Rozdział IV
Przez otwarty lufcik, oprócz chłodnej wilgoci, do mieszkania Tarasa doleciał dzwonek przejeżdżającego niedaleko tramwaju. Ale Taras spał słodko. Śnił mu się Żyrinowski, wulgarny i bezpardonowy, który, co dziwne, mówił po ukraińsku, stwierdzając całkiem słusznie, że "Ukraina powinna sięgać od morza do morza! Jeszcze zmoczymy swoje ukraińskie czoboty w Oceanie Indyjskim!". I przyśniło mu się, że śpi, widzi tego Żyrinowskiego, a sam w płytszej warstwie snu, jakby bardziej kontrolowanej przez świadomość, myśli, że Ukrainie potrzebni są tacy Żyrinowscy, swoi, ukraińscy do szpiku kości. I niechby byli zdeklarowanymi demagogami czy nawet skończonymi idiotami, ale służyliby wiernie narodowi ukraińskiemu, ucząc czujności i objaśniając dogłębnie pojęcie "wróg ojczyzny". Oprócz tego jeszcze coś ubocznego na temat Żyrinowskiego i Ukrainy kołatało mu się w sferze spraw nieprzemyślanych i niedopowiedzianych. Było obecne i jakby swędziało, wymagając uwagi, jak swędzi miejsce ukłute przez komara. Może potrzebował jeszcze ze dwudziestu minut snu, żeby zrozumieć, doczekać wyjaśnienia tego czegoś nieprzemyślanego do końca. Ale właśnie rozległ się dzwonek u drzwi, z całą fizyczną mocą zaskoczenia wstrząsając ciałem śpiącego właściciela mieszkania. Zanim znikły, konkret i skomplikowany sen zlały się w jedno.
Otworzył oczy. Dzwonek już ucichł, ale zdążył przebić jego słuch na wskroś, echo dzwonka dźwięczało w powietrzu i w głowie. Taras na nikogo nie czekał, więc do drzwi mógł dzwonić tylko sąsiad z dołu. Ale z jakiej racji? Przecież pamiętał wyraźnie, jak omijał piąty stopień schodów. Jego powrót do domu nad ranem nie mógł obudzić sąsiada. Chyba że ten w ogóle nie spał.
Taras włożył biały frotowy szlafrok, skreślony z inwentarza hotelu George przez znajomego łaziennego, wsunął stopy w klapki i ruszył w stronę drzwi, nastrajając się na umiarkowaną grubiańskość, która miałaby skrócić do minimum kontakt z sąsiadem. Szczęknął zamkiem i otworzył drzwi ozdobione śladami poprzednich zamków, zamkami zepsutymi i dwoma zamkami jeszcze podporządkowującymi się kluczom.
Przed nim stała Oksana, stara znajoma, w długim szarozielonym płaszczu. Na twarzy - wieczny uśmiech, za którym może się kryć wszystko: od zjadliwości i zniecierpliwienia po nastrój radosny i promieniejący. U jej stóp leżała duża torba bazarowa zapięta na suwak.
- Co, nie spodziewałeś się? - spytała zdziwiona, przyglądając się jego frotowemu szlafrokowi z wyszytym czerwono napisem "George" na kieszonce na piersi.
- Nie - przyznał Taras, nie ruszając się z miejsca.
- Co stoisz? - Uśmiech zniknął z ust Oksany. Wskazała wzrokiem torbę. - Bierz i nieś! Tylko ostrożnie!
W kręgu ich wspólnych znajomych słuchano Oksany. Nie żeby komenderowała czy decydowała, co kto ma robić. Po prostu, mimo że była aktorką, miała naturę reżysera.
Taras podniósł torbę i zaraz poczuł jej ciężar. Cofnął się z nią do pokoju. Oksana zamknęła za sobą drzwi. Zdjęła płaszcz i powiesiła na haczyku wieszaka, zrzuciła botki. Znalazła sobie kapcie i weszła do pokoju.
- No, niechże cię ucałuję! Za uszy wytargam później!
Wyciągnęła ręce do Tarasa, który zdezorientowany stanął przy stoliku.
- Co to, moje urodziny czy co? - spytał sam siebie. - Który dziś mamy?
Oksana się roześmiała.
- W dowodzie zobacz który! Osiemnasty września!
- O rany! - zdziwił się Taras.
I zaraz się znalazł w silnych rękach Oksany. Ciepłymi obcęgami dłoni ścisnęła jego skronie i przyciągnęła głowę do swoich ust.
- No, najlepsze życzenia z okazji urodzin, Tarasku! - powiedziała i pocałowała go najpierw siarczyście w usta, potem jak dziecko w czółko i policzek.
Uwolniwszy głowę solenizanta, rozejrzała się dookoła.
- Nic nie rozumiem - powiedziała. - A szampan co, w lodówce?
Wbiła w solenizanta wymagające spojrzenie.
- Ja zaraz, pięć minut... - wyjąknął Taras. - Tylko się przebiorę. Właśnie w porę wymieniłem pieniądze!
Rzucił szlafrok na rozścieloną wersalkę, wciągnął spodnie i sweter.
- Sekundę! - krzyknął już od drzwi.
Drzwi się zatrzasnęły. Zaskrzypiały, jakby krzycząc, stopnie pod jego nogami.
Oksana usiadła na krześle. Jej uwagę zwróciło ledwie słyszalne bzyczenie od strony zasłoniętego podwójnym tiulem okna. Podeszła, o mało się nie potykając o swoją ciężką torbę, odsunęła tiul i na szerokim parapecie zobaczyła domowej roboty inspekcik z pleksiglasu, w którym rosły okrąglutkie kaktusy bez kolców, ogrzewane od góry trzema cienkimi podłużnymi jarzeniówkami.
Tak się zajęła oglądaniem dziwnych łysych kaktusów rosnących w plastikowych jakby klockach, że nie usłyszała, jak skrzypnęły drzwi i wszedł Taras z reklamówką w ręku.
- No już, mamy szampana! - zawołał radośnie.
Szybciutko wyjął ze starego kredensu dwa kieliszki. Wyłożył z reklamówki pokrojone już w sklepie wędliny i ser.
- Czekaj, a prezent?! - powstrzymała go Oksana. - No, chodźże tu!
Pochyliła się, bzyknęła suwakiem i rozsunęła brzegi torby.
Najpierw wyjęła i wręczyła solenizantowi małe puste akwarium.
Taras przykucnął obok. Postawił akwarium na parkiecie. Zdziwiony śledził jej ruchy, ze wzrokiem skupionym na torbie, jakby Oksana miała zaraz, niczym sztukmistrzyni, wyciągnąć z niej za uszy olbrzymiego królika.
- Masz i rozłóż pięknie na dnie! - Podała Tarasowi sporą foliówkę z morskimi kamykami.
Nastrój Tarasa powolutku stawał się coraz bardziej świąteczny. "No, świetna jest - pomyślał o Oksanie. - Nie może bez niespodzianek!".
Następnie, po morskich kamyczkach, wyciągnęła z torby sześciolitrową plastikową butlę z niezbyt przezroczystą wodą.
- Specjalnie nad jezioro do Winnik pojechałam - wyjaśniła pochodzenie wody. - Widzisz, ile przez ciebie moja czeburaszka[8] się najeździła! Wylewaj, tylko ostrożnie!
Taras napełnił akwarium wodą, a tu pojawił się już następny worek foliowy, też z wodą, tyle że całkiem przezroczystą, w której kołysały się wodorosty w plastikowych brązowych minidoniczkach.
- A tę wodę też tam? - zapytał na wszelki wypadek.
- Można!
Akwarium w oczach napełniało się życiem. Solenizant zanurzył trzy doniczki z wodorostami i długie liście podobne do piór zakołysały się w poruszonej jego rękami wodzie.
Z torby wychynęła kolejna foliówka z czystą wodą, w której nierówno, krótkimi zrywami pływały czerwono-niebieskie egzotyczne rybki, jedne nie mniejsze od małego palca, drugie - nie większe od wskazującego.
Po chwili akwarium było wypełnione nie tylko wodą i kamykami, ale i niezwykle ruchliwym życiem.
- No, teraz nie będziesz tu taki samotny! - powiedziała Oksana, patrząc z dumą na swój prezent. - Jak ci się podoba?
- Nie mam słów! - Taras zdumiony pokręcił głową. - Tylko gdzie to najlepiej postawić?
- Jak to gdzie? - zdziwiła się ofiarodawczyni. - Na parapecie masz akurat dosyć miejsca! Obok kaktusów.
- Chciałem tam postawić jeszcze jeden inspekcik... Może na parapecie w kuchni?
- Właśnie tam najlepiej dać inspekcik - odparła zdecydowanie Oksana. - Kuchnia to nie jest miejsce dla żywych rybek! Mogłyby cię źle zrozumieć!
Taras się roześmiał.
- To one mogą rozumieć ludzi? - zapytał z leciutką uszczypliwością.
- Nie wszystkich. Ale takich jak ty mogą. Jeżeli będziesz je normalnie traktował. Zresztą to bardzo pożyteczne rybki! Nawet sobie nie wyobrażasz! Mogą ci uratować życie! Sprzedawca mi powiedział.
- Ojej! - Taras uśmiechnął się szeroko, a Oksana zauważyła, że rano jeszcze nie mył zębów.
- Jak się będziesz śmiać, to następnym razem podaruję ci tubkę pasty Colgate!
Taras zrozumiał aluzję i zacisnął wargi.
- Ten rodzaj mieszka w japońskich jeziorach i przewiduje trzęsienie ziemi! Kumasz? Jak tylko zaczną zakreślać na powierzchni ósemki, natychmiast wybiegaj na dwór!
Taras nic nie powiedział. Spoważniał. Wpatrywał się w czerwono-niebieskie rybki, które zgodnie i spokojnie oswajały się z nowym środowiskiem wodnym.
- Co, ty też wierzysz, że niedługo będzie trzęsienie ziemi?
- Wierzę czy nie, ale trzeba być przygotowanym! Ile już o tym pisano! Góry są przecież tak blisko! No, stawiaj rybki na parapet i nalewaj szampana!
Taras ostrożnie podniósł akwarium z podłogi, odsunął podwójną tiulową firankę i opuścił je na prawo od inspekciku.
- A po co ty golisz kaktusy? - spytała stojąca za jego plecami Oksana.
- One tak wyglądają! Z natury są łyse. To Lophophora williamsii, czyli pejotl. Niezwykłe kaktusy! Z ich pomocą Aztekowie i Majowie kontaktowali się ze swoimi bogami. Kiedyś ci opowiem.
Jak tylko Taras wystrzelił szampanem w wysoki sufit, od którego natychmiast odpadł kawałeczek sztukaterii, w przedpokoju rozległ się długi dzwonek do drzwi.
- Ożeż...! - wyrwało się Tarasowi. - A to skurwiel! Koniecznie musi zepsuć taką chwilę!
- Kto to?
- Ech, sąsiad! Wiesz, niechcący nadepnąłem piąty stopień... No, kiedy poleciałem po szampana... A on z tego powodu zawsze się piekli.
Taras ruszył w stronę przedpokoju.
- Zostań tutaj - powstrzymała go stanowczo Oksana. - Ja sama.
Zobaczyła w drzwiach mężczyznę w dresie, z okropnie pomiętą twarzą i rozczochranymi, lekko kędzierzawymi włosami. Pod pytająco-wymagającym spojrzeniem Oksany jego początkowo gniewna mina zaczęła znikać i zmieniać się w przepraszającą.
- Przyszedł pan złożyć Tarasowi życzenia urodzinowe?
- Ja? - Nachmurzył się na samą myśl o tym. - A co, to dzisiaj?... Tak, tak, oczywiście!
- A gdzie flaszka? - spytała Oksana, spuszczając wzrok na splecione dłonie sąsiada.
- Flaszka? - zapytał, nie będąc w stanie się skupić w tej niespodziewanej sytuacji. - Butelka... wódki?
- No właśnie, butelka wódki! - przytaknęła Oksana. - Niech pan przyniesie! Czekamy! Prawda, Tarasie? - Obejrzała się.
Dało się słyszeć niepewne "aha" gospodarza.
Sąsiad zszedł po skrzypiących schodach na dół, do siebie.
- Zostawię otwarte drzwi! - krzyknęła za nim Oksana. - Tylko szybko!
Rzeczywiście za jakieś pięć minut zjawił się z butelką wódki w ręku. Miał na sobie niewyprasowany brązowy garnitur, a na bosych stopach - kapcie. Na różowawej koszuli, byle jak wepchniętej do spodni, sterczał krótki szeroki krawat w kolorze zielonym.
- Prosimy, prosimy! - zawołała Oksana z pokoju.
Sąsiad podreptał przez przedpokój i zatrzymał się w drzwiach.
Przy okrągłym stoliku siedział już solenizant ze swoim gościem. Trzy napełnione szampanem kieliszki zapraszały do natychmiastowej akcji.
Sąsiad usiadł na wolnym krześle, postawił obok butelki szampana flaszkę wódki i spojrzał pytająco na kobietę o władczym spojrzeniu i nieznoszącym sprzeciwu sposobie mówienia.
- Jeśli można - odezwał się - nazywam się Jerzy Ostrowski...
- Można. - Oksana kiwnęła głową i wyciągnęła rękę po kieliszek.
- Byłem fryzjerem i mógłbym pani doradzić...
- Potem, potem - przerwała mu Oksana i wskazała wzrokiem Tarasa. - Teraz toast na cześć solenizanta!
- Tak, tak. - Pan Jerzy wziął kieliszek. - Wszystkiego najlepszego! Po sąsiedzku życzę zgody... miłości - tu skierował wzrok na Oksanę - szczęścia i przede wszystkim, żeby były pieniądze... No.
Toast odprężył solenizanta, otumanionego niespodziewanym zamieszaniem wokół jego urodzin.
Trzy kieliszki znalazły wspólny punkt styczny nad stolikiem pokrytym żółtym lnianym obrusem, na którym zachowały się ślady dawnych uroczystości. Z kieliszka solenizanta prysnęło kilka kropli szampana wprost na plasterki salami.
- Dziękuję! - Taras kiwnął głową. - Jestem bardzo wzruszony. - Jego spojrzenie, spotkawszy się z oczami sąsiada, całkiem poważnie potwierdziło sens tych słów.
Sąsiad wypił szampana jednym haustem. Obserwujący go solenizant zrobił to samo. Tylko Oksana zachowała się skromniej - jej kieliszek był jeszcze prawie pełny. Taras sięgnął po szampana.
Oksana w skupieniu otworzyła butelkę wódki.
- Mój tata - powiedziała, przenosząc wzrok z gospodarza na sąsiada - kiedy był w wojsku, przyrządzał z przyjaciółmi koktajl Zorza Północna i nic, ale to nic nie bolało.
- A co to za koktajl? - zainteresował się Taras.
- Do pół szklanki szampana wlewa się pół szklanki wódki.
Pan Jerzy się wzdrygnął.
- To ja już chyba pójdę - powiedział cicho, zatrzymując spojrzenie na butelce wódki w ręku Oksany. W oczach miał czułość i tęsknotę.
- Nie, nie może pan tak szybko odejść! To nie po sąsiedzku! - zaprotestowała Oksana milszym głosem.
Sąsiad pochylił głowę jak skazaniec. Popatrzył na Tarasa.
Solenizant nalał sobie i sąsiadowi po pół kieliszka szampana, a Oksana dolała im po drugiej połówce wódki.
- Musi mi pan coś obiecać - zwróciła się pod koniec tego niedługiego przyjęcia do pana Jerzego.
- Co? - spytał nie bez obawy, ściskając w ręku pusty kieliszek.
- Niech pan przypomina Tarasowi, że on teraz nie mieszka tu sam! - poprosiła.
Sąsiad z niejakim lękiem rozejrzał się po pokoju, potem przeniósł wzrok na Oksanę.
- Dobrze...
- Niech mu pan przypomina, że rybki trzeba karmić codziennie. I trzeba się umówić z administracją, żeby naprawili schody.
- Ja im już sto razy mówiłem, a oni żądają pięćdziesięciu hrywien! - wyrwało mu się z typowym dla niego oburzeniem.
Oksana w milczeniu sięgnęła po portmonetkę i wyjęła pięćdziesiąt hrywien.
- Oksana! Coś ty! Ja mam! - Taras, z twarzą odbijającą już całą złożoność działania wypitego koktajlu, uniósł rękę. Jego palce mocno ściskały banknoty, które wyjął z kieszeni dżinsów.
- Ależ ja... - Pan Jerzy przebiegł oczami od pięćdziesiątki w ręce Oksany do zmiętych dwudziestek w ręce Tarasa. - Ja załatwię!
Ostrożnie wziął od Tarasa trzy dwudziestki, skinął głową na pożegnanie i poszedł.
- Pozmywać? - zapytała Oksana.
- Daj spokój, ja sam!
- No dobrze! Ja też pójdę, mam coś do załatwienia! Nie zapominaj o rybkach!
Taras został sam, podszedł do okna, poobserwował rybki pływające spokojnie wokół wodorostów. "Dziś chyba trzęsienia ziemi nie będzie - szepnął do siebie. - Można jeszcze trochę pospać".
Zanim znowu się położył na wersalce, rzucił okiem na nieuprzątnięte naczynia na stoliku i zdecydowanie machnął ręką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki