1 Las
Ciemne, ponure chmury zebrały się nad lasem niczym leniwie unoszące się opary gęstej mazi wywaru gotowanego w kotle przez czarownice.
Stłamszone zawisły nad knieją i powolnym, niemrawym ruchem przeciągnęły się po konarach wysokich drzew, jakby próbując przebić nimi swe poszycie i zrzucić ze swego wnętrza lepkie krople deszczu.
Las, który właściwie był gęstym borem, poddawał się władaniu królowej natury. Milczał jak niemy niewolnik pozbawiony języka i stał zastraszony w przygasających światłach kończącego się dnia.
Stoi tak od setek lat - a może tysięcy - jak starzec z głębokimi bruzdami doświadczenia, wyrytymi piętnem mijającego czasu.
Strażnik i opiekun swoich - bo z takimi właśnie utożsamia żyjących w jego cieniu i korzystających z jego darów tutejszych mieszkańców. Dba o nich, ochrania domostwa, syci leśnym runem, a czasami straszy skrzypieniem, szumem albo trzaskiem odrywanej gałęzi.
Smagany nieraz piorunami, przyjmuje je wszystkie na siebie, by za chwilę z pokorą oddać ich moc matce ziemi.
Targany podmuchami północnego wiatru, moczony ulewami i suszony spiekotą upału, wytrwale i dumnie stoi, pochylając swe zielone ramiona ku ludziom, jak gdyby chciał ich wszystkich przytulić i do siebie przygarnąć.
Stoi tu od zawsze, dla swoich i nieswoich. O tych drugich swoi wiedzieli mało albo nic, choć często i gęsto przy pijackich biesiadach jeden z drugim wspominał dziwne, tajemnicze historie dziejące się w leśnej głuszy, na moczarach, bagnach czy przy jeziorach.
Opowiadania, legendy czy luźne opowiastki wyssane z palca były tym mroczniejsze i bardziej przerażające, im więcej trunku buzowało we krwi rozpalonych przemawiających i zaciekawionych słuchaczy.
2 Karczma
- Kurwa, Antoś, polej! - Jakub Szlachcikowski z podchmielonym uśmiechem przywołał do porządku siedzącego nieco z tyłu pijaczka, który wsłuchując się w jego opowieść, przysypiał przy butelce gorzały, kiwając miarowo łbem.
Drzemiący Antek Ossowski wlał w siebie już sporo trunku. Otworzył więc przymglone oczy, złapał szyjkę butelki - dosyć pewnie jak na spożytą ilość alkoholu, i zamaszystym ruchem porozlewał do kielichów kolejną porcję alkoholu.
- Antoś, kurwa, nie śpij! Wyśpisz się w trumnie! - zarechotał Bronek Gwizdała, siedzący obok nalewającego, po czym wziął szkło w swe przypuchłe paluchy i tubalnym głosem wzniósł toast: - Pierdykniem, bo odwykniem!
Całe pijackie towarzystwo przełknęło gładko kolejną ilość wódeczki, tylko Bronek wzdrygając się jej palącą mocą, sięgnął po kwaśnego ogórca na zagrychę.
Mieszkańcy okolicznych wiosek dosyć często odwiedzali karczmę, a ona w zamian od niepamiętnych już czasów gościła ich ciepłem swych ścian.
Leon Wentycz, syn świętej pamięci Wojciecha i Klary, przejął karczmę wraz ze swoją żoną Pelą po jego rodzicach. Wspólnie wpadli na pomysł, aby prócz serwowania trunków i jadła oferować przyjezdnym również przytulne miejsca noclegowe.
Wzięli więc niskooprocentowany kredyt i postawili obok dosyć dobrze prosperującej gospody urokliwy pensjonat, który swym wyglądem bardziej przypominał dużą, piętrową leśniczówkę niż miejsce do spania dla odwiedzających te strony miastowych - jak mówili na nich potocznie swojacy.
Karczmę upodobali sobie głównie mieszkańcy Osowa, Ostrówka i Chojnej Dziczy - wiosek graniczących z Borzymi Dołami.
Dwie kolejki później zaśliniony od zjedzonej kaszanki Jakub kontynuował swą opowieść, a że wódka lubi dym, odpalił w ustach własnoręcznie zwiniętego skręta robionego z ukraińskiego tytoniu, wystawiając się tym samym na porządny ochrzan ze strony właściciela karczmy.
- Co Ty pierdolisz, Jakub? Jakie, kurwa, rusałki? - Maciej Pazda wyszczerzył żółte od palenia zęby. - Jechałeś, kurwa, ciągnikiem, napierdolony jak stodoła po żniwach, i tirówki zamachały ci przy drodze cycami - a nie żadne rusałki!
Atmosfera w karczmie momentalnie zgęstniała. Wśród rubasznie rzucanych przekleństw oraz utyskiwań wybrzmiewały gromkie śmiechy i chichoty zapijaczonych gęb.
W końcu w otępieńczej wrzawie męskich głosów zagrzmiał wymowny ryk gospodarza przywołującego gości do porządku. I po kilku gwarnych jak na to miejsce chwilach klimat znormalniał.
Opowieść o rusałkach dostała szansę na dokończenie.
4 Krzyki
Edek Czapiewski wracał do domu przelękniony. Jego lica zmęczone dodatkową pracą smagał wiatr i ostre igły chojniaków[1]. Oprócz ciężaru swego ciała niósł on dziwne poczucie, że całe zło dzisiejszego dnia zmówiło się przeciwko niemu.
Lekkie, przewiewne, dziurkowane buty - wygodne, lecz zdradliwe - przyjmowały każdą ilość piasku z kolein leśnej drogi wzburzanej śpiesznym krokiem.
Tutejsza ziemia uprawna, w przeciwieństwie do lasu, nie była życzliwa mieszkańcom. Bardziej przypominała piaskownicę lub nadmorską plażę niż urodzajną glebę, która mogłaby wydać sowity plon. Nie rozpieszczała swym składem i zawartością. A wręcz zniechęcała wyjałowieniem do podejmowania jakichkolwiek upraw.
Buty, które miał na nogach, były niedrogie, ale i nietrwałe. Edek zawsze kupował obuwie w Zimnych Lipach, na handlu obwoźnym, który raz w tygodniu rozstawiał się niedaleko Lewiatana. Mężczyźnie nigdy nie wpadł do głowy przezabawny fakt, jak trafnie drugi człon nazwy miejscowości definiował jakość sprzedawanych tam towarów - Lipy!
Wśród stoisk oferujących artykuły wszelkiej maści swoje produkty wystawiał także Marian Czarnomski z Ostrówka, sześćdziesięciosześcioletni emeryt, który mając niską rolniczą emeryturę, dorabiał do niej, handlując butami, kapciami i różnymi akcesoriami obuwniczymi. To właśnie u niego zaopatrywał się kilka razy w roku Czapiewski.
Edek pamiętał swój ostatni zakup, jak sprzedawca zachwalał mu ten popularny model trzewików, który sam zresztą miał wówczas na nogach, szczycąc się, że sprzedał ich już chyba ze sto par. A potem wydając mu resztę w rozdrobnionym bilonie i pakując buty do reklamówki, Marian z uśmiechem dodał: "Nie chodź, fiucie, w drogim bucie".
Chciał chyba tym rubasznym sloganem podnieść renomę sprzedawanego badziewia, dyskredytując równocześnie ludzi płacących nieco więcej grosza za lepszą jakość albo markę.
Danka Czapiewska, żona Edka, z rosnącym niepokojem wyczekiwała powrotu męża z pracy, podgrzewając co chwilę przygotowany z wielką starannością dwudaniowy obiad.
Głodna zjadła go już godzinę wcześniej, a porcję Edka odłożyła na dogorywającą platę[2] pieca opalanego drewnem. Posiłek cierpliwie czekał na męża, roznosząc po kuchni gasnące powoli aromaty potrawy upichconej dla niego wielkim sercem kochającej żony.
Edek pracował w pobliskim tartaku właściwie od zawsze. Zawód przejął po ojcu, który zadbał o to, by przekazać dorastającemu synowi kunszt stolarstwa oraz wszelkie umiejętności posługiwania się maszynami i urządzeniami przy obróbce drewna.
Pamiętał, jak po szkole przychodził do zakładu, a tatko wycinał dla niego z drewek pistolety, karabiny i miecze, którymi potem syn dzielnie walczył w aranżowanych z rówieśnikami wojennych bitwach. Po całodziennych zabawach czyścił skrupulatnie drewnianą broń, chowając ją skrzętnie w schowku przybudówki stojącej obok domu.
Oprócz pracy w tartaku, która stanowiła jego główne źródło utrzymania, przyjmował też dorywcze zlecenia przy przycinkach i wycinkach drzew, proponowane mu przez znajomego leśniczego, Włodka Limanowskiego.
Miał tę przewagę nad innymi pracownikami sezonowymi z wioski, że posiadał wydajną piłę spalinową, którą przy realizowanych fuchach posługiwał się z ułańską fantazją, wyrabiając dwukrotnie normę przyjętą zwyczajowo do rozliczeń.
Do dorywczych prac w lesie nigdy nie podjeżdżał samochodem, wiedząc, że zlecona dodatkowa harówka wymaga przepłukania gardła jasnym, zimnym browarkiem - i to nie jednym.
Z końcem dnia, kiedy docinał ostatnie drzewa, jego telefon, schowany głęboko w plecaku, wydał finalne tchnienie, gasnąc wraz z pomarańczowymi promieniami słońca uciekającymi za horyzont pola sąsiadującego z działką w lesie.
Kiedy zorientował się, że jego komórka padła na amen, zdenerwował się, zdając sobie sprawę, że nie będzie miał jak powiadomić Danuty o narastającym spóźnieniu.
Miał cichą nadzieję, że żona domyśli się, co mogło się wydarzyć, dlaczego jej mąż nie dzwoni, i że szybko wybaczy mu tę nieumyślną obsuwę czasową.
Wracając spóźniony do pieleszy domowych i czując narastający głód, jeszcze bardziej przyspieszył kroku. Wrześniowy wieczór stawał się coraz ciemniejszy, bardziej nieprzyjemny i mroczny. Plecak z narzędziami ciążył mu na ramionach niczym ołowiane kule niesione na sprzedaż do skupu złomu. W rękach dźwigał piłę, jeszcze niezupełnie wystygłą od cięcia drzew i drewna, pachnącą delikatnie paliwem.
"Kurka, Danka znowu będzie na mnie wnerwiona", pomyślał gorączkowo i przyspieszył kroku, czując kolejne ziarenka piachu przesypujące się do wnętrza butów rozgrzanych szybkim marszem.
Nagle gdzieś z tyłu usłyszał wrzask, pisk i ujadanie jakiegoś stwora.
Przestraszył się tak bardzo, że poczuł, jak serce osuwa mu się niżej, w kierunku spodni. Pot oblał mu plecy i majtki oraz zwilżył wewnętrzną powierzchnię dłoni. Edek czuł, jak piła spalinowa powoli wysuwa mu się z rąk.
Przerażony na wskroś dziwnymi odgłosami jeszcze bardziej przyspieszył kroku. Zaczął wręcz biec, a chwilę później uciekać z leśnej głuszy, spanikowany niczym mały dzieciak umykający przed wściekłym psem.
Kilka sekund później do jego uszu dotarł nieco bardziej stłumiony kolejny krzyk - i kolejny, i kolejny...
Teraz był już pewien, że oprócz ujadania jakiegoś zwierza czy stwora słyszy przerażony krzyk młodej dziewczyny.
5 Chatka
Domek pośrodku jeziora, schowany za drzewami sięgającymi swymi wierzchołkami bezgranicznego nieba, grzęznął w ciemnej zieleni sosnowych gałęzi.
Był stary i drewniany - jak wszystko w zasięgu wzroku. Stał niewzruszenie na dębowych palach utrzymujących go niezachwianie w przestrzeni jeziora i okalającego go lasu.
Tkwił samotnie pośród niezmąconej wody niczym starucha wypatrująca oczyma zmęczonymi życiem przyjazdu pierworodnego syna.
Poranna, jesienna mgła unosząca się nad taflą jeziora zdusiła go swą mdłością, przysłaniając jego ostry zarys i pulsujące w nim stare życie.
Stał ledwo widoczny z nieodległego piaszczystego brzegu jeziora. Schowany w kremowej, sennej woalce mgielnych oparów napierających na jego ściany, przez dłuższą chwilę nie istniał nawet dla najbardziej uważnego obserwatora.
Nieopodal chatki - bo tak o niej mówili miejscowi - przy brzegu porośniętym gęstym tatarakiem kołysała się z wolna maleńka łódka. Druga, podobna do niej, pomalowana jasnobłękitną farbą, cumowała przy pomoście na środku jeziora, bujając się w rytm falowania powierzchni wody.
Nikt nie zauważył lampy naftowej zapalającej się w domku i nie poczuł jej ciepłego, stłumionego blasku.
Starsza kobieta, dobrze po siedemdziesiątce, zaścieliła kocami pryczę, kładąc na niej poduchy z własnoręcznymi haftami.
Spracowanymi palcami nieznacznie wyregulowała ogień lampy, aby przyjemne światło naftówki mogło ożywić ponure pomieszczenie. Ruch płomienia palącego się knota ożywił barwne ściegi zwierząt i kwiatów, misternie wyszyte na poszewkach poduch.
Kobieta poruszała się ociężale i ospale, lekko utykając na jedną nogę. W zeszłą zimę czarny kocur przybłęda, który pojawił się nie wiadomo skąd w jej chacie, niezadowolony z podanego jadła, ucapił ją w prawą goleń, wywołując stan zapalny.
Leczyła nogę różnymi sposobami, naparami, maściami. Przykładała do jątrzącej się rany różnorakie zielsko. I mimo prowadzonych zabiegów ciało nie przestawało krwawić.
Niejednokrotnie odczytywała to jako znak dany przez Boga albo inny pozaziemski byt - że jest w ich oczach wybrana, wyjątkowa i ważna dla toczącego się na ziemi życia.
"Taki jest mój los, mogło być gorzej, więc nie ma co narzekać" - powtarzała sobie często w myślach, całując przy tym krzyż przemodlonego różańca, odkładanego troskliwie na gwóźdź wbity we framugę skrzypiących drzwi.
Chata właściwie zawsze pachniała słoniną i ziołami. Każdy jej kąt wypełniony był delikatnymi bawełnianymi pajęczynami, pomiędzy którymi zwisały wiązanki i suszone badyle zbieranych ziół. Stanowiły one element dekoracyjny skromnie urządzonego pomieszczenia. Pachniały lasem, łąką, moczarami i bagnami.
Od najmłodszych lat wiedziała, jak wydobyć z nich pełny, mięsisty aromat oraz siłę, by oddały zaklętą w suszu moc ukrytą przez matkę naturę.
Zielska leczyły, stawiały na nogi, przeganiały brodawki, uwalniały od bóli stawów, a i czasami pozwalały w upojeniu odpłynąć w inny, równoległy świat, w całkowitej lekkości i szczęśliwości doznań.
Przybrana matka staruchy przekazała jej wszelkie tajemnice dotyczące ich zbierania i stosowania w różnych dolegliwościach, stanach zapalnych i niedomaganiach.
Odkąd dziewczynka skończyła siedem lat, macocha prowadzała ją po lasach, borach, kniejach, łąkach i bagniskach, odsłaniając tajniki związane z czasem zbiorów, warunkami suszenia, miejscami przechowywania i recepturami leczenia.
Zioła zbierały zawsze w suchy, ciepły dzień, przed południem, kiedy rosa opadła już całkowicie z łodyg i liści, czujnie wybierając zdrowe i nieuszkodzone korzonki, listowia i kwiatostany.
Macocha ciągle poprawiała receptury suszenia, by za bardzo nie zżółkły. Objaśniała jej, czym są zioła, jak się z nimi obchodzić, by nie uszkodzić wewnętrznej struktury roślin oraz - nie daj Boże - by nie utracić ich cennych leczniczych składników.
Po wstępnym osuszeniu wiązały je w bukieciki i wieszały na sznurku kwiatostanem do dołu. Pozostałe rodzaje zielsk rozdrabniały, mieszały według tylko im znanych, pieczołowicie opracowanych receptur, i przechowywały w słojach zamykanych korkiem.
Zioła nabierały mocy i aromatu, kiedy były suszone w półcieniu. Lubiły spokój oraz ciepło pomieszczenia bardziej od żaru powietrza i zabójczych łun letniego blasku.
Kobieta poprawiła bandaż, który zsunął się z niegojącego się golenia, rozpaliła szyszkami ogień w piecu i postawiła na nim czajnik z wodą na herbatę.
W pomieszczeniu zrobiło się od razu przyjemniej i cieplej, a rozbudzone ogniem powietrze pląsało zapachami krwawnika, dziurawca, mięty, rumianku, mniszka, pokrzywy oraz ostropestu.
Szeptuna, bo tak nazywali ją mieszkańcy okolicznych wiosek, ścisnęła w rękach różaniec wraz z garstką ususzonych ziół i skulona w modlitwie półgłosem odprawiła modły do Boga albo bóstw, czekając na radosny pobrzęk pokrywki gotującej się wody.
6 Taras
Wracał nieraz myślami do tych wrześniowych dni, kiedy pojawiała się w drzwiach jego biura. Lekko zagubiona, ale pełna młodzieńczej ochoty do życia.
Obraz ten nie był przerysowany.
Taka była naprawdę - skryta, delikatna i grzeczna dla całego świata.
Wrzesień, jedyny miesiąc spośród dwunastu apostołów roku, w którym lato ustępowało jesieni i który wraz z niżej pojawiającym się na niebie słońcem dawał światu poranne wytchnienie, wilgoć oraz świeżość.
Nigdy go nie zawiódł, nie zdradził i nie zaskoczył pogodą. Swym jesiennym klimatem nie odziewał ciała kożuchem, chociaż skutecznie przeganiał z letnich klapek.
Kojarzył go zawsze z dojrzewającymi kiściami winogron, z beczkami win drzemiących we włoskich winnicach, ze zmęczonymi liśćmi drzew wyczekującymi wybarwienia żółcią, brązem lub czerwienią oraz swobodnego lotu ku ziemi.
Zachodzące słońce rzucało cień kwiatów i pnączy wijącego się bluszczu na taras domu. Chłodził on rozgrzane, drzemiące ciało Bartosza Popielaka.
Rozłożony swobodnie w fotelu, stymulował wspomnienia, w których zagłębiał się w jej oczach, wykradając świeże, młodzieńcze pobłyski jej kobiecości.
Ocknął się, kiedy przyniosła mu kawę. Sama usiadła naprzeciw i popijając napar, przytuliła dłonie do ciepłej porcelanowej ścianki. Unosząca się nad filiżanką smuga roznosiła w powietrzu niezwykły zapach palonego brazylijskiego ziarna.
- Ależ smakuje kawa na tak pięknym tarasie! - Słowa kobiety zabrzmiały trochę sztucznie i nieco pompatycznie jak na tę codzienną skądinąd sytuację.
Bartek uśmiechnął się do niej przyjaźnie, odgadując w jej głosie pierwotne intencje. Przeciągnął się leniwie na fotelu jak kocur na przypiecku i znów przymknął powieki, zagłębiając się z powrotem we wspomnieniach.
Po chwili poczuł, że Natalia usiadła tuż przy nim, na rogu fotela i dyskretnie odstawiła filiżankę obok książki, którą próbował wcześniej czytać. Ilekroć brał ją w dłonie, zasypiał po przeczytaniu zaledwie kilku stron, zmęczony intensywnością pracy w firmie i nawałem realizowanych projektów.
Czuł, jak Natalia cudownie pachniała sadem. A ona wykorzystując ten moment zaaranżowanej bliskości, pochyliła się nad nim niczym gałąź jabłoni, zawisając w powietrzu i jakby chcąc swoimi dorodnymi owocami skusić go do grzechu.
Nie otwierając oczu, wyczekiwał, aż jej miękkie usta uwiodą go lekkością pocałunków i swym wyzywającym rozchyleniem pozwolą zasmakować ich słodyczy.
Lubiła się tak z nim droczyć.
Patrzyła na niego cierpliwym, kochającym wzrokiem i czekała, aż przyśnie ponownie, by zaskoczyć jego zaspane i rozmarzone wargi niekoniecznie szybkim i gorącym pocałunkiem, lecz powolnym, rozbudzającym - na pograniczu jawy i snu.
7 Niebezpieczne zabawy
Dziewczynki wracały znad jeziora. Szły uśmiechnięte i wysmagane promieniami słońca kończącego się lata. Na wątłych plecach niosły kolorowe plecaki pełne dziecięcej biżuterii, pomadek, kamieni, świecidełek, gumek do włosów i lakierów.
Zawsze, kiedy spędzały razem czas, próbowały bawić się we fryzjerki, modelki i kosmetyczki. Tylko Zuzia Suchomska, mająca z całej trójki najbardziej wybujałą wyobraźnię, wymyślała bardziej niecodzienne i tajemnicze zabawy.
Była dziewczynką skrytą, lubiącą baśnie i książki, unikającą bzdurnych filmów serwowanych na dziecięcych platformach telewizyjnych. Wychowywana była przez rodziców dosyć tradycyjnie. Dbali oni o to, by to właśnie świat baśni, różnych opowieści i podań ludowych kształtował jej dziecięce wnętrze.
Opowiastki i legendy, którymi karmili ją rodzicie, ciocie i dziadkowie, były dosyć znane w otaczającym ją środowisku. Na półce w jej pokoiku stało wiele książek poruszających tematykę ludową, a te, których nie miała, wypożyczała ze szkolnej biblioteki.
Wieś rządziła się własnymi prawami, osądami i tajemnicami. Legendy i podania ludowe często stawały się rzeczywistością i odwrotnie - rzeczywistość przeobrażała się w legendy, o czym bajarzono podczas imprez, wesel, odprawianych imienin i biesiad, często zakrapianych alkoholem.
Jednakże kiedy życie wracało na tory normalności, każdy zapominał o często wyssanych z palca opowiastkach, które na potrzeby wywołania strachu bądź uśmiechu przytaczano podczas biesiadowania.
- Chodźcie, ugotujemy magiczny wywar - zaproponowała znienacka Zuzia. - Przygotowując go, możemy stać się leśnymi rusałkami albo panienkami z moczar - dodała pełna entuzjazmu.
- Pewnie, tylko musimy najpierw pozbierać odpowiednie składniki w magicznym lesie - zawtórowały jej Martynka Wilkowska i Wiktoria Gierszewska, rówieśniczki Zuzy.
Dziewczynki uczęszczały do tej samej klasy w gminnej szkole podstawowej w Chojnej Dziczy. Razem chodziły nie tylko do szkoły, ale też do kościoła, na kółko taneczne w gminnym ośrodku kultury mieszczącym się w remizie i wszędzie tam, gdzie niosła ich dziecięca fantazja.
Rodzice zajmujący się głównie gospodarką rolną byli spokojni o swoje pociechy. Zawsze trzymały się razem i mimo różnic w ich emocjonalnej dojrzałości chętnie spędzały ze sobą czas, wymyślając kolejne szalone zabawy.
Martynka i Wiktoria nazbierały w lesie zielone mchy, świerkowe szyszki, wrzosy oraz igły sosen i modrzewi, a Zuzia dostarczyła odrobinę mętnej, sinozielonej wody z pobliskiej kałuży.
Zebrane składniki wspólnie przebrały i przesiały. Przysiadły na leżących w pobliżu polnych otoczakach i zabrały się za magiczne gotowanie. Słońce powoli pochylało się ku zachodowi, zmieniając swą barwę na bardziej wyrazistą i przyjazną oku.
Dwa dzięcioły miarowo stukały w pobliskie drzewa pełne robaków, larw, owadów i gąsienic. Swoją obecnością próbowały przestrzec siedzące pod nimi na kamieniach uczennice przed zbliżającą się burzą.
Zuzia wyciągnęła plastikowy pojemnik po ciastkach, które dostała do szkoły od mamy, i wrzuciła do niego zebrane przez przyjaciółki składniki, odpowiednio wcześniej oczyszczone oraz wyselekcjonowane. Brudną wodą zalała zawartość i patykiem wymieszała miksturę.
- Czuję się jak czarownica - stwierdziła entuzjastycznie, choć szeptem, Wiktoria, która dorzuciła do mieszającej się bryi jeszcze odrobinę listków paproci.
- Ciekawe, czy wywar będzie miał tajemniczą moc. - Martyna zacisnęła nerwowo dłonie, obserwując składniki obracające się jednostajnie w wodzie.
Kiedy zielonobrązowa mikstura została dobrze wymieszana, dziewczynki wystawiły swoje małe dłonie nad plastikowy kociołek, a Zuzia pewnym głosem wypowiedziała jej tylko znane zaklęcie:
Żabie oko, łapki jeża,
psi pysk i puch nietoperza,
żądło żmii, łeb jaszczurzy,
sowi lot i ogon szczurzy.
Niech to wszystko się na kupie
warzy w tej piekielnej zupie!
Podmuch wiatru wzbił tuman kurzu z piaszczystego podłoża leśnej dróżki, unosząc nieduże, żółtawe listki brzozy i drobiny piasku. Spłoszone dzięcioły odleciały z drzewnej stołówki do pobliskiego zagajnika, urażone mocą niespodziewanego dmuchu.
W zamgleniu i kłębowisku kurzu pojawiło się coś mrocznego, niewidzialnego, nienaturalnego...
Dziewczynki widząc, że zbiera się na burzę, przerwały zabawę i szybko pozbierały leżące w trawie plecaki.
- Kiedyś znowu powtórzymy ten rytuał - odezwała się Zuzia, podnosząc z ziemi brudny plastikowy pojemnik.
8 Bronek
Bronek Gwizdała, obecnie emeryt ze średnią jak na swoje warunki życia wysokością emerytury, był - jak to zawsze podkreślał w zamierzchłych czasach - dyrektorem w PGR.
Czasy owe nie były miodem i mlekiem płynące, ale też nigdy mu tego mleka i miodu nie brakowało.
Był bardzo szanowany wśród pracujących rolników i dumny, że sam mógł decydować o wszystkim, co działo się w państwowym gospodarstwie rolnym i w jego najbliższym otoczeniu.
Każda sprawa załatwiana u dyrektora Bronisława Gwizdały musiała nabrać mocy prawnej i oprzeć się o bufet, tak że mężczyzna nawet nie zorientował się, w którym dokładnie momencie został alkoholikiem i pospolitym miejscowym pijaczkiem.
Żył z wypracowanej emerytury i dorabiał na budowach. Pojawiał się wszędzie tam, gdzie była do wykonania jakaś pilna robota. Mógł w ten sposób dorobić dodatkowych parę groszy na wydatki postępującego nałogu.
Tego wieczoru poczuł w ustach smak, tę znaną mu nutkę dekadencji, która pozwoliła mu zerwać się z wyra, przeczesać kilka długich siwopopielatych włosów z zakola łysiny na glacatą[1] kopułę głowy, jeszcze o tej porze dnia trzeźwą.
Na swoje obolałe barczyste ramiona założył jupkę i ruszył zamaszyście do pobliskiej karczmy.
Wieczór był dżdżysty jak ostatnie nieszczęśliwe lata Bronisława. Ewa, matka jego dwóch synów: Marka i Zbyszka, odeszła od niego nagle, usuwając się z jego życia z dnia na dzień i nie zostawiając mu żadnej wiadomości, gdzie i do kogo wybywa.
Nigdy nie dociekał, dlaczego tak postąpiła, i nie szukał ani jej, ani dzieci. Wolał swe nagromadzone latami troski zapijać tanim, zimnym piwem, maskując smutek i rozgoryczenie pozornymi fluidami humoru karczmiennych kompanów.
Wchodząc do gospody, usłyszał w progu znajomy głos:
- Bronek, kurwa, gdzie cię wyjebało na dwa dni? - zapytał zmartwiony Jakub Szlachcikowski, dopijając z kufla ostatni łyk złotego płynu.
W ferworze prowadzonej o niczym rozmowy głowę odwrócił Antoś, spojrzał na zatroskanego Bronka przymglonym od alkoholu wzrokiem i dodał:
- Właź do środka i siadaj, chłopie, do naszego stolika. I weź nam postaw - wymamrotał, przeplatając zdanie dźwiękiem wybicia się piwnych gazów z przepełnionego żołądka.
- Sam se, kurwa, postaw, jak masz co. Albo idź do Szeptuny, to ci na zielsku postawi - parsknął na dzień dobry Bronek i zamówił u Leona duże piwo wraz z pięćdziesiątką czystej Soplicy.
- Dajcie żeż spokój Jadwidze. Nie dość, że szpetna i szkaradna, to jeszcze mało urodziwa i stara - odezwał się Maciej, broniąc jej i zarazem dokuczając, i dodał: - Toć z flaka wiszącego między nogami Antosia nawet viagrą armaty nie ufundujesz!
Po sali karczmy przemknął chichot wydobywający się z zapijaczonych gęb, po czym wszyscy miarowym ruchem dłoni doprowadzili do ust następną dawkę alkoholu.
Rozmowy dalej toczyły się - prawie jak zawsze w tym miejscu - o niczym. Lecz Bronkowi pozwalało to gasić żale po rozstaniu z żoną.
Po kolejnych łykach piwa zatęsknił za swoimi synami tułającymi się za pracą po zagranicznych budowach, po czym zamówił następny kufel piwa, kolejny z sześciu wypitych tego wieczoru.
9 Poranek
Mężczyzna przebudził się.
Wczesny, jesienny poranek nęcił go promieniami słońca przebijającymi się przez ciemne chmury koloru indygo. Oświetliły jego nos, głęboko osadzony w nieogolonej twarzy, a wpadające przez szczelinę żaluzji wstęgi światła przypalały mu tors - nagi i włochaty.
Przeciągnął się ospale w zmierzwionej leżeniem pościeli, wyginając ciało na boki i rozprostowując zastałe wypoczynkiem kości.
Ciepło promieni wpadających intensywnie przez okno cięło powietrze sypialni i gęstniało na odsłoniętej skórze, wywołując przyjemne wybudzenie.
Powoli otworzył senne oczy i spojrzał w okno, nęcony śpiewem napalonego ptaka zalecającego się do samicy w koronie pobliskiego drzewa.
Kolor nieba, ciemny błękit, przywołał wspomnienie ostatnich wieczornych chwil spędzonych z ukochaną i kolor paznokci jej stóp.
Przymknął jeszcze na chwilę powieki, by zanurzyć się we wspomnieniach i pomarzyć.
Często malowała pazurki odcieniem granatu, wiedząc, że kolor ten magicznie synchronizuje z lazurem jej oczu. Za kurtyną przymkniętych powiek wskrzesił obrazy z wczorajszego wieczoru, kiedy przesuwała stopę po jego kroczu, delikatnie i wyzywająco przyciskając przez spodnie oraz ciasne slipy jego nabrzmiałą, wrażliwą żołądź.
Kiedy wpatrywał się w lakier paznokci, bezwstydnie rozchyliła nogi, pokazując mu podobnie rozwarte wargi łona, pokryte delikatnymi włoskami.
Natalia. Poznał jej imię, kiedy pojawiła się na praktyce studenckiej w jego firmie.
Do dziś pamięta każdą sekundę jej obecności w biurze, owocowy zapach jej włosów unoszący się w powietrzu i ten pierwszy moment, kiedy zadurzył się w lazurze jej oczu.
Po skończeniu praktyki i w kolejnych latach ich życiowe drogi rozeszły się przynależnością do swoich połówek. Aż pewnego dnia zostali nagle kochankami, a grzeczne, poukładane młode dziewczę nie było już tą dawną, z lat studiów, zagubioną Natalką Czernik.
Pamiętał tę chwilę, kiedy po dłuższym niebyciu ze sobą, wpadli sobie w ramiona, a potem na miękkie łóżko. Kiedy razem szczytowali, wyszeptał jej do ucha nowe pieszczotliwe imię: Natusia - Seksusia.
Uwielbiał tak zdrobniale do niej mówić, a ona, kiedy słyszała swoje słodkobrzmiące imię rozpływające się w falach jego głosu, nabierała większej pewności siebie, dystansu do świata, a oczy jej emanowały dodatkową głębią lazurytu wabiącego mężczyzn.
Barni - bo tak pieszczotliwie zwracała się do Bartka, choć czasami, kiedy prowadzili poważniejsze rozmowy, używała bardziej dostojnego: Bartosz - otworzył rozmarzone oczy. Za powiekami rozpłynął się jak kamfora obraz pieszczot jego ukochanej.
Ostatni raz przeciągnął swoje niedospane gnaty i wstał, leniwie podchodząc do okna w samych majtkach. Zanim poczuł na udach chłód krawędzi parapetu, zerknął w lustro szafy na odbijający się w nim spory kawałek organu, który lubieżnie wychylał się do przodu, prężąc swą objętość.
Lubił budzić się przy niej podniecony.
Spojrzał przez okno rozespanym wzrokiem. Przez nieco przybrudzone szyby wpadały poranne promienie słoneczne rozświetlające zarysy wielkomiejskich blokowisk, fabryk i iglic kościołów.
Po chwili usłyszał za sobą ciche, przeciągłe mruczenie, ledwo słyszalne. Obrócił więc głowę. Pod kołdrą poruszyła się kobieta i obracając się na drugi bok, szepnęła rozkoszne "dzień dobry".
Jakąś chwilę już nie spała. Spod przymkniętych powiek delektowała się widokiem kuszącej postury mężczyzny stojącego przy oknie, zadumanego nad świtem odbijającym się w szklanej szybie.
Leżała pod kołdrą naga. Uwielbiała czuć chłód pościeli otulający jej ciało. Poza tym wiedziała doskonale, że budząc się w negliżu, będzie mogła zobaczyć znów ten błysk w oczach jej ukochanego. Uśmiechnęła się do niego czarująco i podciągnęła kawałek kołdry, tak by odsłonić całą nogę.
Przesuwając powoli rękę od kolana przez całe udo ku górze, prowokowała mężczyznę nadal stojącego między łóżkiem a oknem sypialni.
- Jak to się stało, że stała się częścią jego życia? - Bartosz wypuścił retoryczne pytanie w przestrzeń sypialni, po czym znajdując oczywistą odpowiedź, skierował wzrok na piękną linię nogi Natalii.
Spośród bogatej palety kobiecych ciał wiedział doskonale, które formy pięknych kształtów potrafiłyby wprawić go w niemałe zakłopotanie.
Od jakiegoś czasu do tychże nóg miał wyjątkową słabość, ilekroć spoglądał na nie, delektując się ich subtelną rzeźbą. Pamiętał doskonale tę pierwszą fascynującą chwilę, kiedy poprosił ją o zapozowanie do zdjęć, a ona zademonstrowała jemu swą wyjątkowość, siadając przy nim swobodnie i bez cienia skrępowania poruszając się przed obiektywem.
10 Pstrągi tęczowe
Stoją majestatycznie. Tajemnicze, opuszczone, dumnie wznoszące swe kamienne głownie ku niebu. Jak monolity brytyjskiego Stonehenge.
Tkwią w leśnej głuszy od dziesiątków wieków, mniejsze od tamtych, stłumione i nie tak wyniosłe.
Ukrywają w sobie tajemnice: energię, przekleństwo i paranormalną moc. Kamienne kręgi. Zaszyte w leśnej otchłani przed światem, ludźmi i postępem. Pozostawione w niezrozumiałym uporządkowaniu.
Zakotwiczone w ziemi od czasów prapuszczy, w niezbadanej mocy i ułożeniu wyznaczają punkty wschodów i zachodów słonecznych przesileń, kiedy środki wybranych kamiennych kręgów łączą się ze sobą niewidzialną linią i przedłużają do linii horyzontu.
Niektóre z nich przebadano wnikliwym okiem naukowców, a o pozostałych zapomniano. Czasami wskrzeszane są na chwilę w ludzkich przekazach, bajach i opowiastkach, kiedy kto odważniejszy chce o nich snuć historie przy biesiadnych stołach.
Nikt nie wie, po co stoją, komu albo czemu służą, skąd ta regularność ułożenia i skąd czerpią swe tajemne moce. W ich otoczeniu odnaleziono cmentarzyska ze szczątkami Gotów oraz innych ludów północy. Piastują więc funkcję kamiennych strażników niezbadanej wiedzy plemiennej ludu spoczywającego pośród nich.
Kto w kręgi kamienne wszedł kiedykolwiek nieświadomie, doznawał uzdrowienia ciała, czasami i oczyszczenia duszy, ale gdy pokusił się o rabunek, zabrawszy z pola ich spoczynku choć mały kamyczek, w jednej chwili stawał się potępieńcem, obłąkańcem, zwyrodnialcem lub straceńcem.
Antek wracał nieco podgazowanym krokiem od swojego syna, Janka, pomieszkującego ze swoją rodzinką w Sadzyrodzie. W nylonowej siatce niósł dorodne pstrągi tęczowe.
Korzystał z zakola rzeki, w którym jego pierworodny postawił skośną tamę, tak by od strony spadzistego podwórka zarzucać w niej sieci, próbując w nie złapać nierozważne rybne okazy.
Niewiele ich wpadało, lecz te niezdarnie wplątały się czasem w oczka siateczki i lądowały na grillu, patelni bądź w wędzarni Antka lub Janka.
Dziś pod nieobecność syna podkarmiał w tym miejscu śrutą zbożową ryby, a że nie było to zbyt odpowiedzialne zajęcie, kreślił sobie w głowie różne głupie myśli, wspominał sprośne dowcipy opowiadane w karczmie albo układał przysłowia, kończąc je własną rubaszną puentą.
Uśmiechał się przy tym sam do siebie, zaciągając się dymem samolepionego skręta, cisnącym się bezczelnie pod powieki.
Tego dnia miał wyjątkowe szczęście. Wyłowił ze strumienia cztery dorodne okazy i wracając do Borzych Dołów przez Osowo, popijał taniego bełta, którego zabrał ze sobą na drogę powrotną. Ryby stłamszone w siatce patrzyły tępym, gasnącym wzrokiem na migotające gałęzie krzewów oraz zarośli, kłapiąc co jakiś czas paszczami. Przed końcem swego ziemskiego żywota pragnęły posmakować choć jednego łyczka napoju wyskokowego Antka.
Mężczyzna pociągnął z butelki głębszy haust alpagi, donośnie zabździł wiatrem w spodnie i skręcił ze ścieżyny leśnej między drzewa mijanego lasu. Trzecią jego miłością, po Czesi i rybach, były grzyby, więc nie omieszkał zawinąć się między drzewa i skierować swój chód po kilka borowików do jajecznicy.
Antek miał już grubo po pięćdziesiątce. Pracował sam na roli, przejmując całą gospodarkę po zmarłym zbyt wcześnie ojcu.
Ciężki kawałek chleba, jakim było rolnicze rzemiosło, wycisnął swe piętno na jego rękach, twarzy i w kościach.
Miał przerzedzone, jasnoświńskie włosy. Chodził lekko pochylony, ale zawsze uśmiechnięty. Był życzliwy dla ludzi i zwierząt, a radość goszcząca na jego twarzy pochodziła nie tylko z jego dobrodusznego serca, ale też z promili krążących w jego krwi.
Mężczyzna miał tylko jedną jedyną wadę - wadę wymowy. Kiedy chciał szybko coś powiedzieć czy ogłosić światu, zrozumienie jego słów graniczyło z absurdem. Ktoś we wsi powiedział kiedyś, że "gdyby kobyła mogła mówić, bełkotałaby jak Antoś".
Dopiero co wszedł ochoczo w gęsty, iglasty zagajnik z nadzieją znalezienia kilku grzybów, a już pierwsze trzy okazy trafiły do jego cienkiej, jednorazowej reklamówki.
Od wyłożenia ostatnich zakupów z Lewiatana nosił ją w tylnej kieszeni dżinsów ubrudzonych rybnym śluzem, paliwem i okapanych kroplami moczu wydalanego w pośpiechu w wychodku.
Kiedy sięgał po czwarty wystający z mchu brązowy łebek, schylając się nieco niżej, by wysupłać go spod spróchniałego pnia, poczuł nagle dziwne mrowienie w szyi i ciepło rozchodzące się wzdłuż jego kręgosłupa do lędźwi.
Obraz podłoża zamajaczył mu w oczach, a kiedy ujrzał falujący za młodymi, gęsto rosnącymi brzózkami cień, wyrzucił z siebie drobne krople potu, które zalały jego świńskie włosy na spieczonej słońcem głowie.
Skłonił się bezsilnie jeszcze niżej, trzymając w ręku siatkę półśniętych ryb. Odrzucił od siebie butelkę po winie oraz zebrane grzyby i upadłszy na ściółkę usłaną igłami iglaków, poczuł stęchliznę mchów w swoich owłosionych nozdrzach.
Falujący cień przyczajony w pobliskich drzewach patrzył na Antka, próbując w niego wniknąć.
11 Grobowiec
Legend nie należy lekceważyć.
Kiedyś w karczmie pojawił się przejazdem starszy mężczyzna, dobrze zbudowany jak na swoje lata.
Zamówił swojski obiad, żurek i golonkę z zasmażaną kapustą, a do tego domówił regionalne piwo w butelce. Usiadł w rogu gospody i wypijając łyk zimnego napoju z pianką, czekał na realizację obstalunku.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku służył w wojsku, pełniąc wraz z kolegą służbę patrolową w pobliskiej jednostce wojskowej.
Wojska były skoszarowane w lesie, a ich warta sięgała paręset metrów dalej na zewnątrz, wokół namiotów ogrodzonych prowizoryczną siatką. Kiedy kolejny raz obchodzili z kolegą teren, zapuścili się nieco dalej od miejsca, w którym wyznaczona była trasa warty.
Mrok był tak gęsty, że z trudem przebijało się przez niego światło latarek, które trzymali w rękach. Na twarzach czuli wilgoć nocy i uderzenia małych owadów i ciem, które zwiedzione światłem w panice uderzały skrzydłami w nos i policzki wartowników.
W pewnym momencie poczuli pod butami osuwającą się i zapadającą ziemię. Przerażeni wpadli do głębokiej jamy przypominającej grobowiec. W leśnym osuwisku znajdowały się potężne szkielety i kości jakiegoś nieznanego ludu plemiennego.
Żołnierzom rozkazano milczeć o tym, czego byli świadkami, a parę dni później wysłano ich na dłuższy, przymusowy urlop. Miesiąc później nikt już nie wspominał o tym wydarzeniu.
Miejsce zostało zabezpieczone i przebadane przez archeologów, a później całkowicie zapomniane.
Mężczyzna wypił kolejny łyk piwa i zabrał się za gorący żurek podany przez Pelę, żonę barczystego mężczyzny, który rządził osobliwą karczmą.
- Kurde, Jakub, weź kulasy, muszę się iść odlać. - Powietrze gospody przecięło wyznanie półprzytomnego Macieja. Spojrzał smętnie na równie podpitego Jakuba i ruszył zamaszystym krokiem do kibelka.
W karczmie panowała dosyć luźna atmosfera, a w okolicach drzwi toalety w powietrzu można było poczuć woń przypalonego mięsa, rozlanego piwa i oparów moczu tłamszących się za wrotami wychodka.
Kiedy Maciej załatwiał swą potrzebę w śmierdzącym kibelku, Antek zamówił cztery pokale[1] piwa, tłumacząc niezgrabnie Jakubowi i Bronkowi, że ostatnie chmielarze przed wyjściem do domu wypiją kulturalnie w szklanicach z nóżką.
- Nigdy, kurwa, nie piłem piwa z wazonu! - zawtórował śmieszną ripostą Bronek, przylepiając włosy do spoconej, kleistej łysiny. Barman Leon obsłużył znajomków, którzy po chwili wznieśli toast pokalami za zdrowie gospodarza karczmy.
- Też się muszę wypryskać - oznajmił w sumie nie wiadomo komu Antek i ruszył raźnie przed siebie, niczym klacz na Wielkiej Pardubickiej[2], kierując swe ociężałe od chmielu nogi ku wyjściu.
- Ty, on zaraz będzie obszczywał pelasie malwy! - roześmiał się Jakub do Brona i pociągnęli z niegasnącą ochotą kolejny łyk spienionego, złocistego obszczymurka.
13 Wino
Bartek był dla Natalki życiową odskocznią.
Nigdy nie spotkała innego mężczyzny, który w tak trafny, subtelny, a zarazem podniecający sposób potrafiłby słowami malować obrazy - czy to rzeczywiste, realne, czy fikcyjne, na pograniczu absurdu.
Kochała w nim ten dar. Lubiła wymieniać z nim listy, maile czy nawet krótkie wiadomości na komunikatorze. Ale nigdy nie spodziewała się, że będzie pisał dla niej wiersze.
Maile, które odbierała jej skrzynka pocztowa, były wypełnione mądrością, optymizmem, dojrzałością poglądów, a czasami były w nich dołączane pliki z pisanymi przez Bartosza opowiadaniami, pełnymi magicznego, subtelnego erotyzmu i głębokiej, namiętnej treści.
Nieraz zatracała się w jego pisarskim kunszcie, nie doczytując do końca jego słów. Lądowała wtedy w łóżku, bawiąc się ze swoimi wibratorami. Musiała zaspokoić ten nagły impuls podniecenia, wzbierające emocje i pragnienie, dziko masturbując ciało do końcowego spełnienia.
Fascynowała się jego pięknymi opisami, subtelnością doboru słów, zbilansowaną mądrością i humorem.
W jego tekstach skrywała się głębia uczuć oraz trafność i ostrość przekazu. Był inteligentny i jak na mężczyznę miał niezwykle lekkie pióro. Wszystko, co dla niej tworzył i pisał, pulsowało w jej głowie, w sutkach i pomiędzy udami.
Dzisiejszy senny poranek przywołał wspomnienia pierwszego wiersza, który otrzymała od niego krótko po tym, kiedy ich drogi życiowe ponownie się zeszły. Ilekroć go czytała, delektowała się lampką schłodzonego wina, a później sięgała niżej, pomiędzy nogi, do rozgrzanej poezją myszki, zatracając się w subtelnych, miłosnych słowach.
Po kilku podobnych akcjach nauczyła się wiersza na pamięć i kiedy nikogo nie było w pobliżu, recytowała go często na głos, zachwycając się prostotą jego przekazu.
Sięgnęła i dziś po białe półsłodkie wino, odkorkowała butelkę, napełniła kieliszek i delektując się nutą smakową napoju, przypomniała sobie jego treść w myślach:
W porannych świtu promieniach
Obnażasz ciało senne
I w wybudzonych pragnieniach
Myśli krążą bezwiedne
Nachylasz usta
Wilgotne rosą
By stłumić ryk pożądania...
Przyjemność na wargach niosą
Pełne słodkiego oddania
Splecione dłonie w rozkoszy
W kwiatowym zapachu łona
To uczta kochanków, smakoszy
Pędu podniet odsłona...
Wirują czułości ponęty
Emocje w ciągocie zgrania
Rozkoszy sznur rozciągnięty
W mgle porannego wstawania
Zmieszane w popiele ekstazy
Ciała bez okryć bezwstydne
I ręka co czule miziała
W błogości puchu milknie
Sięgnęła do szuflady po swój najlepszy wibrator, którego póki co nie musiała jeszcze chować przez dziećmi. Przyłożyła go do swoich koronkowych, przezroczystych czarnych majtek, włączyła drgania i poszybowała razem z nim.
Gniewomir Gmyz, jej były mąż, był w tym czasie z Józiem i Rózią na zaplanowanej tydzień wcześniej uczcie w McDonaldzie. Dzieci odwiedzał regularnie, zgodnie z wyrokiem sądu.
I to była jedyna rzecz, jaką jej imponował.
14 Ślady opon
Wracały z zajęć szkolnych - prawie jak co dzień - na rowerach. Tylko zimą i w paskudne dni korzystały ze szkolnego autobusu, który krążył po okolicznych wioskach, zabierając młodzież do szkoły.
Zanim wyruszyły w drogę powrotną do swoich domów, Kasia Suchomska, starsza siostra Zuzi, wysłała na Messengerze wiadomość do swojego chłopaka Jakuba. Napisała, że dzisiaj wieczorem chciałaby się z nim spotkać przy małym boisku do koszykówki obok sklepu.
Szkoła w Malachinie, do której uczęszczała od ponad dwóch lat, uczyła zawodu kucharza i dawała jej nadzieję na dobrą pracę. Dziewczyna pasję do gotowania wyssała wraz z mlekiem matki.
Rodzice, zanim pociechy się urodziły, wyjechali za pracą za granicę, żeby dorobić nieco grosza, tak potrzebnego na ich nowej, wspólnej drodze życia.
Po ślubie zakotwiczyli w Almere, urokliwej miejscowości portowej położonej niedaleko Amsterdamu. Tam oprócz spędzenia miodowych dni pełnych seksu i namiętności wnikali w świat wielkiej zachodnioeuropejskiej gastronomii.
Matka Kasi i Zuzi, Karolina, przed objęciem posady adiunkta konserwatorskiego w Kaszubskim Muzeum Etnograficznym pracowała jako pomoc pierwszego kucharza, a jej druga połówka i przyszły ojciec dziewczynek, Adam, kelnerował w zewnętrznym ogródku restauracyjnym.
Jednak wykonywana praca nie była spełnieniem marzeń młodej pary, chociaż dawała pewną satysfakcję i zadowolenie, zwłaszcza kiedy kolejne eurotysiaki wpływały na ich wspólne konto. Holenderska miejscowość miała swój czar - czar ekonomiczny. Była też ich tymczasowym domem i miejscem, gdzie spłodzili swą pierwszą córeczkę, Kasię.
Po kilku latach emigracji zarobkowej wrócili na ojcowiznę. Potrawy przyrządzane rękami matki dziewczynek smakowały kaszubskimi lasami i holenderskimi wiatrakami. Kobieta wkładała w gotowanie całą swą słowiańską duszę, co spowodowało, że wszystkie kobiety w rodzinie stały się okrągłymi kluseczkami.
- Gdzie leziesz z tym rowerem - fuknęła Kasia na popychającego ją łokciem kolegę z klasy, także prowadzącego dwukołowca, i wyjechała z przyszkolnego parkingu na ścieżkę tuż przed chłopakiem.
- Kaśka! Chodź! - zawołała ją zza bramy szkoły Ania Górnowicz, po czym z trudem wyciągając z głębokiej skórkowej torebki czerwoną paczkę Westów, dodała: - Zanim pojedziemy do chaty, wypalmy po szlugu.
Długimi pomalowanymi na czerwono paznokciami wyjęły po papierosie. Odcień lakieru bardziej pasował do koloru paczki fajek niż do torebki czy ubrań, w których stały.
Zapalniczką odpaliły ich czuby i zaciągnęły się synchronicznie. Ich równe, miarowe oddechy dawały złudzenie podłączenia ich tchawic jednym przewodem do wspólnej pary płuc.
- Kurde, dawno nie jarałam. - Kasia wydmuchała dym. - Muszę po drodze kupić w Lewiatanie mocne gumy miętowe, bo matka ma nos jak tapir. Sama pali, ale drugiemu żałuje - fuknęła z pretensją w głosie, wydmuchując nosem szaroniebieski dym.
- Moja myśli, że jeszcze piję Kubusie! Ja pierdolę, chyba kawowe! - zawtórowała z nieco wymuszonym uśmiechem Ania, pociągając dosyć odważnie i głęboko kolejną porcję oparu z nikotynowego kopciucha.
- Już któryś dzień zakładam podpaskę. Miałam dostać okres w niedzielę, ale coś się pierdyknęło i nie mam. Ostatnio Kuba nie miał przy sobie gumek, jak poszliśmy na całość. Powiedziałam mu: "jak chcesz ze mną być, to musisz mieć kasę nie tylko na gumy do żucia, ale i na gumy na wacka" - wyżaliła się Kasia i ostentacyjnie wystrzeliła palcami skremowanego do połowy peta w pobliskie krzaki.
- Ale masz wymagania. Szczerze mówiąc... niezbyt wygórowane - uśmiechnęła się ciepło Ania, siadając na rower, i dodała: - Pojedźmy dzisiaj na skróty przez Sadzyród, może trafimy po drodze na grzyby, a i wrzosów byśmy nazbierały do domu.
Dwa rowery górskie osiemnastolatek przemknęły obok tylnego ogrodzenia szkoły. W tle słychać było ich rozmowę o dzisiejszym niezbyt mądrym zachowaniu Rafała w stołówce.
Droga trochę im się dłużyła, tym bardziej że leśna ścieżka była jak na tę porę roku dosyć sucha, a kwitnące wrześniowe wrzosy rosnące na miedzy rozdzielającej koleiny ścieżki nie ułatwiały pedałowania.
Las milcząco spoglądał na wijące się na piasku ślady opon i swym szumem wtórował skrzypieniu kół rowerowych. W połowie drogi minął ich samochód leśniczego.
- Kaśka, dobrze, że nie jarałyśmy podczas jazdy, bo by nas Limanowski opierdolił i jeszcze podkablował starym - odezwała się zdyszanym głosem Ania.
- Niedługo zrobimy sobie przerwę na dymka - stwierdziła koleżanka.
Na horyzoncie powoli się ściemniało, więc dziewczyny przycisnęły stopy do pedałów, by przed zmrokiem zdążyć wrócić do swoich domów
- Kurde, Kaśka, widziałaś? - zlęknionym głosem odezwała się Ania. - Tam ktoś jest!
- Boże, kto ma być? - odpowiedziała Kasia, nie zwalniając tempa.
- O tam! W lesie. Widzisz? Przemknęło mi... o tam! Coś wielkiego mignęło za drzewami. Kurde, nie wiem, co to. Porusza się powolnym krokiem, jakby...
- Chyba masz jakieś zwidy. To na pewno były tylko Westy? Nie wkręciłaś w tytoń czegoś jeszcze? - zakpiła Kasia.
Dziewczyny równocześnie zatrzymały swoje rowery, a ponieważ nie miały zamontowanych nóżek, położyły je na przydrożne zielonkawe, miękkie mchy i po cichutku weszły głębiej w las, żeby zobaczyć odkrycie Ani.
Zachodzące słońce zarumieniło chmury niczym lica zaintrygowanych młodych kobiet i ukośnymi, prawie równoległymi do ziemi promieniami zaglądało w głębiny leśnego poszycia, śledząc co przez dzień narosło, przegniło, wyzieleniało lub zakwitło.
Nagle ni stąd, ni zowąd razem ze spotęgowanym, nieprzyjemnym szumem lasu zaświergotały ptaki skupione w brzozowym zagajniku.
Dziki, niemiarowy ćwierkot żegnał swym jazgotem odchodzący dzień, jednocześnie witając zmęczone jazdą dziewczyny i zapraszając je głębiej w głuszę boru.
Niedaleko płynącego leniwie strumyka, wśród gęstych, potężnych sosen, zobaczyły dziwną grę świateł i cieni, a wokół nich powbijane drewniane kołki, pomiędzy którymi stały milczące duże kamienie ustawione w okrąg.
W kamiennym kręgu za kształtem przypominającym potężną ludzką istotę wystawał czub szałasu zrobiony z iglastych gałęzi, trzcin oraz traw, a przy nim dogasało ognisko.
Postać w światłocieniach lekko się poruszyła, a z kształtu przypominającego głowę jakiegoś stwora wyłoniły się szarobrązowe, ledwo widoczne potężne rogi.
Chwilę później wokół leśnej zjawy pojawiła się mlecznobiała mgła, delikatna i przezroczysta jak halka młodej kochanki, podobna do tych, które tworzą się wieczorną porą na moczarach i trzęsawiskach.
Z pobliskich gęstych drzewek rosnących na skraju lasu w mgłę weszły trzy nagie, małoletnie, wątłe dziewczyny i rozpoczęły rytualny taniec. Tańczyły powolnie i sennie, lecz z każdą upływającą minutą pląsały dynamiczniej, przechodząc w namiętne, władcze i przerażające podskoki.
Uczennice stały zdziwione, lekko przestraszone, sparaliżowane. Patrzyły przed siebie w zaklęty kamienny krąg zastygłym, zatrwożonym wzrokiem.
Tuż za nimi bezszelestnym krokiem skradał się cień, zbliżając się do pleców zdziwionych uczennic.
- O ja pierdolę, co to? - odezwała się Kasia i było to jej ostatnie pytanie tego dnia, na które zresztą nie dostała już odpowiedzi.
Usłyszały za sobą szmer, ale nie zdążyły nic powiedzieć, wykrzyczeć ani wykrztusić z siebie. Nawet nie mrugnęły oczami, kiedy ogarnęła ich ciemność i niepohamowana błogość.
Nikt więcej nie zobaczył tego, co one. Nikt nie słyszał głosów, zgiełków i wrzasków. Resztki wieczornych wydarzeń rozpłynęły się jak opar w powietrzu leśnego oddechu wraz ze śladami opon rowerowych odciśniętych na piasku.
15 Leon
Było już po pierwszej w nocy, kiedy Leon, zmęczony po całym dniu pracy, przecierał zachlapane piwskiem i jadłem ławy oraz siedziska w karczmie. Przygasił światła, które jeszcze nie tak dawno rozświetlały podchmielone twarze miejscowych biesiadników, i zakasał rękawy, żeby domyć w zlewie pozostałe po nich kufle, szklanice oraz pokale.
Kochał swoją pracę, kochał zarządzać pensjonatem i karczmą. Był dla tych dwóch obiektów sercem, które pompuje w ich ściany pozytywną energię, siłę i wigor.
Ludzie czuli się w gospodzie swobodnie. Zawsze panowała w niej atmosfera lekkości i swojskości. Dla odwiedzających ją klientów była niemal drugim domem, a dla miejscowych pijaczków - często jedynym.
Rzadko kiedy dochodziło tu do awantur czy bijatyk. Za to można było wspólnie popolitykować, ponarzekać, dowiedzieć się o wszystkim - kto, co, z kim i po co, a także pośmiać się szczerze, nieraz do łez, przy rozmowach zakrapianych alkoholem.
Żona właściciela dzieliła z Leonem nie tylko łoże, ale też pasję oberżysty, pomagając mu przy organizowaniu posiłków i sprzątaniu oraz dbając o obejście karczmy i pensjonatu.
Wszyscy w Borzych Dołach i okolicy wiedzieli, że najpiękniejsze malwy i rudbekie rosną właśnie przy ścianie karczmy Wentyczów, bo są podlewane magiczną ręką Pelasi. Pozytywna, energetyczna moc tego miejsca przyciągała swoich i nieswoich - miastowych, a miłość, która napędzała ten małżeński tandem, wylewała się sowicie na wszystkich, którzy kiedykolwiek dotarli w to miejsce.
Dzisiejszego wieczoru Pela położyła się do łóżka wcześniej, zmęczona praniem i prasowaniem pościeli, obrusów i ręczników, zostawiając uprzątnięcie karczmy na barkach ukochanego.
Kiedy Leon wypłukiwał ostatnie bąbelki piany płynu ze szklanic, zamyślił się pochylony nad zlewem i westchnął głęboko. Dawno już nie słyszał głosu swojej córki Alicji. Mimo że zawsze wspierał ją we wszystkich podejmowanych przez nią decyzjach jako przykładny ojciec, jakoś nie potrafił pogodzić się z wyborem swej jedynej córki. Alicja wyjechała do Włoch parę lat temu i wraz z ukochanym Emileno zamieszkała w południowej części Półwyspu Apenińskiego.
16 Materia
- Godzina 3:33 tejże nocy -
Wiatr zerwał się nagle, niczym stado gap siedzących na gałęzi, budząc do życia nieruchome listki, igły i szyszki leżące w mchu u podnóży drzew. Kora okalająca pnie zadrżała, a soki wypełniające ich wewnętrzne słoje zostały na kilka chwil wchłonięte z powrotem w korzenie i dalej w poszycie lasu.
Owady zastygłe nocnym chłodem przebudziły się z robaczego snu i panicznymi drganiami czułek, żuwaczek, skrzydeł i odnóży próbowały zrozumieć przyczynę niespodziewanego falowania podłoża.
Drgania stawały się coraz bardziej niepokojące, jakby mocą swej wibracji chciały zrzucić wszystkie igły i listowia z krzewów jałowców, leszczyn oraz czeremch.
Wśród dużych granitowych kamieni obrośniętych porostami i ułożonych w dwa półkola zmaterializował się niezidentyfikowany niewidzialny obiekt. Zawisł kilka centymetrów nad ziemią, wyrzucając spod swojego niewidzialnego obrysu grudy ziemi, mchów, traw, patyków, korzeni oraz wszystko to, co żywe zamieszkiwało w podszyciu i ściółce lasu.
Nie było słychać żadnego dźwięku, szmeru, szumu czy hałasu - prócz tego, który swoim istnieniem wzbudzał i poruszał łodygami i listowiem roślin, runa leśnego oraz ściółki w tej opuszczonej części lasu.
Obiekt nie był widoczny dla nikogo. Kiedy zaczął podnosić się nieco wyżej, wszystkie pędraki, owady, chrząszcze, żuki, muchy, gąsienice oraz inne paskudztwa próbowały oddalić się z miejsca jego odziaływania, uciekając w popłochu na zewnątrz półokręgów.
Kamienie drżały, a nad nimi unosiła się delikatna, wręcz niezauważalna łuna fluoroscencyjna, tajemnicza, groźna i nieprzewidywalna.
Niedostrzegalna materia powiększyła swoje zarysy, dotykając swą zewnętrzną, drgającą warstwą boczne powierzchnie głazów. Swą zaborczą, głodną objętością chciała pochłonąć wszystko wokół.
Kształt robił wrażenie. Na zewnątrz skupiona była cała jego energia, a środek stanowił bezkresną, nijaką pustkę, w której mógłby się zapaść cały świat.
Kiedy nieznany stwór metafizyczny objął wszystkie leśne kamienie, nastąpiła cicha eksplozja tego, co sam stanowił i z czego był zbudowany, a drgający energetyczny zarys został wchłonięty w jego wewnętrzną pustkę.
Zniknięcie materii nastąpiło w czasie krótszym niż mrugnięcie powieki. Las i wszystko, co żyło lub rosło w jego otoczeniu, natychmiast się uspokoiło. Na chwilę zamilkło.
Nic, co wcześniej istniało w tym miejscu, nie będzie już takie samo.
Pelagia, śpiąc nieco nerwowo, przewróciła się na drugi bok, czując silne ręce męża obejmujące ją w delikatnym sennym uścisku.
17 Natalia
Lubił, kiedy Natalia nęciła go swym ciałem. Miała tę przewagę nad innymi kobietami, że zdobywając to, czego pragnęła, nie musiała stosować przewrotnych taktyk łowczyń podstępem doprowadzających swe ofiary do łóżka.
Tego wieczoru nalał jej do kieliszka wina i usiadł wygodnie w fotelu z twarzą skierowaną w jej stronę.
Przysiadła naprzeciwko, pociągnęła ustami alkohol i czując na języku jego słodkawą cierpkość, spojrzała podniecającym wzrokiem na jego krocze.
Odwzajemnił ruch jej głowy podobnym spojrzeniem, starając się przeniknąć wzrokiem strukturę materiału okalającego jej ciało. Nie miała na sobie bielizny, a delikatny krój sukienki na ramiączkach podkreślał jej opaleniznę.
Nagle Bartek rzucił tym swoim zdecydowanym głosem, który odbijając się od sufitu, ścian i mebli pomieszczenia, podniecająco wybrzmiał w jej uszach.
- Pragnę cię, Natusiu - uśmiechnął się szczerze, nie potrafiąc ukryć wzmagającego się w nim naprężenia.
- Chodź do mnie, proszę, i pocałuj mnie tak, jak tylko ty potrafisz - odpowiedziała czule, lekko rozchylając założone na siebie nogi. Spojrzał pożądliwie w miejsce, gdzie kończyły się jej uda, a zaczynała falbana sukienki, i zobaczył delikatną gęsią skórkę powoli pojawiającą się na jej nogach.
Widok ten podniecił go tak szalenie, że zerwał się z fotela i podchodząc, rozchylił jej nogi nieco szerzej, jednocześnie przed nią klękając.
Poddała się jego dotykowi, czując na sobie jego ciepłe dłonie, tuż poniżej linii łydek. Poczuła zdecydowany ruch rozwierający jej podniecone już kończyny.
- Wiesz, że tak bardzo kocham twoje stopy? - stwierdził czułym głosem, przykładając usta do miękkiej podeszwy jednej z nich.
- Są twoje, Bartku. I dobrze chyba wiesz, że maluję je tylko dla ciebie - odpowiedziała, podkładając mu je jeszcze śmielej do pieszczot.
Zawsze, kiedy oglądali programy publicystyczne czy filmy, siedząc na kanapie, zerkał ukradkiem na ich kształt, skanował dyskretnie owalność jej palców, podążał wzrokiem za strukturą i wgłębieniami linii papilarnych. I po prostu patrzył na nie - jak na arcydzieło namalowane pędzlem francuskiego artysty.
Niejednokrotnie zachwycał się kolorem jej paznokci, o które bardzo dbała, jakby były jedyną wizytówką jej kobiecości.
Dotykał je, kiedy siedziała obok, dłońmi delikatnie penetrującymi palce i ich zakamarki.
Gładził wtedy swoimi opuszkami pomalowane płytki. Chciał wydobyć z nich jeszcze większy blask i połysk.
Robił to delikatnie, wręcz rytualnie, a że bardzo brakowało jej takich pieszczot, z wielką ochotą poddawała się tym subtelnym zabiegom.
Gniewomir, jej były mąż, był typem faceta - drwala. Nie widział sensu i przyjemności w tego typu zachowaniu, a spółkowanie z Natalią, kiedy była jeszcze jego żoną, ograniczał do czynności dających zadowolenie wyłącznie jemu.
Rozpalony Bartosz smakował stopy Natusi bez większego pośpiechu, lubił gładkość jej pięt i to bezwstydne poruszanie się jej palców w jego ustach.
Oprócz stóp kochał jej jasne włoski łonowe, niepodgolone, delikatne, które swym trójkątnym kształtem wskazywały kierunek głębszych penetracji.
Zanurzył więc w nie delikatnie swoje palce, a potem obniżył położenie opuszków, starając się dotrzeć do warg, pewnie już rozchylonych na boki.
Cipkę miała niesamowitą. Nazywał ją tak od momentu, kiedy wykrzyczała mu do ucha w spazmach przeżywanego orgazmu: "Boże, Bartek, moja cipka należy tylko do ciebie".
Nie chciała mieć już między nogami różyczki, puni, mysi, muszelki, norki - odkąd głęboko szczytowała na nim, a orgazmy szarpały jej wnętrzem, macicą oraz mięśniami brzucha. No, poza jego wyjątkowymi wierszami, które często pisał dla niej, w wyszukanych słowach subtelniej opisując tę okolicę.
Tak ją cudownie dotykał. Dokładnie tak, jak tego oczekiwała. Czuł intuicyjnie, czego pragnie, i delektował się każdą chwilą, kiedy nie panowała nad sobą i nad swoim ciałem.
Oddawała mu się w całości, czerpiąc z tego, co razem tworzyli, pełny koloryt przyjemności. A on delektował się esencją jej młodości, wydalaną porami skóry.
Ciało miała zadbane, delikatne, jędrne i często nawilżane oliwkami. Zawsze pachniało czystością i świeżością, dlatego rozpieszczał je pocałunkami, odurzając się zapachem jej perfum.
W pewnym momencie zluzował pasek w spodniach, odpiął guzik i uwolnił podniecone przyrodzenie. Odkąd zaczął z nią spółkować, jego wzwody stały się twardsze, częstsze i bardziej wyniosłe.
Lubiła patrzeć na jego stojący ogon, czuć w swoich rękach jego pobudzenie oraz delektować się ekscytującymi chwilami, kiedy przybierał na sile i objętości.
Natalia potrafiła doskonale zaspokoić swojego ukochanego. Nieważne, gdzie posadowił przekrwione, napalone, rozgrzane do czerwoności ciało jamiste. Bartek doceniał jej zaangażowanie i czułe metody, którymi władała, stając się tym samym dla niego kochanką doskonałą.
- Wejdź we mnie mocno i głęboko - wyszeptała mu z czułością, wysuwając swoje biodra do penetracji.
Wypełnił ją z uczuciem, wchodził gładko - raz wolniej, raz szybciej i mocniej, a ona odpowiadała mu dygotaniami wnętrza.
Lubiła sposób, w jaki obchodził się z jej ciałem - jak z niezwykłym, drogocennym klejnotem. Doskonale znał jej punkty erogenne. Wiedział, jak je łączyć pieszczotami, by wprowadzić jej galopujące pragnienie do raju spełnienia.
Zatracili się więc tego wieczoru w pocałunkach, czułościach i penetracjach, po czym upadli na podłogę zmęczeni, spoceni oraz wyczerpani. I szczęśliwi do granic możliwości.
18 Ludzie lasu
Wrzesień zmierzał powoli ku końcowi. Miejscowi częściej przesiadywali w lasach, zbierając podgrzybki, kozaki, prawdziwki, które oddawali później do skupu za parę groszy.
Dla niektórych grzybobranie było przyjemnym relaksem i balsamem na strapioną duszę, dla innych - dodatkowym, nieopodatkowanym zarobkiem, a dla pozostałych - wielką miłością przekazywaną z pokolenia na pokolenie.
Ludzie mieszkający w Borzych Dołach, Osowie, Sadzyrodzie, Malachinie, Ostrówku, Chojnej Dziczy, Zimnych Lipach i w wielu sąsiednich wioskach mogli siebie nazywać, bez przesadnej wyniosłości, ludźmi lasu.
Las był drugim ojcem każdej rodziny. Ochraniał bawiące się dzieci pod szeroko otwartymi ramionami drzew, ogrzewał drewnem mieszkania, chałupy, chaty, obdarowywał ludzi jagodami, borówkami oraz grzybami.
Pod postacią drewnianych mebli, naczyń, łóżek, podłóg i ścian służył ludziom w ich codziennych trudach, dawał ciepło przyjemnej struktury desek, cieszył oko kwiatami i wrzosami, leczył ziołami chorowitych i nieodpornych, pachniał mchami i jałowcami, a także poprawiał urodę dziewcząt, pań i staruszek.
W karczmie pachniało zupą grzybową, pieczoną gęsią i ciastem drożdżowym z kruszonką. Leon przyjął zamówienie na dwudaniową obiadokolację dla trzech rodzin nocujących w pensjonacie i przykulał do wyszynku pełny keg piwa. Zainstalował głowicę w nowej beczce i podregulował ciśnienie gazu w butli. Jego żona krzątała się w kuchni karczmy, sprawdzając produkty, jakie miała w lodówkach i zamrażarkach, i pisząc sobie na osobnej kartce ilości, w które musiała ją jutro zaopatrzyć.
W kącie gospody przy stoliku od ponad dwóch godzin siedzieli sobie spokojnie Bronek z Antkiem, czekając na pozostałych kompanów, którzy mieli dotrzeć nieco później. Kiedy otworzyły się drzwi karczmy, w jej progu stanęli lekko już podpici Jakub i Maciej.
- Leon! Niech będzie pochwalony... i uszanowanie dla państwa - wychrypiał donośnym głosem Jakub, wypatrując kamratów podpuchniętymi oczami.
- Jakub! - krzyknął Antoś zza pleców Bronka. - Weź zamów po drodze każdemu po kufelku z nowej beczki. Na mój zeszyt!
- Ruszyłbyś się z rzycią, a nie starym się wysługiwać - zakpił Jakub i zlecił obstalunek Maciejowi wchodzącemu za nim podobnym, nieskoordynowanym krokiem.
- Kurwa, Jakub, co cię szerszeń w jajo upierdolił, że jesteś taki cięty? - Bronek postanowił przyjść z pomocą Antkowi.
Po kulturalnej jak na ich możliwości wymianie zdań i tradycyjnym przywitaniu się z pozostałymi gośćmi siedzącymi przy stolikach w gospodzie przysiedli się do ławy, gdzie urzędował Bronek z Antkiem.
- Ile żeś dzisiaj wydrapał pieniędzy z lasu? - zapytał Bronek Macieja, mając nadzieję, że ten odwiedził już skup, sprzedał grzyby i zabrał ze sobą zarobioną kasę.
- A tam, szkoda gadać. Dzisiaj nie za dużo żem zebrał. Ciężkie powietrze wisiało, duszno było. A jeszcze Pliszkowa latała cały czas za mną jak komar za dupą i wydrapywała tymi swoimi pazurami wszystko, co żem wcześniej wypatrzył.
- Toć zapewne ona czegoś chciała od ciebie, że tak ci na plecach siedziała. W lesie czasami chęć na seks złapie - wtrącił z uśmiechem Antoś.
- Weź, Antoś, przestań! Helena jak była szkaradna, tak jej się dalej ostało, ino jeszcze gorzej, bo kulasy jej bardziej wykrzywiło. Raz, jak poszła na grzyby i stanęła dłużej w lesie, żeby myśli we łbie poukładać, to jej pająk krzyżak w tych krzywych giczołach pajęczynę postawił. Dyć jej to ino miotły na ropę brakuje. Dobrze, że mamy epokę odkurzaczy, bo by na tej miotle latała po zdrapki do Lewiatana - skwitował Maciej, przysuwając do siebie kufel piwa zaserwowanego przez Leona.
- Kurde w cyc, Maciej, jak ty już coś pierdolniesz w eter, to przy twojej gadce nawet byk by się ocielił - parsknął śmiechem Jakub. - Teraz wiem, skąd ona ma takie czarne pazury. Drapie te grzyby, drapie, aż wszystkie w lesie wydrapie!
- Antoś, a ty co taki wyczerpany? - zakpił rubasznie Maciej. - W wiosce gadają, że Czesia cię znów wypierdzieliła z domu i śpisz teraz po nocach w lesie. Podobno miałeś niezły odlot po winie z Lewka[1]. Zamiast podgrzybków żeś tęczowych pstrągów natargał.
- Chłopy, prawdę powiedziawszy, to nie wiem, co się wtedy stało. Ostatnie, co ino pamiętam, to moment, że jak się schylałem po borowika, to śmignął mi przed oczyma ciemny cień w krzakach, a potem mnie doszczętnie powaliło. Obudziłem się rano zziębnięty niedaleko Osowa, z mchem w zębach i śniętymi pstrągami. I do dzisiaj kombinuję, skąd ja, kurwa, miałem te ryby w lesie!
- A piłeś jeszcze coś innego? - zapytał Antka szczerze zaniepokojony Bronek.
- A widziałeś kiedyś Antka, co by o suchej gębie chodził po borze? - wypalił Jakub i zaprosił pozostałych do dźwignięcia kufli.
- Piłeś, nie jedź! A ty, Antek, od razu wypinasz się do jakiegoś leśnego cienia po wypiciu bełta - zakpił ponownie Maciej. - A może rozochocony twoim widokiem chciał cię napalony ciepły Leszy przelecieć od zadka. Jak zobaczył twoje tęczowe pstrągi, to pewnie pomyślał żeś ciota. Kto łazi na grzyby z rybami w siatce, w dodatku tęczowymi?! Ale znając życie, gdyby chciał się dobrać do tej twojej śmierdzącej rzyci, to na pewno by odpuścił.
Towarzystwo buchnęło gromkim śmiechem i nawet Antek, któremu nie było w tej chwili zbyt wesoło, wyszczerzył swoje krzywe jedynki.
- Dziwne rzeczy dzieją się ostatnio w lasach - oznajmił Leon, podchodząc ponownie do stolika. - Antek to miał przeróżne przygody w życiu i nieraz nocował po cudzych domach, kiedy Czesi podbił ciśnienie, ale z tymi dziewczynami od Górnowiczów i Suchomskich to już nie są przelewki.
- Święte to one aż takie nie są. W takim są głupim wieku, że tę głupotę mają wymalowaną na pyskach. A bo to wiecie, co one tam sfajczyły po drodze ze szkoły do domu? - wydedukował Maciej, tym razem nieco mądrzej.
- Całą noc ludzie z trzech wiosek usilnie ich szukali, a one wróciły następnego dnia do domów jak gdyby nigdy nic. Tłumaczyły bez zawahania w głosie, że nic się im nie stało. I że nic nie pamiętają. Niezły towar musiały zjarać. A rodzice całą noc odchodzili od zmysłów - zirytował się Leon, przecierając przy okazji uświniony stolik siedzącej czwórki.
- Coś jest nie teges. Widzicie, Antek też gówno pamięta, ale jemu to czasami film się urywa i ze trzy razy na dzień - wtrącił sarkastycznie Bronek.
- Jak cię pierdolnę zaraz z łokcia pomiędzy ślepia, to zaraz tobie się urwie - ale łeb przy samej rzyci - wypalił obronnie Antek, sięgając do kieszeni po skręta.
- Panowie, troszkę więcej kultury, nie jesteście sami w karczmie. Siedzą z nami małe dzieci i słuchają waszych przekleństw. Nie wstyd wam tak się zachowywać? - odezwał się nieco wzburzony rodzic jednej z rodzin spożywającej posiłek.
- Przepraszamy. Niech pan szanowny wybaczy. Jak emocje buzują w człeku, to i wkurwienie w ustach... oj, przepraszam! Znowu chamsko się wyraziłem... Leon! Dla tych słodziaków tego pana po lizaku i paczce chipsów, tym razem na mój zeszyt - zadysponował przyjaźnie Jakub. - Przepraszam jeszcze raz - dodał.
- Dobrze, że dziewczyny się znalazły. A gdzie były, to tylko Pan Bóg wie. Policja z psami od wczoraj węszy po lasach, szukając rowerów, na których wracały ze szkoły z Malachina - podsumował Leon.
- Kuźwa, węszące psy z psami w lesie niczego dobrego nie zwiastują - odezwał się do wszystkich Antoś i wyszedł zapalić.
Tego wieczoru rozmowom, rozmyślaniom i pospolitym mądrościom nie było końca. Jedynie Antek odświeżył sobie we wspomnieniach, że tęczowe pstrągi wyłowił z zakola rzeki płynącej niemrawo przy posesji Janka.
19 Rozmowa po latach
Bartosz pracował w obecnej firmie od piętnastu lat. Czuł powolne wypalenie zawodowe. Często pozostawiał swoje pomysły i entuzjazm przed drzwiami biura, bojąc się, że nie znajdą one właściwego zrozumienia oraz poparcia wśród młodszego pokolenia odważnych i nieco zadufanych w sobie architektów.
Kierował pięcioosobowym zespołem projektowym, zagarniając do realizacji najtrudniejsze tematy koncepcyjne. Zaraz po szefie, Mirku, właścicielu firmy, był najbardziej doświadczonym pracownikiem w zespole i od jakiegoś czasu nieźle zarabiał. Wypłaty miał przyzwoite, często podparte sowitą premią i zadowoleniem właściciela firmy.
Pozwoliło mu to po rozstaniu z Justyną w dość krótkim czasie pewnie stanąć na nogach. Alimenty na syna Łukasza płacił do skończenia przed niego studiów, i stać go było w końcu na znaczącą poprawę standardu swojego życia.
Sprzedał swoje niewielkie trzypokojowe mieszkanie w krakowskim blokowisku i kupił piękny dom na obrzeżach miasta.
Wykorzystał okazję, że właścicielowi zależało na szybkim pozbyciu się nieruchomości, więc odważnie negocjował końcową cenę zakupu.
Efekt był udany. W bardzo dobrej cenie kupił piękny dom położony w urokliwej okolicy pod samym Krakowem.
Dom był jednopiętrowy, z pięknym tarasem, z jednej strony otoczony lasem, który dawał wytchnienie w popołudniowym letnim słońcu. Choć został wyremontowany i w miarę nowocześnie urządzony, brakowało w nim ciepła kobiecej ręki i był nieco za duży dla samotnego rozwodnika.
Wszystko zmieniło się, odkąd pojawiła się w jego życiu Natalia. Wpadli na siebie przypadkiem w Galerii Krakowskiej.
Przystanęli na chwilę, by pogadać i powspominać minione lata, a dalszą część rozmowy kończyli już w kawiarni, sącząc malutkimi łykami kawę, tak wolno, by to niecodzienne spotkanie trwało jak najdłużej.
Natalia miała synka, rocznego Józia. Różę nosiła już wtedy pod sercem, o czym Bartosz nie wiedział jeszcze podczas tego pierwszego spotkania po latach. Nie przeszkodziło im to, aby tydzień później wpaść sobie w ramiona, a chwilę później w pościel łóżka.
Kilka tygodni później Natalia złożyła pozew rozwodowy, a w pierwszą rocznicę zejścia się z Bartkiem stała się wolna jak ptak.
W międzyczasie urodziła się Rózia, która była tak samo kochanym przez Bartosza dzieciakiem jak starszy o dwa lata Józek.
Natalia wprowadziła się do Bartosza w dniu, kiedy oznajmiła mężowi Gniewkowi, że ich dalsze trwanie w małżeństwie nie ma najmniejszego sensu. Chciała tę decyzję podjąć wcześniej, ale dopiero spotkanie z Bartkiem dało jej siłę do podjęcia tak odważnego kroku.
Bała się tylko jednego - tego, że Bartosz nie pokocha jej dzieci. Jakże się myliła! Bartek był dla całej trójki cudowny, zarówno jako partner, jak i ojciec.
Kiedy kładła do łóżek wykąpane dzieci, w salonie piętro niżej zadzwoniła komórka Bartka. Jej ukochany sprawdzał samochód na podwórku przed domem, więc otworzyła okno i zawołała go, żeby wszedł do środka.
- Bartek! Ktoś do ciebie wydzwania dosyć intensywnie. Pewnie znowu z pracy, znając życie - krzyknęła do niego z sypialni na piętrze, kiedy był już w domu.
- Kurde, lepiej nie patrzę. Pewnie Krzysztof ma znowu kolejne problemy z tym projektem, który realizujemy dla jego znajomego - rzucił pod nosem Bartek i poszedł do łazienki umyć ręce.
Komórka ponownie zadzwoniła, a Natalia schodząc z góry, zobaczyła na wyświetlaczu żeńskie imię uporczywie dobijające się melodyjnym dzwonkiem iPhone'a.
- Barni, jakaś Danuta dzwoni! - krzyknęła.
- Kto? - dopytał z łazienki, wycierając mokre ręce w ręcznik.
- Danuta jakaś. To ktoś z pracy? - spytała go trochę niepewnym głosem, kiedy wychodził z łazienki.
- Danuta? Moja siostra? No nigdy wcześniej nie dzwoniła...
"Może coś się wydarzyło albo ktoś umarł?", pomyślał z lekką obawą, biorąc telefon do ręki.
Odblokował wyświetlacz i zobaczył powiadomienie o trzech nieodebranych połączeniach od swojej siostry.
"Kurczę, coś musiało się zapewne stać", pomyślał i wybrał połączenie do Danuty Czapiewskiej.
Po kilku sekundach usłyszał w słuchawce jej ciepły głos. Nie słyszał go od kilku dobrych lat.
- Cześć, Bartku. Dobrze, że oddzwaniasz. Proszę, nie martw się, nic się absolutnie nie stało. Pomyślałam po prostu, że zadzwonię, ot tak... - zaczęła tłumaczyć się Danka troszkę zmieszanym głosem, wyczekując niepewnie, co odpowie jej brat.
- Cieszę się, że w końcu odważyliśmy się pogadać. Miło cię usłyszeć, Danusiu. No mów, co tam słychać u was i jak w ogóle żyjecie. Boże, tyle lat nie rozmawialiśmy... - zagaił wzruszonym głosem.
- A tam, stara bieda, jakoś sobie żyjemy, gospodarujemy. Ania dalej nie ma faceta, ale pracę ma na szczęście, nadal siedzi na kasie w Lewiatanie. Dużo prawdziwków wysypało tej jesieni. I Edek mi zaniemógł - wyznała.
- A co to się stało? Choruje? Miał wypadek? - zapytał zaniepokojonym głosem.
- A tam, sama nie wiem. On też nie wie. Leży półprzytomny. Wracał do domu po robocie, a po drodze usłyszał w lesie głosy. Kobieta panicznie krzyczała, jakby ją odzierano ze skóry. No i tylko jak wszedł do chałupy, cyk i koniec. Światło w nim zgasło. Prawie całe życie z niego wyleciało, jak powietrze z dętki.
- Ty, Danka, pamiętasz, jak to kiedyś bywało? Edek zapewne słyszał, jak Szeptuna ryczała. Pamiętasz, jak nieraz wyła po lasach albo nad tym jej jeziorem, gdzie mieszkała? - zbagatelizował sytuację Bartosz.
- Nie, nie! Szeptuna to na pewno być nie mogła. Trzy dni temu była u nas go leczyć. Zamówiłam ją, bo odchodzę już od zmysłów.
- To aż tak źle z nim?
- A czort wie! Dała wysuszonych, śmierdzących ziół, co by mu parzyć z rana i wieczorem, i lekko mu się już poprawia. Ale mnie za to tak wzięło na przemyślenia. Latka lecą, co nie? A my co? Dalej będziemy tacy obcy dla siebie? Pomyślałam... zadzwonię i powiesz mi, co tam u ciebie, u Justyny i Łukasza.
- Z Justyną nie jestem już od kilku lat, nie było nam po drodze. Wyleciała z młodym do Stanów do jakiegoś pajaca - farmera. Ale za to ja od pięciu lat przeżywam drugą młodość. Mam wspaniałą kobietę obok siebie, piękną, młodą, zrównoważoną, kochającą, i dwie cudowne nasze perełki.
- No popatrz. Nic nie mówiłeś. Tyle zmian: dwie kobiety i trójka już dzieci. To lepszy wynik niż my, o dwoje masz więcej - zaśmiała się życzliwie Danka.
- Wprawdzie tych dwoje najmłodszych to Natalii, ale kocham je jak swoje. No bo jak ich nie kochać, skoro Natalia jest miłością mojego życia - odparł brat głosem pełnym szczęścia.
- No to cudownie, że ułożyłeś sobie życie na nowo. Trudno się po czymś takim podnieść. Justyna była jaka była, ach, szkoda gadać. Kurczę, Bartek, co było, to było. Nie wracajmy już do tego, bo nie ma sensu chyba wracać. Ale obiecuję ci, jak Bóg nade mną, odkujemy się trochę na gospodarstwie, to cię spłacimy. Ale błagam cię, musimy się spotkać, trzeba rozbić ten mur milczenia. Powinniście koniecznie do nas przyjechać, jak nie na święta Bożego Narodzenia, to na majówkę, a najlepiej latem na dłuższy urlop. Zbieraj rodzinkę, wsiadajcie do samochodu, sześć godzinek i jesteście - zaprosiła wylewnie pełna entuzjazmu.
- Danka, nie potrzebuję pieniędzy z ojcowizny. Największą moją wartością są osoby, które mnie otaczają. Od kiedy mam Natusię, Rózię i Józia, niczego mi więcej w życiu nie potrzeba. Ale dziękuję za zaproszenie... Na pewno się zjawimy - odezwał się niepewnie Bartosz.
- Przyjeżdżajcie, kiedy tylko zechcecie. Zresztą albo do nas, albo do wuja Leona. Zainwestował w piękny pensjonat i prowadzi przy nim karczmę. Na pewno nie weźmie od ciebie ani grosza, w końcu jest twoim chrzestnym - zapewniła Danka.
Rozmowa kleiła się jak za dawnych lat. Opowiadali sobie w skrócie ostatnie ciekawe wydarzenia - kto wyjechał za pracą, kto się z kim pobrał, kto umarł z sąsiedztwa, i zwierzali się ze swoich trosk i obaw dnia codziennego.
Natalia siedziała obok Bartka i podsłuchiwała rozmowę, delikatnie przykładając ucho do komórki. Poczuła się szczęśliwa, że może dzielić życie z tak odpowiedzialnym mężczyzną.
Kiedy prowadził jeszcze kilka dobrych minut gorącą, rodzinną dysputę, poczuł jak jej blond włosy opadają na jego odsłonięte ramiona, a kiedy żegnał się z Danką, pozdrawiając Edka i Anię, przywitał go słodki pocałunek ukochanej, złożony na jego szyi.
21 Zjawa
Srebrna tarcza księżyca lśniła światłem odbitym na czubach sosen, świerków i modrzewi. Metaliczny blask w pełni zagościł na tafli jeziora, drgając ruchem jego powierzchni, pląsając i połyskując brokatem w otchłani nocy.
Jezioro drzemało jesiennym, płytkim snem, poruszane jedynie ciszą, wzbudzane głuszą pobliskich drzew i kołysane delikatnym wiatrem ocierającym się o jego wierzchnią warstwę.
Rozbudzone światłem księżyca puszczyki oraz włochatki czyhały cierpliwie, siedząc znudzone w konarach i śledząc przenikliwym sowim wzrokiem ściółkę oraz taflę jeziora. Czekały na ruch nieostrożnego gryzonia czy maleńkiej ryby podpływającej pod powierzchnię wody, by podfrunąć i capnąć w swoje szpony wypatrzoną zdobycz.
Chruściki, krętaki i toniaki podrygiwały w nocnym, wodnym tańcu. Radowały się ostatnim ciepłem odchodzącej na dobre letniej pory.
Czarną toń jeziora drażnił subtelnie pływający w nim drewniany spławik, zarzucony wcześniej sprawnym wyrzutem wędkarza. Po chwili głuszę przeszył świst żyłki wraz z pyrkaniem kołowrotka i drugi spławik mężczyzny wbił się w taflę jeziora.
Cisza dojrzałej już nocy wypełniała uszy swym głębokim milczeniem. Wydawało się, że można było usłyszeć jęki krawędzi jeziora odbijające się o jego piaszczysty brzeg.
Marian Czarnomski siedział skulony w szuwarach, czekając na ruch spławika, by energicznie pociągnąć wędzisko ze złapaną na haczyk rybą. Od dziecka lubił chodzić na ryby, więc z pół życia przesiedział nad wodą, i gdyby swego czasu nie poznał pięknej Halinki, prześlęczałby cały swój żywot nad jeziorami, rzekami oraz stawami.
Zapałką odpalił skręta i zaciągając się dymkiem, zawiesił wzrok nad spławikami. Dzisiejszej nocy, przy pełni, ryby brały jak nigdy wcześniej.
"Kurwa, aleś mnie upierdolił", pomyślał, uderzając otwartą dłonią w tylną część szyi, gdzie posadowił się bezczelny krwiopijca. Mimo iż wysmarował się markowym specyfikiem przeciwko komarom, nie dawały mu one dzisiaj spokoju, zakłócając swoim denerwującym brzęczeniem wędkarskie łowy.
- Szkoda, że nie wziąłem ze sobą suszonej melisy z kocimiętką, to byście tak, chuje, nie szarżowały - westchnął poddenerwowany.
W wiaderku pływały dwa szczupaki, kilka okoni i płoci, ale czuł, że dzisiaj złapie bardziej okazałego osobnika. Miał nosa do wędkowania. Wiedział, w którym miejscu ryby należy podkarmić, co założyć na haczyk, łowiąc na danym rozlewisku, w które miejsce zarzucić spławik, by nie dryfował bez sensu na powierzchni, a przede wszystkim gdzie posadowić tyłek, by raz za razem targać z wody wyborne okazy.
Kochał wędkowanie tak mocno jak swoją sześćdziesięcioczteroletnią Halinę. Siedząc skupiony w trzcinach i sitowiach, wspomniał sobie, kiedy zobaczył ją pierwszy raz.
Pamiętał jak dziś ten dzień, kiedy biesiadując w remizie ze swoimi kolegami ze wsi, zobaczył ją, jak wchodzi ze swoją przyjaciółką na zabawę organizowaną latem co sobotę w Ostrówku.
Halinka miała buzię łagodną, nieco pucołowatą, oczy niebieskie, włosy jasne, postawione i zakręcone wcześniej na wałkach. Była ładna, ale nie aż tak, by musiał się o nią bić czy walczyć na pięści o jej względy, co zdarzało się dosyć często w tamtych czasach na tego typu zabawach.
Nigdy nie zapomni jej czarującego uśmiechu, pierwszego tańca i oranżady o smaku landrynek, którą wypili wspólnie z jednej butelki. Kiedy odwoził ją po tańcach na swoim motorze Junaku do sąsiedniej wioski, już byli w sobie zakochani.
W kolejną sobotę zamiast oranżady wypili butelkę wina, a później w krzakach przy remizie spijał wraz ze wstającym dniem słodycz z ust ukochanej - i nie tylko z jej ust.
Zaciągnął kolejny haust dymka, zmrużył lekko oczy i wtopił wzrok w stojący nieruchomo spławik wędki, zarzucony z jego lewej strony. Otchłań jeziora odpowiedziała mu tak samo nieruchomym wzrokiem, gdy siedział w zamyśleniu na małym rozkładanym krzesełku.
Była głęboka noc.
Nad jeziorem pojawiła się lekka mgiełka, delikatnie przysłaniająca czubek pływaka z żyłką. Nagle dwa puszczyki polujące w pobliskich sosnach zerwały się do lotu. Trzepot był tak niespodziewany, że przestraszył Mariana. Mężczyzna rozejrzał się wokół, próbując zlokalizować, skąd odleciały.
Kiedy tylko odwrócił lekko głowę, usłyszał odgłos poruszających się gałęzi krzewów. Ktoś zmierzał w jego stronę. Wystraszył się na dobre i mimo iż miał swoje lata, poczuł lęk w trzewiach. Wycofał się lekko, żeby schować się całkowicie w sitowiu i przeczekać sytuację.
Nie miał do obrony nic prócz małego nożyka do oprawiania ryb, ale kiedy dłużej się zastanowił, uznał, że prawdopodobnie nic by nim nie zdziałał. Schował się więc jeszcze głębiej i prawie nie oddychając, patrzył w stronę, gdzie usłyszał pierwszy trzask łamanej gałęzi.
Nie upłynęła nawet chwila, kiedy zobaczył, że z prawej strony jeziora wraz ze skradającą się osobą pojawiła się delikatna jasność. Światło musiało pochodzić z jakiejś lampy niesionej w ręce, bo kołysało się niemiarowo za pobliskimi drzewami, a z każdą mijającą sekundą stawało się nieco jaśniejsze. Marian nie wiedział, co zrobić. Pomyślał więc, że jeśli schowa się jeszcze głębiej w gęstwinie zieleni, która i tak w ciemności nocy była koloru czarnego, nikt go tutaj nie wypatrzy.
Nie skończył myśli, kiedy zmorzył go sen. Jego oczom pojawiła się nieznajoma postać ubrana w długą koszulę, niosąca w ręku lampę naftową z przygaszonym nieco płomieniem.
Wytężył wzrok i zauważył, że koszula zjawy pokryta jest jasnymi piórami. Postać wyglądała jak wielki ptak poruszający się chodem człowieka. Brakowało jedynie ptasiego dziobu na jej głowie.
Istota, kimkolwiek była, podeszła do brzegu jeziora, odłożyła lampę na duży powalony pień sosnowy, który spoczywał lekko zanurzony w lustrze wody, i ściągnęła z siebie ubranie.
Marian otworzył szerzej oczy. Chciał swym wzrokiem przeniknąć gościa pojawiającego się w środku nocy niczym zjawa albo upiór straszący ludzi do postradania zmysłów.
Kiedy długa koszula opadła na piaszczysty brzeg, nad wodą ukazało się piękne ciało młodej kobiety o kształtach, jakich Marian nie widział nawet w najśmielszych magazynach wydawanych dla mężczyzn, które kilka lat temu namiętnie kupował lub pożyczał od kolegi, Włodka Limanowskiego.
Kobieta zbliżyła się do wody i zanurzyła stopy do kostek. Blask, który bił z tarczy ziemskiego satelity, doświetlił jej ciało, a kiedy odwróciła się lekko w kierunku miejsca, gdzie siedział przyczajony, zobaczył piękną, kształtną figurę, duże soczyste piersi i lekko zarośnięty wzgórek.
Dziewczyna była bardzo młoda, miała długie, ciemne włosy, rozpuszczone, opadające na ramiona i częściowo ukrywające brodawki piersi, nabrzmiałe nocnym chłodem.
Była bardzo urodziwa. Nie mógł dokładnie przyjrzeć się rysom jej twarzy, ale z tej odległości wydawała mu się wręcz boginią piękna.
Dziewczyna odgarnęła włosy, ukazując milczącej, rozświetlonej nocy piękne, kształtne i symetryczne piersi. Przeciągnęła się ponętnie i zaczęła wchodzić do wody, powoli zanurzając swe kolana, biodra, piersi oraz szyję w chłodnej o tej porze toni jeziora.
Marian znieruchomiał i przetarł oczy, jakby chciał zmyć z nich wielogodzinne zmęczenie. Potem podążył wzrokiem za postacią, która powoli płynęła wprost na środek jeziora, zanurzona majestatycznie w wodzie.
Włosy wiły się za ciałem płynącej kobiety, falując i leniwie rozpływając się na boki pod powierzchnią lustra wody.
Nagle płynąca postać całkowicie zniknęła, zapadając się w toń niedaleko przyglądającego się w zdumieniu Mariana, ukrytego w pobliskich szuwarach. Jezioro uspokoiło się i zamarło w mgnieniu oka, jakby chcąc, by to, co właśnie się wydarzyło, nie było prawdą, a jedynie niesamowitym złudzeniem.
Wszystko wokoło zalało się ciszą. Jedynie trzy źródła światła odbijały się w spokojnym lustrze wody - blask księżyca, ciepły ogień naftówki oraz dogasający ogarek papierosiny tłamszonej w palcach Mariana.
Kiedy poczuł, jak papieros przypala mu opuszki, wzdrygnął się nagle przebudzony. W jednej chwili wszystko, co widział przed sobą, rozmyło się i przepadło - księżyc został przysłonięty przez chmury, blask stojącej naftówki przepadł w krzakach, a żar z końcówki wypalonego skręta wypadł wprost na buty rozbudzonego Mariana.
Spojrzał na zegarek. Gęsta ciemność uniemożliwiła mu odczytanie czasu, więc podświetlił tarczę czasomierza.
- Kurde w cyc! Godzina 3:33, a ja jeszcze nie złowiłem żadnej wielgachnej ryby! - zamruczał pod nosem, szukając na wodzie dryfujących spławików.
22 Schadzka
Natalia pamiętała doskonale dzień, w którym podjechał do niej pierwszy raz, parkując samochód nieco dalej od jej domu, tak żeby nikt z okolicy nie zauważył pojazdu.
Zawsze wyczuwała zza bieli firanek przysłaniających okna pobliskich domostw sąsiedzki wzrok. Nie musiała nawet patrzeć na poruszające się zasłony wścibskich właścicieli.
Oboje uznali, że powinni uważać ze spotkaniami i unikać "przypału". Nikomu - ani jej, ani jemu - nie był on w tym momencie potrzebny.
Wysiadając z samochodu, Bartosz wysłał ukochanej wiadomość, że jest już na miejscu. Wiedział, że tego dnia nie była sama w domu.
Jej mąż Gniewomir od kilku dni nie chodził do pracy. Któregoś ranka poczuł potworne zmęczenie. Po zmierzeniu temperatury okazało się, że ma też wysoką gorączkę. Nieprzyjemne objawy momentalnie odebrały mu ochotę do życia. Wziął więc od lekarza kilkudniowe zwolnienie. Nigdy nie chorował o tej porze roku, ale tej wiosny poddał się bez walki grypie albo innemu grypopochodnemu wirusowi.
Od paru dni leżał w nieodpuszczającej gorączce, a jego siły witalne spoczęły na krześle stojącym obok łóżka, czekając, aż znów zaprosi je do siebie.
Zgarnę cię z tyłu domu, podejdź pod drugą bramę - odpisała Natka, wychodząc ukochanemu naprzeciw.
Za domem mieściła się mała przybudówka, w której trzymali z mężem narzędzia, rowery i inne przydomowe szpargały. Jedną z części pomieszczenia zaadaptowali jako dodatkową kuchnię, z której korzystali w sezonie letnim.
Kobieta skradała się powoli w kierunku ukochanego, uważając na każdy stawiany krok. By przedostać się na drugą stronę, musiała ostrożnie pokonać połowę podwórka - jak żołnierz zaminowane pole.
Po szybkim przywitalnym buziaku weszli ochoczo do środka przybudówki. Kiedy Bartek zobaczył uśmiechniętą, szczęśliwą Natalię, rozpalił się momentalnie, czując wzbierające w nim podniecenie.
Nie widzieli się od kilku tygodni, ale nie potrafiłby już przeżyć kolejnych, nie czując smaku jej młodzieńczych ust.
Natalia była o kilkanaście lat młodsza od Bartosza. Kiedy dokładnie zestawiła daty ich urodzin, doliczyła się szesnastu lat. Nigdy nie dociekała, czy to dużo, czy mało. Wiedziała tylko jedno - że każdy rok różnicy ich wieku dawał Bartkowi przewagę doświadczenia i dojrzałości, a jej dokładał więcej młodości.
Stanęła w progu przybudówki w zwiewnej sukience. Często je nosiła, zaliczając się - jak to zwykle nazywał Bartek - do dziewczyn klasycznych, wobec których przejawiał dużo większe zainteresowanie. Omijał kobiety wulgarne, zakolczykowane, palące tytoń, wytatuowane i te mające przydomek współczesnych blachar[1].
Przytuliła się do niego, wtapiając usta w jego szyję. Bartek poczuł w nozdrzach ten sam cudowny zapach co na pierwszym spotkaniu w galerii. Przez wiele dni próbował go potem zlokalizować w okolicznych drogeriach, wystawiając się na podejrzane spojrzenia sklepowych ekspedientek, choć mógł przecież wprost zapytać Natalię, czym tak cudownie pachnie.
W końcu go znalazł - Mexx Woman. Zakupił więc buteleczkę perfum, a kiedy wzbierała w nim tęsknota za ukochaną, wypuszczał w powietrze albo na swoją odzież aerozolowe nuty zapachu, by zatapiać w nich myśli o kobiecie, którą tak kochał i pożądał.
Niejeden człowiek uznałby takie zachowanie za wariactwo. Dla Bartka były to jednak chwile intymnej magii, chwile, w których mógł w pełni poczuć zapach kobiety tak bliskiej jego sercu.
Natalia z Bartkiem weszli do kuchni. Znajdowało się w niej okno, przez które mogli obserwować, co dzieje się na zewnątrz przybudówki. Kiedy podeszli do szafek, przy których stała duża lodówka, kobieta widząc zbierające się krople potu na skroni partnera, zaproponowała mu piwo, ale zorientowała się szybko, że przecież przyjechał do niej samochodem. Nachyliła się więc lekko ku lodówce, wyciągając plastikową butelkę zimnego mleka.
Gdy odwróciła się od niego, żeby nalać napój do kubka, zbliżył się do jej pupy z wyraźnie widocznym namiotem w spodniach i energicznie docisnął go do jej krągłych, sportowych pośladków. Wyczuła jego podniecenie. Starała się opanować wzbierające się w niej emocje i dopełnić kubek tak, by nie rozlać mleka na blat kuchenny.
Odstawiła butelkę i odwróciła się, podając mu kubek. Przez sekundę mógł ujrzeć błysk w jej lazurowych oczach i subtelny, czarujący uśmiech.
Dała mu chwilkę, by się napił, po czym wzięła od niego kubek i też wzięła dwa łyki. Poczuła chłód napoju spływający do jej krtani i głębiej do wnętrza rozżarzonego podnieceniem.
Stali naprzeciw siebie, patrząc sobie czule w oczy, po czym złączyli w pocałunku spragnione usta, czując spokój i mleczny smak napoju.
Podczas namiętnych igraszek ich języków kątem oka spoglądali za okno. Ukradkiem patrzyli, czy dalej mogą tak swobodnie kontynuować swoje konspiracyjne spotkanie. Natalia odwzajemniała pocałunki Bartka. Uwielbiała, kiedy językiem krążył pod jej górną wargą, kiedy ją delikatnie przygryzał, kiedy czuła końcówkę jego języka na swoim podniebieniu lub języku.
Nie mogąc się oprzeć narastającemu podnieceniu, wzięła dłoń ukochanego i przysunęła ją do swoich ust, liżąc bezwstydnie końcówki jego palców, po czym poślinione przyłożyła zdecydowanie do cipki ukrywającej się pod sukienką.
Mokrymi palcami dotykał jej mocno nabrzmiałych warg i rozchylał je lubieżnie, jeżdżąc po spragnionej szparce. Czuł na szyi chłód jej ust przeplatany ciepłymi pocałunkami. Zrobił więc to samo, odwzajemnił pieszczoty pocałunków zimnymi od mleka ustami, całując jej szyję i splot z obojczykiem.
Spragniona pieszczot, wyczekiwała kolejnych, wzdychając mu słodko do ucha. Rozpiął jej sukienkę. Nie miała na sobie bielizny, więc pod rękami wyczuł kształtne piersi ze stojącymi sutkami.
Uwielbiał te chwile, kiedy nie potrafiła ukryć swojego podniecenia, a wyraźne napięcie brodawek swoim kształtem zdradzało jej kobiece pobudzenie. Stały więc i teraz - mocno, odważnie, prężnie, zachęcając swoją twardością do gładzenia, ściskania, pociągania, do pocałunków i lizania.
Rozpiął kolejne guziki sukienki i uwolnił biust - przed światem, ale przede wszystkim przed sobą.
Zaczął go delikatnie pieścić. Natalia robiła się coraz bardziej mokra. Jeszcze bardziej rozchyliła nogi, żeby miał do niej lepszy dostęp, a on wędrował po jej ciele rękami i ustami, wsłuchując się w rytm jej oddechu i mruczeń. W pewnym momencie usiadła na szafce z mocno rozwartymi nogami. Zaskoczony jej nagłym ruchem, uwolnił kutasa ze spodni, które opadły bezszelestnie na ziemię.
Przyłożył gorącą główkę członka w rozchylone pieszczotami wargi i zaczął posuwać się pomiędzy płatkami jej kwiatu. Czuł otwartą pochwę, lepki śluz nawilżający żołądź oraz wypukłość wrażliwej łechtaczki.
W ferworze przyjemności wziął nogi swojej ukochanej i podniósł je do góry, a ona dalej siedząc, odsłoniła jeszcze bardziej swoją rozgrzaną różyczkę.
Wszedł w nią głębiej, zdecydowanie, wypełniając całe wnętrze swym przyrodzeniem, zakładając jedną jej nogę na swoje ramię. Z drugą zrobił podobnie, ale zanim zarzucił ją na swój tors, zaczął całować i pieścić palce jej stóp od największego aż do najmniejszego, skrajnego, lekko drgającego pod wpływem przyjemności. Czuła jego język pomiędzy paluszkami stóp, a wewnątrz siebie drąga, który poruszał się zdecydowanymi szarpnięciami.
Odchyliła głowę. Jej piękne blond włosy zajaśniały w świetle przebijającym się z zewnątrz do mrocznej przybudówki. Nabrzmiały kutas wypełniał ją coraz mocniej i głębiej, wypychał jej wnętrze i koił cyklicznym ruchem spotęgowane swędzenie.
Nie potrafił już dłużej powstrzymać w sobie nasienia. Zaciskając pośladki, kilkukrotnie trysnął jak oszalały na jej wzgórek, a gęsta sperma pokryła jej rowek, po chwili spływając niżej.
Rozprowadziła ją starannie pomiędzy wargami i poprosiła o doprowadzenie do spełnienia.
Włożył palce w pulsującą przestrzeń ukochanej i doprowadził ją do boskiego spełnienia. Cała drżała, a on odbierał falowania jej mokrego łona.
Po chwili, kiedy ich oddechy się ustabilizowały, pocałowali się ponownie. Na swoich rozgrzanych ciałach poczuli podmuch. Drzwi do pomieszczenia nie były domknięte. Całkowicie zapomnieli o zewnętrznym świecie. To, co było poza nimi, poza ich ciałami, w tej chwili nie istniało.
Jego ptak zaczął powoli opadać, zaspokojony pięknym, namiętnym i wyczerpującym lotem.
Wtuleni w siebie, milczeli w kuchennej ciszy przybudówki, zakłóconej na chwilę przez przelatującą obok namolną muchę.
Przytulili się jeszcze raz, tym razem nieco mocniej, i po kilku minutach Bartek opuścił pomieszczenie pachnące jeszcze ich ciałami.
Na miękkich nogach wrócił do samochodu, by w nim odpocząć i ochłonąć przed powrotem do swojego domu.
Tego dnia Natalia postanowiła, że złoży pozew rozwodowy.
23 Antek
Pelagia krzątała się po pensjonacie, przebierając pościel po ostatnich gościach i zmieniając ręczniki w wysprzątanych pokojach. Sezon letni powoli dobiegał końca. Kolejnych odwiedzających mogli się z Leonem spodziewać dopiero w okolicy Wszystkich Świętych i później w okresie świąteczno-noworocznym. Tegoroczne lato i czas wczesnojesiennego grzybobrania mogli uznać za bardzo udane.
Nigdy w poprzednich latach nie pojawiło się tu tylu turystów chcących spędzić czas z daleka od zgiełku miast, w "oazie spokoju" - jak często wyrażali się o tej okolicy przyjezdni.
Małżeństwo zarobiło więc trochę pieniędzy i mogło teraz spokojniej patrzeć w przyszłość, a z części wypracowanego zysku przeprowadzić drobne remonty i wymagane naprawy.
Kobieta pozbierała ze stołu poskładane w kostkę brudne ręczniki oraz pościel, by zanieść je do pralni, która mieściła się w piwnicy budynku.
Schodząc powoli po schodach, zauważyła, jak na parterze Leon szykuje się do wyjścia, żeby otworzyć sąsiadującą z pensjonatem karczmę. Gospodę w okresie letnim otwierali zazwyczaj o dziesiątej rano. Wielu spragnionych miejscowych i gości pensjonatu często już przed południem zasiadało przy zimnym piwku, mozolnie sącząc napój aż do pory obiadowej.
Im cieplejsze i bardziej słoneczne były dni, tym więcej chętnych gromadziło się pod parasolami stojącymi pomiędzy drewnianymi ławami posadowionymi przy karczmie.
W okresie zimowym i jesienno-wiosennym otwierali nieco później, bo dopiero o trzynastej, a zamykali, kiedy ostatni gość opuszczał podwoje tego przytulnego miejsca, często gramoląc się niezdarnie za ogrodzenie na czterech kończynach.
Nieraz ostatnimi wychodzącymi byli Jakub, Antek, Maciej, Bronek, Edek czy Marian - stali bywalcy tego zacnego miejsca i zarazem najlepsi kumple właściciela Wentycza.
- Leon! Weź, proszę, zajrzyj do suszarki, tej, co stoi pod oknem. Wydaje mi się, że nie suszy tak, jak powinna - zagadała życzliwie żona Leona, schodząc do piwnicy.
- Już wczoraj to naprawiłem. Nie stykało na kablu, to żem go ciachnął nożem i wymieniłem, co tam było trzeba - odpowiedział przyjaźnie mąż. Chciał pochwalić się żonie szybkością swego działania.
- Kochany jesteś, Leo. Co ja bym bez ciebie zrobiła! - krzyknęła z dołu, uśmiechając się pod nosem. - Tak w ogóle, to myślę sobie, że przydałaby nam się jeszcze jedna pralka. Tylu było gości w tym sezonie, że ledwo się obrobiliśmy - dodała.
- Mamy odłożonych trochę pieniędzy, więc wystaram się o dodatkowy sprzęt - krzyknął głośno, wychodząc z budynku i zabierając po drodze wiszące na haczyku w malutkiej recepcji klucze do gospody.
- Weź po drodze trochę wody z balii i podlej mi kwiaty, bo stoją osowiałe jak Bronek po czterech chmielarzach - wykrzyknęła z pralni Pela nieco rozbawionym głosem i włożyła brudne tkaniny do bębna pralki.
- Zrobi się, malutka. A ty mogłabyś wpaść do kuchni sprawdzić nasze panie kucharki? Ostatnio przy ograniczonej ilości gotowanych obiadów wysiadują za karczmą i popalają cienkie dymasy[1] - odpowiedział słodko Pelasi i zadowolony z dzisiejszego poranka poszedł otworzyć gospodę.
Październikowe chmury przysłoniły błękit nieba. Swoim melancholijnym ruchem ogłaszały, że oto nadszedł czas pluch, deszczów, zimnych wiatrów i pierwszych przymrozków.
Żurawie odleciały do ciepłych krajów miesiąc temu, gromadząc się wcześniej na leśnej polanie niedaleko pensjonatu w Borzych Dołach, by następnie wznieść się gęsto ze zlotowiska ku niebu i ruszyć wartko szerokim kluczem do krainy ciepła.
Wczesną wiosną Leon uwielbiał podglądać te wdzięczne ptaki, choć nie było łatwo podejść je do obserwacji. Ptaki te są z natury nieco płochliwe, choć ich postura i dostojeństwo, z jakim się poruszają, nadają im pozornej pewności siebie.
Zawsze kiedy pojawiały się pod koniec zimy i wczesnym przedwiośniem, przyglądał się im przyczajony w krzakach i obserwował ich tańce godowe. Zachwycał się, jak krążą wokół siebie, jak podskakują i wykonują serie gestów przypominających ukłony.
Wpatrywał się w podrzucane w tańcach źdźbła trawy, w wyprostowane smukłe szyje wydające charakterystyczny dla tego gatunku klangor, którego nigdy by nie pomylił z żadnym z innych dźwięków wydawanych przez ptaki.
Podlewając malwy rosnące z boku karczmy, zobaczył kątem oka lekko przyczajoną za płotem sylwetkę Antka, który zmagał się z zasuwą bramy wejściowej zamkniętej jeszcze gospody.
- Leon! Mam do ciebie ważną sprawę! - zawołał Ossowski nieco markotnym głosem.
- Wal śmiało, Antoś, ale wiedz, że pieniędzy ci nie pożyczę. Jeszcze żeś nie spłacił długów z zeszytu, a do końca miesiąca trochę czasu jeszcze jest - odezwał się Leon, podciągając swe opadające spodnie.
- Kurde, Leon, nie o kasę mi chodzi. Wiesz, co mi się dzisiaj wydarzyło?
- No mów, Antoś, a nie trzymaj tego tak mocno w tajemnicy, bo się zesrasz.
- No właśnie, jakbyś zgadł. Szedłem sobie dzisiaj do Mariana spokojnie lasem, bo obiecał mi opowiastkę o jakiejś gołej babie, i tak sobie idę, i nagle jak mnie ruszyło... Takie mnie morzysko nadarło, że musiałem pod najbliższym jałowcem wszystko z siebie zrzucić. Dobrze, że przy nim rosły mocne kępy trawy. Mogłem się ich dobrze pochwycić. Tak mą rzycią targało, że myślałem, że schodzące gazy wytransportują mnie w kosmos na Marsa - wyznał, uśmiechając się z lekkim zażenowaniem na samo wspomnienie.
- Kurde, Antoś, Czesia musiała coś starego ci do zupy wrzucić albo co przypadkowo wpadło, a ty masz żołądek wrażliwy jak francuska panienka - zaśmiał się Leon i dodał: - Co ci, Antoś, wyszukać? Tabletkę na zatrzymkę czy lepiej nalać ci porannego chmielarza?
- Najlepiej byłoby chyba uzupełnić elektrolity, bo tak mi wszystko z trzewi wydmuchało, że teraz jak oddycham, to czuję, że mi powietrze zadem zaciąga - skwitował rubasznie, podchodząc nieco bliżej pod drzwi karczmy.
- Kurde w cyc, Antek, poratuję cię browarem. Nie zaszkodzi, a po piwku zapewne niestrawność szybko ci minie - zaśmiał się Leon i otworzył drzwi karczmy.
- Wczoraj milicjanty byli u mnie. Czesia mnie podkablowała dzwoniąc na komisariat, kiedy nie wróciłem od Janka. Pytali, co robiłem przez całą noc w lesie i czy pamiętam, co mi przydarzyło. No wiesz, wtedy. Słyszałem, że dziwne przypadki chadzają po ludziach - zagadnął Antoś, patrząc, jak Leon wchodzi za bar i sięga do kranika, by nalać mu do kufla jasnego piwa.
- Antek, kurwa, policjanty, po-li-cjan-ty. Milicjanty wyginęli w tamtym wieku. No, ale gadaj, co jeszcze chcieli - zagadnął dociekliwie Leon, zrzucając łopatką nadmiar piany z piwa.
Redaktor Aleksandra Płotka
Korektor Aleksandra Płotka
Projektant okładki Stefan Keller, Pixabay, Ridero.eu
? Arkadiusz Baranowicz, 2021
? Stefan Keller, Pixabay, Ridero.eu, projekt okładki, 2021
Pomorskie lasy kryją w sobie tajemnicę. Mieszkańcy wplątani zostają w sieć osobliwych przypadków i cudów, która zbiera swoje żniwo pod konarami starych, iglastych drzew.
Co łączy kamienne granitowe kręgi, domek pośrodku jeziora oraz zaginięcia dorosłych i dzieci z pierwotną, nieprzewidywalną siłą pochodzącą z ziemi?
Czy Policja będzie w stanie opanować rodzący się strach w ludziach i zatrzyma kołowrót wydarzeń?
Wszak oczywistość kończy żywot wraz z upadkiem realizmu...
ISBN 978-83-8273-240-5
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero