Jimi Hendrix. Sam o sobie. Jimi Hendrix - Jimi Hendrix

-
Proszę czekać

WSTĘP

AUTOREM TEJ KSIĄŻKI JEST JIMI HENDRIX. Ponieważ jednak jej tekst został opracowany po śmierci artysty, należy chyba objaśnić, w jaki sposób się to odbyło.

W pewnym sensie pomysłodawcą wydania tego zbioru także był sam Jimi. Zaczęło się od jego filmowej biografii, nad którą pracowałem wspólnie z Alanem Douglasem. Nie chcąc wypowiadać się w imieniu Jimiego, zaczęliśmy eksperymentować z jego własnymi słowami i komponować dialogi z fragmentów zarejestrowanych wypowiedzi. Tak powstała olbrzymia dokumentacja, zawierająca materiały z przeróżnych źródeł; warunkiem było tylko potwierdzenie ich stuprocentowej autentyczności. Spadła na nas istna klęska obfitości, ponieważ przez cztery lata swojej sławy Jimi nieustannie udzielał wywiadów, a do tego miał nałóg pisania. Hotelowa papeteria, porwane kartki, kartony po papierosach, serwetki - pisał na wszystkim, co wpadło mu w ręce.

Fragmenty wspomnianych wywiadów i zapisków publikowano już wcześniej, ale nader często służyły wyłącznie ilustracji czyichś opinii na temat życia i muzyki Jimiego Hendrixa. Tymczasem ten, kto zapoznał się z całością dostępnych materiałów, widzi jak na dłoni, że ów legendarny muzyk pozostawił absolutnie niezwykłą, obszerną i wyczerpującą relację ze swojego życia i twórczości, aczkolwiek jest ona rozproszona na wiele części i nie brak w niej niedomówień. Uznaliśmy, że wobec tego nagromadzenia mitów i półprawd na temat jego osoby koniecznie trzeba pozwolić Jimiemu przedstawić własną, osobistą wizję swojego życia i muzyki.

Książka Starting At Zero powstała w wyniku redakcji zgromadzonego materiału, dzięki której zyskał on spójną, narracyjną formę. Będąc filmowcem, w naturalny sposób podszedłem do tej pracy tak, jak do montażu zdjęć dokumentalnych. Do wyboru tej metody przyczynił się także fakt, że Jimi mówił bardzo rytmiczną frazą i używał przy tym niesłychanie obrazowych określeń. Cudowne, a zarazem niesamowite jest to, że niniejsza książka zaczęła żyć własnym życiem. Rozwijała się całkiem po swojemu, aż w pewnym momencie pomyślałem tak: właściwie który z nas jest "autorem widmo" tej pracy? Stawiając to pytanie, chcę chyba powiedzieć, że jest to z mojej strony swoisty hołd złożony niezwykłej mocy słów Jimiego Hendrixa, słów, w których wciąż jest on obecny.

Jimi opowiedział swoją historię tak dobrze, że bardzo rzadko musiałem uciekać się do własnej inwencji. Poza eliminacją powtórzeń, niekiedy tylko łączyłem zdania albo zmieniałem szyk wyrazów, jeśli było to konieczne, aby uczytelnić sens wypowiedzi. Ponadto, ponieważ materiały źródłowe w zamierzeniu nie były przeznaczone do publikacji w takiej formie, dodałem też krótkie notki, aby naświetlić kontekst i ukazać ciągłość zdarzeń. Teksty piosenek pojawiają się na kartach tej książki nie tylko dlatego, że po prostu jest tutaj o nich mowa, ale także dlatego, że piosenki Jimiego same w sobie stanowią jego autobiografię. Hendrix zawsze twierdził, że jego zdaniem życie i muzyka są nierozdzielną całością. Ale jego muzyka, jedyne prawdziwe świadectwo, nie może tutaj przemówić, dlatego zasadniczy wymiar poetycki jest obecny w przytoczonych tekstach piosenek.

Wspomnienia Jimiego z pierwszych dwudziestu trzech lat jego życia bez trudności dały się ująć w ramy czasowe. Z oczywistych powodów muzyk nigdy nie przedstawił jasnej i spójnej relacji z tego, co działo się przez cztery ostatnie lata, niemniej mówił często i dużo o pomysłach, które rodziły się w jego głowie oraz o zmianach percepcji i świadomości, jakich doświadczał. Niniejsza książka ulega podobnej przemianie, ze zwykłego zapisu zdarzeń, stając się dziennikiem podróży wewnętrznej. Ta właśnie podróż jest jej zasadniczą treścią - co jest ze wszech miar słuszne, ponieważ u sedna opowieści Jimiego leży przekraczanie granic.

Przez pewien czas roboczy tytuł niniejszej książki brzmiał Letter to a Room Full of Mirrors ('List adresowany do pokoju pełnego luster'). W ostatnich latach życia Jimiego koncepcja lustra stała się jego obsesją. Lustro można odczytać jako symbol, ale można w nim również dostrzec najważniejsze drzwi, przez które przechodzi człowiek. Według tradycji rdzennych mieszkańców Ameryki zwierciadło autorefleksji oznacza normalny stan człowieczeństwa, w którym więzimy siebie samych, postrzegając świat z uwarunkowanego, powtarzalnego i przez to całkowicie nietwórczego punktu widzenia. W tym rozumieniu rozbić lustro autorefleksji znaczy sięgnąć poza ten ograniczony ogląd świata - ku nieskończonym możliwościom płynącym wprost ze źródła mocy twórczej.

Idee i natchnienia kogoś takiego biorą się z pierwotnych źródeł ludzkiego życia i myśli. Stąd też mówią one nie o aktualnym, rozbitym społeczeństwie i psychice, lecz o niewyczerpanym źródle, w którym rodzi się społeczność. Heros zmarł jako człowiek swej epoki, ale jako człowiek wiecznie żywy - doskonały, niekonkretny, uniwersalny - właśnie się odrodził.

Joseph Campbell, Bohater o tysiącu twarzy,

przełożył Andrzej Jankowski

Jeśli ta książka jest udana, to tylko dlatego, że Jimi był skłonny opowiadać o sobie z tak wielką wrażliwością, szczerością i humorem. Z tego właśnie względu musimy złożyć specjalne podziękowania wielu dziennikarzom, którzy przeprowadzili z nim wywiady, oraz kolekcjonerom, którzy zarejestrowali i przechowali materiały stanowiące kanwę niniejszego zbioru. W szczególny sposób pragnę podziękować Michaelowi Fairchildowi za niestrudzoną pracę przy wyszukiwaniu i potwierdzaniu autentyczności materiałów źródłowych, jak również za jego bezgraniczny entuzjazm i wkład twórczy, Christopherowi Mouldowi za nieocenione wsparcie i współudział w trudnym czasie rodzenia się tej książki oraz Kevinowi Steinowi za cierpliwość i wyczucie, którymi się wykazał, pomagając mi ukończyć ostateczną wersję tekstu. Dozgonną wdzięczność jestem także winien Alanowi Douglasowi - za to, że dał mi szansę pracy nad tak niesamowicie satysfakcjonującym projektem. Jego wiedza i jego porady były na każdym etapie pracy źródłem bezcennych wskazówek, a bez dalekowzroczności i zaangażowania, którymi się wykazał, ta książka nie mogłaby powstać.

Peter Neal

ŻYŁEM KIEDYŚ

W POKOJU

PEŁNYM LUSTER

DOOKOŁA TYLKO JA I JA

AŻ MÓJ DUCH SIĘ ZERWAŁ I ROZBIŁEM WSZYSTKIE LUSTRA

PRZED OCZAMI STANĄŁ MI SZEROKI ŚWIAT

TERAZ WIDZĘ, DOBRZE WIDZĘ CAŁY ŚWIAT

TERAZ IDĘ, ZA MIŁOŚCIĄ IDĘ W ŚWIAT

GŁOWĘ MIAŁEM PEŁNĄ ROZBITEGO SZKŁA

GŁOŚNO WYŁO I GŁĘBOKO CIĘŁO MNIE

MIAŁEM GŁOWĘ PEŁNĄ ROZBITEGO SZKŁA

GDY WYPADŁO, KALECZYŁO MNIE WE ŚNIE

WYPADAŁO, KALECZYŁO MNIE WE ŚNIE

W MOIM ŁÓŻKU DZIWNIE BYŁO KOCHAĆ SIĘ

MIŁOŚĆ WZEJDZIE NICZYM SŁOŃCE NAD GÓRAMI

I NA MORZE TEŻ WYLEJE ŚWIATŁO SWE

JEJ PROMIENIE ZNAJDĄ MOJĄ UKOCHANĄ

I TAK BĘDĘ WIEDZIAŁ JUŻ, KTO CZEKA MNIE

BOŻE, BĘDĘ WIEDZIAŁ JUŻ, KTO CZEKA MNIE

[Room Full of Mirrors]

I USED TO LIVE

IN A ROOM

FULL OF MIRRORS

ALL I COULD SEE WAS ME

WELL I TAKE MY SPIRIT AND CRASH MY MIRRORS

NOW THE WHOLE WORLD IS HERE FOR ME TO SEE

I SAID, THE WHOLE WORLD IS HERE FOR ME TO SEE

NOW I'M SEARCHING FOR MY LOVE TO BE

BROKEN GLASS WAS ALL IN MY BRAIN

CUT'N, SCREAMIN', CRYIN' IN MY HEAD

BROKEN GLASS WAS ALL IN MY BRAIN

IT USED TO FALL OUT OF MY DREAMS AND CUT ME IN MY BED

IT USED TO FALL OUT OF MY DREAMS AND CUT ME IN MY BED

I SAID, MAKING LOVE WAS STRANGE IN MY BED

LOVE COME SHINE OVER THE MOUNTAIN

LOVE COME SHINE OVER THE SEA

LOVE COME SHINE ON MY BABY

THEN I'LL KNOW EXACTLY WHO'S FOR ME

LORD, I'LL KNOW WHO'LL BE FOR ME

ROZDZIAŁ 1 (listopad 1942 - lipiec 1962)

VOODOO CHILD

DZIECKO Z UROKU

TAMTEJ NOCY, GDY PRZYSZEDŁEM NA ŚWIAT,

BÓG MI ŚWIADKIEM, KSIĘŻYC PŁONĄŁ CZERWIENIĄ.

MOJA BIEDNA MATKA JĘKNĘŁA:

"BOŻE, CYGANKA MIAŁA RACJĘ"

I UMARŁA, I UPADŁA NA ZIEMIĘ...

[Voodoo Child]

WELL, THE NIGHT I WAS BORN

LORD, I SWEAR THE MOON TURNED A FIRE RED.

WELL, MY POOR MOTHER CRIED OUT

"LORD, THE GYPSY WAS RIGHT"

AND I SEE'D HER FELL DOWN RIGHT DEAD...

Urodziłem się w Seattle,

w stanie Waszyngton,

w Stanach Zjednoczonych,

27 listopada 1942 roku,

w wieku lat

  ZERO.

PAMIĘTAM, JAK PIELĘGNIARKA zakładała mi pieluchę i o mało mnie przy tym nie ukłuła agrafką. Byłem w szpitalu, bo chyba na coś chorowałem, w każdym razie pamiętam, że nie czułem się najlepiej. Potem wyjęła mnie z łóżeczka, zaniosła do okna i pokazywała coś na niebie. To były fajerwerki - więc pewnie był akurat Dzień Niepodległości. Nieźle mnie kręciła ta pielęgniarka, bo prawdopodobnie podała mi penicylinę i byłem naćpany. Spojrzałem w górę, a niebo było po prostu takie, że...

Z z z z i u u u u z Z z z i u u u u u u u

To był mój pierwszy lot na haju!

Pamiętam też czasy, kiedy byłem taki mały, że bez problemu mieściłem się w koszu na bieliznę. A kiedy miałem dopiero cztery lata, zmoczyłem się w spodnie i stałem na deszczu przez kilka godzin, bo chciałem być mokry, żeby mama niczego nie zauważyła. Ale i tak zauważyła.

Mój tata był bardzo surowy i racjonalny, ale mama lubiła się przebierać i bawić. Nie stroniła od kieliszka i nie dbała o siebie, ale była fajną matką. Między rodzicami nie układało się najlepiej. Rozstawali się raz po raz, a mnie z bratem odsyłali to tu, to tam. Ja trafiałem najczęściej do cioci albo do babci. Zawsze musiałem być gotowy, żeby się zebrać po cichu i pojechać do Kanady.

Moja babcia jest Indianką. Pochodzi z plemienia Czirokezów. W Seattle mieszka wielu ludzi, którzy mają w sobie domieszkę indiańskiej krwi. Taką po prostu mamy rodzinę i tyle.

Bardzo często bywałem w jej rezerwacie w Vancouver, w Kolumbii Brytyjskiej. W tym rezerwacie mieszka ich całe mnóstwo, coś strasznego. Wszystkie domy wyglądają dokładnie tak samo, z tym że to właściwie wcale nie są domy, tylko zwykłe szopy. Prezentuje się to naprawdę paskudnie. Połowa z tych ludzi stacza się do rynsztoka i pije na umór. Nie robią kompletnie nic. Wkurzało mnie to tak, że... że nie obeszło mnie nawet, kiedy w szkole nauczyciel powiedział, że Indianie są niedobrzy! To znaczy, innymi słowami: "Wszyscy Indianie są źli, bo mają trypra!".

Teraz moja babcia mieszka w fajnym bloku w Vancouver. Ma w domu telewizor, radio i inne takie rzeczy. Ale jej srebrzyste włosy są tak samo długie jak dawniej.

Kiedy byłem mały, opowiadała mi piękne indiańskie baśnie, a dzieciaki w szkole śmiały się ze mnie, kiedy nosiłem chusty i poncza, które dla mnie szyła. Zwyczajna, trochę ckliwa historyjka. Dostałem od niej meksykańską kurteczkę z frędzlami. Była świetna, chodziłem w niej do szkoły codziennie, nie przejmując się, co sobie o mnie pomyślą; po prostu mi się podobała. Podobało mi się, że jestem inny niż wszyscy.

[Al i Lucille Hendrix rozwiedli się w grudniu 1950 roku. Mały Jimmy i jego młodszy brat Leon zostali pod opieką ojca. W styczniu 1958 r. jimmy widział się z mamą po raz ostatni. Umarła w lutym].

Kiedy byłem jeszcze bardzo mały, śniło mi się, że moja mama odjeżdża gdzieś z wielką karawaną, na grzbiecie wielbłąda. Na jej twarzy kładły się cienie liści. Wiesz, jak to wygląda, kiedy słońce prześwieca przez koronę drzewa? No, więc właśnie takie cienie, zielone i żółte, widziałem na jej twarzy. I mówiła do mnie tak: "Nie będziemy się już odtąd widywać zbyt często, więc do zobaczenia".

Umarła mniej więcej dwa lata później. Ten sen zachowam w pamięci na zawsze. Nigdy go nie zapomniałem. Są takie sny, których nie da się zapomnieć w żaden sposób.

* * * * * * *

ZAJMOWAŁ SIĘ MNĄ GŁÓWNIE TATA. Był człowiekiem religijnym, więc chodziłem do szkółki niedzielnej. Kładł mi do głowy, że zawsze muszę szanować starszych. Jeśli dorosły nie odezwał się pierwszy, mnie nie wolno było nic powiedzieć, więc zawsze siedziałem cichutko. Widziałem za to niejedno. Kto trzyma język za zębami, nie napyta sobie biedy.

Mój tata był ogrodnikiem, a wcześniej - elektrykiem. Wcale się u nas nie przelewało! Zimą, kiedy nie było trawników do strzyżenia, robiło się naprawdę krucho. Mnie tato strzygł tak krótko, że wyglądałem jak obdarty ze skóry kurczak, a znajomi przezywali mnie "Przyliz".

Czułem się wtedy bardzo samotny. Co wieczór przyprowadzałem do domu jakiegoś bezpańskiego psa, aż w końcu tata pozwolił mi jednego zatrzymać. To był najbrzydszy ze wszystkich, które pojawiły się w naszym domu. Wabił się Książę Hendrix, ale wołaliśmy na niego po prostu "pies"! Miałem też koty. Kocham zwierzęta. Najładniejsze są jelenie i konie. W okolicach Seattle widywałem dużo jeleni. Kiedyś zobaczyłem jednego i coś mnie tknęło, jakbym już go gdzieś spotkał. Przez ułamek sekundy miałem poczucie prawdziwej bliskości z tym zwierzęciem. Zawołałem: "Czekaj!", ale on sobie poszedł.

Do szkół chodziłem najpierw w Seattle, a potem w Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej, skąd pochodzą moi staruszkowie. W końcu wróciłem do Seattle, do Garfield High School. W sumie mieliśmy w szkole duży luz. Chodzili tam Chińczycy, Japończycy, Portorykańczycy, Filipińczycy... Wygrywaliśmy wszystkie mecze footballowe!

W szkole pisałem dużo wierszy, co sprawiało mi prawdziwą radość. Te wiersze były głównie o kwiatach, przyrodzie i o ludziach w długich szatach. Chciałem zostać aktorem albo malarzem. Najbardziej lubiłem malować sceny z życia na innych planetach: "Letnie popołudnie na Wenus", coś w tym rodzaju.

Najbardziej ze wszystkiego kręciły mnie podróże kosmiczne. Nauczycielka mówiła: "Namalujcie trzy scenki", a ja waliłem czyste abstrakcje, jakieś "Marsjańskie zachody słońca", jak babcię kocham!

Pytała mnie: "Jak się masz?",

a ja odpowiadałem coś od czapy, na przykład:

"No cóż, to zależy od tego,

 jak się mają ludzie na Marsie".

Po prostu nie wiedziałem, co innego mógłbym jej powiedzieć.

Miałem już dość mówienia: "Dziękuję, dobrze".

Powiedziała mi: "Masz za to iść do kąta". Poszedłem więc do tej klitki, nie większej niż boczny wózek do takiego motocykla, jakim jeździli gestapowcy - na siedzeniu kierowca, a w wózku dowódca. W ławce zawsze musiałem siedzieć sam. W trzeciej klasie przysiadła się do mnie nauczycielka i powiedziała: "Proszę, to jest przykład dla was!". A jednocześnie macała mnie po kolanach pod ławką.

Podobno notorycznie się spóźniałem, ale oceny dawali mi dobre, same piątki i czwórki. Tak naprawdę chodziło o to, że miałem dziewczynę; poznaliśmy się na zajęciach z plastyki i bez przerwy trzymaliśmy się za ręce. Plastyczce się to nie podobało, o nie. Była pełna uprzedzeń.

Powiedziała mi tak: "Panie Hendrix, za trzy sekundy widzę pana w szatni". Kiedy tam dotarłem, usłyszałem: "Co to ma znaczyć, czemu rozmawia pan w taki sposób z tą białą kobietą?". Odparłem: "A pani co, zazdrosna?". Wtedy ona się rozpłakała, a ja wyleciałem ze szkoły. Łatwo mnie wzruszyć do łez.

[Jimmy przestał chodzić do Garfield High School w październiku 1960 roku. Miał wtedy 17 lat].

PAMIĘTAM JAK

TAKTOWNIE USUNĘLI MNIE ZE SZKOŁY.

POWIEDZIELI, ŻE SIĘ NIE NADAJĘ...

A JA TAK UNIOSŁEM SIĘ DUMĄ, ŻE KRZYKNĄŁEM

NA CAŁY GŁOS: "DO DIABŁA Z TĄ

NIEMODNĄ SZKOŁĄ!".

CZEKASZ I CZEKASZ, WCIĄŻ NA PRÓŻNO,

NIC NIE WYBAWI CIĘ

OD TEJ NUDY ŻYCIA NA PODOBIEŃSTWO ANIOŁÓW.

ZAWSZE ROBISZ TO, CO TRZEBA, O NIC

NIE MUSISZ WALCZYĆ I NIGDY NIE KORCI CIĘ,

ŻEBY ZROBIĆ PIERWSZY KROK,

ZOBACZYĆ, CO JEST ZA ROGIEM.

Szkołę rzuciłem szybko. Nie miałem tam czego szukać. Chciałem, żeby w moim życiu coś się wydarzyło. Ojciec mi kazał, żebym znalazł sobie pracę. Przez kilka tygodni zajmowałem się więc pracą. Robiłem dla niego. Musiałem harować bardzo ciężko. Cały dzień nosiliśmy kamienie i cement, a on zgarniał całą wypłatę. Ja nie dostawałem nic. Brał wszystkie pieniądze dla siebie. Nie chciałem pracować aż tyle za takie marne grosze, więc zacząłem się obijać z innymi dzieciakami.

Czasami z kilkoma kumplami zaczepialiśmy policjanta i pół godziny później była już zadyma jak cholera. Czasami zamykali w areszcie, ale bardzo dobrze dostawało się tam jeść. Gliniarze to przeważnie straszliwe sukinsyny, jednak trafiali się też naprawdę porządni. Podchodzili do sprawy bardziej osobiście - nie bili tak mocno i po wszystkim można się było lepiej najeść. Tylko, że po jakimś czasie zrobiło się to okropnie nudne.

Mnóstwo dzieciaków ma ciężko w życiu. Jezu! W domu nie mogłem wytrzymać. Kilka razy uciekałem, tak mi tam było źle. Raz uciekłem po ostrej sprzeczce z ojcem. Uderzył mnie w twarz, a ja uciekłem. Kiedy zorientował się, że mnie nie ma, odchodził od zmysłów z niepokoju. Ale ja wtedy nie dbałem o uczucia innych ludzi. Wróciłem do domu, gdy dotarło do mnie, że tato się martwi. Nie przejąłem się tym zbytnio, ale to w końcu był mój ojciec. Chyba nigdy za bardzo nie wierzył, że mi się uda. Nie byłem dobrym dzieckiem, nie robiłem tego, co trzeba.

GORĄCE ŁZY

PALĄ MOJE OCZY,

ZAPADAJĄ GŁĘBOKO W DUSZĘ.

GORĄCE ŁZY PŁONĄ W MOJEJ DUSZY...

WYJEŻDŻAM STĄD, BO TAK TRZEBA.

ZRODZONY Z UROKU,

POSTARAM SIĘ BYĆ CUDOWNYM CHŁOPCEM.

KIEDY WRÓCĘ, KUPIĘ CAŁE TO MIASTO.

WRÓCĘ, KUPIĘ CAŁE MIASTO

I SCHOWAM DO BUTA.

I KTO WIE, MOŻE NAWET TROCHĘ CI DAM!

[Hear My Train A-Comin']

Kiedy w domu była prywatka dla dorosłych, siedziałem w pokoju na górze, a oni puszczali płyty Muddy'ego Watersa, Elmore'a Jamesa, Howlin' Wolfa i Raya Charlesa. Dźwięk nie był nawet zły, tylko niski, przytłumiony. Po skończonej zabawie zakradałem się tam, żeby podjeść trochę czipsów i wypalić niedopałki papierosów. W telewizji oglądałem "Grand Ol' Opry", program z muzyką country. Występowali tam czasem nieźli wymiatacze, naprawdę nieźli gitarzyści.

Pierwszym gitarzystą, na którego zwróciłem uwagę, był Muddy Waters. Kiedy byłem mały, usłyszałem jakieś jego nagranie. Wystraszyłem się na śmierć, bo nagle zalało mnie tyle dźwięków. No nie! O co tutaj chodzi? To było świetne. Muddy Waters podobał mi się, kiedy grał tylko na dwie gitary, harmonijkę i bęben taktowy. Rzeczy w rodzaju Rollin' and Tumblin' - to mnie ruszało, takie do bólu prymitywne gitarowe brzmienie.

Mój tato tańczył i grał na łyżkach. Moim pierwszym instrumentem była harmonijka, którą dostałem chyba w wieku czterech lat. Potem były skrzypce. Zawsze lubiłem instrumenty strunowe i pianina, ale chciałem mieć coś, co da się zabrać do domu i w ogóle wszędzie, a przecież nie mogłem zabrać do domu pianina.

Potem zafascynowałem się gitarami. Wydawało się, że każdy ma w domu jakąś gitarę. Któregoś wieczoru jeden znajomy ojca był tak nawalony, że sprzedał mi swoją gitarę za pięć dolarów. Nie wiedziałem, że skoro jestem leworęczny, to muszę założyć struny w odwrotnej kolejności, ale i tak coś mi nie pasowało. Pamiętam, że pomyślałem: "Coś tu nie gra".

Przełożyłem struny, ale gitara była nienastrojona. Nie miałem pojęcia o strojeniu, więc poszedłem do sklepu i przejechałem palcem po pustych strunach jednej gitary. I już wiedziałem, jak nastroić swoją.

Kiedy zaczynałem grać na gitarze, miałem czternaście albo piętnaście lat. Grałem u siebie, na podwórku za domem, a dzieciaki przychodziły i mówiły, że fajnie. Potem gitara znudziła mi się i odstawiłem ją, ale zainteresowałem się nią na nowo po tym, jak usłyszałem Chucka Berry'ego.

Uczyłem się wszystkich riffów, jakie tylko wpadły mi w ucho. Nikt nigdy nie dawał mi żadnych lekcji. Uczyłem się z płyt i z radia. Mówię ci, uwielbiałem moją muzykę. Kiedy mieszkałem w Seattle, wychodziłem na ganek za domem, bo nie chciałem siedzieć przez cały czas w czterech ścianach, i grałem na gitarze do płyty Muddy'ego Watersa. Nic innego mnie nie interesowało - tylko muzyka. Starałem się grać jak Chuck Berry i Muddy Waters. Nauczyć się wszystkiego, czego tylko było można.

Kiedy miałem siedemnaście lat, założyłem z kilkoma chłopakami kapelę, ale przy graniu wszyscy mnie zagłuszali. Z początku nie wiedziałem dlaczego, ale potem, po mniej więcej trzech miesiącach, dotarło do mnie, że muszę sprawić sobie gitarę elektryczną. Moją pierwszą była kupiona przez ojca Danelectro. Harował na nią bardzo długo, ale najpierw musiałem mu pokazać, że umiem grać. W tamtych czasach lubiłem prostego rock and rolla. Graliśmy kawałki takich grup jak The Coasters. Tylko że zanim można było wystąpić z zespołem, wszyscy musieli robić dokładnie to samo. Trzeba nawet było uczyć się tych samych kroków. Zacząłem się rozglądać za miejscami, gdzie można by zagrać. Pamiętam swój pierwszy występ, to było w składnicy broni Gwardii Narodowej, dostaliśmy trzydzieści pięć centów na głowę i dodatkowo każdy po trzy hamburgery.

Początki były strasznie trudne. Znałem jakieś trzy piosenki, a kiedy trzeba było wyjść na scenę, trząsłem się jak galareta, więc musiałem chować się za kurtyną. Nie mogłem się zmusić, żeby się zza niej wychylić. W takich momentach człowiek okropnie się zniechęca. Słyszy dookoła różne kapele i zawsze mu się wydaje, że gitarzysta jest sto razy lepszy od niego.

W tym momencie ludzie przeważnie dają za wygraną, ale lepiej tego nie robić. Trzeba wytrwać i iść dalej. Czasami z frustracji można znienawidzić całą tę gitarę, ale to tylko jeden z etapów nauki. Wytrwałych czeka nagroda. A jeśli jesteś naprawdę uparty, uda ci się.

W snach widywałem cyfry: jeden, dziewięć, sześć, sześć. Miałem bardzo dziwne przekonanie, że coś mnie czeka, że dostanę swoją szansę i ludzie mnie usłyszą. Zabrałem się za gitarę, bo nic więcej nie umiałem.

Zobaczysz, tato, pewnego dnia będę wielki i sławny. Uda mi się!

BYŁ SOBIE RAZ CHŁOPIEC,

KTÓRY ŻYŁ WE ŚNIE.

MYŚLI Z GŁOWY MU WYPADŁY,

WIATR JE PORWAŁ GDZIEŚ.

RĘKA Z NIEBA MU PRZYPIĘŁA

ODZNAKĘ NA PIERŚ.

RUSZAJ, KAZAŁ MOCNY GŁOS,

NIE OSZCZĘDZAJ SIĘ.

[Astro Man]

* * * * * * *

[W maju 1961 r. Jimmy został aresztowany za jazdę skradzionym samochodem. skazano go na dwa lata więzienia, ale sędzia zgodził się zawiesić wyrok, kiedy obrońca z urzędu powiedział, że oskarżony zamierzał zgłosić się do odbycia służby wojskowej].

Jimmy do sędziego:

"Tak jest, proszę pana.

Chciałem się zaciągnąć do Krzyczących Orłów[1]".

Miałem osiemnaście lat i ani grosza przy duszy. Właśnie wyszedłem z paki, gdzie przesiedziałem siedem dni za jazdę kradzionym samochodem, chociaż nie miałem pojęcia, że jest kradziony. Wiedziałem, że wcześniej czy później będę musiał iść do wojska, więc zajrzałem do pierwszej lepszej komisji poborowej i zgłosiłem się na ochotnika. Myślałem już wtedy, żeby zająć się graniem. Trochę nawet umiałem grać. Znałem może ze cztery piosenki. Takie zwyczajne kawałki, co wszyscy grają. Zamierzałem zostać zawodowym muzykiem, ale najpierw chciałem wszystko załatwić, żeby nikt się po mnie nie zgłosił, gdyby akurat właśnie zaczęło się dziać coś ciekawego.

Nie miałem żadnego muzycznego wykształcenia, więc nie mogłem zdobyć zawodowego kontraktu. Pomyślałem, że równie dobrze mogę odwalić całą służbę i tak zaciągnąłem się do sił powietrznodesantowych. Zrobiłem to z nudów, ale dopiero w wojsku poznałem prawdziwą nudę. Nie ma nic bardziej monotonnego niż obieranie kartofli od rana do wieczora.

Znienawidziłem wojsko od pierwszej chwili.

[Jakiś czas po śmierci Lucille do domu Ala Hendrixa wprowadziła się jego przyjaciółka Willene ze swoją córką Willette].

LIST DO DOMU, CZERWIEC 1961 R.:

Szanowni państwo Hendrix,

No tak, wiem, że już najwyższy czas, żebym napisał. Tylko że mieliśmy tutaj mnóstwo roboty. Co tam słychać w domu? Mam szczerą nadzieję, że u wszystkich wszystko w porządku. Tutejsza pogoda jest całkiem niezła, chociaż czasami mocno wieje, bo ocean jest blisko, jakieś trzy kilometry stąd. Nie mogę się rozpisywać, bo przed snem musimy posprzątać trochę na kwaterze. Chciałem tylko dać Wam znać, że żyję, chociaż nie żyje mi się najlepiej. Obcięli mi włosy do gołej skóry i muszę się golić. Od przyjazdu tutaj goliłem się dopiero dwa razy, licząc dzisiejszy. Będę się mógł do Was wyrwać dopiero za jakieś dwa miesiące - przy dobrych wiatrach. Powód jest taki, że przechodzimy teraz szkolenie podstawowe. Jestem tutaj raptem od tygodnia, a czuję się tak, jakby minął już z miesiąc. Chociaż mamy naprawdę mnóstwo roboty, to czas płynie powoli. Jak tam interes ogrodniczy? Mam nadzieję, że udanie. Moim zdaniem życie w wojsku jest znacznie droższe niż w cywilu. Jak dotąd każdy z nas musiał kupić dwa worki na pranie - dolar za sztukę, czapkę koszarową - dolar i siedemdziesiąt pięć centów, dwie kłódki po osiemdziesiąt centów, trzy ręczniki po pięćdziesiąt centów, pieczątkę i tusz - dolar siedemdziesiąt pięć, ostrzyc się za dolara i jeszcze sprawić sobie przybory do czyszczenia butów - dolar siedemdziesiąt, maszynkę do golenia, żyletki i mydło - drugie tyle, no i naszywki mundurowe za pięćdziesiąt centów. Zdaje się, że finansowo nie wyjdzie to wcale tak dobrze, jak mi się z początku wydawało...

Żołd dostaniemy dopiero 30 czerwca br., więc chciałbym zapytać, czy możecie mi przysłać pięć-sześć dolarów. Po przyjeździe dali nam tylko pięć dolarów, a prawie wszystko od razu się rozeszło, zostało mi półtora, które zniknie raz-dwa. Pod koniec miesiąca, kiedy wypłacą żołd, oddam Wam wszystko, jeśli coś mi przyślecie. Po zakwaterowaniu do jednostek będzie już znacznie lepiej, to tylko ten pierwszy miesiąc, kiedy siedzimy wszyscy razem, jest taki pochrzaniony. Teraz naprawdę muszę już kończyć. Jeśli będziecie mieć czas, proszę, napiszcie mi, chciałbym wiedzieć, co tam u Was.

Serdecznie pozdrówcie wszystkich ode mnie - babcię, Gracie, Willie May, wuja Franka, Betty itp., itd.

Całuję, James.

PS Proszę, jeśli tylko możecie, przyślijcie mi jak najszybciej kilka dolarów

- dziękuję.

Przeszkolenie było naprawdę ciężkie. Najgorsze doświadczenie w moim życiu. Cały czas sprawdzali, ile damy radę znieść. Było jedno takie ćwiczenie, które nazywaliśmy "wisielcze tortury". Wisiało się w uprzęży spadochronowej kilka centymetrów nad samą ziemią. Bywało, że trzeba było tak dyndać przez godzinę, a jeśli uprząż przekrzywiła się choćby odrobinę, męka była nie do wytrzymania. A na jej założenie miało się mniej więcej trzy sekundy. Próbowali nas hartować - więc musieliśmy spać w błocie. Chodziło o to, żeby zobaczyć, ile wytrzymamy. Ja się trzymałem. Zawziąłem się, że nie pęknę.

LIST DO DOMU, PAŹDZIERNIK 1961 R.:

Kochany Tato,

Właśnie dostałem list od Ciebie. Bardzo się cieszę, że wszystko u Ciebie w porządku i że Leon mieszka teraz z Tobą. To była dla mnie niespodzianka i naprawdę bardzo się z tego cieszę, bo wiem, że jak człowiek jest sam, to bywa trudno; wiem to po sobie, bo mnie też bywało. Coś takiego właśnie czuję, kiedy myślę o Tobie i o pozostałych - oraz o Betty. Przekaż Leonowi, żeby robił to, co trzeba, bo to, jak sam mi mówiłeś, opłaci się później w życiu. Bardzo się cieszę, że kupiłeś telewizor, i wiem, że urządzasz dom "jak się patrzy". Tak trzymać. Ja ze wszystkich sił będę się starał dostać do tej dywizji POWIETRZNODESANTOWEJ, żeby przynieść chlubę rodzinie. Osiągnę ten cel i wszyscy Hendrixowie będą mieli prawo nosić wojskową naszywkę Krzyczących Orłów (uśmiech)! Trzymajcie się, a gdy się zobaczymy, z dumą pokażę Wam ten emblemat na mundurze. Taką mam nadzieję.

Do taty Hendrixa od kochającego syna Jamesa

PS Bardzo Cię proszę, przyślij mi jak najszybciej moją gitarę - jest mi już teraz naprawdę potrzebna. Znajdziesz ją u Betty.

Z KOLEJNEGO LISTU DO DOMU:

Od dwóch tygodni nic, tylko nas trenują i katują. Ale prawdziwe piekło zaczyna się na kursie spadochronowym! Tam potrafią zajeździć człowieka na śmierć! Nic im się nie podoba i o wszystko robią awantury. Każą robić po dziesięć, piętnaście albo dwadzieścia pięć pompek - cały dzień przepycham Tennessee gołymi rękami - gonią do ćwiczeń na gołej ziemi wysypanej mokrymi trocinami, kiedy na dworze jest minus dwadzieścia. Drzazgi z nas lecą, naprawdę, a połowa ludzi rezygnuje. W ten sposób oddziela się mężczyzn od chłopców. Obym tylko został razem z mężczyznami.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Krzyczące Orły (Screaming Eagles) - przydomek słynnej amerykańskiej 101. Dywizji Powietrznodesantowej, powstałej w 1942 roku. Hendrix służył w niej ok. 13 miesięcy (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).