Luiza
Drzwi trzasnęły z takim hukiem, że o mało nie upuściłam blachy z gorącą szarlotką. Ciepłe, pachnące cynamonem wnętrze owiał chłodny powiew jesieni, a ciche rozmowy przerwało gniewne posapywanie.
Odłożyłam ciasto na blat, zrzuciłam rękawicę i z lekką obawą wyszłam z zaplecza, zastanawiając się, co za żywioł właśnie wtargnął do mojej kawiarni.
Na widok kobiety z ogromną walizą, rozwianymi włosami i błyskiem szaleństwa w oczach uniosłam brwi. Z rosnącym zdumieniem obserwowałam rozpaczliwą walkę nieznajomej o utrzymanie równowagi. Kiedy jednak jej szpilki zaczęły się ślizgać na drewnianej podłodze, a bagaż utknął w miejscu, odruchowo wybiegłam zza kontuaru.
- Proszę pozwolić - powiedziałam, chwytając walizkę. Moje nozdrza podrażnił ciężki zapach luksusowych perfum.
Przyjrzałam się kobiecie uważniej i choć początkowo oceniłam jej wiek na pięćdziesiątkę, z bliska wydała mi się znacznie starsza. To nowoczesna elegancja odejmowała jej co najmniej dekadę. Beżowy trencz, lśniące buty, nienaganny makijaż, na głowie perfekcyjnie blond włosy... Wszystko dopracowane w najdrobniejszym szczególe i nawet jej wyraźne roztargnienie nie mogło zniweczyć tego efektu.
- Dziękuję, moja droga - odparła kobieta z lekkim uśmiechem. - Myślałam, że już nie doczekam się pomocy. Przywiózł mnie tu taksówkarz, ale tylko wyrzucił walizę z samochodu, skasował za kurs i natychmiast odjechał. Ach, szkoda słów.
Westchnęła jeszcze kilka razy, po czym... zostawiła mnie z bagażem i rozsiadła się przy ostatnim wolnym stoliku. Potem wyjęła z torebki dzwoniący telefon i ze złością odrzuciła połączenie.
Spróbowałam sama pociągnąć walizkę, ale okazała się prawdziwym monstrum. Brakowało w niej dwóch kółek i pewnie dlatego stawiała opór przy każdej próbie przesunięcia.
- Ciężka, prawda? - mruknęła kobieta, nie odrywając wzroku od ekranu iPhone'a. - I ten potworny katowicki bruk! To tam straciłam kółeczka.
Skrzywiłam się, ale wreszcie zdyszana dostawiłam nieszczęsny bagaż do stolika, przy którym siedziała kobieta.
- Proszę bardzo - powiedziałam, zmuszając się do uśmiechu.
- Dziękuję - odparła wyniośle i już wtedy wiedziałam, że jej nie polubię. To niemiłe wrażenie pogłębiło się, gdy rozejrzała się po wnętrzu kawiarni i spytała: - Można tu zjeść coś przyzwoitego?
Zawsze starałam się być uprzejma wobec klientów, ale teraz rosła we mnie nieodparta chęć, by złapać tę babę za kudły i wystawić za drzwi. W przypływie szczególnej ofiarności pociągnęłabym nawet tę jej cholerną walizę.
Kawiarnia zajmowała trzecie miejsce w moim sercu, tuż po synku i stadku hodowanych przeze mnie alpak. Dlatego nie było mowy, by jakaś miastowa paniusia mówiła o niej w tak pogardliwy sposób.
Odetchnęłam głęboko, żeby powściągnąć tę kuszącą wizję pozbycia się nieuprzejmej gościni. W tej chwili obok stolika pojawił się Maks. A że nie posiadał umiejętności powstrzymywania nagłych impulsów, oparł się o blat i z szelmowskim uśmiechem zapytał:
- Czy zostanie pani moją babcią?
Kobieta zamarła, a ja wraz z nią.
- Maks, co ty wyprawiasz?! - syknęłam.
Synek spojrzał na mnie z niewinnością w swoich niebieskich oczach.
- No co? Chciałbym mieć taką babcię - odparł teatralnym szeptem. - Zobacz, jaka ta pani jest ładna.
Ładna, ale wredna, pomyślałam, lecz nie zdążyłam rozwinąć tej myśli, bo kobieta zaśmiała się wdzięcznie.
- Za to z ciebie prawdziwy mały dżentelmen - pochwaliła go, po czym dodała już znacznie bardziej zgryźliwie: - Choć jeden się tutaj trafił.
Niezrażony jej tonem Maks wgramolił się na kolana swojej kandydatki na babcię, a mnie włosy stanęły dęba z przerażenia.
- Jestem Maksio, mam pięć lat i chodzę do grupy Krasnoludków. Umiem już napisać literkę "A" i narysować dinozaura. A pani?
- A ja mam na imię Irmina, o wiek się kobiet nie pyta i nie należę do żadnej grupy, nawet modlitewnej - odparła, lecz najwyraźniej, by zaspokoić jego ciekawość, dodała: - Kiedyś byłam dyrektorką biblioteki, ale teraz jestem już na emeryturze.
- To znaczy, że pani nie pracuje? - upewnił się Maks, a kiedy przytaknęła, jego twarz rozjaśnił promienny uśmiech.
- Super! To będzie pani miała dla mnie dużo czasu. Bo ja tutaj nikogo nie mam. Jest mama, ale ona dużo pracuje. Mam jeszcze przyszywanego dziadka. No i alpaki. Mój tata...
Maks się rozpędzał i to ewidentnie był moment, w którym musiałam powiedzieć "Stop!".
- Maksiu, daj pani odpocząć - przerwałam jego tyradę. - Wróć do stolika i dokończ rysunek dinozaura.
Uśmiech zniknął z buzi Maksa, a na jego miejscu pojawiła się niebezpieczna podkówka, więc szybko zaproponowałam:
- Będziesz mógł podarować go potem pani Irminie.
Maks uznał to za świetny pomysł. Zeskoczył z kolan kobiety i ze śmiechem pobiegł do swoich kredek. Odprowadziłam go wzrokiem.
- Bardzo panią przepraszam - zwróciłam się do klientki. - Synowi brakuje tutaj rodziny.
Kobieta machnęła ręką, jakby była angielską królową, a ja z trudem powstrzymałam chęć przewrócenia oczami.
- Napije się pani czegoś? - zaproponowałam. - Może latte z syropem karmelowym?
- Poproszę - odparła z łaskawym uśmiechem.
Skinęłam głową i już zamierzałam odejść od stolika, ale zatrzymał mnie jej głos:
- Poproszę też te cynamonki, które tak pachną. A potem będę miała do pani jeszcze jedną sprawę.
Zamarłam w pół kroku.
- Sprawę? - Spojrzałam na nią z niepokojem. - Jaką?
- Najpierw kawa.
Aleks
Z ciężką głową wszedłem do windy. Przetarłem twarz i spojrzałem w lustro. Nie wyglądałem najlepiej, ale nie miało to większego znaczenia, bo dziś w kancelarii czekała na mnie wyłącznie papierkowa robota. Wiedziałem jednak, że mój brat Filip będzie marudził. Ten sztywniak dostawał szału, gdy pojawiałem się w pracy ubrany tak jak dziś: w dżinsy i skórzaną kurtkę. Nie mógł powstrzymać się przed wygłoszeniem mdłej przemowy o tym, że jesteśmy wizytówką kancelarii. Znałem to już na pamięć. Kiedyś usiłowałem mu wytłumaczyć się, że ludzie płacą za naszą skuteczność, a nie za wygląd. Teraz po prostu milczałem, bo szczerze mówiąc, miałem go gdzieś.
Zresztą, gdy tylko winda zatrzymała się na siódmym piętrze i natknąłem się na Jagodę, naszą recepcjonistkę, po jej reakcji stwierdziłem, że wcale nie wyglądam tak marnie.
- Dzień dobry, mecenasie - zaszczebiotała dziewczyna, trzepocząc rzęsami.
Jagoda była śliczną, młodziutką stażystką i w innych okolicznościach zadbałbym o to, by poznać ją znacznie bliżej. Jedną z moich nielicznych zasad stanowiło jednak niemieszanie życia zawodowego z prywatnym. Poza tym wiedziałem, że za coś takiego Filip urwałby mi jaja, a ja nie mógłbym mieć do niego pretensji.
Patrząc na brata, czasami trudno mi było uwierzyć, że łączy nas jakiekolwiek pokrewieństwo. Zewnętrznie byliśmy podobni: takie same ciemne oczy oraz włosy, proporcjonalne rysy twarzy i gęsty zarost. Ale charaktery? Dwa zupełnie różne światy. Jego nie interesowały przelotne związki i nigdy nie wykorzystywał swego powodzenia u kobiet. Mógłbym nawet powiedzieć, że pod skorupą zimnego i racjonalnego do bólu faceta ukrywał się staromodny romantyk. O ile mi wiadomo, Filip wierzył w miłość aż po grób i wciąż jej szukał. Bezskutecznie. A ja? Zadowalałem się znacznie krótszymi chwilami szczęścia.
- Dzień dobry, pani Jagodo. Filip u siebie? - spytałem, przemykając przez pokrytą marmurem recepcję.
- Mecenas Suchecki prosił, by mu nie przeszkadzać - pisnęła Jagoda, lecz ja już oddalałem się w stronę gabinetu.
Drzwi były uchylone i od razu zorientowałem się, że chociaż Filip siedział za swoim masywnym biurkiem, raczej nie poświęcał się pracy. Trzymał w dłoni iPhone'a i niecierpliwie usiłował się do kogoś dodzwonić. Gdy tylko mnie zauważył, z rezygnacją rzucił telefon na biurko.
- Wcześnie nas zaszczycasz swoją obecnością - stwierdził zaczepnie, spojrzawszy znacząco na mój strój.
- I będę tutaj jeszcze długo po tym, jak ty wyjdziesz - odparłem.
Taka była prawda. Wolałem pracować wieczorami i nocą, a poranki poświęcać na sen. Nie zawsze miałem taką możliwość, bo wokandy raczej nie były dostosowane do mojego trybu życia, ale gdy tylko mogłem, korzystałem z niej.
- Może uda ci się zrobić więcej ode mnie. - Filip westchnął.
Spojrzałem na niego pytająco.
- Byłem na lunchu z matką - wyjaśnił. - Wybiegła z restauracji w furii.
- Uuu, czyli matula już poznała dobrą nowinę? - zakpiłem, rozsiadłszy się w fotelu przeznaczonym dla klientów.
Rozprostowałem nogi i skrzyżowałem ramiona w oczekiwaniu na ciąg dalszy historii, a może raczej "histerii", skoro chodziło o naszą matkę.
- Poznała. - Filip skinął głową. - Od południa usiłuję się do niej dodzwonić, ale ciągle włącza się poczta głosowa.
- Olej ją - doradziłem, choć wiedziałem, że to na nic. - Wiesz, że nie uda ci się z nią porozmawiać, bo z premedytacją wyłączyła telefon. Chce cię ukarać za nieposłuszeństwo.
- Ale ona wybiegła taka rozzłoszczona - powiedział z niepokojem w głosie. - Martwię się, że coś jej się mogło stać.
Filip jak zwykle się przejmował, a mnie zachciało się śmiać. Co mogłoby się jej przytrafić? Przecież jej by nawet piekło nie przyjęło.
Już chciałem głośno wypowiedzieć tę myśl, ale wtedy leżący na biurku iPhone zaczął wygrywać charakterystyczną melodyjkę, a Filip, nawet nie patrząc na wyświetlacz, błyskawicznie odebrał.
- Mamo? - zawołał z nadzieją.
- Jakie mamo? Uchowaj Boże, żebym miała cokolwiek wspólnego z twoją matką. Poza tym, że niestety jest moją siostrą, oczywiście. Ciotka Elwira mówi! - Skrzeczenie dochodzące z telefonu było tak głośne, że choć siedziałem po drugiej stronie biurka, słyszałem każde słowo. - Słuchaj, Filip, właśnie przybiegła do domu Oliwka. Była z koleżankami w naszej kawiarni i mówi, że przysięga, ale widziała tam tę diablicę! Dzwonię do niej, to znaczy do tej diablicy, to znaczy do twojej matki, ale nie odbiera. Filip, ja ci przypominam, że spłaciłam tę krwiopijczą wydrę! Wszystko było zgodnie z prawem i jak ona mi tu znowu przyjdzie ojcowiznę zabierać, to... - Ciotka urwała, jakby w obawie, co mogłaby zrobić na widok siostry. - Chłopcze, ty sam wiesz, że mnie każdy sąd uniewinni.
- Ciociu, ale tu w ogóle nie chodzi o ciebie i wasz dom. Ona się na mnie obraziła, uciekła do Rudzic i tragedię odstawia, jak zwykle. - Filip próbował uspokoić ciotkę, lecz odniósł raczej odwrotny skutek.
- Jezus Maria, to ona będzie chciała się u mnie zatrzymać! Filip, przyjeżdżaj po nią!
- Ciociu...
- Nie ciociuj mi tu, tylko bierz dupę w troki i natychmiast przyjeżdżaj po tę cholerną wampirzycę! - Ciotka przekroczyła wszelkie ludzkie rejestry emisji głosu, po czym nagle się rozłączyła. Byłem niemal pewien, że walnęła telefonem o ścianę.
Filip spojrzał na mnie z takim przerażeniem w oczach, że zrobiło mi się go żal.
- Stary, możesz wyluzować. Skoro matka zatrzymała się w Rudzicach, to znaczy, że jest bezpieczna, a ty zyskałeś święty spokój. W przeciwieństwie do mieszkańców miasteczka. - Zaśmiałem się i wstałem z krzesła. - A ciotką się nie przejmuj. Zawsze możesz ją zablokować.
Dla mnie sprawa rodzinnego dramatu była załatwiona. Teraz należało zanurzyć się w cudzych problemach: rozwodach, alimentach, sporach.
- Musisz tam pojechać - dobiegło moich uszu, kiedy łapałem już za klamkę u drzwi.
- Co? - Myślałem, że się przesłyszałem.
- Musisz pojechać do Rudzic i ją jakoś udobruchać - powiedział Filip.
Aż mnie zamurowało, a przysięgam, że nie zdarza mi się to często.
- Powaliło cię? - Odwróciłem się do brata i wbiłem w niego pełne zgrozy spojrzenie. W końcu szaleństwo mogło być dziedziczne.
- Ty umiesz sobie z nią poradzić.
- Ja jej po prostu unikam - prychnąłem. - Poza tym, dlaczego miałbym pić piwo, którego nawarzyłeś?
- Bo jesteśmy rodziną?
- To nie znaczy, że miałbym za ciebie odsiadywać wyrok.
- Aleks, bardzo cię proszę... - Filip spróbował z innej strony. Widząc jego desperację, przez sekundę się zawahałem, ale decyzja mogła być tylko jedna.
- Nie, stary. Zapomnij.
Oby tylko brat zapomniał również o tym, że mam wobec niego dług wdzięczności.
Luiza
Niosąc w drżących dłoniach filiżankę, modliłam się, żeby nie uronić z niej ani jednej kropli. Przeczuwałam, że nawet taka drobnostka mogłaby stać się powodem niekontrolowanego wybuchu pani Irminy.
- Proszę i życzę smacznego. - Postawiłam zamówione smakołyki na stoliku i zamierzałam błyskawicznie zniknąć w bezpiecznej przestrzeni mojego zaplecza.
- Dziękuję. Czy mogłybyśmy porozmawiać? - Nie sądziłam, że można zadać pytanie rozkazującym tonem. Irmina jednak opanowała tę sztukę, a ja wiedziałam, że zabraknie mi asertywności, by jej odmówić.
Rozejrzałam się po sali w poszukiwaniu ratunku, lecz zorientowałam się, że nie mam na co liczyć - wszyscy moi goście zostali już obsłużeni. Teraz siedzieli pochłonięci rozmową i smakowaniem wypieków. Maks zaś, z wysuniętym językiem oraz wyjątkowym skupieniem, kolorował swojego dinozaura.
Nie miałam żadnej wymówki.
Odwróciłam się i z wymuszonym uśmiechem skinęłam głową. Potem przysiadłam na brzegu krzesła.
- To ty urządziłaś tę kawiarnię? - zagaiła pani Irmina, unosząc do ust filiżankę pełną pachnącej karmelem kawy.
- Tak. Nie miałam zbyt wielu środków... - zaczęłam tłumaczyć.
- Ładnie.
Uniosłam brwi ze zdziwieniem.
- Naprawdę?
Kobieta pokiwała głową, a w jej geście nie było śladu drwiny. Wyglądała na szczerą.
Powiodłam wzrokiem po tak dobrze znanym mi wnętrzu i spróbowałam spojrzeć na nie jej oczami.
Ściany i drewniany kontuar pokryte pistacjową farbą, krzesła z ratanową plecionką oraz obła gablota pełna moich wypieków tworzyły razem przytulne połączenie. Do tego dobrałam lniane obrusy w odcieniu jasnego beżu oraz kamionkowe wazony z obfitymi bukietami dalii, astrów, rozchodników i słoneczników. Całość dopełniła biała, rustykalna zastawa ze złotą obwódką. Zamówiłam ją u niezwykle utalentowanej, lokalnej rzemieślniczki i uważałam, że idealnie pasowała do charakteru kawiarni.
- Masz doskonały gust - pochwaliła mnie pani Irmina i już miałam pomyśleć, że może zbyt pochopnie ją oceniłam, gdy dodała: - Przynajmniej w kwestii wystroju wnętrz.
Tęsknym wzrokiem spojrzałam na ekspres do kawy.
- Wspomniała pani o jakiejś sprawie - przeszłam do sedna, chcąc maksymalnie skrócić swoje męki.
- Hm, widzi pani, pani... - zawiesiła znacząco głos pani Irmina.
- Mam na imię Luiza. Proszę mi mówić po prostu Luiza - zaproponowałam wbrew sobie.
- Widzisz, trochę... poprztykałam się z synem i nie mam ochoty z nim rozmawiać. A jak go znam, będzie chciał przekonywać mnie do swoich racji. Dlatego przyjechałam tutaj i chciałabym zostać w miasteczku na jakiś czas, tylko... tak się składa, że nie bardzo mam gdzie się zatrzymać - wyznała.
Sposób, w jaki cedziła poszczególne słowa, wyraźnie wskazywał na niechęć do okazywania słabości. Najwidoczniej jednak przemawiała przez nią jakaś desperacja, bo zakończyła niemal błagalnie:
- Pomyślałam, że ty na pewno znasz jakiś miły pensjonacik...
- Miły pensjonacik? - O mało nie parsknęłam śmiechem, przypominając sobie najbliższy hostel. - Mamy noclegi w Rudzicach, ale to zdecydowanie nie jest "miły pensjonacik". Raczej hotel robotniczy... No i zwykle mają pełne obłożenie. Górnicy, rozumie pani. Ale znam kogoś, kto mógłby pomóc. Zapytam...
Wstałam od stolika i ruszyłam na zaplecze kawiarni, gdzie zostawiłam telefon.
- Mam nadzieję, że warunki będą przyzwoite - dobiegły mnie jeszcze słowa pani Irminy.
Pokręciłam głową, ale wybrałam numer pana Gienka.
Starszy pan był pierwszą osobą, którą poznałam po przybyciu do miasteczka. Choć początkowo wydawał mi się nieco szorstki i małomówny, z czasem przekonałam się, że to człowiek z sercem na dłoni. Po pięciu latach mojego mieszkania w sąsiedztwie traktował mnie jak córkę, a Maksa jak wnuka. Przez całe życie nikt nie pomógł mi tak jak on. Teraz to ja chciałam pomóc jemu.
Wiedziałam, że jego emerytura nie należy do najwyższych. Czasami sobie dorabiał, wynajmując pokój wędkarzom, grzybiarzom lub pracownikom sezonowym. Pokoik miał aneks kuchenny i osobną łazienkę, a dzięki mojej ingerencji był też całkiem przytulny. Nawet taka osoba, jak Irmina, mogłaby spokojnie spędzić tam kilka nocy.
Po krótkiej rozmowie z sąsiadem zadowolona podeszłam do stolika, przy którym pani Irmina skończyła pałaszować cynamonki i zabierała się właśnie za ciasto czekoladowe.
- Mam dla pani nocleg - oznajmiłam z entuzjazmem. W moim głosie pobrzmiewała radość, ale w głębi duszy trochę się niepokoiłam. Jak pan Gienek wytrzyma z tą kobietą?
- Osz k... - zaczęła Irmina w sposób niegodny damy, gdy kawałek kremu spadł na jej spodnie. Maks, który bawił się nieopodal, nie mógł przepuścić takiej okazji.
- Ojojoj, to bardzo brzydkie słowo - skarcił ją wzrokiem i pogroził palcem. - Nie wolno tak mówić! Mam pięć lat i wiem o tym, a pani taka stara...
Nim zdążył dokończyć, czym prędzej zatkałam jego niewyparzoną buzię.
- Przecież nic nie powiedziałam. Chciałam powiedzieć "kurczaczek" - burknęła Irmina, bezskutecznie próbując zetrzeć czekoladę. Im bardziej tarła, tym większa plama pojawiała się na jasnym materiale.
- Pani Irmino, mam dla pani miejsce, w którym mogłaby się pani zatrzymać - podjęłam z nową energią.
- Ooo, doprawdy? Czy to jakiś przytulny hotel? - spytała z roztargnieniem, wyraźnie bardziej przejęta stanem swoich spodni niż tym, gdzie spędzi nadchodzącą noc.
- Niezupełnie. Ale myślę, że będzie pani całkiem przyjemnie. Mój sąsiad i serdeczny przyjaciel wynajmuje pokój. To bardzo porządny człowiek, spokojny wdowiec ze sporym domem. - Widząc, że twarz Irminy stopniowo nabiera wyrazu oburzenia, mówiłam coraz bardziej niepewnie. - Oczywiście mówimy o całkowicie niezależnym pokoju...
Nie miałam szansy dokończyć zdania, bo kobieta zerwała się jakby rażona piorunem. Aż odskoczyłam, widząc bezbrzeżną urazę w jej oczach.
- Przepraszam bardzo, ale czy ty właśnie zaproponowałaś mi nocleg u jakiegoś obcego faceta?! Czyś ty, dziewczyno, upadła na głowę? - zbeształa mnie, nie zważając na tłum, który w milczeniu obserwował przedstawienie.
Zamarłam. I nie byłam w tym odosobniona, sądząc po panującej wokół nas ciszy.
- Ależ pani Irmino... - spróbowałam nieśmiało.
Ona jednak złapała już za rączkę walizki i wykrzykując coś o zniewadze, bezczelności oraz arogancji, pociągnęła bagaż do drzwi. Wychodząc, nie omieszkała trzasnąć nimi z hukiem.
Śmiech przeszedł przez kawiarnię jak fala. Tylko ja nie dołączyłam do tej zbiorowej wesołości, bo w gardle czułam palące echo wstydu.
Znowu okazałam się głupią, nadgorliwą babą. Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle. Pan Gienek wielokrotnie mnie przed tym przestrzegał. Powtarzał, że powinnam chronić siebie tak, jak chronię Maksa. I właśnie znów się przekonałam, że należało słuchać dobrych rad doświadczonego człowieka.
- Luizko, pozamykałem alpaki na noc. - Głos pana Gienka wyrwał mnie z zamyślenia. - Dałem im też świeżej wody, więc już nie musisz do nich zaglądać. A gdzie mój gość?
Rozejrzał się po kawiarni i spojrzał na mnie zdziwiony.
- Wielka dama uznała moją propozycję za skandaliczną. - Westchnęłam. - Zarzuciła mi jakieś nieprzyzwoite intencje. Pokrzyczała, potupała i poszła Bóg wie gdzie. I szczerze? Nic mnie to już nie obchodzi.
- Jej strata - mruknął pan Gienek. - Nie przejmuj się, moja droga. Zamykaj, bo już późno. I zabieraj Wicherka do spania.
Uśmiechnął się do mnie pod wąsem, a potem wyszedł w mrok.
Potrząsnęłam głową i poszłam na zaplecze. Musiałam zacząć sprzątać, bo rzeczywiście zbliżała się godzina zamknięcia.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wiatr, który tego popołudnia wpadł do kawiarni, zapoczątkuje prawdziwy huragan zmian.
Aleks
Tak jak przewidywałem - wychodząc, byłem ostatnim pracownikiem kancelarii, a może nawet całego biurowca. Nic dziwnego, ludzie mieli przecież swoje życie. Tylko ja wracałem sam do pustego domu. By wypełnić dzwoniącą w uszach ciszę, nalałem sobie odrobinę whiskey, rozsiadłem się wygodnie w fotelu i włączyłem Xboxa. Gra, która pojawiła się na ekranie ogromnego telewizora, była jedynym źródłem światła w mieszkaniu. Właśnie tego było mi trzeba - ciemności i chwili wytchnienia.
Następnego ranka miałem rozprawę. Musiałem stawić się w sądzie o nieludzkiej, jak dla mnie, godzinie dziewiątej. Właściwie to nie tylko stawić. Musiałem być w swojej najlepszej formie, bo zapowiadała się solidna przeprawa.
Tym bardziej że po drugiej stronie stała ostra jak brzytwa pani prokurator. Naprawdę ostra. Miałem okazję przekonać się o tym nie tylko na sali sądowej, ale także podczas naszych prywatnych rozpraw... na jej biurku.
Niestety, fantazja pani prokurator sięgała dalej. W którymś momencie uroiła sobie, że nasz układ może znaczyć coś więcej niż tylko pospieszne zsuwanie jej ołówkowej spódnicy. A ja? Ja nie szukałem stałego związku. Zbyt dobrze wiedziałem, w co potrafi przeobrazić się małżeństwo.
Obserwowałem to przez lata: siedzenie obok siebie podczas kolejnych rautów, na które matka nalegała, a ojciec, introwertyczny i sztywny, przychodził z niechęcią. Obojętne uwagi wymieniane podczas kolejnych posiłków zawsze spożywanych z gosposią w tle. Osobne wieczory, osobne sypialnie w ogromnym mieszkaniu na piętrze katowickiej kamienicy, osobne życia. Całe lata bez ani jednej głębszej rozmowy. A przecież kiedyś musieli się kochać.
Bo czy inaczej ojciec wystąpiłby przeciwko swojej snobistycznej rodzinie, by poślubić słabo wykształconą, niezamożną dziewczynę z prowincji? Czy ten pochodzący z partyjnej familii ateista zgodziłby się na potajemny ślub kościelny, gdyby nie chciał spełnić każdego marzenia wybranki? I czy matka znosiłaby całe lata szykan ze strony teściów, gdyby nie była szczerze oddana mężowi?
To wszystko jednak runęło. Cokolwiek połączyło ich przed laty, było już tylko wspomnieniem. Dzisiaj ojciec mieszkał w starym mieszkaniu, a mama zajęła niewielki apartament na nowoczesnym osiedlu w Dolinie Trzech Stawów. Kupili go wspólnie, niby w ramach inwestycji, ale ja od początku czułem, że to przyczynek do zbliżającego się rozstania. I miałem rację. Rodzice od kilku lat byli w separacji, choć bez oficjalnego rozwodu.
Nie chciałem takiego życia. Wolałem zdechnąć w samotności niż dać się omamić i skończyć tak samo samotny, tylko że we dwoje.
Siedziałem więc w mieszkaniu, pozwalając myślom błądzić wokół jutrzejszej rozprawy, kiedy zadzwonił telefon. Zerknąłem na rozświetlony ekran na stoliku. Nie znałem numeru, ale zaintrygowany postanowiłem odebrać. Niewiadoma zawsze miała w sobie coś ekscytującego.
- No cześć, kochanie.
- Cześć - odparłem ostrożnie. Nie rozpoznawałem głosu, lecz jego uwodzicielski ton brzmiał kusząco.
- Nie poznałeś mnie. - Zaśmiała się dziewczyna. Dopiero ten charakterystyczny śmiech podpowiedział mi, z kim rozmawiam.
- Roksana - stwierdziłem, przywołując w głowie obraz wyjątkowo atrakcyjnej blondynki.
- Bierz maszynę i przyjeżdżaj. - Roksana nie bawiła się w ceregiele i to mi się w niej podobało. - Wszyscy już się zbierają.
Poznałem ją niedawno na nielegalnych nocnych wyścigach motocyklowych, w których czasami brałem udział. Tak, pan mecenas miał swoje mroczne hobby. Ryzykowałem nie tylko zdrowiem, ale też kładłem na szali karierę. Doskonale wiedziałem, że w razie wpadki groziła mi odpowiedzialność dyscyplinarna, ale potrzebowałem tej adrenaliny. Wyścigi stanowiły mój wentyl bezpieczeństwa, sposób na odreagowanie stresu.
- Nie mogę. Jutro rano muszę być w sądzie - odparłem, spoglądając na szklankę whiskey, z której nawet nie zdążyłem pociągnąć ani jednego łyku.
- Do rana daleko. Wiele jeszcze można zrobić - rzuciła Roksana ze swoim ochrypłym śmiechem. Poczułem, jak krew zaczyna mi szybciej krążyć w żyłach.
Spojrzałem przez wielkie okno. Oświetlona panorama miasta kusiła, by zanurzyć się w plamach mroku i skosztować czającej się tam niewiadomej.
Z drugiej strony odpowiedzialność...
- Nie mogę, Filip mnie zabije. To zbyt ważny klient - mruknąłem bardziej do siebie niż do słuchawki.
- Czekam - odparła Roksana, jakby mnie w ogóle nie słuchała, a potem po prostu się rozłączyła.
Przetarłem twarz i przeczesałem włosy, rozejrzawszy się po ciemnym mieszkaniu. Było wygodne, stylowe i eleganckie. Zaprojektowała je dla mnie dekoratorka wnętrz i choć zadbała o najdrobniejsze detale, nie uwzględniła w swoim projekcie jednego - życia.
Ta myśl wystarczyła, żebym podjął decyzję. Zerwałem się z fotela i nie zwracając uwagi na strąconą nagłym ruchem szklankę alkoholu, złapałem za kluczyki oraz motocyklówkę i ruszyłem. Prosto w ramiona nocnego miasta.
Luiza
Nazajutrz po wietrznej pogodzie nie było śladu. Do sypialni wpadało jesienne, nisko zawieszone słońce, a ponieważ obudziłam się dość wcześnie, pozwoliłam sobie na kilka chwil błogiego lenistwa. Nie otwierając oczu, delektowałam się pieszczotą promieni na policzkach. To będzie dobry dzień, pomyślałam z nadzieją.
Nagle mój poranny relaks przerwał tupot małych stóp. Chwilę później materac ugiął się pod niewielkim ciężarem Maksia, który wsunął się pod kołdrę i przylgnął do mnie swoim ciepłym, wciąż jeszcze pachnącym snem ciałkiem. Objęłam go mocno i wtuliłam usta w jego świetliste loki.
Dla Wicherka - jak nazywał go pan Gienek - było to już jednak zbyt wiele czułości. Wyplątał się z moich objęć, wyskoczył z łóżka i pobiegł do łazienki, by przygotować się do wyjścia. Maks uwielbiał przedszkole. Pewnie dlatego nie musiałam go poganiać i już pół godziny później ucałowałam jego miękki policzek pod drzwiami sali Krasnoludków, a następnie, zerkając na zegarek, pospieszyłam do zwierząt.
W ogóle się nie zdziwiłam, kiedy w zagrodzie alpak zastałam pana Gienka, który już w roboczym stroju wyrzucał ze stajenki stare siano.
- Dzień dobry! Z pana jak zwykle ranny ptaszek. - Zaśmiałam się i w tym momencie przypomniałam sobie o pani Irminie. Wcześniej nie miałam czasu o niej pomyśleć, ale teraz zaczęłam się zastanawiać, gdzie właściwie spędziła noc?
Na mojej twarzy najwyraźniej odmalowała się obawa, bo pan Gienek powiedział:
- Spokojnie, kochana. Ta... kobieta zatrzymała się w moim pokoiku.
- Żartuje pan?! - wykrzyknęłam tak głośno, że alpaki poderwały płochliwe łebki. Poklepałam po grzbiecie stojącego obok Karmelka, który natychmiast wrócił do skubania trawy. - Jak to? Przecież zrobiła mi wczoraj karczemną awanturę!
- Kiedy wyszedłem wczoraj przed kawiarnię, zobaczyłem kobietę z wielką walizą i od razu domyśliłem się, że to o nią chodzi - odparł pan Gienek, nalewając zwierzakom wodę i odgarniając Imbira, który uporczywie wpychał wścibski łebek do wiadra. - Podszedłem do niej i natychmiast rozpoznałem Irminę, moją przyjaciółkę ze szkolnej ławy.
- Ooo... - Aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Poczciwy pan Gienek i Irmina przyjaciółmi? - Tego się nie spodziewałam...
- Taaak, nawet się w niej trochę podkochiwałem. - Zaśmiał się ze skrępowaniem.
- Poważnie? Przyjaźnił się pan z taką... megierą?
- Megierą? - Pan Gienek podrapał się po siwej czuprynie. - Fakt, Irmina i jej siostra Elwira miały silną osobowość. Ale Irmina była też niezwykle pozytywna. Myślę, że nadal jest. Tylko może... miasto jej nie służy?
Wytrzeszczyłam na niego oczy. Widząc jednak, że coraz bardziej się rumieni i ucieka wzrokiem, postanowiłam nie peszyć go jeszcze bardziej.
- Nieważne. Najważniejsze, że miała się u kogo zatrzymać - ucięłam temat i zawołałam do alpak: - Śniadanie!
Zwierzaki natychmiast ruszyły do karmidełek wypełnionych pokrojoną marchewką.
- Powoli, powoli, wystarczy dla wszystkich! - powiedziałam, dobrze wiedząc, że to nic nie da. Mówiłam to przecież codziennie, a one i tak się spieszyły, jakby to miał być ich ostatni posiłek.
- Mam teraz chwilę, to może pokażesz mi, gdzie trzeba poprawić daszek przed zimą - zagadnął pan Gienek.
Odetchnęłam z ulgą, bo prosiłam go o to w zeszłym tygodniu, ale ponieważ nie wracał do tematu, nie chciałam się dopominać. Głupio mi było znów zawracać mu głowę, zwłaszcza że wciąż nie udało mi się uregulować z nim spraw finansowych. Chciałam za jego pracę płacić regularnie ustaloną wcześniej kwotę, jednak pan Gienek uparcie odmawiał przyjmowania pieniędzy. Twierdził, że dzięki zajęciu czuje się potrzebny, a moja wdzięczność to najpiękniejsza zapłata. Mimo to czułam, że to stanowczo za mało, więc często piekłam dla niego coś pysznego lub przywoziłam zakupy, za które stanowczo odmawiałam przyjęcia zwrotu gotówki. Nie był to dla mnie układ idealny, ale przynajmniej zasypiałam bez poczucia winy, że nadużywam jego uprzejmości.
- Dobrze, ale musimy przejść na tył stajni - odparłam.
Ruszyliśmy wolnym krokiem, rozmawiając o pracach, które trzeba będzie wykonać, zanim spadnie pierwszy śnieg, gdy nagle w oddali mignęła nam postać truchtająca ścieżką. Nie rozpoznaliśmy jej od razu. Zatrzymaliśmy się z panem Gienkiem i przez chwilę wpatrywaliśmy w to dziwne zjawisko. Dopiero kiedy postać zbliżyła się, spojrzeliśmy na siebie... i wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem. Tak głośnym, że nawet alpaki spłoszone nagłym wybuchem wesołości oderwały się od jedzenia i w panice schowały do stajenki.
- Och, och, bardzo śmieszne. Ładnie to tak naśmiewać się ze starszej, poranionej kobiety? - Pani Irmina zgromiła nas wzrokiem, co wywołało nową salwę śmiechu.
- Pani Irmino, co pani tu robi... w tym stroju? - zapytałam, ocierając z oczu łzy i próbując odzyskać oddech.
- Przyszłam przeprosić za moje wczorajsze zachowanie. Niepotrzebnie się uniosłam. Opatrznie zrozumiałam twoje intencje, a że jestem w gorącej wodzie kąpana, to... przepraszam. Przyniosłam coś dobrego na śniadanie, żeby zatrzeć złe wrażenie - oznajmiła, po czym zaczęła wyciągać z torby termos, apetyczne kanapki, pudełko z naleśnikami i nawet świeże owoce.
Ułożyła wszystko na stojącym nieopodal pieńku ściętego drzewa i popatrzyła na mnie z nadzieją, a ja, rzuciwszy okiem na ten mały piknik, zaczęłam się zastanawiać, ile wcieleń ma ta kobieta.
- Pani Irmino, naprawdę nie trzeba było szykować takiego królewskiego śniadania. Jednak... doceniam gest. I z przyjemnością zjemy, szczególnie na świeżym powietrzu. Prawda, panie Gienku? - Uśmiechnęłam się do pani Irminy. Skoro pan Gienek ją lubił, to może nie była taka zła, jak mi się zdawało?
- Ano pewnie. Zdradź nam tylko, Irmino, czemu się tak wystroiłaś - zagadnął pan Gienek, spoglądając na jej... stylizację.
Irmina miała bowiem na sobie jedwabną bluzkę w kolorze złamanej bieli, eleganckie czarne spodnie oraz szykowny płaszcz. Na szyi zawiązała chustkę z delikatnie wytłoczonym logo luksusowej marki. Jej charakterystyczny jasny bob był ułożony perfekcyjnie, a makijaż wyjęty niczym spod ręki profesjonalistki.
Ten obraz wielkomiejskiej damy zakłócał tylko jeden szczegół - buty. Z niewiadomych przyczyn Irmina do eleganckiej stylizacji dobrała stare, znoszone i sporo za duże gumiaki pana Gienka. Sięgały jej za kolana, co utrudniało chodzenie i wywoływało wyjątkowo komiczny efekt.
- Dobra, dobra, przestańcie się śmiać jak głupi do sera - wyburczała. - Nie miałam wyboru. Jak ostatnia kretynka zapakowałam same buty na obcasach, a po wczorajszym dniu spędzonym w szpilkach, szarpaniu się z tą idiotyczną walizą i wieczornym spacerze mam stopy jak balony. Założenie czegoś innego graniczy z cudem. A w twoim przedsionku znalazłam tylko te gumiaki, Gienek. - Spojrzała na niego z pretensją, jakby to była jego wina, że nie trzyma tam wygodnych damskich bucików na płaskim obcasie. - A nie, przepraszam, były jeszcze buty od garnituru, ale spadały mi z nóg, więc musiałam zawrócić i wziąć jednak cholerne gumiaki.
Chociaż bardzo się starałam, wizja pani Irminy człapiącej w za dużych butach pana Gienka była zbyt zabawna, by zachować powagę.
- A, dobra tam. - Machnęła ręką, przewracając oczami na nasze nieznośne zachowanie.
Z godnością wyjęła z torby papierowe talerzyki i zaczęła je rozkładać na pieńku.
- Już naprawdę skończcie rżeć i jedzmy. Mam też prośbę, Gienku. Mógłbyś mnie po śniadaniu zawieźć do Grabnika? Tam chyba jest galeria handlowa. Muszę kupić jakieś bardziej praktyczne ubrania. Pojechałabym autobusem, ale nie zamierzam już wygłupiać się w tych gumiakach.
***
Tego dnia do przedszkola Maksa wyjątkowo podjechałam samochodem. Przy okazji chciałam kupić wszystko, czego potrzebuję do jesiennej dekoracji kawiarni: dynie, wrzosy i chryzantemy. Poprzedniego wieczoru, przeglądając inspiracje na Pintereście, postanowiłam, że zamiast plastikowych ozdób wykorzystam naturalne skarby jesieni. Do tego zamierzałam dołożyć wyroby lokalnych artystów oraz światło świec, by uzyskać wyjątkową atmosferę. Miałam wszystko zaplanowane i jedynym, co mnie martwiło, były moje ograniczone możliwości. Przydałyby się dodatkowe ręce do pomocy. Zresztą mówiąc zupełnie szczerze - przydałyby się one na stałe.
Nigdy nie zapominałam, że przede wszystkim jestem mamą. Czasami czułam wyrzuty sumienia, że nie poświęcam Maksowi tyle uwagi, ile bym chciała, ale jednocześnie ogromnie mnie cieszyło, że moja kawiarenka tak pięknie się rozwija. Z przyjemnością i niemałą satysfakcją patrzyłam, jak ludzie chętnie kupują moje wypieki, zamawiają torty czy wynajmują salę na urodziny i inne przyjęcia. Oznaczało to jednak mnóstwo pracy i coraz częściej czułam, że nie jestem w stanie sama jej podołać. A przecież były jeszcze zwierzęta.
Tak, zdecydowanie muszę poszukać kogoś do pomocy - pomyślałam, wjeżdżając na przedszkolny parking.
Maks jak zwykle na mój widok wskoczył mi w ramiona, a ja obsypałam go pocałunkami, po czym pojechaliśmy na duże zakupy do Centrum Ogrodniczego. Maks okazał się moim wielkim pomocnikiem i... równie wielkim przeszkadzaczem, przez co zakupy trochę się przeciągnęły, lecz kiedy pakowaliśmy wszystko do auta, wiedziałam, że wysiłek się opłacił. Szczególnie że kupiłam też pięć stylowych lampionów w różnych rozmiarach. Nie były tanie, dlatego potraktowałam ten zakup jako inwestycję na lata.
Doskonały humor dopisywał mi do momentu, gdy wjeżdżając na podjazd, zobaczyłam panią Irminę. Maks na jej widok błyskawicznie wyskoczył z samochodu, co tylko spotęgowało moje zaniepokojenie.
- Dzień dobry - przywitał się grzecznie. - Przyszłaś zobaczyć mój domek na drzewie, babciu?
- Yyy... szczerze mówiąc, przyszłam, bo nudziło mi się w moim pokoiku - poskarżyła się starsza pani. - Gienek zaszył się w szopie i plącze tam jakieś wędki. Nawet nie mam do kogo otworzyć ust.
- Dziadziuś szykuje wędki?! Juhu! Idziemy na ryby! - uradował się Maks. - Chodź szybko, pokażę ci ten domek. Musimy się spieszyć, bo pewnie zaraz przyjdzie dziadek i pójdziemy nad staw.
Pociągnął panią Irminę za rękę.
- Dobrze, to chodźmy. Opowiesz mi też o waszych alpakach? - zapytała, idąc z nim w stronę wybiegu i domku na drzewie.
Z niepokojem patrzyłam na małą dłoń Maksa znikającą w ręce tej eleganckiej kobiety. Bo trzeba było przyznać, że Irmina miała niesamowity szyk i pewnie nawet w worku po ziemniakach wyglądałaby olśniewająco. Dziś także prezentowała się znakomicie: szerokie spodnie, oliwkowa, pikowana kurteczka oraz modny model butów Adidas. Wszystko to, pozornie niedbałe, razem stanowiło idealny zestaw.
Spojrzałam na siebie: dżinsy, luźny szary sweter i białe trampki, a gdy do tego przypomniałam sobie, że rano z braku czasu pominęłam makijaż, poczułam lekkie zawstydzenie. Dobrze, że przynajmniej włosy upięłam starannie w kok baletnicy. Były zresztą moim ogromnym atutem, podobnie jak błękitne oczy i drobna sylwetka. Takie rzeczy jednak miały znaczenie w poprzednim życiu. Teraz nie miałam czasu, by zaprzątać sobie głowę wyglądem.
- Efekt jest taki, że kobieta dwa razy ode mnie starsza wygląda znacznie lepiej. - Westchnęłam i zabrałam się do pracy.
Wypakowałam zakupy, po czym poszłam do kawiarni, by zaplanować ostateczne rozmieszczenie dekoracji.
Byłam już w połowie lżejszych prac i dzbanka cynamonowej herbaty, gdy do kawiarni wrócili pani Irmina, pan Gienek oraz podskakujący między nimi Maks.
- Mamo, a pani Irmina tak naprawdę nazywa się babcia Mina! - zawołał od progu. - Powiedziała, że mogę tak do niej mówić, ale tylko ja. I że to sekret. Ups! - W tej chwili zorientował się, że właśnie zdradził ów sekret i zasłonił sobie usta dłonią.
- Oj, Maks, kiepski z ciebie konspirator. - Zaśmiała się pani Irmina. - Dobra, wy uciekajcie na ryby, a ja pomogę twojej mamie, bo chyba ma tu pracy dla więcej niż jednej pary rąk.
- Maks, kalosze! - zawołałam, lecz jego już nie było.
Teraz musiałam jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji z panią Irminą. Nie chciałam jej angażować w pomoc. Tak naprawdę, nie miałam zamiaru w żaden sposób wciągać jej w nasze życie.
- Pani Irmino, nie chciałabym pani kłopotać... - zaczęłam ostrożnie, czując, że przy jej ekspansywnej osobowości jestem bez szans. I miałam rację.
- Jakie "kłopotać"? Kochana, a co ja mam lepszego do roboty na tym wygnaniu? - Pani Irmina wzruszyła ramionami i podeszła do stolików, na których rozłożyłam ozdoby. - Śliczne te łapacze snów. To co, wieszamy pod sufitem?
Po tych słowach zrozumiałam, że nie pozbędę się niechcianego towarzystwa. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zabrać się za dekorowanie wnętrza z nadzieją, że tym razem obejdzie się bez dziwnych wybryków Irminy. Na szczęście okazało się, że potrafi być ona naprawdę sympatyczna.
Między kolejnymi dekoracjami a łykami rozgrzewającej herbaty wymknęło mi się nawet, że zamierzam zatrudnić kogoś do pomocy w kawiarni. Miałam też ogromną ochotę dowiedzieć się czegoś więcej o konflikcie z synem, który skazał Irminę na to wygnanie. Ona sama nie poruszała jednak tematu, a ja postanowiłam nie pytać.
Miałam swoje życie, a ta kobieta miała tylko przez nie przemknąć. To, co istotne, kryło się w moim synku. I małym stosiku kartek ułożonych równo w szufladzie mojej szafki nocnej. Pokrywały je starannie zapisane literki, układające się w słowa, a te w zdania opowiadające historię, której nie byłam świadkiem. Byłam jej częścią. Historię, po której nic już nie było takie samo. Ja nie byłam taka sama.
ZAPISKI
Ubłagałem faceta, który tutaj rządzi, by pozwolił mi pisać. Jego ludzie nawet nie chcieli o tym słyszeć. On także najpierw długo na mnie patrzył, bujając się na piętach swoich buciorów, jakby szacował ryzyko. W końcu bez słowa podał mi kilka kartek i ołówek. Nie wiem, czy kierowało nim współczucie, czy po prostu chciał mieć spokój. To nie ma znaczenia. Ważne, że mogę zrealizować swój cel - wyznać całą prawdę.
Pierwszym moim wspomnieniem jest strach. I cisza. Cisza tak gęsta, że rani uszy. Mój ojciec nigdy nie krzyczał i nie musiał tego robić, bym czuł przerażenie.
Główną zasadą mojego rodzinnego domu było posłuszeństwo, a najmniejszy sprzeciw musiał zostać surowo ukarany. Pierwsze lanie dostałem, gdy w wieku dwóch lat odważyłem się wypowiedzieć słowo "nie". Wiem o tym tylko z opowiadań babci, gdyż sam nie mogę tego pamiętać. W przeciwieństwie do innych razów, które wryły się w moją pamięć z taką mocą, że do dziś wracają w koszmarach.
Czy pochodzę z patologicznej rodziny?
Nie, wręcz przeciwnie.
Mój ojciec był profesorem na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, wybitnym naukowcem w zakresie epidemiologii. Człowiekiem szanowanym w świecie medycyny. Tylko ja go podobno nie szanowałem.
Miałem nie więcej niż sześć lat, kiedy zaczęło do mnie docierać, że coś jest ze mną nie tak. Do tego stopnia, że drażniłem ojca samym swoim istnieniem.
Mieszkaliśmy wówczas w mieszkaniu zajmującym cały parter kamienicy na Starym Mieście. Zajmowała się nim mama wraz z naszą gosposią Haliną. Miały co robić, bo mieszkanie było ogromne, do tego tata wymagał nienagannego porządku. Powtarzał, że skoro zapewnia nam życie w tak pięknym miejscu, to naszym obowiązkiem jest dbać o to, by czuł się tam jak najbardziej komfortowo. Zarówno mama, jak i Halina uwijały się jak w ukropie zawsze, gdy pan domu miał się zjawić na późnym obiedzie.
Nigdy nie zapomnę tego napięcia, które zaczynało dusić nas już o piętnastej, a z nadejściem szesnastej przeradzało się w czystą panikę. Każdy z nas wiedział, że czas na poprawki już minął. Teraz nadeszła pora na bezwzględną ocenę naszych starań.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej