanego śledztwa stawały się zbyt głośne, wyszukiwał
jakąś konferencję o prawie pracy i na kilka dni uciekał z pola bitwy.
-?Dopóki zawiera kofeinę, przeżyję -?powiedział John i wypił łyk kawy.
-?Wkrótce nastąpi koniec męczarni -?oznajmił Ulf z dumą w głosie. -
Anderberg pozwolił mi zamówić nowy automat.
-?Poważnie? -?zdziwił się John.
Komendant był znany z trzymania pieniędzy mocno w garści.
-?No tak, tutejsza kawa jest problemem BHP, a zatem jako przedstawiciel
personelu muszę się wykazać stanowczością. Przy odrobinie szczęścia
dostarczą go już w przyszłym tygodniu.
-?Brzmi dobrze -?stwierdził John i wyszedł z kawą na korytarz.
Doświadczenie nauczyło go, że z kolegą należy rozmawiać krótko, bo w przeciwnym wypadku istniało ryzyko, że nie przestanie gadać.
Po powrocie do swojego gabinetu John rozsiadł się na krześle. Ułożył
notatki śledcze, wydruki przesłuchań i raporty techniczne z pudła w schludne rzędy na biurku i zaczął przeglądać materiały.
Bracia Jens i Jonas Brodinowie wyszli z willi w ?lvikshöjden tuż po
siedemnastej siódmego października tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego
szóstego roku. Ich matka, Hillevi, kazała im być w pobliżu i wrócić do
domu na kolację o dziewiętnastej. Kiedy się nie pojawili, wyszła ich
poszukać. Dzwoniła do drzwi sąsiadów, którzy mieli dzieci w tym samym
wieku, żeby pytać, czy nie ma u nich Jensa i Jonasa, ale oni tylko
kręcili głowami. Chwilę później przy placu zabaw znalazła ich BMX-y i wtedy zaczęła się naprawdę martwić. Wiedziała, że synowie kochali swoje
rowery i nigdy by ich nie zostawili.
John wyjął brązową kopertę z prywatnymi zdjęciami, które matka braci
udostępniła śledczym. Musieli być bliźniętami jednojajowymi, pomyślał.
Wyglądali niemal identycznie -?mieli proste jasnobrązowe włosy, psotne
spojrzenia i odstające uszy. Jens i Jonas Brodinowie w chwili zaginięcia
mieli dziesięć lat, o rok więcej niż Nicole teraz.
John czytał dalej. Telefon pod numer alarmowy został wykonany o dwudziestej pierwszej siedemnaście. Radiowóz przyjechał na miejsce pół
godziny później. Policjanci spisali zeznania Hillevi. Według notatek
matka chłopców była zrozpaczona, ale na pytania odpowiadała składnie i jasno. Synowie nigdy wcześniej nie zaginęli, nikt nie groził, że zrobi
im coś złego. Ojciec chłopców, Kenneth Brodin, był w podróży służbowej w Finlandii i miał wrócić do domu jak najszybciej.
Po rozmowie z dowódcą do ?lvikshöjden wysłano jeszcze jeden wóz, żeby
wspomóc poszukiwania. Sąsiedzi rodziny również pomagali. O drugiej
trzydzieści prace zostały przerwane. Chłopców nadal nie znaleziono.
John poczuł ten sam narastający niepokój, co wcześniej koledzy po fachu.
W przypadkach zaginięć czas był czynnikiem decydującym. Szanse na
szczęśliwe zakończenie malały z każdą godziną.
Następnego ranka wznowiono poszukiwania ze świeżą intensywnością. Do
akcji włączono psy i w niedługim czasie jeden z nich wskazał konkretny
punkt w lesie, niecałe sto metrów na północ od placu zabaw.
Policjanci znaleźli tam ślady krwi na ziemi. Ilość krwi trudno było
oszacować, bo częściowo została wchłonięta przez podłoże. Obstawiali, że
może to być mniej więcej dwieście mililitrów.
John spojrzał na raport techników. Krew z lasu miała tę samą grupę co
chłopców: A Rh+. Znalezisko mocno wskazywało na to, że padli ofiarą
przemocy. Nie dało się stwierdzić, czy obaj stracili krew, czy tylko
jeden z nich. Zgodnie z przypuszczeniem Johna, byli bliźniakami
jednojajowymi i mieli tę samą grupę krwi.
Następny krok w śledztwie polegał na zaangażowaniu prokuratora. To była
standardowa procedura przy tak poważnych podejrzeniach. Rozpoczynano
postępowanie przygotowawcze pod kątem uprowadzenia lub zabójstwa.
Dzięki pomocy świadka, który po południu widział bliźniaków, sporządzono
linię czasu. John z całych sił starał się ją rozszyfrować. Najwyraźniej
kiedy trzydzieści cztery lata wcześniej drukowano dokument, kończył się
tusz. Im niżej na stronie, tym bledsze były litery.
17.10. Chłopcy opuszczają mieszkanie w ?lvikshöjden.
18.00. Chłopcy zostają zauważeni na placu zabaw przez parę emerytów,
którzy wybrali się na wieczorny spacer. Plac zabaw mieści się przy
wjeździe na osiedle mieszkaniowe.
18.15. Chłopcy są ponownie widziani na placu zabaw, tym razem przez
piętnastolatka, który jechał motorowerem do miasta.
Tam ślad Jensa i Jonasa Brodinów się urywał. Przez kolejne tygodnie
trwały intensywne poszukiwania, ale dzieci nie udało się znaleźć. John
zwrócił uwagę, że notatki śledczych stawały się coraz bardziej zwięzłe w miarę utraty nadziei, że chłopców uda się odnaleźć żywych.
Śledczy oczywiście przyjrzeli się bliżej osobom z otoczenia bliźniaków.
Szczególną uwagę poświęcili rodzicom. Hillevi Brodin pracowała w Grums
jako ekspedientka. Jej wersja wydarzeń z feralnego popołudnia i wieczoru
została potwierdzona przez sąsiadów.
Kenneth Brodin przyjechał do ?lvikshöjden dzień po zaginięciu i został
przesłuchany w domu. Zeznał, że przebywał za granicą, tak też wcześniej
mówiła jego żona. Pracował jako konserwator w fabryce papieru Gruvön i często był wysyłany do innych placówek należących do koncernu, żeby
pomagać. Na brzegu wydruku z transkrypcją ktoś dopisał ręcznie:
"Sprawdzić fabrykę". John zaczął szperać w dokumentach i znalazł notatkę
z tego samego dnia, w której lokalny kierownik Gruvön potwierdzał wyjazd
do Finlandii.
Żadne z rodziców nie figurowało w rejestrze karnym. To samo można było
powiedzieć o innych dorosłych -?nauczycielach i trenerach sportowych -
którzy mieli regularny kontakt z chłopcami. Poza tym większość
przedstawiła alibi na czas, o który chodziło.
Kiedy najbliższe otoczenie zostało sprawdzone, śledczy zaczęli zataczać
coraz szersze kręgi w poszukiwaniu sprawcy. Na przesłuchanie wezwano
ludzi skazanych w Värmlandii za pedofilię, ale żaden z nich nie mógł
zostać powiązany z ?lvikshöjden ani nie zachowywał się w sposób
uzasadniający podjęcie wobec niego dalszych czynności.
John niemal słyszał przekleństwa rzucane pod nosem przez kolegów, gdy
każda kolejna inicjatywa kończyła się ślepą uliczką. Bez postępów
machina śledcza zwalniała. Przerwy między kolejnymi akcjami detektywów
były coraz dłuższe, a w grudniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego
ósmego roku -?nieco ponad dwa lata po zaginięciu chłopców -?śledztwo
umorzono.
John wstał z krzesła i rozprostował plecy. Dopiero wtedy się
zorientował, jak bardzo był zesztywniały po kilku godzinach siedzenia.
Jeśli plan Anderberga polegał na sprawieniu, że ta sprawa go pochłonie,
okazał się skuteczny.
Problem ze starymi śledztwami, które należało wznowić, często polegał na
braku naturalnego punktu startowego. Nie było żadnego miejsca zbrodni do
zbadania ani nowych świadków, z którymi dałoby się porozmawiać. Jednak
sprawa bliźniaków z Grums wyglądała inaczej, a John mógł to zawdzięczać
ptakowi.
Ten obojczyk musiał skądś się wziąć, pomyślał, wyjmując telefon
komórkowy z wewnętrznej kieszeni marynarki.
Najbliższego ornitologa dzieliło od niego zaledwie jedno wyszukiwanie w internecie.
8.
Torgny westchnął. Piątkowe wiadomości w telewizji nie różniły się od
tego, co można było obejrzeć w inne dni tygodnia. To samo gówno,
wałkowane każdego wieczoru, dzień po dniu. Strzelaniny, interesy
narkotykowe i poważne kradzieże popełniane przez ludzi, których nigdy
nie powinno się wpuścić do kraju. Przedmieścia dużych miast to był
prawdziwy Dziki Zachód, rządzony przez gangi, które robiły tam, co
chciały.
Nawet Grums miało swoje problemy. Torgny pamiętał aferę sprzed kilku
lat, gdy grupa młodych imigrantów terroryzowała całe osiedle.
Najbardziej krewcy koledzy z fabryki mówili, że trzeba powołać straż
obywatelską.
?kesson miał rację od początku, pomyślał Torgny, gdy lider Szwedzkich
Demokratów pojawił się na ekranie. Na długo przedtem, nim którykolwiek
inny polityk nabrał odwagi do mówienia o problemie z dużą liczbą
imigrantów, on mówił, jak jest. Że Szwedzi stają się obcokrajowcami we
własnym kraju.
W Grums była cukiernia, którą on i Beatrice odwiedzali, gdy Markus był
dzieckiem. Synek lubił liczyć ciastka księżniczki, mazarynki i danisze,
ustawione w idealnych rzędach w szklanej gablocie. Dziś to miejsce
nosiło nazwę Mały Damaszek i gdyby Torgny'emu przyszło do głowy napić
się tam kawy, byłby jedynym Szwedem w lokalu.
Obcym, tak jak mówił ?kesson.
Mimo to Torgny nie głosował na niego w ostatnich wyborach. Chłopaki z roboty mogły sobie robić, co chciały, ale on zamierzał się trzymać
socjalistów. Gdyby zawiódł tę partię, ojciec nie przewracałby się w grobie, a wirował w nim jak koło łopatkowe statku w Borgviksälven.
Torgny wyłączył telewizor i poszedł do kuchni podgrzać zapiekankę rybną,
którą przygotowała mu Beatrice. Prawie nie zdążyli porozmawiać po pracy,
zamienili tylko parę słów, kiedy podwoził ją do autobusu.
Wieczory klubu książki w Karlstad były święte i wpisane do wspólnego
kalendarza czerwonym długopisem. Koleżanki spotykały się przez cały
okres studiów na uczelni, obecnie noszącej nazwę uniwersytetu. Beatrice
przerwała socjologię w trakcie drugiego semestru, bo zaszła w ciążę, ale
nadal utrzymywała z nimi kontakt.
Torgny wiedział, że jest małostkowy, ale nie potrafił się nie złościć na
te ich całe Książki i Bąbelki. Tak się nazywał ich klub. Samo to, że
miał nazwę, było tak śmieszne i nadęte, że aż mu się chciało rzygać. On
chodził na mecze grającej u siebie drużyny Färjestad z Halilem i kilkoma
innymi chłopakami z ulicy, ale z tego powodu nie musieli sobie robić
koszulek z napisem "Hokejowe chłopaki z ?lvikshöjden".
Mężowie mieli ścisły zakaz przychodzenia na spotkania klubu książki. Z jednym wyjątkiem: dorocznego spotkania bożonarodzeniowego u Linderów,
którzy mieli w Hammarö dużą willę z własnym pomostem i sauną. Mężczyźni
pocili się na ławkach, pijąc piwo, a kobiety w salonie dyskutowały o literaturze. Potem wszyscy spotykali się w pokaźnej wiejskiej kuchni i wcinali pokusę Janssona, szynkę i żeberka.
Torgny nienawidził świątecznych spotkań u Linderów. Czuł się nie na
miejscu w saunie z innymi mężczyznami, którzy rozmawiali tylko o biznesie i wspólnych znajomych. Przy jedzeniu tematy rozmów były
bardziej zróżnicowane, ale wtedy miał już za sobą tak długie milczenie,
że dziwnie byłoby się odezwać.
Jego społeczna nieporadność i tak nie była jeszcze najgorsza, mógł z nią
żyć. Torgny czuł się źle przez kilka dni po tych spotkaniach, bo
widział, że Beatrice bawiła się na nich tak dobrze. Jaśniała takim
blaskiem jak świece na stole, z entuzjazmem i energią rzucała się na
każdy poruszany temat. W samochodzie w drodze do domu zawsze milczała, a on z niepokojem zastanawiał się, o czym myśli.
Mikrofalówka brzęknęła i Torgny wyjął z niej talerz -?przez ściereczkę
do naczyń, żeby się nie poparzyć. Poszedł z jedzeniem na kanapę i rozejrzał się po salonie. Ciekawe, jakie kosztowne plany remontu
mieszkania przyniesie ze sobą z klubu książki tym razem, pomyślał.
Pieniądze nigdy jej się nie trzymały. Kominek był u nich od zimy, a rok
wcześniej Torgny pomalował ściany na kolor, który sam uważał za brązowy,
ale Beatrice wyjaśniła, że to caff? latte.
Jedynym meblem pozostającym poza strefą zagrożenia wymianą było pianino
Markusa. Któregoś razu Torgny zaproponował, by przenieśli je w inne
miejsce pokoju. Beatrice się nie zgodziła. Miało stać tam gdzie zawsze i czekać na zręczne paluszki syna, gdy tylko przyjdzie w odwiedziny.
Torgny westchnął, wyjął z kieszeni komórkę i wszedł na stronę
internetową Lexusa. Odbył jazdę próbną modelem RX tyle razy, że szef
salonu zaczął mamrotać pod nosem, że darmowa kawa jest dla klientów.
Fantastycznie byłoby pewnego dnia zamknąć gębę temu męczącemu
sukinsynowi, wyjmując czek na wymaganą sumę i kładąc mu go przed nosem.
Zazwyczaj Torgny przerywał marzenia w tym miejscu. Przypominał sobie, że
sześćset tysięcy koron to astronomiczna suma, i zaczynał przeglądać
używane samochody na stronie Blocket. Tego wieczoru było jednak inaczej.
Chodził do pracy od dziewiętnastego roku życia, nie korzystał z urlopu
ojcowskiego i prawie nie bywał na zwolnieniu lekarskim. Coś mu się w końcu należało.
Wziął notatnik, długopis i prawdziwy kalkulator -?ten w telefonie był do
niczego -?i wrócił na kanapę. Wkład w gotówce wynosił dwadzieścia
procent. Czyli gdzieś około stu dwudziestu, stu trzydziestu tysięcy, w zależności od opcji. Resztę pożyczyłby w firmie motoryzacyjnej. Na
swojej stronie internetowej zapewniali, że udzielają pożyczek na
korzystnych warunkach. Otworzył konto internetowe i sprawdził saldo
konta oszczędnościowego. Nieco ponad czterdzieści tysięcy. Nawet gdyby
udało mu się sprzedać volvo za dwadzieścia, i tak byłby dopiero w połowie drogi. Chyba że...
Jego wzrok padł na drugie konto, które otrzymało nazwę "Oszczędności dla
Markusa". Założył rachunek przy okazji chrztu Markusa i tego samego dnia
dokonał pierwszej wpłaty. Od tamtego czasu co miesiąc przelewał trzysta
koron z wypłaty. Miał to być fundusz na pierwsze mieszkanie Markusa.
Ivar zrobił coś podobnego z myślą o Torgnym. Właśnie dzięki tym wpłatom
ojca on i Beatrice mogli sobie pozwolić na kupno własnego domu w ?lvikshöjden.
Problem -?o ile można było tak powiedzieć -?polegał na tym, że Markus
nie potrzebował pieniędzy. Był z wykształcenia informatykiem i już na
studiach zaczął zarabiać jako freelancer w firmach krajowych i zagranicznych. Kiedy przed dwoma laty kupił mieszkanie w Sztokholmie,
Torgny dowiedział się o tym dopiero po jakimś czasie. Syn nie chciał, by
"nakręcał się licytacją".
Kiedy Torgny wreszcie poznał koszt tego trzypokojowego mieszkania na
Odenplan, wszystko stało się jasne. Kapitał, którego uzbieranie zajęło
mu kilkadziesiąt lat, wystarczyłby zaledwie na kilka metrów
kwadratowych.
On i Markus nigdy nie rozmawiali ze sobą o pieniądzach. Przelew w wysokości trzystu koron nadal wychodził dwudziestego szóstego dnia
każdego miesiąca. Z odsetkami kwota wynosiła obecnie prawie sto
pięćdziesiąt tysięcy.
Więcej niż wymagany wkład własny za samochód.
Torgny upuścił długopis na notatnik, nic nie zapisawszy. Matematyka nie
stanowiła problemu. Pieniądze były dostępne, musiał tylko zadzwonić do
Markusa i poprosić o pozwolenie na ich użycie. I poniżyć się, dodał
cicho w myślach. Nawet jeśli syn dobrze sobie radził sam i z pewnością
nie żałowałby staremu ojcu nowego samochodu, taka prośba wydawała się
niestosowna. Zwłaszcza że Markus akurat był na wakacjach na drugim końcu
świata.
Zdenerwowany Torgny wyszedł z kuchni, zdrapał resztki z talerza i włożył
go do zmywarki. Otworzył lodówkę, wyjął piwo, ale wstawił je z powrotem.
Najwyraźniej nawet w tak prostej kwestii nie potrafił podjąć decyzji.
Trzy godziny później do domu weszła Beatrice. Okazało się, że na
przystanku w Grums wpadła na sąsiadkę, która podwiozła ją do
?lvikshöjden. Torgny wyszedł jej na spotkanie w przedpokoju. Próbował
schować do kieszeni swoją niechęć do Książek i Bąbelków.
-?Jak było, kochanie? -?spytał, wieszając jej płaszcz.
-?Supermiło -?odpowiedziała i zdjęła jeden but.
Torgny zauważył, że ma kłopoty z utrzymaniem równowagi.
-?Yvonne dostała nową pracę, stanowisko kierownicze w gminie. Kupiła z tej okazji trzy butelki prawdziwego szampana.
Torgny odruchowo się roześmiał. Zawsze to podejrzewał. Bąbelki były
ważniejsze od książek.
-?Boże, ależ on był dobry -?ciągnęła Beatrice. -?Nie taki słodki jak...
Torgny dokończył za nią:
-?...jak to tanie gówno, które pijemy w Grums.
-?Przestań. Nie to chciałam powiedzieć.
Beatrice minęła go i weszła do kuchni. Usłyszał, że odkręciła kran i czekała, aż woda zrobi się zimna.
-?Nie obrażaj się, tylko żartowałem! -?krzyknął.
-?Wcale nie żartowałeś. Idę się położyć.
Weszła po schodach do sypialni, trzymając w ręce dużą szklankę z wodą.
Niech to szlag, pomyślał Torgny.
Beatrice była w domu najwyżej trzy minuty, a już zdążyli się przez niego
pokłócić.
Usłyszał kliknięcie drzwi łazienki na górze. Zazwyczaj nie zamykała się
na zamek, ale tym razem tak zrobiła. Był to jasny komunikat dla
Torgny'ego, że przed spaniem musi się umyć w łazience na dole.
Jego spojrzenie padło na torebkę Beatrice stojącą na podłodze w przedpokoju. Suwak był uchylony, ze środka wystawał błyszczący katalog.
Z biura podróży Ticket.
Torgny wyjął go i zauważył, że żona zagięła róg jednej ze stron.
Otworzył i przeczytał nagłówek:
Wybierz się z nami na wyprawę do magicznych lasów deszczowych Borneo.
Wybór celu podróży nie był dla niego zaskakujący. Odkąd wiele lat temu
Beatrice obejrzała film dokumentalny, mówiła, że chce się wybrać na tę
wyspę.
Torgny poszedł do kuchni i wyrzucił katalog do kosza na śmieci. Czy ona
nie rozumiała, że są w zupełnie innej lidze niż reszta kobiet z klubu
książki? On co prawda nieźle zarabiał, ale jej pensja w domu opieki to
była kpina. Wspólny portfel naprawdę nie pozwalał na podróż do dżungli
po drugiej stronie świata.
Znów otworzył lodówkę i wziął butelkę piwa. Pierwsze łyki upił na
stojąco. Piwo się spieniło i spłynęło mu po brodzie. Wytarł ją grzbietem
dłoni i usiadł przy stole.
Beatrice była jego największym osiągnięciem i wszyscy wydawali się co do
tego zgodni. Nie wolno mu było jej stracić. Raz już do tego doszło, a wtedy grunt usunął mu się spod nóg.
Zostali parą, gdy ona chodziła do drugiej klasy liceum, a on właśnie
dostał pracę w fabryce. Kiedy zaczęła studia, Torgny zaproponował, by
kupili razem mieszkanie w Grums. Beatrice się opierała. Chciała mieszkać
w akademiku w Karlstad.
Odwiedzał ją tak często, jak mógł, ale już po miesiącu poczuł dystans
między nimi. Beatrice była wycofana, wolała spędzać czas z nowymi
przyjaciółmi. Zanim liście spadły z drzew, zerwała z nim.
W Boże Narodzenie nie chciał iść na imprezę w hotelu pracowniczym.
Kumpel zaciągnął go tam, mówiąc, że czas wyjść z dołka i zacząć się
oglądać za innymi dziewczynami. Pokrzepiony kilkoma grogami Torgny
stanął w długiej kolejce. Kiedy ochroniarz po chwili wahania wpuścił go
do środka, okazało się, że przy barze stoi Beatrice.
Torgny poczuł się, jakby przeszył go prąd. W pierwszym odruchu chciał
wybiec na zimowy wieczór i schować się w zaspie śnieżnej. Byle tylko nie
widzieć jej wyobrażonego chłopaka z Karlstad, którego tutaj pewnie
zaprosiła na egzotyczny wieczór w oparach siarczanów.
Nie zrobił tego jednak, lecz obserwował ją z daleka. Skoczył do toalety,
gdzie ochlapał sobie twarz zimną wodą i przeczesał dłońmi włosy. Potem
odważył się do niej podejść.
Po kilku niezręcznych frazach grzecznościowych zdenerwowanie minęło.
Rzeczywiście miała chłopaka. Ale nie można było na niego liczyć.
Beatrice powiedziała, że też nie chciała iść do hotelu, ale i ją
przekonała przyjaciółka. Śmiali się, a kiedy stwierdziła, że to na pewno
przeznaczenie, Torgny poczuł, że mrozi go od środka. Może mimo wszystko
miał szansę.
W nocy poszli ze sobą do łóżka w jego mieszkaniu.
Po wszystkim -?kiedy zasnęła obok niego -?postanowił, że znów będą
razem. Będzie przy niej, ale bez narzucania się. Po prostu poczeka na
odpowiednią okazję i wyjdzie na prowadzenie. Oczywiście wtedy nie
wiedział, że pomoże mu w tym embrion, który wkrótce zacznie rosnąć w jej
brzuchu.
Dopił resztkę piwa i otworzył szafkę pod zlewem. Wyjął katalog biura
podróży z kosza na śmieci i oczyścił okładkę ściereczką do naczyń.
Kawałek zapiekanki rybnej przykleił się do lazurowego morza, które
zachęcało czytelników do odwiedzenia "nieznanych rajskich wysp
Karaibów".
Wszedł do toalety, opróżnił pęcherz i umył zęby. Wysilił się na swój
najlepszy uśmiech i wszedł po schodach z katalogiem w ręce. Pomyślał, że
przy odrobinie szczęścia może uda mu się zamienić podróż na Borneo na
tydzień lub dwa na Kanarach.