Początek wszystkiego
Mój ojciec w wieku dziewiętnastu lat przeprowadził się z Vaasy do Szwecji od razu po odbyciu służby wojskowej. Był rok 1968. Wyjechał z kraju wyłącznie z przyczyn finansowych. W Finlandii nie było wtedy za wiele pracy ani pieniędzy, co zrozumiałe, bo działo się to trochę ponad dwadzieścia po zakończeniu wojen zimowej i kontynuacyjnej. Później do mnie dotarło, że nie chciał wyjeżdżać, bo chociaż urodził się i wychował w Vaasie, wcześniej nie zwracał nawet uwagi na osoby szwedzkojęzyczne. Wyruszał do Szwecji, praktycznie w ogóle nie znając języka. W dziale metalowym szkoły zawodowej nie uczyli bowiem podstaw szwedzkiego. Z powodu porywczego nauczyciela ojciec porzucił też naukę gry na skrzypcach, chociaż był zdolnym uczniem. Robotę w Szwecji dostał od razu, kiedy tylko wszedł do fabryki. Pracował w różnych miejscach na krótkich kontraktach, w Volvo, Scanii i innych szwedzkich fabrykach, które funkcjonowały głównie dzięki fińskim robotnikom. W 1975 roku wyjechał z siłami pokojowymi ONZ do Egiptu i oznaczało to dla niego prawdziwe pieniądze, a nie samochody zwolnione z cła albo zmniejszanie rat kredytu mieszkaniowego. Opowiadał, że kiedy inni kupowali tanie auta i sprowadzali je bez podatku do Finlandii, on inwestował w złoto, które w Egipcie było tańsze niż w Skandynawii. Przemycał je potem w niedozwolonych ilościach przy każdym locie do Szwecji i sprzedawał drożej. Nie chodziło mu właściwie o samo złoto, a bardziej o stabilność finansową i podróże. W ciągu całego życia udało mu się odwiedzić sześćdziesiąt krajów. Podczas jednej z wycieczek, w 1978 roku, poznał w Helsinkach moją matkę. Miała wtedy osiemnaście lat i była dosłownie dzieckiem ulicy.
Już w wieku trzech lat trafiła pod opiekę sądu i od tej pory żyła w rodzinach zastępczych. Przerzucano ją z jednej do drugiej. Żadna nie była lepsza od poprzednich, a tym bardziej stała. Tak więc w wieku piętnastu lat, znużona ciągłymi przenosinami, matka uciekła i postanowiła już nigdy nie korzystać z opieki społecznej i innych obcych domów. Przez trzy lata żyła na ulicy, radząc sobie, jak się dało. Dlatego łatwo mi uwierzyć, że nie miała problemu, żeby wyjechać z moim ojcem nazajutrz po tym, jak się poznali. Moja matka była osieroconym dzieckiem ulicy, a ojciec przemycał złoto do Szwecji. Oboje robili jednak dla mnie wszystko, co mogli, posługując się kartami i narzędziami, jaki darowało im życie. Nie żywię za to do nich urazy.
Urodziłem się w 1981 roku w szwedzkim mieście Gävle, w fińskiej rodzinie. W tym czasie uprzedzenia w stosunku do Finów można było w Szwecji zauważyć i usłyszeć.
Podłoże tej dyskryminacji i jawnego rasizmu ma długą historię. W latach dwudziestych ubiegłego wieku Szwecja była prekursorem eugeniki. Dyrektor Instytutu Biologii Rasy w Uppsali chciał powstrzymać napływ Finów do kraju i ich mieszanie się ze Szwedami. Również szef sztokholmskiej policji publicznie stwierdził, że Finowie to zły materiał genetyczny. Sam nie mieszkałem w Szwecji w okresie najgorszej dyskryminacji. Ale jeszcze w latach dziewięćdziesiątych w wielu szwedzkich szkołach zabraniano w czasie wycieczek mówienia po fińsku. Takie podejście państwowych szkół w ten czy inny sposób wpływało na życie wszystkich fińskich dzieci w Szwecji. Z drugiej strony w dzisiejszej Szwecji z Finami kojarzy się wiele cech godnych szacunku. Jak to powiedział mój kolega, który w latach siedemdziesiątych dorastał w Södertälje: "Bez Finów to miasto przestałoby już istnieć". Bardzo dobrze powiedziane, zważywszy na fakt, że Södertälje to nie byle wioska - mieszka w nim siedemdziesiąt tysięcy ludzi. W latach siedemdziesiątych cały tamtejszy przemysł funkcjonował w dużej mierze dzięki fińskim łzom i potowi - po prawdzie też dzięki wódce. Lecz funkcjonował. Działo się tak nie tylko w Södertälje. Mało kto wie i pamięta, że w Szwecji mieszka ponad siedemset siedemdziesiąt tysięcy Finów. To prawie dziesięć procent całej ludności Szwecji i wcale nie jesteśmy wszyscy upakowani w Södertälje. Przeciwnie, przedmieścia i getta zamieszkane przez imigrantów znaleźć można w całej Szwecji, również w Gävle. W każdym razie to, że zostałem pielęgniarzem, a potem ratownikiem medycznym, jest w dużym stopniu wynikiem poczucia wyobcowania, którego doświadczałem w Szwecji jako dziecko.
Nie wiem, czy wszystkie dzieci imigrantów reagowały tak samo, ale mnie już w wieku pięciu lat drażnił sukces szwedzkich zespołów Roxette i Europe. Nie dlatego, że nie podobała mi się ich muzyka, wręcz przeciwnie. Kiedy Final Countdown zespołu Europe w 1986 roku rozbrzmiewał wszędzie na świecie jako numer jeden na liście przebojów, dudnił też na okrągło w moim pokoju. Często w czasie zabawy udawałem wokalistę Joeya Tempesta i darłem się, ile sił w płucach, śpiewając wzmiankowaną piosenkę po angielsku tak, jak tylko umiałem. Joey miał może najwspanialszy i najdroższy makijaż, ale poza tym czułem się równie świetną i wielką gwiazdą rocka jak on. Jednak jako dziecko imigrantów dorastające na przedmieściach sądziłem - i to nie z powodu makijażu Joeya - że zarówno mnie, jak i wszystkim innym imigrantom nie wiedzie się tak dobrze jak Szwedom.
W tym poczuciu wyobcowania pocieszenie przynosił mi Matti Nykänen. Byłem z niego niesamowicie dumny. Media opisywały tego nieustraszonego skoczka narciarskiego jako śmiałka, który szybuje w chmurach choćby z zawiązanymi oczami, a potem, jak to się zdarzyło w 1982 roku, spokojnie wkracza na zaproszenie pary królewskiej do pomieszczeń dla VIP-ów skoczni Holmenkollen w Oslo. W najtrudniejszym czasie sukces Mattiego był dla mnie prawdziwym ratunkiem pomiędzy codziennymi walkami na pięści.
A do bójek przyzwyczaiłem się od najmłodszych lat. Szczególnie dobrze pamiętam zdarzenie z pewnej zimy. Bawiłem się sankami na podwórzu koło naszego bloku, kiedy szwedzki chłopak z sąsiedniej klatki, starszy ode mnie o parę lat Patrik, po raz kolejny podszedł do mnie, popchnął i uderzył. Zostawiłem sanki na górce i pobiegłem z płaczem do domu. Nie rozumiałem, dlaczego znowu dostałem po gębie. Byłem na dworze sam i nikomu nie przeszkadzałem. Wiedziałem, że zostałem źle potraktowany, ale nie miałem pojęcia, jak ten problem rozwiązać. Winowajca był przecież ode mnie starszy i silniejszy.
Kiedy dotarłem do domu, usiadłem z płaczem w przedpokoju. Tym razem rodzice nawet nie próbowali mnie pocieszać. Ojciec był zły i sfrustrowany. Wściekał się na mnie, bo zostawiłem winowajcy sanki i uciekłem do domu. Poczułem, że to strasznie niesprawiedliwe. Znowu dostałem po pysku, a w nagrodę ojciec wydarł się na mnie, że nie potrafiłem obronić się przed starszym chłopakiem.
W tym momencie wtrąciła się matka. Jej zdaniem ojciec był dla mnie zdecydowanie zbyt surowy, więc próbowała krzykiem wbić mu trochę rozumu do głowy. Zaczęli się kłócić o metody wychowawcze, a ja wciąż płakałem, teraz już z dwóch powodów: po pierwsze - bo dostałem w gębę, po drugie - bo czułem się winny kłótni rodziców. Powinienem się zamknąć i przełykać łzy, wtedy awantura by nie wybuchła. Kłótnia trwała jakiś czas i skończyła się tak, że ojciec ruszył z salonu do mnie do przedpokoju.
- No, to teraz chłopak nauczy się bronić - mruknął.
- Nie próbuj go uczyć się bić! - krzyknęła za nim matka.
- Jeśli teraz nie nauczy się bronić, to potem w życiu wszyscy będą mu wchodzić na głowę - odpowiedział ojciec.
Wszedł do przedpokoju, gdzie wciąż siedziałem w ubraniu na podłodze.
- Wyjdziesz teraz, pójdziesz do tego chłopaka, nie będziesz nic mówił ani o nic pytał i odpowiadał na żadne pytania. Podejdziesz do niego i walniesz go w gębę najmocniej, jak możesz - poradził mi ojciec.
Potwornie się przeraziłem. Zdążyłem już przełknąć łzy, ale znów zacząłem lamentować ze strachu, że ponownie będę musiał stanąć przed chłopakiem, który był od mnie o głowę wyższy, dwa razy silniejszy, szybszy i poza tym wyraźnie bardziej perfidny z charakteru.
- Nie pójdę. Nie dam rady, nie pójdę i już! - upierałem się, powstrzymując płacz.
- A właśnie, że pójdziemy - powiedział ojciec, nie dając mi szans na jakikolwiek sprzeciw. Założył buty, złapał mnie za kark i podniósł z podłogi. W tej chwili wydawał mi się niesprawiedliwy, ale za bardzo się go bałem, żeby mu odmówić. Z drugiej strony może na swój własny, surowy i szczery sposób próbował zaszczepić we mnie wiarę i pewność siebie. Kiedy wyciągnął mnie za kołnierz z mieszkania i zawlókł aż do drzwi wejściowych na klatkę schodową, udzielił mi jeszcze ostatnich wskazówek.
- Idziesz prosto do tego chłopaka i ani przez chwilę nie zastanawiasz się, co się może wydarzyć. Zatrzymujesz się kilka metrów przed nim, nic nie mówisz i nie odpowiadasz na pytania. Zaciskasz rękę w pięść, popatrz, o tak - powiedział i pokazał na własnej dłoni, jak fachowo zacisnąć rękę w pięść. - Podbiegasz i walisz go z całej siły między oczy, a potem jeszcze jeden cios za uchem, o tu, popatrz.
I znów ojciec pokazał mi odpowiednie miejsce za uchem. Miało to zakłócić zmysł równowagi przeciwnika.
- Potem zabierasz sanki i wracasz do domu - nakazał.
- Tato, nie dam rady. A co, jeśli nic mu nie będzie i znowu dostanę w gębę?
- Posłuchaj, zrobisz tak: podchodzisz spokojnie blisko niego i czekasz na właściwy moment, potem podbiegasz i walisz pierwszym ciosem za uchem, a później jeszcze raz w gębę. Uwierz, to zadziała. Sam w szkole przywaliłem w taki sposób o połowę większemu kolesiowi. Jeśli rąbniesz go za uchem, to na pewno się wywróci. Pamiętaj, o, tutaj. - I jeszcze raz pokazał mi miejsce za uchem, gdzie znajduje się narząd równowagi.
- Jak mu tam przysuniesz, wywali się bez dwóch zdań.
Nadal próbowałem jakoś tego uniknąć i grać płaczem na uczuciach ojca. W tym momencie nie chciałem już sanek i nie obchodziła mnie nawet niesprawiedliwość, jakiej doznałem. Chciałem tylko wrócić do domu i żeby rodzice nie kłócili się już z mojego powodu. Ale ojciec czytał mi w myślach i zaczął mnie ponownie zachęcać:
- Słuchaj, nie możesz nikomu pozwolić wchodzić sobie na głowę. Jeśli teraz nie nauczysz się bronić i walczyć o swoje, nie poradzisz sobie nigdy w prawdziwym życiu. Wszyscy będą ci wchodzić na głowę. Musisz mi teraz uwierzyć. Zrozumiesz później.
Nie poczułem przypływu odwagi, ale strach przed dostaniem w twarz wydawał mi się w tamtej chwili mniejszym złem niż utrata szacunku ojca. Nie mogłem mu przynieść wstydu. Wypadłem z klatki schodowej na podwórze i ruszyłem, by pokonać około czterdziestometrowy dystans, co zdawało się trwać wieki. Dotarłem do wzniesienia na końcu podwórka, gdzie Patrik z sąsiedztwa nadal bawił się radośnie moimi sankami, które sobie wziął. Nie mówiąc ani słowa, zatrzymałem się u stóp wzgórza. Chłopak podszedł do mnie z groźną miną.
- Czego? - warknął.
Nic nie odpowiedziałem, stałem tylko bez ruchu w milczeniu. A jednocześnie wiedziałem i prawie czułem, że przez drzwi na dole lub z okna ojciec obserwuje, jak rozwija się sytuacja. Zdawałem sobie sprawę, że najważniejsze nie było dla niego to, czy dostanę znów w twarz, tylko czy się postaram.
Stałem nadal bez słowa i przełykałem łzy. Starałem się nie trząść i nie okazywać strachu, ale Patrik na pewno to zauważył. Tak długo się nie ruszałem i nic nie mówiłem, że w końcu się znudził.
- Wiedziałem - fuknął i odwrócił się z powrotem w stronę wzgórza ciągnąc sanki za sobą.
Zrozumiałem, że nadszedł właściwy moment. Kiedy chłopak zdążył zrobić jakieś pięć metrów w górę zbocza, zacisnąłem za plecami prawą rękę w pięść i ruszyłem za nim. Biegłem najszybciej, jak umiałem, i nie myślałem o niczym innym niż jego uszy. "Jak mu tam przysuniesz, wywali się bez dwóch zdań" - rozbrzmiewały mi w głowie słowa ojca. Kiedy biegłem, dotarło do mnie, że będę musiał wyskoczyć, żeby dosięgnąć głowy wyższego chłopaka. Byłem już bardzo blisko, kiedy ze szczytu górki rozległ się głos:
- Uważaj! - wrzasnął jakiś inny chłopak do Patrika.
Ten odwrócił się w chwili, kiedy się zamachnąłem, by uderzyć go w ucho, więc trafiłem prosto w twarz. Upadliśmy obaj - Patrik poleciał na plecy, a ja od razu na niego. Wiedziałem, że już nie zdołam uderzyć go tam, gdzie chciałem, więc instynktownie zacząłem okładać go dwiema rękami tak szybko, jak umiałem. Biłem go do momentu, kiedy skończyło mi się powietrze w płucach. Spłacałem w ten sposób wszystkie długi - w jednej chwili wybuchły we mnie lata nękania, aż w końcu zauważyłem, że Patrik nie usiłuje się już nawet bronić, tylko płacze i próbuje wołać o pomoc.
Wtedy zrozumiałem, że wygrałem ze starszym, silniejszym i bardziej perfidnym chłopakiem. Odzyskałem szacunek do samego siebie. Byłem teraz we własnym przekonaniu najsilniejszy w okolicy, od tej pory będę miał już spokój i nikt nie odważy mi się dokuczać. Uderzyłem jeszcze kilka razy. Potem wstałem, zabrałem sanki i poszedłem w stronę domu.
Chociaż wygrałem tę walkę, strach wciąż ściskał mi wnętrzności. Ojciec nie pojawił się w drzwiach, a ja zerkałem za siebie, żeby się upewnić, że Patrik nadal leży na ziemi i nie biegnie za mną. Szedłem żwawym krokiem, nie chcąc okazywać lęku.
Opowiedziałem tę historię, bo ma nierozerwalny związek z tym, dlaczego zostałem potem pielęgniarzem. Nabrałem po tej bijatyce prawdziwej pewności siebie, ale z drugiej strony odkryłem nieco wypaczony sposób na rozwiązywanie problemów, co spowodowało, że miałem później problemy w szkole. Ucierpiały na tym moje wyniki w nauce, ale ojciec zdawał się nie dbać już o to, jakie dostawałem oceny, bo uznał, że najlepiej będzie zachęcać mnie do sportu. Był zadowolony tak długo, jak trenowałem i trzymałem się z daleka od narkotyków i innych środków odurzających. Narkotyków unikałem z obawy przed testami antydopingowymi, ale alkohol, owszem, lubiłem. To właśnie alkohol - obok Mattiego Nykänena - sprawił, że zostałem ratownikiem medycznym. Nigdy za młodu nie marzyłem jednak o karierze policjanta, strażaka czy ratownika. To, że wybrałem taki zawód, było wynikiem wielu zbiegów okoliczności, jednego głupiego żartu i zakładu. Z biegiem czasu nauczyłem się cieszyć tą pracą, ale nie było to żadne powołanie.