Trzy miesiące mieszkałem w Luandzie, w hotelu "Tivoli". Z okna miałem
widok na zatokę i port. Przy nabrzeżach stało kilka statków handlowych
europejskich linii oceanicznych. Ich kapitanowie utrzymywali łączność
radiową z Europą i mogli wiedzieć o tym, co stanie się w Angoli, lepiej
i więcej niż my, zamknięci w oblężonym mieście. Kiedy po świecie
rozchodziła się wiadomość, że zbliża się bitwa o Luandę, statki
odpływały w głąb morza i zatrzymywały się na granicy horyzontu. Razem z nimi oddalała się ostatnia nadzieja na ratunek, ponieważ ucieczka drogą
lądową była niemożliwa, a powtarzała się pogłoska, że w każdej chwili
nieprzyjaciel zbombarduje i unieruchomi lotnisko. Potem okazywało się,
że termin ataku na Luandę został przesunięty i flota wracała do zatoki w nie kończącym się oczekiwaniu na ładunek kawy i bawełny.
Ruch tych statków był dla mnie ważnym źródłem informacji. Kiedy
pustoszała zatoka, zaczynałem przygotowywać się na najgorsze.
Nasłuchiwałem, czy nie zbliżają się odgłosy kanonady artyleryjskiej.
Zastanawiałem się, czy nie ma aby prawdy w tym, co szeptali między sobą
Portugalczycy, że w mieście ukrywa się dwa tysiące żołnierzy Holdena
Roberto, którzy czekają tylko na rozkaz rozpoczęcia rzezi. Ale wśród
tych niepokojów statki znowu wpływały do zatoki. Nie znanych mi
marynarzy witałem w myślach jak zbawców: na jakiś czas zapowiadała się
cisza.
W sąsiednim pokoju mieszkało dwoje starych ludzi - don Silva, handlarz
diamentów, i jego żona - dona Esmeralda, która umierała na raka.
Dożywała ostatnich dni bez pomocy i ratunku, ponieważ zamknięto już
szpitale, a lekarze wyjechali. Jej ciało ginęło w stercie poduszek,
poskręcane z bólu. Bałem się tam wstępować. Kiedyś wszedłem i spytałem,
czy nie przeszkadza jej, że nocami stukam na maszynie. Jej myśl
wydostała się z bólu na moment, na tyle tylko, by powiedzieć:
- Nie, Ricardo, mnie już nic nie może przeszkodzić, żeby dojść do końca.
Don Silva godzinami chodził po korytarzu. Kłócił się z wszystkimi,
wyzywał świat, kark pęczniał mu od złej krwi. Krzyczał nawet na
czarnych, choć już w tym czasie wszyscy traktowali ich grzecznie, a jeden z naszych sąsiadów nabrał nawet takiego zwyczaju, że zatrzymywał
zupełnie nieznanych Afrykańczyków, podawał im rękę i kłaniał się
uniżenie. Tamci myśleli, że wojna pomieszała mu zmysły i odchodzili
pospiesznie. Don Silva czekał na przyjście Holdena Roberto i wypytywał
mnie, czy wiem coś na ten temat. Widok odpływających statków napełniał
go największą radością. Zacierał ręce, prostował się w krzyżu, pokazywał
sztuczne zęby. Mimo przygniatających upałów chodził zawsze w ciepłym
ubraniu. W fałdy garnituru miał powszywane różańce diamentów. Raz w przypływie zadowolenia, kiedy wydawało się, że FNLA jest już u wejścia
do hotelu, pokazał mi garść przezroczystych kamyków, które wyglądały jak
drobno potłuczone szkło. Były to diamenty. W hotelu mówili, że Silva
nosi na sobie pół miliona dolarów. Stary miał serce rozdarte. Chciał
uciec ze swoim bogactwem, a przykuwała go choroba dony Esmeraldy. Bał
się, że jeżeli nie wyjedzie natychmiast, ktoś doniesie i odbiorą mu jego
skarby. Nigdy nie wychodził na ulicę, chciał nawet wprawić dodatkowy
zamek, ale wszyscy fachowcy już wyjechali i w Luandzie nie było
człowieka, który by potrafił to zrobić.
Naprzeciw mnie mieszkała młoda para - Arturo i Maria. On był urzędnikiem
kolonialnym, a ona spokojną, milczącą blondyną o zamglonych, zmysłowych
oczach. Czekali na wyjazd, ale najpierw musieli wymienić pieniądze
angolańskie na portugalskie, a to trwało tygodniami, bo kolejki do
banków były kilometrowe. Nasza sprzątaczka, żwawa, ciepła staruszka -
dona Cartagina, doniosła mi oburzonym szeptem, że Arturo i Maria żyją na
wiarę. To znaczy, żyją jak Murzyni, jak ci bezbożnicy z MPLA. W jej
skali wartości był to najniższy stopień degradacji i pohańbienie białego
człowieka. Dona Cartagina też czekała na przyjście Holdena Roberto. Nie
wiedziała, gdzie są jego wojska, i pytała mnie skrycie o nowiny. Pytała
także, czy dobrze piszę o FNLA. Mówiłem, że tak, że entuzjastycznie. Z wdzięczności sprzątała mi zawsze pokój na najwyższy połysk, a kiedy w mieście nie było co pić, przynosiła mi - nie wiadomo skąd - butelkę
wody.
Maria traktowała mnie jak człowieka, który przygotowuje się do
samobójstwa, ponieważ powiedziałem jej, że zostaję w Luandzie do dnia
niepodległości Angoli, do 11 listopada. Jej zdaniem do tego czasu z miasta nie pozostanie kamień na kamieniu. Wszyscy zginą i powstanie tu
wielkie cmentarzysko, zamieszkane przez sępy i hieny. Radziła mi, żebym
szybko wyjeżdżał. Zrobiłem z nią zakład o butelkę wina, że przetrwam i że spotkamy się w Lizbonie, w eleganckim hotelu "Altis" 15 listopada, o siedemnastej. Spóźniłem się na to spotkanie, ale w recepcji Maria
zostawiła mi kartkę, że czekała i że następnego dnia wyjeżdżają z Arturo
do Brazylii.
Cały hotel "Tivoli" był zapchany po brzegi i przypominał nasze dworce
tuż po wojnie, wyładowane tłumem, na przemian nerwowym i apatycznym,
oraz stertami byle jak powiązanych tłumoków. Wszędzie pachniało źle,
kwaśno, budynek wypełniała lepka, dławiąca duchota. Ludzie pocili się z gorąca i ze strachu. Panował nastrój apokalipsy, wyczekiwania na moment
zagłady. Ktoś przyniósł wiadomość, że w nocy zbombardują miasto. Ktoś
inny dowiedział się, że w swoich dzielnicach czarni ostrzą noże i chcą
je próbować na portugalskich gardłach. Lada moment miało wybuchnąć
powstanie. Jakie powstanie? - dopytywałem się, żeby napisać o tym do
Warszawy. Nikt nie wiedział dokładnie. Po prostu - powstanie, a co za
powstanie, to się okaże, jak wybuchnie.
Plotka wycieńczała wszystkich, targała nerwy, odbierała zdolność
myślenia. Miasto żyło w atmosferze histerii, dygotało z lęku. Ludzie nie
wiedzieli, jak poradzić sobie z rzeczywistością, która ich teraz
otaczała. Jak ją objaśnić, jak oswoić. Mężczyźni gromadzili się na
korytarzach hotelu i odbywali narady sztabowe. Przyziemni pragmatycy
byli za tym, żeby hotel na noc barykadować. Ci, którzy mieli szersze
horyzonty i zdolność globalnego spojrzenia na świat, uważali, że trzeba
wysłać depeszę do ONZ z apelem o interwencję. Ale wszystko, jak to jest
w latynoskim zwyczaju, kończyło się na dysputach.
Wieczorami latał nad miastem samolot i zrzucał ulotki. Był to samolot
pomalowany na czarno, bez świateł i znaków. Ulotki mówiły, że wojska
Holdena Roberto stoją pod Luandą i że wejdą do stolicy choćby jutro.
Żeby ułatwić to zadanie, wzywa się ludność do wymordowania wszystkich
Rosjan, Węgrów i Polaków, którzy dowodzą oddziałami MPLA i są sprawcami
całej wojny i wszystkich nieszczęść, jakie spadły na umęczony naród.
Działo się to we wrześniu, kiedy w całej Angoli byłem jedynym
człowiekiem z Europy Wschodniej. W mieście grasowali bojówkarze z PIDE,
przychodzili do hotelu, pytali, kto w nim mieszka. Byli bezkarni, w Luandzie nie istniała żadna władza, a oni chcieli mścić się za wszystko,
za rewolucję goździków, za utraconą Angolę, za złamane kariery. Każde
pukanie do drzwi mogło być dla mnie złym sygnałem. Starałem się o tym
nie myśleć, jest to jedyny sposób na takie sytuacje.
Bojówkarze zbierali się w nocnym barze "Adao", obok hotelu. Było tam
zawsze ciemno, kelnerzy chodzili z latarkami. Właściciel baru, gruby,
zniszczony playboy, o oczach przekrwionych, przesłoniętych spuchłymi
powiekami, wziął mnie raz do swojego kantorku. Od podłogi do sufitu
ściany były zabudowane półkami, na półkach stało dwieście dwadzieścia
sześć odmian whisky. Wyciągnął z szuflady biurka dwa pistolety i położył
je przed sobą.
Zabiję tym dziesięciu komunistów i dopiero będę spokojny, powiedział.
Patrzyłem na niego, uśmiechałem się i czekałem, co zrobi. Przez drzwi
słychać było muzykę, bojówkarze zabawiali się z pijanymi Mulatkami.
Gruby schował pistolety i zatrzasnął szufladę. Do dziś nie wiem,
dlaczego zostawił mnie w spokoju. Może należał do ludzi, jakich nieraz
spotykałem, którym większą satysfakcję od zabijania daje świadomość, że
mogliby zabić, a tego nie robią.
Przez cały wrzesień kładłem się spać, nie wiedząc, co stanie się tej
nocy i następnego dnia. Koło mnie kręciło się kilku typów, rozpoznawałem
ich twarze. Spotykaliśmy się ciągle, nie zamieniając słowa. Nie
wiedziałem, co robić. Z początku postanowiłem czuwać, nie chciałem, żeby
mnie zaskoczyli w czasie snu. Ale w połowie nocy napięcie słabło i zasypiałem w ubraniu, w butach, na wielkim łóżku pięknie zasłanym przez
donę Cartaginę.
MPLA nie mogło mnie obronić: ci ludzie byli daleko, w dzielnicach
afrykańskich, albo jeszcze dalej - na froncie. Dzielnica europejska, w której mieszkałem, do nich jeszcze nie należała. Dlatego lubiłem jeździć
na front - tam było bezpieczniej, bardziej swojsko. Jednakże wyjazdy
takie trafiały się rzadko. Nikt, nawet ludzie ze sztabu, nie umiał
dokładnie określić, gdzie jest front. Nie było komunikacji ani
łączności. Samotne, małe oddziały niewprawnych, początkujących
partyzantów, zagubione w ogromnych, zdradliwych przestrzeniach,
poruszały się to tu, to tam, bez planu i myśli. Tę wojnę każdy prowadził
na swoją rękę, każdy był zdany na siebie.
Codziennie, o dziewiątej wieczorem odzywała się Warszawa. W aparacie
teleksu, który stał w recepcji, zapalało się światło i maszyna
wystukiwała sygnał:
814251 pap pl dobry wieczor prosimy
nadawac
albo:
nareszcie udalo nam sie polaczyc
albo:
czy cos dzisiaj dostaniemy? pls ga ga.
Odpowiadałem:
ok ok mom svp
i włączałem taśmę z tekstem depeszy.
Dla mnie godzina dziewiąta była najważniejszą chwilą dnia, była
powtarzającym się każdego wieczora przeżyciem. Pisałem codziennie,
pisałem z pobudek najbardziej egoistycznych, przełamywałem wewnętrzny
bezwład i depresję, żeby zrobić choćby najkrótszą depeszę i utrzymać
łączność z Warszawą, bo to ratowało mnie przed samotnością i poczuciem
opuszczenia. Jeżeli miałem czas, warowałem przy teleksie na długo przed
dziewiątą. Zapalające się światło wzbudzało we mnie taki sam entuzjazm,
jaki w człowieku zagubionym na pustyni wywołuje odnalezione nagle
źródło. Starałem się na wszystkie sposoby przeciągać czas tych seansów.
Opisywałem szczegółowo wszystkie bitwy. Pytałem, jaka jest pogoda w kraju, i skarżyłem się, że nie mam co jeść. Ale w końcu przychodził
moment, kiedy Warszawa odzywała się:
odbior dobry laczymy sie jutro godz. 20
00 gmt dzkb by by
światło gasło i znowu zostawałem sam.
Luanda ginęła inaczej niż nasze miasta w latach wojny. Nie było nalotów,
pacyfikacji, burzenia dzielnicy za dzielnicą. Nie było cmentarzy na
ulicach i placach. Nie pamiętam ani jednego pożaru. Miasto umierało tak,
jak ginie oaza, w której wyschły studnie - pustoszało, zapadało w martwotę, odchodziło w zapomnienie. Ale ta agonia nastąpiła później, na
razie wszędzie panował gorączkowy ruch. Wszyscy spieszyli się, wszyscy
wyjeżdżali! Każdy starał się odlecieć najbliższym samolotem do Europy,
do Ameryki, byle gdzie. Do Luandy ściągali Portugalczycy z całej Angoli.
Z najdalszych zakątków przyjeżdżały karawany samochodów wyładowanych
ludźmi i bagażem. Mężczyźni zarośnięci, kobiety wymięte i rozczochrane,
dzieci brudne i senne. Po drodze uciekinierzy łączyli się w długie
kolumny i tak przemierzali kraj, bo im większa gromada, tym
bezpieczniej. Z początku zajmowali w Luandzie hotele, ale potem nie było
już miejsc, więc kierowali się prosto na lotnisko. Wokół lotniska
powstało koczownicze miasto, bez ulic i domów. Ludzie mieszkali pod
gołym niebem, wiecznie zmoknięci, bo ciągle padały deszcze. Żyli teraz
gorzej niż czarni w sąsiadującej z lotniskiem dzielnicy afrykańskiej,
ale przyjmowali to apatycznie, z ponurą rezygnacją, nie wiedząc, kogo
przeklinać za swój los. Salazar już nie żył, Caetano uciekł do Brazylii,
a w Lizbonie rządy ciągle się zmieniały. Wszystkiemu winna była
rewolucja, bo przedtem panował spokój. Teraz rząd obiecał czarnym
wolność, czarni pobili się między sobą, palą i mordują. Oni nie są
zdolni do rządzenia. Czarny to tak: wypić, a potem spać cały dzień.
Nawiesza na siebie koralików i chodzi zadowolony. Pracować? Tutaj nikt
nie pracuje. Oni żyją jak sto lat temu. Jak sto, panie? Jak tysiąc! Ja
widziałem takich, co żyją jak tysiąc lat temu. A co można wiedzieć, jak
było tysiąc lat temu? Pewnie, że można, każdy wie, jak było. Tego kraju
więcej nie będzie. Mobutu weźmie kawałek, ci z południa wezmą kawałek i tak się skończy. Żeby tylko zaraz stąd odlecieć. Żeby na to więcej nie
patrzeć. Ja tu włożyłem czterdzieści lat pracy. Całą swoją krwawicę. Kto
mi teraz zwróci? Pan myśli, że można zacząć życie od nowa?
Ludzie siedzą na tobołkach okryci plastykiem, bo deszcz siąpi, medytują,
rozważają wszystko. Czasem w tym porzuconym tłumie, który wegetuje tutaj
tygodniami, wybucha iskra buntu. Kobiety pobiją żołnierzy wyznaczonych
do pilnowania porządku, a mężczyźni usiłują porwać samolot, aby świat
dowiedział się, do jakiej rozpaczy zostali doprowadzeni. Nikt nie wie,
kiedy stąd odleci i w jakim kierunku. Panuje kosmiczny bałagan.
Zorganizować Portugalczyków jest trudno, ponieważ są to zdeklarowani
indywidualiści, natury, które nie potrafią żyć w ścisku i we wspólnocie.
Pierwszeństwo mają kobiety ciężarne. Dlaczego one? Czy ja mam być
gorsza, bo urodziłam pół roku temu? Dobrze, pierwszeństwo mają ciężarne
i z niemowlętami. Dlaczego one? Czy mam być gorsza, bo mój syn skończył
trzy lata? Dobrze, pierwszeństwo mają kobiety z dziećmi. Tak? A ja,
dlatego że jestem mężczyzną, mam tutaj zginąć? I oto co silniejsi ładują
się do samolotu, a kobiety z dziećmi kładą się na betonie, pod kołami,
tak żeby piloci nie mogli ruszyć, przychodzi wojsko, wypędza mężczyzn,
każe wsiadać kobietom, one wchodzą po schodkach triumfujące, jak oddział
zwycięzców do nowo zdobytego miasta.
Dajmy najpierw odlecieć załamanym nerwowo. Doskonale, nie trzeba daleko
szukać, żeby nie wojna, już dawno byłbym w domu wariatów. A nas pod
Carmoną napadł oddział dzikusów, wszystko zabrali, pobili, chcieli
rozstrzelać. Do dzisiaj jestem cała rozdygotana. Oszaleję, jeżeli nie
wylecę stąd natychmiast. Moi drodzy, powiem wam tylko tyle, że straciłem
cały dorobek życia. Poza tym, u nas, w Lumbale, dwóch z UNITA trzymało
mnie za włosy, a trzeci przystawił mi lufę do samego oka. Uważam, że
jest to dostateczny powód, żeby postradać zmysły.
Żadne kryterium nie zyskiwało aprobaty ogółu. Zrozpaczony tłum napierał
na każdy samolot, mijały godziny, nim dało się ustalić, kto wreszcie
dostanie miejsce.
Trzeba przewieźć pół miliona uchodźców mostem powietrznym na drugi
koniec świata.
Wszyscy wiedzą, dlaczego chcą wyjechać. Oni wiedzą, że wrzesień da się
przetrwać, ale w październiku będzie już bardzo źle, a listopada nie
przeżyje nikt. Skąd oni to wiedzą? Pan pyta o takie rzeczy! Ja tu
przeżyłem dwadzieścia osiem lat, ja coś mogę powiedzieć o tym kraju. Wie
pan, czego się dorobiłem? Starej taksówki, którą zostawiłem tam, na
ulicy.
Ludzie uciekali, jak przed nadciągającą zarazą, jak przed morowym
powietrzem, którego nie widać, ale które zadaje śmierć. Potem przyjdzie
wiatr i piasek zasypie ślady ostatniego człowieka.
Ty w to wierzysz? pytałem Artura. Arturo nie wierzy, ale jednak woli
wyjechać. A pani, dono Cartagino, pani w to wierzy? Tak, dona Cartagina
jest o tym przekonana. Jeżeli zostaniemy do listopada, to nas nie
będzie. Tu staruszka energicznie przejeżdża palcem po szyi, na której
jej paznokieć pozostawia czerwony ślad.
Różne rzeczy zdarzyły się przedtem, nim miasto zostało zamknięte i skazane na śmierć. Jak chory, który w chwilach agonii nagle ożywia się i na moment wracają mu siły, tak w końcu września życie w Luandzie nabrało
szczególnego wigoru i tempa. Chodniki były zatłoczone, na jezdniach
powstawały korki. Ludzie biegali zdenerwowani, spieszyli się, załatwiali
tysiące spraw. Byle szybko wynieść się, uciec w porę, zanim pierwsza
fala morowego powietrza wtargnie do miasta.
Nie chcieli Angoli.
Mieli dosyć tego kraju, który miał być ich ziemią obiecaną, a przyniósł
im rozczarowanie i poniżenie. Żegnali swój afrykański dom z mieszaniną
rozpaczy i wściekłości, żalu i bezsiły, z poczuciem, że odjeżdżają na
zawsze. Pragnęli tylko ujść z życiem i wywieźć swój dobytek.
Wszyscy byli zajęci budowaniem skrzyń. Zwieziono góry desek i dykty.
Skoczyły ceny młotków i gwoździ. Skrzynie były głównym tematem rozmów -
jak je budować i czym najlepiej wzmacniać. Pojawili się samozwańczy
znawcy - skrzyniarze, domorośli architekci skrzyniarstwa, skrzyniarskie
style, szkoły i kierunki. Wewnątrz Luandy - zbudowanej z betonu i cegły,
zaczęło powstawać nowe, drewniane miasto. Chodziłem teraz po ulicach jak
po wielkim placu budowy. Potykałem się o rozrzucone deski, gwóźdź
wystający z belki rozerwał mi koszulę. Niektóre skrzynie były wielkości
letnich domków, bo wytworzyła się nagle skrzyniarska skala prestiżu - im
kto bogatszy, tym większą budował skrzynię. Imponujące były skrzynie
milionerów - belkowane i wybite od wewnątrz żeglarskim płótnem, miały
ściany solidne i eleganckie, zrobione z najdroższych gatunków
tropikalnego drewna, o słojach tak pięknie przyciętych i tak starannie
spolerowanych, że przypominały antyczne meble. W skrzynie te pakowano
całe salony i sypialnie, kanapy, stoły i szafy, kuchnie i lodówki,
komody i fotele, obrazy, dywany, żyrandole, porcelanę, pościel i bieliznę, wszystkie ubrania, makatki, pufy i wazony, nawet sztuczne
kwiaty (co także widziałem), całą monstrualną i nieprzebraną
rupieciarnię zagracającą dom każdego mieszczucha, a więc figurki,
muszle, szklane kule, flakony, wypchane jaszczurki, metalową miniaturkę
katedry mediolańskiej przywiezioną z wycieczki do Włoch, listy! listy i fotografie, ślubne zdjęcie w złoconych ramach - to może zostawimy, mówi
pan, no wiesz, jak ci nie wstyd, woła oburzona pani - wszystkie zdjęcia
maluchów, a tu jak pierwszy raz usiadł, a tu jak pierwszy raz powiedział
daj, daj, a tu z lizakiem, a tu z babcią, no więc to wszystko, wszystko
dosłownie, bo także skrzynki z winem, ten zapas makaronu, który kupiłam,
jak tylko zaczęli się strzelać, i jeszcze wędka, szydełko, moje nici!
mój sztucer, kolorowe klocki Tutuni, ptaszki, fistaszki, odkurzacz i dziadek do orzechów też muszą się zmieścić, po prostu - muszą i już, tak
żeby zostały tylko goła podłoga, nagie ściany, pełny negliż, strip-tease
mieszkania zrobiony do końca, przy oknie bez zasłon i tylko jeszcze
zamkniemy drzwi i w drodze na lotnisko zatrzymamy się na bulwarze i wrzucimy klucz do morza.
Skrzynie biedoty są gorsze o kilka klas. Są przede wszystkim mniejsze, a często wręcz małe i niepozorne. Nie mogą ubiegać się o znak jakości,
ponieważ ich robocizna pozostawia wiele do życzenia. W przeciwieństwie
do bogaczy, których stać na wynajęcie mistrzów stolarskich, biedota musi
zbijać skrzynie własnymi rękoma. Jako materiał służą jej tartaczne
odpady, ścinki desek, krzywe belki, spęczniała dykta, cała drewniana
tandeta, którą można kupić za grosze w trzeciorzędnym składzie. Wiele z tych skrzyń, obitych blachą z baniek po oliwie, ze starych szyldów i zardzewiałych reklam przydrożnych, wygląda jak rozpadające się slumsy
dzielnicy afrykańskiej. Nie warto zaglądać do ich wnętrza, nie warto i nawet nie wypada.
Skrzynie bogaczy stoją na ważnych śródmiejskich ulicach albo w ocienionych zaułkach luksusowych dzielnic. Można je oglądać i podziwiać.
Natomiast skrzynie biedoty kryją się w bramach, na podwórzach i w szopach. Kryją się do czasu, bo przecież trzeba je będzie przewieźć
przez całe miasto, do portu - i myśl o tym żałosnym widowisku jest
przykra.
Z powodu tej obfitości drewna, które znalazło się w Luandzie, pustynne,
zakurzone miasto, ubogie w zieleń i drzewa, pachnie teraz wspaniałym,
żywicznym lasem. Jakby ten las nagle wyrósł na ulicach, na placach, na
skwerach. Wieczorem otwieram okno, wdycham głęboko ten zapach i wtedy
oddala się wojna, nie słyszę jęków dony Esmeraldy, nie widzę
zniszczonego playboya z dwoma pistoletami i jest mi tak, jakbym spał w leśniczówce w Borach Tucholskich.
Budowa drewnianego miasta, miasta skrzyń, trwa całymi dniami, od świtu
do zmierzchu. Pracują wszyscy, moczeni deszczem, paleni słońcem, nawet
milionerzy, jeśli sprawni fizycznie, przykładają się do roboty. Zapał
dorosłych udziela się dzieciom. One też budują sobie skrzynki na lalki i zabawki. Pakowanie odbywa się pod osłoną nocy. Tak jest lepiej, bo wtedy
nikt nie wtyka nosa w cudze rzeczy, nikt nie będzie liczyć, ile wywożę i czego, a wiadomo, że kręci się dużo takich, którzy wysługują się MPLA i chcieliby donosić.
A więc nocami, w najgłębszych ciemnościach, przenosimy wnętrze
kamiennego miasta do wnętrza miasta drewnianego. Kosztuje to dużo
wysiłku i potu, dźwigania i szamotania się, bólu ramion od upychania
bagażu, bólu kolan od ugniatania rzeczy, ponieważ wszystko musi się
zmieścić, a przecież miasto kamienne było duże, a miasto drewniane jest
małe.
Stopniowo, z nocy na noc, miasto kamienne traciło swoją wartość na rzecz
miasta drewnianego. Stopniowo też zmieniało się myślenie ludzi. Ludzie
przestali myśleć w kategoriach domu i mieszkania i rozprawiali tylko o skrzyniach. Zamiast powiedzieć - muszę iść, zobaczyć, jak tam u mnie w domu - mówili - muszę iść, zobaczyć, jak tam moja skrzynia. Była to już
jedyna rzecz, która ich interesowała i o którą się troszczyli. Ta
Luanda, którą pozostawiali, była dla nich sztywną i obcą makietą, sceną
zabudowaną, ale pustą, jak po skończonym widowisku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki