Wstęp do wydania polskiego
Donnę Farhi poznałam dzięki jej książkom. Kilka lat temu przypadkowo
kupiłam Yoga Mind, Body & Spirit, a nazwisko autorki nic mi nie
mówiło. Jak się okazało w trakcie czytania, książka prezentowała jej
własne podejście do praktyki asan, trochę różne od metody, według której
praktykowałam. Dowiedziałam się z niej wielu ciekawych rzeczy, na które
dotychczas nie zwracałam uwagi ani ja, ani nikt z moich ówczesnych
nauczycieli. Zaczęłam szukać informacji na temat Donny i dowiedziałam
się, że nie jest to jedyna jej publikacja. Wcześniej ukazała się The
Breathing Book, a potem niniejsza książka Bringing Yoga to Life.
Oczywiście zdobyłam obie.
Po przeczytaniu tej ostatniej zapragnęłam poznać autorkę, która tak
wnikliwie podchodzi do sztuki jogi, z wielką wrażliwością pisze o człowieku i znajduje harmonię pomiędzy ciałem, umysłem i duszą. Przede
wszystkim chciałam się przekonać, czy jest prawdziwa w tym, co pisze.
Tak łatwo jest używać pięknych słów o tym, jacy powinniśmy być i jak
pracować nad sobą, a dużo trudniej jest to wykonać, doświadczyć na sobie
i żyć zgodnie z tym, co się mówi. Z takim sceptycznym, ale jednak pełnym
nadziei nastawieniem pojechałam na swój pierwszy warsztat z Donną.
To było niesamowite doświadczenie. Okazała się osobą bardzo ciepłą, a jednocześnie zdecydowaną i chociaż niewielkiej postury, to wielkiego
ducha. Czułam, że wszystko, co nam przekazywała, płynęło z jej
wieloletniego doświadczenia z pracy z ludźmi, z jej przemyśleń z pracy
nad sobą, z wnikliwej i refleksyjnej obserwacji, ze zrozumienia natury
człowieka i z głębi serca. Wszystkie asany, z którymi pracowaliśmy na
warsztacie, były bardzo proste, ale dzięki temu mogliśmy lepiej poznać
własne ograniczenia, pomyśleć nad ich przyczynami i wraz z miękkim
prowadzącym oddechem rozpuszczać bloki i rozwiązywać supły powstałe w psychice i w ciele. Donna zapewniała każdemu uczestnikowi przestrzeń i czas na bycie sam na sam ze sobą, na odnalezienie siebie.
To były książka i warsztat, które zmieniły moje nastawienie do jogi. Od
tej pory zaczęłam traktować ją jako ścieżkę pracy nad sobą, a nie jako
sposób na osiągnięcie idealnej asany. Jak mówi Donna: "Nieważne, jaką
pozycję robisz na macie, ważne, jakim jesteś człowiekiem". Mam nadzieję,
że ta książka również dla Was będzie odkrywaniem siebie.
Maria Szczuchniak
Rozdział 1
Tu zaczynamy
W poniedziałkowe wieczory w studiu są zajęcia dla początkujących. Dziś,
chociaż jest dopiero piąta trzydzieści, zimowe niebo ściemnia się w miarę, jak przychodzą uczniowie. Niektórzy wyglądają na
niezdecydowanych. Ci, którzy przyszli w rozgadanych parach, najwyraźniej
nawzajem mobilizowali się do przybycia. Inni przemykają ukradkiem. Nie
są pewni, czy wchodząc do szkoły jogi, należy zachowywać się w jakiś
szczególny sposób. Robin trochę się spóźnia i nerwowo szuka jak
najdalszego kąta, żeby schować się za innymi uczestnikami. "Dlaczego tu
jesteś?", pytam, kiedy się sobie przedstawiamy. Robin, z nutką cynizmu,
który nauczyłam się rozpoznawać jako zgrubiałą skórę, skrywającą coś
znacznie bardziej czułego, oświadcza, że chce trochę schudnąć, może też
nauczyć się relaksować. "Joga wydała mi się lepszym pomysłem niż taniec
towarzyski", stwierdza zadowolona z siebie, a kilka zaciekawionych osób
unosi brwi.
Po kilku tygodniach Robin zaczyna przesuwać się w sali do przodu i pyta
o sztywność, którą odczuwa w plecach. "Może ma to coś wspólnego z moją
pracą", mówi bez zastanowienia. "Bywają dni, kiedy prawie nie mogę
złapać tchu". Pod koniec pierwszego kursu Robin zapisuje się na
następny. A potem na kolejny. Miesiące przechodzą w lata. Odsłania
przede mną swoje życie: ambicja, kariera, nieudane małżeństwo,
dzieciństwo, które dokładnie przeanalizowano na terapii. A potem
nurtujące pytania: Jak takie życie może odzyskać świeżość? Jak zeskrobać
skorupę, która chroni ją przed światem? Jak pozbyć się smutku
rozczarowania? Któregoś lata Robin po usilnych namowach zbiera się na
odwagę i postanawia wziąć udział w siedmiodniowym odosobnieniu z jogą.
Pewnego wieczora, po długiej i cichej medytacji, przychodzi do mnie
powiedzieć dobranoc. Gdy patrzymy sobie w oczy, następuje wymiana czegoś
nieuchwytnego. Obie rozumiemy, że wydarzyło się coś ważnego. Na moment
Robin pozbywa się swojego ochronnego pancerza, ja zaś wyczuwam ciepło i wrażliwość, które przeczą jej wystudiowanej brawurze. Choć jej podróż
trwała długo, to miejsce, do którego dotarła, zawsze czekało na jej
przybycie.
W ciągu dwóch dekad nauczania wielokrotnie byłam świadkiem mocy jogi,
umiejącej zmienić pozornie nienaruszalne, negatywne schematy, przebudzić
ciało, umysł i serce, otworzyć je na nowe możliwości. Niezależnie od
tego, kim jesteśmy i od jak dawna tkwiliśmy w niszczących nas
zachowaniach, poprzez codzienną praktykę jogi możemy rozwijać obecność
wobec naszej fundamentalnej dobroci i dobroci innych. Uświadomienie
sobie, kim jesteśmy w środku naszego jestestwa, otwiera drogę
doświadczaniu naszego najbardziej elementarnego połączenia z innymi. Owo
połączenie leży w sercu praktyki jogi. Życie w stanie jedności nie jest
pojęciem ezoterycznym, nie jest też nieuchwytną, wyższą sferą, do której
aspirować mogą tylko ludzie wybitnie zdolni. Jest otwarciem serca,
uwolnieniem w nim przestrzeni dla takich odczuć jak wrażliwość, radość,
ale też smutek, który wcale nie powoduje zamknięcia. Jest otwarciem
umysłu na uważność -?obejmującą, a nie wykluczającą. Jest zaskakującym
rozpoznaniem, że na elementarnym poziomie wszyscy jesteśmy jednakowi.
Jest praktyką jasnej obserwacji, wyraźnego wsłuchiwania się i umiejętnego reagowania na chwilę z jak największym współodczuwaniem. I wreszcie jest powrotem do siebie, odbywającym się w ciele i prowadzącym
do ciała, ponieważ tylko w nim możemy to wszystko osiągnąć.
Inaczej niż wiele poradników psychologicznych, zawierających
siedmiopunktowe programy naprawcze i szybkie recepty na każdy problem,
starożytna nauka jogi nawet nie udaje, że jest prosta, szybka albo
łatwa. To praktyka, która z szacunkiem rozważa istotę niezwykle
nieuporządkowanego i złożonego zjawiska zwanego człowiekiem i rozprawia
się z równie ambitnym wyzwaniem -?codziennym życiem. Jest jednak coś, co
joga obiecuje -?że przez szczerze oddaną, umiejętną i konsekwentną
praktykę każdy może osiągnąć spokój, szczęście i wolność. Dla niej nie
ma znaczenia, kim jesteś ani za kogo się uważasz. Nie ma też znaczenia,
co działo się z tobą w przeszłości ani w jakim miejscu znajdujesz się
teraz. Każdy, kto naprawdę chce się przebić przez własne ograniczenia i paraliżujące schematy swoich myśli i zachowań, dzięki jodze może znaleźć
-?i znajdzie -?wolność. Niezależnie od tego, czy jesteś początkujący,
czy zaawansowany, w chwili, gdy zaangażujesz się w praktykę jogi,
odkryjesz, że sama w sobie jest ona nagrodą. Spokój umysłu, pozbycie się
lęku i prawdziwe skupienie są w niej pewne i nieuchronne. Takie zmiany
mają dla ciebie natychmiastowe konsekwencje. Od razu poczujesz, że życie
staje się prostsze, że jesteś w stanie z łatwością przystosować się do
wszelkich zmian. A nowa witalność i jasność umysłu odmienią twoje
relacje w domu, w pracy i na świecie.
Głównym problemem, z którym metodycznie rozprawiamy się podczas praktyki
jogi, jest postrzeganie samych siebie jako odłączonych i odizolowanych
od innych, ponieważ owo fałszywe poczucie odrębności przysparza wiele
cierpienia nie tylko nam, lecz także naszemu otoczeniu. Zaczynamy od
wygospodarowania sobie trochę czasu każdego dnia, aby móc z premedytacją
zwolnić, i dzięki temu odnaleźć bardziej naturalny, spokojny rytm,
korzystny dla dobrego samopoczucia. To pozwoli nam oddać się refleksji,
zamiast od razu reagować, zmięknąć, zamiast stwardnieć, i jasno
zobaczyć, jak się mają obecne sprawy, zamiast rozwodzić się nad
przeszłością lub zamartwiać o przyszłość. To wszystko w jodze osiągamy
prostymi środkami. Poprzez praktykę pozycji uwalniamy skumulowane
napięcia, które nagromadziły się w naszym ciele, i doskonalimy nasze
fizyczne zmysły, aż staniemy się wrażliwi, elastyczni i odporni.
Jednocześnie powracamy do świadomości cyklicznej natury naszego oddechu
i jego powiązania ze zmysłową mądrością naszego ciała. Uczymy się
pełnych wdechów i otwieramy się na nowe doświadczenia. Uczymy się
pełnych wydechów i pozbywamy się zbędnych napięć i naszej przeszłości. I wreszcie uczymy się odpoczywać w przerwach cyklu wzrastania i rozpuszczania. Niczym surfer na falach oceanu zaczynamy dostosowywać się
do przypływów i odpływów życia, zamiast z nimi walczyć. Stopniowo
zaczynamy dostrzegać, że między wzlotami i upadkami, między
przychodzeniem i odchodzeniem istnieje macierz spokoju, będąca tłem
wszystkich zjawisk.
Poprzez ćwiczenia ciała metodycznie i drobiazgowo przeprogramowujemy
umysł, by pracował dla nas, a nie przeciwko nam. Uczymy się skupiać na
jednej rzeczy, dzięki czemu do końca i skutecznie wypełniamy nasze
codzienne zadania i obowiązki. Wreszcie, gdy zaczynamy przebudzać się w tym, co rzeczywiście dzieje się tu i teraz, powoli zauważamy, że pod
powierzchnią naszych codziennych doświadczeń, w nich samych oraz
pomiędzy nimi istnieje coś niezmiennego i niezawodnego. A jeśli uda nam
się wytrwać z tą świadomością, nie damy się znów wplątać w sprawy, które
nas wcześniej nękały i nie dawały nam spokoju. Właśnie to ciche, lecz
jednocześnie wibrujące życiem, wszechobecne tło odkrywa przed nami
namacalne połączenie pozornie odmiennych elementów. Odszukanie tego
połączenia jest charakterystyczną cechą doświadczenia jogi.
Gdy zagłębimy się w ów bardziej naturalny rytm, w którym jest miejsce,
by się zatrzymać, oddychać, czuć i jasno postrzegać, zobaczymy wyraźnie
najcenniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek jesteśmy w stanie posiąść: życie
samo w sobie. Być może zauważymy także, że podczas gdy życie odbywało
się w nas, my byliśmy nieobecni w jego doświadczaniu. Tylko co właściwie
się z nami stało i w jaki sposób możemy wrócić do bogatszego życia,
które teraz jest dla nas dostępne?
Nawet jeśli roztrwoniliśmy nasze dziedzictwo jako ludzie, praktyka jogi
okaże się dla nas pełna wybaczenia i współczucia. Już pierwsze próby
mogą przynieść nam nagrodę w postaci natychmiastowego odczucia spokoju,
pogody i powrotu do siebie. Ogrom nowych odczuć i inspiracji zachwyci
nas i jednocześnie przytłoczy. Jak to zwykle bywa w przypadku powrotów,
zdamy sobie także sprawę z tego, co zapomnieliśmy, co się wydarzyło w czasie naszego wygnania i co teraz należy odzyskać. Niczym dziecko,
które zbyt długo czekało na spóźnionego rodzica, możemy poczuć złość lub
smutek, że przez tyle czasu siebie zaniedbywaliśmy. "Nie możemy
uwierzyć, że pozwoliliśmy na to, aby doprowadzić się do takiego stanu",
mówią uczniowie, zaszokowani odkryciem, że w stosunkowo młodym wieku 20
lub 30 lat mają ciała przypominające leżaki, które zostawiono na
zewnątrz na długą zimę. Często wydaje się nam, że nasze ciało jest
jednolitą masą jakiejś stałej substancji, a my, choć jesteśmy jego
właścicielami, ledwo je rozpoznajemy. Widzimy, że nasze serca
stwardniały i zgorzkniały, a nasze umysły są ustawicznie rozproszone.
W pierwszych spotkaniach z długo zaniedbywanym sobą nie ma nic
szczególnie romantycznego ani przyjemnego. Możemy mieć mgliste pojęcie,
że do kogoś wracamy, ale do kogo? I jak? Zapomnijmy lepiej o zwodniczych
obietnicach czakr wirujących w precyzyjnej harmonii i kundalini
wspinającym się wzdłuż linii kręgosłupa. Mówimy raczej o bolesnym
ciągnięciu pod kolanami, o plecach, które wyginają się tam, gdzie nie
trzeba, o ramionach, które męczą się, gdy podniesiemy je nawet na kilka
sekund, i umyśle, który rozprasza się już przy trójce, kiedy próbujemy w skupieniu doliczyć do dziesięciu. Wciąż próbujemy ustalić, gdzie
właściwie są nasze stawy biodrowe i jak nimi poruszyć, podczas gdy
nauczyciel zagłębił się już w szczegóły. Mamy zwrócić uwagę na wdechy i wydechy, ale wkrótce okazuje się, że nie potrafimy odróżnić jednych od
drugich. Dlatego -?niezależnie, czy dopiero zaczynamy, czy praktykujemy
od lat -?solidna dawka humoru i dobrze pojęta samoakceptacja niezwykle
nam pomogą w uporaniu się z tak głębokim doświadczaniem samego siebie.
To, co przeżywamy, jest absolutnie przewidywalne i normalne. Dopiero
zaczynamy się przebudzać, a jak mówi stare porzekadło hydraulików, woda,
która na początku płynie z kranu, nie jest krystalicznie czysta.
Jeśli na osobistym wygnaniu jesteśmy od dawna, na początku przebudzania
się doznamy zapewne przejmującej tęsknoty za tym, co straciliśmy. Gdy
nasz nauczyciel ze zwinnością kota będzie demonstrował jakąś pozycję, my
przypomnimy sobie czasy, kiedy sami byliśmy elastyczni i czuliśmy
naturalne połączenie z życiem. Z czego zrezygnowaliśmy, gdy stawaliśmy
się odpowiedzialnymi, dorosłymi ludźmi? Jak bardzo nawarstwiające się
doświadczenia i ogłupiający cynizm świata przyćmiły nasze naturalne
zachwyt i radość? W miarę uwalniania długo gromadzonego napięcia
odkopiemy także stare wspomnienia oraz negatywne wzorce myślenia i zachowania, które nękały nas przez całe życie. Nawet jeśli jesteśmy
dobrze zakorzenieni w praktyce duchowej, możemy nagle z przerażeniem
stwierdzić, że sami dla siebie wykreowaliśmy coś nieprawdziwego, a z czasem nasze złudzenia stają się coraz trudniejsze do obrony. Pamiętajmy
jednak, że podobnie jak nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie puszki
Pandory, której otwarcie niechybnie nas czekało, zanim zapisaliśmy się
na pierwsze zajęcia jogi, tak też nie mogliśmy wyobrazić sobie łatwości
i lekkości bycia, jakie odczuwamy po zaledwie kilku godzinach tej
niezwykłej praktyki.
Możemy także zdać sobie sprawę, że większość życia spędziliśmy na
inwestowaniu czasu i sił w pielęgnowanie oraz zabezpieczanie uczucia
lekkości i dobrego samopoczucia. A może potwierdzenia własnej wartości
szukaliśmy w opiniach innych ludzi lub w dobrach materialnych? Kiedy
zaniechamy tych źle ukierunkowanych wysiłków, będziemy mogli poświęcić
energię na poszukiwanie trwałego pokoju i szczęścia. To krzepiąca
wiadomość, bo oznacza, że każdy z nas ma tyle czasu, ile potrzebuje, aby
wkroczyć na ścieżkę pokoju. Dzięki technikom jogi uczymy się, jak skupić
i wyzwolić naszą energię, a następnie skierować ją w stronę pozytywnego
stylu życia.
Na czym polega pozytywny styl życia? Na tym, że w pełni panujemy nad
swoimi zdolnościami fizycznymi, psychicznymi i emocjonalnymi oraz
całkowicie władamy sobą, zaczynamy żyć bez strachu oraz otwierać się na
nowe doświadczenia i nowe wyzwania. Energia, którą wcześniej
marnotrawiliśmy, aby bronić ograniczonego pojęcia siebie i je umacniać,
mobilizuje się wtedy, aby wyrazić nasze unikatowe talenty i zdolności.
Zdolności te mogą zostać wykorzystane w taki sposób, aby wypełnić nasze
osobiste przeznaczenie. Dorastamy do zadania, jakie mamy przed sobą, a zadaniem tym jest nasze życie. Praktyka jogi nie eliminuje wyzwań i trudności ani też nie dostarcza nam drzwiczek, przez które możemy uciec
od życiowych rozterek. Joga daje nam narzędzia, dzięki którym stawimy
życiu czoła z godnością i opanowaniem.
Książkę tę napisałam dla ludzi, którzy przestali się łudzić, że
szczęście zależy od przypadku i korzystnego zbiegu okoliczności, i zrozumieli, że wartościowe i spełnione życie wynika z umiejętnego
wykorzystania odpowiednich środków oraz zdecydowanego działania. Coraz
więcej ludzi nie znajduje pocieszenia ani wsparcia w szybkich kuracjach
i najnowszych terapiach oczyszczających. Gdy tylko wypróbują tak
uproszczone strategie, natychmiast stwierdzają ich niedoskonałości.
Ludzie ci gotowi są zaangażować się w ścieżkę oferującą zmiany, które
pogłębiają się stopniowo, o ile będziemy w nie inwestować przez całe
życie. Są to jednak zmiany prawdziwe, takie, które przetrwają. Joga ma
do zaoferowania autentyczną, sprawdzoną praktykę, której skuteczność od
wieków potwierdzają osoby takie jak ty i ja -?zupełnie zwykłe,
prowadzące normalne życie i zmagające się z niezwykłymi wyzwaniami. Joga
oferuje praktykę, która jest pragmatyczna, możliwa do realizacji i pomaga nam stawić czoła najtrudniejszym nawet sytuacjom z odwagą,
spokojem ducha i opanowaniem. Joga nie sprawia, że uciekamy od
rzeczywistości i codziennych obowiązków. Przeciwnie -?pozwala nam mocno,
śmiało i zdecydowanie postawić stopy na ziemi, na praktycznym gruncie
doświadczenia. Nie uciekamy od życia, my wracamy do życia, które
wcześniej porzuciliśmy w złudnej nadziei na coś lepszego.
Często właśnie źle pojęta tęsknota za czymś lepszym oddala nas coraz
bardziej od naszego prawdziwego ja. W części pierwszej zapraszam cię
zatem do głębokiego przyjrzenia się owej tęsknocie i zdefiniowania
źródła twojego pragnienia. W tym pragnieniu znajdziesz swoją motywację
do praktyki jogi. Odnajdując zaś motywację, otworzysz drogę dla
wyklarowania się intencji, tak abyś życie, którym zostałeś obdarowany,
mógł wykorzystać z radością i z pożytkiem dla innych. Co ważniejsze,
będziesz w stanie rozpoznać, czy praktykę jogi wykorzystujesz, aby
przyjrzeć się swemu życiu, czy by od niego uciec.
W części drugiej badamy sposoby osiągnięcia jasnego wglądu, za
przewodnik przyjmując zaproponowaną przez Patańdżalego ośmiostopniową
ścieżkę asztangajogi1. Patańdżali był hinduskim mistykiem
i filozofem, który żył w trzecim wieku przed Chrystusem. Przypisuje mu
się jeden z wielkich tekstów hinduskich, Jogasutry, zbiór 196
aforyzmów przedstawiających zarys ośmiu stopni2 w praktyce jogi.
Stopnie te pokazują nam, jakie odniesienie praktyka jogi może mieć do
codziennego życia. Dwa pierwsze stopnie, jamy i nijamy, czyli etyczne
reguły dobrego życia, stanowią centrum, z którego wyrastają pozostałe.
Zobaczymy w szczególności, że praktyka asan, czyli pozycji fizycznych,
które w ostatnich latach zyskały taką popularność, może zaowocować
głębokimi zmianami jedynie wtedy, gdy praktykuje się je w szerszym
kontekście. Ujrzymy także, że joga ma mniej wspólnego ze staniem na
głowie niż ze staniem na dwóch nogach, a fizyczne ćwiczenia pozostają
jedynie mechaniczną gimnastyką, dopóki poprzez naszą intencję nie
nabiorą mocy oczyszczania, klarowania umysłu i otwierania serca. Wstępne
zasady określane przez jamy i nijamy stanowią fundamenty, które będą nam
służyły w każdym aspekcie życia -?zarówno na macie czy poduszce do
medytacji, jak i poza nimi.
Po zbadaniu, jakie postawy i zachowania wspierają autentyczną praktykę
jogi u jej podstaw, w części trzeciej przyjrzymy się przeszkodom i zakłóceniom, które niewątpliwie pojawią się na naszej drodze.
Wystąpienie trudności często jest koniecznym elementem wszelkich
poważnych wysiłków na drodze rozwoju duchowego. Przeciwności są okazją
do starcia się z tym, co zwykle jest dla nas trudne i niewygodne, i nie
pozwalają posługiwać się praktyką jako sposobem ucieczki. Zmaganie się z wyzwaniami nie jest znakiem tego, że zawodzimy w praktyce duchowej, ale
że pogłębiamy swoje człowieczeństwo i tym samym wykuwamy dla siebie
kotwicę, która mocno trzyma nas w realnym świecie, tu i teraz.
Na zakończenie odejdziemy od skupiania się na wnętrzu, co było tak
konieczne, aby ustanowić praktykę jogi. Stwierdzimy wówczas, że to, co
rozpoczęliśmy jako osobistą praktykę, może zmienić charakter codziennego
życia każdego z nas i szerzej wpłynąć na świat, w którym żyjemy.
Odkryjemy, że refleksyjna podróż w głąb siebie nie sprawiła, że nasz
świat jest mniejszy i bardziej hermetyczny, ale raczej zburzyła nasze
poczucie alienacji. Ta nowa świadomość pozwala nam zobaczyć, że
niezależnie od tego, jak różni możemy się wydawać na zewnątrz, wszyscy
uczestniczymy w tym samym życiu.
Dowiemy się także, że nawet jeśli utwierdziliśmy się w swoich
przekonaniach, zawsze możemy rozpatrzyć inne ich aspekty. Tak bezbronne
ja może wyłonić się tylko w procesie wewnętrznej pracy nad sobą. Na tym
właśnie polega paradoksalna zaleta codziennej praktyki: hartujemy się i wzmacniamy, a jednocześnie uwalniamy naszą zdolność bycia wrażliwymi,
delikatnymi i otwartymi. Świat rozpaczliwie potrzebuje takich cech.
W nauczaniu jogi wiele jest opisów nadzwyczajnych stanów świadomości
oraz nadludzkich wyczynów wytrzymałości i opanowania. Napisano o nich
mnóstwo mądrych książek, pozwalając nam zerknąć na inny świat. I choć
osiągnięcie nadświadomości może mieć pewną wartość, znacznie większą
mają nasze starania, nawet te nieporadne, o więcej uprzejmości i współczucia w codziennym życiu. Dlatego też w książce tej skupiłam się
na tym, jak względny charakter ma praktyka duchowa, a opisując to,
próbowałam przyjrzeć się pogmatwanym i bolesnym zmaganiom, jakie my,
ludzie, toczymy z naszym istnieniem. Koncentruję się nie na oświeceniu
jako sposobie dojścia do transcendencji, ale -?jak to ujął
Vekatesananda, tłumacz Jogasutr -?na "oświeceniu w życiu codziennym".
Zapraszam was zatem do świętej nauki i praktyki jogi. Oby przywiodła was
do domu.
Rozdział 2
Motywacja: co nas tutaj sprowadza?
Z pragnień jest Purusza uczyniony,
Co zapragnie, to postanowi,
Co postanowi, taki czyn wypełnia,
Jaki czyn wypełnia, taki osiąga.
Upaniszada Brihadaranjaka IV.4.53
Źródłem niemal każdego działania jest bodziec duchowy. Choć wydaje się
to dziwne, po głębszym zastanowieniu można dojść do wniosku, że
wszystkich ludzi motywuje to samo -?dążenie do szczęścia. Jego głębokie
pragnienie może zostać na poziomie podświadomej tęsknoty, rzadko bowiem
zdajemy sobie sprawę, jak bardzo chcemy poczuć, że naprawdę żyjemy i mamy w sobie pokój. Mimo to głód szczęścia może nas nękać na jawie i we
śnie, niczym ledwie słyszalna piosenka, wybrzmiewająca w oddali, zawsze
odrobinę za daleko, byśmy zrozumieli jej słowa. I nawet jeśli zdajemy
sobie sprawę, że coś nas wzywa, nie jesteśmy w stanie rozpoznać, co to
jest. Żyjemy więc z dnia na dzień, zajmując się zwykłymi sprawami,
nieustannie podejrzewając, że do osiągnięcia pełni życia brakuje nam
jakiejś niezwykle istotnej części.
Impuls do ciągłego odkrywania, zdobywania wiedzy i dążenia do odzyskania
boskości wydaje się cechą wszystkich ludzi i jest ich udziałem od
zarania dziejów. Już sama jego obecność stanowi wyraźny znak, iż
podejrzewamy, jaki skarb ukryty jest w naszym wnętrzu. Ale dopóki
tęsknota za jego odkryciem pozostaje ulotną myślą ukrytą w ciemnych
zakamarkach podświadomości, jest mało prawdopodobne, aby nasze czyny i ich owoce zaspokoiły tak głębokie pragnienie. W intuicyjnym dążeniu do
szczęścia tu i ówdzie próbujemy zarzucić sieć i usiłujemy złapać w nią
coś równie efemerycznego jak tęcza -?obietnicę lepszego życia, którym
będziemy się cieszyć nie przez krótką chwilę, ale zawsze.
Nasze poszukiwania mają wyłącznie słuszne przyczyny, ale -?o ironio -
mogą spowodować, że będziemy wypatrywać trwałego spełnienia w rzeczach,
które są do tego zupełnie nieodpowiednie: w pracy, karierze, dobrach
materialnych, związkach, seksie, a w przypływie rozpaczy niestety także
w jedzeniu, narkotykach lub alkoholu. Niewykluczone, że aby wzmocnić
pewność siebie i zaspokoić ambicje, posłużymy się również materialnymi
przejawami naszej praktyki duchowej. Choć niektóre z naszych prób
uchwycenia szczęścia same w sobie mogą być szlachetne, zapewnią nam
tylko chwilową ulgę od wewnętrznej tęsknoty. I to niezależnie od
rozmiaru sukcesów w życiu zawodowym, niezależnie od tego, jak
wycyzelujemy nasz wygląd i jakie dobra materialne zdołamy zgromadzić.
Nasza niezdolność uzyskania trwałego szczęścia może spowodować, że
zainwestujemy jeszcze więcej energii w podobne działania, chociaż mamy
dowody, że uzyskane z nich profity wcale nie zaspokoją naszych
oczekiwań. Myślimy, że pewnie poczulibyśmy się dobrze, gdybyśmy tylko
bardziej przyłożyli się do pracy, zarobili więcej pieniędzy, schudli o kolejne pięć kilogramów albo wreszcie znaleźli idealnego partnera.
Jednak nawet jeśli to zrobimy, i tak dojdziemy do stwierdzenia, że nasze
wysiłki okazały się nieskuteczne. Podobnie jak dziecko, które w wigilijny wieczór pozdzierało opakowania ze wszystkich prezentów, zaś
chwilę później wpatruje się w nie ze znudzeniem i zmieszaniem,
odkryjemy, że sprawy zewnętrzne nie potrafią na długo nas ożywić.
Poszukiwanie szczęścia nie jest niczym nowym, nowy jest jednak kontekst
kulturowy, w którym się ono odbywa. Nigdy wcześniej ludzie nie byli
bowiem tak bezlitośnie bombardowani przez propagandę reklamy i mediów,
które wykorzystują ich podświadome potrzeby duchowe, aby służyć bogom
konsumpcji i chciwości. Owszem, możemy szczerze pragnąć żyć etycznie i znaleźć moralnie słuszny sposób zarabiania na życie, tylko jak mamy
zrealizować to pragnienie w panującym klimacie współzawodnictwa, w świecie bezpardonowej walki, w którym wszyscy twierdzą, że dobrzy ludzie
docierają do mety ostatni? Jak pogodzić przekonanie, że należy żyć
prościej, z sytuacją kiedy, pięcioletnie dziewczynki odmawiają pójścia
gdziekolwiek bez błyszczących butów na obcasach w stylu Barbie? Gdy
zauważamy zmarszczki na twarzy i zmiany w ciele, które przychodzą z wiekiem, rozpaczliwie pragniemy akceptować siebie takimi, jacy jesteśmy,
jednak najnowsza kampania reklamowa kliniki chirurgii plastycznej
pozostawia w nas subtelne, lecz niezaprzeczalne wątpliwości co do naszej
wewnętrznej wartości. Inspirują nas tacy ludzie jak Martin Luther King
Jr., wzruszamy się przy uduchowionych tekstach, a jednak kiedy słuchamy
wiadomości, okazuje się, że bohaterami naszego społeczeństwa są raczej
mistrzowie sportu, celebryci i supermodelki. Trudno jest żyć w świecie,
który utracił swój wewnętrzny kompas, jednak dopóki nie zrozumiemy
naszego impulsu duchowego i nie przejmiemy nad nim kontroli,
pozostaniemy narażeni na moce, które chcą, byśmy służyli patologii
naszej kultury, a robiąc to, sami stawali się jej częścią.
Aby praktyka duchowa nie stała się przedłużeniem naszych wcześniejszych
dążeń donikąd, musimy zrozumieć, jak podstępne są wpływy współczesnej
kultury. Jeśli nam się to nie uda, okaże się, że po prostu zamieniliśmy
jeden rodzaj sterowanej z zewnątrz pogoni za szczęściem na inny. Że
zrezygnowaliśmy z idealnego wystroju domu, ale teraz ogarnęła nas
obsesja osiągnięcia idealnej postawy w jodze. Przestaliśmy toczyć boje
na zebraniach zarządu, ale w myślach strofujemy siebie na poduszce do
medytacji. Jeżeli nasza praktyka duchowa wynika z potrzeby zyskania
poczucia pewności siebie i bezpieczeństwa, spotka nas bolesny zawód. Bo
niestety, często te same siły, które kiedyś napędzały nasze dążenia do
posiadania dóbr materialnych, teraz kierują naszymi dążeniami duchowymi.
Jeśli więc u źródła naszej praktyki duchowej są strach i potrzeba
ustalenia poglądów na świat, poprowadzą nas one dobrze znaną drogą ku
cierpieniu.
Jeżeli życie wydaje nam się mało satysfakcjonujące, a nie jesteśmy
gotowi przyjrzeć się, dlaczego tak jest, ucieczką mogą być wakacje i weekendy. Niestety, nie zmienią one wiele, z czego zdajemy sobie sprawę
już w chwili rozpakowywania bagaży. Wiele lat temu prowadziłam zajęcia z jogi w kurorcie na Jamajce. Co tydzień miejscowość ta na nowo wypełniała
się samotnymi mężczyznami i kobietami (niekoniecznie wolnego stanu),
którzy po przyjeździe do raju początkowo sprawiali wrażenie nieco
oszołomionych. Przez tydzień mieli się pławić w zawieszonej w niebycie
rzeczywistości bezustannych rozrywek, picia alkoholu, przypadkowych i częstych przygód seksualnych, a wieczorem organizowano dla nich
najróżniejsze rozrywki, gry i zabawy, tak pomyślane, aby pomóc im wyzbyć
się zahamowań. Pewna kobieta skomentowała to z entuzjazmem: "Nigdy nie
zrobiłabym czegoś takiego w Chicago". Tydzień prowokowanej rozpusty
szybko dobiegał końca. W dniu wyjazdu uczestnicy nagle musieli zdać
sobie sprawę, że wracają do prawdziwego życia. Skończyło się zawieszone
w próżni ożywienie, a oni musieli wrócić do piekła biur w Chicago lub do
bagna swoich małżeństw. W takie dni często panował pogrzebowy nastrój,
mocno kontrastujący z humorem oszołomionych rajem gości z następnego
turnusu. Początkowo miałam obiekcje, czy w takie miejsce można
wprowadzać świętą sztukę jogi. Ale po prawie każdych zajęciach kilku
uczestników zostawało, aby zapytać, jak pogłębić swoją praktykę jogi,
kiedy wrócą do domu. Z czasem zaobserwowałam, że są to te same osoby,
które przez kilka dni przymierzały się do hedonizmu, a jednak nadal
smutne i zakłopotane siedziały przy basenie. Po przybyciu do raju wciąż
czuły się jak w piekle.
Nieważne, czy uzależniliśmy się od jedzenia, alkoholu, narkotyków,
seksu, pieniędzy, pracy, czy sławy, impuls zagubienia się w nałogu można
uznać za bodziec duchowy. Mówiąc "bodziec duchowy", mam na myśli żarliwą
chęć doświadczenia lekkości bytu i transcendencji, która nie oddala nas
od doświadczenia codzienności, lecz istnieje wewnątrz tego
doświadczenia. Przecież tęsknimy nie za jakimś światem poza naszą
rzeczywistością (to dla większości z nas oznaczałoby śmierć), lecz za
szczęściem w pogmatwanej zagadce codziennego życia. Wystarczy poczytać
wspomnienia ludzi leczących się z nałogów, by zobaczyć, że pod powłoką
choroby kryje się mistyczna nostalgia, równie autentyczna i silna jak
ta, która kieruje każdym pielgrzymem. Podobnie jest z imprezowaniem,
głodzeniem się, ostrymi ćwiczeniami fizycznymi, piciem, halucynacjami,
szczytowaniem i kupowaniem -?wszystko to przesłania nam poszukiwanie
drogi do siebie. Im dłużej pozostawaliśmy na wygnaniu od naszego
prawdziwego ja, tym bardziej rozpaczliwa jest nasza tęsknota i tym
bardziej ekstremalne sposoby osiągania przyjemności.
Dla wielu z nas motywacja do rozpoczęcia, kontynuowania i pogłębiania
praktyki duchowej przychodzi w chwili, gdy próbujemy uporządkować nasze
życie wewnętrzne. W miarę przeglądania doświadczeń zauważymy pewnie, że
wciąż pozwalamy, aby to, co pilne, brało górę nad tym, co ważne.
Prawdopodobnie mamy głęboko zakorzeniony nawyk, by najwięcej czasu,
energii i zaangażowania poświęcać rzeczom, które w ostatecznym
rozrachunku nie są ważne. To sprawia, że czerpiemy z nich niewiele
długotrwałej satysfakcji. Dlatego możemy czuć się tak, jakbyśmy
pracowali u nieznanego nam, lecz wymagającego szefa, który wciąż nie
wystawił nam czeku z zapłatą. Taka ścieżka nieuchronnie prowadzi do
wewnętrznego bankructwa. Nawet jeśli osiągnęliśmy już poziom głębokiego
braku satysfakcji, trudno wydostać się z rutyny inwestowania najlepszej
energii w dążenia zewnętrzne. Dlatego właśnie potraktowanie serio
praktyki duchowej może nie być łatwe i zająć nam wiele lat.
Gdy usiłujemy porządkować własne wnętrze, zaczynamy definiować wartości
i ustawiać priorytety. Jeśli mamy zwyczaj sporządzania listy rzeczy do
zrobienia, na ich szczycie zaczynamy umieszczać dbanie o spokój umysłu.
O ile wcześniej nie mieliśmy odwagi, by wpisać na nią siebie, teraz być
może zdobędziemy się na debiutancki występ. Kiedy zrozumiemy, że istota
zwana mną jest niczym izba rozrachunkowa, w której rozliczane jest
wszystko, co robimy w życiu, uświadomimy sobie też, że troska o wewnętrzną higienę tej istoty jest najważniejszą rzeczą, jaką możemy
zrobić. Nareszcie jesteśmy przygotowani do wyruszenia w długą drogę.
Uznaliśmy, że jesteśmy gotowi dorosnąć, i osiągnęliśmy orzeźwiającą
świadomość, że nasze życie należy do nas, a my jesteśmy jedyną osobą,
która może nad nim pracować.
Podobnie jak ptak, który co roku instynktownie przemierza tysiące mil,
aby zagnieździć się na tej samej gałęzi tego samego drzewa, jakaś część
nas zawsze szuka powrotu do domu. Część ta zna dokładne położenie
własnego miejsca odpoczynku. Słowo "nostalgia" pochodzi od greckiego
zwrotu "ból za domem": noste znaczy "rodzina" lub "dom", natomiast
algia -?"ból". Konsekwencją bycia na wygnaniu jest coraz większa
nostalgia, bolesna tęsknota za domem. Tęsknota ta skłania nas do
znalezienia takiego sposobu na życie, dzięki któremu poczujemy, że znowu
jesteśmy częścią rodziny, od której się oddaliliśmy.
Chociaż podczas poszukiwań może się wydawać, że błądzimy, nie są one ani
bezowocne, ani niepotrzebne. Testowanie tysięcy strategii, które się nie
sprawdzają, skłania nas do zadania podstawowych pytań. Dzięki temu
wkrótce zdamy sobie sprawę, że nie szukamy miejsca, osoby ani rzeczy,
lecz sposobu na lepsze przeżycie swojego życia. Kiedy doznamy owego
olśnienia, pojmiemy, że poszukujemy intymnej relacji z potężną i paradoksalnie niemożliwą do poznania ożywczą siłą, która powołała nas do
życia. De facto każdy z nas jest żywym dowodem jej istnienia. Co
więcej, szukając jej wszędzie, gdzie tylko się dało, oddaliliśmy się od
niej, zamiast się do niej zbliżyć.
Joga to nauka zgłębiająca techniki, dzięki którym możemy pozbyć się
iluzorycznej zasłony stojącej między nami a ożywczą siłą życia.
Przetrwała ona liczącą wieki próbę czasu i stanowi empirycznie
ugruntowaną praktykę, która w drobiazgowy sposób przygotowuje nas do
radosnego życia z pełną świadomością naszej przyrodzonej boskości.
Transcendencja, lekkość bytu, wolność i szczęście nie są czymś, co
możemy zdobyć, lecz tym, czym się stajemy i czym jesteśmy. Czym zawsze
byliśmy i zawsze będziemy. Właśnie teraz, gdy twoje oczy prześlizgują
się od słowa do słowa, twoje ciało jest nadzwyczajnym dowodem istnienia
tej siły życia. Dowodem tak skomplikowanym i tajemniczym, że najwięksi
naukowcy na świecie nie potrafią skonstruować repliki jednego z twoich
oczu, nie mówiąc o twojej umiejętności zrozumienia tych słów i formułowania refleksji na ich temat. Poprzez praktykę jogi stopniowo
zmieniamy swoją perspektywę, aż zaczynamy postrzegać ogromną, wibrującą
żywotność pierwotnej macierzy, której zawdzięczamy nasze życie.
Ten majestatyczny widok rzadko stanowi motywację do rozpoczęcia wypraw w świat jogi. Naszą ciekawość pobudza raczej fakt, że coś zasłania nam
widok. Podobnie jak w teatrze -?wiemy, że na scenie odbywa się wspaniałe
przedstawienie, ale niewiele widzimy, ponieważ mamy miejsce za kobietą w wysokim kapeluszu. Kręcimy się na boki i od czasu do czasu udaje nam się
przelotnie dojrzeć, co się dzieje na scenie, ale te chwilowe przebłyski
jeszcze bardziej nas denerwują. Dopiero kiedy mamy już całkowicie dosyć
tak słabego miejsca, przychodzi nam do głowy, żeby się przesiąść i zmienić punkt widzenia. Ta chęć jaśniejszego widzenia zmusza wielu z nas, by zacząć praktykować jogę.
A może coś nas boli i mamy tego absolutnie dosyć. Wciąż musimy
rozprawiać się z tymi samymi trudnościami i czujemy, że stan naszego
umysłu ma coś wspólnego z tym ciężkim położeniem. Bo choć to niezwykle
irytujące, ludzie znacznie większą motywację czerpią z bólu niż z radości -?i to właśnie ów ból prowadzi nas do praktyki jogi. Wiele osób
czuje potrzebę praktykowania jej w wyniku kryzysu takiego jak rozwód,
bankructwo ich firmy lub poważna kontuzja, jednak znacznie więcej
zaczyna z pozornie błahych powodów: chcą stracić na wadze, poradzić
sobie ze stresem albo po prostu spędzić kilka chwil z dala od zgiełku
domu rodzinnego. Żaden z tych powodów nie jest ani lepszy, ani gorszy od
pozostałych, ale prawie na pewno im większy twój ból, im trudniejsza
twoja sytuacja, tym większą będziesz mieć motywację do praktyki. Jeśli
mamy szczęście, to dzięki pomocy nauczyciela i niezmiernej skuteczności
samej nauki jogi spostrzeżemy, że nawet w najbanalniejszym
zainteresowaniu kryje się silna potrzeba uzdrowienia i szczęścia.
Doskonale pamiętam pierwszy dzień pewnego intensywnego kursu jogi, który
prowadziłam w Auckland w Nowej Zelandii. Na początku tempo tego typu
seminariów zawsze jest celowo wolne, aby uczestnicy mogli się
zrelaksować, otworzyć na szersze postrzeganie i rozpocząć proces
introspekcji. Ale jedną z kobiet tak wolne tempo wyraźnie denerwowało.
Chociaż pierwsze zajęcia trwały dopiero trzydzieści minut, nie mogła
wytrzymać i zaczęła przerywać pytaniami o to, kiedy zaczniemy robić
więcej ćwiczeń i jak dynamiczna będzie reszta kursu. "Dlaczego tak się
tym martwisz?", zapytałam. "Hmm...", zacięła się, "dzięki ćwiczeniu jogi
codziennie muszę spalić pewną liczbę kalorii". Są chwile, kiedy
nauczyciel jasno widzi istotę problemu ucznia. Wtedy działanie bywa
posunięciem radykalnym, ale powstrzymanie się od niego oznaczałoby
stratę wybornej szansy. "Zastanawiam się", odparłam, biorąc ją na bok,
"czy gdybyś nieco zwolniła i na chwilę pogrążyła się w ciszy, nie
zaczęłabyś rozumieć, co skłania cię do objadania się". Do jej oczu
napłynęły łzy. Wyznała mi, że do tej pory jej praktyka jogi wynikała ze
strachu przed tym, że utyje. A gdyby tak zechciała spojrzeć nieco
głębiej na skłaniający ją do praktyki impuls, którym jest szukanie
wewnętrznego uzdrowienia?
Kiedy sama zaczynałam praktykę jogi w wieku 16 lat, od roku cierpiałam
na niezdiagnozowane zaburzenia odżywiania, które zaczęły się od
anoreksji, a rozwinęły się w szeroko pojęte problemy z jedzeniem. Był to
początek choroby, która stała się przekleństwem mojego życia jeszcze
długo po tym, jak skończyłam 20 lat. W ów brzemienny w skutki dzień,
kiedy w naszym liceum ogłoszono, że jednym z przedmiotów fakultatywnych
będzie joga, nie wiedziałam, dlaczego się zapisałam, dlaczego zajęcia mi
się spodobały ani dlaczego zaczęłam codziennie po południu ćwiczyć sama
w domu. Z perspektywy czasu widzę, że udział w tamtych zajęciach jogi
uratował mi życie. Moja rodzina od dawna ciężko krwawiła od wewnątrz z powodu kryzysu, który niegdyś boleśnie dotknął każdego z jej członków, a teraz, kilka lat później, rozpadała się. Byliśmy świeżymi emigrantami ze
Stanów Zjednoczonych na dalekich wyspach Nowej Zelandii. Czułam się
całkowicie samotna. Nie miałam dokąd pójść, aby poczuć, że jestem
bezpieczna i ktoś mnie chroni. Wtedy odkryłam, że codziennie po
południu, kiedy za zamkniętymi drzwiami sypialni praktykowałam jogę,
czułam rzadki u siebie spokój, wyraźną kontrolę nad sobą i coś dobrego w ciele, co dawało mi głębokie pocieszenie. Jestem pewna, że gdybym nie
była tak samotna, nie czułabym potrzeby szukania tego ukojenia. W czystej naiwności, będącej darem młodych, zapoczątkowałam dialog z tą
częścią siebie, która wydawała się być poza zasięgiem mojej bolesnej
codzienności. Byłam jak zauroczona -?podczas praktyki jogi nie
odczuwałam strachu ani bólu. Choć nie miałam świadomości ani wiedzy o tym, co robię, każdego dnia zaczęłam kontaktować się z tą wewnętrzną
częścią mnie, która bez słów mówiła zrozumiałym dla mnie językiem.
Zaczęłam czuć wsparcie mojego wewnętrznego przyjaciela, którego
towarzystwo mogłam w cudowny sposób wyczarować, uspokajając i regulując
oddech, powoli się rozciągając i trwając w bezruchu. I co najbardziej
niesamowite, pomimo okoliczności mojego życia zaczęłam doznawać
niewytłumaczalnego poczucia przynależności. Stało się to mimo braku
jakichkolwiek lekcji na temat filozoficznych aspektów jogi, co stanowi
dowód skuteczności praktyki. Nie musimy rozumieć jogi, która tak jak
wszechświat, będzie funkcjonować niezależnie od tego, czy znamy i rozumiemy rządzące nim prawa.
Praktyka jogi pozwala nam połączyć się z tą częścią siebie, która zawsze
pozostaje nietknięta i dziewicza, z tym miejscem w nas, które nigdy nie
może ulec zniszczeniu. Choć ból może być katalizatorem przyczyniającym
się do rozpoczęcia praktyki jogi, angażujemy się w nią poprzez radość.
Gdy przebłyski spokoju i jasności stają się częstsze, gdy coraz
wprawniej reagujemy na wyzwania niesione przez życie, chcemy praktykować
nie tylko po to, by wydobyć się z tarapatów, lecz także po to, by
wzmocnić połączenie z fundamentalnym stanem zadowolenia. Radość, o której mówię, nie jest uczuciem szczytowego haju, które kojarzymy z podnieceniem lub stymulacją, ale głębokim poczuciem szacunku i podziwu
potrafiącym przeniknąć najzwyklejsze rzeczy i chwile. Radość ta wypływa
z naszej wewnętrznej natury i nie zależy od okoliczności zewnętrznych.
Dlatego jeden z najwyższych stopni tego stanu, samadhi, tłumaczy się nie
jako starogreckie ex-stasis, co oznacza "stanąć poza zwykłym sobą",
ale en-stasis, co oznacza "stanąć wewnątrz Jaźni"4. Jak zauważa
Georg Feuerstein w swojej książce The Yoga Tradition, w pewnym sensie
oba tłumaczenia są prawidłowe, ponieważ dopiero kiedy wyzwolimy się od
ograniczonego punktu widzenia ego, możemy skorzystać z panoramicznych
możliwości bogatszego, pełniejszego i bardziej prawdziwego życia, które
jest w naszym zasięgu.
Pewien niezwykle godny szacunku kolega opowiadał mi, że udało mu się
kiedyś zaoszczędzić tyle pieniędzy, że stać go było na urlop od
obowiązków służbowych i rodzinnych, by całkowicie poświęcić się praktyce
jogi. Po kilku miesiącach jego ciało nabrało siły i elastyczności.
Potrafił wykonywać zaawansowane postawy, które przedtem wydawały mu się
niewykonalne. Powoli opanowywał bardzo trudne techniki oddechowe i doświadczał nowych głębi medytacji. Ale kiedy urlop zbliżał się ku
końcowi, zauważył u siebie subtelny, lecz głęboki niepokój. Wiedział, że
kiedy wróci do pracy, raczej nie będzie mógł kontynuować praktyki
zaawansowanych asan i pranajamy, które opanował podczas urlopu.
Zrozumiał wtedy, że utożsamiając się w swojej praktyce z tym, co można
stracić, zawsze będzie narażony na strach. Opieranie się na tym
wszystkim, co może być odebrane przez chorobę, starzenie się albo
okoliczności życiowe, nie jest mądre. Prawdziwe bezpieczeństwo możemy
sobie zapewnić jedynie wtedy, gdy wykorzystamy praktykę jogi, aby
zakotwiczyć naszą świadomość w niezmiennej istocie bytu. Jedyną rzeczą,
która w rdzeniu nas samych nie ulega zmianie, jest bowiem promiennie
żywy, stale wibrujący puls życia. Kiedy przybędziemy do tego miejsca,
stwierdzimy, że nie ma ono ani środka, ani peryferiów. Że w rzeczywistości nie mamy żadnych granic.
W miarę jak nasza praktyka się pogłębia, nabieramy odwagi i pewności
siebie, nabieramy również ochoty, by doświadczać owego uczucia lekkości.
Zaczynamy tęsknić za bardziej wyzwolonym i otwartym odczuwaniem samych
siebie i chętniej puszczamy poręcze, których się dotąd kurczowo
trzymaliśmy. Jesteśmy już niemal całkowicie zdecydowani dążyć do
prawdziwej wolności, a jednocześnie uczymy się ostrożnie podchodzić do
tego, co obiecuje wolność, bo często są to czcze obietnice. Dojście do
tego miejsca może zająć lata pełnej wyzwań praktyki. Zyskamy jednak
ogrom wewnętrznej wolności, dającej nam życie bogatsze i pełniejsze niż
cokolwiek, co moglibyśmy sobie wyobrazić. Wtedy naprawdę czujemy, że
żyjemy.
Joga mówi nam, że dusza nieuchronnie dąży do tego, co najbardziej
odsłoni jej naturę. Jeśli potrafimy rozpoznać, że naszym bodźcem
rzeczywiście jest impuls duchowy, a dzięki wyostrzonej świadomości
umiemy ten impuls ukierunkować, możemy mieć pewność, że znajdziemy swoją
drogę do domu: taką samą jak migrujące ptaki, które z łatwością
odnajdują gniazdo. Nie znaczy to, że do miejsca wspólnoty i przynależności zbliżamy się w drodze postępu, ponieważ nie możemy robić
postępów w czymś, czym już jesteśmy. Dzięki praktyce powoli zdajemy
sobie sprawę, jak blisko jest nasze wyzwolenie.
Rozdział 3
Pełniejsze życie
...całość życia się wyżywa
Więc kto je żyje? Czy rzeczy nieznane,
Co jak melodji tony niewygrane
Jak w harfie niemej, tak stoją w wieczorze?
Rainer Maria Rilke, Księga godzin, 2,125
Praktyka jogi otwiera przed nami możliwość korzystania z życia w sposób
najpełniejszy z możliwych. Co charakteryzuje tę pełnię? Nieustraszoność,
pełen szacunku podziw i oczarowanie. Pełnia życia to uczucie, którego
większość z nas doznała we wczesnym dzieciństwie -?kiedy turlaliśmy się
z trawiastego zbocza, skakaliśmy z mostu albo tuliliśmy się do ukochanej
babci lub dziadka. To zawieszenie w czasie, które zdarza się, kiedy
jesteśmy tak pochłonięci jakąś czynnością, że cali się nią stajemy: już
nie malujemy, lecz jesteśmy malowaniem, tańcem, czytaniem, słuchaniem,
kochaniem się, chodzeniem. To doświadczenie przynależności, powrotu do
domu, pojednania. To otwarcie na nieznane, niewytłumaczone i niezdefiniowane oraz bezgraniczne oddanie się tajemnicy, choć nie
wiadomo, dokąd ona prowadzi. To przebudzenie się do intensywnego życia,
odsłonięcie się, mimo że doskonale zdajemy sobie sprawę, iż miłość
naraża nas także na smutek i stratę. To sposób bycia, w którym
pozwalamy, by nasze zmysły zwielokrotniały swe doznania, uwrażliwienie
na lekki wiatr pieszczący skórę, na chłód wody, na kolory neonów w nocy.
To stan istnienia, który jest tak przejmujący, że jeśli choć przez
chwilę, nawet bardzo dawno temu, aż tak głęboko czuliśmy, że żyjemy, już
zawsze będziemy za tym tęsknić.
Słowo joga pochodzi od rdzenia czasownika yug (lub yuj, czyt. judż),
który oznacza "scalić" lub "ujarzmić". W swojej istocie joga odnosi się
zarówno do praktyki, jak i do sposobu bycia, w którym realizujemy
wrodzoną jedność rozmaitych przejawów życia. W jodze istnieje ciche
zrozumienie, że choć mamy ciało, osobowość i nazwisko, owo małe ja,
które wydaje się całością naszego istnienia, stanowi jedynie niewielką
cząstkę czegoś większego. Temu większemu, pełniejszemu życiu mędrcy dali
nazwę brahman, od brih, które oznacza "rozszerzać się",
"rozprzestrzeniać", "rosnąć". Tym zaś, w co się rozprzestrzenia, jest
wspólna płaszczyzna egzystencji, która tworzy esencję wszystkiego -?moc,
która rządzi wiatrem, przypływami i odpływami, sokiem, który płynie w drzewie, i siłą życia we wszystkich istotach. Powiększamy się, aby stać
się tym, czym właściwie już jesteśmy. W dawnych czasach jogini odkryli,
że tę makrokosmiczną, większą Jaźń -?pisaną wielką literą dla
odróżnienia od ograniczeń jaźni pojedynczej osoby -?można odnaleźć,
spoglądając do wnętrza mikrokosmicznej małej jaźni. Jest to niemożliwa
do pomniejszenia esencja wszystkiego, znana jako Absolut, Środek, Bóg,
atman lub Jaźń w jaźni. Tym wszystkim jesteś zaś ty. Praktyka jogi
opiera się na założeniu i obietnicy, że istnieje większe, pełniejsze
życie, do którego wszyscy należymy.
Słowa, których używamy, są górnolotne i być może onieśmielające, jednak
praktyka jogi jest przeznaczona dla zwykłych ludzi, którzy wiodą zwykłe
życie, a chcą podjąć niezwykłe wyzwanie przebudzenia się do swojej
prawdziwej natury. Wyzwanie to istnieje nie poza zwykłym życiem każdego
z nas, lecz w nim. Kiedy Erin po raz pierwszy przyszła do mnie na
prywatne lekcje jogi, miała nadzieję, że praktyka pomoże jej poradzić
sobie z depresją. Po 28 latach małżeństwa, które nie dało jej ani
poczucia sensu, ani przyjemności, czuła się wyalienowana i odrętwiała.
Teraz, po rozwodzie, dobiegała już sześćdziesiątki i przez resztę swoich
lat chciała doświadczyć czegoś więcej. W miarę jak uwalniała się od
chronicznego napięcia, przez jej ramiona i nogi popłynęło nowe życie.
Wyraźnie zgarbiona górna część pleców zaczęła się prostować i Erin
wreszcie mogła oglądać świat z innej perspektywy. Pewnego dnia przyszła
na lekcję niezwykle podekscytowana. Po drodze do studia poczuła na
skórze powiew wiatru i w tym nowym doznaniu znalazła przyjemność. Z wielką radością opowiadała, że właśnie tego ranka zauważyła, jak bardzo
cieszy ją gorąca kąpiel. "Nic się nie zmieniło, ale zmieniło się
wszystko", mówiła.
Nauczanie jogi pokazuje, czym może być człowiek. Cóż zaś większego,
jakie oświecenie możemy osiągnąć poza tym, że staniemy się przyzwoitymi
ludźmi? Takimi, którzy zatrzymają się, żeby pomóc, gdy ktoś złapie gumę
na pustej drodze, albo oddadzą zgubioną portmonetkę -?takie osoby
przywracają wiarę w dobro ludzkiej natury. W samym centrum tradycji jogi
leży bezkompromisowa wiara w fundamentalną dobroć: dobroć, która jest
naszą naturą. A ponieważ tkwi ona w naszym wnętrzu, droga jogicznego
poszukiwania nie jest pionową ewolucją do tego lub owego, lecz spiralną
inwolucją, której koniec stanowi początek. Nie poruszamy się w stronę
nowej, ulepszonej wersji nas samych, lecz wracamy do niezróżnicowanego,
nieograniczonego pojęcia siebie, które jest otwarte i niewinne. Kiedy
prowadzi nas tam nieosłonięta, niczym niebroniona Jaźń, zyskujemy dostęp
do bardziej przestronnego, pełniejszego życia, które służy nam, a my
jemu.
Wygląda to na bardzo proste, jednak ludzie zazwyczaj uważają, że świat
kończy się tuż poza granicą ich skóry. Nasze poczucie wyalienowania
rodzi się, gdy stwierdzamy, że w środku mamy jakieś "ja", za nim zaś
jest świat zewnętrzny: "ty" i "ja", "my" i "oni" -?elementy układanki,
która tworzy egzystencję niezwykle podzieloną i opancerzoną. Za pomocą
tak nieskomplikowanej metody badawczej jak obserwacja oddechu jogini
stwierdzili, że świat zewnętrzny stale wkracza do naszego wnętrza i zmienia nas w każdej chwili dnia, przesyca nasze komórki życiem,
energetyzuje nerwy i emanuje w postaci światła naszych oczu. Co więcej,
po dalszych badaniach wywnioskowali, że nie tylko "my" oddychamy tym
życiem, lecz "ono" także oddycha nami.
Jest pewna wspaniała przypowieść o mędrcu Ribhu i jego uczniu zwanym
Nidagha, w której nauczyciel rzuca wyzwanie nawykom adepta w jego
patrzeniu na świat, a tym samym otwiera mu okno, by był w stanie
zobaczyć jedność, która leży za zasłoną pozorów. Z podobnym wyzwaniem
wielokrotnie mierzyliśmy się wszyscy, gdy odwracaliśmy wzrok od
bezdomnego, pominęliśmy trudnego krewniaka na liście gości zaproszonych
na obiad w święta albo po kryjomu wyśmiewaliśmy się z osoby otyłej.
Chociaż Nidagha pobierał nauki o prawdzie jedności, brak mu było
przekonania, by podążyć ścieżką jogi. Zamiast tego postanowił wieść
życie pełne rytuałów i ceremonii religijnych. Brakowało mu wiary, ale
jego nauczyciel, Ribhu, tak mocno go kochał, że czasami odwiedzał go, by
zobaczyć, czy uczeń wyrósł już z zamiłowania do obrzędów. Aby stwierdzić
prawdziwy stan jego świadomości, Ribhu często przybywał do niego w przebraniu.
Pewnego razu w szatach biednego wieśniaka Ribhu przyjechał do wioski
ucznia, kiedy odbywała się tam procesja z udziałem króla. Podszedł tam,
gdzie stał Nidagha, oparł się na swoim surowym kosturze i rzekł:
"Przepraszam, dobry panie. Podobno w procesji bierze udział król.
Wspaniale. Ale gdzie jest ten król?".
"Tam", odpowiedział Nidagha, wskazując palcem czoło procesji. "Król
jedzie na słoniu".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki