1. Zamiast przedmowy
Latem 1949 roku Jadwiga Lipowska, moja
przyszła mama, zdała pomyślnie egzamin do Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Zrezygnowała wtedy z posady sekretarki w redakcji "Szpilek"
i, jak pisze w swoich wspomnieniach, poczuła się naprawdę szczęśliwa.
Miałam tylko jeden problem. Już podczas pracy w redakcji Eryk Lipiński
zaczął się mną dziwnie interesować, zbytnio zbliżać. Zostawiał listy w mojej szufladzie, prowokował jakieś rozmowy. Nie odpowiadało mi to.
Kiedy wraz z grupą pracowników redakcji przygotowujących wystawę "Ziem
Odzyskanych" znalazłam się we Wrocławiu, dostałam przydział do jego
ekipy graficznej w charakterze sekretarki-zaopatrzeniowca, co zmuszało
nas do ciągłego kontaktu. Wystawa okazała się wielkim sukcesem. Kontakt
z wybitnymi twórcami, których tam spotkałam, przyspieszył moją decyzję o opuszczeniu redakcji i rozpoczęciu studiów na ASP. Najpierw zajęcia
odbywały się przy ulicy Myśliwieckiej, później już w Pałacu Czapskich na
Krakowskim Przedmieściu róg Traugutta. Nareszcie mogłam uwolnić się od
natrętnej bliskości pana redaktora naczelnego i od zakochanego Janka
Lenicy. Głupia sytuacja, bo oni mnie nie obchodzili.
Minęły już trzy lata mojego małżeństwa z Aleksandrem Bernacińskim, ale
moje życie osobiste stawało się pasmem przeżyć, których nie
przewidziałam. Mój mąż był alkoholikiem. Jego cyniczna rodzina,
szczęśliwie uwolniona od kłopotu dzięki naszemu małżeństwu, nic mi o tym
nie powiedziała. Byłam młoda, naiwna i chciałam, żeby wszystkim było
dobrze. Jak się później dowiedziałam, w czasie wojny dostał kolbą w głowę podczas jakiejś łapanki i od tego czasu cierpiał na dotkliwe bóle,
które zapijał alkoholem. Kiedy nie pił, był normalnym, bardzo zdolnym
grafikiem i dobrym człowiekiem. Ale pił zawsze i żył jakimś podwójnym
życiem. Nie dotrzymywał słowa, podrzucali go pod drzwi pijani, nieznani
ludzie, z którymi przepijał to, co zarobił. Właściwie nigdy nie można
było na nim polegać. To nie było normalne życie, ale wydawało mi się, że
jestem silna, a on - ten mój utalentowany grafik - jest naprawdę dobrym
człowiekiem. Podobno kupił samochód, którego nigdy nie zobaczyłam na
oczy, ale wierzyciele ciągle nachodzili mnie w domu, żądając należności
za auto. Spłacałam ów nabytek przez następne dwa lata. Wydawnictwo
Artystyczno-Graficzne, w którym pracował, świetnie się rozwijało; pensja
grafika wystarczała więc, by żyć na zupełnie przyzwoitym poziomie, ale
alkoholizm był silniejszy od odpowiedzialności i dobrego imienia. On
zresztą, jak każdy uzależniony, uważał, że to ja wymyśliłam ten problem.
Kiedy rozmawialiśmy o rozwodzie, groził, że zabije mnie i siebie, jeśli
kiedykolwiek zdecyduję się go opuścić. Nie wiem skąd, ale zawsze miał
przy sobie broń.
Przy życiu trzymały mnie studia. To był dobry rok - studiowałam grafikę
artystyczną u Tadeusza Kulisiewicza i plakat u Józefa Mroszczaka. W pracowni ogólnej studiowali ze mną Hubert Hilscher, Janek Lenica, Jan
Młodożeniec, Jolanta Barącz, Danka Konwicka - siostra Jana Lenicy i żona
Tadeusza oraz wielu innych, znakomitych twórców. Żyliśmy jak jedna
rodzina w tych niełatwych czasach. Partia decydowała o kierunku studiów,
o życiu wykładowców i studentów. Wyrzucano nieprawomyślnych profesorów,
ja też miałam wylecieć za niewłaściwe pochodzenie. Uratowała mnie Danka
Staszewska, której mąż był szefem Wydziału Prasy w PZPR. Natychmiast po
zakończeniu studiów wróciłam do redakcji "Szpilek", tym razem już na
stanowisko redaktora graficznego przy głównym grafiku Jerzym Zarubie. Ta
malownicza postać towarzyszyła mi od 1945 roku, kiedy jako dziewczyna
bez żadnych kwalifikacji zjawiłam się w redakcji. Był Anglikiem z usposobienia, z żoną Angielką, angielskim poczuciem humoru i talentem
rysownika, jacy rodzą się rzadko i nigdy nie zapominają o dobrych
manierach. Jego mieszkanie było azylem dla niepokornych. Wraz ze mną w dziale graficznym pracowała wnuczka Józefa Mehoffera - Magda Konopkowa i Basia Tyszkiewicz, prowadząca redakcyjne archiwum. Basia mieszkała w Laskach pod Warszawą i z trudem starała się utrzymać siebie i dwoje
dzieci - Beatę i Krzysia.
Niestety wróciłam do redakcji, w której redaktorem naczelnym był wciąż
Eryk Lipiński. Znów był blisko i ciągle starał się przypominać mi, że
nie zrezygnował z interesowania się mną. Znowu zaczęły się jakieś listy,
niby przypadkowe spotkania. Tymczasem w moim małżeństwie było coraz
gorzej. W końcu zdecydowałam się opuścić mieszkanie na Bielanach, gdzie
mieszkałam z niechcianym mężem, i samodzielnie czekać na rozwód.
Przepadły wszystkie moje prace z pięciu lat studiów i zdjęcia z dziewięciu lat wspólnego życia. Zamieszkałam przy ulicy Wroniej, w na
wpół zburzonym domu, w ciasnym pokoju przechodnim przy obcej rodzinie,
bez dostępu do kuchni i łazienki. Eryk dowiedział się, gdzie mieszkam, i zaczął mnie odwiedzać. No i stało się to, co widocznie musiało się stać.
Eryk krążył wokół mie, zapewniał, że tylko mnie kocha i chce ze mną być.
Zdecydował się opuścić żonę i wygodne mieszkanie na Frascati, aby
zamieszkać ze mną na Wroniej. Znałam jego warunki, żonę Ha-Gę i ich
córkę Zuzannę; wiedziałam, czym się różni życie w cieple i dobrobycie od
tego pionierskiego ze mną. Chyba się naprawdę w nim zakochałam,
chodziłam jak odurzona, bez racjonalnej oceny sytuacji. Po trzech
miesiącach wspólnego mieszkania zaszłam w ciążę. Kiedy powiedziałam o tym Erykowi, zaskoczyła mnie jego wściekłość i przerażenie. To mi
wystarczyło. Następnego dnia odesłałam wszystkie rzeczy przyszłego ojca
mojego dziecka tam, gdzie było ich miejsce - na Frascati.
Byłam szalona, otumaniona; wiedziałam przecież, że miał żonę i dziecko,
że powinnam się bronić przed takim toksycznym uczuciem, a jednak się nie
broniłam. Kazał mi usunąć ciążę, więc zdecydowałam się na natychmiastowe
rozstanie i próbę budowania życia w zupełnie innej sytuacji. Zaczęły się
mrozy. W pokoju było tak zimno, że nocą włosy przymarzały mi do ściany,
a na pościeli tworzyła się skorupka ze szronu. Szukałam intensywnie
jakiegoś innego mieszkania i usiłowałam jak najszybciej przeprowadzić
rozwód z mężem alkoholikiem, który nie chciał mi go dać. Zdecydowałam
się więc na rozwód z mojej winy, utraciłam meldunek i sama musiałam
pokryć koszty procesu. Co najgorsze - moje dziecko zgodnie z prawem
miało otrzymać nazwisko Bernaciński. Eryk bowiem nie zgłosił ojcostwa w Urzędzie Stanu Cywilnego i na czas porodu wyjechał do Szwecji. Po prostu
uciekł. Tak skończyło się moje marzenie o miłości, ale trzymała mnie
przy życiu świadomość, że będę miała dziecko. Zostałam sama po słowach
Eryka, które mówiły wszystko: "Ja mam już dziecko, innego nie chcę". Z zimna i wilgoci poważnie zachorowałam. Pomógł mi Zbigniew Mitzner, który
wspólnie z Erykiem kierował "Szpilkami". Zjawił się w moim oszronionym
pokoju, przyniósł coś do jedzenia i załatwił mi nieco lepsze warunki
mieszkaniowe. Gorzej było w redakcji. Nieoczekiwane spotkania z ojcem
dziecka, szepty i uwagi na pewno mi nie pomagały. A ja wciąż
bezskutecznie szukałam mieszkania. W końcu Beata i Krzyś, nastoletnie
dzieci Basi Tyszkiewicz - znalazły i wynajęły mi pokój w Laskach. Bez
wody, ze studnią na podwórzu, ale u cudownej, pięcioosobowej rodziny.
Zbliżał się sierpień, czas rozwiązania. Eryk jest w Szwecji, mieszkam w Laskach, do Warszawy i z powrotem jeżdżę autobusem po kocich łbach i jak
zwykle pracuję bez taryfy ulgowej. Jakaś absurdalna awantura w redakcji,
wyciąganie wody żurawiem ze studni, dojazdy trzęsącym autobusem; trudno
się dziwić, że moje ukochane dziecko miało tego dosyć. No i podjęło
decyzję. Jest 20 sierpnia, upalny wieczór. Nie mam nawet koszuli nocnej,
a muszę jechać do szpitala przy Madalińskiego. Ludzie, u których
mieszkałam, wyskoczyli po taksówkę, zmusiłam się do spokoju i za chwilę
ten nieznany pan wiózł mnie do kliniki, kupując jeszcze po drodze
szczoteczkę i pastę do zębów, a także łyżkę, nóż i widelec, których
szpital nie zapewniał. Dojechaliśmy szczęśliwie, a potem zaczęło się
moje nowe, prawdziwe życie. Mój ukochany, upragniony syn urodził się 21
sierpnia 1955 roku, 20 minut po północy. Od początku sam kierował swoim
życiem, więc urodził się w niedzielę pod znakiem Lwa. Na szczęście poród
był szybki. Kiedy pokazano mi kukiełkę zawiniętą w kocyk, z którego
wystawała olbrzymia grzywa jasnych włosów, zadarty nos z dwiema wielkimi
dziurkami, i ujrzałam bystre, jakby pytające spojrzenie błękitnych oczu
- już wiedziałam, że to nie może być Kuba, chociaż właśnie takie imię
dla niego wybrałam. Raczej przypominał Tomka Sawyera, więc natychmiast
zdecydowałam, że może nazywać się tylko Tomek. Od tej chwili został
Tomkiem na resztę życia i mam nadzieję, że tego nie żałuje.
2. Pierwsze lata na latawcu
Podczas dwóch tygodni spędzonych w szpitalu, zamiast ojca, który czmychnął za granicę, odwiedzały mamę
koleżanki z redakcji. Kiedy ją wypisywano, w rolę taty wcielił się
Anatol Potemkowski, satyryk piszący do "Szpilek". Wraz z redakcyjnymi
koleżankami zawieźli nas do Lasek. Gospodyni, u której mieszkaliśmy,
postarała się dla mamy o pomoc swojej szwagierki, miejscowej położnej.
Warunki były surowe. Wodę trzeba było ciągnąć ze studni żurawiem. Był
problem z gotowaniem, bo mamie, jako niezameldowanej, nie przysługiwał
przydział reglamentowanego wówczas węgla. Dopóki było ciepło, pieluchy
suszyły się na płocie. Gdy lato się skończyło, pieluchy schły w pokoju,
dosuszane nocą przez mamę ciepłem jej ciała. Była słaba, źle się czuła,
wciąż miała zawroty głowy. Okazało się, że ma poważną anemię. Straciła
pokarm, a ja, ciągle głodny, nie przestawałem płakać - ani w dzień, ani
w nocy. To nie był czas, kiedy mleko dla niemowląt można było kupić w sklepie na rogu. Życie uratowała mi krowa gospodyni, która - jak się
okazało - wykarmiła także jej dzieci. Dzięki rozcieńczonemu krowiemu
mleku podgrzewanemu nad płomieniem świecy stopniowo odzyskiwałem siły i w końcu przestałem płakać.
Idę po ulicy,
Naokoło nie ma nic.
Jest północ, a ja szukam słońca,
Jest ciemno i nie widać końca
Nocy.
Nie miałem łóżeczka, spałem w dużym wiklinowym koszu na bieliznę,
odpowiednio wymoszczonym. Tymczasem zawilgocona od suszących się pieluch
izba z wolna zaczęła pokrywać się pleśnią. Zbigniew Mitzner,
współzałożyciel "Szpilek" w 1935 roku, a teraz zastępca redaktora
naczelnego, okazał się dobrym duchem, pojawiającym się raz po raz w krytycznych chwilach i niosącym nam upragnioną pomoc. Przede wszystkim
przeprowadził męską rozmowę z moim ojcem, który zdążył już wrócić ze
Szwecji. Zobligował go do poszukiwania dla nas jakiegoś lokum, które
nadawałoby się do życia. Nie na wiele się to zdało. Po wojennych
zniszczeniach mieszkań brakowało, a samotna matka z niemowlęciem nie
była atrakcyjną lokatorką. Ojciec nie miał ochoty mnie widzieć, miał
wręcz pretensję do mamy o to, że wmieszała w to wszystko Mitznera.
Premier Józef Cyrankiewicz dysponował pulą mieszkań dla artystów, a w jednym z nich, niewielkiej kawalerce przy ulicy 3 Maja, mieszkał Jan
Lenica, kolega mamy ze studiów, właśnie wyjeżdżający do Paryża, gdzie
czekała go wielka kariera. Jego podróż zaplanowana była na luty 1956
roku, zimę trzeba było więc przetrwać w Laskach. Mama często wspominała
później wsparcie i serdeczną pomoc udzielaną jej przez mieszkającą obok
Barbarę Tyszkiewicz i jej dwoje nastoletnich dzieci. Często ją
odwiedzali, opiekując się mną w razie potrzeby. Z pewnością dzięki nim
czuła spokój i siłę podczas tych trudnych, zimowych miesięcy. Kiedy
zachorowałem na zapalenie ucha środkowego, mama całymi nocami nosiła
mnie na rękach, chodząc w tę i z powrotem po zimnym pokoju. Znów jakiś
dobry człowiek załatwił lekarza, dostałem lekarstwa i zacząłem zdrowieć.
Mama nareszcie mogła się wyspać i odpocząć, a ja uniknąłem utraty
słuchu.
W końcu nadszedł wyczekiwany luty - czas przeprowadzki do kawalerki po
Lenicy. Z trudem i całkowicie nielegalnie załatwiona ciężarówka, na co
dzień rozwożąca prasę, została załadowana naszym skromnym dobytkiem.
Mama z półrocznym niemowlęciem wdrapała się do wyziębionej szoferki i późnym sobotnim wieczorem wyruszyliśmy z Lasek do Warszawy. Jechaliśmy
wąską, pokrytą lodem i nieoświetloną drogą, podczas zadymki dodatkowo
ograniczającej widoczność, w rozklekotanej ciężarówce, której
zdenerwowany szofer ryzykował co najmniej utratę pracy, gdyby go
złapano. Zmarznięci dotarliśmy wreszcie do celu i wydawało się, że
najgorsze za nami. Mama próbuje włożyć klucz do zamka. Bezskutecznie.
Czy to na pewno te drzwi? Tak, wszystko się zgadza. Mój płacz budzi
sąsiadów i okazuje się, że do mieszkania włamał się jakiś cwaniaczek,
który następnie powymieniał zamki. Bywało tak, gdy ktoś się zorientował,
że mieszkanie stoi puste, choćby tylko przez kilka dni.
Wezwana milicja gotowa była podjąć jakiekolwiek działania dopiero w poniedziałek. Tymczasem jest noc z soboty na niedzielę, a my znów nie
mamy się gdzie podziać. Zdesperowanej mamie udaje się nakłonić kierowcę
do zawiezienia nas w jedyne miejsce, jakie przychodzi jej do głowy - na
plac Trzech Krzyży 16, do redakcji "Szpilek". Cudem przekonuje nocnego
stróża, by nas wpuścił, i tak koczujemy do poniedziałkowego poranka.
Wtedy znowu pojawia się nasz dobry duch, Zbigniew Mitzner, i szybko
załatwia pokój w nowiutkim hotelu MDM przy placu Konstytucji. Oficjalnie
nie wolno tam było mieszkać z niemowlętami. Obowiązywał także przepis,
nakazujący wszystkim lokatorom hotelu co dwa dni występować o nowe
pozwolenie na pobyt. Decydował o tym osobiście towarzysz Jerzy Albrecht,
kierujący sejmową Komisją Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej. Mitzner
udał się więc do premiera Józefa Cyrankiewicza, który znał się z moim
ojcem z Auschwitz, a on wpłynął na Albrechta, by w drodze wyjątku
pozwolił mamie zamieszkać w hotelu. Udało się. Mieliśmy dach nad głową.
Mama urządziła mi spanie na hotelowym łóżku, a sama spała na dwóch
dostawionych do łóżka krzesłach. Sprzątaczki ukradkiem pomagały jej
prać, suszyły u siebie pieluchy i ukrywały nielegalną elektryczną
maszynkę do gotowania. To była namiastka domu, ale bardzo tymczasowa i nie rozwiązywała naszego podstawowego problemu. I znów znalazł się anioł
w ludzkiej postaci. Tym razem była to Olga Siemaszkowa, ilustratorka
książek dla dzieci i bliska znajoma mojego ojca. Zaproponowała mamie
tymczasowy pobyt w willi komunistycznego dyplomaty i polityka Wiktora
Grosza. Państwo Groszowie dobrze znali naszą sytuację, ponieważ skandal
z popularnym Erykiem Lipińskim w roli głównej był głośny w Warszawie.
Zdjęci współczuciem dla mamy zgodzili się nas przyhołubić. Chcąc nie
chcąc, po pewnym wahaniu mama propozycję przyjęła. W końcu mogła
przestać żyć w bezustannym napięciu i w strachu, że znów będziemy
bezdomni. Od tej chwili wydarzenia zaczęły nabierać tempa.
Bezinteresowne działania ludzi dobrej woli, a także bliska znajomość
Grosza z Cyrankiewiczem przyniosły szczęśliwą odmianę losu. Latem
przyznano mamie maleńkie służbowe mieszkanie na nowowybudowanym osiedlu
Latawiec, tuż koło placu Zbawiciela - jeden pokój o powierzchni
dziesięciu metrów kwadratowych, do tego pięciometrowa kuchenka, maleńka
łazienka i przedpokój - razem dwadzieścia cztery metry na czwartym
piętrze, w domu wciśniętym między dwie sąsiednie kamienice, z oknami
wychodzącymi na tyły alei Wyzwolenia. To była radykalna i szczęśliwa
odmiana losu.
Nadeszła Wigilia 1956 roku, pierwsza w naszym małym mieszkanku.
Spędziliśmy ją z Barbarą Tyszkiewicz i jej dziećmi. To był ich pomysł.
Jej siostra przysłała z Anglii różne niespotykane w PRL-u łakocie, które
obok maminego barszczu z uszkami znalazły się na świątecznym stole. Stół
to może za dużo powiedziane, bo go nie było - talerze stały na podłodze,
a pod nimi leżały serwetki. Ten serdeczny gest trojga wspaniałych osób
dał mamie poczucie normalności, radości z domowej atmosfery, a także
świadomość, że pomimo wszystko nie jest całkiem sama.
Moje najwcześniejsze wspomnienia to prawie puste mieszkanie, a w nim
tylko rajzbret, czyli stół kreślarski, przy którym mama pracowała,
tapczan i moje luksusowe, metalowe, białe czechosłowackie łóżko z opuszczaną po bokach siatką - prezent od Groszów. Mamę przeniesiono
wkrótce służbowo do redakcji tygodnika "Świat", wzorowanego na
amerykańskim magazynie "Life", ale kontynuującego także tradycję pisma,
jakie ukazywało się pod tym tytułem przed wojną. Pomagała mamie pani
Ala, na co dzień sprzątająca w "Szpilkach". Podobno bardzo ją lubiłem,
ale jej nie pamiętam, wiem to tylko od mamy. Któregoś dnia pani Ala
musiała mnie zabrać ze sobą do "Szpilek", gdzie wywołałem małą sensację,
bowiem wszyscy oczywiście wiedzieli, co to za niemowlę i kto jest jego
ojcem. Ojciec też się tam pojawił ze słowami: "O, jakie śliczne dziecko!
To pani?". Riposta pani Ali była bezlitosna: "Nie, to pana!".
Jednak dopiero po trzech latach, podczas wytoczonej przez mamę sprawy o ustalenie ojcostwa, odpowiednio zmotywowany przez partię tata zdecydował
się potwierdzić, że jestem jego synem. Redaktorowi naczelnemu poczytnego
tygodnika nie wypadało już dłużej funkcjonować w atmosferze skandalu.
Przez pierwsze trzy lata życia nosiłem więc różne nazwiska. Najpierw,
zgodnie z prawem, byłem Tomaszem Bernacińskim, po niesławnym, pierwszym
mężu mamy. Dość szybko jednak udało się mnie urzędowo przemianować na
Tomasza Lipowskiego, zgodnie z panieńskim nazwiskiem mamy - i to już
pamiętam dobrze. Gdy miałem trzy lata, wyrokiem sądu nadano mi
oficjalnie nazwisko faktycznego ojca. Właściwie powinienem nazywać się
Tomasz Rawicz Lipiński. Mój dziadek tak się podpisywał, dodając rodowy
przydomek, pomimo lewicowych poglądów. Tak też przed wojną podpisywał
się tata. Stąd skrót "erl" - Eryk Rawicz Lipiński, którym sygnował swoje
prace także w Polsce Ludowej. Jako członek partii i redaktor naczelny
nie chciał prawdopodobnie prowokować ewentualnych kłopotów pełnym
przydomkiem herbowym w nazwisku, dlatego i ja go nie odziedziczyłem.
Minęło jeszcze sześć długich lat, zanim zdecydował się mnie poznać. Do
tego czasu był dla mnie tylko twarzą na fotografii paszportowej i autorem ilustracji do książek dla dzieci. Lubiłem je, zwłaszcza te do
Śniadania króla Alana Alexandra Milnego. W tamtych latach coroczne
Kiermasze Książki organizowane były w Alejach Ujazdowskich. Wzdłuż
ogrodzenia Parku Ujazdowskiego ustawiano stragany, a w nich można było
kupić książki nie zawsze dostępne na co dzień w księgarniach, spotkać
autorów i dostać ich autograf. Kończyłem cztery lata, gdy mama wpadła na
dość ryzykowny pomysł zabrania mnie tam i pokazania ojcu, który miał w jednym ze stoisk podpisywać książki ze swoimi ilustracjami. W drodze na
kiermasz byłem mocno zdenerwowany, chyba udzielały mi się także emocje
mamy. Gdy dotarliśmy do celu, okazało się, że taty tam nie ma. Czy mamie
z wrażenia pomyliły się godziny, czy też on opuścił stoisko wcześniej -
nie wiem. Poczułem ulgę przemieszaną z rozczarowaniem. Nie wiedziałem,
cieszyć się czy martwić, ale najwyraźniej nie był to jeszcze ten czas.
Wokół wszystko było nowe. Kiedy się tam sprowadziliśmy, ulicę Natolińską
w jej powojennym przebiegu dopiero wytyczano. Buldożery wyrównywały
powierzchnię, usypując pod naszymi oknami wysoką hałdę ziemi. Potem
położono chodniki, jezdnię pokryto wszechobecnymi wówczas sześciokątnymi
trylinkami, a wzdłuż ulicy posadzono małe drzewka. Dziś sięgają dachów
okolicznych domów. Przyglądałem się z okna, jak budowano ten fragment
nowej Warszawy - długi, lekko zaokrąglony budynek po wschodniej stronie
ulicy i ten nieco późniejszy, ciemnoszary, na rogu Koszykowej. Na wprost
naszych okien stała przedwojenna secesyjna kamienica, niegdyś perła
ulicy Służewskiej, teraz samotna, odarta z ozdób i tynku, zagubiona na
tyłach nowej alei Wyzwolenia. W końcu i ją zburzono, a wtedy armia
pluskiew pozbawionych naturalnego habitatu zaatakowała okoliczne domy, w tym nasz. Wchodziły przez wywietrznik do pokoju i spadały nam na głowy.
Było ich mnóstwo. Dopiero zamurowanie wywietrznika i pomalowanie ścian
farbą zmieszaną z DDT położyło kres inwazji. Prawdopodobnie byliśmy
także nieźle podtruci tą niezwykle szkodliwą substancją, ale w tamtych
latach stosowano ją powszechnie przeciw insektom i nikt się nie martwił
jej toksycznym działaniem.
Długo nie zaczynałem mówić. Miałem już prawie dwa lata, a wciąż
zastępowałem słowa nieartykułowanymi dźwiękami. Budziło to
zaniepokojenie mamy, obawiającej się jakichś wad rozwojowych wynikłych z jej trudnych warunków i stresu podczas ciąży. Nie wiedziała, że po
cichu, ukradkiem wszystko dokładnie układam sobie w głowie. Coraz lepiej
rozumiałem znaczenie słów, ich wzajemne relacje, porządek łączenia ich w zdania tak, żeby to, co chce się powiedzieć, było jasne, komunikatywne i zrozumiałe dla słuchającego. Jednak nie ujawniałem tego i nie mówiłem na
głos. Wszystko się zmieniło, gdy pewnego razu wlazłem za ciężką szafę u jednej z koleżanek mamy i nie mogłem się stamtąd wydostać. Z ogromnym
trudem, po dłuższej chwili wydobyły mnie jakoś z opresji, a wtedy ja,
znienacka, pełnymi zdaniami wyraziłem swoje głębokie niezadowolenie z faktu, że to trwało zbyt długo, używając wielu słów, których nikt nie
spodziewał się usłyszeć od małego dziecka. Skoro już zdecydowałem się
mówić, mówiłem dużo, wyraźnie czerpiąc z tego przyjemność. Podobno
wyrażałem się też zbyt elokwentnie jak na malucha. Mając cztery lata,
odwiedziłem z mamą czteropokojowe mieszkanie jej znajomej z redakcji,
gdzie głośno wyraziłem swoją dezaprobatę: "Co? Cztery pokoje?! To
doprawdy przesada!". Szybko też nauczyłem się czytać i czytałem
dosłownie wszystko. Nie pozwalano mi tylko wertować gazet ze względu na
mały druk, który - jak się obawiano - mógł uszkodzić mój młody wzrok.
Kiedy pani Ala wyemigrowała do Francji i wyszła tam za mąż, zastąpiła ją
pani Maria, dla wygody wciąż nazywana przeze mnie Alą. Długo myślałem,
że Ala to zdrobnienie od Marii. Moja nowa opiekunka w przeciwieństwie do
oryginalnej pani Ali była starszą kobietą i nie cieszyła się moją
sympatią. Zdaje się, że było to uczucie odwzajemnione. Byłem niejadkiem,
toteż pani Maria dręczyła mnie, każąc zjadać wszystko, co położyła na
talerzu, nawet gdy były to ohydne, dogorywające w wystygłym tłuszczu
ziemniaki. Sadzała mnie na drewnianym kuchennym blacie pod oknem, z którego widać było Park Ujazdowski - domy przy placu Na Rozdrożu dopiero
budowano - i jak złą mantrę powtarzała: "No jedz-żeż wreszcie, czemu
niej-jesz?".
Do dziś dźwięczy w uszach ta dziwna intonacja, przywołując nieprzyjemne
emocje. Wprawdzie pani Maria pomogła mi nauczyć się czytać i wyręczała
mamę w domowych obowiązkach, ale akceptowałem ją tylko dlatego, że
musiałem.
Mama, zauważywszy to, próbowała mnie posłać do przedszkola. Wokół było
ich kilka, obsługujących gigantyczny wyż demograficzny naszego
pokolenia. Zgraja rozwrzeszczanych dzieciaków to było jednak stanowczo
za dużo dla mojej nadwrażliwości. W ogóle kontakty z ludźmi, nawet
dorosłymi, często stanowiły dla mnie wyzwanie ponad siły. Kiedy ktoś nas
odwiedzał, starałem się ukryć, a wołanie mamy: "Tomku, chodź się
przywitać!", było torturą. Potrafiłem zwymiotować na zawołanie, żeby
tylko nie musieć iść do przedszkola i przeżywać koszmaru niedogotowanych
kaszek, widoku dziecięcych rajstopek w kolorze kupy, przymusowego
leżakowania i przemocy wychowawczyń. Mama robiła, co mogła. Załatwiła
nawet ekskluzywne przedszkole na Muranowie w zabytkowym pałacu
Działyńskich, do którego woził mnie redakcyjny kierowca "Świata", pan
Gładecki. Nie pomogło. Śniło mi się, że w przedszkolnej szatni mieszka
smok, którego się bałem.
Budynek przedszkola otoczony był przez pagórki gruzów getta, na których
po wojnie szybko pobudowano nowe domy mieszkalne. Ta część Muranowa jest
w istocie nieuprzątniętym cmentarzyskiem, a pod gruzami pozostawiono
zwłoki poległych podczas hitlerowskiej okupacji i likwidacji getta. Do
dziś nie lubię tamtędy chodzić, czując jakąś śmiertelną emanację zionącą
spod ziemi. Wolałem siedzieć w domu, budować ogromne konstrukcje z kolorowych drewnianych klocków, słuchać radia, czytać i rysować. Pani
Maria pojawiała się i znikała. Kiedy w pierwszej klasie poszedłem na
swoją pierwszą lekcję angielskiego i nauczyłem się pierwszych
angielskich słów: a hen, a boy, a book, byłem z tego bardzo dumny. Po
powrocie do domu opowiedziałem o tym pani Marii, ale ona, gdy usłyszała
słowo book, zesztywniała, wzniosła oczy do nieba i groźnie odparła:
"Jak śmiesz? Nie bluźnij! Bóg jest jeden!".
Często zostawałem więc sam w domu, zaopatrzony w termos z ciepłą herbatą
i kanapki. Na szczęście mieliśmy coś, co w tamtych latach było
niezwykłym luksusem - telefon. Praca w redakcji tygodnika "Świat"
wymagała dyspozycyjności, toteż przyznano nam telefon służbowy o numerze
219574. Był to tak zwany telefon towarzyski - dwóch abonentów
podłączonych do jednej linii. Szybko nauczyłem się rozkręcać czarny
aparat z zielonym guziczkiem, niezbędnym przy takim rozwiązaniu, i umiejętnie spinać dwa druciki, co pozwalało podsłuchiwać rozmowy
prowadzone z tego drugiego aparatu. Naszym telefonicznym towarzyszem był
pewien dziennikarz sportowy, godzinami dyktujący teksty komuś w swojej
redakcji. Mama denerwowała się wtedy, bezskutecznie próbując dodzwonić
się do domu i sprawdzić, czy wszystko ze mną jest w porządku. Kiedy
mogła, urywała się na krótko ze "Świata" i pędziła taksówką z Nowego
Światu na Latawiec. Pomimo że lubiłem spędzać czas w samotności,
cieszyłem się z jej niespodziewanych wizyt.
Wśród znajomych z redakcji byłem znany jako "dziecko wychowywane przez
telefon". Aby uchronić mnie przed wypadnięciem z okna na czwartym
piętrze, mama uplotła sieć z grubej wędkarskiej żyłki i solidnie
przymocowała ją do framugi. Dzięki temu rozwiązaniu, jeśli spadałem z parapetu, to do wewnątrz. Ocaliło mi to życie, ale nie uniknąłem
złamania żeber, co zresztą przydarzyło mi się w późniejszym życiu
jeszcze parokrotnie. Oto cena przedwczesnej samodzielności, dla której
nie było alternatywy. Zdaje się, że od wczesnego dzieciństwa, gdy coś
postanowiłem, nie istniała siła, która by mnie od tego odwiodła.
W pewnej chwili moje coraz mniejsze dziecinne łóżeczko zostało
zastąpione aluminiowym łóżkiem polowym, na dzień składanym i chowanym w kąt łazienki. Musieliśmy się jakoś zmieścić w maleńkim,
dziesięciometrowym pokoju, w którym nie było ani jednego kąta prostego.
Oprócz rajzbretu i tapczanu pojawił się w nim także niewielki fotelik
zwany Liskiem, hit PRL-u zaprojektowany przez Józefa Chierowskiego.
Jedną ze ścian pokryły drewniane półki na książki ze Spółdzielni Ład, a w ścianę naprzeciw okna wbudowana była biała szafa. Na kąt dla dziecka
po prostu nie było miejsca. Pomimo to nasz mikroskopijny apartament
wydawał mi się ogromny. Nie przeszkadzała mi także konieczność
codziennego rozkładania łóżka wieczorami i składania go o poranku. Nawet
mnie to bawiło.
Dopiero gdy poszedłem do szkoły, pojawiła się paląca potrzeba stworzenia
mi jakiegoś miejsca, gdzie miałbym choć odrobinę prywatności i warunki
do odrabiania lekcji. Nasz sąsiad, pan Bachura, parający się drobnymi
naprawami oraz malowaniem i remontowaniem mieszkań, dokonał istnego
cudu. W mikroskopijnej kuchni przesunął nieco zlew, zlikwidował
drewniany parapet i szafkę pod oknem, przebił się do przedpokoju,
tworząc tam niszę, w której zmieściła się lodówka - prawdziwy luksus
tamtej epoki. W ten sposób kuchnia się nieco powiększyła, ale mama wciąż
kombinowała, jak by tu ją zaadaptować na moje potrzeby. Najpierw kupiła
wersalkę, ale to nie był dobry pomysł. Mebel był stanowczo za duży i chociaż się zmieścił, to nie było już miejsca na cokolwiek innego.
Trzeba było wersalkę oddać z powrotem do sklepu. W pobliskim warsztacie
stolarskim mama obstalowała więc konstrukcję, składającą się z płyty
wiórowej i przemyślnego stelaża. Powiedziała stolarzowi, że to deska do
cięcia papieru, przez co, jak twierdziła, zapłaciła mniej, niż gdyby
zdradziła mu, że to tapczan. Wymierzony co do centymetra, zmieścił się
między zlewem, oknem i dwiema przeciwległymi ścianami. Miał sto
osiemdziesiąt pięć centymetrów długości i może z dziewięćdziesiąt
szerokości. Uzupełniony o materac z gąbki, stał się miejscem, na którym
spędziłem kolejnych dwanaście lat.
Kiedy urosłem, osiągając docelowy wzrost stu osiemdziesięciu pięciu
centymetrów, mieściłem się idealnie, czubkiem głowy dotykając jednej
ściany, a podeszwami stóp - drugiej. Pod oknem wmontowane zostały
niewielkie półki, a po drugiej stronie tego legowiska stał stolik ze
składanym blatem, nad którym znajdowała się jeszcze jedna mała półka.
Oczywiście były i szafki kuchenne nad zlewem, jeszcze jedna mała
półeczka między zlewem a drzwiami, i jeszcze jedna wysoka półka na
książki. Była tam też czteropalnikowa kuchenka gazowa z piecykiem,
wciśnięta we wnękę po prawej stronie drzwi, a nad nią i koło niej
kolejne półki i szafki kuchenne. Wszystko to zmieściło się na pięciu
metrach kwadratowych wyłącznie dzięki pomysłowości mamy i umiejętnościom
sąsiada. Pokój, będący jednocześnie kuchnią, szybko stał się popularny
wśród kolegów, którzy odwiedzali mnie, by na własne oczy zobaczyć to
niezwykłe pomieszczenie. Wieczorami, leżąc na tapczanie i wpatrując się
w niebo, wyobrażałem sobie, że to kajuta wielkiej stacji kosmicznej.
Później, już w czasach licealnych, gdy na blacie obok zlewu pojawił się
stereofoniczny gramofon, wkładałem głośniki pod deskę z materacem,
tworząc gigantyczny subwoofer, będący zmorą sąsiadów.
Sporo chorowałem. Mógł to być skutek ciężkich przejść w życiu płodowym i wkrótce po urodzeniu, ale myślę, że było to także wołanie o poświęcenie
mi większej uwagi przez wiecznie zapracowaną i, pomimo chęci, nie mającą
dla mnie dość czasu mamę. Urodziłem się z płaskostopiem. Przez wiele lat
nosiłem specjalnie wymodelowane, skórzane wkładki do butów, zmieniane w miarę powiększania się moich stóp. W czwartej klasie ciężko zachorowałem
na odrę. Wtedy jeszcze na nią nie szczepiono. Nie mając innego wyjścia,
mama zostawiała mnie samego w domu, dzwoniąc co godzinę i sprawdzając,
czy wszystko jest w porządku. Przez ponad miesiąc nie chodziłem do
szkoły, a wysypkę miałem na całym ciele, nawet w krtani. Straciłem głos,
mogłem jedynie szeptać. Żeby zbić wysoką gorączkę, mama wkładała mnie do
wanny z zimną wodą. W końcu wyzdrowiałem, ale bardzo mnie to wyczerpało
i osłabiło. Cierpiałem także na chroniczne zapalenie spojówek, tak
dotkliwe, że mama musiała mi rano odmaczać oczy wacikami nasączonymi
herbatą, żebym mógł rozewrzeć sklejone ropą powieki. Trwało to latami.
Ta przykra i uciążliwa przypadłość ustąpiła dopiero, gdy dorosłem. Od
najwcześniejszych lat miałem też migreny, którym nieraz towarzyszyły
wymioty. Nikt nie znał przyczyny, ale myślę, że to rezultat
emocjonalnego ciśnienia, które rozsadzało mnie od środka.
To była moja codzienna udręka - emocje, z którymi nie dawałem sobie
rady, jakbym zawsze stał na krawędzi przepaści. Wystarczał najsłabszy
impuls, bym spadał w otchłań rozpaczy i cierpienia. Na zewnątrz
objawiało się to wielogodzinnym płaczem albo napadami furii, w której
zabawki roztrzaskiwały się o ściany. Furii, będącej głośnym wołaniem o pomoc, którego nikt nie słyszał. Jednym z najgorszych doświadczeń, jakie
pamiętam, były podróże zatłoczonymi autobusami. Głowę miałem na
wysokości krocza osób dorosłych, a z higieną było wówczas bardzo, ale to
bardzo źle. Wpadałem wtedy w rozpacz, a mama mówiła: "Jak się nie
uspokoisz, to wysiadamy i idziemy piechotą". Niczego nie pragnąłem
bardziej, niż wysiąść i iść piechotą, toteż zaczynałem wrzeszczeć i wierzgać jeszcze bardziej, by jej groźba spełniła się jak najprędzej.
Pewnego dnia, siedząc samotnie w domu, wysłuchałem audycji radiowej, w której bohater umierał na gruźlicę i pluł krwią. Moja wybujała
wyobraźnia sprawiła, że aż do powrotu mamy z pracy zanosiłem się płaczem
i wiele trudu włożyła w uspokojenie mnie. Wciąż na coś wpadałem, co mama
kwitowała słowami "radarek nie działa", a ja nie miałem pojęcia,
dlaczego tak się dzieje. Dlaczego wszystko jest tak niemiłosiernie
intensywne? Dlaczego niektórzy ludzie budzą we mnie tak wielki lęk, że
przed nimi uciekam i staram się ukryć? Dlaczego obcowanie z innymi jest
bolesne i pełne zagadek, na które odpowiedzi nie znam? Dlaczego raz po
raz pochłania mnie czarna rozpacz albo wybucham jak bomba atomowa,
niszcząc wszystko wokół? Tak było od zawsze i znikąd nie nadchodziła
pomoc.
Pomimo to byłem bardzo samodzielnym dzieckiem. Samodzielnym i samotnym z wyboru. Nie ciągnęło mnie do kontaktów z rówieśnikami, którzy biegali po
podwórku i strzelali do siebie z patyków. W domu było dużo książek, a wśród nich istna wspaniałość - wydana na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku wielotomowa niemiecka encyklopedia Meyers
Konversations-Lexikon. Pełno w niej było wspaniałych rycin, kolorowych
plansz, a całość złożono niemiecką frakturą, dzięki czemu nauczyłem się
czytać także ten archaiczny krój pisma.
Jak każde dziecko zadawałem mnóstwo pytań, na które mama nie zawsze
znała odpowiedź. Kupowała więc książki, a ja chłonąłem z nich wiedzę
niemal obsesyjnie. Chciałem wiedzieć wszystko. Świat jawił mi się jako
nieskończony zbiór zagadek, spośród których największą tajemnicę
stanowiłem ja sam - moje dziwne reakcje i emocje, których nie
pojmowałem, a przede wszystkim wciąż towarzyszący mi podskórny,
bezkształtny lęk, który szukał dla siebie uzasadnienia w otaczającej
mnie rzeczywistości.
Czytałem mnóstwo, a nad powieści przedkładałem encyklopedie, słowniki i albumy z reprodukcjami dzieł sztuki. Trylogię Sienkiewicza
przeczytałem z zainteresowaniem, ale bez entuzjazmu. Nie lubiłem
literatury rosyjskiej, depresyjnej i mrocznej. Znacznie bardziej podobał
mi się Faraon Bolesława Prusa. Na Balzaca byłem jednak za młody,
natomiast zaczytywałem się w Lemie, a później w Hemingwayu. Jednak jako
dziecko najbardziej chyba lubiłem książki Juliusza Verne'a, a zwłaszcza
20 000 mil podmorskiej żeglugi i jej, jakbyśmy dziś powiedzieli,
sequele. Bardzo żałowałem, że nie było już na mapach białych plam, bo
marzył mi się los odkrywcy. Być może dlatego sens mojemu późniejszemu
życiu nadawało odkrywanie rzeczywistości wewnętrznej. Zewnętrzna została
już odkryta i opisana, przynajmniej tak mi się zdawało.
Wielką pasją najwcześniejszych lat mojego życia były proste, kolorowe,
drewniane klocki. Miałem ich w różnych rozmiarach całe pudło. Pod
nieobecność mamy budowałem z nich wielkie, rozłożyste konstrukcje,
nierzadko prawie tak wysokie jak ja. Zajmowały większość powierzchni
maleńkiego pokoju, a mamie żal było je burzyć. Mieliśmy więc rytuał.
Mama, wróciwszy z redakcji, wydawała komendę "burzymy!" i ze śmiechem
niszczyliśmy moje dzieło, a klocki, upadając na podłogę, wydawały
radosny klekot. Nie było powodu się martwić, mogłem przecież następnego
dnia zbudować kolejny wielokolorowy pałac. Po latach ten rytuał
skojarzył mi się z tybetańskimi mandalami - pracowicie, całymi dniami
usypywanymi z kolorowego piasku, a następnie w kilka chwil uroczyście
niszczonymi. Coś pojawia się z niczego i powraca do stanu sprzed
pojawienia się. Pustka jest formą, a forma pustką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki