ROZDZIAŁ 1
Rano w kuchni było cicho - jak zwykle zresztą o tej porze. Słońce nie zdążyło jeszcze wspiąć się zbyt wysoko na niebo, wiec panował lekki półmrok, taki szary i rozmemłany jak ja o poranku.
Kubek czarnej jak smoła, gorącej i gorzkiej kawy powoli stawiał mnie na nogi, choć nadal byłam w szlafroku, z włosami, które po nocy nie widziały jeszcze szczotki. Janek spał. Chciałam dać mu jeszcze kilka minut, po kolejnej nocy z "atrakcjami".
Odkąd pamiętam, rzadko spał spokojnie. Nawet jako niemowlę budził się co dwie, trzy godziny głodny mleka ...i atencji - jak wówczas twierdziłam.
W ostatnim czasie jednak noce wyglądały coraz gorzej. Janek dużo więcej mówił przez sen, często budził się z krzykiem. Oczywiście, kiedy to się nasiliło, zabrałam go do psychologa. Miła kobieta, może trochę zbyt uśmiechnięta, trochę za bardzo przekonana, że wie wszystko, sugerowała, że Jaś przeżywa nieobecność ojca, że to, iż nie ma go codziennie przy śniadaniu, zostawia w dziecku ślad. Tylko że ojciec Jasia był obecny. Może nie spał z nim w jednym domu, ale zabierał go co drugi weekend, dzwonił niemal codziennie, a kiedy przyjeżdżał, spędzali czas w sposób, o jakim mogły marzyć dzieci w większości normalnych rodzin.
Spotykaliśmy się z Tomkiem dość długo, zanim pojawił się Jaś, prawie dwa lata. Od zawsze był dla mnie świetnym przyjacielem i muszę przyznać, że w łóżku też było nam dobrze, ale od początku oboje byliśmy świadomi, że nie ma między nami "tej" chemii. Kiedy pojawiło się dziecko, nie mieliśmy wobec siebie specjalnych oczekiwać. Ja chciałam zostać mamą, a Tomek tatą, co nie koniecznie musiało oznaczać bycie żoną i mężem. Teraz również nie mamy złej relacji, wręcz przeciwnie. Dogadujemy się lepiej niż wiele par, które są razem na siłę. Janek był przyzwyczajony do takiego układu. Jako pięciolatek umiał pięknie wytłumaczyć tej, pożal się boże, pani psycholog, że mamusia i tatuś kochają się, ale to nie znaczy, że muszą razem mieszkać, że tata jest zawsze w pobliżu i kiedy tylko zatęskni, tata się zjawia.
- Mamooo! - usłyszałam przeciągły głos.
Spojrzałam na zegarek, dochodziła siódma. Zwlokłam się z krzesła i weszłam po cichu do sypialni syna.
- Dzień dobry skarbie - powiedziałam wesoło - wstajemy?
Jasiu zeskoczył z łóżka, cmoknął mnie w policzek i pobiegł do łazienki.
Chwile później siedział przy stole i jadł płatki - jakby nigdy nic.- Mamo, a dziś jest przedszkole? - zapytał, przełykając chrupki.
- Jest, ale jeszcze mamy trochę czasu - usiadłam naprzeciwko z kawą.
Nie wspomniał o śnie, zupełnie jakby go nie było. Może rzeczywiście nie pamiętał albo po prostu to dla niego nie było to niczym dziwnym. Dla mnie już tak. Spojrzałam na niego. Miał mleko pod nosem i uśmiechał się do miski.
Nagle powiedział coś cicho, bardziej do siebie niż do mnie.
- Nie zdążył nic powiedzieć, bo go popchnęli...
Zamarłam z kubkiem przy ustach.
- Słucham?
- Nic - odpowiedział szybko, jakby się przestraszył, że powiedział coś złego.
Uśmiechnęłam się blado. Mój syn, moje cudowne dziecko momentami było dla mnie tajemnicą i nie musiałam na to czekać aż stanie się nastolatkiem.
ROZDZIAŁ 2
- Wyglądasz, jakbyś balowała przez pół nocy - odezwała się Aniela, moja znajoma z pracy. Celowo nie nazywam jej koleżanką, bo to byłoby zdecydowanym nadużyciem. Uwierzcie, że z aniołem ta kobieta niewiele miała wspólnego. Aniela wiedziała, gdzie wbić szpilę, żeby zabolało. W naszej szkole uczyła wf-u. Gibka, smukła, z diabłem za skórą.
- Daj jej spokój - zrugała ją Hela, nasza plastyczka. Ona, w przeciwieństwie do tej poprzedniej, miała wielkie serce dla wszystkich. Zarówno dla naszych dzieciaków, jak i dla całej kadry nauczycielskiej, nie wspominając o boskiej cierpliwości do rodziców...
Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością i bez słowa usiadłam przy długiej ławie w pokoju nauczycielskim. Uczyłam polskiego. Od zawsze miałam szacunek do języka, jednak często było to powodem do drwin. Ludzie chodzą na skróty i mówią na skróty...
- Wszystko dobrze? - zapytała Hela zaraz po tym, jak Aniela wyszła z pomieszczenia.
Spojrzałam na nią zmęczona i bezsilna, a moja mina chyba mówiła więcej niż słowa.
- Byłaś u tego psychologa?
- Jasne, nawet u dwóch - odparłam zrezygnowana. - Pierwsza stwierdziła, że to syndrom "rozbitej rodziny", druga natomiast nie podała diagnozy na pierwszej wizycie, zatem jest szansa, że przyjrzy się Jasiowi wnikliwiej.
Helena spojrzała na mnie, a ja w jej oczach dostrzegłam autentyczną troskę.
Znała mojego syna osobiście, a nie tylko z moich opowiadań i lubiła go, ze wzajemnością zresztą.
- Nie martw się... - zaczęła mówić, ale przerwał jej dzwonek na lekcję.
Zajęcia z moimi dzieciakami zazwyczaj sprawiały mi frajdę. Próbowałam zaszczepić w nich sympatię i szacunek do naszego języka. Nie zawsze przynosiło to upragnione efekty, ale jeśli choć jedna osóbka wykazała krztę talentu, a połowa z pozostałych choćby same chęci do nauki, uznawałam to za swój osobisty sukces.
Dzień w pracy minął mi bardzo szybko.
Wsiadłam do samochodu i pomknęłam w kierunku przedszkola.
Na dzisiejsze popołudnie nie mieliśmy specjalnych planów.
Po powrocie do domu zabrałam się za obiad, a Janek zajął się klockami. Uwielbiał to! Tomek z uporem maniaka kupował mu kolejne zestawy Lego, z których nasze dziecko potrafiło stworzyć cuda.
Siedział wśród morza klocków i śpiewał pod nosem jakąś przedszkolną piosenkę, w której "kurka" brzmiała jak "kudka". Jeszcze nie mówił wyraźnie "r". Miał to swoje charakterystyczne, lekko drgające "r", jakby język nie mógł się zdecydować, gdzie powinien spocząć. Ćwiczyliśmy z logopedką raz w tygodniu i powtarzałam w domu te wszystkie wierszyki o rakach, rowerach, rybkach i Karolinach w kolorowych koralach.
Nie przeszkadzało mi to. Mówił płynnie, często dojrzale, jak na pięciolatka wręcz zaskakująco logicznie. A ta jego niepewna głoska była tylko przypomnieniem, że nadal jest dzieckiem.
- A co to będzie? - zapytałam szczerze zainteresowana, widząc imponującą budowlę.
- To studnia, ale taka prawdziwa - powiedział dumny - z kołowrotkiem!
Przykucnęłam obok i przyjrzałam się uważniej konstrukcji. Ułożył z klocków coś, co rzeczywiście przypominało studnię - z daszkiem, z czerwonymi cegiełkami i czymś, co udawało korbkę.
- A skąd wiesz, jak wygląda prawdziwa studnia? - zapytałam z uśmiechem.
Nie odpowiedział od razu. Przesunął palcem po szarych klockach, które imitowały kamienie, jakby sam zastanawiał się nad tym, skąd to wie.
- Bo tam była... z taką okrągłą obręczą z drewna. I czasem się ją zdejmowało, żeby można było wleźć do środka. Ale to tylko chłopaki mogli, a dziewczynom nie pozwalali.
Zamarłam.
- Jakiej obręczy? - zapytałam cicho, próbując brzmieć jak najbardziej neutralnie, żeby go nie przestraszyć.
- No, taka, co ją trzeba było zdjąć, jak ktoś coś wrzucił niechcący, albo jak wiadro się urwało. A czasem tam się chowali - dodał szeptem, jakby zdradzał mi jakąś tajemnicę.
- Kto?
- Nie wiem - wzruszył ramionami i sięgnął po kolejny klocek. - Ale wiem, że jak się wrzuciło kamień, to trzeba było liczyć do pięciu, zanim chlupnęło.
Po chwili wrócił to nucenia piosenki z przedszkola, jakby to, co powiedział, nie miało żadnego znaczenia.
Patrzyłam na tę studnię i przez chwilę nie wiedziałam, co jest bardziej niepokojące - jego słowa, czy to, że powiedział je z taką pewnością.
ROZDZIAŁ 4
Gabinet był jasny, urządzony z czułością - pastelowe kolory, pluszowe zabawki, małe, urocze krzesełka. Wszystko po to, by mali pacjenci czuli się komfortowo. Janek siedział przy stoliku i kończył swój rysunek - podobny do tego, który przyniósł z domu.
Psycholog, młoda kobieta z łagodnym głosem, w idealnie wyprasowanej białej koszuli, podeszła do niego z uśmiechem.
- Jasiu, czy możesz na chwilkę pobawić się w poczekalni? Tam, gdzie były klocki. Chciałabym porozmawiać z twoją mamą.
Janek posłusznie kiwnął głową, zeskoczył z krzesła i wyszedł.
Psycholog podniosła rysunek z biurka i obróciła go w moją stronę. Miała dziwną minę, a ja poczułam, że wzbierają we mnie emocje. Nie wiedziałam, co za chwilę usłyszę.
- Pani syn powiedział mi, że to jego mama. - Wskazała środkową postać na kartce. - Że to pani.
Widziałam ten rysunek już w domu.
- Grupa ludzi, na których pada deszcz - tak go zrozumiałam.
- To, co pani uznała za opady - mówiła dalej spokojnie, ale z wyczuwalnym napięciem - to według Jasia... kamienie.
Zerknęłam na rysunek. Czarna, gęsta plątanina linii spadających z góry na postać. Na mnie?
- Kamienie? - zapytałam cicho.
Psycholog oparła dłonie na biurku i pochyliła się lekko w moją stronę.
- Jasiu powiedział, że ci ludzie zrobili mamie krzywdę - wskazała na pozostałe postacie na kartce.
Zamarłam.
- Proszę się nie bać. - Jej głos był miękki, ale zdecydowany. - Pani może mi zaufać. Jeśli ktoś panią skrzywdził... jeśli Janek był tego świadkiem... To nie jest pani wina. Naprawdę może mi pani powiedzieć.
Zrobiło mi się zimno.
- Nikt... nikt mnie nie skrzywdził - powiedziałam. - Nigdy. To musi być jakaś pomyłka. Ja...
- Czasem dzieci rysują to, czego nie rozumieją - przerwała łagodnie. - Ale jeśli coś się wydarzyło, to nie musi pani tego ukrywać. Mogę pomóc. Mamy procedury, mamy wsparcie.
- Ale żadne procedury nie są konieczne - powiedziałam stanowczo, choć czułam, jak słowa drapią mi gardło. - Ja naprawdę... nie rozumiem, skąd on to wziął.
Psycholog zamilkła na moment. Patrzyła na mnie długo, z takim współczuciem, że przez ułamek sekundy sama poczułam się jak ofiara.
- Nikt nie zrobił mi żadnej krzywdy - powtórzyłam z naciskiem, czując, jak gula rośnie mi w gardle.
- Czy Janek mógł widzieć coś takiego w telewizji? - zapytała cicho. - Albo usłyszeć coś od kogoś?
- Nie sądzę. - pokręciłam głową.
Kobieta usiadła na krześle i zapatrzyła się w widok za oknem.
- Pani doktor, o co chodzi? Co dzieje się z moim synem?
Spojrzała na mnie i wolno nabrała powietrza.
- To wszystko może być całkowicie naturalne. Jednak... muszę być z panią szczera. Istnieje też możliwość, że te objawy, jeśli się utrzymają lub pogłębią, mogą wskazywać na coś więcej. Może to być trauma, może zaburzenie, może jakiś proces neurologiczny, który dopiero się ujawnia. Nie mówię tego, żeby panią przestraszyć. Mówię to, bo lepiej patrzeć uważnie, niż coś przegapić. A na tym etapie uważna obserwacja to najlepsze, co możemy zrobić - nawet jeśli to dmuchanie na zimne.
Nie stwierdziła, że to typowe u dziecka, bo fakt, że mój syn budzi się w nocy targany koszmarami, oznacza, że gdzieś głęboko siedzi w nim coś, z czym nie umie sobie poradzić. Czasem to może być echo rodzinnej historii, czasem coś, co przypadkiem usłyszało, albo zobaczyło. Jednak zauważyła, że niektóre wypowiedz Jasia, są nietypowe, głębsze niż przeciętnie i że chciałabym z nim popracować dłużej.
Na końcu naszej rozmowy uczuliła mnie na treści, które mu czytam i pozwalam oglądać w telewizji - jakbym wcześniej tego nie robiła.
Całą drogę do domu milczałam. Jasiu trajkotał coś o nowym placu zabaw obok przedszkola. Nie byłam w stanie skupić się na tym, co mówił. Zbyt uderzyły we mnie słowa lekarki.
- Mamooooo!
Donośny głos Janka wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam na niego zmieszana.
- Nie słuchasz mnie!
- Słucham Jasiu, słucham - skłamałam.
- To, co takiego powiedziałem?
- Mówiłeś o placu zabaw przy...
- Nie - przerwał mi - Mówiłem, że nie mamy prezentu dla Karoliny.
- A no tak, przepraszam. Nie martw się, zaraz temu zaradzimy.
- Jaki proces neurologiczny? - powiedziałam do siebie - Przecież on myśli logicznej niż ja.
ROZDZIAŁ 5
Następnego dnia prosto po pracy wróciłam do domu. Jak na złość tego dnia miałam skrócone zajęcia w szkole. Janek świętował urodziny z Karoliną, więc wróciłam do pustego domu, w którym odbijało się echo tykającego zegara i... słów lekarki. Snułam się po mieszkaniu, szukając sobie zajęcia. Postanowiłam wysprzątać piwnicę, by robić cokolwiek... byle nie myśleć. Przerzucałam sterty kartonów, kiedy nagle mój wzrok zatrzymał się na wystającej spod góry gratów, kierownicy starego roweru.
- Rower spala stres - parsknęłam - To jest myśl.
Wyszarpałam pojazd na środek piwnicy i oceniłam, że jest w całkiem dobrym stanie. W jednym z kartonów znalazłam kask, który pamiętał lata mojej młodości, ale najważniejsze, że był. Ubrałam się jak rasowa "rowerzystka", czyli w getry i top, dopompowałam powietrza do kół i chwilę później mknęłam drogą w stronę parku. Moje mięśnie paliły żywym ogniem, kiedy pedałowałam pod górę, a ja obiecywałam im, że jeśli to wytrzymają, zadbam o kondycję. Zdyszana, spocona i szczęśliwa wyjechałam na wzniesienie, a stamtąd od parku dzielił mnie już tylko niewielki odcinek drogi... dzięki bogu w dół. Rozpędziłam się odrobinę i czując przyjemnie smaganie wiatru na ciele, pędziłam przed siebie. W tej jednej chwili czułam się wolna i szczęśliwa, I mknęłam tak w dół, skandując zasłyszane od przyjaciółki "EN-DOR-FI-NY, EN-DOR-FI-NY...", kiedy nagle zauważyłam skręcający w moją stronę samochód. Nacisnęłam oba hamulce, jednak zadziałał tylko ten przedni.
Czas nie zwolnił - przeciwnie. Wszystko wydarzyło się szybko i brutalnie. Przednie koło zablokowało się, rower stanął dęba, a ja przeleciałam przez kierownicę jak wyrzucona z katapulty. Nie było czasu na myśli. Tylko moment zawieszenia w powietrzu, a potem - asfalt. Twardy i szorstki. Uderzenie wyrwało mi powietrze z płuc.
Przez chwilę nie byłam pewna, co się stało. Leżałam na boku, czując kłucie w barku i piekący ból w kolanie. Kask przesunął się na bok, ale był na miejscu. Żyłam. To już coś.
Auto zatrzymało się gwałtownie kilka metrów dalej. Otworzyły się drzwi. Usłyszałam szybkie kroki na asfalcie i czyjś głos, jeszcze zanim zobaczyłam twarz.
- Proszę pani! Wszystko w porządku? - Mężczyzna przykucnął obok mnie spanikowany. Patrzył, jakby nie wiedział, od czego zacząć. - Nie zauważyłem pani... cholera. Widziała mnie pani? Skręcałem, ale...
Pokręciłam głową, zbyt zdyszana, by odpowiedzieć. Dopiero po chwili spróbowałam się podnieść.
- Nie, proszę, niech pani jeszcze nie wstaje - rzucił szybko. Wyciągnął do mnie rękę, ale zaraz ją cofnął. - Trzeba wezwać karetkę. Może coś jest złamane. Ma pani zawroty głowy?
- Nie - odpowiedziałam cicho, siadając powoli na ziemi. - Po prostu... muszę chwilę posiedzieć.
Zamilkł, klęcząc obok. Dopiero teraz zerknęłam na niego. Młody - około trzydziestki. Krótkie ciemne włosy, brwi ściągnięte w napięciu, jakby to jemu coś się właśnie stało.
- Może odwiozę panią na SOR? - zaproponował po chwili. - Albo do domu? Naprawdę. Nie zostawię pani tak na poboczu.
Spojrzałam na siebie - rozdarte spodnie, kolano zdarte do żywego mięsa, łokieć w podobnym stanie. Rower leżał kilka metrów dalej, pogięty jak po jakiejś ulicznej bijatyce. Oddychałam już spokojniej, choć adrenalina wciąż szumiała w uszach.
- Pojedziemy na SOR? - zapytał.
Milczałam, analizując, co boli mnie najbardziej i który ból może oznaczać coś niebezpiecznego.
- Nie chcę Pani do niczego zmuszać. Po prostu... chciałbym pomóc.
Przez chwilę nie odpowiedziałam, choć na usta cisnęło mi się kilka mocnych słów. Jednak mężczyzna miał w oczach coś, co kazało mi nie zbywać go ciętym komentarzem. To nie była ani litość, ani panika tylko... odpowiedzialność.
- Dobra - powiedziałam w końcu. - Ale najpierw woda. I może coś, czym zatamuję krew - wskazałam na kolano. - Potem pomyślimy, co dalej.
W szpitalu było chłodno, sterylnie. Mężczyzna znalazł wózek, posadził mnie na nim i popchnął w stronę rejestracji. Kolano paliło jak diabli, a bark pulsował tępym bólem.
Zgłosiliśmy się, podałam moje dane, a potem przyszedł lekarz. Starszy, lekko zgarbiony, ze spojrzeniem człowieka, który widział już wszystko, ale nadal się przejmuje. Zabrał mnie na badanie, a kierowca samochodu został za drzwiami.
Po kilku minutach i kilku pytaniach wrócił, wezwany przez pielęgniarkę.
- To pan był świadkiem zdarzenia? - zapytał lekarz, zerkając raz na niego, raz na mnie. - Może pan opowiedzieć, co się stało?
Odchrząknął i stanął sztywno jak uczeń przy tablicy.
- Skręcałem w uliczkę przy parku - zaczął - i nie zauważyłem...
- To nie tak - wtrąciłam spokojnie, podnosząc lekko dłoń. - Ja się przewróciłam.
Lekarz uniósł brew, a mężczyzna spojrzał na mnie zdziwiony.
- Jechałam rowerem - kontynuowałam. - W dół. Nacisnęłam oba hamulce, ale zadziałał tylko ten przedni. Koło stanęło, przeleciałam przez kierownicę. Ten pan zatrzymał się i pomógł mi. Nie było zderzenia, nie było kontaktu z autem. Sama się wyłożyłam. Trochę spektakularnie, przyznaję, ale całkiem samodzielnie.
Kierowca zmarszczył brwi.
- Ale... ja przecież... jechałem w twoją stronę. Może cię wystraszyłem?
- Możliwe - przyznałam z lekkim uśmiechem. - Ale to mój rower nie zadziałał tak, jak powinien. Gdybyś nie zatrzymał się od razu i nie podbiegł, może leżałabym tam do nadal. Nie masz sobie nic do zarzucenia.
Lekarz przyglądał nam się przez chwilę, potem skinął głową.
- Dobrze. Pani Laurze zrobimy prześwietlenie barku i kolana, ale wygląda to na stłuczenia. Może pani mieć przez kilka dni ograniczoną ruchomość, ale nie widzę nic poważnego. Po badaniach opatrzymy rany. A pan... - zwrócił się do mężczyzny - może zostać w poczekalni albo wrócić do domu, jeśli to nie bliska osoba.
- Zaczekam - odpowiedział krótko i z taką pewnością jakby nie brał pod uwagę żadnej innej możliwości. Spojrzałam na niego z boku. Stał spięty, jakby czekał na wyrok, choć przecież wszystko już było jasne.
- Posłuchaj - odezwałam się, kiedy drzwi gabinetu się zamknęły. - Wiem, że to twoja wina.
Spojrzał na mnie z napięciem w oczach. To ten rodzaj spojrzenia, gdy ktoś wie, że zawalił i czeka na cios, tylko że ja nie zamierzałam go zadawać.
- Równie dobrze mogłam się nie rozpędzać jak idiotka na rowerze z czasów Gierka - dodałam cicho. - Więc może po prostu uznajmy, że miałam szczęście, że to właśnie ty się zatrzymałeś.
Patrzył na mnie dłuższą chwilę, jakby próbował zrozumieć, czy mówię to z przekąsem, czy z ulgą.
- Nie powinienem skręcać w ciemno. Widziałem park i dzieciaki biegające przy drodze, ale nie zauważyłem ciebie. Gdybym zwolnił o sekundę wcześniej...
- Posłuchaj - przerwałam spokojnie. - Nie chcę tego roztrząsać. Nie chcę policji, zeznań, tłumaczenia się. Ty się zatrzymałeś i pomogłeś, zabrałeś mnie tutaj i to wystarczy.
Milczał. Kątem oka widziałam, jak ściska dłonie w kieszeniach bluzy. W końcu skinął lekko głową.
- W porządku - powiedział. - Ale w razie czego... jeśli będziesz czegoś potrzebować, czegokolwiek, to wiesz, gdzie mnie znaleźć.
- Właściwie to nie wiem - zaśmiałam się - nie wiem nawet, jak masz na imię.
- Jeremi - odparł i skłonił lekko głowę - Nie jestem przyzwyczajony do tego, że ktoś bierze na siebie moje błędy - dodał.
- To nie bohaterstwo - zaśmiałam się. - Po prostu nie widzę sensu w robieniu problemu z rzeczy, które i tak już się wydarzyły. A poza tym... - uniosłam lekko brew - miałam kask.
Uśmiechnął się lekko, pierwszy raz tego dnia
- Dobrze wiedzieć. I dobrze widzieć, że nic ci nie jest.
Wstał z krzesła, jakby miał już odejść, ale zatrzymał się jeszcze w pół kroku.
- Odwiozę cię, jeśli chcesz, albo jeśli wolisz, zamówię taksówkę.
- Jeszcze nie wiem, czy ci ufam aż tak bardzo - powiedziałam. - Ale... chyba nie chcę teraz wracać sama.
- Na teraz wystarczy - odparł krótko.
- Tutaj - wskazałam na mój dom.
Jeremi zatrzymał samochód i pomógł mi wysiąść. Wyjął z bagażnika to, co jeszcze chwilę temu było moim rowerem i postawił go przy garażu.
- Nie chciałbym nadużywać twojej uprzejmości, ale... - zamyślił się, jakby nie wiedział, w jakie słowa ubrać swoje pytanie. - chciałem cię prosić o numer telefonu i zanim oskarżysz mnie o tani podryw...
Parsknęłam śmiechem.
- Jeśli tak podrywasz kobiety, to...
- Nie, to nie tak - przerwał mi - chciałbym się jutro upewnić, że nic ci nie jest.
Spojrzałam na niego w taki sposób, jak patrzyłam na ucznia, który właśnie oświadczył, że pies zjadł mu pracę domową.
Westchnął.
- Dobrze - zgodziłam się.
ROZDZIAŁ 6
- Halo? - usłyszałam głos Tomka w telefonie.
- Cześć, mam prośbę - powiedziałam bez zbędnych formalności - Czy mógłbyś jutro odebrać Jasia z przedszkola i przywieść go do domu?
- Jasne, a co się dzieje?
- Miałam małą kraksę na rowerze i jutro chcę wziąć wolne w pracy. Lekarz kazał mi poleżeć.
- No... pewnie - odparł zmartwiony - Laura, nic ci nie jest?
- Wszystko dobrze - odpowiedziałam krótko - Dzięki, do jutra. - rzuciłam i odłożyłam telefon.
Rozłożyłam się na kanapie i włączyłam muzykę. W głowie dudniało mi jeszcze od emocji i zapewne również od upadku. Lekarz powiedział, że jutro mogę czuć się gorzej, więc zadzwoniłam do sekretariatu i poinformowałam ich o tym, co się stało.
Chwilę później rozdzwonił się mój telefon. Dzwoniła Hela i kilka koleżanek z pracy, pytając, czy wszystko u mnie ok. Zadzwoniła nawet Aniela, udając troskę i nie szczędząc mi przy tym komentarzy w stylu "do sportów trzeba mieć talent i głowę".
Usłyszałam dzwonek do drzwi.
Zwlokłam się niechętnie z kanapy, by otworzyć.
Za drzwiami stał Tomek.
- Co ty tu robisz? - zapytałam - Gdzie Janek?
- Do dwudziestej jest u Karoliny. Musiałem sprawdzić, czy wszystko u ciebie dobrze.
Gestem zaprosiłam go, żeby wszedł do środka.
- Przecież mówiłam...
- Zawsze tak mówisz - przerwał mi - połóż się, ja zrobię herbatę.
Zdjął bluzę i zniknął w kuchni. Chwilę później niósł dwa kubki parującego napoju.
- Co się stało? - zapytał, siadając naprzeciw mnie.
Pokrótce opowiedziałam mu całe zdarzenie, tę prawdziwą wersję, na co zareagował wybuchem złości.
- Co za idiota! Mógł cię zabić! Powinnaś wezwać policję.
- Tomek, gdyby hamulce w moim rowerze działały jak należy, nic by się nie stało - tłumaczyłam, próbując go nieco uspokoić.
- Ale to on powinien uważać - warknął.
- Daj spokój - powiedziałam, uśmiechając się lekko - Żyję? Żyję. Znaczy, że jest dobrze.
- Zabiłbym go chyba, gdyby coś ci się stało.
Uśmiechnęłam się wzruszona tymi słowami, bo wiedziałam, że Tomek jest typem człowieka, który nie skrzywdziłby muchy.
- A jak twoja randka?
Spojrzał na mnie zaskoczony pytaniem.
- Randka jak randka.
Uniosłam wymownie brwi.
- Niby spoko, ale... kolejnej nie będzie - skwitował.
Poklepałam go po ramieniu, współczująco.
- Wiesz... czasem sobie myślę, że jak do pięćdziesiątki nie znajdziemy sobie nikogo, to po prostu powinniśmy się zejść.
- I co? Kupimy kota, pomalujemy kuchnię na beżowo i zaczniemy chodzić na potańcówki dla seniorów?
Zaśmiał się.
- Nie brzmi tak źle. Poza tym... znamy się i lubimy, nie musielibyśmy udawać, że jesteśmy kimś, kim nie jesteśmy. Przyznaj, że kiedyś całkiem dobrze nam się... współpracowało.
Pokiwałam głową z sentymentem. Dobrze wspominałam czas, który spędziliśmy ze sobą.
- No widzisz. Seks też mieliśmy dobry. Przynajmniej będzie wiadomo, czego możemy się spodziewać, jak już wszystkie randki z Tindera zawiodą.
- Tak, seks nam wychodził - przyznałam - Gdybyśmy tak dogadywali się w kuchni, kto wie, może byłby z tego drugi Jaś.
Tomek spojrzał za okno, jakby chciał uciec wzrokiem.
- Nadal może - powiedział cicho.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Nie spodziewałam się usłyszeć od niego takich słów.
- Taki plan awaryjny, to nie najgorszy pomysł. Na razie wystarczy mi, że potrafimy w spokoju wypić herbatę, bez kłótni o zmywanie - wzruszyłam ramionami.
- Małymi krokami do emerytalnej idylli - odparł i uśmiechnął się do mnie smutno.
ROZDZIAŁ 8
Sobota powitała nas piękną pogodą.
Spakowałam kilka rzeczy do kosza piknikowego, a do bagażnika wrzuciłam koc i spray na komary. Pojechaliśmy za miasto. Lubiłam wiosenne spacery, kiedy natura dopiero budziła się do życia.
Znaleźliśmy urocze miejsce niedaleko rzeki i tam rozłożyłam nasz koc.
- Mamo, a czy była już pierwsza wiosenna burza? - zapytał Jaś.
- Nie wiem synu - odparłam zdziwiona - a dlaczego pytasz?
Chłopiec myślał chwilę nad odpowiedzią.
- Bo nie można siadać na ziemi, jeśli nie jest ogrzmiana - odparł.
Zmrużyłam oczy, próbując sobie przypomnieć, w której książce mógł to usłyszeć.
- Skąd to wiesz?
- Babcia tak mówiła.
- Babcia? - powtórzyłam, zastanawiając się skąd moja mama, największy mieszczuch, jaki istnieje, mogła znać takie przesądy.
Janek pokiwał głową i poszedł w stronę samochodu. Chwile później targał za sobą dwie małe poduszeczki, które miałam w zwyczaju wozić w aucie.
- Teraz wilk nam do pupy nie wejdzie - powiedział dumny z siebie.
Stałam oszołomiona, ale po chwili zaśmiałam się tylko i usiadłam na poduszce.
Koniecznie muszę porozmawiać z mamą. Musi pilnować języka przy Janku, on zdecydowanie za szybko łapie takie teksty.
Chłopiec był zachwycony wycieczką. Biegał po trawie, szukał patyków, śpiewając sobie coś pod nosem.
Poszłam kawałek dalej, skuszona zapachem dzikiej mięty. Schyliłam się i zaczęłam ją zbierać. Nie minęła minuta, gdy usłyszałam tupot małych stóp.
- Nie! - wrzasnął Jaś.
Zanim się obejrzałam, rzucił się na mnie, wyrywając mi zioła z dłoni. Porwał je, cisnął w trawę, jakby parzyły.
- Jaś! Co ty wyprawiasz?!
- Nie wolno! - krzyczał. - Nie możesz! Nie wolno! - uderzył mnie w klatkę piersiową małą piąstką. - Ona też zbierała! I potem... i potem...!
Zaciął się, jakby nie znał słowa, które chciał powiedzieć.
- Potem co? - zapytałam cicho.
Nie odpowiedział, tylko odwrócił się na pięcie i pobiegł do koca. Usiadł i schował twarz w ramiona. Oddychał szybko jak po koszmarze. Pobiegłam za nim i objęłam go mocno.
- Hej, hej, spokojnie - mówiłam. - Nikt mnie nie zabierze. To tylko rośliny. Popatrz - to mięta, pięknie pachnie, sprawdź - powiedziałam i podsunęłam mu zmięte zioła pod noc.
- Nie! - uderzył mnie otwartą dłonią w rękę, aż zioła znów wypadły. - Ona też zbierała! I potem już nie wróciła!
Zamarłam.
- Kto? - zapytałam cicho, ale nie odpowiedział. Ramiona mu drżały. Sapał ciężko jak po biegu. Zacisnął dłonie w pięści.
- Nie wolno - szepnął, jakby mówił do siebie.
I wtedy pierwszy raz naprawdę się wystraszyłam.
ROZDZIAŁ 9
Jaś układał puzzle z panią psycholog - zaskakująco spokojnie. Ja siedziałam z boku, na fotelu trochę zbyt niskim jak na dorosłego człowieka. W końcu przyszła kolej na mnie.
- Zdarzyło się coś niepokojącego? - zapytała kobieta łagodnym tonem, nie odrywając wzroku od Jasia.
- Tak. - Wzięłam wdech. - Byliśmy na pikniku. Jaś biegał, wszystko było w porządku, a potem... ja zaczęłam zrywać zioła i... wtedy dostał ataku paniki.
- Paniki? - przeniosła wzrok na mnie i przyglądała mi się wnikliwie.
- Tak - potwierdziłam. - Krzyknął, że mam ich nie dotykać. Rzucił się na mnie. Wyrwał mi zioła z rąk, rozrzucił je, zaczął płakać, krzyczeć, że "nie wolno", "że ona też zbierała i ją zabrali". A potem... uderzył mnie.
Zapanowała cisza. Tylko Jaś przekładał puzzle, jeden po drugim, jakby nic się nie stało.
- Uderzył panią?
- W ramię i w klatkę piersiową. Nic wielkiego. Ma pięć lat, nie ma siły, ale... widziałam w nim strach, taki czysty i surowy. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.
Psycholożka skinęła głową i zerknęła kątem oka na chłopca.
- Jak pani wtedy zareagowała?
- Zamarłam. Potem próbowałam z nim porozmawiać, ale zamknął się w sobie i nie chciał już wracać do tematu. Powiedział tylko, że "zabrali ją".
- Ją?
- Nie wiem. Może to ktoś z bajki, może coś sobie wymyślił, ale wyglądało to strasznie.
Zapadła cisza. Psycholożka położyła dłoń na kolanie, jakby chciała się oprzeć, albo powiedzieć coś... trudnego, po czym westchnęła.
- To ważne, że pani to mówi. I że nie próbowała pani tego zbagatelizować. Czasem dzieci odreagowują coś, czego nie rozumieją - przez emocje, przez opowieści, czasem przez ruch. Może coś usłyszał, może coś poczuł. Albo coś w sobie niesie.
- W sobie? - zmarszczyłam brwi. - Ma pięć lat.
- Pięć lat to bardzo dużo, jeśli chodzi o pamięć ciała, emocji... albo dla wyobraźni.
Spojrzałam na Jasia. Układał zielone puzzle na niebieskim niebie. Czasem miałam wrażenie, że on ten świat naprawdę widzi inaczej.
ROZDZIAŁ 12
Zupa pomidorowa parowała w misce, a Jaś siorbał ją z taką pasją, jakby jadł ją pierwszy raz w życiu. Część makaronu była już na bluzie, druga na blacie stołu, a niesforne kilka nitek zmierzało w kierunku nosa.
- Będziemy mieli gościa - rzuciłam mimochodem, patrząc, jak makaron wypływa z łyżki i ląduje na stole.
- Koleżankę? - zapytał z nadzieją, wyraźnie licząc na kogoś, kto będzie się z nim bawił klockami.
- Nie. Kolegę. Dorosłego.
Spojrzał na mnie z podejrzliwością. To nie był jego ulubiony typ człowieka.
- On jedzie z nami do Gdańska. Będzie prowadził samochód, żebyśmy nie musieli jechać pociągiem. Będzie nam wygodnie.
- A czemu nie ty prowadzisz?
- Bo... to długa droga synu, a ja chyba nie jestem aż tak dobrym kierowcą.
- Aha. - zamyślił się - A jak on się nazywa?
- Jeremi.
Zatrzymał się w pół ruchu. Łyżka z pomidorówką zamarła w powietrzu.
- Jeremi - powtórzył, marszcząc czoło. - Jeremi, Jerrrremi - powtarzał, usilnie próbując poprawnie wymówić literę "R" w jego imieniu. Posmutniał - Nie mogę tak mówić.
- Dlaczego?
- Bo on pomyśli, że go przezywam. Tak jak Karolina - zawiesił głos i patrzył na mnie z miną pełną autentycznego dramatu.
- Ja myślę, że Jeremiemu nie będzie to przeszkadzało - westchnęłam. - Ale jeśli chcesz, to zapytaj go, czy możesz mówić do niego inaczej?
- Ale jak?
Tego już nie zdążyłam wymyślić, bo właśnie zadzwonił dzwonek do drzwi.
Jeremi wszedł do domu i uśmiechnął się ciepło. Jaś ukrył się za moją nogą.
- Cześć, Jeremi - przywitałam go.
Mężczyzna przykucnął, tak żeby być na wysokości jego oczu.
- Cześć, młody. Słyszałem, że jedziemy razem nad morze.
Jaś zerknął ukradkiem, ale milczał.
- Coś nie tak? - zapytał Jeremi, miękko.
Po chwili Jaś wydukał:
- Nie chcę mówić Jeremi. Bo jak to mówię, to brzmi jak... jak przezywanie.
- Hmm... - zamyślił się chwilę - No to słuchaj. Wiesz, jak mówią na mnie moi znajomi?
Jaś pokręcił głową.
- Mówią Emi, albo Jemek. Serio. Wybierz sobie, co wolisz. Albo - zrobił zawstydzoną minę - Dżem albo Dżemek, bo tak mówiła na mnie siostra jak byłem mały. Choć przyznam, że niespecjalnie to lubię, ale... sam wybierz - wzruszył ramionami.
Jaś parsknął śmiechem.
- Dżem! - powtórzył z zachwytem. - To śmieszne!
- Wiem - westchnął Jeremi teatralnie. - I dokładnie dlatego ona to robiła. - I wiesz - szepnął - ona czasem nadal to robi.
- Mogę mówić Emi? - zapytał ostrożnie, jakby sprawdzał, czy na pewno może.
- Oczywiście. Tylko nie mów tak przy moim szefie, bo może być zazdrosny, że on nie może tak do mnie mówić.
Jaś parsknął. Ja też.
Mężczyzna wyciągnął do niego dłoń, a Jaś z zadowoleniem przybił mu piątkę.
W dniu wyjazdu zapakowałam walizki do samochodu i czekałam, aż pojawi się Jeremi.
Tomasz jakoś przełknął fakt, że mężczyzna będzie moim "kierowcą nad morze", bo tak przedstawiłam mu jego rolę, zaopatrzył Jasia w duże kieszonkowe, a na moje konto wpłacił dodatkowe pieniądze, gdyby przypadkiem wyskoczyły jakieś dodatkowe koszty. Pomyślał o wszystkim. Sprawdził mi hotele znajdujące się najbliżej szpitala, jak i te, z których dojazd byłby do niego najłatwiejszy.
Chwilę później pod dom podjechał samochód naszego "kierowcy".
- Wooow - zawołał Jaś, - Ale bryka!
Zaśmiałam się z reakcji syna. Na mnie jego samochód nie zrobił aż takiego wrażenia, bo dla mnie najważniejsze było, że auto ma cztery koła, jakiś silnik i pasy, którymi mogę zapiąć dziecko. No dobra, ważne jeszcze, żeby było w miarę bezawaryjne.
- Pakuj walizy i wskakuj - powiedziałam, kiedy mężczyzna do nas podszedł.
Spojrzał na mnie, jakbym powiedziała właśnie jakiś dowcip.
- Gdzie macie bagaże?
- No w samochodzie już, pakuj swoje i jedziemy.
Jeremi spojrzał na moją srebrną strzałę, na mnie i znowu na samochód.
- Żartujesz, prawda?
Tym razem ja zdębiałam.
- Nie myślisz chyba, że pojedziemy tym? Z całym szacunkiem oczywiście, dla motoryzacji poprzedniego wieku, ale...
- Nie rozumiem - odparłam, prostując plecy i przygotowując się do słownej batalii w obronie mojego forda fiesty.
- Laura, przecież czas rozpędzania się tego samochodu do setki, liczy się kalendarzem.
Próbowałam powstrzymać śmiech, ale nie potrafiłam.
- Mamo - odezwał się Jaś - zobacz, jakie Emi ma długie nogi, nie zmieszczą się w naszym małym autku.
- To wyjmiemy przednie siedzenie i usiądzie z tyłu! - powiedziałam konspiracyjnym tonem, a Janek zaniósł się śmiechem.
Otwarłam klapę samochodu i wskazałam nasze bagaże.
- Drugi raz nie będę ich upychała - powiedziałam, udając obrażoną.
Po kilku kilometrach przestałam się obrażać na to, że nie chcieliśmy jechać moim samochodem. Formentor prowadził się jak sen. W dodatku nie trzeszczało w nim radio ani fotel pasażera.
- Emi - odezwał się chłopiec - a jak się nazywa ten samochód?
- To Cupra Jasiu.
- Faaajne - powiedział przeciągle - jak będę duży, to też sobie takie kupię - powiedział rozmarzony.
Zaśmiałam się pod nosem.
- Możesz otworzyć schowek? - zwrócił się do mnie.
Zrobiłam, o co prosił. W środku znajdowała się butelka wody i miniaturka samochodu, którym jechaliśmy. Podałam mu pudełko, uśmiechając się lekko.
- Proszę - wyciągnął do chłopca rękę z autkiem.
Zanim Jeremi zdążył coś powiedzieć, Jaś już piszczał:
- Mamo, patrz! To taki sam! Dziękuję! - wołał z tylnego siedzenia. - Jerrremi - powiedział głośno, a jego "R" zawibrowało - Ty jesteś fajny koleś.
Wybuchłam śmiechem, a na twarzy mężczyzny pojawiło się coś na kształt wzruszenia.
- A podoba ci się moje imię? - zapytał nagle chłopiec.
- Jasne - odpowiedział bez zastanowienia - A dlaczego pytasz?
- Bo gdyby ci się nie podobało, mógłbyś do mnie mówić Staś.
- Staś? - powtórzył.
- Staś albo Staszek, możesz wybrać.
- A dlaczego Staś? - zapytałam zaciekawiona.
- Bo tak miałem kiedyś na imię.
W kabinie samochodu zapadła cisza. Emi spojrzał na mnie i wziął głęboki oddech.
ROZDZIAŁ 15
Weszłam do szpitala wcześniej, niż planowałam. W nocy nie spałam zbyt dobrze. Cisza w pensjonacie zostawiła zbyt wiele miejsca na rozmyślanie.
Pielęgniarka skinęła mi głową, widząc mnie na korytarzu.
- Lekarz jest właśnie u Jasia - powiedziała cicho. - Może pani chwilę poczekać, zaraz do pani wyjdzie.
Usiadłam na krześle i oparłam tył głowy o ścianę. Przez szklane drzwi widziałam Jasia. Leżał na boku, skulony, a w dłoni ściskał małą Cuprę. Wydawał się spokojny.
Drzwi się otworzyły.
- Dzień dobry, pani Lauro - powiedział lekarz, mężczyzna około czterdziestki, o łagodnym, spokojnym głosie. - Możemy na chwilę?
Skinęłam głową i poszłam za nim do pokoju obok.
- Jak minęła noc? - zapytał.
- Raczej niespokojnie.
Uśmiechnął się lekko, bez cienia ironii.
- U nas też. Jaś miał koszmar. Dość intensywny. Obudził się z krzykiem, był zdezorientowany i szukał pani, ale pielęgniarki poradziły sobie bardzo dobrze.
- To często się zdarza? - zapytałam. - Znaczy... podczas takiego badania?
- U dzieci? Tak. Szczególnie jeśli są pod wpływem stresu lub emocjonalnego napięcia.
Otworzył teczkę i wyjął kilka zadrukowanych kartek, na widok których ścisnęło mnie żołądku.
W tym momencie drzwi się lekko uchyliły. Odwróciłam głowę. To był Jeremi.
Skinęłam mu głową. Wszedł cicho i stanął obok, nie przerywając rozmowy.
- EEG nie wykazało żadnych zmian patologicznych. Reakcja mózgu była żywa, emocjonalna, ale prawidłowa. Serce przyspieszyło, jak to przy silnym lęku, ale rytm zatokowy, bez arytmii. Oddech również wrócił szybko do normy. Wszystko wskazuje na to, że jego ciało po prostu... bardzo się bało.
Zerknął w notatki, a potem spojrzał z powrotem na mnie.
- Zresztą, wszystkie dotychczasowe wyniki są dobre. Tomografia, rezonans, badania neurologiczne, odczyty fal mózgowych - wszystko czyste. Nie ma żadnych zmian organicznych w mózgu, żadnych ognisk zapalnych, nic, co mogłoby nas zaniepokoić pod kątem neurologicznym.
Poczułam, że coś we mnie puszcza, jakby napięcie, które ściskało mnie od kilku dni, lekko popękało na krawędziach.
- Oczywiście, dziś wykonamy jeszcze kilka dodatkowych testów, zgodnie z planem - dodał. - Ale na ten moment nic nie wskazuje na żadną poważną patologię. To bardzo dobra wiadomość.
- Więc to... po prostu koszmary?
- Tak, ale nie takie zwykłe. - Spojrzał na mnie uważnie. - To była bardzo silna, autentyczna reakcja emocjonalna.
- A to nie jest niepokojące?
- Nie samo w sobie. Jednak warto się zastanowić, skąd ona się bierze. Jeśli będzie się utrzymywała, może zacząć wpływać na rozwój emocjonalny.
W tym momencie Jeremi, który do tej pory stał obok, bez słowa wyjął telefon i wyszedł z pokoju. Spojrzałam w jego kierunku, ale nie odwrócił się przed wyjściem, nawet na mnie nie spojrzał.
Poczułam lekkie ukłucie, zupełnie nieracjonalne. To musiał być ważny telefon...