1. Noc bez końca
Robert zaparzył kawę.
Gapiliśmy się przez okno na iglicę Pałacu Kultury, zastanawiając się, co
dalej. Powoli docierał do nas sens tych dwóch złowrogich słów: "stan
wojenny". Godzina policyjna, w nowomowie PRL-u nazwana milicyjną,
zamykała nas w domach po dwudziestej drugiej. Wojsko i milicja miały
prawo strzelać, gdybyśmy nie zdążyli na czas zniknąć z ulic. Warszawa
stała się miastem zamkniętym. Na rogatkach ustawiono zapory obsadzone
przez wojsko i Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej, czyli ZOMO.
Na dworcach patrole sprawdzały, czy nieliczni podróżni mają odpowiednie
przepustki zezwalające na podróż. Telefony nie działały już od
poprzedniego wieczora. Radio i telewizja powtarzały w kółko przemówienie
generała. Dzieci płakały, bo nie było Teleranka. Wszystkie
restauracje, kawiarnie i kluby zostały pozamykane. "Solidarność"
zdelegalizowano. W ciągu tej jednej nocy cały kraj teleportowano w całkiem inną rzeczywistość. W naszej młodzieńczej naiwności zupełnie się
tego nie spodziewaliśmy. A jednak to wszystko działo się naprawdę.
Po ósmej postanowiłem pojechać do mamy. Z Pańskiej przemknąłem pomiędzy
domami przy Emilii Plater i wyszedłem prosto na wielki, pusty plac za
Dworcem Centralnym, gdzie była pętla autobusowa - tam, gdzie dziś Złote
Tarasy. Na środku placu stał wóz pancerny, obok niego dymił koks żarzący
się w metalowym koszu, przy którym grzali się żołnierze w bojowym
rynsztunku. Wsiadłem do Jelcza linii 180 bis i po krótkiej chwili
ruszyliśmy Alejami Jerozolimskimi w stronę Marszałkowskiej. Na każdym
większym skrzyżowaniu ten sam obrazek. Wóz pancerny, koksownik,
żołnierze. Miasto wyglądało, jakby oblano je ciekłym helem i zamrożono.
Na murach pojawiły się obwieszczenia o stanie wojennym, ze wszystkimi
szczegółami nowych zasad funkcjonowania państwa. Były już dawno
wydrukowane w Moskwie i tylko czekały w tajnych magazynach na odpowiedni
moment.
W pierwszych dniach stanu wojennego właściwie nic nie było wiadomo
To była niedziela, na ulicach pusto. Nieliczni pasażerowie unikali
kontaktu wzrokowego, jakby ukrywali się za znieruchomiałymi twarzami. Na
rondzie koło Riviery kolejny SKOT - Średni Kołowy Opancerzony
Transporter - bo tak nazywały się wozy bojowe, którymi władza
postanowiła nas zastraszyć. Chciałem sprawdzić, czy jest dostęp do
pomieszczenia, w którym mieliśmy próby, pod kabiną kinooperatora w sali
widowiskowej. Akademik był czynny, ale na drzwiach do naszej kanciapy
ktoś przykleił pasek papieru opatrzony jakimiś pieczęciami. Postanowiłem
na razie się tym nie zajmować i poszedłem w kierunku Alei Wyzwolenia.
Mama jeszcze spała.
- Co się stało?
- Stan wojenny, mamo.
Westchnęła głęboko.
- A jednak.
A jednak? Czyli w jej środowisku, wśród stołecznych dziennikarzy,
musiano się z tym liczyć. Może były jakieś przecieki, a może tylko
intuicja poparta doświadczeniem kazała im się domyślać, że władza
szykuje rozwiązanie siłowe. Jeszcze kilka dni wcześniej kłóciłem się z Wiesławem Prażuchem, życiowym partnerem mamy, znakomitym fotografikiem.
Uniesiony rewolucyjnym zapałem, uważałem, że komuna już upadła, a on
spokojnie tłumaczył, że bardzo, ale to bardzo się mylę.
Na Mokotowskiej, obok domu, w którym się wychowałem i gdzie wciąż
mieszkała mama, w budynku dawnej podstawówki nr 2, mieściła się siedziba
mazowieckiego okręgu "Solidarności". Tłumek, który z samego rana zaczął
gromadzić się przed wejściem, został już przepędzony. Ulica między
Koszykową a Placem Zbawiciela była zablokowana przez oddziały ZOMO.
Przez okna budynku wyrzucano meble, segregatory, dokumenty i sprzęt
biurowy. Cała okolica była zasłana papierami. Natolińską przedostałem
się do Koszykowej, skręciłem w lewo i stanąłem twarzą w twarz z oddziałem zomowców. Wyglądali jak stwory z innej planety. W dłoniach
mieli długie pałki, gumowe, z drutem w środku. Trzymali plastikowe
tarcze, które uderzane rytmicznie pałami wydawały charakterystyczny
łoskot. Wraz ze mną stało może kilkadziesiąt osób. Tyle samo od strony
Placu Zbawiciela, twarzą w twarz z drugim oddziałem blokującym ulicę.
Szok był zbyt silny. Ludzie bali się wychodzić z domu, jeśli nie
musieli.
Nasza beztroska, nasze plany artystyczne, radość z upadku reżimu,
wszystko to rozwiało się jak para buchająca z ust żołnierzy i zomowców
patrolujących ulice. Nagle trzeba było dorosnąć i zmierzyć się z nieprzewidywalną rzeczywistością. Wróciłem do Roberta, by zdecydować, co
robimy. Uznaliśmy, że najważniejsze jest odzyskanie naszego sprzętu i instrumentów. Na Placu Grzybowskim, na postoju taksówek bagażowych,
wynajęliśmy Żuka i kazaliśmy się wieźć do Riviery. Tam zerwaliśmy
pieczęcie z drzwi, wrzuciliśmy nasze graty na pakę i zawieźliśmy je na
Żoliborz.
Ulica Mokotowska przed siedzibą "Solidarności", 13 grudnia 1981
Właśnie tam, przy ulicy Bytomskiej mieszkała Ida Zwierzchowska z Jurkiem
Jarmołowiczem. Ida odziedziczyła fantastyczne mieszkanie na parterze
willi, gdzie latem siadywaliśmy w ogrodzie, a zimą grzaliśmy się przy
kominku. Była w zaawansowanej ciąży ze swoim pierworodnym synem i opiekowała się naszą szaloną ekipą jak dobra mama. Gotowała nam nawet
obiady i żartowała, że prowadzi garkuchnię dla inteligencji. Jurek
pomagał nam organizacyjnie. Wtedy wiedział na przykład, że w piwnicy
przy Krasińskiego działa klub ceramików. Załatwił z nimi, że przyhołubią
nas na jakiś czas, dopóki nie znajdziemy bardziej stosownego miejsca.
Wzmacniacze i bębny ulokowaliśmy więc z trudem pośród półek z ceramiką
artystyczną i na razie mieliśmy gdzie grać. Niestety okoliczni lokatorzy
narzekali na hałas, stłukło się też parę ozdobnych misek i glinianych
fallusów - musieliśmy więc wkrótce opuścić tę piwnicę i przenieść się do
domu kultury na Zaciszu. Tam sąsiadowaliśmy z placówką Ochotniczej
Rezerwy Milicji Obywatelskiej - niesławnego ORMO. Do tej formacji
wstępowali niewyżyci faceci o mentalności szeryfów, lubiący egzekwować
swoją mikrowładzę w wyjątkowo wredny sposób. Pomimo to spędziliśmy tam
bez większych problemów kilka pierwszych tygodni stanu wojennego.
To był bodajże osiemnasty grudnia, piątek. Siedziałem sobie spokojnie na
swoim muranowskim stryszku, kiedy znienacka odwiedziła mnie mama. Od
razu wiedziałem, że coś się stało. Bez słowa wręczyła mi druk, który
właśnie wyjęła ze swojej skrzynki pocztowej. Wezwanie do wojska. Jednym
z przepisów stanu wojennego było podwyższenie górnej granicy wieku dla
osób przeznaczonych do obowiązkowej służby zasadniczej. Miałem skończone
dwadzieścia sześć lat i myślałem, że już się im wymknąłem, ale teraz
znów byłem poborowym. Termin zgłoszenia się do jednostki minął
poprzedniego dnia. Kiedy to dostrzegłem, poczułem ulgę, że los podjął
decyzję za mnie.
- I co teraz zrobisz? - spytała mama, przejęta tym, że nie wyjęła listu
na czas.
- Nic, mamo. Nic. Musisz tylko ich przekonać, bo z pewnością cię
odwiedzą, i to nie jeden raz, że nie masz bladego pojęcia, gdzie jestem.
Telefony nie działają, nie wolno jeździć z miasta do miasta, nie wiesz,
gdzie jestem, i koniec. Tylko nie daj się zastraszyć, bo będą się bardzo
starali ci wmówić, że dla własnego dobra powinienem zgłosić się sam,
zanim oni mnie złapią.
Tak zostałem poszukiwanym dezerterem w pierwszym tygodniu stanu
wojennego. Każdy z niezliczonych milicyjno-wojskowych patroli mijanych
przeze mnie co dnia sprawiał, że żołądek podchodził mi do gardła.
Jakakolwiek dokładniejsza kontrola mogła być początkiem podróży do
więzienia albo do karnej jednostki. Udawałem więc, że nie istnieję.
Robiłem się niewidzialny, a przynajmniej starałem się czuć tak, jakby
mnie faktycznie nie było widać. Każdy kolejny dzień, w którym mnie nie
złapano, był moim małym zwycięstwem nad juntą. Zastanawiałem się jednak,
co bym zrobił, gdybym wpadł. Wymyśliłem, że zamknąłbym się w sobie
głęboko i przestał nawiązywać jakikolwiek kontakt z otoczeniem. Nie
reagowałbym na rozkazy. Nie myłbym się, nie jadł. Pewnie na początku bym
zdrowo oberwał, ale byłem pewien, że to tylko pogłębiłoby moje
wycofanie, aż w końcu musieliby mnie odesłać do psychiatryka. Napisałem
wtedy pierwszą piosenkę w stanie wojennym. Po angielsku, jakbym chciał
całemu światu opowiedzieć o tym, co się tutaj dzieje. Tymczasem świat
wtedy jeszcze wiedział bardzo niewiele.
Jako niezatrudnieni otrzymaliśmy zaświadczenia, czym zajmowaliśmy się
przed 13 grudnia
they blocked all the roads
they cut all communications
set segregation camps
for ideo-isolation
they shot us in mines
they beat us in the streets
it's their daily bread
they want us to eat
and I never knew
I could hate so much
hate so much
hate so much
too much too much too much...
I'm scared to live
I'm scared to die
and I'm scared when a patrol
is passin' me by
and I never knew
I could hate so much
hate so much
hate so much
too much too much too much...
Wolna Europa podawała, że aresztowani trzymani są na stadionach
sportowych i polewani wodą, pomimo silnego mrozu. Tragedia w Kopalni
Wujek nie była tajemnicą, ale przez pierwszych kilkanaście dni my także
gubiliśmy się w domysłach, nie wiedząc, czego się spodziewać. Nie było
jasne, jak głęboko sięgają represje, czy aresztują tylko aktywnych
działaczy "Solidarności", czy może muzycy rockowi też są na ich
celowniku. Z wolna zaczynaliśmy się orientować, że operacja "stan
wojenny" ma nas przede wszystkim sparaliżować lękiem, zamienić w cienie
przemykające pod murami, niepewne, czy zdążą do domu przed dwudziestą
drugą.
Od rana do nocy jeździły po Warszawie kolumny SKOT-ów, czołgów i milicyjnych suk, w tę i z powrotem, żeby jeszcze bardziej wzmóc tę
potworną, ciężką i mroźną atmosferę, zabić jakąkolwiek nadzieję.
Warszawiacy szybko nazwali je "paradą gwiazd". Trwała operacja
psychologiczna, dobrze zaplanowana, przygotowana i wykonywana. A jednak
nie daliśmy się zastraszyć. Wciąż ktoś gdzieś rozrzucał ulotki. Radio
"Solidarność" nadawało krótkie audycje z wielu małych nadajników
połączonych z magnetofonami kasetowymi. Umieszczano je na dachach
wysokich budynków i synchronicznie odpalano o tej samej porze,
zapowiadanej wcześniej w ulotkach. Audycjom towarzyszyło wycie
milicyjnych syren, na ulice wyjeżdżały łaziki z pelengatorami, a nad
domami latały milicyjne śmigłowce. Ludzie wpinali w ubrania oporniki,
które symbolizowały sprzeciw wobec Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego,
zwanej powszechnie WRON-ą - tak samo nazywano podczas drugiej wojny
światowej godło Trzeciej Rzeszy.
Uczniowie szkół technicznych na zajęciach tworzyli z zespawanych gwoździ
miniaturowe kolczatki i rozprowadzali je po mieście. Ludzie rzucali te
kolczatki pod koła "parady gwiazd". W mieszkaniu Mila Kurtisa na Saskiej
Kępie przygotowywaliśmy wydmuszki jajek i napełnialiśmy je farbą, by
obrzucać nimi wojskowe i milicyjne auta jadące Trasą Łazienkowską.
Wszyscy zaczęli nosić plecaki, żeby utrudnić władzom namierzanie osób
kolportujących nielegalną bibułę. Całkiem poważnie zastanawialiśmy się,
czy dojdzie do zbrojnego powstania i czy będziemy gotowi walczyć z bronią w ręku. Jednak junta szybko osiągnęła zamierzony cel.
"Solidarność" została spacyfikowana, a jej niedobitki zeszły do
podziemia. Opowieści o ludziach zamarzających na stadionach okazały się
wyssane z palca. W Boże Narodzenie i w sylwestra zawieszono godzinę
milicyjną. Władze zaczęły mówić o "normalizacji" i obiecywać stopniowe
znoszenie rygorów stanu wojennego.
Mamę faktycznie nachodzili żandarmi z Wojskowej Służby Wewnętrznej i milicyjni tajniacy, ale po paru tygodniach odpuścili. Nie znaczyło to
jednak, że przestałem być poszukiwanym dezerterem, więc wciąż chodziłem
po mieście z duszą na ramieniu.
W pierwszych tygodniach stanu wojennego zgłosili się do nas jacyś
Norwegowie zaangażowani w pomaganie podziemnej "Solidarności". Szukali
kontaktu z zakonspirowanymi działaczami, by dostarczyć im przemycane do
Polski materiały i urządzenia drukarskie. Początkowo obawialiśmy się, że
może to być prowokacja służb, ale ostatecznie udało się ich skontaktować
z odpowiednimi ludźmi. Spotkanie odbyło się w konspiracyjnym mieszkaniu
blisko Placu Grzybowskiego, a wdzięczni Norwegowie podarowali nam zapas
farb w aerozolu, w Polsce niedostępnych. Do końca lat osiemdziesiątych
nawet grube markery trzeba było przywozić z zagranicy, przede wszystkim
z Berlina Zachodniego.
Specjalistą od graffiti był Robert. Zazwyczaj dzieliliśmy się zadaniami
- on pisał, a ja stałem na czatach. Kiedyś napisał żółtym sprejem
"Anarchia" na ścianie schodów prowadzących do przejść podziemnych koło
Hotelu Forum. Ściany te były wówczas pokryte małymi okrągłymi kamykami,
wprasowanymi w cement. Służby miejskie starały się usunąć jaskrawy napis
przy pomocy jakiejś żrącej substancji, czego niezamierzonym efektem
stało się uwiecznienie go na lata. Widniał tam wypalony w cemencie co
najmniej do końca lat osiemdziesiątych - blednący, ale wciąż czytelny.
Trzynastego stycznia 1982 roku miała miejsce w Warszawie pierwsza duża
demonstracja w stanie wojennym, na którą przyszli głównie uczniowie i studenci. Władze postanowiły zapobiec kolejnej, organizując trzynastego
lutego koncert rockowy w Hali Gwardii, należącej do milicyjnego klubu
sportowego. Robert i ja dowiedzieliśmy się o tym z plakatów
rozwieszonych na murach, na których ku naszemu najwyższemu zdumieniu
widniała nazwa "Brygada K.". Od razu pojechaliśmy Alfą Romeo Roberta na
Plac Zbawiciela. Tam, nad restauracją rybną Mesa miała swoją siedzibę
Rock Estrada - oddział Stołecznej Estrady, miejskiej agencji
koncertowej. Wpadliśmy do środka z siłą pocisków balistycznych i zażądaliśmy wyjaśnień. Przywitał nas Jacek Olechowski, który co jakiś
czas przypominał sobie, że był naszym menadżerem: "Chłopaki, spokojnie,
przecież każdy będzie wiedział, że to wy. Wiecie, rozumiecie, wszystko
się zmieniło".
Tak, rozumieliśmy, że "kryzys" oficjalnie skończył się w chwili
wprowadzenia stanu wojennego i słowo to, jak za dotknięciem magicznej
pałki zomowca, zniknęło z przestrzeni publicznej. Rozumieliśmy, ale na
amputację połowy nazwy zgodzić się nie mogliśmy. Był to także dobry
powód, żeby wykręcić się od udziału w imprezie. "Albo zagramy pod pełną
nazwą, albo wcale" - oświadczyliśmy kategorycznie.
Po latach zastanawialiśmy się, czy była to słuszna decyzja. Mieliśmy
wtedy taką siłę, że byliśmy w stanie rozpalić publiczność do białości.
Jednocześnie posiadaliśmy całkowitą świadomość, że odmowa udziału w tej
reżimowej imprezie może nam na długo zamknąć drogę dalszej kariery.
Chodziło jednak o zasady, których łamać nie mieliśmy zamiaru.
Trzeba było pogodzić się z tym, że nie pojedziemy w lutym do Amsterdamu,
gdzie już zaczęto reklamować nasz występ. Nie było szans na dalsze
nagrania w Belgradzie i letnią trasę po Jugosławii, a rozpoczęte rozmowy
o koncercie w Londynie urwały się po zamilknięciu telefonów i wprowadzeniu cenzury na korespondencję. Unosząca nas jeszcze niedawno
fala teraz znieruchomiała, zamarzła. Trudno było pogodzić się z tym, że
tak nagle wszystko się skończyło. Wciąż mieliśmy trochę ampułek z LSD,
wystrzeliwaliśmy się więc w kosmos, daleko od planety Ziemia, gdzie
między Odrą a Bugiem świat zastygł w bezruchu. Przekonałem się wtedy, że
"acid" nie służy rozrywce, bo choć dostarcza na krótki czas niezwykłych
wrażeń i doświadczeń, potem trzeba wrócić do zwykłego życia. Wspaniałe
wspomnienia pozostawiają jedynie tęsknotę za czymś nieosiągalnym.
Kolejne kwasowe podróże nie przynosiły już tych wspaniałych odkryć,
stawałem się obojętny i przezroczysty. Nie było w tym nic pociągającego,
przeciwnie, powodowało głęboką frustrację.
2. Niemożliwe staje się możliwe
W lutym 1982 Jacek Olechowski zgłosił się do nas z oszałamiającą
propozycją. Wytwórnia fonograficzna Tonpress - będąca częścią Krajowej
Agencji Wydawniczej, należącej do partyjnego koncernu Robotniczej
Spółdzielni Wydawniczej Prasa-Książka-Ruch - wybudowała nowe studio
nagraniowe. Mieściło się ono w standardowym pawilonie handlowym na
warszawskim Wawrzyszewie. Wyposażone w legendarny dzisiaj stół mikserski
Neve, szesnastośladowe magnetofony Studera i całą masę topowych urządzeń
peryferyjnych, było najnowocześniejszym studiem w Polsce. By sprawdzić,
czy wszystko zostało prawidłowo podłączone i studio działa poprawnie,
trzeba było dokonać próbnego rozruchu. Jacek dogadał się z szefem
programowym Tonpressu, Markiem Proniewiczem, że zatrudnią nas jako ekipę
testującą studio, a przy okazji może uda nam się nawet coś nagrać.
Na tych taśmach nagrana jest Czarna płyta Brygady Kryzys
Zanim zainstalowaliśmy się na Wawrzyszewie, Jacek załatwił nam próby w tymczasowej siedzibie klubu Medyk na Polu Mokotowskim. Poprosił także
Zbyszka Hołdysa, by jako starszy i bardziej doświadczony artysta
udzielił nam kilku praktycznych rad. Na radach się nie skończyło. Wciąż
nie miałem przyzwoitego instrumentu i grałem na bardzo kiepskiej gitarze
produkcji rumuńskiej, którą kupiłem od kogoś nocą na cmentarzu żołnierzy
radzieckich przy Żwirki i Wigury. Zbyszek wspaniałomyślnie pożyczył mi
do nagrań swojego Gibsona.
Do współpracy zaproszono ekipę z Lublina, działającą pod nazwą System
Studio Poland, złożoną z producenta muzycznego Józefa Nowakowskiego,
zwanego Kubą, oraz inżyniera dźwięku Witolda Palacza. Cieszyli się oni
świetną opinią jako twórcy między innymi brzmienia wczesnego Bajmu.
Jacek obawiał się jednak, czy ich współpraca z nami będzie się dobrze
układać - mieliśmy bowiem zasłużoną opinię nieobliczalnych i nieprzewidywalnych świrów. Kuba natomiast był trochę hipisem, nosił
długie włosy związane na czubku głowy w węzeł, a Witek Palacz wyglądał,
cóż, jak inżynier.
Początki były rzeczywiście niełatwe. Przyglądaliśmy się sobie nawzajem z zainteresowaniem, ale i z nieufnością. Trzeba było jednak szybko się
zająć rozkładaniem sprzętu, ustawianiem mikrofonów i okablowaniem, toteż
zabrakło czasu na fanaberie. Reżyserka umieszczona była kilka metrów
powyżej poziomu studia, od którego dzieliły ją grube, dźwiękoszczelne
szyby. Kuba i Witek siedzieli tam jak na lotniskowej wieży kontrolnej.
Zaczęliśmy się więc do nich zwracać jak piloci: "Halo, wieża! Halo,
wieża!". To w jakiś magiczny sposób natychmiast rozładowało napięcie.
Okazało się, że nie różnimy się aż tak bardzo, a moja dobra znajomość
muzyki rockowej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pomogła znaleźć
wspólny język. Kiedy Kuba zobaczył, że popalamy ukradkiem zioło,
roześmiał się i powiedział: "Chłopaki, przyniosę wam coś naprawdę
dobrego" - i następnego dnia raczyliśmy się już wspólnie zawartością
jego magicznego pudełka. Lody zostały ostatecznie przełamane.
Zanim zaczęliśmy nagrywać, zapoznawaliśmy Kubę i Witka z punk rockiem i wczesną nową falą, a oni puszczali nam najwspanialsze nagrania sprzed
lat, które ja, starszy od Roberta, zwykle znałem lepiej lub gorzej, ale
dla niego było to odkrywanie całkiem nowych muzycznych krajobrazów. Od
samego początku Kuba wtłaczał nam konsekwentnie do głów jeden przekaz:
musimy nagrać taką muzykę, jakiej jeszcze nikt nigdy i nigdzie nie
nagrał. Tylko to, mówił, ma sens. Ach, jak nam się to podobało!
Dokładnie tego chcieliśmy, a teraz zyskaliśmy wspaniałych partnerów,
którzy myśleli tak samo i ośmielali nas do przekraczania kolejnych
granic, pójścia jeszcze dalej, niż przypuszczaliśmy, że pójść można. Nie
mieliśmy także żadnych ograniczeń czasowych, co było absolutnie
wyjątkowe. Mogliśmy siedzieć tam i eksperymentować tak długo, jak długo
studio wymagało testowania, a o tym decydował Kuba.
Brakowało nam tylko perkusisty. Nie pamiętam, dlaczego Sławek Słociński
zniknął nam z pola widzenia. Zaczęliśmy gorączkowo szukać kogoś, kto
dołączyłby do nas w studiu. Z bębniarzami było wtedy krucho. Dla
profesjonalnych muzyków byliśmy zanadto amatorscy, a w naszym środowisku
dobrych perkusistów było jak na lekarstwo i wszyscy już gdzieś grali.
Dla mnie, od lat dobrze osłuchanego z muzyką synkopowaną, większość
bębniarzy rockowych grała zbyt "kwadratowo". Rock and roll to bujanie i wirowanie - tego szukałem, a nie równego, niemal marszowego wybijania
rytmu. Zasugerowałem więc, byśmy poszukali jakiegoś jazzmana.
Rozpuściliśmy wici i wkrótce dowiedziałem się o istnieniu Janka Rołta,
grającego w mało znanym zespole Tlenek Jazzawy. Janek nigdy w życiu nie
grał rocka, ale to właśnie uznałem za jego atut. Zaprosiliśmy go do
studia i prawie bez prób, z marszu nagraliśmy podkłady instrumentalne
niemal całego naszego repertuaru. Efekt był znakomity. Nasza muzyka
dostała skrzydeł, ale z jakiegoś powodu Janek nie był zadowolony. Nie
wiedzieliśmy, o co mu chodzi, aż w końcu wydusił z siebie: "Panowie, ja
jestem leworęczny, a perkusja jest ustawiona dla bębniarza praworęcznego
i trochę trudno było mi grać".
Rysunek Roberta z wizją Radioaktywnego bloku
Kuba nie chciał, żebyśmy jeszcze raz nagrywali cały materiał, tak dobrze
nam poszło za pierwszym razem. Co robić? Uradziliśmy, że poprzestawiamy
perkusję tak, żeby Jankowi było wygodnie, i zaryzykujemy dogranie nowej
ścieżki bębnów do już nagranego materiału. Janek podjął wyzwanie i tak
powstały wspaniałe partie perkusyjne, które znalazły się na płycie.
Oprócz Roberta, Janka i mnie w nagraniu podkładów wziął udział basista
Jeżyk Wereński. W dwóch piosenkach - Fallen Fallen Is Babylon i Ganja - na basie zagrał na własną prośbę Tomek Szczeciński zwany
Rastamanem, członek pierwszego składu TILT-u. Pierwszy z tych dwóch
utworów to była wersja piosenki z TILT-owego repertuaru, a drugi
stylistycznie był czymś w rodzaju industrialnego reggae, toteż przydomek
Tomka niejako predestynował go do udziału w tym nagraniu. Nie został
uwzględniony w opisie płyty również na własną prośbę, którą argumentował
strachem przed poborem do wojska. Nie miało to większego sensu, biorąc
pod uwagę, że to akurat ja byłem poszukiwanym dezerterem, ale
uczyniliśmy zadość jego życzeniu.
Jakkolwiek na koncertach grał z nami na kongach Jarek Ptasiński zwany
Gruszką, podczas nagrań zwykle sam obsługiwałem instrumenty perkusyjne,
mając za sobą już parę lat doświadczenia. W kilku utworach, gdzie werbel
Janka grał rockowo z akcentem na drugiej i czwartej ćwierćnucie,
zaakcentowałem na kongach ćwierćnutę trzecią - miejsce, gdzie w muzyce
reggae jest najsilniejszy akcent, zwykle grany jednocześnie na werblu i bębnie basowym. Użycie kong było charakterystycznym elementem,
odróżniającym nas od większości nowych kapel rockowych. Do nagranych
przez Janka bębnów Robert dorzucił jeszcze sporo akcentów na talerzach i mogliśmy zapisywać kolejne ścieżki.
Dwie z nagranych piosenek powstały latem 1981 roku, w tym samym czasie,
gdy narodziła się Centrala. Jedna z nich, Przestań śnić, znana także
jako Obudź się, jest efektem mojego zainteresowania buddyzmem.
Natomiast Nie ma nic to zapis atmosfery gorącego lata i przebijania
się z Robertem przez kordon ZOMO w drodze z Klubu Riviera Remont do
mieszkania mojej mamy przy Alei Wyzwolenia. Travelling Stranger jest o mnie - wędrowcu podróżującym poprzez umysły ludzi spotykanych po drodze,
mijającym smoki połykające słońce, lecącym spomiędzy rozpadających się
kształtów ku światłu, które jest wszędzie i wszystkim.
Dwie piosenki powstały już podczas nagrań na Wawrzyszewie -
Radioaktywny blok i The Real One. Podkłady do nich nagraliśmy nieco
później, podczas dogrywania wokali i partii solowych saksofonu Tomka
Świtalskiego oraz gitarowych solówek Roberta. Do napisania i skomponowania Radioaktywnego bloku zainspirował nas widok osiedla
Wawrzyszew. Pawilon, w którym mieściło się studio, otoczony był
ogromnymi betonowymi blokami z wielkiej płyty. Chciałem, żeby tekst był
nieco dadaistyczny, jak Miasto. Masa. Maszyna Tadeusza Peipera. Także
muzyka miała być maksymalnie mechaniczna, prosta, oparta na jednym
akordzie, który zmieniał się tylko na słowach "radioaktywny blok" w najkrótszym refrenie świata. Natomiast The Real One opowiada o mędrcu,
który zamierza powracać na świat tak długo, aż wszyscy doznają
oświecenia. Piosenka była o tym, by go nie zawieść.
Nie ma na płycie piosenki Kronsztadt, pięknej ballady Roberta
śpiewanej po rosyjsku. Nie ma też wczesnej wersji Too Much. Podobny
los spotkał angielską, znacznie szybszą od oryginalnej wersję Wojny,
noszącą tytuł War Saw, i reggae'ową, anglojęzyczną wersję utworu Nie
wierzę politykom - I Don't Believe Politishans. Ostatecznie
podzieliliśmy materiał na dwie części, jedną z tekstami polskimi, drugą
z angielskimi. Pierwsza, polska strona płyty, została opatrzona literą
"A", a druga, zwykle oznaczana jako "B", została stroną "Z".
Tworzyliśmy z Robertem coś na kształt symbiotycznego, dwugłowego i czterorękiego potwora. Zdarzają się takie kosmiczne spotkania, które
tworzą zupełnie nową jakość. Wystarczy posłuchać TILT-u albo Kryzysu,
zanim powstała Brygada Kryzys. Żadna z piosenek na tej płycie nie byłaby
tym, czym jest, gdyby nie to kosmiczne sprzężenie zwrotne, w którym
Robert był katalizatorem kreacji. Pod wieloma względami byliśmy jak dwa
przeciwstawne bieguny pola elektrycznego. Często pytano nas, jak możemy
współpracować, tak bardzo się różniąc, ale po prostu między tymi
biegunami powstawała niespożyta energia, która nas napędzała. Brygada
Kryzys powstała z tej energii i słychać ją na płycie.
Robert i ja na samym początku naszej współpracy ustaliliśmy dwie żelazne
zasady. Po pierwsze: każdy nasz wspólny zespół będzie się nazywać
Brygada Kryzys, bez względu na to, jaki będzie jego pozostały skład. Po
drugie: wszystkie utwory podpisujemy jako współautorzy zarówno tekstu,
jak i muzyki. Tak zostały podpisane utwory na okładce płyty. Niestety,
nasz przyjaciel Andrzej Zuzak, który po nagraniach zawoził fortepianówki
i teksty do rejestracji w ZAiKS-ie, popełnił błąd i kompozycje
zarejestrował jako dzieło Roberta, a teksty jako moje. Nie
przejmowaliśmy się tym zbytnio - nie miało to wpływu na rozliczenia
finansowe. Tak czy inaczej tantiemy autorskie dzieliliśmy po połowie.
Niestety po latach błąd Zuzaka utrwalił się w świadomości fanów i wszystkie kompozycje przypisywano Robertowi. Do zmiany tego zapisu ZAiKS
wymagał wyroku sądowego i dopiero teraz można naprawić ten błąd, zgodnie
z naszą fundamentalną zasadą, której zawsze chcieliśmy być i byliśmy
wierni.
Tymczasem dogrywaliśmy kolejne ścieżki. Najpierw moje wokale, dopełnione
w niektórych refrenach przez Roberta. Potem jego riffy i solówki
gitarowe, a na końcu saksofon Tomka Świtalskiego. Kuba nie miał litości.
To był rodzaj psychodramy. Po każdej nagranej ścieżce puszczał podkład
jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz, prowokując nas do coraz
większego szaleństwa. Kazał nam uwierzyć, że nie znamy granic własnych
możliwości, i rzeczywiście raz po raz je przekraczaliśmy. Najbardziej
szaleńcze partie zachowywał i składał w całość. To właśnie dzięki
takiemu procesowi nagrywania Robert rozwinął swój charakterystyczny
styl, oparty na mocno przesterowanej gitarze i długich pogłosach,
rozpoznawalny we wszystkich jego późniejszych nagraniach. Tomek
Świtalski zaskoczył nas, i chyba sam siebie też, wydobywając z saksofonu
szalone solówki, jakich nigdy wcześniej nie grał.
Czasem pracowaliśmy nocami, pomimo godziny milicyjnej. Wydawnictwo
wyposażyło nas w stosowne zaświadczenia i jeździliśmy przez opustoszałe
miasto, zatrzymywani na każdym kolejnym skrzyżowaniu przez znudzonych
żołnierzy i zomowców. Przekazywali sobie informacje przez radio i czekali, żeby nas wylegitymować, bo stanowiło to ich jedyną rozrywkę w długą, zimną noc przy koksowniku.
Zima z wolna ustępowała wiośnie. Śnieg topniał, topniał też strach
pierwszych tygodni stanu wojennego. W niektóre dni było już tak ciepło,
że grzaliśmy się w wiosennym słońcu, siedząc na ławce przed studiem.
Nosiłem wtedy kurtkę skórzaną z napisem "Punkedelic", wymalowanym
farbami akrylowymi na plecach. Tak nazwałem styl, w którym, jak się
właśnie okazało, grała Brygada Kryzys. Psychedelic skrzyżowany z punkiem. Miałem też dwa ukochane płaszcze. Jeden z bardzo grubej skóry,
wojskowy, poniemiecki, i drugi - lekki, jasny, obszerny prochowiec -
prezent od Konstancji Uniechowskiej. Chodził w nim jej tata, a wcześniej
nosił go Marek Hłasko. Choć był miejscami porwany i poprzecierany,
traktowałem go trochę jak relikwię i byłem bardzo dumny, że trafił na
mój grzbiet.
Kiedy nagraliśmy już wszystko, co miało być nagrane, Kuba i Witek
przystąpili do miksowania. Pozostawiliśmy im pełną swobodę. Nasze
doświadczenie w tej materii było niemal zerowe. Kiedy po dwóch czy
trzech tygodniach wszystko było gotowe, Kuba zaprosił nas na odsłuchanie
naszego wspólnego dzieła. Przyćmione światła w reżyserce, szum szerokiej
taśmy magnetofonowej przesuwającej się po głowicach i migające światełka
urządzeń peryferyjnych tworzyły czarodziejską atmosferę. Położyłem się
na podłodze między stołem mikserskim a wewnętrznym oknem studia, tuż pod
ogromnymi kolumnami głośnikowymi. Kuba nie żałował decybeli. Zaczęło się
spokojnie, od mojego riffu Centrali, ale już po chwili zaatakowała nas
ściana dźwięku o gęstej, intensywnej fakturze, niepozostawiająca miejsca
na jakiekolwiek półcienie. Kuba stworzył sound, który można było albo
pokochać, albo znienawidzić. Kiedy wybrzmiał ostatni utwór, zupełnie nie
wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Nigdy przedtem nie słyszałem
czegoś podobnego. To się nie mieściło w jakichkolwiek znanych mi
kategoriach estetycznych. Nie znałem kryteriów, którymi byłbym w stanie
to opisać czy ocenić. Ładne, brzydkie, dobre, złe - te przymiotniki nie
miały tu zastosowania.
Taki dokument umożliwiał poruszanie się po Warszawie podczas godziny
milicyjnej
Rysunki Roberta ze studia nagraniowego na Wawrzyszewie
Oficjalny protokół nagrania Czarnej płyty Brygady Kryzys
Trochę się obawiałem, jak taka muzyka zostanie przyjęta przez naszych
fanów. Tylko w niewielkim stopniu przypominała to, co graliśmy wcześniej
na koncertach. Szczerze mówiąc, chwilami myślałem, że Kuba mocno
przesadził, ale z wolna szok mijał i zaczynałem się oswajać ze swoją
pierwszą płytą długogrającą. Nasze nowe brzmienie dokładnie
odzwierciedlało nastrój pierwszych miesięcy stanu wojennego - opresję,
napięcie, strach, wściekłość, a zarazem nadzieję i siłę oporu. Po
odsłuchaniu całego materiału Kuba zasugerował, że na okładce płyty
powinna znaleźć się adnotacja: "Słuchać głośno". Rzeczywiście, dopiero
przy odpowiednio wysokim natężeniu dźwięków słychać było nakładające się
na siebie fale i wyłaniały się melodie wcześniej niesłyszalne.
Jak Marek Proniewicz przekonał do wydania naszego dzieła szefową
Tonpressu, panią Kępową, żonę emerytowanego już wtedy wysokiego
działacza partyjnego, nie wiem. A jednak zrobił to i tym sposobem
Brygada Kryzys została pierwszym z offowych zespołów w katalogu
Tonpressu, torując drogę Siekierze, Kultowi, pierwszej kapeli Lecha
Janerki, o nazwie Klaus Mitffoch, i całej wielkiej fali alternatywnego
rocka lat osiemdziesiątych. Kazik Staszewski, który przekształcił swój
pierwszy zespół Poland w o wiele bardziej interesujący Kult, początkowo
nie miał najmniejszego zamiaru nagrywać dla Tonpressu. Widział to jako
zdradę ideałów i kolaborację z reżimem, a przynajmniej tak mi to
wyjaśniał, gdy pewnego dnia spotkaliśmy się w Remoncie, gdzie akurat
miał próbę. Ja natomiast starałem się go namówić, by jednak skorzystał z zaproszenia i wszedł do studia. Przekonywałem go, że to fantastyczna
szansa dotarcia do szerokiej rzeszy fanów, okazja bez precedensu, z której grzech byłoby nie skorzystać. Jak się wkrótce okazało,
skorzystał. Powstał wtedy singiel z Piosenką młodych wioślarzy,
pierwszym wielkim hitem Kultu.
Tonpress uparł się, że okładkę naszej płyty musi zaprojektować
współpracujący z nimi artysta plastyk. Od razu wydało mi się to
ryzykowne. Przeczuwałem, że jego projekt może się nie skleić z naszą
muzyką, i nie skleił się. Okładka przedstawiała sylwetkę klauna z wywalonym językiem. Byliśmy załamani, a wytwórnia nie była początkowo
skłonna do jakichkolwiek negocjacji. Pamiętam, jak siedzieliśmy przy
pięknym stole z surowego drewna u Idy i Jurka na Bytomskiej i zastanawialiśmy się, co z tym zrobić. Nasza płyta nie mogła ukazać się z taką okładką, to było pewne. Jurek gotów był się poddać. Kręcił smutno
głową, powtarzając "przegraliśmy, przegraliśmy". Jednak z mojego punktu
widzenia jakakolwiek przegrana nie wchodziła w rachubę. Powiedziałem:
"Jurek, skoro tak mówisz, to faktycznie przegrałeś, ale my nie".
Następnego dnia odwiedziliśmy z Robertem Tonpress mieszczący się na
ulicy Srebrnej. Stojąc pomiędzy biurkami, podniesionym głosem, bardzo
stanowczo oznajmiliśmy, że płyta nigdy się nie ukaże z klaunem na
okładce. Dla większego wrażenia zrzuciliśmy z biurek trochę papierów i aparat telefoniczny, a nawet oskarżyliśmy ich o tłumienie wolności
artystycznej, dodając: "To przez takich jak wy Polska upada!". W cichym
i spokojnym zwykle biurze taka akcja musiała zrobić wrażenie. Wyszliśmy
stamtąd z obietnicą, że jeżeli dostarczymy nasz projekt, rozważą
możliwość jego wydrukowania. Wygraliśmy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki