Rozdział I
Luty
Kolejny łyk kawy i kubek znowu wylądował na pralce. Lokówka pomogła zakręcić proste włosy, by dodać im trochę lekkości. Wokół okrągłej twarzy zaczęły falować następne pasma. Niesforna grzywka również została potraktowana w podobny sposób. Beata wzięła kolejny łyk płynnej kofeiny i wydęła usta w grymasie niezadowolenia. Nie lubiła zimnej kawy - dziś wstała zbyt późno. Rzadko jej się to zdarzało: sumienna, punktualna i dobrze zorganizowana, starała się nigdy nie marnować czasu. Często wykonywała wiele zadań naraz. W pracy już się nauczyli, że gdy potrzebują ważnego zestawienia na wczoraj, Beata da radę. Zostawała po godzinach, bo do domu się nie spieszy, ważny projekt można zawsze powierzyć jej, bo przecież dziecko jej nie zachoruje, a i z urlopem nie wie, co zrobić.
Tej łatki, która została jej przypięta, łatki samotnej rozwódki z brakiem problemów rodzinnych, nie może się pozbyć. Zaczynało to już ciążyć: presja, by ciągle być dyspozycyjną i najlepiej przygotowaną, powoli ją dusiła.
Wieczorem pozwoliła sobie na małe odstępstwa od codziennej rutyny: lampkę wina i książkę, która ją pochłonęła bez reszty. Gdy skończyła lekturę, zegar wskazywał godzinę drugą, a z butelki ubyła połowa czerwonego wina. Jedno małe poluzowanie - nie poszła spać o dwudziestej trzeciej, jak zwykle - i proszę, już od samego rana do jej poukładanego życia wdarł się chaos.
Wciągnęła zamszowe kozaki, przez chwilę mocowała się z zamkiem, bo łydka jakby delikatnie zwiększyła obwód, choć to niemożliwe, bo jeszcze wczoraj były dobre, beżowym wełnianym szalem szczelnie otuliła szyję. Odruchowo sięgnęła po teczkę, która zawsze leżała na komodzie w wąskim przedpokoju. Tym razem jej tam nie było. Leżała za to biała podłużna koperta z niebieską pieczątką zamiast znaczka. Nadawca wypisany wyrazistym drukiem, nie sposób było go nie zauważyć: Wydział rozliczeń i finansów, Dział kredytów, Bank Falianz. Koperta nie nosiła znamion otwarcia, przeciwnie: dumnie leżała na honorowym miejscu na środku komody. Była dobrze widoczna, adresatka na pewno nie mogłaby jej przeoczyć, tylko dlaczego nie miała ochoty zajrzeć do środka? Dlaczego wzrok uciekał w kierunku okien, gdy zbliżała się na niebezpiecznie niewielką odległość? Koperta była ważna, bo zajęła honorowe miejsce, ale nie na tyle, by ją otworzyć? Dobrze, że kobieta była już spóźniona, bo jeszcze by jej przyszło do głowy, żeby się zapoznać z treścią listu, co zepsułoby już i tak nieidealny poranek.
Niezadowolona ze swojego roztrzepania, Beata wróciła do salonu, stąpając na palcach tak, by nie ucierpiał kremowy dywan. Jak zwykle po pracy przeglądała jeszcze papiery i analizowała zmieniające się kursy walut. Wszystkie ważne dokumenty trafiły do granatowej aktówki, ale ona nie została już zaniesiona do przedpokoju, jak zawsze. Książka ulubionej autorki, która leżała przy teczce, tak zamieszała Beacie w głowie, że zapominała o całym świecie. Było warto, pomyślała, zamykając drzwi na klucz. Na samą myśl o bohaterce, z którą spędziła miniony wieczór, twarz Beaty przybrała cieplejszy wyraz.
Świadoma, że autobus nie zaczeka, mocno wydłużyła krok, aż poczuła napięcie w udach. Z tego pośpiechu zapomniała również o słuchawkach, więc lektor francuskiego nie będzie już opowiadał melodyjnym głosem, co zamawia w restauracji. Dziś posłucha odgłosów ulicy: tupot butów, śmiech młodzieży, chrząknięcia, sapnięcia i zgrzyt zamkniętego lufciku w suficie autobusu przy każdym hamowaniu umilą jej podróż jak ostatnio. Źle się czuje w środkach komunikacji publicznej. Duszność, uczucie przytłoczenia i ciasnota towarzyszą jej co rano. Po południu stara się wracać pieszo, ale to już zależy od wysokości obcasów, które w danym dniu założy.
W połowie drogi w jej głowie zadźwięczało słowo "tabletka". Dlaczego sobie nagle o niej przypomniała? Może któraś z reklam, które mijał autobus, ją oświeciła, może jakiś napis? Zapomniała wziąć rano pierwszą połówkę - nie zdarzyło jej się to nigdy. Na strapionej twarzy pojawił się mimowolny uśmiech: ma leki w torebce, zawsze jest przygotowana. Jej zapobiegliwość znowu ją uratowała. Chwilowa satysfakcja docierała do ospałych neuronów, które podały dalej błogie uczucie ulgi i triumfu dyscypliny nad porannym chaosem.
Beata z uznaniem przyjmowała podmuchy rześkiego lutowego powietrza. Musiała się wykazać refleksem i uskoczyć, by przy wysiadaniu nie wpaść w pryzmę brudnego śniegu piętrzącą się obok przystanku. Zerknęła na te same twarze osób czekających na kolejny autobus, mijała te same kamienice w centrum miasta i wystawy, które od kilkunastu dni atakują oczy przechodniów czerwonym kolorem, jakby chciały zmusić wszystkich do wejścia, do zostawienia niemałych pieniędzy w odruchu spontanicznych zakupów podszytych odrobiną miłości bliźniego. Beata była jednym z tych nielicznych przechodniów, na które te wystawy działały wręcz odwrotnie: jak płachta na byka. Nachodziła ją nieodparta ochota, by je rozwalić i wykrzyczeć, że miłość to ściema, mija po dwóch latach, zostawiając po sobie tylko czarną dziurę, i że nie ma nic wspólnego z czerwonymi serduszkami napastującymi ją z tych szklanych witryn.
Westchnęła tylko, przymknęła oczy. Zapomniała, że miała się dziś ubrać inaczej, bardziej kolorowo. Może wtedy uniknęłaby pytań o to, kiedy sobie kogoś znajdzie, oraz docinków, że w wieku trzydziestu ośmiu lat zbyt wielkiego wyboru już nie ma i że powodem jej samotności jest pewnie nadmierna wybredność.
Od rozwodu minęły już trzy lata, a ona wciąż jest sama. Prawdą jest, że nie szuka, ciągle tylko praca i dom: to jest jej obecne życie. W weekend jedną z ulubionych rozrywek jest jazda na rowerze. Czuje się wtedy przez chwilę kimś innym, wybiera ścieżki, którymi ma ochotę jeździć, może się w każdej chwili zatrzymać. Nie czuje duszności znanej z autobusu, wciąga do nosa zapach świeżego powietrza, a zmieniające się widoki pochłania jak spragniony kwiat wodę.
Obserwuje mężczyzn, przygląda się im w pracy, w autobusie, w sklepie, ale żaden nie spowodował u niej tych motyli w brzuchu, o których wszyscy mówią, tego nagłego gromu sprawiającego, że serce chce wyskoczyć, a ręce się pocą. Ona po prostu się zepsuła. Już nic nigdy nie poczuje, pogodziła się z tym, tylko jej otoczenie jakby nie.
Tomka poznała, gdy miała dwadzieścia siedem lat, to i tak późno. Jej wcześniejsze związki były bardzo krótkie, a cały swój czas poświęcała dwóm kierunkom studiów. Musiała być dobra, bo potrzebowała stypendium, które pomagało jej przetrwać. W domu się nie przelewało: ich rodzinę ciągle trapiły problemy finansowe. Komu by się chciało w takich okolicznościach myśleć o randkach? Miała co innego na głowie jako młoda dziewczyna. Zanim wzięli ślub, byli ze sobą pięć lat. Zrobili to ze względu na dziecko, którego zapragnęła Beata, jej zegar biologiczny podpowiadał, że najwyższy czas. Pojawienie się dziecka wydawało się naturalną koleją rzeczy w tym kilkuletnim związku, no i ta magiczna trzydziestka, którą przekroczyła tak niechętnie. Ale czy ktoś ją w ogóle pytał, czy chce? Przyszła, i już.
Ich małżeństwo przetrwało trzy lata. "Przetrwało" to odpowiednie słowo, bo to był kompletny marazm: zero uniesień, romantyzmu. Oczywiście na początku iskrzyło, żyć bez siebie nie mogli, on się starał, ale po niespełna dwóch latach coś zgasło. Aż pewnego dnia Tomasz już nie wrócił z kolejnego wyjazdu służbowego, tylko zakomunikował przez telefon, że kogoś ma, a ich małżeństwo od dawna jest farsą. Beata przyjęła to dość spokojnie: trudno się nie zgodzić, że ten związek od dawna był martwy. Tylko jak to się stało, że nikt, ani on, ani ona, nie chciał o niego walczyć? Jakieś kłótnie, dramaty, rozstania i powroty - u nich tego nie było. Żałowała tylko jednego: że nie była w ciąży, że nie zdążył dać jej dziecka. Właściwie byłoby to bardzo trudne, bo albo ona jeździła na szkolenia, albo on na konferencje. Sama była zaskoczona, że nie płakała po rozstaniu, nie ubolewała nad losem zdradzonej żony. Rzuciła się w wir pracy, i tak już zostało do dziś.
Przełożeni docenili jej zaangażowanie i szybko została kierownikiem Zespołu do Spraw Funduszy Inwestycyjnych Klienta Indywidualnego. Nadzorowała pracę podlegających jej dziewczyn. Do jej obowiązków należały również współpraca z domami maklerskimi i bankami, obsługa i bieżące wyceny funduszy inwestycyjnych, kontrola nad raportami, przelewami, a przede wszystkim: aktywne budowanie portfela klientów i dbałość o dobre i owocne relacje. Osobiście obsługiwała najważniejszych klientów, co wiązało się z przyzwoitszą pensją, ale też większą ilością obowiązków. Było jej to jednak na rękę. Nie cierpiała z powodu samotności, nie miała na to czasu. Najgorsze były weekendy, ale wypełniała je do granic możliwości, by nieprzyjemne myśli nie miały okazji nawet zakiełkować.
Była z Tomkiem osiem lat: tyle czasu straciła na ten związek. Teraz, gdy czterdziestka stukała do jej drzwi, nie miała już szans, by spotkać odpowiedniego faceta. Mężczyźni wolą młodsze, więc może ewentualnie zainteresować jakiegoś pięćdziesięciolatka po przejściach. Młodsi mają żony, narzeczone lub skomplikowane relacje rodzinne. Mogłaby być co najwyżej kochanką, a to jej nie interesuje. Patrząc na doświadczenia koleżanek z pracy i jej własne, może powiedzieć jedno: miłość trwa średnio dwa lata, a potem to już same problemy, kłótnie, ciche dni i zmartwienia z dziećmi. Miłość to eksperyment chemiczny. Gdy ustaje, zostawia po sobie nieprzyjemne ślady, spowodowane niekontrolowaną reakcją chemiczną między dwojgiem szarpiących się ze sobą ludzi.
Właściwe dobrze, że jest rozwódką, to ładniej brzmi i jest bardziej akceptowalne przez społeczeństwo. Bycie starą panną byłoby o wiele gorsze.
***
Szklana fasada molocha przy ulicy Strzegomskiej wyglądała równie imponująco jak wczoraj. Ci, którzy rzadziej tędy przechodzili, zadzierali głowę, podziwiając wysoką konstrukcję i zielony neon banku. Kolor był piękny, soczysty, zwracał uwagę, ale Beacie nie podobało się to zestawienie. Zieleń, która kojarzyła jej się ze spokojem, nadzieją i naturą, była znakiem rozpoznawczym bezdusznej instytucji utrzymującej się z cudzych pieniędzy. W reklamach podobno spełniała marzenia, ale chwilowo zmieniły się one w koszmar, bo oprocentowanie kredytów znacznie skoczyło w górę i nie zamierzało na tym poprzestać. Skutki tych zawirowań były nie do przewidzenia, co i ona odczuwała również na własnej skórze. Dlatego jest taka zła na ten zielony kolor: firma zabrała jej piękne wspomnienia z naturą w tle. Kojarzy go teraz z wysoką ratą i kłopotami finansowymi. W dodatku przecież w niej pracuje. Gdy się zatrudniała, doszło do fuzji między dwoma dużymi bankami. Kolor nadziei rozplenił się na wszystkich szyldach powstałego tworu finansowego niczym chwast. Beata energicznie pokręciła głową, jakby otrzepując się z natłoku myśli, i energicznym, pewnym siebie krokiem, wkroczyła przez rozsuwane drzwi. Może ze strachu przed wzburzoną kobietą, a może z powodu wbudowanego czujnika ruchu rozstąpiły się jak na rozkaz, wpuszczając ją do ciepłego pomieszczenia.
Pokój na piętrze, do którego weszła, był podzielony na dwie części. Jedną, w której stały trzy biurka, i drugą ze szklaną ścianą. Było to miejsce kierownika, czyli w tym wypadku jej. Dziewczyny spojrzały na nią z kpiącymi uśmieszkami na twarzy, o dziwo, były dziś punktualne, dlatego nie miała szans uniknąć drobnych uszczypliwości z ich strony.
- Dzień dobry - powiedziała ciepło, po czym spuściła wzrok na zamszowe kozaki. Chciała być niewidzialna.
- Dzień dobry, pani kierownik - zaczęła Weronika, szczera do bólu, pyskata, wysoka, o długich blond włosach i porcelanowej twarzy miss Szwecji. - Pani kierownik zaspała? A może wczoraj zabalowała?
- Mój poranek był nieco inny niż zwykle, stąd moje spóźnienie - odpowiedziała dyplomatycznie.
Nie zamierzała się tłumaczyć, a już na pewno nie mogła się przyznać, że zaspała. Jej się przecież nie zdarzają takie rzeczy.
- Czy pamiętasz o naszym dzisiejszym spotkaniu? - zagadnęła Gabrysia, gdy Beata już zrobiła krok w kierunku szklanego pomieszczenia, pieszczotliwie zwanego przez koleżanki akwarium.
Chwila milczenia i zawahania wskazywała, że zapomniała.
- Wiedziałam - triumfowała Gabrysia. - Wiedziałam, że zapomniałaś albo chcesz się wymigać. Obiecałaś, pamiętasz? Mamy dziś babski wieczór bez naszych partnerów, kochanków, tylko same fajne babki w walentynki w knajpie. Przypominam ci, że się zgodziłaś, przecież obiecałyśmy, że nie będziemy cię swatać, więc nie masz się czego obawiać.
Gabrysia zostawiła w domu ukochanego męża i dwie córki, by spędzić ten wieczór z dziewczynami, oderwać się trochę od codziennych problemów, i nie chciała odpuszczać Beacie. Nie zamierzała też jej swatać, to znaczy tak jawnie, bo plan w głowie miała już od dawna. Wierzyła, że każde wyjście Beaty z biura i własnego mieszkania może przybliżyć ją do znalezienia tego jedynego. Była niepoprawną romantyczką i wierzyła, że na każdego gdzieś czeka ta druga połówka - taka, jaką ma ona. Jej mąż zaliczał się do wymarłego już gatunku mężczyzn, którzy gotują, zajmują się dziećmi i pytają żony, czy miała męczący dzień. Miał swoje wady, ale czy warto o nich wspominać?
- Tak, wiem, obiecałam, będę, o której? - Skapitulowała. Każda wymówka, która przychodziła jej teraz do głowy, nie była dość wiarygodna. Nie pozostało jej nic innego, jak przyjść na to cholerne spotkanie.
- A o burej - odburknęła jej nerwowa Olka. - Nie dość, że zapomniałaś, to pewnie jeszcze chcesz iść prosto z pracy, co? - Wystarczyła chwila milczenia Beaty, by Olka się nakręciła. - O nie, moja droga, strój luźny, bez marynarki i białej bluzki z kołnierzykiem. Kończysz o szesnastej, potem pojedziesz do domu się przebrać i zrobić na bóstwo. O dziewiętnastej widzimy się w klubie Szok - zarządziła jak matka swoim dzieckiem, które pierwszy raz ma wykonać jakieś zadanie.
Pasywna postawa Beaty wobec do facetów i wszelkich rozrywek wkurzała Olkę niemiłosiernie. Życie to nie tylko praca. Ona każdy weekend spędzała w klubie lub wyjeżdżała z przyjaciółmi na wycieczki. Tylko dzięki temu wytrzymywała jeszcze w tej robocie. Cyferki i tabelki śniły jej się po nocach, ciągłe zebrania, ciśnienie na wyniki, nowe wytyczne, zmiany przepisów, które trzeba sobie ciągle przyswajać. Tylko weekendy trzymały ją przy zdrowych zmysłach. Była singielką i na razie dobrze jej z tym było. Do trzydziestki zostały jej dwa lata. Po tym czasie zacznie myśleć o ustatkowaniu się. A na razie doszła do takiej wprawy w uwodzeniu, że żaden mężczyzna, którego sobie upatrzyła, nie mógłby jej się oprzeć. Miała wszelkie atuty: biust, pupa i twarz dziewczynki, jak to mówią. Mężczyźni są prości w budowie i wiadomo, czego im trzeba. Nie zamierzała tego zmarnować, a wykorzystać, bo starość jej nie oszczędzi, a młodość już nie wróci. Trzeba korzystać, póki się da.
- Klub Szok o dziewiętnastej, będę - powtórzyła Beata z przekąsem. Jakoś przeżyję te walentynki, dodała, ale już w myślach, skruszona.
Z dużą dynamiką zamknęła za sobą drzwi akwarium i klapnęła w wygodnym fotelu, by za monitorem schować się przed całym światem. Na biurku przy klawiaturze leżało czerwone błyszczące serduszko, najpewniej zrobione z czekolady. Beata spojrzała w kierunku drzwi. Wpatrywały się w nią trzy pary oczu, czekając na reakcję. Pokazała znalezisko, wysiliła się na sztuczny uśmiech i pomachała swoim koleżankom, by w końcu się odczepiły i dały jej popracować.
Wszystko jest nie tak. Od rana wszystko jest inaczej niż zwykle, i jeszcze to spóźnienie, spotkanie, o którym zapomniała na śmierć, i czekoladka dla zakochanych. Okropieństwo. Wszystko to może wpędzić normalnego człowieka, który nie jest zakochany, w pierońskie poczucie winy. Przecież szczęście to nie tylko facet, to może być wiele rzeczy. Co ten świat tak się uparł, by wymyślić walentynki, czy ktoś brał pod uwagę ludzi samotnych lub tych, co mają złamane serca, czy ogół zawsze musi rządzić? Włączyła komputer, wcisnęła się jak najgłębiej w róg biurka, czując, że tam jest miejsce, z którego najmniej ją widać. Da radę, jutro wszystko wróci do normy, dobrze, że walentynki nie trwają cały rok.