Języki prawdy - Salman Rushdie

-
Proszę czekać

Baśnie

1

Dawno, dawno temu, jesz­cze przed poja­wie­niem się ksią­żek, były opo­wie­ści. Nikt ich nie spi­sy­wał, ale ktoś je cza­sem wyśpie­wy­wał. Na świat przy­cho­dziły dzieci i zanim nauczyły się mówić, rodzice śpie­wali im na przy­kład o jaju, które stur­lało się z muru, albo o chłopcu i dziew­czynce, któ­rzy wspięli się na pagó­rek i potem zeń spa­dli. Dzieci rosły, ale wciąż się doma­gały, by im opo­wia­dać. Doma­gały się tego nie­mal tak czę­sto jak jedze­nia. Opo­wia­dało się im więc o gęsi zno­szą­cej złote jaja, o chłopcu, który sprze­dał krowę żywi­cielkę za garść magicz­nych faso­lek, o nie­grzecz­nym kró­liku, który wszedł na zaka­zane pole nie­do­brego chłopa. Dzieci ubó­stwiały te histo­rie i chciały, żeby je im powta­rzać wiele, wiele razy. A potem doro­ślały i znaj­do­wały je w książ­kach. I oprócz nich także inne histo­rie, wcze­śniej nie­znane: o dziew­czynce, która wpa­dła do kró­li­czej nory, o głu­piut­kim, ale poczci­wym niedź­wiadku, pro­siaczku, który się wszyst­kiego bał, i ponu­rym ośle, o nie­zwy­kłej rogatce, o miej­scu, gdzie żyją dzi­kie stwory. Słu­chały tych opo­wie­ści, czy­tały je i zako­chi­wały się w nich, zako­chi­wały się w histo­rii Mic­keya w noc­nej kuchni z magicz­nymi pie­ka­rzami podob­nymi do fil­mo­wego Flipa, w histo­rii Pio­tru­sia Pana, który uwa­żał, że śmierć może być fan­ta­styczną przy­godą, w histo­rii Bilbo Bag­ginsa wygry­wa­ją­cego poje­dy­nek na zagadki z dziw­nym stwo­rem z jaskini, który utra­cił swój skarb, i wtedy budziło się w nich to coś, co mogły pie­lę­gno­wać potem przez całe życie - wyobraź­nia.

Dzieci łatwo zako­chi­wały się w opo­wie­ściach i żyły nimi; codzien­nie wymy­ślały różne histo­rie do zabawy: napa­dały na zamki, pod­bi­jały kra­iny i żeglo­wały po błę­kit­nym oce­anie, a w ich snach roiło się od smo­ków. Sta­wały się baja­rzami, twór­cami i odbior­cami opo­wie­ści. Ale nie­stety nie prze­sta­wały też rosnąć i opo­wie­ści powoli się od nich odda­lały, ktoś je wyno­sił w pudłach na strych i byłym dzie­ciom z coraz więk­szym tru­dem przy­cho­dziło opo­wia­da­nie i słu­cha­nie, nie mówiąc już o zako­chi­wa­niu się. Nie­któ­rym to zaczęło się wyda­wać wręcz nie­ważne, nie­po­trzebne: "Dzie­ci­nada", stwier­dzały. Bie­dacy, ale nie należy o nich myśleć jako o głu­pich, nud­nych, drob­no­miesz­czań­skich fra­je­rach - trzeba im współ­czuć.

Myślę, że jeste­śmy, jacy jeste­śmy, wła­śnie dzięki tym książ­kom i opo­wie­ściom, które kie­dyś poko­cha­li­śmy, albo że - by nie popaść w prze­sadę - akt zako­chi­wa­nia się w książce albo opo­wie­ści w jakiś spo­sób nas zmie­nia i uko­chana baśń staje się cząstką naszego obrazu świata, ele­men­tem tego, jak rozu­miemy różne rze­czy, jak oce­niamy i jak podej­mu­jemy decy­zje w codzien­nym życiu. Jed­nak może być rów­nież tak, że jako osoby doro­słe, już nie­po­tra­fiące zako­chać się ot tak, zosta­jemy z zale­d­wie kil­koma książ­kami, które możemy nazwać przed­mio­tem naszej miło­ści. Może wła­śnie dla­tego doko­nu­jemy wielu złych wybo­rów.

Nie jest też ta miłość bez­wa­run­kowa ani wieczna. Gdy prze­kra­czamy jakąś barierę wie­kową, bywa, że książka prze­staje do nas prze­ma­wiać - nasze uczu­cie do niej bled­nie. Albo na odwrót - im wię­cej z wie­kiem naby­wamy mądro­ści, tym bar­dziej doce­niamy książkę, którą wcze­śniej odrzu­ci­li­śmy; znie­nacka dobiega nas jej melo­dia, dajemy się jej ocza­ro­wać. Sam nie dałem rady dokoń­czyć Bla­sza­nego bębenka Güntera Grassa, gdy czy­ta­łem go na stu­diach. Ta wspa­niała powieść dogo­ry­wała na półce dobre dzie­sięć lat, zanim dałem jej drugą szansę, i wtedy stała się jedną z moich naj­ulu­bień­szych - jedną z tych ksią­żek, o któ­rych powie­dział­bym, że je kocham. Warto sobie zadać pyta­nie: Które książki szcze­rze kocham? To inte­re­su­jące pyta­nie. Spró­buj­cie zna­leźć na nie odpo­wiedź. Powie wam ona dużo o tym, kim obec­nie jeste­ście.

Dora­sta­łem w Bom­baju, mie­ście, które dzi­siaj nie jest już ani tro­chę takie jak daw­niej i nawet zmie­niło nazwę na sym­pa­tycz­niej brzmiący Mum­baj, ja jed­nak znam je z cza­sów tak nie­po­dob­nych do dzi­siej­szych, że wydają się nie­moż­li­wie odle­głe, wręcz baj­kowe: taka ucie­le­śniona wer­sja mitycz­nego zło­tego wieku. Dzie­ciń­stwo, jak przy­po­mina nam A.E. Housman w wier­szu "Zie­mia utra­co­nej rado­ści"1, to kra­ina, do któ­rej wszy­scy kie­dyś nale­że­li­śmy i którą kie­dyś wszy­scy utra­cimy:

Do serca mego powie­trze zbó­jec­kie Wdziera się z kra­iny, co hen, daleko Czymże są wzgó­rza w pamięci nie­bie­skie Czymże te dachy, czym tamto poletko?

To zie­mia jest rado­ści stra­co­nej Widzę ją skrzącą, wyraźną duszy okiem Zna­łem kie­dyś te drogi wesołe Lecz już tam nie wrócę. Nie mogę.

W tam­tym dale­kim Bom­baju opo­wie­ści i książki z Zachodu, które do mnie docie­rały, spra­wiały wra­że­nie iście baśnio­wych. Kró­lowa Śniegu Hansa Chri­stiana Ander­sena, z okru­chami magicz­nego lustra, które prze­ni­kały do ludz­kiej krwi i zamie­niały serca w lód, była dla małego miesz­kańca tro­pi­ków tym bar­dziej prze­ra­ża­jąca, że nie znał innego lodu prócz tego w lodówce. A Nowe szaty cesa­rza wyda­wały się szcze­gól­nie roz­ryw­kowe chłopcu, który dora­stał zaraz po ode­rwa­niu się Indii od impe­rium bry­tyj­skiego. I był też Huc­kle­berry Finn, znie­wa­la­jący dla dzie­ciaka z Bom­baju, z powodu nad­zwy­czaj­nej swo­body dzia­ła­nia, jaką dys­po­no­wał jego tytu­łowy boha­ter, choć zacho­dzi­łem w głowę, dla­czego tak jest, że zbie­gły nie­wol­nik Jim, który usi­łuje dotrzeć na Pół­noc, gdzie ludzie nie są nie­wol­nikami, wsiada na tra­twę pły­nącą w dół Mis­si­sipi, która prze­cież pły­nie na Połu­dnie?

Zapewne opo­wie­ści z innych kra­jów zawsze brzmią jak baśnie i z pew­no­ścią to wła­śnie jest jeden z naj­wspa­nial­szych cudów lite­ra­tury, że poka­zuje nam wiele innych "gdzie indziej", od pod­mor­skiego świata Małej Syrenki po kra­inę Oz, i oddaje nam je w posia­da­nie. Dla mnie jed­nak praw­dziwe baśnie były bli­żej domu i zawsze uwa­ża­łem, że mam wiel­kie szczę­ście jako pisarz, bo ota­czały mnie, gdy dora­sta­łem.

Nie­które z tych opo­wie­ści miały pier­wot­nie cha­rak­ter reli­gijny, ale jako że wycho­wy­wa­łem się w domu świec­kim, odbie­ra­łem je po pro­stu jako piękne histo­rie. Co nie ozna­czało zresztą, że nie wie­rzy­łem w nie. Kiedy dowie­dzia­łem się o ist­nie­niu Samu­dry man­thany, hin­du­istycz­nej legendy o tym, jak wielki bóg Indra tak długo ubi­jał Drogę Mleczną, uży­wa­jąc jako tłuczka baśnio­wej góry Man­dara, aż zmu­sił gigan­tyczny ocean mleka na nie­bie, by wydał amrytę, nek­tar nie­śmier­tel­no­ści, zaczą­łem patrzeć na gwiazdy w inny spo­sób. W tam­tych nie­sa­mo­wi­cie sta­ro­żyt­nych cza­sach, czyli moim dzie­ciń­stwie, jesz­cze zanim zanie­czysz­cze­nie świa­tłem spra­wiło, że więk­szość gwiazd stała się nie­wi­dzialna dla miesz­kań­ców miast, pewien chło­piec w ogro­dzie w Bom­baju wciąż mógł wpa­try­wać się w nocne niebo, sły­szeć muzykę sfer i z pokorną rado­ścią podzi­wiać gruby pas Galak­tyki. Wyobra­ża­łem sobie, że kapie z niego magiczny nek­tar. I że jeśli otwo­rzę usta, wpad­nie do nich kro­pelka, a wów­czas i ja stanę się nie­śmier­telny.

Na tym wła­śnie polega uroda baśni oraz jej potomka, czyli fik­cji: wiemy, że ta czy inna opo­wieść jest dzie­łem wyobraźni, innymi słowy mówi nie­prawdę, a zara­zem wolno nam wie­rzyć, że kryje się w niej sama prawda. W takich chwi­lach gra­nica mię­dzy tym, co magiczne, a co praw­dziwe, zaciera się.

Moja rodzina i ja nie byli­śmy hin­du­sami, ale wie­rzy­li­śmy, że wiel­kie baśnie hin­du­izmu są otwarte rów­nież na nas. W dniu dorocz­nego święta Gan­pati, kiedy nie­prze­brane tłumy nio­sły na skraj wody na plaży Ćau­pati figury Ganeśi, bóstwa z głową sło­nia, aby zanu­rzać je w morzu, odno­si­łem wra­że­nie, że Ganeśa należy także do mnie; był jakby sym­bo­lem zbio­ro­wej rado­ści i jed­no­ści miesz­kań­ców mia­sta, a nie człon­kiem pan­te­onu "kon­ku­ren­cyj­nej" wiary. Kiedy się dowie­dzia­łem, że Ganeśa tak bar­dzo kochał lite­ra­turę, że usiadł u stóp Wjasy, hin­du­skiego Homera, i został skrybą, który spi­sał wielki poemat epicki Maha­bha­rata, to poczu­łem, że jest jesz­cze bar­dziej mój, a kiedy doro­słem, napi­sa­łem powieść Dzieci pół­nocy i obda­rzy­łem jej nar­ra­tora, Salima, nad­zwy­czaj wiel­kim nosem, bo chcia­łem, by nie­za­leż­nie od jego muzuł­mań­skich korzeni nie­mal odru­chowo koja­rzył się z naj­bar­dziej lite­rac­kim z bogów obda­rzo­nym wielką trąbą zamiast nosa. Zatar­cie gra­nic mię­dzy kul­tu­rami reli­gij­nymi w tam­tym sta­rym, praw­dzi­wie świec­kim Bom­baju spra­wia dzi­siaj wra­że­nie jesz­cze jed­nej rze­czy dzie­lą­cej prze­szłość Indii od jej gorz­kiej, stłam­szo­nej, ocen­zu­ro­wa­nej, sek­ciar­skiej teraź­niej­szo­ści.

Maha­bha­rata i jej odprysk, Rama­jana, dwie naj­dłuż­sze baśnie świata, wciąż są żywe i ważne dla hin­du­sów, także w codzien­nym życiu, tak jak greccy i rzym­scy bogo­wie byli kie­dyś żywi w wyobraźni Zachodu. Daw­niej, choć wcale nie tak dawno temu, w kra­jach Zachodu wystar­czyło napo­mknąć alu­zyj­nie o sza­cie Deja­niry i ludzie od razu wie­dzieli, o co cho­dzi: że umie­ra­jący cen­taur Nes­sos namó­wił Deja­nirę, żonę Hera­klesa, zwa­nego też Her­ku­le­sem, by zacho­wała jego krew i nasą­czyła nią szatę męża, co miało rze­komo zapew­nić jego wier­ność - Nes­sos wie­dział jed­nak, że jego krew jest tru­jąca i zabije herosa. Daw­niej wszy­scy wie­dzieli, że po śmierci Orfe­usza, naj­więk­szego z poetów i śpie­wa­ków, jego odcięta głowa nie prze­stała śpie­wać. Ludzie mogli się­gać po te wizje, bo były meta­fo­rami poma­ga­ją­cymi im w zro­zu­mie­niu świata. Kiedy umiera arty­sta, sztuka nie umiera razem z nim. Pieśń żyje dłu­żej niż śpie­wak. A szata Deja­niry ostrze­gała nas, że nawet naj­bar­dziej wyjąt­kowy dar może być nie­bez­pieczny. Innym takim darem był oczy­wi­ście koń tro­jań­ski, który wpoił nam wszyst­kim strach przed Gre­kami, nawet tymi, któ­rzy przy­no­szą dary. Zresztą nie­któ­rym meta­fo­rom z baśni Zachodu także udało się oca­leć.

Baśnie były żywe zarówno w Indiach mojego dzie­ciń­stwa, jak i w dzi­siej­szych, z tą róż­nicą, że można je teraz pozna­wać pra­wie bez czy­ta­nia, co zapewne ucie­szy nie­któ­rych, bo Maha­bha­rata, naj­dłuż­szy poemat w lite­ra­tu­rze świa­to­wej - liczy dwie­ście tysięcy wer­sów, czyli jest dzie­sięć razy dłuż­sza od Iliady i Ody­sei wzię­tych razem, pod­czas gdy Rama­jana ma około pięć­dzie­się­ciu tysięcy wer­sów, czyli "zale­d­wie" dwa i pół razy tyle co połą­czone dzieła Homera. W każ­dym razie dla młod­szych czy­tel­ni­ków powstała seria nie­zwy­kle popu­lar­nych komik­sów wydaw­nic­twa Amar Chi­tra Katha, "nie­śmier­telne opo­wie­ści w obraz­kach", zawie­ra­jąca mistrzow­skie inter­pre­ta­cje fabuł z obu poema­tów, z kolei dla doro­słych nakrę­cono dzie­więć­dzie­siąt cztery odcinki tele­wi­zyj­nej wer­sji Maha­bha­raty, która była emi­to­wana w latach dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku i biła rekordy oglą­dal­no­ści, spra­wia­jąc, że cały kraj sta­wał w miej­scu.

Trzeba jed­nak zazna­czyć, że wpływ tych opo­wie­ści nie zawsze jest pozy­tywny. Hin­du­skie par­tie nacjo­na­li­styczne, na przy­kład BJP2, sto­sują w swych sek­ciar­skich kam­pa­niach poli­tycz­nych reto­rykę prze­szło­ści, aby móc snuć mrzonki o powro­cie do Ram Radźja, "Kró­le­stwa Ramy", domnie­ma­nego zło­tego wieku hin­du­izmu, w któ­rym nie dawali się we znaki wyznawcy innych reli­gii. Upo­li­tycz­nie­nie Rama­jany i hin­du­izmu w ogól­no­ści przez nie­prze­bie­ra­ją­cych w środ­kach przy­wód­ców sekt to groźny trend, czego wymowną ilu­stra­cją może być atak na The Hin­dus - zna­ko­mite dzieło naukowe jed­nej z naj­lep­szych znaw­czyń san­skrytu, Wendy Doni­ger - i poża­ło­wa­nia godna decy­zja indyj­skiej filii wydaw­nic­twa Pen­guin, żeby w reak­cji na kry­tykę fun­da­men­ta­li­stów wyco­fać tę książkę z księ­garń i oddać ją na prze­miał.

Nie­które baśniowe wątki także czę­sto wykra­czają poza poli­tykę. W nie­któ­rych póź­niej­szych wer­sjach Rama­jany wygnany bóg Rama i jego brat Laksz­mana pozo­sta­wiają żonę Ramy, Sitę, samą w ich leśnej sie­dzi­bie, po czym wypra­wiają się na polo­wa­nie na zło­tego jele­nia, nie wie­dząc, że jeleń to w rze­czy­wi­sto­ści zły demon rak­śasa w prze­bra­niu. Aby ochro­nić Sitę pod­czas ich nie­obec­no­ści, Laksz­mana nary­so­wał rekhę, zacza­ro­wany kon­tur; każdy oprócz Ramy, Laksz­many i Sity, kto spró­bo­wałby prze­kro­czyć tę linię, spło­nąłby w bucha­ją­cych od niej pło­mie­niach. Tym­cza­sem król demon Rawana prze­brał się za żebraka i pod­szedł pod drzwi Sity, bła­ga­jąc o datek, i Sita prze­kro­czyła linię, aby dać mu, o co pro­sił. Rawana pochwy­cił ją wtedy i porwał do kró­le­stwa Lanki, a potem Rama i Laksz­mana musieli sto­czyć z nim wojnę, aby odzy­skać Sitę. "Prze­kra­cza­nie rekhy Laksz­many" stało się meta­forą prze­kra­cza­nia gra­nic tego, co dozwo­lone albo słuszne, posu­wa­nia się za daleko, głu­piego pod­da­wa­nia się obra­zo­bur­stwu i ścią­ga­nia na sie­bie strasz­li­wych kon­se­kwen­cji.

Kilka lat temu w Delhi dwu­dzie­sto­trzy­let­nia stu­dentka padła ofiarą bru­tal­nego zbio­ro­wego gwałtu i zmarła póź­niej z powodu potwor­nych obra­żeń. Kilka dni po tym okrop­nym zda­rze­niu mini­ster stanu stwier­dził, że gdyby ta młoda kobieta nie "prze­kro­czyła rekhy Laksz­many" - innymi słowy, nie wsia­dła tam­tego wie­czoru do auto­busu z zaprzy­jaź­nio­nym męż­czy­zną, lecz roz­waż­nie została w domu - to nikt by na nią nie napadł. Póź­niej z powodu powszech­nego obu­rze­nia odwo­łał to, co powie­dział, ale wyko­rzy­sta­nie przez niego owej meta­fory ujaw­niło, że wielu - zbyt wielu! - męż­czyzn w Indiach wciąż uważa, że kobie­tom nie wolno prze­kra­czać pew­nych gra­nic. Należy dodać, że w naj­bar­dziej tra­dy­cyj­nych wer­sjach Rama­jany, w tym ory­gi­nal­nej wer­sji poety Wal­mi­kiego, nie ma histo­rii rekhy Laksz­many. I co z tego? Apo­kry­ficzna wer­sja baśni miewa nie­kiedy rów­nie potężny wydźwięk jak kano­niczna.

Pra­gnę jed­nak wró­cić do mojego dzie­cię­cego "ja", do tam­tego chłopca ocza­ro­wa­nego opo­wie­ściami, któ­rych jedy­nym celem było cza­ro­wa­nie wła­śnie. Pra­gnę się ode­rwać od wiel­kich poema­tów reli­gij­nych i znów zaj­rzeć do wspa­nia­łych zaso­bów bła­zeń­skich, fry­wol­nych, tajem­ni­czych, eks­cy­tu­ją­cych, komicz­nych, dzi­wacz­nych, sur­re­al­nych i bar­dzo czę­sto sek­sow­nych nar­ra­cji ukry­tych w głę­bi­nach maga­zynu Wschodu, ponie­waż - nie tylko ponie­waż, ale ow­szem, ponie­waż - poka­zują, ile przy­jem­no­ści można czer­pać z lite­ra­tury, kiedy wynie­sie się Boga poza nawias. Jedną z naj­bar­dziej zna­czą­cych cech opo­wie­ści zebra­nych pod nazwą Księga tysiąca i jed­nej nocy, by podać choć jeden przy­kład, jest nie­mal cał­ko­wita nie­obec­ność reli­gii. Mnó­stwo seksu, sporo figli, bar­dzo dużo prze­bie­gło­ści, potwory, dżinny, gigan­tyczne pta­szy­ska ruki, a nie­kiedy rzeki krwi, ale żad­nego Boga. Dla­tego wła­śnie surowi, ceniący cen­zurę isla­mi­ści tak bar­dzo tej księgi nie zno­szą.

W maju 2010 roku w Egip­cie, zale­d­wie sie­dem mie­sięcy przed wybu­chem maso­wych pro­te­stów spo­łecz­nych prze­ciwko pre­zy­den­towi Hosniemu Muba­ra­kowi, grupa islam­skich praw­ni­ków dowie­działa się o nowym wyda­niu Alf lajla wa-lajla (ory­gi­nalny arab­ski tytuł Księgi tysiąca i jed­nej nocy) i wnio­sła powódz­two do sądu, doma­ga­jąc się wyco­fa­nia tej edy­cji i zaka­za­nia dal­szego wyda­wa­nia książki będą­cej ich zda­niem "wezwa­niem do występku i grze­chu", bo zawiera kilka wzmia­nek o sek­sie. Na szczę­ście ich sta­ra­nia speł­zły na niczym i póź­niej uwagę Egip­cjan zajęły waż­niej­sze sprawy. Wła­ści­wie jed­nak cze­goś dowie­dli. W tej książce zaiste jest kilka wzmia­nek o sek­sie, a zresztą jej boha­te­ro­wie wydają się nim bar­dziej zaab­sor­bo­wani niż oka­zy­wa­niem poboż­no­ści, co - jak argu­men­to­wali praw­nicy - istot­nie mogło być wezwa­niem do występku dla dogma­ty­ków z wypa­czo­nym spoj­rze­niem na świat. Uwa­żam, że owo wezwa­nie jest czymś wspa­nia­łym i że warto go usłu­chać, ale fakty dowo­dzą, że budzi ono wzbu­rze­nie w ludziach, któ­rzy nie lubią muzyki, żar­tów i przy­jem­no­ści. To wręcz zachwy­ca­jące, że ten feno­me­nalny zbiór baśni zacho­wał do dziś moc dener­wo­wa­nia fana­ty­ków tego świata, mimo że minęło tysiąc dwie­ście lat, odkąd poja­wiły się na świe­cie.

W języku angiel­skim Księga tysiąca i jed­nej nocy jest zazwy­czaj nazy­wana "Arab­skimi nocami", ale by­naj­mniej nie pocho­dzi ze świata arab­skiego. Jest praw­do­po­dob­nie hin­du­ska - hin­du­skie zbiory tra­dy­cyj­nie zawie­rają baśnie oparte na kom­po­zy­cji szka­tuł­ko­wej, przy­po­mi­na­jące rosyj­skie matrioszki, a także bajki o zwie­rzę­tach. Mniej wię­cej w VIII wieku opo­wie­ści te prze­są­czyły się do języka per­skiego i zgod­nie z oca­la­łymi skraw­kami infor­ma­cji ich zbiór otrzy­mał tytuł Hazar afsane - "Tysiąc opo­wie­ści". Zacho­wał się doku­ment z X wieku, z Bag­dadu, który opi­suje Hazar afsane i wzmian­kuje o jego ramo­wej struk­tu­rze: że jest to rzecz o złym królu, który noc w noc zabija kolejną żonę, aż wresz­cie jed­nej z tych nie­szczę­śnic udaje się odda­lić widmo egze­ku­cji dzięki temu, że opo­wiada mu baśnie. I tu po raz pierw­szy pada imię Sze­he­re­zada. Nie­stety, nie zacho­wał się żaden egzem­plarz Hazar afsane, tego wiel­kiego "bra­ku­ją­cego ogniwa" lite­ra­tury świa­to­wej, sław­nego opa­słego tomisz­cza, dzięki któ­remu baśnie Indii wypra­wiły się w podróż na zachód, aż w któ­rymś momen­cie natra­fiły na język arab­ski i prze­obra­ziły się w Baśnie tysiąca i jed­nej nocy, księgę, którą wyda­wano w naj­roz­ma­it­szych wer­sjach, gdyż nie miała usta­lo­nej formy kano­nicz­nej. I podą­żała coraz dalej na zachód, naj­pierw do Fran­cji, gdzie uka­zała się w XVIII wieku w opra­co­wa­niu Anto­ine'a Gal­landa, który dodał kilka opo­wie­ści nie­za­miesz­czo­nych w edy­cji arab­skiej - mię­dzy innymi "Cudowną lampę Ala­dyna" oraz "Ali­babę i czter­dzie­stu roz­bój­ni­ków". Potem fran­cu­ska muta­cja docze­kała się prze­miany w angiel­ską, angiel­ska zaś tra­fiła póź­niej do Hol­ly­wood, który prze­two­rzył ją na wła­sny język, czyli wci­snął do niej mnó­stwo lata­ją­cych dywa­nów i Robina Wil­liamsa w roli dżinna. (Nawia­sem warto odno­to­wać, że w "Arab­skich nocach" nie ma żad­nych lata­ją­cych dywa­nów, któ­rych z kolei jest wiele w całej wschod­niej tra­dy­cji, tylko aku­rat nie w tym dziele. Na przy­kład pewna legenda głosi, że król Salo­mon miał taki dywan, który potra­fił zmie­niać swoje roz­miary - sta­wał się nawet tak duży, że mógł prze­trans­por­to­wać armię: pierw­sza flota powietrzna na świe­cie. Ale w "Arab­skich nocach" wszyst­kie dywany są bierne i nie­ru­chome).

Ta wielka wędrówka nar­ra­cji inspi­ro­wała i wciąż inspi­ruje sporą część lite­ra­tury świa­to­wej, aż po realizm magiczny w wyko­na­niu połu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich baj­ko­pi­sa­rzy, dla­tego kiedy sam z kolei wyko­rzy­sta­łem nie­które z tych sztu­czek, mia­łem wra­że­nie, że za moją sprawą domyka się jakieś koło i że spro­wa­dzam tra­dy­cję opo­wia­da­nia z powro­tem do kraju, w któ­rym powstała. Boleję jed­nak nad zagi­nię­ciem Hazar afsane - może kie­dyś ktoś tę księgę odnaj­dzie i to będzie gratka nie lada, bo naj­lep­sza ze wszyst­kich opo­wie­ści doczeka się naresz­cie zakoń­cze­nia. A może też roz­wiąże się zagadka ukryta w samym sercu opo­wie­ści szka­tuł­ko­wej, czy raczej na samym jej końcu, i poznam wresz­cie odpo­wiedź na pyta­nie, które zadaję sobie od lat: czy po upły­wie tysiąca i jed­nej nocy Sze­he­re­zada i jej sio­stra Dun­ja­zada stają się w końcu mor­der­czy­niami i zabi­jają swych krwio­żer­czych mał­żon­ków?

Wyznam, że wła­śnie ten krwawy aspekt opo­wie­ści szka­tuł­ko­wej zafa­scy­no­wał mnie w "Arab­skich nocach" naj­bar­dziej. Doko­najmy zresztą drob­nego obli­cze­nia.

Ile tak naprawdę kobiet zabili - król Szah­ri­jar, sasa­nidzki władca "wyspy lub raczej pół­wy­spu Indii i Chin", i jego brat, Szah­za­man, król bar­ba­rzyń­skiej Samar­kandy? Wszystko ponoć zaczęło się od tego, że Szah­za­man ujrzał swą żonę w ramio­nach pała­co­wego kucha­rza, który wyróż­niał się tym głów­nie, że był: a) czarny, b) rosły i c) cały uma­zany kuchen­nym tłusz­czem. Mimo to, a może wła­śnie dla­tego, kró­lowa Samar­kandy bawiła się aż za dobrze, dla­tego Szah­za­man porą­bał ją i jej kochanka na kawałki, które pozo­sta­wił na ich łożu roz­ko­szy, i ruszył do domu brata, gdzie krótko po tym wyśle­dził przy­pad­kiem swoją szwa­gierkę, mał­żonkę Szah­ri­jara, przy ogro­do­wej fon­tan­nie w towa­rzy­stwie dzie­się­ciu dwó­rek i tyluż bia­łych nie­wol­ni­ków. Obie te grupy były zajęte dostar­cza­niem sobie nawza­jem uciech cie­le­snych, kró­lowa nato­miast wezwała swego kochanka z dogod­nej kry­jówki na drze­wie. I ów ohydny jego­mość był, a ow­szem, a) czarny, b) rosły i c) śli­nił się! Ależ sobie doga­dzali: jedna dzie­siątka, druga dzie­siątka, kró­lowa i jej negr. Ach, ta pod­łość i per­fi­dia kobie­cego rodu i ten nie­do­cie­czony jego pociąg do rosłych, brzyd­kich czar­nych męż­czyzn, któ­rzy czymś ocie­kają! Szah­za­man opo­wie­dział bratu, co zoba­czył, a potem wszy­scy: dwórki, biali nie­wol­nicy i kró­lowa, zeszli z tego świata, bo oso­bi­ście ściął ich wezyr Szah­ri­jara. "Zaśli­niony" czarny kocha­nek zmar­łej poło­wicy Szah­ri­jara praw­do­po­dob­nie uciekł, bo jak ina­czej wytłu­ma­czyć jego nie­obec­ność na liście zmar­łych?

Kró­lo­wie Szah­ri­jar i Szah­za­man, jak nie­trudno było prze­wi­dzieć, wzięli odwet na nie­wier­nym rodzie kobie­cym. Przez trzy lata każdy codzien­nie żenił się z nie­tknię­tym dziew­czę­ciem, nocą pozba­wiał je kwiatu dzie­wic­twa i zaraz potem naka­zy­wał jego egze­ku­cję. Nie jest jasne, jaką metodą Szah­za­man zała­twiał w Samar­kan­dzie swoje krwawe inte­resy, o tym nato­miast, jak dzia­łał Szah­ri­jar, można już coś powie­dzieć. Wia­domo na przy­kład, że wezyr - ojciec Sze­he­re­zady, mądry pre­mier Szah­ri­jara - był zmu­szony prze­pro­wa­dzać te egze­ku­cje oso­bi­ście. Wszyst­kie te piękne, młode zde­ka­pi­to­wane ciała... wszyst­kie te głowy tur­la­jące się po ziemi i karki try­ska­jące krwią... Wezyr był wykształ­co­nym dżen­tel­me­nem, czło­wie­kiem nie tylko posia­da­ją­cym wła­dzę, ale też obda­rzo­nym zdol­no­ścią odróż­nia­nia dobra od zła, a nawet uczu­cio­wym - musiał taki być, bo prze­cież wycho­wał wcie­le­nie wszel­kich cnót, cudow­nie uta­len­to­waną, obda­rzoną tyloma umie­jęt­no­ściami, boha­ter­sko odważną, szla­chetną córkę Sze­he­re­zadę, nie­praw­daż? I także Dun­ja­zadę - nie zapo­mi­najmy o jej małej sio­strzyczce Dun­ja­za­dzie. Jesz­cze jedno grzeczne, bystre, przy­zwo­ite dziew­czę. Co mogło się stać z duszą ojca takich wspa­nia­łych panien zmu­sza­nego do uśmier­ca­nia setek mło­dych kobiet, do pod­rzy­na­nia dziew­częcych gar­deł i przy­glą­da­nia się, jak sika z nich krew? Jakaż sekretna furia mogła wykieł­ko­wać w jego sub­tel­nej piersi? Nie wiemy. Wiemy nato­miast, że pod­dani Szah­ri­jara bar­dzo go znie­lu­bili i zaczęli ucie­kać ze sto­licy ze swo­imi kobie­tami, przez co zale­d­wie po trzech latach w mie­ście nie można było uświad­czyć już ani jed­nej dzie­wicy.

Ani jed­nej z wyjąt­kiem Sze­he­re­zady i Dun­ja­zady.

Bilans trzech lat: tysiąc i dzie­więć­dzie­siąt pięć nocy oraz tysiąc dzie­więć­dzie­siąt pięć mar­twych żon na kon­cie Szah­ri­jara, tysiąc i dzie­więć­dzie­siąt pięć żon na kon­cie Szah­za­mana. Albo tysiąc dzie­więć­dzie­siąt sześć na kon­cie każ­dego z nich, jeśli aku­rat wypadł rok prze­stępny. Ale lepiej się pomy­lić i zani­żyć. Niech będzie po tysiąc dzie­więć­dzie­siąt pięć na głowę. I nie zapo­mi­najmy o pier­wot­nych dwu­dzie­stu trzech. Aż wresz­cie do opo­wie­ści weszła Sze­he­re­zada, jako nowa żona króla Szah­ri­jara: pole­ciła swej sio­strze Dun­ja­za­dzie usiąść u stóp mał­żeń­skiego łoża i cze­kać, aż akt jej (to zna­czy Sze­he­re­zady) deflo­ra­cji się dokona, i potem popro­sić o jakąś baśń na dobra­noc... W owym momen­cie Szah­ri­jar i Szah­za­man byli już odpo­wie­dzialni za dwa tysiące dwie­ście trzy­na­ście śmierci. Przy czym wśród zmar­łych było tylko jede­na­stu męż­czyzn.

Szah­ri­jar poślu­bił Sze­he­re­zadę i tak go ocza­ro­wały jej opo­wie­ści, że prze­stał zabi­jać kobiety. A Szah­za­man, któ­rego lite­ra­tura by­naj­mniej nie okieł­znała, kon­ty­nu­ował swe akty zemsty, co rano zarzy­na­jąc dzie­wicę, któ­rej poprzed­niej nocy pożą­dał, demon­stru­jąc w ten spo­sób płci nie­wie­ściej, że męż­czyźni mają wła­dzę nad kobie­tami, że męż­czyźni odróż­niają cudzo­łó­stwo od miło­ści i że - w wypadku kobiet - nie da się unik­nąć powią­za­nia sek­su­al­no­ści ze śmier­cią. W Samar­kan­dzie rzeź trwała co naj­mniej tysiąc i jedną noc, ponie­waż dopiero pod koniec całego cyklu opo­wie­ści Sze­he­re­zady - kiedy ta naj­wspa­nial­sza z baja­rek jęła bła­gać, aby ją oszczę­dzono, nie w uzna­niu jej geniu­szu, lecz przez wzgląd na trzech synów, któ­rych dała Szah­ri­jarowi w owym cza­sie, i kiedy Szah­ri­jar wyznał jej miłość, tej ostat­niej z tysiąca i dzie­więć­dzie­się­ciu sied­miu swych żon, i wyzbył się wszel­kich mor­der­czych inten­cji - przed­się­wzię­cie Szah­za­mana także dobie­gło końca; król Samar­kandy, naresz­cie oczysz­czony z żądzy krwi, popro­sił o rękę słod­kiej Dun­ja­zady i ją otrzy­mał.

Według moich obli­czeń w owym punk­cie cza­so­wym łączna liczba tru­pów wyno­siła co naj­mniej trzy tysiące dwie­ście czter­na­ście. Zale­d­wie jede­na­ście było płci męskiej.

Przyj­rzyjmy się Sze­he­re­za­dzie, któ­rej imię zna­czy "uro­dzona w mie­ście" i która zaiste pre­zen­to­wała się jak na dziew­czynę z wiel­kiego mia­sta przy­stało: była uzdol­nioną dow­cip­ni­sią, to sen­ty­men­talną, to cyniczną; nawet dziś chcia­łoby się poznać tak nowo­cze­sną nar­ra­torkę. Sze­he­re­zada, która schwy­tała suł­tana w pęta swej nie­koń­czą­cej się opo­wie­ści. Sze­he­re­zada, która snuła opo­wie­ści, aby ujść z życiem, prze­ciw­sta­wia­jąc śmierci fik­cję. Sta­tua Wol­no­ści zbu­do­wana nie z metalu, lecz ze słów. Sze­he­re­zada, która uparła się, wbrew ojcu, że zaj­mie miej­sce w pro­ce­sji do pie­kiel­nej alkowy suł­tana. Sze­he­re­zada, która wyzna­czyła sobie boha­ter­skie zada­nie wytre­so­wa­nia suł­tana, by ura­to­wać swe sio­stry. Która wie­rzyła, która po pro­stu musiała wie­rzyć w czło­wieka w ciele mor­der­czego potwora i w to, że zdoła przy­wró­cić mu czło­wie­czeń­stwo, opo­wia­da­jąc baśnie.

Cóż za kobieta! Nie­trudno zro­zu­mieć, dla­czego król Szah­ri­jar się w niej zako­chał. Bo z pew­no­ścią się w niej zako­chał, ba! - stał się ojcem jej dzieci i zro­zu­miał, w miarę jak upły­wały kolejne noce, że jego groźby egze­ku­cji brzmią pusto, że nie może już pro­sić swo­jego wezyra, ojca Sze­he­re­zady, aby ją ściął. Jego bar­ba­rzyń­stwo stę­pił geniusz kobiety, która przez tysiąc i jedną noc ryzy­ko­wała życie, by oca­lić życie innych, która zaufała swej wyobraźni, że oprze się jego bru­tal­no­ści i pokona ją nie siłą, lecz - o dziwo - cywi­li­zu­jąc Szah­ri­jara.

Co za szczę­ściarz z tego suł­tana! Tylko (i to jest naj­więk­sza, nie­roz­wią­zana zagadka "Arab­skich nocy") dla­czego, u licha, ona się w nim zako­chała? I dla­czego Dun­ja­zada, jej młod­sza sio­stra, która sie­działa u stóp mał­żeń­skiego łoża przez tysiąc i jedną noc, przy­glą­da­jąc się, jak krwio­żer­czy król pie­przy jej sio­strę, a potem słu­chała jej opo­wie­ści - Dun­ja­zada, wieczna słu­chaczka i także pod­glą­daczka - dla­czego zgo­dziła się wyjść za Szah­za­mana, czło­wieka, który miał jesz­cze wię­cej krwi na rękach niż jego ocza­ro­wany baśniami brat?

Jak tu zro­zu­mieć te kobiety? W całej tej histo­rii coś jed­nak zostało prze­mil­czane i owo coś domaga się krzy­kiem, aby je wyja­wić. Wiemy przy­naj­mniej tyle: kiedy wszyst­kie baśnie zostały już opo­wie­dziane, Szah­za­man i Dun­ja­zada wzięli ślub, ale Sze­he­re­zada posta­wiła jeden waru­nek - że Szah­za­man zostawi swoje kró­le­stwo i zamieszka u brata, dzięki czemu ona i sio­stra nie zaznają roz­łąki. Szah­za­man chęt­nie to uczy­nił, a Szah­ri­jar w zastęp­stwie brata mia­no­wał władcą Samar­kandy tego samego wezyra, który teraz był także jego teściem. Kiedy wezyr przy­był do Samar­kandy, został powi­tany z wielką rado­ścią przez miesz­kań­ców i wszy­scy miej­scowi wiel­może modlili się, żeby wła­dał nimi przez długi czas. I tak też się stało.

Drążę tę sta­ro­żytną histo­rię i zapy­tuję: czyżby córka i ojciec coś uknuli? Czy jest moż­liwe, że Sze­he­re­zada i wezyr upich­cili jakiś tajny plan? Bo prze­cież dzięki stra­te­gii Sze­he­re­zady Szah­za­man ustą­pił z tronu Samar­kandy. I także dzięki stra­te­gii Sze­he­re­zady jej ojciec prze­stał być urzęd­ni­kiem dwor­skim i katem wbrew swej woli, a został naj­praw­dziw­szym władcą, a co wię­cej - mędr­cem, czło­wie­kiem poko­jo­wym, który zastą­pił na tro­nie krwio­żer­czego ogra. A potem bez słowa wyja­śnie­nia nade­szła Śmierć, kosząc jed­no­cze­śnie Szah­ri­jara i Szah­za­mana. Przy­szła po nich Śmierć, "co odbiera roz­ko­sze i dzie­siąt­kuje narody, pusto­szy domo­stwa i zagar­nia cmen­ta­rze". Póź­niej ich pałace popa­dły w ruinę i zostali zastą­pieni przez jakie­goś mądrego władcę, nie­na­zwa­nego z imie­nia.

Tylko jak i dla­czego przy­była ta, która "odbiera roz­ko­sze"? Jak to się stało, że obaj bra­cia zmarli jed­no­cze­śnie, co wyraź­nie daje do zro­zu­mie­nia tekst, i dla­czego ich pałace popa­dły potem w ruinę? I kim był ich nie­na­zwany mądry następca?

Tego jed­nak się nie dowia­du­jemy. Ale z kolei możemy się jesz­cze raz zasta­no­wić nad posta­cią wezyra, przez lata buzu­ją­cego zło­ścią, gdy go zmu­szano do prze­le­wa­nia krwi nie­win­nych. Wyobra­zić sobie ten jego długi strach, strach, który liczył sobie tysiąc i jedną noc, gdy jego córki, ciało z jego ciała, krew z jego krwi, zni­kały za drzwiami sypialni Szah­ri­jara i ich los zawi­sał na wło­sku jakiejś bajeczki.

Ile skłonny jest cze­kać czło­wiek, żeby się zemścić? Zdoła zacze­kać dłu­żej niż tysiąc i jedną noc?

Moja teo­ria jest taka, że tym mądrym kró­lem, który wró­cił do swego kraju, aby zawład­nąć domeną Szah­ri­jara, był wezyr, już jako władca Samar­kandy. I że bra­cia zmarli jed­no­cze­śnie albo z rąk swych żon, albo wezyra. Ale to tylko teo­ria. Może odpo­wiedź kryje się w tam­tej wiel­kiej zagi­nio­nej księ­dze. A może nie. Możemy jedy­nie sobie... bajać.

Tak czy owak, osta­teczna liczba tru­pów wynio­sła trzy tysiące dwie­ście szes­na­ście. Z któ­rych trzy­na­ście było płci męskiej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wiersz The Land of Lost Con­tent Alfreda Edwarda Housmana pocho­dzi ze zbioru A Shrop­shire Lad, 1896, przeł. K.K. Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­czy, chyba że zazna­czono ina­czej. [wróć]

Bha­ra­tiya Janata Party - Indyj­ska Par­tia Ludowa. [wróć]