Język wilczy - Liszka Aleksandra

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Niewilczość

Bardzo trudno było Agnes zrozumieć język wilczy; nie tylko z powodu tego, że zawierał on specyficzne, gardłowe dźwięki i że przechodził często w warczenie. Agnes warczeć nie umiała, a gniewne tony, których wymagało użycie mowy wilczej, w jej wykonaniu pełne były mimowolnej łagodności. -Agnes, naucz się porządnie wilczego!... - mówiły do niej drapieżne zwierzęta. Potem odchodziły o kilka kroków, przyglądając się jej oczyma, emitującymi światło jak latarki, i powarkiwały, zdziwione. Albo śmiały się, pełne agresywnej wesołości wypływającej z tego, że znalazły tak głupie zwierzę pośród siebie. W języku wilczym bowiem nie tylko zdziwienie, ale nawet radość, wyrażana była na sposób brutalny.

Agnes nie miała w sobie brutalności- tak jakby urodziła się bez niej. Było to jednak coś, czego nauczyło ją Stado; poza, którą przyjmowała mimowolnie, znajdując się pośród wilków. Niejednokrotnie nawet, będąc sama, robiła groźne miny i pluła na odległość. Była to- jak myślała- jej prawdziwa natura. Wilki tolerowały ją, chociaż czuły, że jest w niej coś innego i obcego. Było tak od zawsze. Wilczość Agnes była jak gdyby udawana. Koledzy ze Stada odczuwały ją jako coś dziwnego- niezawodny instynkt mówił im przecież, że Agnes jest w swoim zachowaniu zupełnie szczera. Gdzie leżało jednak oszustwo, obecność którego wilki wyczuwały może jeszcze silniej?... Wilki patrzały na Agnes z powątpiewaniem.

- I to jest wilk?... - wyrwało się kiedyś siedzącemu pod drzewem Vercyngetoryksowi, który przyglądał się Agnes z pewnej odległości. Inne wilki, które stały obok niego, również zaczęły wpatrywać się w Agnes.

- Niby ma łapy... Takie jak my mamy- powiedział Burzum z ociąganiem. -Niby ma ogon... - znów spojrzał na nią krytycznym okiem, z trudnym do rozszyfrowania wyrazem pyska.

- I wyć też niby potrafi... - powiedział inny wilk, którego imienia nie pamiętam.

- Ciężka sprawa... - błysnął ślepiami inny. Agnes, nieświadoma tego, że o niej rozmawiają. Po chwili spojrzała na grupkę. Różnica między resztą wilków a Agnesn uwidoczniła się, kiedy oczy Agnes spotkały oczy Vercyngetoryksa. I choć wyglądały one tak samo, ich wyraz był zupełnie odmienny. Agnes patrzała tak, jak gdyby w jej oczach jaśniał pełen pogody uśmiech. Czy było to coś złego?... Nie, ale z pewnością nie było to typowo wilcze- dlatego należało się mieć na baczności. W oczach Vercyngetoryksa zaś zapaliło się to, co najbardziej charakterystyczne dla wilka- żółty ogień, jadowity a jednocześnie nieodgadniony. To było właśnie wilcze. I jedynie słuszne. W miarę tego, jak ogień rozpalał się w wilczych ślepiach, Vercyngetoryks nabierał pewności siebie. Podobnie jego towarzysze. W cieniu drzew ich łby rysowały się wspaniale- wyglądali wszyscy jak zbójcy. I, tak właściwie, mówiąc między nami, byli nimi- choć dla określenia samych siebie używali wszyscy co do jednego miana bohater. A kim jest bohater?... Nie tylko tym, kto kroczy z dumnie wypiętą piersią- czy też, jak w przypadku wilka- z wysoko podniesionym ogonem. Bohater jest to ktoś, kto, by zdobyć, a następnie podtrzymać swoje bohaterstwo, musi walczyć. Podtrzymywanie bohaterstwa zaś wymaga tego, by ćwiczyć zdobyte umiejętności na każdym, kto uchodzi za wroga. Odważny i szlachetny wilk z żółtym ogniem, rozpalonym w pełnych bezkompromisowości oczach, jest kimś, kto walczy z szeroko pojętym złem. Jest mu ono potrzebne do życia, jak powietrze. Zło jest materiałem ćwiczebnym. A kto decyduje, co jest złe, a co dobre? On sam. Złe jest to, z czym walczy. A jako że jest panem stworzenia, może walczyć ze wszystkim.

- Ta Agnes... - powiedział Vercyngetoryks złośliwie- Ta Agnes jest jakaś niewilcza... Pozostałe wilki, które zgromadziły się wokół niego, zaczęły merdać ogonami i uśmiechać się porozumiewawczo. Niektóre z nich nawet przymrużyły oczy z zadowoleniem.

- Myślę... - kontynuował Vercyngetoryks- myślę, że należy zgłosić sprawę do Bisiora-powiedział tonem zdecydowanym, w którym kryło się jednak ledwo wyczuwalne rozbawienie.

- Słyszałem... - Burzum zbliżył się do naprędce uformowanego kręgu i udał, że powierza wilkom jakąś bardzo ważną tajemnicę. Wszystkie wilki skierowały w jego stronę głowy. -Słyszałem, że to lupa... - powiedział głosem przeszywającym i czknął. Pozostałe wilki aż zachłysnęły się w z wrażenia- a potem zaczęły się śmiać. Śmiały się i podskakiwały, okładając się wzajemnie łapami gestami prawie że uroczystymi, jak gdyby pragnęły sobie nawzajem pogratulować. Były bowiem jednością, rozpalane wszystkie przez żółty ogień nienawiści i pragnienia czynienia zła.

Następnego dnia Agnes, którą zaintrygowało to, że poprzedniego dnia wilki, zebrane w grupie, obserwowały ją uważnie, stojąc pod drzewem, podbiegła do Vercyngetoryksa. Vercyngetoryks był młodym wilkiem, który miał zadatki na przyszłego Bisiora: zaczynał już słynąć z okrucieństwa i niezwykłego sprytu. Agnes otwierała już paszczę, chcąc się z nim przywitać, gdy młody wilk, spojrzawszy na nią z ukosa, zaczął skandować cicho i jak gdyby z utajoną złośliwością:

- Lu-lu-lu!... Lu-lu-lu!... - Agnes popatrzyła na niego, niezwykle zdziwiona. Co ma znaczyć to dziwne zachowanie?...

- Papapa... pappa... papa... - powiedział Vercyngetoryks z satysfakcją, a potem zaczął rozmowę, jak gdyby nigdy nic:

- Witaj Agnes!... - Agnes stwierdziła, że skoro teraz zachowuje się normalnie, to może dziwne zachowanie, którego była właśnie świadkiem, było efektem niestrawności. "Lu-lu-lu?...." A może spać mu się zachciało?...

- Witaj, Vercyngetoryksie... - powiedziała Agnes i spojrzała na niego pogodnie.

- Lu-lu-lu?... - zapytał Vercyngetoryks, przekrzywiwszy łeb. Agnes popatrzyła na niego z troską.

- Czy chce ci się spać?... - spytała i zajrzała mu w oczy. Wilk zachichotał.

- To zależy, co masz na myśli... - powiedział, po czym przyjrzał się jej z pewnym zdziwieniem i dodał półgłosem, jak gdyby sam do siebie: -Nie reaguje... - Agnes siedziała nieporuszona, z łbem zadartym w niebo.

- Jakie piękne niebo! Spójrz. Ta chmura przypomina trochę wilka- wyciągnęła łapę i wskazała na obłok. Potem otrząsnęła się z rozmarzenia i spytała go naturalnym głosem:

- Dlaczego miałabym reagować?... - Vercyngetoryks spojrzał na nią zdziwiony. Kilka sekund mierzyli się wzrokiem, a potem wyszczerzył zęby.

- Pa-pa-pa! Pa-pa-pa!... - zakrzyczał urywanym głosem, nieco wyprowadzony z równowagi. Po czym odbiegł od Agnes, rzucając jej raz po raz spojrzenia pełne nienawiści. Agnes popatrzała za nim, zamyślona. Co się z nim mogło dziać?... Dlaczego się tak zachowywał i co się za tym kryło?... Bo przecież zachowywał się inaczej niż zwykle. Po chwili postanowiła zapomnieć o tej sytuacji, ponieważ myślenie w tym przypadku wydało jej się bezowocne. Być może jej znajomy po prostu najadł się szaleju.

Tak minął jeszcze jeden dzień w Wilczarni. Wilk Skolla, ciągnący przez niebo na ognistym rydwanie, znowu uciekł przed goniącym go wilkiem Hatti. Takie były pradawne wierzenia wilków. Agnes nie wierzyła w to wszystko; w dodatku wilcze wierzenia i tradycje były jej coraz bardziej obojętne. Zamiast zastanawiać się nad czymś, co według niej pozbawione było sensu -a gdyby zastanowiła się nad tym głębiej, doszłaby do wniosku, że pozbawiona sensu była dla niej w ogóle wilczość-wolała biegać po lesie lub obserwować chmury. Jeśli jednak chodziło o mity, które przekazywane były z pokolenia na pokolenie przez jej społeczność, lubiła ów mit o kosmicznych wilkach, goniących się po niebie i ciągnących za sobą na rydwanach słońce i księżyc. Skolla, czyli ciągnący Słońce, znany był również jako Nienawiść. Hatti, czyli ciągnący księżyc, oznaczał Wstręt. Agnes uznawała, że mit ów w doskonały sposób ilustruje zarówno wilcze obyczaje, jak i sposób myślenia. Nienawiść i wstręt. Wszystko, co należy wiedzieć o świecie pełnym przemocy. Był to jednak dzień wyjątkowy. Dzień, w którym Agnes po raz pierwszy zetknęła się ze słowem lupa. I choć nadal ani ona, ani Czytelnik, nie wiedzą, czym jest owa lupa, autorka zapewnia, że w dalszej części opowieści tajemnica zostanie rozwiązana.

Choć może to się wydawać dziwne, istniały jednak wilki, które nie uznają ani wstrętu, ani nienawiści. Na terenie Wilczarni było ich dwoje. Jednym z nich była Agnes. Drugim był Norje. Za chwilę poznamy bliżej drugiego bohatera. Udamy się w tym celu na zebranie Watahy. Spotkamy tam po raz pierwszy dwa wilki, mające niebagatelne znaczenie, jeśli chodzi o przebieg tej opowieści. Dlaczego?... Wszak żadna opowieść nie może obyć się bez bohaterów. Ci dwaj: Bisior i Norje, stanowią biegunowe przeciwieństwa. Bisior ma na imię ma Wilczarz, choć nikt go tak nie nazywa. Jego imię jest niepotrzebne, ponieważ jest królem- i to w dodatku Królem Północy. Jest zimny, nieprzejednany i cyniczny- a przy tym, choć tego nie okazuje i stara się to ukrywać- bywa czasem również i tchórzem. Jak to, tchórzem- może ktoś zapyta. Czy król może być tchórzem?... Nieoczekiwana odpowiedź brzmi: tak, czasami... Norje z kolei, jako szeregowy poddany, nie miał żadnych tytułów- jedynie imię. Ale był odważny. Czy znaczy to, że -tak jak inne wilki, lubił jeżyć sierść i pod byle pretekstem stawać do walki w nadziei na łyk świeżej krwi?... Nie. Jego odwaga była zupełnie innego rodzaju. I to właśnie sprawiało, że między Norje i Bisiorem była tak wielka przepaść.