Jeszcze jeden raz - Mitch Albom

Kup ebooka

43.99 zł
29.47 zł (29,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Dedykacja Motto Prolog. Sierpień 1978 Jeden Nassau, Bahamy. Czterdzieści lat później Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 9 11 13 14 15 16

NASSAU, BAHAMY

CZTERDZIEŚCI LAT PÓŹNIEJ

Detektyw cmoknął z niezadowoleniem. Wpatrywał się w siwowłosego mężczyznę po drugiej stronie stołu.

- No dalej, przyjacielu. Jak to zrobiłeś?

Cisza.

- Możemy tak tu siedzieć cały dzień, jeśli tego chcesz. Tego właśnie chcesz? Siedzieć tu cały dzień?

Niewielkie, duszne pomieszczenie na komisariacie prosiło się o remont. Znajdowały się w nim jedynie drewniany stół i dwa krzesła, teraz zajęte. Detektyw Vincent LaPorta otworzył paczkę cukierków, wyjął z niej jeden, o smaku wiśniowym, i włożył go do ust.

- Poczęstujesz się?

Mężczyzna parsknął śmiechem.

- Co cię tak bawi?

- Nazwa.

- Life Savers?

- Tak.

- "Ratownicy"? Pewnie byś chciał, żeby i ciebie ktoś teraz uratował?

- Już i tak za często byłem ratowany.

LaPorta czekał na dalszy ciąg, ale podejrzany splótł dłonie i spuścił wzrok, jakby się modlił. Miał ogorzałą, nieogoloną twarz, wyraźnie zarysowane szczękę i kości policzkowe, może nawet zbyt wyraźnie, jak u kogoś, kto schudł z powodu choroby. Koszula w kolorze musztardy i granatowe spodnie były mocno pogniecione, jakby mężczyzna w nich spał.

- Przejdźmy do zarzutów przeciwko tobie - powiedział LaPorta. - Może to odświeży ci pamięć.

Przesunął zdjęcie w poprzek stołu.

- Podczas jednej wizyty w największym kasynie na wyspie trafnie obstawiłeś trzy kolejne numery w ruletce, wygrywając ponad dwa miliony dolarów. Potem wyszedłeś.

- Czy to przestępstwo?

- Nie, ale tylko dlatego, że nie udało nam się ustalić, jak to zrobiłeś.

- Więc to nie przestępstwo?

- Posłuchaj no, przyjacielu. Moja praca polega na łapaniu oszustów w kasynach. Robię to od dawna. W Vegas. W Atlantic City. A teraz tutaj, na Bahamach. Tego, co zrobiłeś, nie da się dokonać bez łamania prawa.

- Rozumiem. - Mężczyzna skinął głową z namysłem. - Mogę zadać panu pytanie, detektywie?

- Bardzo proszę.

- Dlaczego wybrał pan właśnie taką pracę?

- A ty co, psycholog?

- Pytam ze zwykłej ciekawości.

LaPorta uśmiechnął się kpiąco.

- Powiedzmy, że nie lubię ludzi, którzy naginają zasady.

- Ach. W takim razie nie przypadłbym panu do gustu.

Podejrzany był wysoki i szczupły, w lewym uchu miał mały kolczyk, na gołych stopach znoszone mokasyny. LaPorta ocenił, że facet musiał dobiegać sześćdziesiątki i nie był zbyt zamożny. Pod tym względem nie różnił się od wielu innych gości kasyna na wyspie. Podczas przesłuchania zachowywał się jednak dość dziwnie. Najczęściej zatrzymani wiercili się nerwowo, pocili i odpowiadali zbyt szybko lub zbyt wolno. Ten wydawał się niemal znudzony.

- No dalej. Powiedz mi, jak to zrobiłeś. Masz kogoś w środku?

- Nie popełniłem żadnego przestępstwa.

- Trzy kolejne numery w ruletce? Nie uważasz, że to podejrzane?

- Podejrzenia i wiara nie idą w parze.

- Co to niby ma znaczyć?

- To znaczy, że gdybym powiedział panu prawdę, musiałby pan uwierzyć w coś, w co nie może pan wierzyć.

- Przekonajmy się. Dawaj.

Mężczyzna zmrużył oczy.

- Nie.

- Zdajesz sobie sprawę, że za oszustwo w kasynie możesz trafić do więzienia?

- Tak.

- Na dłuższy czas.

- Czas nie ma dla mnie większego znaczenia.

- Dlaczego?

- To skomplikowane.

LaPorta rozgryzł twardy cukierek.

- Opowiedz mi o kobiecie, która nazywa się Gianna Rule.

Twarz mężczyzny zmieniła wyraz. LaPorta się ożywił. Wreszcie! Czyli idziemy w dobrym kierunku.

- Po wygranej poszedłeś do banku i całą kwotę przelałeś na konto niejakiej Gianny Rule. Możemy ją znaleźć i tu sprowadzić. Być może oskarżyć o współudział. Czy tego właśnie chcesz?

Mężczyzna zamrugał. LaPorta pochylił się nad stołem.

- Jak już powiedziałem: dawaj.

- No dobrze - odparł podejrzany, po czym głośno wypuścił powietrze. - Kiedy mnie aresztowaliście, miałem przy sobie torbę.

- I co z tego?

- Będę jej potrzebował.

LaPorta zastanawiał się przez chwilę.

- Nie ruszaj się stąd.

Wstał, zamknął za sobą drzwi i poszedł do swojego biura po wytartą skórzaną torbę. Wrócił do pokoju przesłuchań i wręczył ją mężczyźnie, a ten sięgnął do środka i wyciągnął zeszyt w czarnej marmurkowej okładce. Na etykiecie widniało siedem napisanych odręcznie słów: "Dla Szefowej, do przeczytania po mojej śmierci".

Podejrzany przesunął zeszyt w stronę detektywa.

- Co? - zapytał LaPorta. - Mam to przeczytać?

- Tylko jeśli chce pan uzyskać odpowiedź.

Detektyw przejrzał ręcznie zapisane strony.

- Co to takiego? - mruknął.

Mężczyzna niemal się uśmiechnął.

- Historia miłosna - odparł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Epilog

Sierpień 1978

Nazywali to "burzą roku". Na całej długości Market Street w Filadelfii deszcz zacinał ukośnymi strugami, a wiatr szalał z siłą huraganu.

W samym środku tego chaosu nagle pojawiła się kobieta, młoda, niemająca jeszcze dwudziestu lat. Jej gęste, czarne jak węgiel włosy rozwiewały się dziko wokół twarzy, zakrywając jej oczy. Wyglądała na zdezorientowaną, jakby ta burza ją zaskoczyła.

Przytrzymała torebkę i ją otworzyła, podczas gdy deszcz zdążył już przemoczyć jej dżinsy i przykleić je do nóg.

Następnie Gianna Rule wyjęła portfel, otworzyła go i wpatrzyła się w zdjęcie na swoim prawie jazdy. Było to zdjęcie z Bostonu, gdzie mieszkała podczas studiów.

"Więc tak to jest - pomyślała. - Przeżywasz wszystko od nowa. Tak jak opisał to Alfie".

Podniosła wzrok i dostrzegła wejście do domu towarowego Gimbels. Zmrużyła oczy na widok obrotowych drzwi i Alfiego za szybą, machającego rękami.

Od razu uderzyło ją, jak młodo wyglądał, i zastanawiała się, czy ona wygląda tak samo. Ścisnęła górną część uda. Było szczuplejsze. Chwyciła się za talię. Węższa. Podniosła torebkę nad głowę, chroniąc się przed deszczem, i z zaskakującą szybkością przebiegła przez ulicę, a jej trampki rozpryskiwały wodę na chodniku.

I wraz z każdym krokiem strach Gianny zamieniał się w radość, a żal - w nadzieję. Kiedy pchnęła obrotowe drzwi, wiedziała, że się zablokują. Kiedy zaśmiała się i spytała: "Boże, Alfie, dlaczego się z tobą zadaję?", wiedziała, że on odpowie: "Bo ze mną zawsze jest fajnie!".

A kiedy przysunęła się do brudnej szyby, która ich dzieliła, wiedziała, że w tym świecie on postanowi ukryć swoje uczucia. Ponieważ wierzył, że ona nigdy nie będzie mogła go pokochać.

Ale to był jej powrót do przeszłości. Mogła zdecydować, komu odda swoje serce. Pochyliła się więc w stronę mężczyzny, który kochał ją jak nikt inny. Nie była pewna, w jaki sposób odziedziczyła jego moc, uznała tylko, że przekazał jej swój dar w chwili śmierci, ale i tak nie miało to znaczenia. Jeśli to był sen, wiedziała, czego chce. A jeśli to była rzeczywistość, chciała tego samego.

- Co masz w tej torbie, Alfie? - zapytała.

- Nic specjalnego.

- Na pewno?

- To tylko taki pomysł, który mi przyszedł do głowy. Pewnie głupi.

Gianna odetchnęła głęboko, jakby na nowo rozbudzając każdą komórkę swojego ciała.

- Pokaż mi - szepnęła.

Patrzyła, jak Alfie wyjmuje z torby małego srebrnego słonika na łańcuszku. Poczuła łzy napływające do oczu. Gestem poprosiła, żeby się zbliżył. Kiedy całowali się przez brudną szybę, poczuła, jak coś starego, a jednocześnie nowego rozkwita w jej sercu. Ponieważ Prawda o Prawdziwej Miłości jest taka, że miłość może czekać całe życie. Albo dwa.

KONIEC