Jill - Philip Larkin

Kup ebooka

34.00 zł
28.22 zł (34,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ta opowieść rozgrywa się głównie podczas trymestru jesiennego 1940 roku na Uniwersytecie Oxfordzkim. Czas i miejsce są przeważnie prawdziwe, ale postacie - fikcyjne. Jako że historia, choć długa, pozostaje w istocie skromnym opowiadaniem, zrezygnowano z wyodrębniania rozdziałów, gdzieniegdzie wprowadzając jedynie światło.

.

John Kemp siedział w kącie pustego przedziału pociągu pokonującego ostatni odcinek trasy do Oxfordu. Dochodziła czwarta, w czwartkowe popołudnie w połowie października, i powietrze zaczęło już gęstnieć - jak zwykle jesienią, nim zapadnie zmrok. Niebo stężało od nieprzeniknionych chmur. Gdy pozostawili za sobą gazometry, wagony towarowe i osmalone wiadukty Banbury, wyjrzał na pola i zwrócił uwagę na przesuwające się błyskawicznie kępy drzew. Każdy więdnący liść miał swój własny odcień, od najbledszej ochry niemal po fiolet. Dzięki temu każde drzewo wyróżniało się spośród innych, jak na wiosnę. Żywopłoty wciąż były zielone, ale listki wplecionych w nie powojów nabrały niezdrowej żółtej barwy i z daleka wyglądały jak późne kwiaty. Niewielkie odnogi rzek wiły się wśród porosłych wierzbami łąk, tak że ich powierzchnia zasypana była liśćmi. Brzegi były spięte pustymi kładkami.

Wszystko wyglądało na zimne i opuszczone. Na szybach wagonów wciąż widniały niebieskawe zawijasy - ślady irchowych myjek - więc zajął się oglądaniem przedziału. Z pąsowych siedzeń wagonu trzeciej klasy unosiły się zapachy kurzu, lokomotywy i tytoniu, ale powietrze było ciepłe. Z przeciwległej ściany spoglądały na niego fotografie Portmadoc1 i zamku w Dartmouth2. Był drobnym osiemnastoletnim chłopcem o bladej twarzy i miękkich jasnych włosach, dziecinnie zaczesanych z lewej strony na prawą. Oparł się o siedzenie, wyprostował nogi, a dłonie wcisnął głęboko w kieszenie taniego niebieskiego płaszcza. Klapy wywinęły się na zewnątrz, a od guzików ciągnęły się zagniecenia. Jego szczupła twarz robiła wrażenie ściągniętej, wokół ust czaiło się napięcie, a na czole utrzymywała niewielka zmarszczka. Całej jego powierzchowności brakowało blasku i bujności. Tylko jedwabiste włosy, miękkie jak puch ostu, mogły stwarzać wrażenie, że jest ładny.

Cały dzień spędził w podróży i był głodny, gdyż właściwie nie jadł lunchu. Kiedy tego ranka wyruszał z domu w Lancashire, miał w kieszeniach dwie paczuszki z kanapkami, które matka przygotowała poprzedniego wieczora. Kanapki z jajkiem były zawinięte w biały papier, a kanapki z szynką w brązowy - każda przewiązana sznurkiem, porządnie, ale nie za mocno. Jednak za kwadrans pierwsza siedział w wypełnionym przedziale, bez perspektywy przesiadki przez najbliższe pięćdziesiąt minut - a ponieważ bał się jeść przy obcych, z niepokojem spoglądał na współpasażerów, chcąc się przekonać, czy oni także wyjmą jedzenie. Nic na to nie wskazywało. Jeden z mężczyzn przepchnął się do wyjścia i poszedł zjeść lunch w wagonie restauracyjnym, ale pozostali - dwie starsze panie, piękna dziewczyna oraz duchowny, który czytał książkę i robił w niej zapiski - spokojnie siedzieli na miejscach. John nie podróżował dotąd zbyt często i z tego, co wiedział, jedzenie w przedziale to przejaw złych manier. Próbował czytać. Ale o pierwszej, zdesperowany, przemknął do łazienki, zaryglował drzwi i zdążył połknąć kilka kanapek, zanim wściekłe łomotanie do drzwi sprawiło, że wypchnął resztę przez wywietrznik, hałaśliwie i bez potrzeby spuścił wodę w klozecie, po czym wrócił na swoje miejsce. Zupełnie jakby jego powrót był umówionym sygnałem, niższa i grubsza ze starszych pań rzuciła z zadowoleniem: "No!" i wyjęła skórzaną torbę na zakupy, z której wydobyła: serwetki, paczuszki z kanapkami, małe ciastka z owocami i termos, po czym obie zaczęły jeść - zrobił się z tego mały piknik. Tymczasem piękna dziewczyna wyciągnęła zwykłe bułki z serem zawinięte w sreberko, nawet stary duchowny wkruszał sobie do ust herbatniki, z chustką do nosa wetkniętą za koloratkę. John ledwie śmiał oddychać. Czuł, że starsze panie wymieniają spojrzenia; siedział zgnębiony i przewracał strony Snu nocy letniej, czekając na to, co, jak wiedział, musi nastąpić: chwilę, gdy któreś ze współpasażerów litościwie zaproponuje, żeby się poczęstował. I rzeczywiście - po pięciu minutach poczuł trącenie łokciem i zobaczył, że niższa i grubsza z pań wychyla się ku niemu z owiniętą w serwetkę paczuszką. Kobieta miała zaróżowioną twarz i obnażała w uśmiechu sztuczne zęby.

- Może miałbyś ochotę na kanapkę, chłopcze?

Stukot pociągu częściowo zagłuszał jej słowa, ale gest był wymowny.

- Hm... nie, dziękuję... to bardzo miło z pani strony... nie, dziękuję... ja...

Nie mógł przecież tłumaczyć, że swój lunch wyrzucił przez okno ubikacji; tymczasem pani nadal trzymała przed nim zawiniątko, potrząsając nim zdecydowanie.

- Śmiało, chłopcze... w bród... będziesz głodny...

Pod beżowym płaszczem podróżnym miała kremową bluzkę z kołnierzykiem spiętym stalową broszką.

Ponieważ John nadal za pomocą gestów i słów dawał do zrozumienia, że to bardzo miło z jej strony, ale naprawdę dziękuje, schowała kanapki i otworzyła torebkę.

- Nie jest ci słabo, prawda? - Pulchną dłonią gmerała pośród listów i kluczy; trąciła też chusteczkę pachnącą lawendą i buteleczkę tabletek. - Jeśli boli cię głowa, mam sole trzeźwiące... połóż się...

Ale on już wziął kanapkę, wszystko bowiem byłoby lepsze, niż zostać spryskanym wodą kolońską albo zmuszonym do siedzenia przy otwartym oknie. Piękna dziewczyna wpatrywała się w niego z rozbawieniem, oblizując końce palców; nawet duchowny, który obierał szarą renetę srebrnym scyzorykiem, przerwał, by rzucić mu wesołe spojrzenie. W końcu John był zmuszony przyjąć nie tylko trzy kanapki od pań, ale również kawałek ciasta od dziewczyny i ćwiartkę jabłka od duchownego. Siedział zupełnie upokorzony i żuł - z oczami wbitymi w brudną podłogę.

Zatem teraz, cztery godziny później, był głodny, ale tak bliski końca podróży, że niepokój odbierał mu ochotę na jedzenie. A pociąg zdawał się przyspieszać, prąc naprzód z rytmicznym stukotem - jak gdyby wiedział, że zbliża się do celu jego podróży. John wyjrzał przez okno i dostrzegł mężczyznę wychodzącego w pole ze strzelbą, dwa konie przy furtce - a teraz przy linii kolejowej pojawiły się kanał i rzędy domów. Wstał i patrzył na zbliżające się miasto poprzez działki, przydomowe ogródki i sterty węgla pokryte opadłymi liśćmi. Czerwone ceglane mury lśniły przytłumionym ciepłem, które kiedy indziej mógłby podziwiać. Teraz był zbyt zdenerwowany. Pociąg łomotał, mijając żelazne mosty, pola kapusty i fabrykę z wymalowanym, wielkim, białym napisem, którego nawet nie przeczytał; dym brudził niebo; pociąg gwałtownie przechylał się na kolejnych zwrotnicach. Nastawnia. Prędkość zdawała się zwiększać, gdy mknęli w kierunku dworca szerokim łukiem, między mnóstwem wagonów, wśród których John dostrzegł i taki ze swoich stron. Potem zadaszony peron z okapami, głuche krzyki, zwalniające twarze, kiedy on z mozołem ściągał z półki ciężką walizkę, dygot hamowania i kłęby pary.

- Oxford! Oxford! - krzyczał bagażowy, idąc wzdłuż całego peronu, gdyż wszystkie tablice z nazwami miejscowości zostały zdjęte na czas wojny. John wysiadł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki