John Adderley (tom 1). Ostatnie życie - Peter Nyström, Peter Mohlin

-
Proszę czekać

1.

Bal­ti­more, 2019

Leżał w łóżku i patrzył w biały sufit. Odbar­wie­nie na gip­so­wej pły­cie stop­niowo nabie­rało coraz ostrzej­szych kon­tu­rów. Plama wyglą­dała jak duch albo balon. Coś, co mogłoby nary­so­wać dziecko.

John wie­dział, że prze­bywa na gra­nicy mię­dzy jawą a snem, nie miał jed­nak poję­cia, jak długo miota się pomię­dzy tymi dwoma świa­tami. Spró­bo­wał obró­cić głowę, żeby zoba­czyć, gdzie się znaj­duje. Sekundę póź­niej nade­szła fala bólu. Jej mak­si­mum znaj­do­wało się z tyłu głowy i prze­ta­czała się po całym ciele. Zaci­snął powieki i pró­bo­wał zna­leźć jakieś miej­sce wewnątrz sie­bie, w któ­rym mógłby się schro­nić. Nie zna­lazł.

Zacze­kał, aż naj­gor­szy ból ustąpi, i posta­no­wił, że przy­swoi pokój innymi zmy­słami niż wzrok. W powie­trzu dało się wyczuć woń środ­ków do dezyn­fek­cji, jed­nak pozba­wio­nych syn­te­tycz­nych domie­szek, które zwy­kle są w tego typu pro­duk­tach. Żad­nych cytru­sów czy ukwie­co­nych łąk, tylko zapach kli­nicz­nej czy­sto­ści.

Usły­szał popi­ski­wa­nia po swo­jej lewej stro­nie. Dźwięk powta­rzał się z kil­ku­se­kun­do­wymi odstę­pami i nie­wąt­pli­wie docho­dził z jakie­goś urzą­dze­nia znaj­du­ją­cego się na wyso­ko­ści głowy.

Powoli zaci­snął dłoń na sta­lo­wej ramie łóżka i zsu­wał ją po niej, aż tra­fiła na coś, co wyglą­dało jak kabel. Chwy­cił go i pod­niósł na tyle wysoko, aby zoba­czyć, co to takiego. Po jed­nej stro­nie tkwił pla­sti­kowy walec z czer­wo­nym przy­ci­skiem. Naci­snął przy­cisk i cze­kał, aż coś się sta­nie. Wkrótce drzwi się otwo­rzyły i usły­szał zbli­ża­jące się kroki. Kobieta w bia­łym far­tu­chu, z wło­sami zwią­za­nymi w kok, nachy­liła się nad łóż­kiem.

- Jesteś przy­tomny, John? Sły­szysz mnie?

Ostroż­nie ski­nął głową i odpo­wie­dział mu uśmiech.

- Jesteś teraz w szpi­talu Johnsa Hop­kinsa w Bal­ti­more - oznaj­miła kobieta. - Ope­ro­wano cię tutaj, bo mia­łeś rany postrza­łowe klatki pier­sio­wej.

Kiedy tylko usły­szał głos pie­lę­gniarki, zaczął być świa­domy bólu poope­ra­cyj­nego. Ten był innego typu, bar­dziej tępy. Nie eks­plo­do­wał tak jak ból karku. Sta­no­wił jakby drugą war­stwę bólu.

Kobieta wciąż mówiła o sta­nie jego zdro­wia. Stra­cił dużo krwi i dobę wcze­śniej nie­przy­tomny tra­fił na oddział inten­syw­nej tera­pii. Prze­pro­wa­dzono ope­ra­cję, leka­rzom udało się powstrzy­mać krwo­toki wewnętrzne. Poci­ski, w sumie dwa, omi­nęły klu­czowe narządy i prze­szły na wylot.

- Wody - powie­dział i zasko­czyło go, jak piskliwy ma głos.

Pie­lę­gniarka wzięła ze sto­lika kubek z rurką i podała mu. Zaczął łap­czy­wie pić, wię­cej, niż mógł prze­łknąć. Zakasz­lał, a kobieta w bieli musiała mu wytrzeć poli­czek ser­wetką.

- Trudno się pije, gdy się leży pła­sko. Pod­nieść łóżko?

Ski­nął głową.

Pie­lę­gniarka naci­snęła guzik na ścia­nie, a zagłó­wek powę­dro­wał do góry. John wresz­cie mógł się rozej­rzeć po sali. Obok łóżka, po lewej stro­nie, zoba­czył sta­tyw na kół­kach, a na nim leki poda­wane dożyl­nie. Doli­czył się trzech prze­zro­czy­stych prze­wo­dów zaopa­tru­ją­cych jego ciało w che­mi­ka­lia poprzez wkłu­cia w zgię­ciu ręki. Piski, które sły­szał, dobie­gały z urzą­dze­nia nad­zo­ru­ją­cego oddy­cha­nie i zaopa­trze­nie w tlen.

Zasłony w dwóch oknach były cien­kie i prze­pusz­czały wię­cej słońca, niżby sobie tego życzył. Drzwi na kory­tarz też miały szybę. W gór­nej czę­ści drzwi pro­wa­dzą­cych na kory­tarz była szyba, i to na tyle duża, że widział przez nią pil­nu­ją­cego go poli­cjanta.

Powoli obró­cił głowę w drugą stronę i spo­strzegł jesz­cze jedno łóżko. Naj­wi­docz­niej nie był tu jedy­nym pacjen­tem. Kiedy zoba­czył twarz, ból w tyle głowy eks­plo­do­wał na nowo.

Na łóżku - zale­d­wie około metra od niego - leżał czło­wiek, który dwa­dzie­ścia cztery godziny wcze­śniej przy­ci­snął mu pisto­let do karku.

2.

Karl­stad, 2009

Znowu auto­ma­tyczna sekre­tarka. Heimer wie­dział, że choć docho­dzi pół­noc, ona widzi tele­fony od niego. Komórkę miała chyba przy­spa­waną do dłoni, dzia­łała przez całą dobę. Kiedy jeden kon­ty­nent się wyłą­czał, przy­cho­dził czas na kolejny, ona zaś była dostępna zawsze, gdy oddziały potrze­bo­wały swo­jego dowódcy.

Kiedy jed­nak on, jej mąż, chciał się z nią skon­tak­to­wać, wolała nie odbie­rać. Albo uży­wała funk­cji fil­tro­wa­nia połą­czeń, czyli scre­eno­wała je, jak to się okre­ślało nowo­cze­snym języ­kiem. Cza­sami nabie­rał ochoty, by poży­czyć komórkę od kogoś z kie­row­nic­twa i zadzwo­nić z niej do Sis­seli. Tylko żeby zoba­czyć, czy odbie­rze.

Heimer wyj­rzał przez pano­ra­miczne okno i z zasko­cze­niem spo­strzegł, jak ciemna jest woda. Wkrótce Eme­lie poje­dzie z powro­tem do Sztok­holmu i lato ofi­cjal­nie się zakoń­czy. Zaczął myśleć o tym, że kiedy tydzień przed mid­som­mar odbie­rał córkę na dworcu, pra­wie jej nie poznał. Prze­miana w schludną stu­dentkę szkoły biz­nesu nastą­piła tak szybko, że nie­mal zapo­mniał, jak wyglą­dała.

Sis­sela oczy­wi­ście nie posia­dała się z rado­ści, gdy ubie­głej jesieni Eme­lie roz­po­częła stu­dia. Dawne sprawy poszły w nie­pa­mięć, a dzie­dziczka rodzin­nej firmy zna­la­zła się na swoim miej­scu w naj­lep­szej ze szkol­nych ław. Heimer nie był rów­nie prze­ko­nany. Latem naprawdę się sta­rał napra­wić rela­cję z Eme­lie i odzy­skać jej zaufa­nie po tym, co się stało. Ona jed­nak nie chciała znów go do sie­bie dopu­ścić.

Ponow­nie zadzwo­nił do Sis­seli. Dla­czego, do cho­lery, nie odbiera? Jeśli się dzwoni trzy razy w ciągu godziny, powinna chyba zro­zu­mieć, że to coś waż­nego?

Heimer usiadł przy wyspie kuchen­nej i zaczął myśleć, jak gów­niany był to dzień. Roz­po­czął się kłót­nią już przy śnia­da­niu. Przez cały rok aka­de­micki raporty ze Sztok­holmu były dobre. Eme­lie mówiła, że zdaje egza­miny i dobrze się czuje z innymi w gru­pie. Zostaw­szy sam na sam z żoną, Heimer zaczął kwe­stio­no­wać rezul­taty nauki. Córka odzie­dzi­czyła po nim dys­lek­sję - sam pamię­tał, jak trudno mu było nadą­żyć za czę­ściami teo­re­tycz­nymi na stu­diach archi­tek­to­nicz­nych. Sis­sela zba­ga­te­li­zo­wała jego obiek­cje i zapy­tała, dla­czego tak słabo wie­rzy w swoje jedyne dziecko.

Wczo­raj jed­nak zamek z pia­sku runął. Zna­joma z pracy Sis­seli, bli­ska przy­ja­ciółka rek­tora, wie­działa, że sytu­acja Eme­lie budzi nie­po­kój na uczelni. Miała dużo nie­obec­no­ści i ostat­nio rzadko można ją było spo­tkać na kory­ta­rzu. Sis­sela zadzwo­niła do rek­tora i nie dała za wygraną, dopóki bie­dak nie wypo­wie­dział się o jej córce bez owi­ja­nia w bawełnę. Po dwóch seme­strach Eme­lie miała zale­d­wie dwa­dzie­ścia cztery punkty na sześć­dzie­siąt moż­li­wych. Do ostat­nich dwóch egza­mi­nów nawet nie pode­szła.

Śnia­da­nie zamie­niło się w prze­słu­cha­nie z krzy­żo­wym ogniem pytań, a Eme­lie została skon­fron­to­wana ze swo­imi kłam­stwami. Heimer pró­bo­wał uspo­koić żonę, ale jej chyba wyle­ciało z głowy, jak źle było z Eme­lie w ciągu ostat­nich lat. Jak nie­wiele bra­ko­wało, by stra­cili ją na dobre.

Finał poranka był taki, że Eme­lie znik­nęła w swoim pokoju, a potem wyszła z domu z ple­ca­kiem. Chwilę póź­niej wyszła rów­nież Sis­sela, a on został na zglisz­czach tego, co miało przy­po­mi­nać rodzinę. Sam miał posprzą­tać po innych. Jak zwy­kle.

Spę­dził przed­po­łu­dnie w piw­nicy z winami i pró­bo­wał zapro­wa­dzić tam tro­chę porządku. Przez ostat­nie mie­siące zanie­dby­wał inwen­ta­ry­za­cję, a prze­cież ze względu na kwe­stie ubez­pie­cze­niowe musiał mieć aktu­alną listę bute­lek. Tera­pia podzia­łała i kiedy sznu­ro­wał buty, żeby prze­biec prze­wi­dziane w pro­gra­mie tre­nin­go­wym dwa­na­ście kilo­me­trów, czuł się lepiej.

Lep­sze samo­po­czu­cie nie trwało jed­nak długo. Po obie­dzie, który ugo­to­wał i zjadł w samot­no­ści, pękła ostat­nia ilu­zja w kwe­stii nowego życia córki. Heimer wszedł do jej pokoju. Nie zamie­rzał mysz­ko­wać. Chciał tylko przez chwilę w nim pobyć. Robił tak cza­sem, odkąd się prze­pro­wa­dziła do Sztok­holmu. Żeby sobie przy­po­mnieć, że kie­dyś byli oni dwoje kon­tra reszta świata.

Górną szu­fladę szafki pod biur­kiem wysu­nął odru­chowo. Nie była dokład­nie zamknięta i tak naprawdę chciał tylko ją popra­wić. A przy­naj­mniej tak to sobie tłu­ma­czył. W każ­dym razie wycią­gnął szu­fladę i jego uwagę natych­miast przy­cią­gnął stos sta­rych prac domo­wych. To, że znaj­do­wały się w tym miej­scu, wyglą­dało podej­rza­nie. Pod­niósł papiery i zna­lazł torebkę z bia­łym prosz­kiem.

Została tylko odro­bina na dnie. Nabrał ją na palec wska­zu­jący, poło­żył pro­szek na języku i natych­miast wyczuł che­micz­nie gorzki smak koka­iny.

Od tego czasu dzwo­nił do córki co naj­mniej osiem razy, ale nie mógł się z nią połą­czyć. Prze­czu­wał to gdzieś na skraju świa­do­mo­ści, ale nie chciał widzieć. Nowa Eme­lie była zbyt ide­alna. Tera­peuci z ośrodka raz za razem przy­po­mi­nali, że wyj­ście z cho­roby psy­chicz­nej trwa długo, a droga czę­sto jest naje­żona prze­ciw­no­ściami. Jed­nak dla jego córki pobyt w Björkbacken wyda­wał się cudowną kura­cją. Wkro­czyła tam agre­sywna dzie­więt­na­sto­latka, którą cią­gnęło do nar­ko­ty­ków, a wyszła dziew­czyna, która zdała do szkoły biz­nesu i chciała się anga­żo­wać w rodzinną firmę. Wszystko w zale­d­wie sześć mie­sięcy.

Heimer wstał od wyspy kuchen­nej i zaczął bez kon­kret­nego celu cho­dzić po domu. Pode­szwy jego skó­rza­nych butów skrzy­piały na kon­ser­wo­wa­nym bia­łym mydłem par­kie­cie z dłu­gich desek. Czuł się jak jedyny czło­wiek na naj­bar­dziej wylud­nio­nej z imprez. Ubrany zbyt ele­gancko, w koszulę i mary­narkę, pod­czas gdy rów­nie dobrze mógłby bie­gać w kap­ciach i szla­froku. Prze­cież nikogo tu nie było.

Prze­brał się w beżowe chi­nosy i czarną koszulkę polo, którą kupił w Medio­la­nie. Koszulka dobrze leżała na jego musku­lar­nym, żyla­stym tor­sie. Zawdzię­czał go bie­ga­niu. Nie­wielu męż­czyzn, któ­rzy skoń­czyli czter­dzie­ści osiem lat, było w takiej for­mie. Wpraw­dzie linia wło­sów się cof­nęła, a na skó­rze wokół oczu poja­wiły się zmarszczki, ale lubił swoją twarz, sta­rzała się z god­no­ścią.

Bywało, że po kry­jomu kupo­wał "Svensk Dam­tid­ning" po tym, jak razem z Sis­selą byli na jakiejś pre­mie­rze w Sztok­hol­mie. Uwiel­biał to, że jest jedną z osób na zamiesz­czo­nych tam zdję­ciach, i porów­ny­wał sie­bie i Sis­selę z innymi parami w tym samym wieku. Jeśli cho­dziło o ema­no­wa­nie auto­ry­te­tem i dobrym sma­kiem, Bjur­wal­lo­wie sta­no­wili duet trudny do pobi­cia.

Wró­cił do kuchni. Zro­bił sobie kanapkę, ale nie był w sta­nie zjeść choćby połowy. Myślami wra­cał do Eme­lie i jej moż­li­wego miej­sca pobytu. Była bar­dzo roz­złosz­czona, gdy rano wycho­dziła z domu, on zaś chciał mieć szansę z nią poroz­ma­wiać. W spo­koju, kiedy naj­gor­sza złość minie.

Ponow­nie wszedł do pokoju córki i usiadł na łóżku. Ude­rzyła go myśl, w jak małym stop­niu nowa Eme­lie pasuje do tej daw­nej. Białe bluzki i kasz­mi­rowe swe­try wisiały na wie­sza­kach obok czar­nych bluz z kap­tu­rem i T-shir­tów z nazwami grup muzycz­nych. Torba Bur­berry stała na pod­ło­dze obok żół­tego pla­sti­ko­wego pudełka z pły­tami winy­lo­wymi. Naj­więk­szy kon­trast ze wszyst­kiego sta­no­wił wysłu­żony mac­book w skó­rza­nym etui leżący obok peceta wiel­kiego jak wie­żo­wiec, z trzema moni­to­rami i zesta­wem słu­chaw­ko­wym god­nym pilota myśliwca.

Zdję­cie nad biur­kiem wisiało jak przy­po­mnie­nie o innych cza­sach. Gru­powe zdję­cie Stri­ker Chicks z pierw­szych zawo­dów pod­czas Dre­am­hack w Jönköping. Eme­lie stała pierw­sza z pra­wej i była o pół głowy wyż­sza od pozo­sta­łych dziew­czyn z dru­żyny. Jasne włosy miała ufar­bo­wane na ciemny kolor i ostrzy­żone krótko na pazia. Jej maki­jaż był moc­niej­szy, a w gór­nej war­dze tkwiły dwa kol­czyki, które tak bar­dzo wypro­wa­dzały Sis­selę z rów­no­wagi.

Heimer odwró­cił wzrok od zdję­cia. Chciał wyjść i znów pobie­gać. Po pro­stu opróż­nić ciało z ener­gii i poczuć w ustach smak krwi. Zapo­mnieć o pozba­wio­nej krę­go­słupa ame­bie, którą był - choćby tylko na chwilę.

Nagle usły­szał odgłos otwie­ra­nych drzwi na dole. Potem głu­che ude­rze­nie torby sta­wia­nej na klin­kie­ro­wej pod­ło­dze i podzwa­nia­nie zaha­cza­ją­cych o sie­bie wie­sza­ków na drążku pod półką w przed­po­koju. W końcu zaś dobie­gły go zmę­czone kroki na scho­dach.

- Mógł­byś podać mi szklankę wody, skar­bie?

Heimer wyszedł do kuchni, żeby powi­tać Sis­selę. Zoba­czył, jak zdej­muje buty na obca­sie i opada na kanapę w sąsied­nim salo­nie. Ledwo wyczu­wal­nie plą­tał jej się język. Wystar­cza­jąco jed­nak, aby zauwa­żył, że piła.

- Pew­nie - odpo­wie­dział, sta­ra­jąc się nie poka­zać, jak bar­dzo jest ziry­to­wany tym, że nie mógł się do niej dodzwo­nić przez cały wie­czór. Eme­lie potrze­bo­wała ich wspar­cia, więc wsz­czy­na­nie kolej­nej kłótni byłoby głu­potą.

Wci­snął szklankę w zagłę­bie­nie w drzwiach lodówki. W miarę jak spły­wała do niej zimna gazo­wana woda, obser­wo­wał sie­dzącą na kana­pie żonę. Włosy w kolo­rze pla­ty­no­wego blond, z krnąbr­nym pasmem, które nie chciało leżeć na swoim miej­scu za uchem. Nos o ary­sto­kra­tycz­nym kształ­cie - wie­dział, że jest z niego bar­dzo zado­wo­lona. I wresz­cie broda, którą nieco za czę­sto pocie­rała. Przy ostat­nim zabiegu lekarz zbyt mocno nacią­gnął jej skórę. Narze­kała, że nie wygląda to natu­ral­nie u kobiety po czter­dzie­stce. Heimer nic wtedy nie mówił, ale myślał, że o to wła­śnie cho­dzi w chi­rur­gii pla­stycz­nej. Jeśli Sis­sela chciała wyglą­dać natu­ral­nie, mogła mieć na­dal dawną brodę.

Posta­wił szklankę wody na pod­kładce, dla ochrony sto­lika przy kana­pie.

- Dzię­kuję - powie­działa Sis­sela i opróż­niła połowę jed­nym hau­stem. - Prze­pra­szam za spóź­nie­nie. Spo­tka­nie się prze­cią­gnęło i zupeł­nie zapo­mnia­łam, że po nim miała być degu­sta­cja wina. Przy­nio­słam ci kilka bute­lek. Nowy chło­pak z zarządu ma udziały w gospo­dar­stwie w Afryce Połu­dnio­wej i kiedy opowie­działam mu o twoim zain­te­re­so­wa­niu winem, chciał koniecz­nie spre­zen­to­wać ci skrzynkę.

- Pozdrów i podzię­kuj - odparł Heimer i usiadł w fotelu Lamino.

Nie cier­piał, kiedy jego żona robiła takie rze­czy. Jakim pra­wem sądziła, że butelki od jakie­goś tam han­dla­rza koni zasłu­gują na miej­sce w jego piw­nicy. Czy nie rozu­miała, z jaką tro­ską uzu­peł­niał kolek­cję, i że ta nie­wielka ilość miej­sca, która została, była bar­dzo istotna ze względu na tych kilka bor­de­aux, które miał nadzieję kupić na aukcji win w Sotheby's tej jesieni?

- Czy dziś wie­czo­rem odzy­wała się do cie­bie Eme­lie? - zapy­tał.

- Nie - odparła Sis­sela. - Nie ma jej w domu?

Pokrę­cił głową. Żona pod­cią­gnęła nogę i zaczęła maso­wać swoją stopę. Heimer pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, kiedy prze­stała go pro­sić, aby to dla niej zro­bił po dłu­gim dniu pracy w nie­wy­god­nych butach.

- Nie czuje się dobrze - oznaj­mił i wstał.

Gestem dał znać, że też powinna wstać, i razem weszli do pokoju córki. Wysu­nął szu­fladę i wska­zał wore­czek z reszt­kami koka­iny.

- Czy to jest to, co myślę? - spy­tała Sis­sela.

Ski­nął głową.

- Czuję się oszu­kana - pod­jęła po chwili ciszy. - Naj­pierw te wszyst­kie kłam­stwa na temat szkoły, a teraz to. Prze­cież obie­cała, że z tym skoń­czy.

- Byli­śmy naiwni. Powin­ni­śmy zro­zu­mieć, że to nie nastąpi tak łatwo.

- Chcesz powie­dzieć, że ja byłam naiwna. Prze­cież sam ni­gdy nie wie­rzy­łeś w to, że z nią naprawdę jest lepiej.

Wła­śnie o to mu cho­dziło. Nie podo­bało mu się jed­nak, że żona sama wycią­gnęła ten wnio­sek, wolałby ją na niego napro­wa­dzić.

- Nie odbiera komórki - rzekł. - Wyjdę jej poszu­kać.

- Czy to naprawdę roz­sądny pomysł? - spy­tała Sis­sela. - Z pew­no­ścią nie­długo wróci i chcia­ła­bym, aby­śmy oboje byli wtedy w domu. Eme­lie chęt­niej słu­cha cie­bie niż mnie.

Nie­prawda, pomy­ślał. Tak było, ale przed poby­tem w Björkbacken.

Jak zwy­kle zosta­wił decy­zję Sis­seli. Zaczęli pić her­batkę rumian­kową, bo twier­dziła, że koi nerwy. Kiedy minęła pierw­sza, a córka na­dal się nie zja­wiła, Sis­sela poszła do sypialni się poło­żyć. On sku­lił się na kana­pie i nacią­gnął na sie­bie koc. Jeśli Eme­lie będzie chciała prze­mknąć obok niego, obu­dzi się. Obie­cał sobie, że naprawdę spró­buje z nią poroz­ma­wiać. Gdzieś tam wciąż była dawna Eme­lie. Ta, która mu ufała. Tym razem miał zamiar jej nie zawieść.

3.

Bal­ti­more, 2019

Miej­sce, w któ­rym wcze­śniej leżał męż­czy­zna, było puste. Łóżko zostało zabrane, a przy­rządy wcze­śniej pod­łą­czone do ciała stały wyłą­czone na wózku przy ścia­nie.

John ponow­nie stra­cił przy­tom­ność, gdy twarz tego męż­czy­zny przy­po­mniała mu, dla­czego znaj­duje się w szpi­talu. Za oknami pano­wał już mrok. Dzień prze­szedł w wie­czór lub wręcz w noc. Nie wie­dział - w sali bra­ko­wało zegara.

Weszła pie­lę­gniarka. Sta­nęła przy łóżku i spoj­rzała na niego z nie­po­ko­jem. Twier­dziła, że utraty przy­tom­no­ści nie mają związku z ranami postrza­ło­wymi tuło­wia, i chciała spro­wa­dzić leka­rza. John zaczął pro­te­sto­wać. Kark już go nie bolał, a bólami klatki pier­sio­wej zajęła się mor­fina. Po pew­nym waha­niu kobieta ustą­piła.

- Co się stało z tym czło­wie­kiem, który leżał obok mnie? - spy­tał.

- Znów jest ope­ro­wany. Za pierw­szym razem nie do końca się udało, więc chi­rurg posta­no­wił prze­pro­wa­dzić kolejny zabieg - odparła i się zawa­hała.

Może powie­działa zbyt wiele na temat innego pacjenta. W szpi­talu obo­wią­zy­wała ści­sła tajem­nica zawo­dowa. John zaczął się zasta­na­wiać, ile pie­lę­gniarka tak naprawdę wie o czło­wieku, któ­rym się opie­kuje. W szpi­talu Johnsa Hop­kinsa poli­cyjna straż przed drzwiami nie była na porządku dzien­nym.

Kiedy obie­cał, że naci­śnie alarm, jeśli będzie miał zawroty głowy, pie­lę­gniarka życzyła mu dobrej nocy. Pocze­kał, aż wyj­dzie z pokoju, a potem zamknął oczy. Frag­men­ta­ryczne wspo­mnie­nia zda­rzeń z portu w Bal­ti­more utwo­rzyły zro­zu­miałą całość, gdy tylko zoba­czył twarz tego czło­wieka. Mimo że orga­nizm pro­te­sto­wał, a ból z tyłu głowy znów zaczął pul­so­wać, zmu­sił się, aby wró­cić do kon­te­nera, w któ­rym - był o tym prze­ko­nany - jego życie dobie­gnie końca.

Był tam Aba­eze razem z resztą zna­jo­mych osób. No i oczy­wi­ście Ganiru. Zawsze Ganiru. To on wezwał ich na spo­tka­nie i prze­pro­wa­dził przez labi­rynt kon­te­ne­rów do pół­noc­nej czę­ści portu. Potem sta­nął przed jed­nym z nich i prze­ciął blo­kadę, a cięż­kie drzwi się otwo­rzyły.

Dał znak sto­ją­cemu naj­bli­żej Aba­ezemu, że ma wejść. Za nim podą­żyli John i pozo­stali. Usta­wili się pod ścia­nami i patrzyli, jak Ganiru pró­buje zamknąć za sobą drzwi. Mecha­nizm zamka sta­wiał opór, ale kiedy pomógł sobie bio­drem, bolec wsko­czył na wła­ściwą pozy­cję, a mały pro­myk wcze­sno­wio­sen­nego słońca, który wciąż sączył się do środka, został na zewnątrz.

Sekundę póź­niej włą­czyło się słabe oświe­tle­nie w sufi­cie kon­te­nera. John pod­niósł wzrok i zoba­czył wiszącą na haku lampę robo­czą. Ganiru zro­bił kilka kro­ków przed sie­bie i się­gnął po źró­dło świa­tła. Zdjął je z haka i trzy­mał przed sobą na wyso­ko­ści klatki pier­sio­wej. Zimny, biały blask oświe­tlił jego twarz od dołu i nadał mu wygląd zło­wro­giej zjawy.

- Sia­daj­cie.

John zer­k­nął na pozo­sta­łych. Dziw­nie się czuł, opa­da­jąc na brudną posadzkę.

- Sia­daj­cie - powtó­rzył Ganiru.

Tym razem męż­czyźni posłu­chali i oparli się ple­cami o sko­ro­do­wane sta­lowe ściany. John poczuł przez koszulę chłód metalu.

- O co tu cho­dzi? - zapy­tał Aba­eze.

Gdyby John powie­dział do Ganiru coś podob­nego, w odpo­wie­dzi dostałby po pysku. Jed­nak z Aba­ezem sprawa wyglą­dała ina­czej. Był z nimi dłu­żej i miał inną pozy­cję w gru­pie.

- Nie przy­pusz­cza­łem, że kie­dy­kol­wiek to powiem, ale któ­ryś z was sypie.

John poczuł ulgę, że jego twarz jest skryta w mroku i nie mogła niczego zdra­dzić, gdy Ganiru wypo­wie­dział te słowa. Wiele razy widział w wyobraźni ogromne łap­ska szefa na swo­jej szyi. Kciuki wci­śnięte tuż pod jabł­kiem Adama i napie­ra­jące, aż cał­ko­wi­cie ode­tną powie­trze.

- Jesteś tego pewien? - spy­tał Aba­eze, tym razem ciszej.

- Na sto pie­przo­nych pro­cent. Mie­li­śmy pro­blem z dosta­wami, zatrzy­mała je DEA. Uzna­łem więc, że poroz­ma­wiam z wami o sfał­szo­wa­nej par­tii, która miała nadejść drogą lot­ni­czą. Zgad­nij­cie, które pudła otwo­rzyły te świ­nie.

Ganiru prze­su­nął lampą przed oczami swo­ich ludzi, jakby to była pochod­nia. Prze­cho­dził od twa­rzy do twa­rzy i zatrzy­my­wał się na kilka sekund przed każ­dym.

- Jeśli ktoś chce coś powie­dzieć, to teraz jest dobra oka­zja - wyce­dził.

Kiedy ciemne oczy minęły Johna, spró­bo­wał pod­nieść dłoń do czoła, żeby otrzeć pot. Dłoń odmó­wiła posłu­szeń­stwa. Sygnały z mózgu nie docie­rały do celu, sys­tem zawiódł gdzieś wewnątrz ciała.

Znowu Ganiru. Ryk odbi­jał się echem wewnątrz kon­te­nera.

- Odpo­wia­dać, do kurwy nędzy!

Kiedy nikt się nie ode­zwał, Ganiru wyszarp­nął pisto­let z kabury, którą miał pod mary­narką, i poło­żył go przed sobą na posadzce. Wpra­wił go w ruch i pisto­let zaczął się obra­cać wokół wła­snej osi. John podą­żał wzro­kiem za wiru­jącą lufą. Pręd­kość stop­niowo malała, a pod koniec jego szanse wyglą­dały kiep­sko. W ostat­niej chwili lufa posta­no­wiła jed­nak go omi­nąć i znie­ru­cho­miała przed jed­nym z pozo­sta­łych męż­czyzn.

Ganiru pod­niósł broń, scho­wał ją do kabury i odwie­sił lampę robo­czą na hak w sufi­cie. Potem pod­cią­gnął czło­wieka, który prze­grał w obłą­kań­czą ruletkę, i zacią­gnął go do drzwi. Wolną ręką otwo­rzył kon­te­ner i pchnął tak mocno, że czło­wiek ten upadł na asfalt za drzwiami.

Ganiru z powro­tem odwró­cił się do ludzi w środku. Wyglą­dał już na spo­koj­niej­szego. Uśmiech­nął się ostroż­nie, jakby zabawa z pisto­le­tem nie była tak do końca na poważ­nie.

- Co dzie­sięć minut będę strze­lał do któ­re­goś z was, dopóki się nie dowiem, kto syp­nął - powie­dział i wyszedł.

W uszach Johna roz­legł się huk zamy­ka­nych cięż­kich drzwi. Oświe­tle­nie ponow­nie zostało zre­du­ko­wane do bia­łego bla­sku lampy robo­czej. Sekundę póź­niej za ścianą kon­te­nera oddano dwa szyb­kie strzały.

Cisza, która potem nastała, była abso­lutna. Jakby wszy­scy męż­czyźni w czte­rech bla­sza­nych ścia­nach wstrzy­mali oddech i żaden nie chciał pierw­szy wypu­ścić z płuc powie­trza. W końcu mil­cze­nie stało się tak przy­tła­cza­jące, że ten, który stał naj­bli­żej drzwi, i tak otwo­rzył usta.

- Spo­koj­nie, nikt nie jest ranny - rzekł. - Te poci­ski tkwią w ziemi. Za cho­lerę nie wie­rzę w tę histo­rię o prze­rwa­nych dosta­wach. Nikt z nas nie byłby chyba tak kurew­sko głupi, żeby syp­nąć, nie? Ganiru zawsze miał para­noję, tylko nas spraw­dza.

John był pra­wie gotów mu uwie­rzyć. Słowa te tak uspo­ka­jały, tak pocie­szały. Wkrótce wszystko się zakoń­czy i razem będą się z tego śmiali. Szef zaprosi na drinka w tej obskur­nej knaj­pie przy Pat­ter­son Park, którą pro­wa­dzi jego kuzyn.

John spró­bo­wał popro­sić mózg, by znów uniósł prawe ramię. Połą­cze­nia ner­wowe w dal­szym ciągu straj­ko­wały.

- A co ty sądzisz, Aba­eze? Prze­cież go znasz - ode­zwał się głos z ciem­no­ści kawa­łek dalej.

Aba­eze wyglą­dał na mocno sku­pio­nego i tylko wzru­szył ramio­nami. Jakby nie obcho­dziło go nic, tylko wła­sne myśli.

Nagle mecha­nizm zamka huk­nął ponow­nie. Drobna wiązka świa­tła dzien­nego wpa­dła do środka i posze­rzyła się, gdy drzwi otwarto do połowy. Coś zostało wepchnięte do kon­te­nera i świa­tło z powro­tem znik­nęło. Zza sta­lo­wej ściany dobiegł stłu­miony głos Ganiru:

- Zostało pięć minut.

John patrzył na kilku męż­czyzn, któ­rzy pode­rwali się na nogi i sta­nęli w pół­kolu wokół leżą­cego na posadzce ciała. Ktoś zaczął nim potrzą­sać, aby spro­wo­ko­wać reak­cję. Na początku ostroż­nie, a potem coraz moc­niej. Głowa prze­chy­liła się na bok i mię­dzy parą nóg jed­nego ze sto­ją­cych John dostrzegł spo­glą­da­jące na niego oko. W miej­scu dru­giego wid­niał zakrwa­wiony oczo­dół.

Męż­czy­zna, który chwilę wcze­śniej pró­bo­wał uspo­koić grupę, poczła­pał do prze­ciw­le­głego rogu kon­te­nera i zaczął gło­śno wymio­to­wać. Po cia­snym pomiesz­cze­niu roz­nio­sła się gry­ząca woń soku żołąd­ko­wego i czę­ściowo stra­wio­nej fajity.

Kilku męż­czyzn zaczęło krzy­czeć i obwi­niać się nawza­jem o to czy tamto. John sie­dział dalej jak przy­kle­jony do posadzki i usi­ło­wał w jakiś spo­sób upo­rząd­ko­wać myśli. Wciąż zmie­niały tor i nie dało się ich połą­czyć w zro­zu­miałą całość.

Aba­eze sta­nął na środku i roz­dzie­lił dwóch męż­czyzn, któ­rzy zaczęli się bić. Pew­nie zro­zu­mieli, że jedy­nym czło­wie­kiem, który ma szansę powstrzy­mać Ganiru, jest Aba­eze.

- Kiedy wróci, opo­wiem, kto syp­nął. Ni­gdy sobie nie wyba­czę, że jeden z nas musiał umrzeć, zanim doda­łem dwa do dwóch - powie­dział i usiadł z powro­tem.

Pozo­stali męż­czyźni poszli w jego ślady. W kon­te­ne­rze zapa­dła oso­bliwa cisza. Prze­ra­żeni męż­czyźni sie­dzieli pod ścianą i uni­kali patrze­nia sobie w oczy. W końcu ktoś odwa­żył się zadać pyta­nie.

- Kto to taki?

Aba­eze pokrę­cił głową.

- Kiedy przyj­dzie Ganiru - odparł.

John zasta­na­wiał się, jak duża część cha­osu wiru­ją­cego w jego gło­wie jest widoczna na zewnątrz. Oddech miał tak szybki i płytki, że z pew­no­ścią sapał jak dziecko z gorączką. Nikt jed­nak nie zwra­cał na niego uwagi. Każdy miał dość swo­ich spraw i prze­pro­wa­dzał kal­ku­la­cję. W razie wska­za­nia będzie to ich słowo prze­ciwko słowu Aba­ezego. Komu uwie­rzy Ganiru?

Drzwi kon­te­nera otwo­rzyły się znowu, a ich oprawca bez trudu prze­stą­pił nad leżą­cym na pod­ło­dze tru­pem. Na pewno zauwa­żył, że spoj­rze­nia wszyst­kich powę­dro­wały do Aba­ezego.

- Chcesz mi coś powie­dzieć? - zapy­tał.

Aba­eze się nie wahał. Jego głos był silny i ocie­kał pogardą.

- To on sypie - oznaj­mił i wska­zał.

John spo­strzegł, że palec jest wymie­rzony w niego, i natych­miast poczuł na sobie spoj­rze­nia męż­czyzn. W ich oczach była nie tylko nie­na­wiść, ale i szczypta ulgi. Jeśli prze­gra, oni wygrają. Pierw­szą nagrodą była łaska, która pozwoli obu­dzić się następ­nego dnia.

Skąd jed­nak Aba­eze mógł to wie­dzieć? O ile w ogóle wie­dział. Rów­nie dobrze mógł wybrać kogoś na chy­bił tra­fił, żeby samemu unik­nąć oskar­że­nia. John był z nimi naj­kró­cej, już samo to czy­niło z niego odpo­wied­nią ofiarę.

- Jesteś pewny? - zapy­tał Ganiru.

- Tak. Jed­nego razu zosta­wił w samo­cho­dzie tele­fon, kiedy poszedł się odlać. Przy­cho­dziły do niego podej­rzane wia­do­mo­ści. Wtedy ich nie rozu­mia­łem, ale teraz już wiem, o co cho­dziło - oznaj­mił i strzyk­nął śliną w kie­runku zdrajcy.

John utkwił wzrok w pla­mie śliny kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od swo­ich stóp. Poczuł mdło­ści, ale udało mu się nad nimi zapa­no­wać. Czy Ganiru naprawdę to kupi? Czy serio uwie­rzy, że agenci kon­tak­tują się w ten spo­sób ze swo­imi zle­ce­nio­daw­cami?

Naj­wy­raź­niej tak, bo wyce­lo­wał w niego pisto­let.

- Łamiesz mi serce. Tę nie­wielką część, która z niego została.

John chciał się bro­nić. Nawci­skać temu psy­cho­pa­cie tyle kitu, że już ni­gdy potem nikomu by nie uwie­rzył. Jed­nak język miał spa­ra­li­żo­wany, tak samo jak resztę ciała. Nie mógł wykrztu­sić ani słowa.

- Pozwól mi to zro­bić - powie­dział Aba­eze. - Lepiej prze­śpię dzi­siej­szą noc, jeśli będę mógł zga­sić tego gnojka.

Ganiru poki­wał głową z apro­batą.

- Jasne. Jest twój.

Aba­eze gwał­tow­nie pode­rwał Johna z pod­łogi. Taka upo­ka­rza­jąca śmierć. Czło­wiek wyćwi­czony w dzia­ła­niu pod pre­sją dawał się pro­wa­dzić na rzeź jak bez­wolne zwie­rzę. Ganiru przy­trzy­mał drzwi, żeby Aba­eze mógł go wycią­gnąć na zewnątrz. W pew­nym sen­sie przy­nio­sło to Joh­nowi ulgę - nie umrze wewnątrz kon­te­nera. Ostatni oddech będzie przy­naj­mniej wypeł­niony świe­żym powie­trzem.

- Na kolana - roz­ka­zał Aba­eze.

John poczuł pchnię­cie, pod­parł się dłońmi. Stał teraz na czwo­ra­kach ple­cami do niego. Pomy­ślał, że to dobrze, iż reszta męż­czyzn została w kon­te­ne­rze. Śmierć była pry­watną sprawą, nie chciał dzie­lić z nimi ostat­niej chwili.

Odwró­cił się i zoba­czył, że Ganiru podaje mu pisto­let. Usły­szał meta­liczny odgłos, kiedy Aba­eze odbez­pie­czył broń. Lufa pisto­letu wci­snęła się w tył głowy i zmu­siła twarz do zetknię­cia się z zie­mią. John śle­dził wzro­kiem szcze­linę w asfal­cie, dopóki nie znik­nęła pod jesz­cze jed­nym kon­te­ne­rem.

Tak wyglą­dał koniec, ostatni roz­dział. Był o tym prze­ko­nany.

Wewnętrzny film znie­ru­cho­miał, gdy John usły­szał dźwięk naci­ska­nej klamki. Otwo­rzył oczy i zoba­czył poli­cjanta na kory­ta­rzu, poma­ga­ją­cego pie­lę­gniarce prze­je­chać łóż­kiem przez drzwi. To na pewno Aba­eze wró­cił z ope­ra­cji. John natych­miast zaczął szu­kać oznak ruchu, ale męż­czy­zna nie wyda­wał się przy­tomny.

Pie­lę­gniarka zatrzy­mała łóżko obok łóżka Johna i pod­łą­czyła czuj­niki pil­nu­jące stanu pacjenta. Chwilę póź­niej pik­nął jej pager i zosta­wiła Johna samego ze śpią­cym Aba­ezem.

John przyj­rzał się cięż­kiemu ciału, ledwo miesz­czą­cemu się w łóżku. Ten czło­wiek miał pra­wie dwa metry wzro­stu i ważył sporo ponad sto kilo­gra­mów. Skóra na jego twa­rzy była tak czarna, że wręcz gra­na­towa. Nos wyglą­dał na szer­szy, a zmarszczki na policz­kach były głęb­sze, niż wyda­wało się wcze­śniej. Grube ręce spo­czy­wa­jące na koł­drze nie miały żad­nych zde­for­mo­wa­nych po siłowni mię­śni. Siła tego męż­czy­zny była opa­ko­wana w war­stwę tłusz­czu, ale to nie czy­niło jej mniej impo­nu­jącą. John rozu­miał, dla­czego Ganiru był nim tak zachwy­cony. Ludzie, któ­rzy mieli pro­blem ze spłatą dłu­gów, naj­czę­ściej znaj­do­wali ukryte rezerwy, kiedy przy stole nego­cja­cyj­nym poja­wiał się Aba­eze.

Nagle z obwi­słych ust dobyło się kaszl­nię­cie. John się wzdry­gnął. Potem roz­brzmiały kolejne i nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jego sąsiad z łóżka obok odzy­skuje przy­tom­ność.

John roz­wa­żał, czy wezwać pie­lę­gniarkę, ale zawa­hał się, gdy Aba­eze otwo­rzył oczy i odwró­cił ku niemu twarz. Dopiero po kilku sekun­dach olbrzym zro­zu­miał, na kogo patrzy. Uśmiech­nął się słabo i powie­dział:

- Czyli jed­nak żyjesz.

John odwza­jem­nił uśmiech.

- Tak. I obaj wiemy, komu to zawdzię­czam.

4.

Karl­stad, 2009

Heimer spró­bo­wał świeżo wyci­śnię­tego soku i stwier­dził, że poma­rań­cze nie są dość dobre. W skle­pie mieli teraz nową odmianę, nie tak słodką jak poprzed­nia. Wypłu­kał wyci­skarkę, napeł­nił dwie szklanki i podał je żonie sie­dzą­cej przy wyspie kuchen­nej. Zwy­kle jedli śnia­da­nia w tym miej­scu, bo tylko tu padało świa­tło rów­nież ze wschodu. W dniach dobrej pogody widzieli słońce wscho­dzące nad wierz­choł­kami drzew.

Okno zostało dory­so­wane do pro­jektu w ostat­niej chwili i Heimer cie­szył się, że posta­wił na swoim. Posia­dłość mie­ściła się nad jezio­rem Wener, więc wyda­wało się natu­ralne, żeby z każ­dego pomiesz­cze­nia roz­cią­gał się widok na wodę. Jed­nak Värmlandia to nie tylko jeziora, ale rów­nież lasy. Heimer był zado­wo­lony z tego sfor­mu­ło­wa­nia. Użył go do prze­ko­na­nia firmy budow­la­nej, aby jesz­cze raz sko­ry­go­wała pro­jekt. W zamian obie­cał, że to ostat­nia zmiana wpły­wa­jąca na umiej­sco­wie­nie rur i ścian nośnych. Zła­mał tę obiet­nicę już następ­nego dnia, bo obu­dził się z nową wizją głów­nej sypialni z wła­sną łazienką.

Ni­gdy wcze­śniej nie czuł się tak dobrze jak wtedy, kiedy budo­wali dom, a tym razem Sis­sela wyjąt­kowo usu­nęła się z drogi. To on był archi­tek­tem z wykształ­ce­nia, sza­no­wała to. Nawet jeśli od wielu lat nie pra­co­wał, wciąż się na tym znał.

Heimer spoj­rzał na żonę uno­szącą do ust szklankę soku. Jej dło­nie wyglą­dały staro. Na tę część ciała nic nie mogli pora­dzić chi­rur­dzy pla­styczni ani dro­gie kremy. Jeśli chce się znać wiek kobiety, wystar­czy się przyj­rzeć jej dło­niom. To rów­nie pewne jak dato­wa­nie radio­wę­glowe.

Zaczął znów myśleć o Eme­lie.

Jego myśli mogły podą­żać w innych kie­run­kach tylko przez krót­kie momenty, potem znów wra­cały do niej. Czuł się tak, jakby ktoś umie­ścił mu klatkę pier­siową w ima­dle i powoli obra­cał pokrę­tła, zwięk­sza­jąc nacisk. Zaczął tęsk­nić za torem bie­go­wym. Chciał pobiec tak szybko i daleko, aż poczuje w ustach smak krwi. Ogłu­szyć mózg za pomocą kom­plet­nego wycień­cze­nia fizycz­nego.

- Jest wpół do jede­na­stej - powie­działa Sis­sela. - Musimy coś zro­bić.

Jej głos był cichy, ale zde­cy­do­wany.

- Ten sok - ode­zwał się Heimer. - Nie wydaje ci się, że jest z nim coś dziw­nego?

- Heimer, to nie w porządku. Koka­ina w jej pokoju...

- Na pewno nie­długo Eme­lie się ode­zwie.

- Mar­twię się, że znów zro­biła sobie krzywdę. Może jest z Man­gem, latem spę­dzali ze sobą dużo czasu. Zadzwo­nię do Hugona.

Heimer patrzył, jak jego żona znika w biblio­tece z tele­fo­nem komór­ko­wym w ręku. Dyrek­tor finan­sowy Hugo Aglin jako jedyny z zarządu AchWe cza­sem roz­ma­wiał z nim tak naprawdę. Wybu­do­wał dom nie­da­leko od nich i kilka razy pro­sił o radę, a Heimer ocho­czo dora­dzał. To, że ktoś z firmy myślał, iż jest zdolny do cze­goś oprócz wyda­wa­nia pie­nię­dzy żony, nale­żało do rzad­ko­ści. Więk­szość trak­to­wała go jak Sis­sela - ze sztucz­nym entu­zja­zmem pod­cho­dziła do jego eks­cen­trycz­nych zain­te­re­so­wań. Zachę­ca­jące okla­ski dla dziecka, a potem zamknię­cie drzwi, bo doro­śli muszą poroz­ma­wiać. Z nich wszyst­kich tylko Hugo­nowi poka­zał piw­nicę z winami. Pozo­stali nie umie­liby odróż­nić Barolo Rise­rva od soku owo­co­wego, więc nie było po co ich tam zapra­szać.

Zado­wo­le­nie Sis­seli z tego, że Eme­lie zaczęła czę­ściej prze­by­wać z synem Hugona, nie było takie trudne do zro­zu­mie­nia. On był pod każ­dym wzglę­dem bar­dziej odpo­wied­nim towa­rzy­stwem niż dziew­czyny ze Stri­ker Chicks obej­mu­jące się ramio­nami na zdję­ciu w pokoju córki. Sis­sela nazy­wała je pogar­dli­wie ner­dami, kiedy Eme­lie nie sły­szała. Jeśli cho­dziło o Heimera, nie wie­dział, co tak naprawdę sądzić na temat Man­gego Aglina czy też Magnusa, jak naprawdę brzmiało jego imię. Ze swo­imi tłu­stymi, zacze­sa­nymi do tyłu wło­sami nie­wąt­pli­wie poma­gał Tynäs zasłu­żyć na epi­tet The Hämptons.

Sis­sela zde­ner­wo­wała się, kiedy dzien­ni­karz "Nya Werm­lands-Tid­nin­gen" dodał dwie kropki nad "a" w nazwie ame­ry­kań­skiej dziel­nicy boga­czy i w ten spo­sób - jak uwa­żała - ośmie­szył ich oko­licę. Z kolei Heimer był zda­nia, że dzien­ni­karz doko­nał zabaw­nej obser­wa­cji. Na małym cyplu, oto­czo­nym z obu stron wodami jeziora Wener, miesz­kał w końcu wła­ści­ciel gazety.

Poza tym naj­bar­dziej pro­mi­nent­nym miesz­kań­cem przy­lądka Tynäs był król muzyki tanecz­nej z kil­koma milio­nami sprze­da­nych płyt na kon­cie. Heimera bawiło, że kupili sąsied­nią pose­sję i wybu­do­wali dom, przy któ­rym pokaźna willa pio­sen­ka­rza przy­po­mi­nała zwy­kły domek let­ni­skowy. Ten nie pro­te­sto­wał, ale w cza­sie budowy, kiedy wymie­niali pozdro­wie­nia w skle­pie spo­żyw­czym, w jego zazwy­czaj aksa­mit­nym bary­to­nie dało się sły­szeć napię­cie.

Rubryka w gaze­cie nosiła tytuł Różne światy i opi­sy­wano w niej nie tylko zamożną część Hammarö w oko­licy Karl­stad, ale także tereny wokół zakła­dów w Sko­ghall. Tam układ spo­łeczno-eko­no­miczny wyglą­dał ina­czej, a miesz­kańcy musieli zno­sić woń siar­cza­nów z pro­duk­cji masy papie­ro­wej.

Odle­głość mię­dzy Tynäs a Sko­ghall nie była duża, wyno­siła nie­całe dzie­sięć kilo­me­trów. Jed­nak po wielu latach miesz­ka­nia na Hammarö Heimer wie­dział, że odle­głość tak naprawdę jest więk­sza. Oba te miej­sca były jak pla­nety w róż­nych ukła­dach sło­necz­nych.

Ledwo skoń­czył sprzą­tać po śnia­da­niu, kiedy żona wró­ciła z biblio­teki.

- Mange na­dal śpi, ale Hugo obie­cał, że poroz­ma­wia z nim, jak tylko się obu­dzi. Wygląda na to, że mło­dzi mieli wczo­raj domówkę i bar­dzo moż­liwe, że Eme­lie tam była. Stwier­dził, że nie mamy się czego oba­wiać.

Sis­sela miała teraz spo­koj­niej­szy głos - bar­dziej jak dyrek­tor zarzą­dza­jąca, a mniej jak zmar­twiona mama. Heimer uznał, że to odpo­wiedni moment, aby zosta­wić ją na chwilę samą. Czuł, że musi urzą­dzić sobie tę prze­bieżkę. Ciało i głowa jej potrze­bo­wały.

Kwa­drans póź­niej roz­po­czął zwy­cza­jową rundkę. Upew­nił się, że nowy zega­rek Gar­min ma kon­takt z sate­li­tami i reje­struje ude­rze­nia serca. Potem wci­snął słu­chawki do uszu i włą­czył odtwa­rzacz MP3. Tego dnia zamie­rzał prze­biec krót­szy dystans, więc powi­nien dać sobie radę z utrzy­ma­niem tempa 3.40.

Pierw­szy długi odci­nek pod górę poja­wił się już po ośmiu­set metrach. Był to punkt prze­ło­mowy. Kiedy Heimer miał dobre dni, cie­szył się siłą wła­snych nóg - tym, jak odry­wają się od ziemi i pro­wa­dzą go pod górę. W inne dni przy końcu wznie­sie­nia zaczy­nał się wydzie­lać kwas mle­kowy. Wtedy Heimer wie­dział, że czeka go zma­ga­nie z wła­snym cia­łem.

Zer­k­nął na zega­rek i odczy­tał, że pierw­szy kilo­metr jest już za nim. Orga­nizm reago­wał dobrze, mimo że Heimer myślał o Eme­lie. A może wła­śnie dzięki temu. Nie­po­kój go napę­dzał. Heimer czuł, że musi zadać sobie cier­pie­nie, balan­so­wać tak bli­sko gra­nicy, jak tylko się da. Widział w tym jedyną szansę na uci­sze­nie myśli.

Kiedy wznie­sie­nie zostało już poko­nane, sze­roka ścieżka pro­wa­dziła w lewo i dalej wzdłuż jeziora. To był ulu­biony odci­nek Eme­lie. Twier­dziła, że z powodu widoku na Wener w dole. Lubił się z nią draż­nić i mówić, że cho­dzi bar­dziej o to, iż ten odci­nek jest łatwy i pozwala dojść do sie­bie po biegu pod górkę.

Kochał ich żar­gon zwią­zany z bie­ga­niem. Na początku musiał ją zmu­szać. Każdy kilo­metr na torze mógł zostać wymie­niony na dwa­dzie­ścia minut przed kom­pu­te­rem. Zaak­cep­to­wała ten układ, kiedy obie­cał, że każ­dego dnia będzie przez chwilę patrzył, jak gra.

Otwo­rzyło mu to oczy. Nie miał poję­cia, co to jest Coun­ter-Strike, dopóki Eme­lie nie wpro­wa­dziła go w taj­niki gry. Zasady były pro­ste. Dwie dru­żyny, po pięć osób każda. Jedni grali ter­ro­ry­stów, a dru­dzy antyter­ro­ry­stów. Wszystko działo się w wir­tu­alu, w tem­pie, które począt­kowo przy­pra­wiało go o ból głowy, ale potem zaczęło fascy­no­wać. Szybko zro­zu­miał, że Eme­lie i jej kole­żanki z dru­żyny Stri­ker Chicks są zdolne i zdą­żyły wyro­bić sobie dobrą opi­nię na stro­nach poświę­co­nych e-spor­towi.

- Jak myślisz, co powie­dzia­łaby mama, gdy­bym grała w tenisa rów­nie dobrze jak w Coun­ter-Strike'a? - zapy­tała Eme­lie, kiedy po raz pierw­szy prze­bie­gła z nim dwa pełne okrą­że­nia i zaro­biła pra­wie pięć godzin gry.

Te słowa tra­fiły do niego. Wie­dział dokład­nie, co zro­bi­łaby wtedy Sis­sela - dałaby znać całemu światu, że jej córka jest przy­szłą gwiazdą, i spro­wa­dzi­łaby ze Sta­nów pry­wat­nego tre­nera.

W tam­tej chwili Heimer posta­no­wił wyro­bić sobie nową opi­nię o grze. Jego córka zna­la­zła coś, co kochała, a do niego nale­żało wspie­ra­nie jej w tym. Po prysz­nicu pole­cił jej zadzwo­nić do kole­ża­nek ze Stri­ker Chicks i popro­sić, żeby wpa­dły. Potem zawiózł całą ekipę do sklepu z elek­tro­niką Elgi­gan­ten i poin­stru­ował, że mają napeł­nić samo­chód wszyst­kim, czego potrze­bują, aby lepiej grać. Pokrył koszty.

Ależ na niego patrzyła, kiedy zamy­kał bagaż­nik z górą elek­tro­niki. Zacho­wał w pamięci tę chwilę i trak­to­wał ją niczym naj­cen­niej­szy skarb. To jed­nak było kie­dyś. Tego lata córka nie wybie­gła z nim na tor ani razu.

Zega­rek zapisz­czał ponow­nie i zwró­cił jego uwagę na tempo biegu. Kilo­metr w trzy minuty i pięć­dzie­siąt osiem sekund. Za słabo. Myśli o Eme­lie spra­wiły, że zgu­bił rytm. Zmu­sił się do przy­spie­sze­nia.

Kiedy wró­cił po biegu, zoba­czył, że Sis­sela ma gości. Hugo Aglin stał obok niej przy wyspie kuchen­nej i poka­zy­wał jej coś na lap­to­pie. Może było to tylko świa­tło z ekranu, ale odniósł wra­że­nie, że twarz żony wygląda wyjąt­kowo blado.

- Prze­pra­szam, Hugo, że nie witam się z tobą jak trzeba, ale jestem cały mokry. - Heimer uniósł ręce w powie­trze, żeby zilu­stro­wać, jak lep­kie ma dło­nie.

- Musisz to zoba­czyć - powie­działa Sis­sela. Tak mocno zaci­skała usta, że jej głos nabrał ostrego brzmie­nia.

- To zdję­cie z pro­filu Eme­lie na Face­bo­oku - wyja­śnił Hugo. - Mange mi je poka­zał, kiedy zapy­ta­łem, czy wie, gdzie ona jest.

Heimer miał tylko nie­wy­raźne poję­cie, czym jest Face­book. Sły­szał, jak Eme­lie o nim roz­ma­wia, i zro­zu­miał, że to coś w rodzaju tablicy ogło­szeń dla przy­ja­ciół w sieci. Pod­szedł do wyspy kuchen­nej i zwró­cił uwagę, że jego skar­petki zosta­wiają na par­kie­cie mokre ślady.

Hugo obró­cił do niego ekran, żeby zoba­czył. Było tam przed­ra­mię Eme­lie z dziw­nym tatu­ażem, z któ­rego robiła taką tajem­nicę. Wzór skła­dał się z trzech kwa­dra­to­wych pól, z któ­rych dwa miały w sobie zna­czek w kształ­cie litery V.

Heimer zoba­czył go przez przy­pa­dek tuż po tym, jak córka wró­ciła z Björkbacken. Pró­bo­wał ją namó­wić, żeby wyja­śniła, co ozna­cza. Sta­wiała opór, ale w końcu wykrztu­siła, że to buc­ket lista. Trzy rze­czy, które obie­cała sobie zro­bić przed śmier­cią. Kiedy zapy­tał, jakie to rze­czy, pokrę­ciła głową i odparła, że nie zamie­rza tego nikomu mówić.

- Widzisz? - Sis­sela wska­zała trzeci kwa­drat, który wcze­śniej był pusty. Tutaj się pocięła. Wycięła ostatni znak bez­po­śred­nio w skó­rze.

5.

Bal­ti­more, 2019

Ude­rzyło go, że nie wie, jak się nazywa czło­wiek, który ura­to­wał mu życie. Dla Johna był to Aba­eze, prawa ręka Ganiru i posłuszny żoł­nierz nige­ryj­skiej siatki nar­ko­ty­ko­wej. Prawda była jed­nak inna. Zro­zu­miał to sekundy po strzale odda­nym w por­cie. Cze­kał na pocisk, który miał prze­szyć głowę i wycho­dząc z dru­giej strony, zabrać ze sobą życie, ale w jego uszach roz­legł się tylko ogłu­sza­jący pisk. Kiedy wysoki dźwięk nie usta­wał, dotarło do niego, że jakimś dziw­nym spo­so­bem prze­żył.

Chwilę póź­niej zoba­czył, że Ganiru leży na asfal­cie i trzyma się za rzepki. Naj­wy­raź­niej jego obrońca oddał w kie­runku szefa nie jeden, lecz dwa strzały.

Następ­nie Aba­eze roz­ka­zał mu biec. Pierw­sze kroki były naj­trud­niej­sze, jed­nak wkrótce potem połą­cze­nie mię­dzy głową a sto­pami powró­ciło i John biegł coraz szyb­ciej. Nagle za nimi roz­le­gły się strzały. Męż­czyźni w kon­te­ne­rze z pew­no­ścią zro­zu­mieli, co zaszło, kiedy Ganiru krzyk­nął za drzwiami. Ruszyli w pogoń za zdraj­cami i nie zawa­hali się użyć broni. Gdyby jed­nostka spe­cjalna przy­była na miej­sce kilka minut póź­niej, praw­do­po­dob­nie obaj byliby mar­twi.

- Jak tam, młody? - zapy­tał Aba­eze i pod­su­nął się tro­chę wyżej na poduszce, tak że się­gał twa­rzą nad boczną barierkę ochronną łóżka.

Cał­ko­wi­cie się wybu­dził i nie robił wra­że­nia tak zdez­o­rien­to­wa­nego po ope­ra­cji jak John. Aba­eze był od niego o dobrych pięt­na­ście lat star­szy, ale okre­śle­nie "młody" było prze­sadą. John w przy­szłym roku miał skoń­czyć trzy­dzie­ści pięć lat i ludzie rzadko mylili się co do jego wieku, a w każ­dym razie go nie zani­żali.

- W porządku, cał­kiem okej - odparł John nie­pew­nie. - A ty?

- Do dupy. Czuję się, jakby ktoś strze­lił mi w brzuch - odparł i zasko­czył Johna śmie­chem, który szybko prze­szedł w kwi­cze­nie, kiedy rany po ope­ra­cji zostały nacią­gnięte przez ruchy mię­śni brzu­cha. - O kurwa, ale boli. Potrze­buję wię­cej środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych. Nie znasz przy­pad­kiem jakie­goś dilera?

Znów zare­cho­tał. John ni­gdy nie widział, żeby ktoś uległ tak kom­plet­nej prze­mia­nie. Han­dlarz nar­ko­ty­ków Aba­eze i rekon­wa­le­scent Aba­eze dzie­lili to samo pokaź­nych roz­mia­rów ciało. Poza tym nie mieli ze sobą nic wspól­nego. Jeden był cichy i poważny, a drugi sta­no­wił paro­dię leżą­cego w łóżku komika stand-upo­wego.

- Kim ty wła­ści­wie jesteś? - wykrztu­sił John. Oczy­wi­ście domy­ślał się odpo­wie­dzi, ale mimo wszystko chciał usły­szeć, co ma do powie­dze­nia towa­rzysz z sali.

Aba­eze natych­miast spo­waż­niał.

- Bro­dwic­kowi się nie spodoba, że o tym roz­ma­wiamy. Na pewno będzie chciał naj­pierw prze­pro­wa­dzić nam odprawę osobno.

Bro­dwick, a dokład­nie James E. Bro­dwick. Szef lokal­nego oddziału FBI w Bal­ti­more. A więc John zgadł. Aba­eze był agen­tem tak jak on. Dla­czego jed­nak nie powie­dziano mu, że w siatce Ganiru jest jesz­cze jeden kret? Bro­dwick z pew­no­ścią miał powody. A jed­nak mimo woli John poczuł się wywie­dziony w pole przez swo­ich ludzi.

Jed­no­cze­śnie uznał, że nie jest to odpo­wied­nia pora na obra­ża­nie się. Bez Aba­ezego wszystko skoń­czy­łoby się ina­czej. To on zacho­wał zimną krew i zna­lazł roz­wią­za­nie. Co zro­bił John? Gówno. Był spa­ra­li­żo­wany i nie mógł się ruszyć.

- Myśla­łem, że nie żyję. Kiedy strze­li­łeś do Ganiru. Musia­łem spraw­dzić, czy mój mózg nie został odstrze­lony.

- Przy­kro mi - odparł Aba­eze. - Ale to musiało wyglą­dać reali­stycz­nie.

John odru­chowo uniósł rękę do punktu z tyłu głowy, do któ­rego była przy­ci­śnięta lufa pisto­letu.

- Musisz powie­dzieć, jak się nazy­wasz, żebym wie­dział, komu dzię­ko­wać.

- Tre­vor. Gdy­bym nie był tak cho­ler­nie obo­lały, wycią­gnął­bym rękę na powi­ta­nie. A ty?

- John, mam na imię John.

Dziw­nie się poczuł, poda­jąc swoje praw­dziwe imię. Przez pra­wie rok był kimś innym. Biuro stwo­rzyło dla niego toż­sa­mość i mocne CV, które przy­cią­gnie dział HR Ganiru. Otrzy­mał miesz­ka­nie przy Belair Road i zosta­wiono go tam, żeby w spo­koju wyko­ny­wał swoją pracę. To wyma­gało czasu, ale powoli zdo­by­wał zaufa­nie prze­ło­żo­nych i Ganiru. Zaczy­nał jako chło­pak na posyłki, ale szybko prze­szedł do zadań wyma­ga­ją­cych wyż­szych kwa­li­fi­ka­cji i wcze­sną wio­sną otrzy­mał zapro­sze­nie na nie­dzielę do ele­ganc­kiej willi na przed­mie­ściach. Wła­śnie wtedy - kiedy odwie­dził żonę Ganiru i na próbę prze­je­chał się jego lam­bor­ghini - poczuł, że naprawdę został zaak­cep­to­wany.

Bro­dwick pocią­gnął za wszyst­kie wła­ściwe sznurki, kiedy wer­bo­wał go z nowo­jor­skiego wydziału zabójstw. Mówił o wyjąt­ko­wej moż­li­wo­ści pod­ję­cia kon­kret­nych dzia­łań i o tym, że agenci są naj­waż­niej­szą bro­nią FBI w walce z prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną. John wie­dział, dla­czego tak się sta­rał. Zna­le­zie­nie kan­dy­da­tów goto­wych pod­jąć tego rodzaju ryzyko nie było łatwe. Przy­jął ofertę, ale w swej naiw­no­ści nie prze­wi­dział, co będzie ozna­czało jego nowe życie. Han­del nar­ko­ty­kami odby­wał się przez całą dobę. Nie mógłby się odwa­żyć na spo­tka­nie z kimś z zewnątrz. W krę­gach, w któ­rych się obra­cał, ludzie mieli na sie­bie oko.

Do pokoju weszła kobieta w bia­łym far­tu­chu. Nie widział jej wcze­śniej. Miała krót­kie i celowo potar­gane po chło­pię­cemu włosy. Nie nosiła maki­jażu, a jed­nak jej twarz była tak dosko­nała, że paso­wa­łaby do każ­dego maga­zynu mody.

Tre­vor natych­miast zaczął spra­wiać wra­że­nie znacz­nie bar­dziej oży­wio­nego. Mimo że dopiero się obu­dził po dru­giej ope­ra­cji, uśmiech się­gał mu od ucha do ucha.

- Cześć - powie­działa. - Wiesz, gdzie się znaj­du­jesz?

- W nie­bie z jed­nym z boskich anio­łów - odparł i zakoń­czył śmie­chem naj­gło­śniej­szym z dotych­cza­so­wych.

On tak na serio? - zdą­żył jesz­cze pomy­śleć John, zanim ponow­nie sobie przy­po­mniał, jaki ma dług wdzięcz­no­ści. Kobieta nie zare­ago­wała. Praw­do­po­dob­nie przy­wy­kła, że pacjenci na różne spo­soby komen­tują jej wygląd.

- Pro­szę uwa­żać, żeby nie uszko­dził pan szwów. Miał pan ope­ra­cję brzu­cha po ranie postrza­ło­wej.

Dalej infor­mo­wała Tre­vora o sta­nie jego zdro­wia. Z jej słów wyni­kało, że odniósł gor­sze obra­że­nia niż John. I minie tro­chę czasu, zanim zdoła samo­dziel­nie jeść.

Tre­vor słu­chał z uwagą i zadał kilka krót­kich pytań. Potem zapy­tał, czy pie­lę­gniarka może poroz­ma­wiać z leka­rzem i popro­sić o zwięk­sze­nie dawki środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych. Tym razem to ona wybuch­nęła śmie­chem.

- Prze­pra­szam, nie przed­sta­wi­łam się jak trzeba. Jestem lekarką. Chi­rur­giem ura­zo­wym, to ja prze­pro­wa­dzi­łam obie pań­skie ope­ra­cje.

- O kurde, w takim razie prze­pra­szam - odparł Tre­vor.

- Nie musi pan się tłu­ma­czyć. Oczy­wi­ście, dosta­nie pan wię­cej mor­finy. Poroz­ma­wiam z pie­lę­gniarką i dopil­nuję, żeby sko­ry­go­wała dawkę.

Roz­mowę prze­rwało otwar­cie drzwi sali. Męż­czy­zna, który wszedł, miał na sobie ciemny gar­ni­tur i jak zwy­kle krzywo się uśmie­chał. John ni­gdy nie potra­fił usta­lić, czy ten uśmiech jest przy­ja­zny czy tylko aro­gancki. Lekarka się obró­ciła, wyraź­nie zde­ner­wo­wana.

- Pro­si­łam, aby pocze­kał pan na zewnątrz.

- Obie­cała pani, że będę mógł z nimi poroz­ma­wiać.

Wes­tchnęła.

- Nie­uważ­nie mnie pan słu­chał. Obie­ca­łam, że będzie pan mógł się z nimi spo­tkać, kiedy uznam, że ich stan na to pozwala.

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

- Moim zda­niem wyglą­dają okej.

- Opiera pan tę ocenę na wie­lo­let­nim doświad­cze­niu w medy­cy­nie?

John upa­jał się tą chwilą. Nie­czę­sto ktoś poka­zy­wał Bro­dwic­kowi, gdzie jego miej­sce. Szef był wyraź­nie wytrą­cony z rów­no­wagi, ale zacho­wał uśmiech i wybrał łagodną ścieżkę.

- Prze­pra­szam, pani dok­tor. To oczy­wi­ście pani doko­nuje takich ocen. Wystar­czy mi pięć minut.

Pokrę­ciła głową.

- Niech pan o tym zapo­mni. Pro­szę poje­chać do domu i się prze­spać. Jeżeli nie wystą­pią żadne kom­pli­ka­cje, roz­mowa będzie moż­liwa jutro po połu­dniu. Naj­wcze­śniej.

Bro­dwick pod­niósł ręce w obron­nym geście. W jed­nej trzy­mał nie­bie­ską pla­sti­kową teczkę, a w dru­giej lap­topa.

- Okej, tak się uma­wiamy. Ale na razie może mu pani to dać - powie­dział i ski­nął głową w kie­runku łóżka Johna.

Lekarka wzięła do ręki teczkę i poło­żyła ją razem z kom­pu­te­rem na sto­liku przy łóżku, a Bro­dwick znik­nął z powro­tem na kory­ta­rzu. Potem prze­nio­sła uwagę na Johna.

- Prze­czy­ta­łam w kar­cie, że miał pan bóle głowy i stra­cił przy­tom­ność.

- Tak, zga­dza się - odparł i ponow­nie się­gnął ręką do karku.

- Teraz pana boli?

- Nie, ale ból poja­wia się i znika.

Lekarka zapi­sała coś w notat­niku. Joh­nowi nie podo­bała się jej zmar­twiona mina.

- Jutro rano zro­bimy prze­świe­tle­nie głowy. Teraz chcia­ła­bym, aby pano­wie spró­bo­wali odpo­cząć. Obaj.

Kilka minut póź­niej Tre­vor spał. John się­gnął po teczkę zosta­wioną przez Bro­dwicka. Ruch spo­wo­do­wał ból w klatce pier­sio­wej. John miał nadzieję, że nie wycią­gnął sobie drenu. Górne świa­tło było przy­tłu­mione, więc musiał zapa­lić lampkę do czy­ta­nia, żeby dobrze się przyj­rzeć.

W teczce znaj­do­wała się kore­spon­den­cja wysłana na jego praw­dziwe nazwi­sko, John Adder­ley, do sta­rego miesz­ka­nia w Nowym Jorku. Biuro zała­twiło prze­kie­ro­wa­nie i prze­cho­wy­wało ją dla niego. Przej­rzał ulotki zakładu sto­ma­to­lo­gicz­nego, banku i urzędu skar­bo­wego, a potem sku­pił się na dwóch prze­sył­kach, na któ­rych adres wypi­sano ręcz­nie.

Jedna była cienką kopertą i zawie­rała zdję­cie. Przed­sta­wiało go w towa­rzy­stwie kole­gów z nowo­jor­skiego wydziału zabójstw. Kilku miało na gło­wach czapki świę­tego miko­łaja. Ciemny drew­niany wystrój wnę­trza wraz z barem i irlandzką flagą w tle zdra­dzały, że zdję­cie zostało zro­bione w umó­wio­nym miej­scu zale­d­wie prze­cznicę od komi­sa­riatu poli­cji.

John odwró­cił zdję­cie i prze­czy­tał:

Nie wiemy, czy to doj­dzie, nie mamy two­jego nowego adresu. Ale tak czy ina­czej: powo­dze­nia w sek­to­rze pry­wat­nym, ty pie­przony zdrajco.

To była wer­sja ofi­cjalna. Według niej prze­pro­wa­dził się do nie­zna­nego mia­sta, żeby pod­jąć pracę w taj­nej fir­mie ochro­niar­skiej zaj­mu­ją­cej się ochroną sze­fów firm.

John się uśmiech­nął. Dawno nie myślał o życiu w Nowym Jorku. Przyj­rzał się sobie na zdję­ciu. Jego ręce na ramio­nach kole­gów wyda­wały się takie wątłe. Zanim został agen­tem w siatce nar­ko­ty­ko­wej, tre­no­wał jak sza­lony, żeby paso­wać do swo­jej nowej roli prze­stępcy. Nie wsty­dził się tego, że ostat­nio chęt­nie prze­glą­dał się w lustrze ran­kiem po prysz­nicu. Lubił swoje nowe ramiona i kalo­ry­fer na brzu­chu.

Twarz na zdję­ciu rów­nież była inna. Wtedy miał jesz­cze włosy, ciemne i krę­cone. Zawdzię­czał to poło­wie swo­jego kodu gene­tycz­nego. Kiedy Bro­dwick zapro­po­no­wał, by je zgo­lił, w pierw­szej chwili poczuł waha­nie. Oba­wiał się, że przez jasno­brą­zową skórę Ganiru nie uzna jego wyglądu za wystar­cza­jąco afry­kań­ski. Szef skwi­to­wał, że to bzdury, i dał mu try­mer. John nie żało­wał. Bez wło­sów na gło­wie rysy jego twa­rzy stały się ostrzej­sze, bar­dziej męskie. Nie zamie­rzał już ni­gdy wię­cej wyglą­dać jak ten kędzie­rzawy chu­dzie­lec na zdję­ciu z baru.

John scho­wał zdję­cie z powro­tem do teczki i otwo­rzył ostat­nią kopertę. Była to brą­zowa koperta powietrzna obkle­jona zagra­nicz­nymi znacz­kami. Wyłu­skał z niej zawar­tość i poło­żył sobie na kola­nach. Były to: wyci­nek z gazety, pen­drive i odręcz­nie napi­sany list.

Prze­syłka sta­no­wiła pozdro­wie­nie z rów­no­le­głego wszech­świata. John wie­dział, że taki ist­nieje, ale wypie­rał go na tyle sku­tecz­nie, że ten wszech­świat pra­wie wyblakł. List wysłała jego matka. Nie widział jej ponad dwa­dzie­ścia lat - po sepa­ra­cji ojciec zabrał go ze sobą do Nowego Jorku, a ona została w Szwe­cji.

Nie­chęt­nie wziął kartkę i zaczął czy­tać.

John!

Tym razem musisz przy­je­chać do domu.

Zdą­żył prze­czy­tać tylko tyle, gdy ogar­nęła go fala wyrzu­tów sumie­nia. Zza kośla­wych liter sły­szał głos matki i natych­miast do oczu napły­nęły mu łzy. Jej słowa tra­fiły go pro­sto w pierś i zmu­siły do przyj­rze­nia się sobie w nowym świe­tle. Nie był to zbyt pochlebny obraz. Zoba­czył kogoś pozba­wio­nego krę­go­słupa, kogoś, kto chowa głowę w pia­sek i wybiera prawdę naj­bar­dziej pasu­jącą do jego celów.

John zasta­no­wił się, czy kon­ty­nu­ować lek­turę listu, i w końcu uznał, że da sobie spo­kój. Zamiast tego zaczął czy­tać arty­kuł. Poja­wił się w "Nya Werm­lands-Tid­nin­gen", opu­bli­ko­wano go przed kil­koma tygo­dniami. Zaczął od pod­pisu pod zdję­ciem przed­sta­wia­ją­cym dwóch poważ­nych męż­czyzn patrzą­cych w obiek­tyw.

[...] komi­sarz poli­cji w Värmlandii i Bernt Pri­mer, przy­szły szef nowej poli­cyj­nej grupy do spraw nie­wy­ja­śnio­nych zbrodni. - Takie ini­cja­tywy doty­czące nie­roz­wią­za­nych spraw spraw­dziły się za gra­nicą i w innych czę­ściach Szwe­cji - uza­sad­nia jej powo­ła­nie Bernt Pri­mer. Grupa roz­pocz­nie pracę jesie­nią, a jej pierw­szym zada­niem będzie ponowne przyj­rze­nie się oko­licz­no­ściom sprawy sprzed dzie­się­ciu lat: zagi­nię­cia dzie­dziczki firmy AchWe, Eme­lie Bjur­wall.

John przy­pusz­czał, na jakiej pod­sta­wie wybrano pierw­szą sprawę - posta­wiono na to, co zyska naj­więk­szy roz­głos medialny. Wyglą­dało na to, że szwedzka poli­cja przej­muje się opi­nią publiczną w takim samym stop­niu jak orga­ni­za­cje, w któ­rych sam pra­co­wał. FBI i NYPD ni­gdy nie rezy­gno­wały z szansy na pozy­tywny roz­głos i były gotowe na wiele, by unik­nąć tego nega­tyw­nego.

Odło­żył arty­kuł i poczuł, jak bar­dzo jest zmę­czony. Lekarz zale­cił mu odpo­czy­nek. John jed­nak zda­wał sobie sprawę, że trudno mu będzie zasnąć. Uznał więc, że lepiej jesz­cze przez chwilę nie iść spać. Się­gnął po kom­pu­ter, który miał ze sobą Bro­dwick. Jeśli nie da rady prze­czy­tać listu od matki, przy­naj­mniej zacznie się prze­dzie­rać przez zawar­tość pen­drive'a, który mu przy­słała.

Śledz­two w spra­wie zabój­stwa było obszerne - dało się to zauwa­żyć po licz­bie fol­de­rów i doku­men­tów zmiesz­czo­nych na małym kawałku metalu. Media rzu­ciły się na tę sprawę, a zatem poli­cja prze­zna­czała na nią coraz wię­cej środ­ków. Firma, którą miała odzie­dzi­czyć zagi­niona dziew­czyna, już dzie­sięć lat temu była szwedz­kim eks­por­to­wym suk­ce­sem. Obec­nie w każ­dym więk­szym ame­ry­kań­skim mie­ście było kilka skle­pów, w któ­rych sprze­da­wano dżinsy i kolek­cje mody ulicz­nej AchWe. Przy­pusz­czal­nie w innych zakąt­kach świata wyglą­dało to podob­nie.

John zaczął od lek­tury dołą­czo­nej do mate­ria­łów histo­rii firmy zaczerp­nię­tej z Wiki­pe­dii. Zro­zu­mie­nie tek­stu w jego daw­nym języku ojczy­stym przy­cho­dziło mu z zaska­ku­jącą łatwo­ścią. Zda­rzały się poje­dyn­cze słowa, z któ­rymi miał pro­blem, ale naj­czę­ściej potra­fił odgad­nąć zna­cze­nie z kontek­stu. Był wdzięczny sam sobie, że przez lata oglą­dał szwedz­kie filmy i utrzy­my­wał zdol­no­ści języ­kowe przy życiu.

Firma została zało­żona w tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pierw­szym roku przez dzieci emi­gran­tów, które zabrały ze sobą dżin­sowy mate­riał do Värmlandii. Nazwa firmy była hoł­dem dla regio­nal­nej pie­śni Ach, Värmlandio, ty piękna kra­ino. Eme­lie Bjur­wall, bo tak się nazy­wała córka, nale­żała do czwar­tego poko­le­nia zało­ży­cieli firmy i kie­dyś miała nią pokie­ro­wać. John przyj­rzał się jej sta­rej foto­gra­fii, na któ­rej pozo­wała razem ze swoją mamą Sis­selą przy oka­zji otwar­cia sklepu w Lon­dy­nie. Nie mogła mieć wię­cej niż dzie­sięć lat, a jed­nak pre­zen­to­wała foto­gra­fowi wyćwi­czony uśmiech. Z pod­pisu pod zdję­ciem wyni­kało, że bar­dzo ceni ubra­nia AchWe i nie może się docze­kać, aż pew­nego dnia sama sta­nie na czele rodzin­nej firmy.

Jeśli cho­dziło o infor­ma­cje o losach dziew­czyny, arty­kuł w Wiki­pe­dii był powścią­gliwy. Napi­sano tylko, że w dwa tysiące dzie­wią­tym roku zagi­nęła w nie­zna­nych oko­licz­no­ściach w oko­li­cach Tynäs w gmi­nie Hammarö nie­opo­dal Karl­stad w Szwe­cji.

John zamknął okienko z tek­stem i zaczął szu­kać pod­su­mo­wa­nia śledz­twa - cze­goś, co pomo­głoby mu uzy­skać cało­ściowy ogląd sytu­acji. Po chwili poszu­ki­wań w tecz­kach zna­lazł chro­no­lo­giczne pod­su­mo­wa­nie, w któ­rym punkt wyj­ścia sta­no­wiła domnie­mana ofiara.

Ostat­nim zna­kiem życia Eme­lie Bjur­wall było publiczne zdję­cie zamiesz­czone na jej pro­filu na Face­bo­oku. Przed­sta­wiało tatuaż na lewym przed­ra­mie­niu dziew­czyny. Motyw skła­dał się z trzech kwa­dra­to­wych pól ze zna­kami V. Ten naj­bli­żej nad­garstka nie był wyta­tu­owany, lecz wycięty w skó­rze ostrym narzę­dziem.

Oparty na pro­ce­sie krzep­nię­cia krwi raport zakładu medy­cyny sądo­wej przed­sta­wiał wnio­sek, że rana jest sto­sun­kowo płytka, a Eme­lie żyła, kiedy ją zadano. Tego, czy zdję­cie przed­sta­wia ją żywą czy mar­twą, nie udało się usta­lić. Nie usta­lono rów­nież, czy zro­biła je ona czy ktoś inny.

Face­book udo­stęp­nił dane, które z dużą dokład­no­ścią pozwa­lały usta­lić loka­li­za­cję tele­fonu w momen­cie wrzu­ce­nia zdję­cia. Obszar zazna­czony na mapie w jed­nym z doku­men­tów miał pro­mień zale­d­wie stu metrów. Był to wierz­cho­łek przy­lądka Tynäs, odda­lony zale­d­wie o pół kilo­me­tra od domu, w któ­rym Eme­lie impre­zo­wała w dniu zagi­nię­cia.

Dane ope­ra­tora komór­ko­wego potwier­dziły infor­ma­cje z Face­bo­oka. Tele­fon Eme­lie komu­ni­ko­wał się z masz­tami w tej oko­licy i dopiero póź­niej tej samej nocy cał­kiem stra­cił kon­takt. Bate­ria się roz­ła­do­wała albo ktoś go wyłą­czył.

John zapo­znał się z pró­bami poli­cji z Karl­stad zmie­rza­ją­cymi do uło­że­nia moż­li­wie naj­bar­dziej kom­plet­nego obrazu poczy­nań dziew­czyny tego kon­kret­nego wie­czoru. Według zgod­nej rela­cji świad­ków wyszła z imprezy około pół­nocy, a zdję­cie zostało opu­bli­ko­wane na Face­bo­oku czter­dzie­ści osiem minut po pierw­szej.

Usta­le­nie, co zaszło w ciągu tych kry­tycz­nych dwóch godzin, sta­no­wiło sedno całego docho­dze­nia.

6.

Karl­stad, 2009

Zale­d­wie dwa­dzie­ścia minut po tym, jak Sis­sela skon­tak­to­wała się z poli­cją, zadzwo­nił dzwo­nek przy furtce. Kiedy wzy­wała pani Bjur­wall, nale­żało się szybko sta­wić. Doty­czyło to rów­nież władz porząd­ko­wych. Heimer spo­dzie­wał się funk­cjo­na­riu­szy w mun­du­rach, ale czło­wiek, który ode­brał zgło­sze­nie, naj­wy­raź­niej nadał mu naj­wyż­szy prio­ry­tet i prze­kie­ro­wał sprawę bez­po­śred­nio do wydziału kry­mi­nal­nego.

Heimer poznał młod­szego z dwóch poli­cjan­tów w klu­bie jach­to­wym. Nazy­wał się Bernt Pri­mer, mieli kie­dyś wspólną nocną wartę. Heimer poka­zał mu swój nim­bus 405 fly­bridge, kiedy pil­no­wali pomo­stów nie­opo­dal kościoła Lövnäs. Pri­mer ni­gdy jed­nak nie mówił, że pra­cuje w poli­cji. Albo Heimer nie­uważ­nie go słu­chał. Pamię­tał, że kilka razy byli na rybach, ale szybko sprzy­krzyło mu się to towa­rzy­stwo i poczuł zmę­cze­nie poto­kiem słów pły­ną­cych z ust Bernta. Facet znał połowę klubu i miał coś do powie­dze­nia o każ­dym z jego człon­ków.

Dru­giego z poli­cjan­tów Heimer ni­gdy wcze­śniej nie widział. Pamię­tałby. Poli­cjant na łysym cie­mie­niu miał wiel­kie zna­mię, zacho­dzące aż na frag­menty twa­rzy, przez co przy­po­mi­nał Gor­ba­czowa - sta­rego radziec­kiego poli­tyka, który mówił o gła­sno­sti i pie­re­strojce i był świad­kiem upadku całego bloku wschod­niego. Heimer był pewien, że facet sły­szał to nie­raz od ludzi, któ­rzy nie grze­szyli tak­tem.

Oczy­wi­ste pyta­nia mieli już za sobą. Kiedy ostat­nio widzieli Eme­lie? Poprzed­niego dnia rano, kiedy wybie­gła po kłótni przy śnia­da­niu. Czy wie­dzieli, dokąd idzie albo z jakimi ludźmi ma się spo­tkać? Nie, ale Hugo Aglin - który został i pocze­kał na poli­cję - wypeł­nił luki. Jego syn Mange twier­dził, że Eme­lie była u niego na impre­zie. Kiedy Hugo wró­cił do domu póź­nym wie­czo­rem, zastał dom pełen mło­dzieży. Nie spo­dzie­wał się tego, bo syn zapo­wia­dał, że prze­no­cuje u kolegi.

Na­dal nie było wia­domo, kiedy dokład­nie Eme­lie wyszła z imprezy. Hugo jej tam nie widział, ale prze­cież poszedł się poło­żyć do piw­nicy. Praw­do­po­dob­nie syn i reszta mło­dych wie­dzieli wię­cej. Poli­cja będzie musiała z nimi poroz­ma­wiać.

Gor­ba­czow bez wąt­pie­nia był wyż­szy rangą od swego towa­rzy­sza. Heimer zauwa­żył, że przy­siadł na przed­niej czę­ści poduszki fotela, jakby chciał się zbli­żyć do niego i Sis­seli sie­dzą­cych na kana­pie. Szklany sto­lik mię­dzy nimi był nieco za sze­roki. Jeśli ktoś się odchy­lił, odle­głość nie pozwa­lała na roz­mowę nor­mal­nym tonem. To był jeden z nie­wielu zaku­pów do domu, któ­rego Heimer rze­czy­wi­ście żało­wał.

Poru­szyli temat zdję­cia z Face­bo­oka. Hugo, sie­dzący na pufie przy krót­szym boku stołu, poka­zał poli­cjan­tom przed­ra­mię Eme­lie.

- Co przed­sta­wia ten tatuaż? - zapy­tał Gor­ba­czow.

Sis­sela spoj­rzała na Heimera.

- Ty wiesz o tym wię­cej ode mnie - oznaj­miła.

- Eme­lie mówi, że to buc­ket lista.

Poli­cjant zmarsz­czył brwi.

- Buc­ket lista? Co to takiego?

- Lista rze­czy, które chce się zro­bić przed śmier­cią - wyja­śnił Heimer.

- Aha. W takim razie jakie rze­czy chce zro­bić Eme­lie?

- To wie tylko ona.

- Roz­ma­wia­li­ście o tym?

- Tak, ale nie chce nic powie­dzieć. Przy­naj­mniej mnie.

- A pani też nic nie mówiła? - Gor­ba­czow zwró­cił się do Sis­seli i strzep­nął ze spodni kilka uro­jo­nych okrusz­ków.

Heimer zwró­cił uwagę, że w obec­no­ści żony gli­niarz staje się bez­radny, nieco zagu­biony. Ona powo­do­wała to u męż­czyzn, zwłasz­cza tych nie­przy­zwy­cza­jo­nych do jej świata.

- Nie. I wiem, że nie ma sensu pytać.

- Orien­tu­je­cie się, kiedy zro­biła sobie ten tatuaż? - wtrą­cił Pri­mer sie­dzący na fotelu obok szefa.

- Na pewno po tym, jak wró­ciła do domu z Björkbacken - odparł Heimer. - A przy­naj­mniej ja widzia­łem go wtedy po raz pierw­szy.

- Björkbacken? W Char­lot­ten­bergu? - zdzi­wił się Gor­ba­czow.

Heimer wie­dział, że wkra­czają teraz na pole minowe. Sis­sela trzy­mała w tajem­nicy pobyt w ośrodku dla mło­dych kobiet. Ofi­cjal­nie Eme­lie była na prak­ty­kach zagra­nicz­nych w jed­nym z licz­nych oddzia­łów AchWe.

- Nasza córka miała pra­co­wity okres i potrze­bo­wała wspar­cia i tera­pii w rodzaju tych, które są tam ofe­ro­wane - powie­działa Sis­sela neu­tral­nym tonem.

Jeśli była zła, że ujaw­nił rodzinne tajem­nice, to nie dała tego po sobie poznać. Heimer zer­k­nął na Hugona cie­kaw jego reak­cji, ale dyrek­tor finan­sowy wyda­wał się nie­wzru­szony. Albo był rów­nie bie­gły w zacho­wy­wa­niu kamien­nej twa­rzy jak Sis­sela, albo już wcze­śniej mówiła mu o ośrodku. Sam nie zamie­rzał utrzy­my­wać w tajem­nicy spraw, które i tak wyszłyby na jaw.

- Ten znak wycięty w ręce... czy mogła go zro­bić sama? - zapy­tał Pri­mer.

Żona szybko odpo­wie­działa. Heimer zro­zu­miał, że zamie­rza two­rzyć histo­rię Eme­lie.

- Rozu­miem pań­ski tok rozu­mo­wa­nia, panie inspek­to­rze. Nie chcemy robić tajem­nicy z tego, że Eme­lie nie zawsze trak­to­wała dobrze samą sie­bie. A więc tak, mogła się pociąć.

"Nie zawsze trak­to­wała dobrze samą sie­bie".

W sumie tak też można to ująć, pomy­ślał Heimer. Pamię­tał puste listki po tablet­kach na kla­pie muszli klo­ze­to­wej i mar­twe oczy Eme­lie, którą zastał leżącą w wan­nie, kiedy już udało mu się otwo­rzyć zamek nożem kuchen­nym. Ock­nęła się dopiero po płu­ka­niu żołądka w szpi­talu.

- Jak się ostat­nio czuła wasza córka? - zapy­tał Pri­mer.

- O wiele lepiej - odparła Sis­sela. - Ogar­nęła się i jesie­nią zaczęła stu­dia w szkole biz­nesu w Sztok­hol­mie.

Oczy­wi­ście histo­ria zaczyna się aku­rat tym, pomy­ślał Heimer, a nie zawa­lo­nymi stu­diami czy nar­ko­ty­kami, które zna­leźli. Zaczął się zasta­na­wiać, czy powi­nien coś powie­dzieć, i nie przy­szedł mu do głowy żaden powód, żeby mil­czeć.

- W szu­fla­dzie biurka miała wore­czek z resztką jakiejś sub­stan­cji. Jestem w zasa­dzie prze­ko­nany, że to była koka­ina - oznaj­mił, nie zwra­ca­jąc się do nikogo kon­kret­nego w pokoju.

- Tak, to prawda - dodała pospiesz­nie Sis­sela.

Skoro już szy­dło wyszło z worka, chciała oczy­wi­ście być odpo­wie­dzialną matką.

- Heimer i ja mar­twi­li­śmy się, że wpad­nie z powro­tem w depre­sję. Chwi­lowe trud­no­ści w pro­ce­sie odwy­ko­wym nie są czymś nie­ty­po­wym.

- Teraz naj­waż­niej­sze jest usta­le­nie miej­sca pobytu Eme­lie - oznaj­mił Gor­ba­czow i prze­su­nął się jesz­cze bli­żej na poduszce, pró­bu­jąc stwo­rzyć intymną atmos­ferę nad sze­ro­kim szkla­nym sto­łem. - Wiemy, jak zro­biono to zdję­cie?

- Na pewno komórką Eme­lie - odparła Sis­sela. - Dzwo­ni­li­śmy pod ten numer mnó­stwo razy, ale bez rezul­tatu. Wczo­raj wie­czo­rem przy­naj­mniej było sły­chać sygnały, ale teraz łączy bez­po­śred­nio z auto­ma­tyczną sekre­tarką.

- Prze­ka­żemy to do zba­da­nia naszym tech­ni­kom - oznaj­mił Gor­ba­czow i zapi­sał numer w swoim notat­niku.

Potem wyja­śnił, co będzie dalej. Zosta­nie spo­rzą­dzone ofi­cjalne zgło­sze­nie zagi­nię­cia i wszyst­kie patrole poli­cji w okręgu Värmland otrzy­mają zdję­cie Eme­lie. Nie było jed­nak powodu do nad­mier­nego nie­po­koju. Dziew­czyna pokłó­ciła się z rodzi­cami. W takich sytu­acjach bywa, że mło­dzi ludzie zni­kają, a kilka dni póź­niej wra­cają. W końcu dziew­czyna ma dwa­dzie­ścia kilka lat i nie musi tłu­ma­czyć się ze swo­ich poczy­nań mamie i tacie.

Komi­sarz ze zna­mie­niem zro­bił pauzę, po czym kon­ty­nu­ował. Było wyraź­nie widoczne, że ostroż­nie dobiera słowa.

- Jeżeli ktoś się z wami skon­tak­tuje, od razu do mnie zadzwoń­cie.

Sis­sela spoj­rzała na niego.

- Skon­tak­tuje? - powtó­rzyła. - A więc tak wam się wydaje? Że została porwana?

- Nic nam się nie wydaje - odpo­wie­dział. - Po pro­stu jeste­ście znaną rodziną, a my musimy wziąć pod uwagę każdą ewen­tu­al­ność.

Heimer zauwa­żył, że jego żona kiwa głową z namy­słem. Nie roz­ma­wiali na ten temat, ale wie­dział, że prze­ro­biła w gło­wie wszyst­kie wcho­dzące w grę sce­na­riu­sze. Wyda­wało mu się nie do pomy­śle­nia, że mogłaby pomi­nąć porwa­nie.

- Przy­go­tuję zdję­cie Eme­lie - oznaj­miła i znik­nęła w biblio­tece.

Wybór powi­nien być duży. Heimer zauwa­żył, że odkąd córka zaczęła stu­dia w szkole biz­nesu, żona na nowo zain­te­re­so­wała się foto­gra­fią. Puste miej­sca w rodzin­nym albu­mie zapeł­niły się jed­nym moty­wem, który wresz­cie znów odpo­wia­dał ocze­ki­wa­niom.

Na zdję­ciu, które przy­nio­sła Sis­sela, Eme­lie miała białą sukienkę z ple­cio­nym paskiem. Heimer dostrzegł, że zostało zro­bione w tym samym roku, w przed­dzień święta mid­som­mar. Córka spo­glą­dała na niego spod ronda słom­ko­wego kape­lu­sza. Jej jasne włosy były roz­pusz­czone i oka­lały usianą let­nimi pie­gami twarz.

W jed­nej chwili jego klatka pier­siowa zna­la­zła się z powro­tem w ima­dle. Z każ­dym obro­tem pokrę­tła ucho­dziło z niego wyci­śnięte powie­trze. Odwró­cił wzrok od zdję­cia i sku­pił go na obra­zie Larsa Lerina wiszą­cym nad głową Gor­ba­czowa.

- Jak się czu­jesz, Heimer?

Poczuł na ple­cach chłodną dłoń Sis­seli.

- Po pro­stu bar­dzo się mar­twię - wymam­ro­tał.

7.

Bal­ti­more, 2019

Na wózku na kół­kach, który pie­lę­gniarka wpro­wa­dziła do sali, znaj­do­wała się nowa par­tia leków dożyl­nych.

- Ach, wła­śnie tego potrze­bu­jemy. Wię­cej leków!

Tre­vor zaśmiał się zado­wo­lony z wła­snego dow­cipu, a potem jęk­nął z powodu bólu brzu­cha. Naj­wy­raź­niej nie miało zna­cze­nia, jak bar­dzo go bolało. Po pro­stu musiał recho­tać. John zauwa­żył, że to zaraź­liwe. Pozy­tywna ener­gia sąsiada z łóżka obok nie była tylko fasadą, lecz czymś, co zda­wało się pocho­dzić z wewnątrz. Natu­ralną siłą dobrego humoru, któ­remu nie spo­sób się oprzeć.

John został obu­dzony wcze­snym ran­kiem na prze­świe­tle­nie głowy. Po powro­cie do sali zapadł w długi, pozba­wiony marzeń mor­fi­nowy sen. Za cien­kimi zasłon­kami wio­senne słońce stało już wysoko na nie­bie. Zro­zu­miał, że już pew­nie nad­cho­dzi pora lun­chu. A może jest jesz­cze póź­niej. Z poprzed­niego wie­czora pamię­tał roz­mowę lekarki z ich natar­czy­wym sze­fem. Jeśli ona da zie­lone świa­tło, prze­słu­cha­nie pod­su­mo­wu­jące misję roz­pocz­nie się po połu­dniu.

- Widzia­łeś dziś Bro­dwicka? - zapy­tał John, kiedy pie­lę­gniarka wyszła z sali.

- Chyba nie odważy się wejść tu znowu bez pozwo­le­nia. Pra­wie było warto dostać kulkę w brzuch, żeby zoba­czyć, jak go usa­dza nasza ulu­biona lekarka.

Tre­vor odwró­cił się do niego z wiel­kim wysił­kiem. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że bar­dzo potrze­buje leków prze­ciw­bó­lo­wych.

- Mar­twisz się na myśl o pyta­niach? - kon­ty­nu­ował kolega.

- Nie - odparł John. - Po pro­stu chcia­łem wie­dzieć, czy już przy­szedł.

Prawda była inna. Czuł strach przed pierw­szą roz­mową. Bro­dwick miał ją nagrać i prze­ka­zać dalej pro­ku­ra­to­rowi. Może wręcz zosta­nie odtwo­rzona w sądzie. Pod żad­nym pozo­rem nie wolno mu było powie­dzieć cze­goś sprzecz­nego ze spra­woz­da­niem Tre­vora. To zmniej­szy­łoby jego wia­ry­god­ność jako świadka, a wie­dział, że obrona nie prze­pu­ści żad­nej szansy na wyko­rzy­sta­nie takich sła­bo­ści. Jed­no­cze­śnie nie chciał, by cały świat wie­dział o zała­ma­niu w kon­te­ne­rze.

- Spo­koj­nie - powie­dział Tre­vor, jakby czy­tał mu w myślach. - Bro­dwick dowie się tego, co musi wie­dzieć. Z jakim zde­cy­do­wa­niem obaj dzia­ła­li­śmy pod pre­sją. Zro­zu­mia­łeś, że ja też jestem agen­tem FBI, i wspól­nie uło­ży­li­śmy impro­wi­zo­wany plan, dzięki któ­remu uszli­śmy z życiem.

- Wspól­nie? - zapy­tał John.

- Tak, wspól­nie. Bro­dwick jest nie­do­uczo­nym face­tem z wywiadu. Nie rozu­mie roboty w tere­nie, więc nie będziemy go obcią­żać nad­mia­rem szcze­gó­łów.

- A w jaki spo­sób kon­kret­nie dowie­dzia­łem się, że jesteś agen­tem?

- Wyszep­ta­łem ci to do ucha, kiedy szli­śmy do kon­te­nera. Dopiero wtedy zro­zu­mia­łem, co się dzieje.

John powoli poki­wał głową, w ciszy powta­rza­jąc sobie swoje zezna­nia.

- Dzięki - odparł. Naprawdę był wdzięczny.

- Nie ma za co. Wła­śnie ura­to­wa­łem twoje życie i ego, ty pie­przony karie­ro­wi­czu.

Tre­vor znów się roze­śmiał. Tym razem chyba nie zabo­lało go tak bar­dzo. Może pie­lę­gniarka, dobie­ra­jąc dawkę mor­finy, wzięła poprawkę na skłon­ność pacjenta do śmie­chu w każ­dej sytu­acji.

- Ale nie rozu­miem, dla­czego się przej­mu­jesz, co pomy­śli nasz macho z Biura - kon­ty­nu­ował. - Prze­cież po pro­ce­sie i tak zaczniemy życie każdy w swoim miej­scu, z daleka od tego wszyst­kiego.

Jego kolega miał oczy­wi­ście rację. John powi­nien myśleć wię­cej o przy­szło­ści, niż wspo­mi­nać pracę w FBI. Siatka nar­ko­ty­kowa znacz­nie prze­ra­stała samego Ganiru i jej człon­ko­wie zro­bią wszystko, by po pro­ce­sie zna­leźć szpicli - bez względu na to, w któ­rym zakątku świata ci posta­no­wią się osie­dlić. To dla­tego mieli otrzy­mać nowe per­so­na­lia i wziąć udział w pro­gra­mie ochrony świad­ków.

- Posłu­chaj mnie i wyko­rzy­staj oka­zję na posta­wie­nie żądań teraz - powie­dział Tre­vor. - Kiedy zło­żysz zezna­nia, a sędzia ude­rzy młot­kiem w stół, nie będziesz już miał pola do nego­cja­cji.

John pocze­kał na spo­dzie­wany wybuch śmie­chu. Jed­nak tym razem obyło się bez niego. Sąsiad z łóżka obok naj­wy­raź­niej dużo myślał o tym, co ma nadejść.

- Tu cho­dzi o twoją rodzinę - cią­gnął. - Warunki usta­lone z Biu­rem zade­cy­dują, jak będzie wyglą­dało wasze przy­szłe życie.

John się wzdry­gnął. Czy Tre­vor miał rodzinę? On sam uwa­żał to za nie­moż­liwe do pogo­dze­nia z pracą agenta.

- Czyli nie tylko ty znik­niesz? - zapy­tał.

- Moja żona rów­nież. I nasza córka.

- Twoja córka?

- No. Latem koń­czy rok.

John pró­bo­wał nadą­żyć za zawi­ło­ściami. Skoro córka była taka mała, Tre­vor musiał zostać ojcem w cza­sie, gdy roz­pra­co­wy­wał siatkę nar­ko­ty­kową.

- Była piękną wpadką. - Tre­vor uśmiech­nął się, widząc jego dez­orien­ta­cję. - Kiedy żonka odkryła, że jest w ciąży, sie­dzia­łem już głę­boko w gangu Ganiru. Zażą­da­łem, by mnie zwol­niono jak naj­szyb­ciej, ale wie­dzia­łem, że to może potrwać. To dla­tego Bro­dwick miał w siatce dwóch agen­tów. Kiedy tylko zosta­łeś zaak­cep­to­wany, plan zli­kwi­do­wa­nia mnie wszedł w życie, a potem chcieli, żebyś żył jak naj­dłu­żej i ujaw­nił, komu Ganiru składa raporty.

John ski­nął głową. Zro­zu­miał, dla­czego Bro­dwick nic nie mówił. Cho­dziło o ochro­nie­nie jego i kolegi. Im mniej John wie­dział o agen­cie, któ­rego następcą miał zostać, tym lepiej dla wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych.

- Czy mogłeś być obecny przy poro­dzie?

Spoj­rze­nie Tre­vora nabrało posęp­nego wyrazu.

- Nie­stety nie. Nasza mała księż­niczka była uprzejma przyjść na świat w ten sam week­end, kiedy kuzyn Ganiru został zastrze­lony w Cherry Hill. Nie dało się wykom­bi­no­wać żad­nego pre­tek­stu do mojego wyjazdu z mia­sta aku­rat wtedy.

- Ale mia­łeś oka­zję się z nią zoba­czyć?

- Tak, cho­lera, byłem tam dwa razy - odparł Tre­vor i znów się roz­pro­mie­nił. - Ona jest naprawdę eks­tra. Jak kędzie­rzawy anio­łek. Potrafi też poka­zać cha­rak­te­rek, kiedy coś idzie nie po jej myśli. Ma to po mamie.

- A jakie skłon­no­ści ty jej prze­ka­za­łeś? - spy­tał John.

- Wygląda na to, że je jak koń, to na pewno po mnie.

Tre­vor znów wystrze­lił kano­nadą śmie­chu i nie­chcący prze­wró­cił szklankę wody sto­jącą na sto­liku przy łóżku.

- A ty? Weź­miesz kogoś ze sobą? - zapy­tał, kiedy już odzy­skał oddech.

John pokrę­cił głową.

- Nie, jestem tylko ja.

Kiedy to powie­dział, poczuł się samotny. Zwłasz­cza w porów­na­niu z nowym Tre­vo­rem - ojcem małego dziecka. Jemu trudno było się dostrzec w tej roli. Wpraw­dzie był młod­szy, ale nie cho­dziło głów­nie o to. Kilku nowo­jor­skich kole­gów w jego wieku miało jedno lub dwoje dzieci. Cho­dziło raczej o doświad­cze­nie dora­sta­nia z dys­funk­cyj­nymi rodzi­cami, co odci­snęło na nim swoje piętno.

Histo­ria miło­sna jego sta­rusz­ków była cudow­nym przy­kła­dem na to, że powie­dze­nie "prze­ci­wień­stwa się przy­cią­gają" jest kiep­ską stra­te­gią przy dobo­rze part­nera. Jego ojciec pocho­dził z Nige­rii i prze­niósł się do Nowego Jorku w poło­wie lat sześć­dzie­sią­tych. John wie­lo­krot­nie sły­szał opo­wieść o tym, jak tata poznał mamę. Nie w ramach roman­tycz­nej histo­rii, tylko prze­strogi, jak kobiety potra­fią zamą­cić męż­czy­znom w gło­wie.

Dwu­dzie­sto­let­nia blon­dynka weszła do baru w połu­dnio­wym Bronk­sie, gdzie pra­co­wał ojciec. Była w Nowym Jorku na sty­pen­dium dla arty­stów i miesz­kała w tej dziel­nicy. Jedno dopro­wa­dziło do dru­giego, a rok póź­niej była w ciąży. Wyje­chał dla niej ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych i kupili w Szwe­cji dom, który stał się domem rodzin­nym Johna.

- Masz myśleć tą dużą głową, nie tą małą. Jesteś jedy­nym pozy­tyw­nym efek­tem tego mał­żeń­stwa - mawiał ojciec wiele lat póź­niej, kiedy sie­dzieli przy stole w kuchni na Lower East Side.

John był już wtedy nasto­lat­kiem i miał dość słu­cha­nia obelg pod adre­sem matki. Miał dwa­na­ście lat, kiedy się roz­stali i tata zabrał go ze sobą z powro­tem do Nowego Jorku. Tam ojciec poży­czył pie­nią­dze, żeby kupić kiosk na Eldridge Street. Nowy począ­tek został uko­ro­no­wany tym, że John zmie­nił nazwi­sko na to, które nosił ojciec - Adder­ley.

Nie wie­dział, które wspo­mnie­nia o matce są jego, a które zapo­ży­czył z histo­rii taty. Pamię­tał jed­nak, że nie­na­wi­dziła swo­jej pracy i wyko­rzy­sty­wała każdą szansę na to, żeby malo­wać. Zwy­kle kiedy wra­cał do domu ze szkoły, płu­kała pędzle w kuchni. Uści­ski, w któ­rych go zamy­kała, miały woń papie­ro­sów, taniego czer­wo­nego wina i ter­pen­tyny.

- Twoja mama nie rozu­miała, co to zna­czy być rodziną. Piła i pacy­ko­wała, zamiast się tobą zaj­mo­wać. I była cał­kiem nie­za­in­te­re­so­wana poma­ga­niem ci finan­sowo.

John był zdzi­wiony, jak wiele spo­śród wykła­dów ojca utknęło mu w gło­wie. Kiedy jed­nak połą­czyło się te zebrane mądro­ści, wnio­ski były tak naprawdę tylko dwa: ciężko pra­co­wać i uwa­żać na baby. Jako nasto­la­tek nie był wiel­kim miło­śni­kiem tego morału. Mimo wszystko w nie­uświa­do­miony spo­sób podą­żył za tymi napo­mnie­niami. Kobiet wokół niego nie bra­ko­wało - zawdzię­czał to wyglą­dowi. Ni­gdy jed­nak nie był w żad­nych dłuż­szych, poważ­nych związ­kach. Praca zawsze stała na pierw­szym miej­scu.

Kiedy tata kilka lat temu odszedł, pastor zapy­tał Johna, czy chce powie­dzieć kilka słów na pogrze­bie. W pierw­szej chwili się zgo­dził. Całą noc prze­sie­dział z dłu­go­pi­sem w ręku. Skoń­czyło się na tym, że porząd­nie się zde­ner­wo­wał. Ojciec bez prze­rwy maru­dził, jakim bez­na­dziej­nym czło­wie­kiem była jego była żona. Jed­nak w tych rzad­kich sytu­acjach, gdy John pytał o mamę albo czas spę­dzony w Szwe­cji, odpo­wiedź zawsze była taka sama: nie jest to coś, nad czym powi­nien się zasta­na­wiać. Musiał jedy­nie wie­dzieć, że we dwóch radzą sobie lepiej bez niej.

Kiedy szedł spać, szkic mowy pogrze­bo­wej skła­dał się z zale­d­wie jed­nego słowa. Gnój. Prze­kre­ślo­nego dwiema kre­skami, bo po napi­sa­niu go John poczuł wyrzuty sumie­nia. Następ­nego ranka zadzwo­nił do pastora i popro­sił, aby prze­mowę zastą­pić dodat­ko­wym psal­mem.

Był tak pogrą­żony w myślach, że nie zauwa­żył lekarki sto­ją­cej przed nim w nogach łóżka. Zapewne wśli­zgnęła się do sali, kiedy jego przy­tę­piony mor­finą mózg cofał się w cza­sie.

Tre­vor ponow­nie prze­pro­sił, że pomy­lił ją z pie­lę­gniarką. Zaczął się plą­tać w wyja­śnie­niach, przez co wyszedł na jesz­cze bar­dziej uprze­dzo­nego w kwe­stii roli kobiet w życiu zawo­do­wym. Lekarka daro­wała sobie odpo­wiedź i odwró­ciła się do Johna. Ten natych­miast zaczął odczu­wać pul­so­wa­nie z tyłu głowy. Przy­po­mniał sobie tamto klau­stro­fo­biczne wra­że­nie z poranka, kiedy leżał z głową wewnątrz meta­lo­wej rury i słu­chał odgło­sów kamery magne­tycz­nej.

- Skany wyglą­dają dobrze - oznaj­miła lekarka, gdy John pró­bo­wał zin­ter­pre­to­wać wyraz jej twa­rzy. Było to trudne. Wyglą­dała poważ­nie, gdy tym­cza­sem jej komu­ni­kat powi­nien prze­cież być pozy­tywny. - Nie zna­leź­li­śmy żad­nych fizjo­lo­gicz­nych zmian, które mogłyby wytłu­ma­czyć pań­skie bóle - dodała.

Wbrew ocze­ki­wa­niom Johna nie padło żadne "ale". Było nie­wy­po­wie­dziane i kryło się w spo­so­bie zaak­cen­to­wa­nia słowa "fizjo­lo­gicz­nych". Nie zna­la­zła żad­nych fizjo­lo­gicz­nych defek­tów. A więc pozo­sta­wały psy­chiczne.

Bole­sny punkt w tyle głowy. John miał oczy­wi­ście świa­do­mość, że to do tego punktu Tre­vor przy­ci­skał pisto­let przez dłu­gie sekundy, w cza­sie któ­rych wyda­wało mu się, że jego życie dobie­gło końca. Jed­no­cze­śnie nie mógł tak po pro­stu zaak­cep­to­wać dia­gnozy, tak lekko rzu­co­nej przez lekarkę. "Psy­cho­so­ma­tyczne" było sło­wem, któ­rego jej kole­dzy po fachu uży­wali, kiedy ich umie­jęt­no­ści oka­zy­wały się nie­wy­star­cza­jące.

- Czyli chce pani powie­dzieć, że to sobie wma­wiam?

Naj­wy­raź­niej usły­szała w jego gło­sie nutę wro­go­ści, bo odsu­nęła się o pół kroku od łóżka. Nie­świa­do­mie, ale na tyle zauwa­żal­nie, że agent kształ­cony w czy­ta­niu języka ciała był w sta­nie to wyczuć.

- Tego nie powie­dzia­łam. Poin­for­mo­wa­łam pana tylko, że rezo­nans magne­tyczny nie wykrył niczego odbie­ga­ją­cego od normy.

- Jaki wnio­sek pani z tego wyciąga?

- Że musimy dalej szu­kać przy­czyny bólu. Ist­nieje sze­reg badań neu­ro­lo­gicz­nych, które chcia­ła­bym prze­pro­wa­dzić, ale nie możemy wyklu­czyć, że pana pro­blemy wyni­kają z traumy emo­cjo­nal­nej.

- W takim razie pro­po­nuję, aby zro­biła pani te testy - powie­dział i zauwa­żył, że zabrzmiało to suro­wiej, niż zamie­rzał.

Odpo­wie­dzią lekarki było zano­to­wa­nie kilku lini­jek w bloczku, który naj­wi­docz­niej zawsze miała przy sobie. Potem uśmiech­nęła się do niego i oznaj­miła, że zaraz wróci pie­lę­gniarka, aby opa­trzyć rany. To, że John wyła­do­wał na niej swoją fru­stra­cję i bez­sil­ność, naj­wy­raź­niej nie popsuło jej humoru.

Kiedy wyszła, Tre­vor odwró­cił się do niego.

- Lepiej zacho­wujmy się tro­chę grzecz­niej, ty i ja - powie­dział. - Bo w prze­ciw­nym razie może nam zmniej­szyć dawkę mor­finy.

- Nie kąsaj ręki, która cię nar­ko­ty­zuje - odparł John, zado­wo­lony, że udało mu się zna­leźć ripo­stę, która powinna przy­paść kole­dze do gustu. I rze­czy­wi­ście: Tre­vor wybuch­nął śmie­chem tak gło­śnym, że sto­jący za drzwiami ochro­niarz zaj­rzał przez szybę w drzwiach, żeby spraw­dzić, czy wszystko jest w porządku.

Po opa­trze­niu ran i wymia­nie worecz­ków z sub­stan­cją odżyw­czą Tre­vor oznaj­mił, że chce odpo­cząć. John czuł, że powi­nien zro­bić to samo, ale nie chciało mu się spać po dłu­giej drzemce przed połu­dniem.

Ponow­nie włą­czył kom­pu­ter, otwo­rzył szwedz­kie śledz­two i zaczął prze­wi­jać stronę z zezna­niami świad­ków z willi, w któ­rej Eme­lie Bjur­wall impre­zo­wała wie­czo­rem w dniu zagi­nię­cia. Naj­bar­dziej inte­re­su­jące zło­żył dwu­dzie­sto­kil­ku­letni Magnus Aglin. To on zapro­sił gości, a wła­ści­cie­lem domu był jego ojciec.

Magnus znał Eme­lie od dawna. Może nie było to takie dziwne, jeśli wziąć pod uwagę, że oboje wycho­wali się na przy­lądku Tynäs. Jej dom rodzinny znaj­do­wał się zale­d­wie kilo­metr od domu Aglina.

John otwo­rzył sze­ścio­stro­ni­cowy pro­to­kół prze­słu­cha­nia prze­pro­wa­dzo­nego dzień po zagi­nię­ciu w komi­sa­ria­cie w Karl­stad przez komi­sa­rza poli­cji kry­mi­nal­nej Antona Lund­berga.

Kom. Lund­berg: Jakie wra­że­nie spra­wiała Eme­lie?

Prze­słu­chi­wany Aglin: To zna­czy?

Lund­berg: No, czy była taka jak zwy­kle?

Aglin: Tak, raczej tak. Była zado­wo­lona. W impre­zo­wym nastroju.

Lund­berg: Pijana?

Aglin: Tak mi się wydaje.

Lund­berg: Jak bar­dzo?

Aglin: Chyba tak jak wszy­scy.

Lund­berg: Rozu­miem. Czy była pijana, kiedy przy­szła?

Aglin: No, tak jakby.

Lund­berg: Tak jakby? Jak mam to rozu­mieć, Magnus?

Aglin: Tak. Kiedy przy­szła, była nawa­lona. Chyba wypiła sporo przed imprezą.

Lund­berg: Czy wiesz, gdzie była Eme­lie, zanim przy­szła na imprezę do cie­bie? Mówiła coś na ten temat?

Aglin: Nie wiem. Pew­nie wcze­śniej zro­biła gdzieś roz­grzewkę.

Lund­berg: Czy na impre­zie był tylko alko­hol?

Aglin: To zna­czy?

John zro­zu­miał, o co cho­dziło Lund­ber­gowi. Rodzice Eme­lie zna­leźli wore­czek ze śla­dami koka­iny w szu­fla­dzie biurka w pokoju córki. Abso­lut­nie nie można było wyklu­czyć, że zażyła ją przed przyj­ściem na imprezę. Magnus nie zwró­cił jed­nak uwagi, by Eme­lie była pod wpły­wem cze­goś jesz­cze oprócz alko­holu. Zaprze­czył też w odpo­wie­dzi na pyta­nie, czy na impre­zie poja­wiły się nar­ko­tyki. John żało­wał, że komi­sarz moc­niej nie naci­skał chło­paka w tej kwe­stii. Mimo wszystko cho­dziło o roz­piesz­czo­nych szcze­nia­ków z klasy wyż­szej, a w Szwe­cji, tak jak i w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, koka­ina była naj­bar­dziej popu­lar­nym nar­ko­tykiem w tych krę­gach.

Tatuaż na przed­ra­mie­niu dziew­czyny rów­nież zain­te­re­so­wał prze­słu­chu­ją­cego.

Lund­berg: Jak wiesz, na Face­bo­oku jest zdję­cie tatu­ażu Eme­lie, zamiesz­czone tam w nocy jej zagi­nię­cia.

Aglin: Tak.

Lund­berg: Zasta­na­wiam się... Czy wiesz, dla­czego ma wła­śnie taki tatuaż?

Aglin: To buc­ket lista z rze­czami, które zamie­rza zro­bić przed śmier­cią.

Lund­berg: Mówiła ci o tym?

Aglin: Tak.

Lund­berg: Okej. A więc kiedy uda jej się zro­bić któ­rąś z rze­czy na liście, odha­cza to wewnątrz kratki? Dobrze to zro­zu­mia­łem?

Aglin: Tak, myślę, że tak.

Lund­berg: Wiesz, jakie rze­czy ma Eme­lie na swo­jej liście?

Aglin: Nie, ni­gdy nie chciała tego powie­dzieć. W ogóle nie lubi roz­ma­wiać o tym tatu­ażu. To o buc­ket liście musia­łem z niej wycią­gać.

Lund­berg: Na zdję­ciu, które umiesz­czono na Face­bo­oku, ostatni znak jest wycięty jakimś ostrym przed­mio­tem. Wiesz, czy zro­biła to sama tam­tego wie­czoru?

Aglin: Nic takiego nie widzia­łem.

Lund­berg: Czy na impre­zie zda­rzyło się coś, co mogło być powo­dem do wycię­cia tego znaku?

Aglin: Skąd mam wie­dzieć? Prze­cież powie­dzia­łem, że nie chciała roz­ma­wiać o tatu­ażu.

John otwo­rzył prze­glą­darkę i w polu wyszu­ki­wa­nia wpi­sał "buc­ket list + tatoo". Poja­wiło się wiele zdjęć i lin­ków do stu­diów tatu­ażu z całego świata. Nie zna­lazł jed­nak żad­nego, które przed­sta­wia­łoby trzy kratki w rzę­dzie. Wzór Eme­lie Bjur­wall wyglą­dał na uni­ka­towy i wyjąt­kowo oso­bi­sty.

Lund­berg: Magnus, zasta­nów się... Czy Eme­lie powie­działa lub zro­biła tam­tego wie­czoru coś, na co zwró­ci­łeś uwagę? Coś, co by się wyróż­niało? Cokol­wiek.

Aglin: Nie. Co by to miało być? Zresztą nie spę­dzi­łem z nią aż tyle czasu. Gada­łem z nimi na początku, ale potem byłem głów­nie przy jacuzzi i...

Lund­berg: Z nimi? To zna­czy z kim?

Aglin: Z Eme­lie i tą drugą dziew­czyną.

Lund­berg: Kim była ta druga dziew­czyna?

Aglin: Nie wiem, pew­nie jakąś kole­żanką. Przy­szły tam razem.

Lund­berg: Okej. Czyli kiedy Eme­lie poja­wiła się na impre­zie, była w towa­rzy­stwie tej kole­żanki?

Aglin: Tak.

Lund­berg: Co o niej wiesz?

Aglin: W sumie nic. Ni­gdy wcze­śniej jej nie widzia­łem.

Lund­berg: Nie jest stąd?

Aglin: Nie, nie wydaje mi się. Koja­rzył­bym ją.

Lund­berg: Roz­ma­wia­li­ście?

Aglin: Zamie­ni­li­śmy tylko kilka słów.

Lund­berg: Co powie­działa?

Aglin: Jak miał­bym to pamię­tać? Pew­nie nic spe­cjal­nego. Po pro­stu rze­czy, które się mówi na impre­zach.

Lund­berg: Czyli jakie?

Aglin: Ni­gdy nie był pan na żad­nej impre­zie? Pew­nie zapy­ta­łem, czy dobrze się bawi.

John wyczu­wał fru­stra­cję pro­wa­dzą­cego prze­słu­cha­nie. Coś mu pod­po­wia­dało, że Magnu­sowi Agli­nowi dobrze zro­biłby poli­czek, a gdyby to nie pomo­gło - runda water­bo­ar­dingu w stylu Guan­ta­namo. Jed­nak Lund­berg - przy­naj­mniej według trans­kryp­cji - oka­zał impo­nu­jącą dawkę cier­pli­wo­ści i nie dał się spro­wo­ko­wać.

Lund­berg: Pamię­tasz, jak się nazy­wała ta kole­żanka?

Aglin: Eme­lie chyba mówiła do niej Maja.

Lund­berg: Ale nie jesteś pewny?

Aglin: Tak, mówiła Maja.

Lund­berg: A nazwi­sko?

Aglin: Nie mam poję­cia.

Lund­berg: Jak wyglą­dała ta Maja?

Aglin: No... cał­kiem ładna, ale żadna tam eks­tra­klasa. Ciemne włosy. Szczu­pła. Tro­chę za niska jak na mój gust.

Lund­berg: W wieku?

Aglin: Naszym, może z rok star­sza.

Wię­cej infor­ma­cji na temat kole­żanki nie udało się Lund­ber­gowi z niego wycią­gnąć. John posta­no­wił, że zrobi sobie prze­rwę w lek­tu­rze pro­to­kołu i zbo­czy z trasy. Chciał się zagłę­bić w wątku Mai. Ona powinna móc powie­dzieć wię­cej na temat Eme­lie, dać kilka wska­zó­wek co do tego, kim zagi­niona dziew­czyna była tak naprawdę i co obie robiły tam­tego wie­czoru.

Zaczął szu­kać w teczce pro­to­kołu z jej prze­słu­cha­nia, ale ku swo­jemu zdzi­wie­niu nie zna­lazł. Przej­rzał więc trans­kryp­cje roz­mów poli­cjan­tów z pozo­sta­łymi uczest­ni­kami imprezy. Oni rów­nież nie wie­dzieli, kim jest Maja, i prak­tycz­nie mogli tylko potwier­dzić ryso­pis podany przez Magnusa Aglina. John prze­szedł do nota­tek, które śled­czy spo­rzą­dzili na pod­sta­wie roz­mów z rodzi­cami Eme­lie Bjur­wall. W tym wypadku było tak samo. Nie znali żad­nej Mai i ni­gdy nie sły­szeli, by córka mówiła coś na temat kole­żanki o takim imie­niu.

John pomy­ślał, że to wszystko jest bar­dzo dziwne. Dziew­czyna nie­wąt­pli­wie była na impre­zie Magnusa Aglina razem z Eme­lie i dwu­dzie­stoma kil­koma innymi oso­bami. Mimo to nikt nie udzie­lił śled­czym infor­ma­cji, które wystar­czy­łyby do odszu­ka­nia jej i prze­słu­cha­nia.

John kon­ty­nu­ował prze­glą­da­nie mate­ria­łów. Zauwa­żył, że poli­cja zata­czała coraz szer­sze kręgi. Wypy­ty­wano ludzi z hotelu, z hostelu w Karl­stad i z oko­licy. Ni­gdzie jed­nak w poda­nym ter­mi­nie nie zatrzy­mała się żadna Maja.

Ze szkołą biz­nesu w Sztok­hol­mie rów­nież się skon­tak­to­wano, podob­nie jak z ośrod­kiem, w któ­rym Eme­lie przez pewien czas prze­by­wała. Jed­nak ten krok, jak i wiele innych, nic nie przy­niósł. Śled­czy naprawdę zro­bili, co mogli, żeby odszu­kać tajem­ni­czą kole­żankę. Mimo to oso­bliwy fakt wciąż ist­niał: po dzie­się­ciu latach toż­sa­mość Mai na­dal pozo­sta­wała nie­znana.

John wró­cił do ostat­niej czę­ści prze­słu­cha­nia Magnusa Aglina. Lund­berg skon­cen­tro­wał się w nim na tym, jak Eme­lie Bjur­wall urwała się z imprezy.

Lund­berg: Wiesz, o któ­rej godzi­nie wyszła z domu?

Aglin: Tak. Tuż po dwu­na­stej.

Lund­berg: Skąd wiesz? Prze­cież nie pamię­tasz tylu innych rze­czy.

Aglin: Pró­bo­wa­łem ją prze­ko­nać, by została. Spraw­dzi­łem czas w komórce i powie­dzia­łem, że prze­cież nie może się zmyć około pół­nocy.

Lund­berg: Dla­czego chcia­łeś, by została?

Aglin: Kiedy ktoś urzą­dza imprezę, nie chce, żeby ludzie odpa­dali za szybko. Szcze­gól­nie Eme­lie.

Lund­berg: Szcze­gól­nie Eme­lie?

Aglin: Tak. Wszy­scy mają dla niej sza­cun, zwłasz­cza odkąd prze­pro­wa­dziła się do Sztok­holmu i zmie­niła styl. Ludzie nie widzieli, jak wyglą­dała w tych brzyd­kich blu­zach z kap­tu­rem, które nosiła przed­tem. Zresztą mniej­sza z tym, po pro­stu źle jest, kiedy księż­niczka z AchWe się zwija. Ludzie mogą sobie pomy­śleć, że robię czer­stwe imprezy.

Lund­berg: Czy powie­działa, dla­czego chce wyjść?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki