2 Synek tatusia
Johan często miał wrażenie, że mieszka na wsi. Okolica, w której zbudowano jego dom rodzinny, nieprzypadkowo nazywała się Betondorp, czyli Betonowa Wioska. A większość nazw ulic odnosiła się do wsi: Hooistraat, czyli Sienna, Graanstraat, czyli Zbożowa, Schovenstraat, czyli Snopkowska, Sikkelstraat, czyli Sierpowa. Biegła też Akkerstraat, to jest ulica Polna, za rogiem od Tuinbouwstraat, czyli Ogrodniczej, gdzie Johan dorastał. Była nawet otwarta przestrzeń zwana Polaną, gdzie można było zrobić zakupy i pójść do fryzjera na plotki.
Betondorp, położone naprzeciwko stadionu Ajaksu, znajdowało się niby w granicach miasta. Ale tutaj "miastem" nazywano to miejsce, z którego przyjeżdżał tramwaj linii 9 i do którego wracał po zatoczeniu koła niedaleko stadionu*. "Miasto" objawiało się w Betondorp wtedy, gdy Ajax grał u siebie i kibice przyjeżdżali na stadion tramwajem, rowerami przez Middenweg lub samochodami, które parkowali w "wiosce".
W tym zakątku Amsterdamu można było zobaczyć gospodarstwa rolne, gdy tylko wyszło się z zabudowań. Za kanałem rozciągały się łąki, a po drugiej stronie Betondorp w oddali uśmiechała się wieża kościoła w Duivendrechcie. Obok był Cmentarz Wschodni, ogromny park z wysokimi drzewami oraz wiele boisk, ogrodów i zagajników.
Johanowi te rowy i podmokłe tereny były dobrze znane, mógł się tam bawić bez końca. W letnie popołudnia nurkowali z przyjaciółmi w Weespertrekvaart, kanale za cmentarzem, który dla dzieci był jak bardzo długi basen. Wił się on między łąkami aż do miejsca, w którym wpadał do kanału Amsterdam-Ren. Kiedy inni siedzieli przez chwilę z boku, Johan czasami wykrzykiwał: "Spójrzcie, w Weespertrekvaart pływają sery edamskie!", po czym znikał pod wodą, a chwilę później wystawały z niej tylko gołe pośladki.
Każdego lata dowodem odwagi i sprytu był skok z nabrzeża na łódź z piaskiem, dopłynięcie w niej do stacji rozładunkowej na rzece Amstel, a potem powrót pustą łodzią, niezauważonym. Trzeba było uważać na policjantów na rowerach, ale bez obaw - było mnóstwo żywopłotów, szop i innych kryjówek. Johan i inne dzieci żyli w świecie przygód kojarzonych raczej z wsią niż Amsterdamem.
W pewnym sensie dzieciństwo Johana Cruyffa przebiegało dokładnie tak, jak wyobrażali to sobie projektanci Betondorp w latach 20. XX wieku. Pomiędzy prostokątnymi blokami z płaskimi dachami i otynkowanymi fasadami, wykonanymi z rewolucyjnego wówczas materiału, jakim był beton, znajdowały się szerokie chodniki i ulice, na których pełne energii dzieciaki takie jak Johan mogły bawić się po swojemu. Betondorp można by niemal nazwać rajem dla dzieci, tak wiele zyskano tu w efekcie społecznej tęsknoty do "światła, powietrza i przestrzeni": miało być "radykalną alternatywą" dla często przerażających warunków życia w przeludnionym mieście. Nie było tu prawie żadnych samochodów, a Johan nie musiał dzwonić do drzwi - nikt tego nie robił, przez dziedzińce i tylne wejście każdy wchodził do każdego. Cruyff wracał do swojej wioski z tęsknotą przez całe życie.
Kto raz się osiedlił w tej "willowej dzielnicy dla robotników", ten się stamtąd nie chciał ruszać. Przyjaciele i krewni z innych miejsc w Amsterdamie dostawali cynk, gdy zwalniał się jakiś dom do wynajęcia, i tak powstawała dzielnica zespolona silnym poczuciem wspólnoty. Nel i Manus Cruyffowie byli częścią tej wspólnoty od grudnia 1945 roku za sprawą mieszkającej tam przed wojną Riek, siostry Nel. Dzięki niej znali dobrze uroki Betondorp, kiedy opuszczali duszną dzielnicę Jordaan. Trudno było o większy kontrast niż między starym i zaniedbanym labiryntem Jordaan, przy pierścieniu kanałów w centrum, a tą zieloną oazą przepełnioną optymizmem i postępem na wschodzie miasta.
W nagrodę za dobre postępowanie w czasie okupacji władze zezwoliły Nel i Manusowi na zamieszkanie w opuszczonym od jakiegoś czasu budynku handlowo-mieszkalnym przy Akkerstraat 32. Od lat 20. XX wieku funkcjonował tam warzywniak należący do rodziny Pietersonów. Sądząc po reklamach w socjalistycznej gazecie "Het Volk" - "Towarzysze, kupujcie ziemniaki i warzywa u G. Pietersona" - Pietersonowie należeli do czerwonych, jak wielu w Betondorp. W czasie wojny - i w tym też nie byli wyjątkiem - wstąpili do NSB**. Tuż przed wyzwoleniem "nieprawomyślna" rodzina Pietersonów uciekła z mieszkania.
Cruyffowie znaleźli swoje szczęście na parterze, za sklepem. Nie było to mieszkanie przestronne, ale akceptowalne. Ich pierwsze dziecko, Henny, urodzone podczas głodowej zimy 1944-1945***, 11 grudnia 1944 roku, miało tutaj lepsze warunki niż na Eerste Lindendwarsstraat, gdzie Nel i Manus sprzedawali ziemniaki i warzywa, od kiedy się pobrali w 1941 roku. Podobnie jak w Jordaan, w Betondorp sklepy znajdowały się praktycznie na każdym rogu, a razem z tym prowadzonym przez Cruyffów były w okolicy cztery warzywniaki. Biznes skromny, wymagał od nich ciężkiej pracy, ale udawało im się z niego wyżyć. Oboje musieli jednak pracować na okrągło, nie mieli pieniędzy na personel.
Kiedy 25 kwietnia 1947 roku o pierwszej po południu rodzina została uszczęśliwiona narodzinami drugiego dziecka, Hendrika Johannesa, znanego jako Johan, gmina przysłała do nich nastolatkę jako pomoc domową. Opiekunka Etty gotowała fasolę dla Henny'ego i karmiła Johana butelką, żeby Manus i Nel mogli zajmować się klientami.
Etty swoje przeszła na Akkerstraat: Henny nie należał do najspokojniejszych, a Johan był strasznie zajmujący. Obaj byli pomysłowi, a pewnego razu ich ofiarą padł kot. Miejscem zbrodni było naczynie do gotowania mleka, wysoka patelnia z otworami w pokrywie na wypadek, gdyby mleko spieniało się zbyt wysoko. Mleko było sterylizowane w takim garnku i mały Johan chciał sprawdzić, czy podobną operację da się przeprowadzić z kociakiem - zszokowana Etty próbowała wyciągnąć biedne zwierzątko, ale nie udało się go uratować.
Chłopcy Cruyffów solidnie pracowali na swoją opinię w okolicy. Pewnego dnia syn rodziny Nuisów, sąsiadów z drugiej strony ulicy, gdzie mieścił się sklep papierniczy, obserwował w szoku, jak mały Johan podciąga się na krawędź zamrażarki, by zobaczyć, co jest w środku. Po chwili jego starszy brat Henny podszedł cicho i gdy Johan przechylił się przez krawędź, wepchnął go do środka, po czym zamknął wieko. Na szczęście ktoś, prawdopodobnie opiekunka, uwolnił chłopca.
Kilka lat później Johan regularnie jeździł rowerem swojej mamy po chodniku i głośnym okrzykiem "Spierdalać!" przepędzał każdego, kto miał odwagę stanąć na jego drodze. Z głową tuż nad kierownicą i bez respektu dla kogokolwiek szalał po ulicy. Innym razem krzyczał: "Debilu, nie masz pojęcia o piłce nożnej!", szukając rozstrzygnięcia kłótni z jednym chłopakiem. Kopał też piłką w rośliny w ogródkach przed domem, wybijał okna sąsiadom, a zimą zrzucał śnieżkami butelki po mleku z parapetów. Jego ojciec, Manus, reagował na te wybryki w dość umiarkowany sposób. Nawet jeśli stracił z powodu synów kilku klientów, raczej śmiał się ze wszystkich wyrządzanych przez nich szkód. "Słusznie czy nie, zawsze gdy coś się stało w okolicy, było na nas", powie później Johan.
Dla rodziny Nuisów były to sygnały, że sąsiedzi, jak by to ująć, są na innym poziomie. Dotyczyło to zwłaszcza Johana, który nie był lubiany w okolicy. "Rodzice nie chcieli, żebym się z nim spotykał", wspomina Bert Nuis. Wszystko w rodzinie Nuis kręciło się wokół czystości i postępu społecznego, co czyniło ich nieco bardziej typowymi mieszkańcami Betondorp niż Cruyffowie. Podobnie jak wielu sąsiadów nie uważali swojej dzielnicy za robotniczą. Wręcz przeciwnie, obowiązywało tu hasło "trzymania się z dala od drelichu" i powszechne były ambicje zapewnienia sobie pracy biurowej albo będącej jeszcze wyżej w hierarchii społecznej. Normą nie było tu wykształcenie zawodowe, ale co najmniej średnie ogólnokształcące. Typowe dla Betondorp było to, że przez długi czas brakowało tam kawiarni, ale znajdowały się biblioteka i dom kultury.
Niebywale dużo miejscowych dzieci dostawało się do HBS-ów**** i zdobywało sławę. To z Betondorp wyszli pisarze Jan Mens, Nescio, Gerard i Karel van het Reve, fotograf Ed van der Elsken, dyrektor domów towarowych Bijenkorf Jack Bons, malarz Leo Schatz, graficzka Fré Cohen i redaktor naczelny "NRC Handelsblad" Wout Woltz. Wielu innych mieszkańców dzielnicy zostawało naukowcami, prawnikami lub lekarzami. Leo van Wijk, który grał w piłkę nożną z Johanem, ale spędzał znacznie więcej czasu z nosem w książkach, został dyrektorem generalnym linii KLM.
Cruyffowie nie byli socjalistami, ton w domu na Akkerstraat 32 nadawały reguły rynku. Tak było od pokoleń w Jordaan, gdzie rodzice i dziadkowie Nel Draaijer prowadzili sklep z ziemniakami, warzywami i rybami. W 1844 roku fryzyjski prapradziadek Johana, Hendrik Draaijer, przeniósł się z Leeuwarden do Amsterdamu, aby zarabiać na życie, początkowo jako robotnik drogowy. Z żoną Griet van Oort Hendrik Draaijer miał syna o imieniu Gerrit (urodzony w 1855 roku). A Gerrit Draaijer znalazł Gerritje (Laroo), która urodziła mu syna w 1879 roku. Nazwali go Hendrik Johannes - Johan dostał imię na cześć właśnie tego Hendrika Johannesa Draaijera, właściciela warzywniaka i szlifierza diamentów, ojca Nel. Draaijerowie byli znani w Jordaanie jako bardzo zasadniczy: albo cię polubili, albo nie. Jeśli drzwi raz zamknęły się przed twoim nosem, rzadko otwierały się ponownie.
Rodzina Manusa Cruyffa również składała się z drobnych przedsiębiorców i oni także mieli fryzyjskie korzenie (z Harlingen, Drachten), ale z Cruyffami łatwiej było się dogadać niż z Draaijerami. Talent do handlowania, mędrkowania i mówienia bez ogródek był wielki w obu rodzinach. Cruyffów i Draaijerów można było znaleźć za straganami na Lindengracht i Westerstraat, w sklepach i na podwórkach. W Jordaan życie tych niezliczonych drobnych kupców składało się z wczesnego wstawania, mądrego kupowania, mielenia językiem przez cały dzień i liczenia monet wieczorem. Kto był sprytniejszy i bardziej pracowity niż sąsiad, ten zarabiał więcej. Ale jeśli sąsiada dopadła choroba, to przynosiło mu się garnuszek zupy.
Zarówno zwyczaj targowania się do ostatniego grosza, jak i gotowość pomocy bliźniemu były już mocno ugruntowane w obu rodzinach, gdy Manus i Nel pobierali się w 1941 roku. W Jordaan nikt nie miał prawa czuć się lepszy od innych, na rynku wszyscy umieli się dogadać, a gdy komuś nie pasowało lekko grubiańskie poczucie humoru miejscowych, musiał do niego po prostu przywyknąć. Zawsze jest coś za coś, trzeba walczyć o swoje i nie wolno ufać wielkim panom - to był zestaw zasad wpojonych Johanowi i Henny'emu Cruyffom.
Ale gdy mieszkający w Betondorp bramkarz Ajaksu Jan van Drecht się żenił, siedmioletni Johan został posłany z koszem owoców i kwiatami. Gdy żona piłkarza Ajaksu Gera van Mourika była w rozsypce po poronieniu, Nel Cruyff siedziała i rozmawiała z nią godzinami. Tak się powinno robić i tak był wychowywany Johan: w rodzinie dalekiej od socjalizmu, ale z pewnością nie antyspołecznej. A troszkę alkoholu od czasu do czasu nikomu nie zaszkodziło.
Wiele rodzin robiło tak jak Nuisowie, którzy posłali dzieci do szkoły poza "wioską" w poszukiwaniu jak najlepszej edukacji publicznej. Ale Henny i Johan uczęszczali do Groen van Prinstererschool, protestanckiej szkoły podstawowej na obrzeżach Betondorp, która, jak później powiedział Henny, miała w sobie coś wiejskiego: przyjazną atmosferę i jasne zasady. Chociaż Cruyffowie nie byli religijni, chłopcy nauczyli się tam wielu rzeczy o życiu pozagrobowym i gniewie Bożym. Śpiewano psalmy i czytano historie ze Starego Testamentu, a każdy dzień zaczynał się modlitwą.
Pewnego dnia Johan zauważył, że nauczyciel rozgląda się po klasie podczas modlitwy. Po "amen" natychmiast podniósł palec.
- Proszę pana?
- Tak, Johan?
- Jak ktoś się modli, to nie może mieć otwartych oczu, prawda?
- Tak.
- A pan miał. Widziałem.
- Skoro widziałeś, to też miałeś otwarte - skontrował nauczyciel.
- Tak, ale ja mogę. Ja nie chodzę do kościoła w niedzielę. I to jest wielka różnica.
Tak, Johan czasami stawiał się nauczycielom. Ale rzadko bywał aż do tego stopnia bezczelny, co zapewne wiązało się z charakterem szkoły Groen van Prinsterer: tu nauczyciele byli wyrozumiali, dużo uwagi poświęcano muzyce, rękodziełu i sportowi. Gdy chłopcy grzecznie grali w piłkę na boisku obok szkoły, zwanym Piaseczkiem, przerwa między lekcjami mogła trwać nieco dłużej.
Takie podejście sprawdziło się w przypadku Johana. Jego nieposkromiona natura - "Obecnie nazywają to ADHD", powie dekady później - była kanalizowana na różne sposoby, a nie tłumiona. Ponieważ ciągle bawił się piłką, był jedyną osobą, której pozwolono przynosić ją na zajęcia. Z reguły musiał wrzucić tę piłkę do żelaznego kosza, zanim usiadł w ławce. Na początku przerwy lub po lekcjach Johan odbierał ją z kosza i mógł znów grać szefa. Bywały też dni, kiedy pozwalano mu trzymać piłkę przy sobie podczas zajęć. Jego koledzy z klasy patrzyli ze zdumieniem, jak Johan toczy ją pod stopą i z rozmarzoną miną wygląda przez okno. Dostać zgodę na coś takiego od pana Ritchiego, dyrektora szkoły, to było coś. Pan Ritchi miał opinię surowego. Nawet Johan bał się jego spojrzenia. "Te oczy!", wspominał.
Czasami te oczy nie wystarczały i Johan musiał pisać za karę zasady zachowania. Regularnie obrywał za swój upór, ale tak naprawdę pan Ritchi miał słabość do tego małego nerwusa z obgryzionymi paznokciami. Nie umknęło to uwadze innych uczniów. "Ritchi traktował go z pobłażaniem - wspomina kolega z klasy, Riet Glashouwer. - Podejrzewałem, że trochę z powodu tego, co się działo u niego w domu".
Z domu Johana na ulicę Groen van Prinsterer szło się pięć minut. Nel Cruyff regularnie pojawiała się w szkole, żeby omawiać zachowanie młodszego syna z panem Ritchim - nauczycielem Johana w szóstej klasie. "On nie wiedział, co to znaczy siedzieć spokojnie - wspominała Nel Cruyff. - Naprawdę, po prostu nie umiał być spokojny". Czasami, gdy jego rodzice byli już doprowadzeni do szału krzątaniną Johana w domu, ojciec zakładał się z synem: jeśli będziesz siedział bez ruchu przez pięć minut, dostaniesz tabliczkę czekolady. Nigdy nie wysiedział. Czasem Manus wysyłał go do ogrodu z piłką, z poleceniem ćwiczenia lewej nogi, którą gra sprawiała mu trudność. Ojciec i matka mogli wtedy złapać oddech.
Johan nie mówił o tym matce, ale czasami chodził na wagary. Szedł wtedy do innego warzywniaka, na Polanę, i pytał właścicieli, Peeta i Geesa Hazendonków, czy zechcą mu pomóc. "Wujku Peet - błagał Johan - możesz mi napisać usprawiedliwienie?" Zwykle Peet Hazendonk odmawiał, ale czasami ulegał prośbom: "Johan nie czuje się dobrze i niestety nie może przyjść do szkoły". Następnie pozwalał chłopakowi rozwieźć owoce i warzywa swoim dostawczym volkswagenem. Nel Cruyff wolałaby również nie wiedzieć, że jej syn wynosił przysmaki ze sklepu rodziców, aby załatwiać swoje interesy w klasie. Zasada "coś za coś", będąca częścią jego DNA, przydawała się do poprawiania ocen. "Po skosie przed nami siedział pilny uczeń w okularkach - pamięta koleżanka z klasy, Ria Lagrand. - Napisał coś na karteczce podczas sprawdzianu i przekazał przeze mnie Johanowi. Jak zrobił dla nas dobrą robotę, dostawał pół lukrecji, którą Johan ukradł ze sklepu rodziców. Taki był Johan: nie ma nic za darmo, jest lukrecja za ściągawkę".
Henny Cruyff na ogół zachowywał się nieco lepiej. Nie opuszczał lekcji i miał dobre stopnie. W domu musiał się często opiekować młodszym bratem, co według sąsiadów i krewnych nie było łatwe, bo ci dwaj to byli woda i ogień.
Raptus Johan, który w czasie kłótni potrafił zacząć kopać, który wagarował i okradał rodziców, terroryzował przechodniów, rozbijając się rowerem matki, niszczył rośliny, butelki po mleku i szyby, miał też inną stronę. "Był jednym z nielicznych chłopców, którzy w normalny sposób interesowali się dziewczynami - wspomina Riet Glashouwer. - Przed lekcjami dołączał do nas, kiedy bawiłyśmy się w stawanie na rękach przy ścianie. Szczerze się interesował pracą mojego ojca, który był pastorem w Watergraafsmeer. I nawet miał ochotę się wpisać do mojego pamiętnika - jako jedyny chłopiec. Kiedy oddał pamiętnik, był tam wiersz, ale też wyrwana strona. Najwyraźniej był niezadowolony z pierwszego podejścia. Naprawdę chciał dobrze wypaść".
Droga Rietuniu,
foczka na boczku leżała
i w piasek nos wycierała.
Rietunia sprawia, że serce me
jak nos foczki błyszczy się.
Ku pamięci - Johan Cruyff
Po przeczytaniu tego inna dziewczyna w klasie też chciała wierszyk. Trzy dni później, w lutym 1959 roku, Johan wpisał się jej tak:
Droga Anneke,
nie urodziłem się poetą,
nie umiem rymów składać.
I nie mam też ochoty już,
z kimkolwiek innym gadać.
Nie będzie teraz wiersza więc, ani piosenki - nie.
Będzie życzenie, jedno takie:
"Nie zapomnij mnie!".
Ku pamięci - Johan Cruyff
Fajnie i miło. Ale jak wielu chłopaków w latach 50. tak naprawdę Johan miał w głowie tylko futbol. Jego odpowiedź na pytanie, co chce na urodziny, niezmiennie brzmiała: piłkę. Nawet jeśli nie było meczu do rozegrania na ulicy lub na placu zabaw w Betondorp, on nadal grał w futbol - sam. Rano szedł do szkoły, bawiąc się piłką tenisową, często śpiewając coś lub naśladując katarynkę, a był w tym dobry. Podobnie wyglądał powrót do domu po południu. Na placyku za domem podbijał piłkę prawą nogą, lewą, prawą, lewą lub głową, utrzymując ramiona szeroko dla ćwiczenia równowagi. Grał z przyjaciółmi na ulicy, mając za bramkę kurtki położone na ziemi, przepuszczał piłkę między nogami przeciwników, a kiedy padał deszcz, grali jeden na jednego pod bramą wjazdową od Tuinbouwstraat.
Zdarzało się, że starsi chłopcy kazali mu kopać piłkę w prawy górny róg bramki narysowanej na bocznej ścianie warzywniaka. Piłka trafiała w prawy górny róg. "Lewy górny róg!" Piłka trafiała w lewy górny róg. Któregoś razu położyli cegłę na murku. Johan trafił w cegłę z pięciu metrów. "Latarnia!" Johan kopnął piłkę z dziesięciu metrów w latarnię. Nikt inny w okolicy nie potrafił tego zrobić. I tak Johan stał się przeklętym dzieckiem według dorosłych i cudownym dzieckiem dla rówieśników. Na ulicy nazywali go "Abe" z powodu jego dryblingów, które przypominały zwody Abego Lenstry, napastnika z Heerenveen, z pięknym lokiem na czubku głowy. Johan w otoczeniu przyjaciół, którzy nie byli w stanie odebrać mu piłki; był to przez wiele lat znajomy widok na Akkerstraat i w okolicach.
Przegrana walka o piłkę - właściwie przegrana w czymkolwiek - była dla Johana najgorszą rzeczą, jaką można sobie wyobrazić. Niezależnie od tego, czy grał w planszówkę, czy w warcaby ze swoim przyjacielem Leo Happém, czy w piłkę nożną z przyjaciółmi na ulicy, gdy tylko zaczynało pachnieć porażką, planszówka leciała w powietrze, warcaby niby przypadkowo spadały z planszy, a przy wybieraniu drużyn do podwórkowej gry jęczał dotąd, aż storpedował pomysł, by największy łamaga znalazł się z nim w składzie. Jeśli groziła mu porażka w meczu na ulicy, na żwirze koło placu zabaw, na trawniku między blokami czy na parkingu przy stadionie Ajaksu, potrafił ku zdumieniu innych wziąć piłkę pod pachę i odejść. Ja wam pokażę!
Nawet gol stracony przy prowadzeniu 3:0 bywał trudny do strawienia dla 15-letniego Johana. Mógł zażądać podniesionym głosem anulowania bramki, a gra nie mogła zostać wznowiona, dopóki "Abe" nie postawił na swoim. Nie zawsze również szanował kończyny swoich przeciwników. Każdy, kto minął Johana, narażał się na siniaki. Uprzejmy pomocnik magazyniera potrafił być na boisku tak przebiegły, że niektórzy gonili za nim dziesiątki metrów, chcąc się zemścić za kopniaka w goleń. Przyjaciel Wim van Laar, równie chudy jak Johan, czasami grał w meczach w Betondorp lepiej od niego i również on padał ofiarą takich kopniaków za karę. Potem tłukli się na ulicy i nikt nie rozumiał dlaczego. "Pragnienie zwycięstwa było dla niego święte", powie później brat Henny. Jak wspominał, karciane wieczory z Johanem kończyły się czasem "rzeźnią". "Jeśli mógł wygrać normalnie, wygrywał; jeśli nie mógł, włączał mu się oszust".
Trudno było mu przyznać, że ktoś jest od niego lepszy. "Przegrywanie raniło mnie głęboko w środku - wyznał później Johan w książce Boem. - Nie mogłem znieść porażki nawet podczas dziecięcych zabaw na ulicy. Wygrana mnie budowała. Przegrana podważała moją pewność siebie. Wtedy nie byłem już tym, kim chciałem być".
Chłopiec, który w szkole siedział i patrzył w pustkę za oknem, ożywał, gdy było coś do wygrania. Podczas wielkanocnego turnieju piłki nożnej szkół podstawowych był nie do zatrzymania. "Johan był wszędzie - wspominała później matka. - Do wszystkiego się rwał, wszystko robił. Rzuty wolne, kopanie z piątki, rożne, wszystko! Kiedy piłka znalazła się w rowie, też pierwszy ją wyciągał". Kiedy drużyna Groen van Prinstererschool miała wyjść na boisko, ojcowie i synowie z dzielnicy Watergraafsmeer (Betondorp było jej częścią) wsiadali na rowery i jechali zobaczyć, czy rzeczywiście gra tam chudzina, która robi wyjątkowe rzeczy z piłką. I faktycznie: w środku pola chudy chłopak w zielonej koszulce dostał podanie, minął slalomem trzech, czterech przeciwników, minął też bramkarza i wepchnął piłkę do pustej bramki. Ktoś krzyknął, że to już czwarty gol. "O, to będzie miło tym mniejszym. Czyli strzelili na 1:3?", zapytał widz, który właśnie dołączył. A inny odwrócił się i powiedział: "Nie, proszę pana, jest 4:0 dla Groen van Prinsterer, bo ten mały gnojek jest nie do zatrzymania".
Tu i ówdzie w okolicy, zwłaszcza w większych domach z tradycyjną cegłą i dachami pokrytymi czerwoną dachówką, na Ajax patrzyło się z góry. Niektórzy ludzie zerkali w stronę stadionu, ale nigdy nie przychodzili na trybuny. Futbol był taki zwyczajny, jakoś nie pasował do pędu do nauki i robienia kariery. Ale właściciel warzywniaka, Manus Cruyff, miał na to zupełnie inny pogląd. Gdy mieszkał w Jordaan, był kibicem pobliskiego Blauw-Wit; jego brat Dirk był tam całkiem znanym piłkarzem. Ale od czasu przeprowadzki na Akkerstraat Manus zmienił się z Blauwwittera w kibica Ajaksu. Jego szwagier Gerrit Draaijer rozegrał w 1945 kilka meczów w Ajaksie jako lewoskrzydłowy i to tylko wzmocniło więź Manusa z tym klubem. Jako darczyńca i dostawca koszy z owocami dla chorych piłkarzy Manus stał się "prawdziwym Ajaciedem", jak nazwał go magazyn "Ajax Clubnieuws". Chodził na mecze pierwszej drużyny, a potem stawiał zawodnikom więcej kolejek, niż pozwalał na to domowy budżet. Na swoich wizytówkach czarował zaś adnotacją: "Główny dostawca Ajaksu!".
Johan będzie grał w Ajaksie; to było dla Manusa jasne od samego początku. Może już od trzecich urodzin syna, gdy babcia Draaijer, matka Nel, zrobiła mu na drutach sweter i skarpetki w biało-czerwonych barwach ukochanego klubu. Później wśród prezentów na mikołajki zawsze znajdował się biało-czerwony sprzęt piłkarski - radość dziecka gwarantowana. 25 kwietnia 1957 roku Johan dostał na dziesiąte urodziny członkostwo w Ajaksie. Inni chłopcy najpierw musieli pokazać, co potrafią, zanim mogli zostać zawodnikami klubu. Ale nie chudy drybler Johan; on był tak częstym gościem na stadionie, tyle piłek tu kopnął, że przyjęto go bez testów.
Ajax to nie tylko futbol, klub miał również drużyny w rozgrywkach baseballowych i krykieta. I nie minęło dużo czasu, zanim Johan pokazał czucie piłki również w tych sportach. "Z grania z nim w młodzieżowej drużynie krykieta Ajaksu pamiętam, że zrobiłby wszystko, by wygrać - mówi Leo Happé. - Dla mnie to był przerażający sport, bałem się tej twardej piłki, ale Johanowi to nie przeszkadzało". W baseball młody Cruyff od lat grał na ulicy, gdzie studzienki kanalizacyjne odgrywały rolę baz. Lubił to prawie tak samo jak piłkę nożną.
Niesamowite, ale niektórzy przyjaciele i członkowie rodziny widzieli przyszłą gwiazdę futbolu w Hennym, a nie chudym Johanie. Starszy brat był solidniej zbudowany, dobrze radził sobie z piłką i też został przyjęty do klubu jako dziesięciolatek. Henny był dobrym obrońcą drużyny juniorów, jego pewność siebie przykuwała wzrok, nawet gdy biegał bez piłki przy nodze. Miał falujące czarne włosy i zaraźliwy śmiech, wydawał się stworzony do bycia sławnym. Urokiem i wygadaniem przypominał ojca, mówili o nim "prawdziwy Cruyff". Ale Manus równie wiele oczekiwał od chudego, szpetnego Johana. Młodszy syn bez końca przerzucał piłkę nad stołem w domu, tłukł nią o ścianę sypialni. Co miał mu Manus powiedzieć? Przecież i tak by dalej grał. Ojciec robił więc wszystko, by pomóc młodemu. Lojalny, dobroduszny, zaopatrywał drużynę Johana w napoje i jabłka, a w sobotnie poranki woził chłopców swoją furgonetką na wyjazdowe mecze piłki nożnej i baseballu. Woził obu, Henny'ego też, ale do młodszego miał wyraźną słabość.
Z wzajemnością. "Kochałem i podziwiałem ojca, ponieważ bardzo ciężko pracował - powie później Johan. - Gdyby poprosił, fruwałbym dla niego. Nie był surowy". Johan zwracał się do Manusa z szacunkiem, "ojcze". Do matki mówił po prostu "Nel".
Był syneczkiem tatusia właśnie dlatego, że miał tak wiele z Draaijerów. Podobnie jak jego matka był bezpośredni, surowy i stanowczy. Dla Johana piłka nożna nie była sposobem na zwrócenie na siebie uwagi ani na dobrą zabawę. Liczyło się tylko samo granie i ta pasja czyniła go prawdziwym Draaijerem. To ona rozmiękczała serce maniaka piłki nożnej Manusa Cruyffa.
Ojciec Johana miał opinię miłego gościa: zabawiał dzieci sąsiadów z góry strasznymi opowieściami o swoim szklanym oku (efekt nieostrożnej zabawy procą w młodym wieku), a dorośli znali go jako dowcipnisia i towarzyskiego piwosza. Ojciec Johana lubił zdrowym okiem popatrywać na kobiety, palił i nie zawsze traktował życie poważnie. Wolał pozostawić trudne momenty wychowania Nel, filarowi rodziny.
Manus tak mało się wtrącał w codzienną opiekę nad chłopcami, że Nel musiała prosić o kogoś do pomocy, gdy rodzina Cruyffów wyjeżdżała na wakacje. Inaczej nie zaznałaby spokoju. Bratanica Manusa, Dorie, zgodziła się rozdzielać chłopców przez dwa tygodnie. I tak latem 1957 roku cała piątka pojechała furgonetką Tempo Wiking, gotującym się od upału dwusuwem, do domków letniskowych nad jeziorem w Luksemburgu. Manus za kierownicą, Nel ze skrzynią pełną jedzenia u stóp.
W wakacje Manus pozwalał chłopcom robić, co im się żywnie podobało. Jeśli nawet próbował interweniować, na przykład wysyłając ich do łóżka, i tak na niewiele się to zdało. Kuzynka Dorie, córka Dirka Cruyffa, szybko się zorientowała, że Johan był znacznie trudniejszym dzieckiem niż Henny. Ale poza tym, że psocił, uważała go za czarującego, w czym nie była odosobniona.
Natychmiast po przybyciu do ośrodka wczasowego podekscytowany dziesięciolatek wraz z dwunastolatkiem wspięli się na pobliską górę. Wołanie Manusa, żeby zeszli na dół, bo na górze było zbyt niebezpiecznie, podziałało na Henny'ego, ale nie na Johana, który mimo krzyków kierował się na szczyt. Zdeterminowany, uparty - aż się potknął i stoczył kilka metrów w dół zbocza. Wyhamował na drzewie. Gdyby nie to, wspinaczka mogłaby się skończyć lotem do wąwozu. Ze skutkiem śmiertelnym.
Nel i Dorie latami wspominały, jakie Johan miał szczęście, że drzewo stało akurat w tamtym miejscu. Było to jedyne drzewo na tym zboczu. Gdyby wyrosło gdzie indziej, Johan mierzyłby się z konsekwencjami swojego wybryku całe życie. O ile byłoby jakieś życie.
Gdy już został sprowadzony na dół, wściekły Manus aż nim potrząsnął. Ale nie było bicia, nie u Manusa. Tego pierwszego wieczoru w Luksemburgu Johana przed snem wykąpała Dorie, a Henny'ego Nel, podobnie jak każdego następnego dnia.
W Amsterdamie Johan czasem mógł wybrać się z ojcem wcześnie rano do hal targowych na zachodzie miasta, gdzie Manus kupował owoce i warzywa do sklepu. Już to wystarczało, by syn budował w sobie podziw dla ojca, ale czasami dochodziło do jeszcze bardziej imponujących chłopakowi sytuacji, na przykład gdy w pewną niedzielę 1956 roku, ogłoszoną dniem bez samochodu, pojechali do Jordaan, bo właśnie zmarł dziadek Johana. Policjant zatrzymał furgonetkę: z powodu kryzysu sueskiego i ograniczonych dostaw ropy wprowadzono w tym dniu zakaz prowadzenia pojazdów. Ojciec Johana po prostu odepchnął gliniarza na bok i rzuciwszy krótkie "Spierdalaj!", pojechał dalej. Dla Johana była to niezapomniana lekcja odwagi, brutalności i obrony słusznej sprawy. Manus kochał przygody i miał w sobie krzepiącą wiarę w dobrą przyszłość dla każdego, a zwłaszcza dla małego Johana, który będzie wielki.
Podczas rodzinnych spotkań opowiadano sobie ekscytujące historie o wojennej przeszłości Manusa Cruyffa, który nie dostał się do wojska ze względu na szklane oko, ale w czasie wojny wraz z bratem Dirkiem dostarczał żywność ludziom ukrywającym się w Jordaan. Grupka Żydów znalazła schronienie w knajpie teściowej Dirka, lepiej znanej jako babcia Pols, na ulicy Palmgracht. Pomaganie ludziom w potrzebie, Żydom i nie-Żydom, było dla Cruyffów oczywistością. Jako handlarze warzywami i ziemniakami wiedzieli, co jest ich powinnością. Również podczas głodowej zimy 1944-1945 znajdowali sposoby, by ulżyć cierpieniom mieszkańców Jordaan. Nawet gdy okupanci nakazali zamknąć warzywniak, Manus robił swoje nielegalnie.
To były piękne historie, a uwielbienie Johana dla ojca tylko rosło.
Tym mocniejszy i nie do zapomnienia był ten cios z letniego wieczoru 1959 roku, gdy Johan został zawołany ze sceny podczas szkolnego apelu. Rodzice i uczniowie szturchali się nawzajem, patrząc, jak idzie do wyjścia przez zatłoczoną salę szkoły Groen van Prinsterer. Coś się stało jego ojcu. To był wieczór zakończenia roku w szóstej klasie, pełna emocji zabawa przy występach uczniów i piosenkach Annie M.G. Schmidt. Na scenie został prezent, który Johan przyniósł dla pana Ritchiego.
Jego matka pobiegła już do domu, a nieco później przybył tam także Johan z panem Ritchim. Na chodniku ludzie, obok karetka, radiowozy. W korytarzu stały walizki, przyszykowane na kolejne wakacje w Luksemburgu. Johan wszedł do salonu. Zastał ojca jęczącego z powodu bólu w klatce piersiowej. Obok stał lekarz. Henny i Johan zostali wysłani do rodziny Happé, mieszkającej po drugiej stronie ulicy, obok bramy, na piętrze. Jeszcze zanim dotarł do bramy, Johan krzyknął w nerwach: "Mój ojciec nie żyje!".
Tak też się stało jeszcze tego samego wieczoru. Ojciec zmarł. Poprzedniego wieczoru Manus przyniósł soki i owoce drużynie baseballowej Henny'ego. A dzień później wydarzyło się coś, czego chłopcy nawet nie byli świadomi: że ojciec tak po prostu może umrzeć. Chociaż nie do końca "tak po prostu"; Manus od lat łapał się za serce, opiekunka Etty zauważyła, że ciągle pociera dłonią koszulę w tym miejscu, aż zostawiał na niej brudne ślady. Często skarżył się na jakieś drobne bóle. Prawdopodobnie był to zwiastun kłopotów. Mimo to nadal palił i pił, tak jak tego lipcowego wieczoru z ojcem Leo, Bertusem Happém, na ławce obok sklepu. Może piwo było zbyt zimne jak na tak upalny dzień, a może serce i tak by się zatrzymało. Kto to wie...
Faktem jest, że Manus już wcześniej czuł się coraz słabszy. Noszenie skrzynek z towarem robiło się zbyt wyczerpujące, dlatego razem z Nel pracowali nad sprzedażą warzywniaka. Znaleźli nawet kupca, transakcja była praktycznie dopięta. Manus chciał w innym miejscu założyć sklep z tytoniem. Mniej dźwigania, krótsze dni pracy. A jako handlarz wyrobami tytoniowymi, z odpowiednią licencją, mógłby sprzedawać bilety na mecze Ajaksu.
Los chciał inaczej. Manus Cruyff zmarł z powodu niewydolności serca w wieku 45 lat.
"Dlaczego ja?", Johan usłyszał krzyk matki. I dźwięk rozbijanej w kuchni szklanki. Ale łez Nel nie widział. "Pod tym względem jest taka jak ja", powiedział później w Boem.
Rankiem w dniu pogrzebu nalegał, że chce pożegnać się z ojcem. "Na pewno chcesz? - zapytała Nel. - Nie wolisz, żeby został ci przed oczami obraz ojca takiego, jakim był?" Dwunastoletni Johan jednak nie ustępował, protesty matki nic nie dały, w końcu poszli razem na cmentarz. Johan podszedł do otwartej trumny. Spojrzał na bladą twarz ojca, jego wielkie, pozbawione już życia dłonie i wyszeptał: "Cześć, tato".
Spoczywaj w pokoju
Drogi mąż i ojciec
Hermanus C. Cruyff
30 października 1913 - 8 lipca 1959
Johan był zdruzgotany. Dosłownie chory. Cierpiał na ataki migreny. Kiedy kilka miesięcy po pogrzebie Ria Lagrand, koleżanka z szóstej klasy, chciała go odwiedzić, nie zastała chłopaka w domu. Idź na grób, tam zobacz, usłyszała.
Z Betondorp poszła na Cmentarz Wschodni i po krótkich poszukiwaniach rzeczywiście znalazła swojego przyjaciela siedzącego przy grobie ojca pod wysokimi drzewami, cichego i samotnego, bardzo smutnego.
"Chodź ze mną, Johan", powiedziała Ria.
Wspomina: "Johan wstał i poszedł ze mną. Nie pamiętam już, co wtedy robiliśmy. Ale na pewno nie rozmawialiśmy długo o jego ojcu. Byliśmy młodzi".
* Linia 9, z Dworca Centralnego w Amsterdamie, nazywana była przez dziesięciolecia Ajax-lijn.
** Faszystowski Ruch Narodowo-Socjalistyczny, który podczas okupacji kolaborował z Niemcami.
*** Hongerwinter, zima ta pochłonęła w Holandii tysiące ofiar.
**** W starym systemie edukacji w Holandii był to rodzaj elitarnej szkoły średniej, przygotowującej do wyższych stanowisk.