II Ślad lassa
Nie było żadnej wątpliwości, iż wozy Woodleya Poindextera jechały po śladach odciśniętych przez obręcze ich własnych kół.
- Nasze własne tropy! - mruknął Calhoun, a uczyniwszy to odkrycie, wstrzymał wierzchowca i zaklął soczyście.
- Nasze własne tropy! Co masz na myśli, Kasjuszu? Nie powiesz mi chyba, że krążymy...
- Po własnych śladach. To właśnie powiadam, wuju. Widocznie zjechaliśmy całkowicie na manowce. Spójrz, wuju: oto tylne kopyto mojego konia z odpryśniętą do połowy podkową; a tam widać odciski stóp naszych Murzynów. Ponadto poznaję tę okolicę. Oto wzgórze, z którego zjechaliśmy, wyruszając w drogę po ostatnim postoju. Do licha z takim psim szczęściem! Zrobiliśmy dobre kilka mil na darmo.
Na młodej twarzy mówiącego odbija się teraz nie tylko zakłopotanie. Jest prawdziwie zmartwiony i zawstydzony. Z jego to winy tabor nie ma zawodowego przewodnika. Ten, którego zgodzili w Indianoli, kierował ich marszem aż do ostatniego noclegu. Tam, na skutek sporu wywołanego złym humorem dawnego kapitana ochotników, człowiek ten zażądał zwolnienia ze służby i odjechał do domu. Z tej przyczyny, a także z powodu zbytniej i nie na czasie wiary we własne możliwości siostrzeniec plantatora odczuwał teraz wstyd. Wstyd tym dotkliwszy, iż podjechała właśnie kolaska i dwoje lśniących oczu stało się świadkami jego upokorzenia.
Poindexter nie zadaje już więcej pytań. Fakt zbłądzenia stał się dla wszystkich oczywisty. Nawet bosi lub obuci w łapcie piechurzy rozpoznali ślady własnych długich stóp i uprzytomnili sobie, że po raz wtóry depczą po tych samych koleinach.
Następuje chwila zupełnej ciszy, po której rozpoczyna się w gronie białych ożywiona rozmowa. Położenie jest poważne: sam plantator to rozumie. Nie ma mowy o tym, by dzisiaj jeszcze dobiec kresu wędrówki, a przecież był o tym dotychczas najmocniej przekonany.
Najmniejsze to jednak z nieszczęść, jakie mogą ich spotkać. Grożą im inne klęski, nie tylko możliwe, ale nawet bardzo prawdopodobne. Na spalonym stepie czyhają różne niebezpieczeństwa. Mogą być zmuszeni spędzić tu noc - bez wody do napojenia zwierząt. A może nawet drugi dzień i drugą noc - lub jeszcze dłużej. Któż to może wiedzieć?
Jak mają odnaleźć drogę? Słońce zaczyna się już opuszczać, lecz za wysoko jeszcze stoi, by można było określić, gdzie jest zachód. Za chwilę uda im się może ustalić cztery strony świata.
Ale w jakim celu? Świadomość, gdzie leży wschód, zachód, północ i południe, niewiele im się przyda teraz, kiedy zmylili kierunek marszu.
Calhoun stał się ostrożny. Nie śpieszy się już teraz ze wskazywaniem szlaku. Po tak jawnej i haniebnej porażce nie śmie nawet powoływać się na dawniejsze swe doświadczenia pionierskie.
Dziesięciominutowa rozmowa kończy się na niczym. Nikt nie czuje się na siłach coś przedsięwziąć, wskazać jakiś plan dalszego postępowania. Nikt nie ma pojęcia, jak wyrwać się z uchwytu tej ciemnej pustyni, zdającej się rzucać mrok nie tylko na słońce i niebo, ale także na twarze tych, którzy przekroczą jej granice.
Widać z dala stado czarnych sępów. Nadlatują bliżej, coraz bliżej. Niektóre siadają na ziemi, inne krążą ponad głowami zbłąkanych podróżnych. Czyżby w zachowaniu się tego ptactwa tkwiło jakieś złowieszcze proroctwo?
Dalsze dziesięć minut upływa wśród moralnego i fizycznego przygnębienia. A potem, jakby za dobroczynnym skinieniem z nieba, otucha znów bierze górę. Jakaż tego przyczyna? Jeździec jakiś kłusuje w kierunku taboru.
Niespodziewany to widok: któż mógłby się spodziewać ludzkiej istoty na takim pustkowiu? Oczy wszystkich skrzą się z radości, jak gdyby w osobie jeźdźca dostrzegano zbawcę!
- Jedzie ku nam, prawda? - zapytał plantator, nie dowierzając słabnącemu wzrokowi.
- Tak, ojcze, i to najprościej, jak tylko może - odparł Henryk, zdejmując z głowy kapelusz i powiewając nim wysoko w powietrzu; czynności tej towarzyszył okrzyk obliczony na zwrócenie uwagi zbliżającego się jeźdźca.
Wezwanie to okazało się zbyteczne. Obcy dostrzegł już stojące wozy i podjeżdżając ku nim cwałem, zbliżył się niebawem na odległość głosu.
Konia swego ściągnął uzdą wtedy dopiero, gdy minąwszy tabor, przybył na miejsce zajmowane przez plantatora i jego towarzyszy.
- To Meksykanin! - szepnął Henryk, przyglądając się strojowi jeźdźca.
- Tym lepiej - odparł równie cichym głosem Poindexter. - Na pewno będzie znał drogę.
- Nie ma w nim ani krzty Meksykanina - mruknął Calhoun - jeżeli pominiemy przyodziewek. Zaraz się o tym przekonamy. Buenos Dias cavallero! Esta usted Mexicano?
- Nie, doprawdy - zaprzeczył nieznajomy z uśmiechem. - Nie jestem Meksykaninem. Mogę rozmawiać z panami po hiszpańsku, jeśli takie jest wasze życzenie, ale przypuszczam, że zrozumialsza będzie dla panów angielszczyzna, która, jak sądzę, jest waszą mową rodzimą.
Obawiając się, iż niezbyt poprawnie się wyraził lub użył niewłaściwej wymowy, Calhoun uznał za stosowne wstrzymać się od odpowiedzi.
- Jesteśmy Amerykanami, mój panie - odparł Poindexter, z lekka urażony w swej dumie narodowej. Wkrótce jednak, jakby lękając się dotknąć człowieka, od którego oczekiwał przysługi, dodał uprzejmie: - Tak jest, wszyscy pochodzimy z Ameryki, ze stanów południowych.
- Tak też sądziłem, wnosząc po waszej świcie. - Ledwie dostrzegalny wyraz pogardy ukazał się na twarzy mówiącego, kiedy oko jego spoczęło na gromadkach czarnych niewolników. - Widzę też - dorzucił jeszcze - że nie macie wprawy w podróżowaniu po prerii. Czy panowie zbłądzili?
- Istotnie zgubiliśmy drogę i słabą mamy nadzieję odnalezienia jej; chyba że pan zechce nam w tym łaskawie pomóc.
- Niewiele w tym będzie mej zasługi. Natrafiłem na ślady wasze; najzupełniej przypadkowo, przejeżdżając przez step. Zrozumiałem, że zmyliliście panowie kierunek, i podjechałem tu, aby wam wskazać właściwą drogę.
- Bardzo to uprzejmie z pana strony. Będziemy mu wielce zobowiązani. Nazywam się Poindexter, Woodley Poindexter z Luizjany. Zakupiłem dobra nad rzeką Leoną, nieopodal fortu Inge. Mieliśmy nadzieję dotrzeć tam przed zapadnięciem nocy. Czy może się nam to udać?
- Nic nie stoi temu na przeszkodzie, jeżeli zastosujecie się, panowie, ściśle do moich wskazówek.
Mówiąc to, obcy odjechał kilka kroków, na stronę, po czym zaczął wpatrywać się badawczo w okolicę, jak gdyby pragnąc określić kierunek, w którym podróżni powinni się udać.
Kiedy stali tak na szczycie wzgórza, odcinając się wyraźnie na tle nieba, zarówno wierzchowiec, jak i jeździec przedstawiali widok godny wprawnego ołówka.
Rumak, prawdziwie zasługujący na to, aby dosiadał go arabski szejk, był szerokopierśnym ogierem jaskrawogniadej maści; nogi miał suche i nieskazitelnie proste, niby łodygi trzciny cukrowej, a zad o czystych elipsoidalnych liniach zakończony był wspaniale osadzonym ogonem, zakreślającym ku tyłowi łuk podobny do szlaku tęczy na niebie. Na grzbiecie jego siedział młody człowiek lat najwyżej dwudziestu pięciu, o postaci i rysach nacechowanych szlachetnością; miał na sobie malowniczy strój meksykańskiego rolnika - ranchero - składający się z krótkiego welwetowego spencerka, z wierzchnich nogawic - calzoneros - sznurowanych na szwach, z właściwych spodni - calzoncillos - z białego płótna oraz z trzewików - botas - z bawolej skóry, opatrzonych na piętach w ciężkie ostrogi; jeździec przepasany był szarfą ze szkarłatnego krepdeszynu, na głowie zaś miał kapelusz z czarnego, lśniącego aksamitu, obszyty złotą wstążką. Wyobraźcie sobie tak odzianego jeźdźca siedzącego w głębokiej kulbace arabskiego stylu, a meksykańskiego wyrobu, z wytłaczanymi w skórze na modłę starożytną ozdobnymi narzutami, jakie nosić zwykły strojne wierzchowce konkwistadorów, a mieć będziecie niejakie pojęcie o postaci oglądanej w tej chwili przez plantatora i jego świtę.
Poprzez firanki podróżnej kolasy padały nań spojrzenia świadczące o uczuciach szczególnego rodzaju. Po raz to pierwszy w swym życiu Luiza Poindexter miała przed oczami widok znany dotychczas wyłącznie jej wyobraźni - a mianowicie mężczyznę bohaterskiego pokroju. Prawdziwie czułby się on dumny, gdyby mógł domyślić się zainteresowania, jakie wzbudził w sercu młodej Kreolki.
Skąd miał się tego domyślać? Nie wiedział przecież nawet o jej istnieniu. Przelotnie tylko dostrzegł pokryty pyłem pojazd - tak jak spogląda się na niekształtną skorupę małża, nie podejrzewając, iż we wnętrzu jej leży lśniąca, drogocenna perła.
- Daję słowo - rzekł, zwracając się ku właścicielowi karawany - że nie znajduję tu żadnych znaków w terenie, które mogłyby służyć panom za drogowskazy. Mimo to sam bez trudu drogę wyszukam. Musicie przekroczyć koryto Leony pięć mil poniżej fortu; a że i ja udaję się do tej samej przeprawy, wystarczy wam trzymać się śladów mojego konia. Żegnam panów!
Zakończywszy tak nagle rozmowę, obcy spiął ostrogami konia i ruszył naprzód cwałem.
"Odjazd dość niespodziewany, a nawet nieuprzejmy!" - pomyślał zarówno plantator, jak i jego towarzysze.
Nie mieli jednak czasu dzielić się uwagami na ten temat, zanim bowiem ochłonęli ze zdziwienia, ujrzeli już nieznajomego wracającego ku nim w pośpiechu.
W kilka sekund był znów przy nich, a wszyscy ciekawie nadstawili uszu, chcąc poznać przyczynę nagłego powrotu.
- Obawiam się, że ślady mego konia niewiele się panom przydadzą. Już po pożarze przemknęły tędy mustangi. Zostawiły tysiące odcisków kopyt. Mój wierzchowiec jest wprawdzie podkuty, ponieważ jednak panowie nie nawykliście do tropienia, nie potraficie zapewne rozróżnić jego śladów, tym bardziej że w tym wyschłym popielisku wszystkie niemal końskie tropy wyglądają jednakowo.
- Cóż nam więc pozostaje? - zapytał z rozpaczą w głosie plantator.
- Bardzo mi przykro, panie Poindexter, że nie mogę tu zostać, aby was poprowadzić. Wiozę jako goniec pilne pismo do fortu. Gdybyście mieli wypadkiem zgubić moje ślady, starajcie się mieć słońce po prawej ręce, tak aby cienie wasze padały na lewo, pod kątem około piętnastu stopni do kierunku pochodu. Jedźcie prosto naprzód mniej więcej pięć mil. Wtedy ujrzycie wierzchołek wysokiego drzewa - cyprysu. Poznacie go po liściach o płomiennej czerwieni. Kierujcie się wprost na to drzewo. Stoi ono nad brzegiem rzeki, a tuż obok jest bród.
Tu młody jeździec ponownie ściągnął uzdę, szykując się do odjazdu, coś nieoczekiwanego jednak kazało mu zatrzymać się jeszcze na chwilę: była to para ciemnych, połyskliwych oczu, dostrzeżona przezeń po raz pierwszy, a spoglądająca poprzez firanki kolaski podróżnej.
Właścicielka tych oczu pozostawała w cieniu, światła jednak wystarczyło, by się przekonać, że osadzone były w twarzy o niezrównanej urodzie. Ponadto zdołał jeszcze zauważyć, że patrzyły na niego, jak mu się zdawało, z serdecznym zainteresowaniem, niemal z czułością.
Za spojrzenie to odpłacił nieświadomym prawie błyskiem podziwu, który daremnie starałby się ukryć. Ażeby odruch ten nie mógł być poczytany za brak szacunku, młody człowiek gwałtownie się odwrócił i raz jeszcze odezwał się do plantatora, który kończył właśnie wyrażać swoją wdzięczność.
- Nie zasługuję wcale na pochwały - odpowiedział - skoro pozostawiam panów w położeniu, które grozi wam zbłądzeniem. Jak to już wszakże mówiłem, czas mój jest ściśle odmierzony.
Przy tych słowach goniec spojrzał na zegarek - jak gdyby nie miał najmniejszej ochoty puścić się w drogę samotnie.
- Bardzo pan łaskaw - rzekł Poindexter. - Wydaje mi się, że udzielone przez pana wskazówki pozwolą nam wybrnąć z kłopotu. Sądzę, że słońce wskaże nam...
- Niestety nie; właśnie widzę z wyglądu nieba, że nie. Tam na północy zbierają się chmury. Za godzinę słońce może się skryć, a w każdym razie zniknie, zanim panowie zdążycie zobaczyć ten cyprys. Słońce sprawi panom zawód. Ale rada się znajdzie! - ciągnął dalej, po chwili zastanowienia. - Mam lepszy plan; podążycie za śladem mego lassa!
Mówiąc to, zdjął z łęku siodła zwinięty w kłębek sznur i cisnął na ziemię luźny jego koniec, podczas gdy drugi pozostał umocowany do kółka na kulbace. Uniósłszy następnie kapelusza we wdzięcznym ukłonie, skierowanym przynajmniej w połowie ku podróżnej kolasie, poderwał ponownie rumaka do cwału i w szybkich susach pomknął po prerii.
Lasso, naprężywszy się, przyległo ściśle do zadu konia i wlokąc się po ziemi na jakieś dwanaście jardów poza nim, zostawiać poczęło prosty ślad na spopielałej powierzchni - jak gdyby wąż torował sobie drogę przez równinę.
- Nadzwyczaj ciekawy typ - zauważył plantator, spoglądając za jeźdźcem, który szybko znikał w tumanie czarnego pyłu. - Powinienem był zapytać go o nazwisko.
- Ja bym go raczej nazwał nadzwyczaj zarozumiałym typem - mruknął Calhoun; widział on dobrze zarówno błysk oczu zwróconych przez obcego w stronę kolaski, jak i spojrzenie, które błysk ten wywołało. - Co do nazwiska, nie sądzę, aby mogło to mieć jakieś znaczenie. Bardzo możliwe, że nie powiedziałby prawdy. W Teksasie pełno jest takich zuchów, którzy z chwilą przybycia tu przybierają nowe nazwiska; niektórzy tylko dla piękniejszego brzmienia, inni z poważniejszych przyczyn.
- Dajże spokój, kuzynie Cash - sprzeciwił się młody Poindexter - jesteś niesprawiedliwy wobec tego nieznajomego. Sprawia on wrażenie człowieka wykształconego, dżentelmena, który, jak sądzę, nie przyniósłby wstydu najlepszemu nazwisku.
- Dżentelmen! Diabelnie trudno nazwać tak gościa, który robi z siebie pajaca. Nigdy dotąd nie zdarzyło mi się spotkać przebranego po meksykańsku człowieka, który nie okazałby się prostakiem. Dałbym głowę, że i ten także nie będzie wyjątkiem.
Podczas tej krótkiej wymiany zdań nadobna pasażerka kolasy wychyliła się z niej nieco i skierowała wzrok pełen nieukrywanego zainteresowania w ślad za jeźdźcem znikającym szybko z oczu.
Temu to należało, być może, zawdzięczać oschły ton wypowiedzi Calhouna.
- O co chodzi, Lu? - zagadnął, podjeżdżając tuż pod sam powozik i mówiąc głosem na tyle cichym, aby nie mogli go dosłyszeć inni. - Z niecierpliwością oczekujesz wymarszu? A może chciałabyś przejechać się w towarzystwie tego gościa, co tu tyle szumu narobił? Jeszcze nie jest za późno: chętnie pożyczę ci konia.
Dziewczyna gwałtownym ruchem cofnęła się w głąb kolaski - najwyraźniej niezadowolona zarówno z tonu, jak i z treści wypowiedzianych do niej słów. Niezadowolenie to jednak, zamiast wywołać nadąsanie czy też pełną oburzenia odpowiedź, przybrało postać, która winowajcy stokroć większą sprawiła udrękę.
Jedynym odzewem, jakiego się doczekał, był wybuch dźwięcznego śmiechu.
- Ach, tak! Zaraz pomyślałem sobie, że tu coś się kroi, skoro tylko zauważyłem twoje zachowanie w jego obecności. Wyglądało, jak gdybyś pragnęła znaleźć się sam na sam z tym wystrojonym gońcem. Wziął cię jego ubiór, prawda? Ptaki zawdzięczają urodę pięknym piórkom. Jego upierzenie jest jednak pożyczane. Może uda mi się któregoś dnia zerwać je z niego razem ze skórą.
- Wstydziłbyś się, Kasjuszu! Co ty opowiadasz?
- Ty raczej powinnaś się wstydzić, Lu! Jakże mogłaś dopuścić, by myśli twe opanował taki zwyczajny łobuz, taki pajac jarmarczny! Przecież to zapewne posłaniec używany przez oficerów fortu do przewożenia listów!
- Posłaniec, powiadasz? Jakże miło by mi było otrzymywać wyznania miłosne za pośrednictwem takiego listonosza!
- Radzę ci, byś się pośpieszyła i sama mu o tym powiedziała. Koń mój jest na twoje usługi.
- Cha! cha! cha! Co za naiwny prostak z ciebie. Przypuśćmy, że z żartów przyszłaby mi rzeczywiście ochota dogonić tego stepowego gońca! Ale przecież nie dogoniłabym go na tej twojej nieruchawej szkapie! Nigdy w życiu! Jeśli weźmiemy pod uwagę tempo jazdy - zarówno on sam, jak i jego gniadosz znikliby nam z oczu, zanim zdążyłbyś siodło dla mnie zmienić. O nie! Ja nie zdołam go doścignąć, choćbym nawet najbardziej tego chciała; a kto wie, czy nie chciałabym naprawdę?
- Oby twój ojciec nie usłyszał, co ty wygadujesz.
- Bodajby raczej twoich słów nie słyszał - odparła młoda panna, po raz pierwszy używając poważnego tonu. - Choć jesteś rzeczywiście moim kuzynem i ojciec uważa cię może za wzór wszelkich doskonałości, ja zdania jego pod tym względem nie podzielam; o, co to, to nie! I nigdy nie udawałam, że jest inaczej - wiesz o tym przecież?
Jedyną odpowiedzią na to drażliwe pytanie było zmarszczenie brwi, wywołane zapewne niezbyt miłymi myślami.
- Jesteś moim kuzynem - ciągnęła dalej dziewczyna tonem dziwnie zmienionym - ale niczym ponadto, niczym, kapitanie Kasjuszu Calhoun! Nie możesz rościć sobie praw do udzielania mi rad. Jednemu tylko człowiekowi wolno dawać mi rady i napomnienia. Proszę cię więc, mości Cash, abyś łaskawie nie ponawiał tego rodzaju prób, którymi raczyłeś mnie niedawno uszczęśliwić. Pozostanę nadal panią moich myśli, a i uczynków także, aż znajdę sobie pana godnego nimi kierować. Ty nim nie będziesz!
Wygłosiwszy tę przemowę z oczyma miotającymi na kuzyna spojrzenia tyleż gniewne, co i wzgardliwe, młoda Kreolka raz jeszcze cofnęła się gwałtownie w głąb powozu.
Patrząc na zasunięte firanki, były oficer zrozumiał, że dalsza rozmowa nie będzie mile widziana.
Pełen poczucia krzywdy, na którą we własnym mniemaniu niczym nie zasłużył, z radością usłyszał głośne "wio-o-o" woźniców i wkrótce wozy sunąć poczęły po ciemnej powierzchni - nie bardziej wszakże ciemnej od mrocznych myśli kapitana.